O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
sobota, 17 grudnia 2011
Ostra jazda?
Podlegam ostatnio nieco dwoistym uczuciom: z jednej strony liczba wejść na bloga zdecydowanie wzrosła. Bardzo się z tego cieszę. Z drugiej komentarze, jakie otrzymuję stale eksploatują wątek czemu piszę co piszę. Połowie komentujących to się podoba – drugiej niestety nie. Dla pierwszych mam zatem dobrą wiadomość: niczego nie zamierzam zmieniać. Dla drugich pozostała wiadomość zła: jest tej samej treści, co pierwsza.
Czy nie boję się utraty przyjaciół i zwolenników? Nie. Na pytanie czemu zająłem się Coryllusem odpowiadam: bo coraz częściej opowiada rzeczy, z którymi głęboko się nie zgadzam. Jego opowieść o konieczności pozostawienia młodzieży samej sobie jest tak niesłychanie niemądra, że skręca kiszki. Idziemy zatem różnymi drogami, w różnych kierunkach – i nie płaczę z tego powodu. Dlaczego wtrącam się w zasady konstruowania papierowego wydania Nowego Ekranu? Bo sporo o tym wiem, bo w małej skali robiłem to po wielokroć, bo ta kwestia pojawiła się w domenie publicznej, szeroko dostępnej – zatem nie czynię tu niczego nagannego, a może choć jedna moja uwaga komuś się przyda. Nawet jeśli nie wspomni ni słowem o tym, że to najpierw Zarębski gdzieś tam napisał – a on sobie wziął jak swoje. W porządku, nie mam żalu, w końcu istnieje zapis tego, co wypowiadam, są daty, wreszcie ludzka pamięć. Ja sam chętnie poszedł bym pewnego dnia do kiosku i kupił tygodnik, który odpowiada moim prawicowym poglądom. Chciałbym znaleźć w nim dobre analizy sytuacji finansowej Polski, dobre rozważania o współczesnych prądach umysłowych, może nawet rzecz tak zapomnianą, jak dobry reportaż. Felieton? A jakże, felieton koniecznie, w klasycznej jego formie!
Niestety jest i ciemna strona tego, co się szykuje. Jak moi przyjaciele wiedzą nie cierpię lewactwa, uważam lewaków za szkodników pierwszej klasy i agentów sił zewnętrznych, wrogich Polsce. Nie wydam więc ani złotówki na coś, co będzie prezentowało poglądy tej bandy, co będzie dla niej swoistą trybuną. I proszę mnie nie zachodzić od ogonkowej strony tak zwaną wolnością słowa – rozpoznanych szkodników izoluje się, a nie namawia do szerzenia złych treści za nie swoje pieniądze.
M.Z.
czwartek, 15 grudnia 2011
Cieszy i martwi razem…
W sieci pojawiają się zapowiedzi: kto odniósł jakiś sukces w tworzeniu portali ten chce wydawać wersję papierową. Będzie nowy tygodnik… I tym razem o dziwo są sponsorzy, jest wola pokrywania kosztów rozruchu (a wbrew pozorom to mnóstwo pieniędzy przez co najmniej pierwsze pół roku), są chętni do pracy ludzie. To znaczy – są, ale tylko w deklaracjach… Nie ma tylko jednego: jasnej definicji do kogo nowy magazyn ma docierać. Ostatnio w Nowym Ekranie sporo emocji z tym związanych. Więc pozwolę sobie i ja na kilka słów.
Po pierwsze formuła całkowitej otwartości w wypadku tygodnika papierowego nie może się sprawdzić! Przyczyna prosta: strzelając drobnym śrutem i na dużą odległość trudno liczyć się z precyzyjnym trafieniem. A to od tego trafienia zależy sukces – lub jego brak. Nie ma na świecie magazynów lewicowych, prawicowych i centrowych zarazem, nie ma magazynów, gdzie każdy może pisać co chce, a redaktor naczelny cudem jakimś zwolniony jest z odpowiedzialności za publikowane teksty.
Po drugie liczba działów, które w Ekranie już istnieją w przypadku woli utrzymania ich wszystkich w wydaniu papierowym przesądza o jego potężnej objętości. Dzisiaj oceniam ją na mniej więcej 64 kolumny w full kolorze. Skromne pytanie praktyka: czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z tego jak liczny potrzebny jest do tego zespół? Czy nowi zarządcy wiedzą, iż aby nie jechać po łebkach w żadnym temacie nowe teksty to nie tylko pensje dziennikarskie, ale też delegacje, czas i dyspozycja ludzi, którzy nie początkują, ale mają już jakieś doświadczenie? A dalej miejsce, gdzie można się spotykać, wyposażenie tego miejsca w niezbędny dzisiaj i niestety drogi sprzęt, cała otoczka administracyjna i logistyczna, dział redakcji technicznej, wreszcie miejsce, gdzie rzecz cała się wydrukuje…
I teraz pytanie fundamentalne: do kogo to wszystko, gdy już powstanie, ma trafiać? Nieco żartobliwie: jeśli do lewaków to należy ściągnąć Celińskiego i niejaką Grzybowską (moja „ulubiona” Voit z Salonu24). A wtedy żaden prawicowiec czy solidny centrysta nie zaryzykuje publikowania w takim towarzystwie… Jeśli do prawicy, to… - znów Korwin-Mikke? Przecież tego nikt nie strawi. Wielkie miasta czy raczej Polska B, co byśmy pod tym skrótem nie rozumieli? Atakujemy mleczarzy (zamożna brać, wiem, bo pracowałem dla nich), producentów plastiku (jeszcze lepiej – ale grymaśni), spożywców czy Naród jak leci i bez selekcji? Młodych czy starych i doświadczonych? Panie w stresie przekwitania – czy panów w okresie mutacji?
