wtorek, 29 stycznia 2008

Wierny elektorat ci pomoże!

Ze zdumieniem obejrzałem dzisiaj w kilku stacjach telewizyjnych wątek dotyczący nowych aspektów prowokacji przeprowadzonej wobec byłego wicepremiera Leppera. By nie gmatwać: chodzi o to, że agenci CBA w tej szytej grubymi nićmi sprawie użyli jakoby jednego z więźniów zakładu przyrodoleczniczego na Rakowieckiej. Więzień miał powiedzieć co mu kazano określonej osobie. A teraz ruszyło go sumienie i postanowił zeznać prawdę, cała prawdę i tylko prawdę. Zeznał, także przed kamerą. Wyglądało to na czwartą wersję prawdy, czyli "gówno prawdę". Komu taka wiadomość potrzebna - jeśli oczywiście jest prawdziwa? Ano tym sferom rządzącym, które zleciły Piterze Lulii opracowanie raportu mającego obalić dawnego politycznego sponsora posłanki, czyli Mariusza Kamińskiego, szefa CBA. Raport nie udał się. Nie mógł się udać - w końcu pisał go ktoś, kogo jeden z lepszych komentatorów politycznych nazwał gamoniem organizacyjnym, nieudolnie chowającym tajne dokumenty w bagażniku samochodu pozostawionego na niestrzeżonym parkingu. (Jak Państwo pamiętają samochód ten spłonął, oczywiście ze wszystkimi materiałami). Wymyślono zatem wątek spisku w świecie osadzonych. Za garnitur i 5 tysięcy złotych nudzący się "pod celą" więzień miał złożyć zeznania, które pomogły spiskowi CBA. A obecne ich ujawnienie owo CBA zatopi jak dziurawą balię...

Pierwsze skojarzenie, jakie po obejrzeniu tych materiałów pojawiło się w mej głowie jest takie, że oto PO przyduszone okolicznościami zwraca się po pomoc do swego najwierniejszego elektoratu, czyli pacjentów więzień i aresztów śledczych. Ich szczerość skruszy mury i wpakuje za kraty "faszystów z PiS-u". Pomówienie? A skądże! Prawda statystyczna, powielana nawet przez GazWyba, proszę sprawdzić doniesienia z okresu wyborów, sam zresztą też o tym pisałem: 98 procent skazanych i osadzonych wybierało posłów PO.

Drugie skojarzenie wynika z pewnej niewiedzy i jest prostym pytaniem: na cóż mianowicie więźniowi pomykającemu na codzień po więziennych korytarzach w pasiaku albo jakim innym gustownym wdzianku garnitur z kieszeniami wypchanymi gotówką? Czyżby polityka penitencjarna ministra Ćwiąkalskiego doprowadziła już do takiej swobody, że część męską pierdla wypuszcza się w zaloty do części żeńskiej? A gotówka jest niezbędna, by jakiś usłużny klawisz podał zakochanej parze kawę i bezę z kremem w miejscowej kawiarence?

Po co to wszystko pracowicie plotą dość kosztowne w użyciu media - nie wiem. Ale śmierdzi głupotą na milę. Więc niby do kogo taki przekaz jest skierowany?

Marek Zarębski

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Parlamentaryzmy

"... Styl wypowiedzi mojego przedmówcy jest niezborny - ale czegóż innego można się spodziewać po prawdziwym mentalnym pastuchu..." Albo: "...ten rogacz nie potrafił zadbać nawet o to, by poszerzyć drzwi w swym pałacu, dzisiaj poroże uniemożliwia mu wchodzenie do jadalni, żre więc na progu domu. Po czym udaje się do parlamentu, by bredzić o właściwym wychowaniu młodzieży..." To są wygrzebane z przepastnych archiwów fragmenty wypowiedzi posłów brytyjskich i włoskich. Fakt, żaden z nich nie przypominał z wyglądu wioskowej elegancji Leppera czy niewymuszonej (ale i niechlujnej) szaty Niesiołowskiego. Słowa płynęły na półtonach i nie miały w sobie pozornie nic z napastliwości. Najpewniej też nie zajmowały się nimi żadne komisje regulaminowe czy etyki poselskiej. Widać panowie jakoś się jednak później dogadywali, nie słyszałem o żadnej finansowej czy organizacyjnej zapaści ani w Wielkiej Brytanii, ani we Włoszech. Nie to co u nas: kochamy się wszyscy wzorem premiera Donalda, wyrażamy gładko, tymczasem wojska zaciężne, które umożliwiły platformersom dorwanie się do koryta właśnie zażądały zapłaty. Słusznie - tyle im przecież naobiecywano. Zrealizowanie tylko dziesiątej części obietnic to nic innego, jak ruina skarbca. A zrobić z obietnicami coś trzeba, głodne wojsko niejednego już władcę obaliło... Wojsko wyborcze nie interesuje się oddaniem wywiadu i kontrwywiadu "we właściwe ręce". Nie satysfakcjonuje go postawienie na czele Ministerstwa Sprawiedliwości faceta, który odbudowuje właśnie wielkie korporacyjne interesy prawników. Cóż komu po takiej walucie, jeśli w umowie stało, że po dojściu do władzy tych a nie innych "będzie normalnie", czyli bogato i bezpiecznie?


