niedziela, 13 września 2009

Metody

Sto lat temu, czyli za czasów mej młodości spędzonej jak wiadomo na warszawskiej Pradze powiadało się o pewnej ulicy „Cyryl jak Cyryl – ale te metody…” Chodziło rzecz jasna o komisariat dzielnej MO mieszczący się właśnie na Cyryla i Metodego. Słynął z tego, że jak ktoś tam wpadł to już na pewno się przyznał. Do czego niby miał się przyznawać? Wszystko jedno. Ważne, że metody były na Cyryla skuteczne… Pewien komendant tego zacnego sanatorium jak już pewnego dnia postanowił popełnić samobójstwo za pomocą skoku z okna niewysokiego przecież budynku – to wybrał taki dzień, w którym postawiono przed jego oknami metalowe rusztowania. Nie, nie proszę Państwa, z niczego się nie nabijam – to raczej rzeczony dżentelmen nabił się umiejętnie na jedną z rur, osiągając swój cel samobójczy bez żadnych dalszych dyskusji.

I po cóż taki długi wstęp, skoro i tak wiadomo, że zaraz będzie o domu na Abramowskiego? Jasne że będzie. Chodzi o to, że w ostatnim wpisie przedstawiłem opis dziwnych różnych czynności, jakich „specjaliści” chcą się dopuścić wobec balkonów i tarasów siódmego piętra. Nie pomijając oczywiście lokatorów nieszczęsnych mieszkań tam usytuowanych. W czynnościach tych nieważny jest żaden Cyryl. Ważne są właśnie metody. Wspominałem, że wobec jednej z pań użyto podstępu polegającego na bardzo cichym mówieniu do osoby niedosłyszącej. Ktoś powie, że to granda i okropieństwo, ponieważ lokatorka nie słysząc co się do niej mówi, a może też nie rozumiejąc kiwała pewnie mądrze głową – co zostało odebrane jako publicznie wyrażona aprobata do czynności różnych, a zaplanowanych. Cóż, skutek tego już znamy, mieszkanie przerobiono błyskawicznie na pobojowisko… Ale spójrzmy na to też od innej strony: czyż należało leciwą damę denerwować dokładnie opisując co ją lada moment czeka? No pewnie że nie! Śpiewał o tym zresztą Wojciech Młynarski – „Po cóż babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Więc dzisiaj już się cieszy, zło minęło, balkonu nie ma, ale to drobiazg.

Na drugim końcu domu metody użyto innej. Wprowadzono element dezorientacji. „Jak się Zyziu nie zgodzisz na wyrwanie zęba to całe ciałko zachoruje i umrzesz…” Mniej więcej tak, choć pewnie innymi słowy. To bez znaczenia. Ważniejsze to, że pewne elementy chce się wprowadzić ZA WSZELKĄ CENĘ. Stąd zaczęliśmy się z kilkoma sąsiadami zastanawiać o co tu chodzi? O nasze dobro po dziewięciu latach bezczynności? O realizację jakiegoś odgórnie narzuconego planu? I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że w przyszłym roku przedstawi się lokatorom propozycję wykupu zajmowanych lokali. Z doliczeniem do ich ceny absurdalnego remontu i jakichś pewnie jeszcze boków. Że to niemożliwe, są deklaracje poważnych urzędników? Cóż, prawda jest taka, że jeśli urzędnik się zaklina „że nie” – to się zaklina.

Tylko tyle i aż tyle. Kto miał rację zobaczymy wkrótce.

M.Z.

piątek, 11 września 2009

Wieści z frontu

Jak to widzą nawet dzieci: budowlańcy nam się rozwijają twórczo w kierunku dłuższego pobytu, powstała żelazna buda, w niej zapewne kryją się tajemnicze przyrządy. Cyrkiel i kielnia wolnomularska? Kto wie, kto wie, dożyliśmy wszak ciekawych czasów...