Wreszcie kwestia kto i z kim ma rozmawiać jeszcze przed inauguracją papierowej edycji. To wbrew pozorom podstawa: dzisiaj w sieci mnóstwo redaktorów, których polszczyzna pozostawia wiele do życzenia, mnóstwo specjalistów, którzy wzięli się nie wiadomo skąd i uwierzono na słowo w ich kompetencje, wielu kamerzystów, którzy czynią co mają czynić drżącą ręką albo nie zważając na światło, wielu maniaków jednego obszaru tematycznego, paru świrów udających artystów i religijna maniaczka, z powodu której nie powstało mnóstwo pożytecznych rzeczy. Więc co to ma być? Kto z kim i dlaczego? Gdzie wysyłać nowy egzemplarz, komu i za ile?
Już to po wielokroć mówiłem za starszym Stuhrem: śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. U cioci na imieninach to nic nie kosztuje, choć i tam nie zawsze kończy się sukcesem. W przedsięwzięciu prasowym doradzał bym jednak więcej przetartych przez życie fachowców – bo nawet brak ich entuzjazmu wynikający z czasu minionego, przy pamięci wszystkich minionych doświadczeń łatwiej da się podbarwić sosem zapału młodszej części kadry tygodnika, niż wymagać od młodych, by wykazali się doświadczeniem i roztropnością…
Czy działać? Ależ TAK, JAK NAJBARDZIEJ! Byle mądrze i z rozwagą. To da się uczynić. Ale nie tak, jak to się na razie przynajmniej w sieci projektuje...
M.Z.
wtorek, 13 grudnia 2011
Scylla i Charybda?
Najpierw może o tym, iż nie należąc do blogerów Nowego Ekranu czytam go mniej więcej pięć razy częściej, niż inne portale tego typu. I ostatnio wypowiadałem się w przedmiocie dwóch tekstów, które tam się ukazały: Łażącego Łazarza i Coryllusa. Tego ostatniego przywołuje tu zresztą stosunkowo często, ale nie o to w tej chwili chodzi. Łażącego Łazarza zrozumiałem jak zrozumiałem, napisałem o tym, zawiadomiłem autora, ten zareagował uprzejmie, a obiecał zareagować też obszernie w innym czasie. Rzecz w tym, że nie uważam młodzieży samej w sobie za wartość najwyższą. Z prostego powodu: ma wszystkie zalety prócz doświadczenia. Starałem się to szkicowo uzasadnić. I dlatego sądzę dalej, że nic złego się nie stanie, jeśli pomiędzy młodymi poruszać się będą starsi – dopiero taka całość zdaje mi się pełna i naturalna. Myślę, że gdyby kiedykolwiek doszło do rozmowy pomiędzy mną i Łazarzem – to po krótkim czasie zgodzilibyśmy się ze sobą bez zastrzeżeń.
Ale pojawił się kolejny tekst Coryllusa. Można go znaleźć tutaj: http://coryllus.nowyekran.pl/post/44031,odchrzancie-sie-od-mlodziezy
Nie będę go opowiadał, kto zainteresowany albo już słowa tam zapisane zna – albo powinien się z nimi osobiście zapoznać. W tym miejscu przywołam jednak lead, jest tak znaczący, że właściwie dosadniej już nie można. „…Młodzież – sądzę – powinna być jednak pozostawiona sama sobie. I nie wolno im niczego narzucać, bo oni tego nie przyjmą…”
Głęboki wdech, spacer dokoła domu, jeszcze raz – niestety uprzedzam, że nic nie pomogło. Bo teza postawiona przez faceta, który w metryczce wpisuje od pewnego czasu określenia „bloger, pisarz i dziennikarz” jest tak absurdalna, głupia i szkodliwa, że dziw bierze, iż wyszła spod dość już doświadczonego pióra. Nie będę się tu wdawał w meandry tłumaczenia czemu tak sądzę, znam komentarze, jakie autor serwuje nie zgadzającym się z jego tezami. Komentator Zbigniew-Grzymski ujął to dostatecznie esencjonalnie: "nowa wersja owsikowego „Róbta co chceta?” Dokładnie tak i ja to widzę: leseferyzm nieco bardziej cywilizowany, niż u tego cholernego jąkały. Ale przez to bardziej podstępny…
Zbigniew-Grzymski: „…Jedno jest pewne. Młodzież nie jest w stanie siebie samej
wychować - to tak jakby próbować siebie samego podnieść
za włosy. Młodzież musi być świadomie kształcona i wychowywana,
i nigdy nie pozostawiona samej sobie. Co zresztą jest absolutnie
nie do zrealizowania bo setki szatanów czekają tylko
na tę okazję. Ani moralność ani świadomość ani wiedza nie są ani wrodzone
ani dziedziczone. Umiejętność odróżniania dobra od zła
też nie jest człowiekowi wrodzona. Konkludując: podstawowe
normy moralne muszą być młodym ludziom wpojone i to jeżeli
trzeba to także mniej lub bardziej bezstresowymi czy mało atrakcyjnymi
metodami…”
I odpowiedź Coryllusa: „…Sam pan jesteś pomieszanie z poplątaniem. Właśnie Michnik przemawia do młodzieży. Pan chce robić to samo? Chce ich pan oszukiwać?..”