I tego najwyraźniej rządzący nie przewidzieli! Stukrotnie łatwiej było odgradzać się radarami od ciemnego ludu notorycznie przekraczającego idiotyczne często limity prędkości na drogach. Ta czynność akurat była nadto wysoce opłacalna. Łatwiej było straszyć lekarzy dyrektorami szpitali, a kierowców ciężarówek inspekcją drogową. Ale kiedy atak przyszedł z wewnątrz systemu, od podległych Ministerstwu Finansów celników - obrona okazała się iluzoryczna i nieskuteczna. Ale to i tak pierwszy akt dramatu. Następny może być taki, że oto właściciele firm przewozowych wystąpią na drogę sądową przeciw... Skarbowi Państwa! Bo ich straty okazują się już dzisiaj porażająco wielkie, a odpowiadają za nie podwładni wymienionego ministerstwa. Straty wyliczono na mniej więcej 7 milionów euro za jeden dzień przestoju na granicy. Resztę działań arytmetycznych każdy potrafi wykonać we własnym zakresie. Ciekawi mnie zatem jakiego języka będą używać nasi parlamentarzyści, gdy przyjdzie czas regulowania rachunków...

I jak to wszystko skomentować w duchu prawdziwie europejskiego parlamentaryzmu? Może: "...dorwaliście się dranie do koryta i powszechne mlaskanie zagłusza wam dźwięki otoczenia?". Lub mniej dostojnie: jak mogliście dopuścić, by w tym rzekomo sprawnie przez was rządzonym państwie ledwie dwieście - trzysta osób mogło doprowadzić wszystko na skraj anarchii?

Marek Zarębski

niedziela, 27 stycznia 2008

Śpiewa, tańczy i gotuje...

...także seksu nie żałuje. Co to jest? Dla ułatwienia dodam, że jest okrągłe. Wiecie Państwo? Tak, to jest Koło Gospodyń Wiejskich, a dowcip ma sto lat. Czemu akurat teraz przypomniał mi się? Z powodu jedynego w mijającym tygodniu komentarza do tekstów, nadesłanego nie na prywatnego maila, lecz adres blogowy. Exmedia: "nie pisze się 26 styczeń, lecz 26 stycznia". No toż wiem! Proszę jednak pretensję przeadresować do angielskojęzycznego właściciela tego systemu blogów. W ustawieniach formatu daty na 16 możliwości wszystkie są dla Polaków złe. "Murzyn - skup się teraz! Bo to ma być piłka do metalu!..."

Moją tezę o bezczelności celników popiera jak się okazuje coraz więcej publicystów, dają temu wyraz nader bezpośredni. Rada najłagodniejsza taka, by towarzystwo wziąć za mordę, wyrzucić z pracy i pozbawić praw emerytalnych za szkodzenie już nie tylko państwu, ale całej Unii. Zgadza się, wschodnia granica dawno przestała być prywatnym terenem łowieckim dla tej najbardziej nielubianej grupy zawodowej, w kolejce TIR-ów stoją też auta hiszpańskie, francuskie i niemieckie. Rada wtóra dosadniejsza: znieść w ogóle cła! Podoba mi się - a najbardziej zastosowanie praktyczne obu rad jednocześnie. Od przemytników i zbójów międzynarodowych mamy wszak Straż Graniczną. Poza tym naiwna wiara, że to całe skorumpowane do szpiku kości towarzystwo kogokolwiek przed czymkolwiek może uchronić jest zdecydowanym nieporozumieniem. Nie lepiej to powiedzieć wprost, że przed laty umundurowano kilku zbójników i zezwolono im łupić przejezdnych tylko i wyłącznie w imię partycypowania w łupach?