Jak to skwitować? Czy dorosłemu facetowi, który mieni się być dziennikarzem i pisarzem trzeba tłumaczyć, że pomiędzy leseferyzmem, a oszustwami Michnika kryje się szerokie spektrum innych możliwości? Toż to syzyfowa praca! Kto się jej podejmie mając naprzeciw tak opornego ucznia?
No więc czytując Nowy Ekran wszedłem pomiędzy dwie skały: Scyllę Łazarza i Charybdę Coryllusa. Łazarz pewnie nigdy się nie odezwie, nie mam pretensji. Sama deklaracja rozmowy ważna. Coryllus pewnego dnia zareaguje – choćby olewaniem, myślę zresztą, że to już nastąpiło. Więc żegluję ku Scylli. Tam przynajmniej idzie pogadać…
M.Z.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Coryllus, prostym tekstem - o co Tobie biega?
„…I powiem wam coś jeszcze na koniec – nie idźcie na ten marsz. I choć przez chwilę uwierzcie w to, że Ziemia jest płaska…” (http://coryllus.nowyekran.pl/post/43770,prawica-i-plaska-ziemia)
Co proponujesz wzamian? W tekście obronę swojej własności… Kolego miły – a kto w tym nadwiślańskim kraju ma jakąkolwiek pewną własność? Ty? Obyś nigdy nie był zdziwiony. Tak zwani „spadkobiercy” pojawiają się w dość literacki sposób: o świcie i znienacka. Urzędy czy sądy zadziwiająco szybko rozstrzygają roszczenia, a potem zapominają zawiadomić zainteresowanego o terminie odwołania. Za dwa tygodnie przyjeżdża spychacz – i prysły zmysły. Czy wtedy zorganizujesz marsz, czy raczej pikietę?
Tak, to oczywiście najczarniejszy scenariusz – i jestem ostatnim, który by Ci tego życzył. Ponieważ jednak swoje już przeżyłem, tego i owego doświadczyłem – bądź pewien, że nie opowiadam marsjańskich bajek, ale rzeczy, które konkretnym ludziom zdarzyły się realnie. W tym miejscu chciałbym wszakże zwrócić Twoją uwagę na inny problem: niczego rozsądnego nie proponując (bo ta obrona własności rozsądna nie jest – nie masz w tej materii nic do gadania) wpisujesz się w zespół, którego jawnym celem jest ubezwłasnowolnienie, uśpienie grup ludzkich. Przyjmij bowiem do wiadomości, że istnieje coś takiego, jak zbiór postaci pilnie pracujący nad wpojeniem w grupy przekonania, że wobec kaprysów władzy, jej tajnych i jawnych planów jesteśmy całkowicie bezradni. Czeka nas wyłącznie szok i trwoga – tak oni chcą byśmy to widzieli. Jak na prawdziwym froncie: wielogodzinne bezsensowne bombardowanie, inwazja huku i hałasu, prawdziwa śmierć, wreszcie frontalny atak, po którym pojawi się fałszywy lider pokonanych i powie „Już dość! Nie zabijajcie nas dalej, sami sobie przykręcimy tę śrubę, sami sobie pozakładamy obroże!” W końcu po co władza zakupiła najnowsze urządzenia do ogłuszania i oślepiania? W końcu po co zaproponowała podwyżki nie nauczycielom, nie przedszkolankom, ale resortom siłowym? Po co od lat jawnie i z ukrycia stosuje te wszystkie manipulacje socjotechniczne? Po to, byś siedział w domu i łudził się, że jesteś w stanie cokolwiek obronić? Nie jesteś.