Przypuszczam również, iż w najbliższym czasie w programie TVN Turbo pojawi się cykl o meandrach pracy dzielnych celników. Obok filmików wysławiających pod niebiosa strażaków i drogówkę. Cykl celniczy winien zaczynać się od nieoficjalnego hymnu: "Zrewiduj mnie swą drżącą ręką - już cała drżę przed słodką męką..." Wyjdzie tanio, bo prawa autorskie do przedwojennego przeboju dawno wygasły... A naród nie powinien zapominać, że władza choć surowa to i wszechobecna, czy to w postaci fotoradaru, czy innej celniczej umiejętności. Jeśli zaś odpuści się tę sprawę - może nastąpić totalne zbiesienie się potencjalnie podejrzanych. I z kolei oni zmajstrują strajk graniczny. Na przykład polegający na tym, by w kierunku tej przeklętej linii nie udawać się pod żadnym pozorem. A jeśli już - to na golasa, z paszportem w zębach, ale bez skarpetek, w których można ukryć półlitrówkę. I majtek, które tyle już razy okazywały się prawdziwym rogiem obfitości.

Czuję od kilkudziesięciu godzin pewien niedosyt. Otóż konkurencja zdjęła ze strony tytułowej swej witryny ankietę na mój temat. Oczywiście pojawiły się dwie inne, niestety mniej jakby wstrząsające. Tak czy siak sen mi z oczu spędza teraz domyślanie się: no i co dalej? Czyżby nie wyszło wszystko zgodnie z zamierzeniami? Ale jeśli nawet tak się stało - to jakie wnioski karne? Jaki komentarz?

Marek Zarębski

sobota, 26 stycznia 2008

Pogranicze rozumu

Pojęcie pogranicza od lat stanowiło synonim wskazówki "gdzieś pomiędzy Lodomerią, a Krainą Deszczowców". Czyli tam, gdzie cuda dzieją się bezustannie, psy biegają w kierunku ogona, przemytnik jest apostołem, a celnik tkwi u bramy niczym święty Piotr - co to jednych do raju wpuści, innym każe wracać na dalszą część boskiej rozprawy. I nie masz kliencie odwołania! Tymczasem celnicy zbuntowali się i przestali przychodzić do pracy. W czym rzecz? W pieniądzach oczywiście. Celnicy mają ich za mało. Przynajmniej tak twierdzą. Najwidoczniej nie mogą już budować willi i zakładać dynastii miejscowych bogaczy, jak to bywało przed laty przy zachodniej granicy. A życie władcy jak wiadomo nie może płynąć na tej samej płaszczyźnie, co życie podwładnych. Jakże by tak...

Tak zwane "niezależne telewizje" nie bardzo wiedzą, jak tę żabę zjeść. Bo to z jednej strony rozkazu walenia w rząd jak w bęben, na pełen gwizdek, jeszcze nie ma - a przecież nie kto inny, jak rządowa agenda czyli minister odpowiada za posłuszeństwo celnej braci. Z drugiej strony zamknąć oczu na to, co dzieje się na granicach nie można, nie dość, że kolejki TIR-ów coraz dłuższe, to i nastroje jakby bardziej wojownicze. Padła już nawet propozycja zrozpaczonych kierowców, by przenieść to wszystko do Warszawy, niechaj rządzący powąchają, jak taki korek pachnie. Pewnie jak skunks, ciężarówek z łazienkami jeszcze nie wymyślono. Buntownikom zagrożono oczywiście brygadami dzielnej policji, paru spaślaków w mundurach udzieliło już nawet wywiadów, jak to "będą działać". Pożyjemy - zobaczymy. Ale pała i bloczek mandatowy mogą tu uczynić więcej złego, niż dobrego, atmosfera wszak podgrzana do czerwoności. Tym bardziej, że były już pierwsze ofiary śmiertelne w kolejce oczekujących aż ich jeden z drugim święty celny Piotr wpuści do raju. Niektórzy nie doczekali.