Dzisiaj używasz typowo inteligenckich zabiegów, by osiągnąć swój cel, by przekonać Czytelników, iż masz rację – mają siedzieć na dupskach i nie manifestować. Załóżmy na chwilę, że to właściwa racja i że Cię usłuchają. Wiesz co będzie dalej? Wkrótce otrzymasz jakieś zaproszenie, jakąś propozycję: możesz mówić, nikt nie ogranicza wątków Twoich wystąpień, ale przyjmij, że masz tkwić w systemie. Możesz się nawet ostro spierać z oponentami, możesz im wymyślać, mieszać z błotem, produkować wrogów taśmowo i seriami. Bylebyś tylko nie potrafił skutecznie i owocnie skomunikować się z kimkolwiek. Tak długo, jak długo będziesz „dzilawągiem” – będzie Ci się powodziło nienajgorzej. Kiedy zaczniesz mieć wpływ nie tylko na kilka podkochujących się w Tobie Pań – wszystko urwie się, skończy. Odwołają zaproszenia, nie kupią niczego, nie pozwolą się wypowiedzieć. Po prostu wyeliminują Cię z życia publicznego…
Tylko co Drogi Panie z tą resztą, która potencjalnie może Ci uwierzyć i zamiast na Plac Konstytucji pójdzie na piwo na Starym Mieście? Powiem Ci: pewnego dnia ocknie się i stanie Twoimi najzagorzalszymi wrogami. Niektórzy będą chcieli skopać Ci zadek. Na pewno o to Ci chodzi?
M.Z.
niedziela, 11 grudnia 2011
Szansą naszą młodzież? List otwarty do Łażącego Łazarza
To bezpośrednie odniesienie do tekstu Tomasza Parola, Łażącego Łazarza z Nowego Ekranu. Główne przesłanie jest takie właśnie, jak tytuł tego felietonu. Przy czym już w tym miejscu muszę złamać konwencję, wniosek końcowy przedstawiając na początku. Otóż Panie Łazarzu-Tomaszu: GUZIK PRAWDA! Czyli taka sama prawda, jak okrzyk, że szansą naszą ŁYSI. Albo CHĘTNE BLONDYNKI. Albo co tam kto sobie wymyśli. Naszą szansą są LUDZIE ROZUMNI I UCZCIWI. Wszystko jedno jak bardzo chętni, łysi czy wiekowi.
Dlaczego właśnie tak? Ponieważ kwantyfikator „młodzież” jest po pierwsze niejasny, po drugie krótkotrwały, czasowy – a więc fałszywy. Za socjalizmu młody był młody mniej więcej do 35-40 roku życia – o ile rzecz jasna zapisał się gdzie trzeba i działał jak mu kazali. Właśnie pod szyldem młodości… Wyjątkiem było tu tylko Koło Młodych Poetów Związku Literatów Polskich, gdzie średnia wieku oscylowała koło 63 roku życia. Ponieważ jednak ówcześni „młodzi poeci” produkowali rzeczy, które nie nadawały się nawet do wyskrobania na ścianie szkolnego sracza – to ten wyjątek możemy pominąć.
No więc młodzi ludzie tamtej epoki jak by na nią nie patrzeć użyci zostali jak typowe mięso armatnie. Uczyniono z nich podnóżki cudzych karier. Niektórzy wyjechali, inni ugrzęźli na mieliznach, zapili się na śmierć – a wszyscy postarzeli i wypadli z obiegu modnej młodości. Oczywiście winna jest za to banda cynicznych manipulatorów. Niektórzy noszą miano zbawców dziennikarstwa polskiego (choć się jąkają, także umysłowo), ludzi honoru, ikon polskiej demokracji i licho wie czego jeszcze. To fałszywe etykietki. Prawdziwa bowiem brzmi jasno: OSZUŚCI I MISTYFIKATORZY. Albo ZDRAJCY. Zestawmy to wszystko jeszcze raz: młodzież została wykorzystana przez zdrajców i mistyfikatorów. Nie okazała się żadną samoistną wartością. W końcu metrykalnie przeminęła. Kropka.
Po roku 1989 likwidacja prawdziwej klasy robotniczej skoczyła się tym, że trzeba było poszukać jakiegoś substytutu. Zboczeńcy pojawili się nie tak od razu. W pierwszym odruchu sięgnięto po kolejne wydanie młodzieży. Pal sześć, że rzucono jej na żer wyższe uczelnie gotowania na gazie – bo nawet na tych państwowych pojawiło się zjawisko kiedyś nieznane, licencjat. Takie „cuś”, co najgorszym pozwalało udawać, że skończyli wyższą uczelnię, ale bez brania odpowiedzialności za stan ich mózgownicy. Jeden z naszych byłych namiestników na stanowisku prezydenta o mało co się nie pośliznął o ten licencjat. Tu wszakże chodzi o co innego: o stałe obniżanie rangi wyższego wykształcenia. Pojawiły się protezy: kwalifikacje korporacyjne, umiejętność pracy w zespole, wierność ideom Firmy. Pan to zna, Pan o tym wie, nie będę rozwijał. Młodych nie tylko ogłupiono – ale też podstawiono im w miejsce Wartości ich marne zamienniki. Nie ma Prawdy, nie ma Piękna, nie ma Sztuki. W końcu po co niewolnikom takie pojęcia?
A to wszystko podlano sosem leseferyzmu. Tak, to owo słynne „Róbta co chceta”. Kolejny jąkała, kolejny oszust, sporo ludzi twierdzi, że przy okazji niezłej klasy złodziej. Też przeminął, brzydko się starzeje i marchewkowe spodenki pasują mu już jak zającowi plecak. Zostawmy… Bo intencją tego akapitu jest pokazanie, że kolejny manewr wykonywany w podobny do poprzednich sposób musi być logicznie rzecz biorąc prowadzony przez tych samych dowódców. Zapewne zgodzi się Pan ze mną, jeśli powiem, że to wysokiej klasy manipulatorzy? Dobrze. Jedźmy więc dalej. Jak pokonać manipulatora? Metryką? Wdziękiem młodego ciała? Nie! Nie, proszę Pana: manipulatora da się pokonać WYŁĄCZNIE rozumem! A ten NIE JEST AUTOMATYCZNIE TOŻSAMY Z MŁODOŚCIĄ!
Wiec dlaczego do tej walki chce Pan wystawić armię nieprzygotowaną, źle wykształconą i niedoświadczoną? Jako prawnik winien Pan pamiętać Cyceronowe „…Czy jest coś bardziej przyjemnego niż starość otoczona młodością, która chce się czegoś nauczyć? …” Moim zdaniem to nie tylko przyjemne - to również właściwe, skuteczne, a więc pożądane.
M.Z.
----
PS. Otrzymałem od P. Tomasza-Łazarza odpowiedź. Po pierwsze dziękuję za reakcję. Oto jej treść:
"...Polecam polemikę do mojego tekstu
http://mcastillon.blogspot.com/2011/12/szansa-nasza-modziez-list-otwarty-do.html
Autorstwa Marka Zarębskiego.
Panie Marku, będę miał ciut więcej czasu niż na kilka komentarzy to z pewnością się do niej odniosę. Mam bowiem wrażenie, że nie zostałem należycie zrozumiany.
Łażący Łazarz..."
A dalej to już wypada mi tylko poczekać. Co też czynię. Pozostając z ukłonami i pozdrowieniami
M.Z.
sobota, 10 grudnia 2011
Szczęśliwe finały
We wtorek, 30 sierpnia 2011, w tekście zatytułowanym "Kamienica" napisałem we wstępie tak:
"...Długo nie zajmowałem się własną kamienicą, była ciekawsza polityka, obyczaje, podróże i takie tam drobiazgi. Trochę muzyki, wodewilu, kabaretu i poezji… Co oczywiście nie oznacza, że w bezpośrednim sąsiedztwie nic się nie działo i nie dzieje.
Gdzieś tak na początku sierpnia rozliczono nam ostatni okres grzewczy.
I większość lokatorów doznała swoistego szoku: mają dopłacić takie sumy, o jakich nigdy nie śnili. A ci, którzy z powodu wielbienia ciepła płacili do tej pory dodatkowo fortunę – teraz nie płacą nic. Już samo to zestawienie dowodzi istnienia jakiejś diabolicznej manipulacji. No ale ogłupiali lokatorzy może nie zauważą. Póki nie wybrałem się osobiście do działu księgowości naszej ukochanej administracji nie miałem w ręku jeszcze jednego argumentu: otóż manipulacji dokonano w oparciu o kompletnie nieprawdziwe, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością dane. Co innego na liczniku – co innego w kwitach. Różnica porażająca już nie skalą kłamstwa, ale istnieniem różnych płaszczyzn odczytu. Bo chyba nawet maturzysta przyzna, że co innego znaczy 45 metrów sześciennych, a co innego 615 kilowatów…"
Po ponad trzech miesiącach wypełnionych korespondencją z Administracją, toczyło się to wszystko na zasadzie sinusoidy, czyli raz w górę, raz w dół otrzymałem odpowiedź: pańskie argumenty zostały uznane.
Bardzo się cieszę. Ale nie dlatego, że "moje na wierzchu", raczej z przyczyny "logika zwyciężyła". A ponieważ całe życie starałem się zachowywać jak biały dorosły człowiek chcę powiedzieć respondentom DZIĘKUJĘ. Jeżeli komukolwiek sprawi to choć odrobinę satysfakcji - to proszę bardzo, jeszcze raz DZIĘKUJĘ.