Czy polityka powszechnej miłości Tuska może tu cokolwiek zdziałać? O ile uruchomi rządowych płatników - to tak. Ale wątpię by tak się stało od razu, czy w krótkiej perspektywie. Przegrać z celnikami mając na karku lekarzy, pielęgniarki i nauczycieli? Na to zbyt łatwo nikt pójść nie może. Na razie więc strachy skupiły się na nieszczęsnych kierowcach. Drogówka, inspekcja transportowa, brygady sanitarne i różne takie lotne ekipy... Szoferzy całkiem udatnie tłumaczą, że jedna grupa zawodowa, czyli celnicy, nie ma prawa skazywać na śmierć głodową czy z powodu zawału serca inną grupę zawodową. Podkreślają też istotną różnicę swojej i celników sytuacji: otóż zbuntowany celnik, działający ospale albo w ogóle, to "troskliwy ojciec rodziny". Zaś szybko jadący kierowca, nie przestrzegający godzin pracy, bo spieszący do odbiorcy towaru lub do domu - to przestępca, którego po wyłuskaniu z grupy bardzo łatwo złapać i ukarać. Coś w tym jest istotnego...

Nigdy nie byłem kierowcą ciężarówki ani celnikiem. Parę lat temu z powodu ospałości, bezczelności i lepkich rąk tych drugich spędziłem na granicy zachodniej, konkretnie w Świecku, osiemnaście godzin w kolejce do okienka. Pamiętam jak jeden z oczekujących zdołał wywabić na korytarz pełen ludzi kierowniczkę zmiany. Padły wobec niej argumenty, że ludzie stojący bez przerwy nawet pół doby nie będą mieli potem dość siły i koncentracji, by dojechać do swych domów. Dama wagi ciężkiej, żrąca kajzerkę z kiełbasą i jednocześnie paląca papierosa syknęła tylko "Mam to w dupie!" i spokojnie odmaszerowała. Ona przecież w swym misiowym rozumku robiła to, co do niej należało. Być może... Państwo przecież dostatecznie długo czyniło wszystko, by zniechęcić swych obywateli do jakiejkolwiek inicjatywy, w tym handlowej również. Wyjście z tego było jedno: dać co miało się do dania, najlepiej razem z dokumentami odprawy i wyjechać czym prędzej, nie oglądając się na mniej zapobiegliwych. Tak, tak, było komu dać, tabuny kolegów opisanej kierowniczki snuły się tam i z powrotem po placu odpraw, pozornie nie wiadomo po co. I byli chętni, by z nimi "porozmawiać". Odjeżdżali w pierwszej kolejności. Czyżby dzisiaj zabrakło tych niewielkich wziątek umundurowanym świętym Piotrom płci obojga na wschodniej granicy?

Marek Zarębski

piątek, 25 stycznia 2008

Warto czy nie warto - czyli czym jest realizm

Na jednej ze stron grupujących blogerów politycznych, "Salon24" ,toczy się właśnie zażarta dyskusja na temat sensu (lub bezsensu) Powstania Styczniowego - jako i też innych czynów zakończonych historycznym niepowodzeniem. Zainteresowani mogą oczywiście sami jak najdokładniej prześledzić ten wątek, tu jednak powiem tyle, że w gruncie rzeczy spór dotyczy tego, co i my wobec właścicieli naszej kamienicy czynimy. Innymi słowy chodzi o ścieranie się racji: co jest sensowne i możliwe, a co sensownym i możliwym nie jest, więc podobnych działań należy zaniechać.

Teza postawiona przez Łukasza Warzechę, publicystę zawodowego i znanego, jest mniej więcej taka, że Powstanie Styczniowe było nieodpowiedzialnym szaleństwem, co gorsza niweczącym ulgi i ustępstwa, jakie właśnie wywalczył niejaki Wielopolski. W efekcie źle i naiwnie planowanej kampanii powstańczej mieliśmy konfiskaty, zsyłki i zamknięcie drogi do stworzenia parlamentu lokalnego - co na wiele lat zamknęło możliwość organicznego odtwarzania państwowości polskiej. A przecież mogło być tak wspaniale... Proszę nie kręcić nosem, że to rozważania nudne i hermetyczne. Proszę też nie wędrować natychmiast na stronę rozwijającej się ankietowo konkurencji w celu wypełnienia kratki "Śmieszne" - bo to nic innego, jak program szkolny Państwa dzieci. I jeżeli dzisiaj to dla Państwa śmieszne - to jak im pomożecie przed końcem roku szkolnego?

Ku polemice z autorem tak skrótowo przedstawionej teorii ruszyło kilku innych blogerów, może nie tak znanych - ale jak się okazuje doskonale wprowadzonych w tok rozważań historycznych. Czy stłamsili Warzechę, jak to zrobili, wygrali czy przegrali - proszę sprawdzić samemu, każda moja opinia była by tu arbitralna. Elementami, które wszakże chciałbym w tym miejscu przywołać jest zestaw pytań, które mają znaczenie dla działań wobec tej kamienicy, zwłaszcza pomysłu przejścia jej mieszkańców do roli właścicieli. Czy w ogóle warto "kopać się z koniem"? Co możemy zyskać, a co stracić jasno formułując nasze oczekiwania, z czasem przekształcane w żądania? Jak to czynić, by każdy krok był jak najefektywniejszy? Kto winien stać na czele ruchu? Jak można i należy porywać do boju tę armię, którą się ma, a która najwyraźniej nie ma wielkiej ochoty do walki?

Z polemiki na Salonie24 dla mnie wynika rzecz podstawowa: nie ma mianowicie rzeczy nie do załatwienia czy wywalczenia, choć też każda metoda stosowana stale i monotonnie okazuje się na dłuższą metę metodą zawodną. Pokora i praca organiczna owszem - tak długo, jak długo przynosi jakiekolwiek efekty. Frontalny atak - chętnie, ale pod warunkiem, że więcej nowego terytorium, niż ofiar w ludziach. I stałe, permanentne, do znudzenia powtarzane NAZYWANIE RZECZY PO IMIENIU. Nic o nas bez nas. Bez dominacji urzędniczego postrzegania świata nad jakimkolwiek innym postrzeganiem. Dość głupot dokonywanych rzekomo w majestacie prawa. Stop marnowaniu NASZYCH pieniędzy.

Więc wygramy, czy przegramy? Rozpętaliśmy kolejne polskie mikro-powstanie bez nadziei na sukces - czy właśnie tworzymy zręby nowego świata lokatorów wolnych? Zwycięży rzekomy realizm, czy utopia? Półgębkiem dodam w tym miejscu: na razie w kamienicy żaden Wielopolski się nie pojawił. Więc pokorę jakby można za uszy i o kant...

Powiem Państwu rzecz straszną: prędzej czy później wygramy. A straszne jest to, że jednocześnie zyskają ci, którzy dzisiaj siedzą jak mysz pod miotłą. W nosie mają rzeczy wspólne i jakikolwiek wysiłek czynny, choćby i myślowy. Prawdopodobnie w nowych realiach natychmiast zabiorą się za tworzenie kolejnego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Marek Zarębski

czwartek, 24 stycznia 2008

W sprawie wykupu lokali

Pisałem kilkanaście dni temu, że napływają coraz to nowe informacje dotyczące wykupu TBS-ów - budowanych na zasadach PODOBNYCH DO TYCH, KTÓRE OBOWIĄZYWAŁY PODCZAS BUDOWY mieszkań w naszym domu. Poniżej najnowsza informacja podana przez PAP. Moim zdaniem warto przeczytać.

=====================================



Możliwy wykup mieszkań z TBS
(PAP, dd/24.01.2008, godz. 16:55)
Ministerstwo Infrastruktury rozważa wprowadzenie przepisów pozwalających na wykup mieszkań z zasobów towarzystwa budownictwa społecznego (TBS) - poinformowała rzecznik prasowy resortu Teresa Jakutowicz.

Zainteresowani wykupem takich lokali są przede wszystkim najemcy oraz same towarzystwa (najczęściej prywatne) - czytamy w komunikacie, który otrzymała PAP. Wyjaśniono w nim, że resort zapowiada dokładną analizę postulatów, które otrzymuje w tej sprawie od zainteresowanych.