M.Z.
piątek, 9 grudnia 2011
Przed dniem szczególnym
W pewnym sensie powtarzam się. Bez specjalnego stresu – nadchodząca rocznica tak była przeze mnie widziana kilka lat temu i tak jest widziana dzisiaj. Cóż więc mogę zmienić? O stanie wojennym 1981 należy moim zdaniem mówić jak najkrócej, bo też i tej hańby nie ma co rozpamiętywać bez końca. Znów zdjęcie, które pewnie większość świadomych Polaków, a zwłaszcza warszawiaków zna doskonale. Przed dawnym kinem "Moskwa", na frontonie którego tkwi reklama "Czasu Apokalipsy" Coppoli stoi opancerzony transporter. Obok kilku żołnierzy najwyraźniej rozgrzewających się jakąś rozmową. A może nie wiedzących co ze sobą począć? Amunicję w każdym razie wydano im ostrą. Takie były metody rozmawiania z narodem. Takie im zostały do dzisiaj – a że mniej czołgów zdolnych do jazdy to i zakupili sobie nowe amerykańskie zabawki do ogłuszania i oślepiania.
Dokładnie w tym czasie internowani jadą do miejsc przeznaczenia. Niektórzy do najpaskudniejszych więzień polskich czy obozów wojskowych, inni do stosunkowo wygodnych, a jak na tamte czasy wręcz luksusowych ośrodków, na przykład do Jaworza. W porównaniu z pierdlem to był komfort nie do opisania. Szczęśliwcy? Raczej wybrani. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek, Stefan Niesiołowski, Bronisław Komorowski, Lesław Maleszka, Andrzej Drawicz, Andrzej Szczypiorski, Andrzej Celiński, Aleksander Małachowski, Waldemar Kuczyński, Jerzy Holzer, Henryk Karkosza, Piotr Amsterdamski, Stefan Amsterdamski, Wiktor Woroszylski, Piotr Wierzbicki, Maciej Rayzacher, Jerzy Jedlicki. Przyszła kadra, czyż nie tak? Zobaczcie co robią dzisiaj.
Pancerny pojazd z tytułowej fotki nie ruszył natychmiast do wściekłej szarży jak helikoptery u Coppoli. Apokalipsa miała tu wymiar nudnego, długiego znęcania się nad ludźmi w ich zakładach pracy, mieszkaniach prywatnych, na ulicach i w słuchawkach telefonicznych („rozmowa kontrolowana...”) Milionom zabrano nadzieję, szanse na rozwój, na godne życie, na podróże, na wszystko. Tak, w Polsce padały również strzały, czołgi i transportery jednak wykorzystano, ludzie ginęli w tajemniczych wypadkach i w „niewyjaśnionych okolicznościach”. Większość jednak obserwowała gołe haki w sklepach i stanowcze odwracanie znaczenia najprostszych słów. Milczenie stało się cnotą zwyczajną. Hodowla lemingów, wtedy właśnie zainicjowana zrazu nie udawała się najlepiej. Trzeba było użyć nowoczesnych, współczesnych narzędzi. Co też uczyniono…
Mało kto domyślał się wtedy – ba, wiemy to dopiero dzisiaj! – w co grali czerwoni. Najpierw w podmianę przywódców „niekontrolowanych ruchów społecznych”, później w spacyfikowanie tych już niemrawych ruchów specjalnie dobranymi doradcami, w końcu samouwłaszczenie się. I stało się tak, że za dziesięć lat bezczelnie mogli twierdzić, że np. upadły zakład pracy kupili za oszczędności stypendialne, a willa z basenem to wynik spadkowych nieporozumień rodzinnych. Stalinowiec stał się ofiarą, ober-oprawca „człowiekiem honoru”. Obydwaj mienią się być polskimi bohaterami – choć z polskością nie mają wiele wspólnego. Drugi dożywa spokojnie swych dni w sporym luksusie, pierwszy czas jakiś był nieudacznym ministrem. A zły, stale jąkający się duch całości, marzący o reformie w ramach systemu (czyli doskonaleniu socjalizmu) dostał małą zrazu gazetkę, później dużą władzę nad umysłami, którym trzeba było aż dekady, by zrozumieć jakiej podlegają manipulacji. Niektórzy nie otrząsnęli się z amoku do dzisiaj. Nadal twierdzą, że brak teleranka w tamten grudniowy dzień był złem koniecznym, bo tuż nad granicą stały uzbrojone po zęby hordy krasnoarmiejców, że nie wspomnę o ich kohortach na przykład pod Legnicą. Nikt nie chce pamiętać, że te jakoby dumne bandy brały właśnie w dupę od afgańskich chłopów, a ich gospodarka w tejże chwili się waliła, co oczywiście było pilnie strzeżoną tajemnicą dla zainteresowanych i jawną informacją dla reszty świata. Z ujawnionych dzisiaj dokumentów wiadomo już, że generał Spawacz usilnie zabiegał o ruską interwencję - ale stanowczo mu jej odmówiono. Czyż zresztą kariery medialne i finansowe większości dzisiejszych "ałtorytetów" byłyby możliwe, gdyby weszli do nas inni "panowie"?