Jakutowicz poinformowała, że ministerstwo musi przeanalizować zasadność zmian w ustawie o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego oraz ewentualne warunki wykupu takich lokali.

Dodała, że sprawę komplikuje zróżnicowana sytuacja mieszkańców TBS. Część najemców, by zamieszkać w TBS-ach, samodzielnie wpłaciła 30 proc. wartości lokalu. Innych wsparła gmina, która pokryła koszty partycypacji. Są także sytuacje, gdy koszty te dzielone są między najemcę a samorząd.

Jakutowicz podkreśliła, że "jeśli ministerstwo uzna, że prywatyzacja zasobów TBS jest celowa, to będzie się ona odbywać w ramach szerszej reformy systemu wsparcia czynszowego budownictwa społecznego". Resort nie chce bowiem doprowadzić do sytuacji niekontrolowanej wyprzedaży zasobów towarzystwa - dodała.

Obecnie, zgodnie z ustawą o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego, osoby zamieszkujące lokale z zasobów TBS nie mogą wykupić ich na własność. Przepisy zabraniają także ustanowienia na lokalach spółdzielczego prawa własności.

Podstawowym celem TBS-ów jest budowa mieszkań czynszowych oraz ich wynajem osobom, których nie stać na zakup mieszkania własnościowego. By otrzymać taki lokal, zainteresowani muszą wpłacić 30 proc. jego wartości. Reszta finansowana jest z kredytu z Krajowego Funduszu Mieszkaniowego.

"Idole" raz jeszcze

Dwa głosy, które skomentować chcę i muszę, te maile po prostu mnie wkurzyły. Pierwszy, fragment: "ciszej nad tą trumną, jeszcze nie wiesz co się stało a pyskujesz...". Drugi, też fragment: "...nie dość się ośmieszyłeś? Mało ci smrodu wokół?"

Nie wiem co się stało. Co było powodem katastrofy, jakie wynikają z niej skutki dla polskich sił zbrojnych. Wyśmiałem metodę relacjonowania wypadku. Z niczego się w tej materii nie wycofuję. Jakoś jednak nie czuję się sparaliżowany w milczeniu samym pojawieniem się zdarzenia. Po to człowiek ma mowę, by mógł z niej korzystać. Po to ma rozum, by formułować i zadawać pytania. Po to ważne instytucje powołują na stanowiska rzeczników prasowych, by na te pytania odpowiadali - gdy mają coś do powiedzenia. Jeśli bredzą - może mi się to nie podobać. Wbrew wyobrażeniom respondenta to nie ja okazałem się typową hieną, ale ci, którzy powołali specjalne studio i eksploatowali swój upór pół nocy bez sensu. Tak naprawdę to oni właśnie zmuszali wspomnianych rzeczników do wicia się przed kamerami jak robaki na haczyku. Nie lubię tej metody napastliwego zadawania pytań, na które nie może być natychmiastowej odpowiedzi. Podane w poprzednim tekście argumenty są merytoryczne, nie emocjonalne. Z wezwaniami typu "ciszej nad trumną" proszę się wstrzymać do chwili pełnego zrozumienia przekazu, jaki te słowa niosą.

Drugi mail... Właściwie najkrótsza odpowiedź ze smrodem w treści jest taka: to proszę nie podchodzić zbyt blisko! A wietrzyk rychło wapory rozwieje... Ma Pan/Pani jakąś stronę, którą mógłbym w skupieniu przeczytać, napawając się płynącą stamtąd powagą i rozumem? Serdecznie doradzam, choćby tu gdzie i ja bloga założyłem. Pospieramy się na argumenty, napiszemy może kilka płomiennych wzajemnych ataków. Może mamy podobne poglądy na to i owo? Pogadamy o sensie śmieszności i powagi. Nawet nie zapytam o nazwisko, to bez znaczenia, ja występuję pod swoim, inni nie muszą.

Marek Zarębski

O "idolach"

Przyczynkiem do rozważań wydarzenie samo w sobie tragiczne, to jest katastrofa samolotu wojskowego na Pomorzu. Stacja TVN24 otworzyła nawet specjalne studio, w którym widz jak zwykle nie mógł dowiedzieć się kompletnie niczego o zdarzeniu i jego okolicznościach ogólnych - ponieważ debilna prowadząca wyciszała zaproszonych do studia gości zawsze wtedy, gdy mieli coś realnego do powiedzenia. Jedyny kompletny materiał o maszynie, która uległa katastrofie wzięty został z YouTube, gdzie umieścił go jakiś amator z telefonem komórkowym w ręku. A jednak wiele godzin na pasku w dole ekranu podtrzymywana była informacja, jakoby w Polsce rosły najwyższe na świecie drzewa. O jedno z nich zdaniem dzielnych żurnalistów na wysokości 200-300 metrów zawadził nieszczęsny samolot podczas podchodzenia do lądowania. I spadł. Dzisiaj dodatkowym winowajcą został mianowany wiatr i deszcz - bezlitośnie uderzył w maszynę w chwili, w której otworzone zostały klapy na statecznikach (Onet). Cóż można powiedzieć? Na spokojnie to chyba, że z drzewami to zdecydowana przesada, miały być za Tuska cuda, ale chyba nie aż takie. Klapy bywają, ale w skrzydłach, podczas manewru startu i lądowania zwiększają siłę nośną płatów, taka ich rola. Jutro ci sami idole dziennikarscy zabiorą się zapewne za analizę rynków finansowych. Lub za meandry aborcji. Ten sam wdzięk zjełczałego pasztetu i te same kwalifikacje merytoryczne...

Zupełnie dzisiejszym komentatorom umknęła informacja, że cywilni ratownicy nie zostali dopuszczeni na miejsce katastrofy. Może mogli pomóc, może nie mogli - ale mundurowi wiedzieli o tym lepiej i wcześniej. Nie zawiadomili szpitali, bo "nie musieli" - co wynika z dzisiejszych komunikatów. Wojsko nadal jak widać państwem w państwie... Zero informacji, jakieś głupie wykręty. I tylko przecieki niosą wieść, że zdaje się wyginęła znaczna część wyższej kadry dowódczej lotnictwa wojskowego. Ot, po spotkaniu rozwozili się po całej Polsce jak to jest w wojskowym zwyczaju (a jest?), lista pasażerów niekompletna, nazwiska pomylone lub - pewnie dla zmylenia szpiegów - źle zapisane. Premier poleciał na miejsce wypadku. Pewnie nie do szczątków sierżantów - ale tu milczenie totalne, nikt nic nie wie na pewno.

A właściwie po co nam to wszystko wiedzieć? Mamy być smutni i tyle, gdy wróci pan prezydent być może ogłosi żałobę narodową. A dama od dwustumetrowych drzew wszystko ładnie skomentuje i wytłumaczy.
Marek Zarębski

środa, 23 stycznia 2008

Errata ekspresowa

W poprzednim tekście napisałem, że istnieje teoria traktująca tzw. Okrągły Stół jako zmowę jednych agentów z drugimi. Riposta była natychmiastowa: "to ty gadzie plujesz na Braci?". Odpowiadam - w żadnym wypadku. W ogóle nie o nich mi chodzi. A spektakl okrągłostołowy zorganizowany był przez tę samą razwiedkę, która dzisiaj organizuje "wstrząsające" programy o tym, jak kto tańczy, jak kto śpiewa i ile ma kochanek lub kochanków. Według tych samych zasad fasadowych igrców dla gawiedzi. Czyli: "gwiazdy" na pierwszym planie, starannie zmontowane, w tle publika. No i oczywiście ktoś, kto tej publice pokazuje kiedy ma się cieszyć, a kiedy wyć z nieukontentowania. Fotki pokazujące z kim w Magdalence grzał gorzałę Michnik i spółka, aktorzy pierwszego planu, jakoś żadnego z Braci nie uwidaczniają. Tkwią bliźnięta gdzieś w tle, chciałoby się powiedzieć: jak służba zajmująca się stałym mrożeniem kolejnych flaszek. Z czego da się oczywiście wysnuć wniosek o ich marginalnej roli w przedstawieniu. Czy to dzisiaj dobrze, czy źle - niechaj każdy sobie sam ustala. A dla wielbicieli PO informacja: chyba właśnie zdjęto parasol ochronny znad Państwa pupili. Bo biorą w dupę równo od wszystkich wysokonakładowych gazet codziennych. Wystarczy poczytać...

Marek Zarębski