No więc dzisiaj na miejscu tamtej „Moskwy” stoi koszmarek o zagranicznej nazwie, ludzie podejrzewają, że z tym samym zarządcą. Pewnie tylko bierze lepszą pensję... A, pardon – plus resortową emeryturę jakieś pięć tysięcy na rękę. Ziarnko do ziarnka, tak rodzą się nowe dynastie, wnuk prezes też ma potrzeby... Lub wnuczka nie ma już zapasu wacików. Teza, że w 1989 roku patriotyczny naród polski odrodził się po latach komunistycznej niewoli padała powoli – aż padła całkowicie. Dwadzieścia lat tresowania narodu lub jak kto woli społeczeństwa przyniosło efekty: miała być prawica, ale nie ma nawet jej namiastki. A to, co rodzi się poza politycznymi kukiełkami, co narasta takimi wydarzeniami, jak Marsz Niepodległości podgryzane jest od podstaw przez specjalnie ustawionych i wyszkolonych ludzi. Aż wstyd przyznać – na razie skutecznie…
Spsili nas do imentu – i czynią to dalej. Nie, w świetle jupiterów już nie zamordują, przyparty do muru może powziąć myśl szaloną o obronie życia i na przykład wykłuć „dobroczyńcom” oko. Lepiej tego i owego podgłodzić. Wyrzucić z mieszkania, obłożyć komorniczą egzekucją. Nadal nie mamy jako zbiorowość atrybutów suwerena - czy jako jednostki nie mamy własności. Wszędzie, ale to dosłownie wszędzie jesteśmy przechodniami, uchodźcami znikąd i donikąd. Zajmujemy się kombinowaniem jak dożyć do następnej renty, emerytury, zasiłku czy wypłaty. No i mamy obowiązkowo płacić za abonament radiowo-telewizyjny. Przecież nie będą nas ogłupiać za swoje, nie?... Jesteśmy dziwnym krajem, w którym premier miejscowego rządu straszy naród i uważa, że to właściwy „numer pedagogiczny”. Może dlatego część ludzi uważa, że w istocie stan wojenny nigdy praktycznie nie został odwołany. Trwa w najlepsze…
M.Z.
środa, 7 grudnia 2011
Dzien-nikarz
Zawsze rozumiałem to jako „codzienny kronikarz”. I teoretycznie taką właśnie śrubkę sam sobie przykręciłem – komentować najważniejsze wydarzenia danego dnia. W świecie, który jest obok…
No i nie da się! Szanowni: prawda jest taka, że niechętnie zajmuję się rzeczami i sprawami, o których wiem niewiele, albo o których nic nie wiem.
Nie znam się na sytuacji euro i agencjach ratingowych. To znaczy nie znam się na tyle, by w tej sprawie zabierać głos. Co komu po popiskiwaniu faceta mającego o przedmiocie dość mgliste wyobrażenie? Wprowadzenie euro zawsze uważałem za czynność sztuczną, kraje starej Europy jeszcze jako tako współpracowały ze sobą w okresie wspólnoty węgla i stali, czyli w latach 50-tych, znacznie gorzej w latach następnych. Budowanie wspólnej waluty to coś na kształt przymuszania Greków do urządzania w swoim kraju typowo niemieckiego Octoberfest, czyli święta piwa. Jak to się skończyło wszyscy już wiedzą. Nalano coś do dużych kufli, rozchlapano, mnóstwo osób pośliznęło się na cieczy – bo ta okazała się oliwą. Po co to komu było?
Rocznica wprowadzenia stanu wojennego… Oponenci zawsze podnosili argument, że złą cechą Polaków jest świętowanie klęsk. Bezprawny stan wojenny bez wątpienia był taką klęską, zgromadzenie iluś tam osób ze zniczami pod willą Jaruzelskiego kwitowało ją moim zdaniem prawidłowo. W tym wszakże roku parę osób zorganizowało duże spotkanie na Placu Konstytucji w Warszawie. Ale nie 13 grudnia – lecz dokładnie o 20.00 w dzień tę datę poprzedzający! To myślenie podoba mi się: jeżeli stan wojenny był niewolą, to oni chcą obchodzić ostatni dzień tamtej wolności. Oczywiście wtrącił się PiS, niezgrabnie jak zwykle i bez polotu. Czy tam jeszcze ktoś myśli? Nie wiem – ale wyszło jak wyszło, czyli marnie. Jak będzie przebiegało zgromadzenie – zobaczymy. W tej materii pojawiła się wszakże inna plama.
W Nowym Ekranie notka o przeszłości jego założyciela Ryszarda Opary. Jeżeli tylko połowa enuncjacji jest prawdziwa – to czarno widzę, treść przerażająca, wychodzi że mnóstwo osób uległo kolejnej iluzji. Jeżeli nieprawda – to czemu nie ma natychmiastowego sprostowania? Bo pytanie należy do fundamentalnych: czy znowu agent założył w sieci tajny oddział partyzancki? A może przejrzał na oczy i dużą kasę przeznacza na odbudowanie tego, co zniszczył? Jak by nie było pora rzecz jasno opowiedzieć. Na razie cisza. A to Nowy Ekran jest organizatorem imprezy przewidzianej na 12 grudnia tego roku…
Dlaczego przyczepiłem się do tej nieszczęsnej choinki przed warszawskim Zamkiem? Taki wielki ze mnie esteta i znawca stylów w sztuce? Oczywiście nie. Oczywiście z powodu tego, że nawet profanom jedne rzeczy podobają się, inne budzą w nich obrzydzenie. Może też i z tej przyczyny, że jako człowiek w określonym wieku zbyt dobrze pamiętam czasy, w których państwo robiło wszystko, by znaczenie Świąt Bożego Narodzenia przeinaczyć, Świętego Mikołaja przekształcić w Dziadka Mroza, a do gwiazdy na szczycie domowego świątecznego świerczku dodać koniecznie sierp i młot. Jest zresztą mnóstwo innych powodów, dla których na przykład nigdy nie byłem w stanie podziwiać rzeźb wokół Pałacu Kultury – tych rzeźb sławiących tężyznę socjalistycznej braci. Nie wiedziałem wówczas dlaczego to wszystko przypomina mi równie nachalne twory „zaangażowanej sztuki niemieckiej” okresu hitleryzmu. Dzisiaj już wiem: gniazdem obu była lewizna, ten cholerny socjalizm i wszelkie kolejne jego wynaturzenia. Te wszystkie linie proste, trójkąty i ostre kontury konstruktywistycznej choinki sprzed Zamku śmierdzą mi tamtą epoką. Nic na to nie poradzę.
M.Z.
------------------------
PS Z ostatniej chwili, WAŻNE!: Ryszard Opara, właściciel Nowego Ekranu odpiera stawiane mu zarzuty i deklaruje odpowiedź na KAŻDE pytanie w całkowicie niecenzurowanym wywiadzie, prowadzonym przez wskazanego przez blogerów dziennikarza, niekoniecznie z NE. Kwituję - wyjaśnianie tej sprawy RUSZYŁO!
niedziela, 4 grudnia 2011
Chojaczek
Proszę dokładnie przyjrzeć się fotce, zrobiona 4 grudnia 2011 przed południem, Zamek Królewski w Warszawie. Dzień trochę mglisty, leniwie spacerowy. Ale i tak grupki osób chodzą dookoła tego wynalazku, przyglądają się uważnie, miny takie raczej niespecjalne. Na konstrukcji coś tam miga i błyska, mało kontrastowo, to dzień przecież. Może nie powinno się oglądać tego wszystkiego o tej porze?
Zastrzeżenie: nie silę się w tym miejscu nawet na udawanie obiektywności. Wszystko co piszę jest osobiste – i subiektywne.
Choinka, chojaczek, a może raczej „chujaczek” jest po prostu PASKUDNY!!! Co za pomysł, by w tym akurat otoczeniu stawiać jakiś parszywie konstruktywistyczny kolec? Tak, to przypomina groźbę: jak mi niedobry Dziadzie Mrozie nie przyniesiesz wora prezentów – to ci ten kolec zadam gdzie trzeba!
Wiem, słyszałem: artystom wolno więcej. Nie będę dzisiaj spierał się o to, moim zdaniem gówno im więcej wolno, ale zostawmy… Bo problem polega na tym, że ktoś, kto tego koszmarka zamówił, postawił, a przedtem projektował ze Sztuką nie ma nic wspólnego. To nie jest żadna artystyczna wizja czegokolwiek, to raczej parodia, czyli MONIDŁO.
A na Rynku Starego Miasta gromada straganów i coś, co warszawiakom przed świętami potrzebne jest najbardziej w świecie: turecki kebab. Multi-kulti, prawda?
M.Z.
Zastrzeżenie: nie silę się w tym miejscu nawet na udawanie obiektywności. Wszystko co piszę jest osobiste – i subiektywne.
Choinka, chojaczek, a może raczej „chujaczek” jest po prostu PASKUDNY!!! Co za pomysł, by w tym akurat otoczeniu stawiać jakiś parszywie konstruktywistyczny kolec? Tak, to przypomina groźbę: jak mi niedobry Dziadzie Mrozie nie przyniesiesz wora prezentów – to ci ten kolec zadam gdzie trzeba!
Wiem, słyszałem: artystom wolno więcej. Nie będę dzisiaj spierał się o to, moim zdaniem gówno im więcej wolno, ale zostawmy… Bo problem polega na tym, że ktoś, kto tego koszmarka zamówił, postawił, a przedtem projektował ze Sztuką nie ma nic wspólnego. To nie jest żadna artystyczna wizja czegokolwiek, to raczej parodia, czyli MONIDŁO.
A na Rynku Starego Miasta gromada straganów i coś, co warszawiakom przed świętami potrzebne jest najbardziej w świecie: turecki kebab. Multi-kulti, prawda?
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