Generalnie plan jest taki, by wszystkie lokale na siódmym piętrze ogacić trzydziestocentymetrową warstwą styropianu – co w zasadniczy sposób zmieni metraż tarasów i balkonów. Pewnie tę zmianę projektanci akurat mają w nosie… Dlaczego trzydzieści – ktoś zapyta – skoro dziewięć lat wmawiano lokatorom górnych pięter, że jest im wystarczająco ciepło, a ewentualne pretensje wynikają z bezpodstawnej nienawiści do administratorów i suszenia prześcieradeł w salonach? Dlaczego parter ocieplono od strony garaży dziesięcioma centymetrami jakiejś masy – i wszyscy się cieszą? Nie wiadomo. Sprawa jest tak tajemnicza, że w jednym z lokali ostatniego piętra wykorzystano dość posunięte niedosłyszenie lokatorki, w innym równie perfidny sposób twierdzenia jakoby brak zgody na zmiany budowlane skutkuje… no mniejsza, nie uprawniono mnie, nie mogę mówić. Ale użyto steku banialuk podając je rzecz jasna za argumenty. Kto? Pewna dama. Ostatnio pozornie w cieniu zdarzeń. Ale oto okazuje się, że nie tak do końca…

Rozmów nie tyle kuluarowych, co bulwarowych, mam na myśli coraz bardziej uszczuplany składami budowlanymi kawałek chodnika przed domem, jest coraz więcej. I coraz większy bunt w narodzie. Lokatorzy dopiero teraz orientują się czym grożą remonty, czym grozi najmowanie firm typu „krzak” (pracownicy bez jakiegokolwiek „socjalu”, najmowani po prostu na lewo, słabo wyszkoleni, częściej ze skłonnościami do gorzały i piwa), jak bardzo należy uważać co się podpisuje po zakończeniu prac. Jak daleko posunęła się arogancja budowlańców, ich szefów, administratorów. Kłamstwo goni kłamstwo, brak logiki pogania kolejne banialuki kupy się nie trzymające, każdemu opowiada się inną bajeczkę - a wszystko po to, by zrealizować jakiś utopijny zamiar, ponoć podparty planem i odgórną dyspozycją. Zamiast zwołać szerokie gremium rozbija się zbiorowość na mniejsze grupki – i każdej aplikuje inną legendę. Tak, rozumiem, że administratorzy pracują do czwartej po południu, a ich czas wolny jest święty. Ale co w takim razie z naszym czasem wolnym, który albo już spędziliśmy w smrodzie farb i lakierów, albo właśnie spędzamy kolejny tydzień? Czy zmniejszanie powierzchni balkonów i tarasów nie jest aby zmianą warunków umowy cywilno-prawnej, na bazie której objęliśmy nasze mieszkania?

Powoli, powoli u niektórych dojrzewa myśl, że skoro dzisiaj nie ma normalnej rozmowy i jasnego przedstawienia planów i zamiarów – to niestety będą już tylko zeznania świadków i stron w procesie sądowym. Z jednej strony szkoda. Z drugiej może to jedyna możliwość, by sowieciarzy wmawiających nam jaką to są władzą nauczyć wreszcie trochę rozumu?

M.Z.

czwartek, 10 września 2009

Gdy upał rozum odbiera…

Czwartek, wczesne popołudnie: na naszą uliczkę zajeżdża potężna ciężarówka z metalowym kontenerem na gruz i śmieci. Spór: gdzie to świństwo ma stanąć? Ochrona interweniuje, nie pozwala zastawić wjazdu do garażu na poziomie zero. Pomagam jej w tym sporze, ma miejsce jakaś moja rozmowa ze zleceniodawcą ustawienia, zapewne budowlańcem, który ma „obsprawiać” lokal na siódmym piętrze. Rozmówca zupełnie nie trafia mi argumentami do przekonania, twierdzi, że jeśli stalowa skrzynia będzie stała zbyt daleko i jego personel będzie musiał użyć taczek, to on mnie zmusi do powożenia tymi taczkami… No, w mordę jeża, mocny człowieku! Chcesz wojny – będziesz ją miał.

Zdezorientowany kierowca gruzośmieciarki stawia w końcu swą skrzynię pod płotem na końcu uliczki. Kilkanaście minut potem inspektor z administracji. Mierzy krokami i kroczkami. I stwierdza spokojnie: nie będzie nikomu przeszkadzać! Mam mieszane uczucia, ale niech tam…

Słucham i powoli emocje opadają. Po jaką cholerę pomagałem w interwencji? Taka myśl mi świta: przecież trzeba było zostawić ewentualny spór tuzom intelektu stale tu parkującym! Miejscowym mistrzom sporów, pism protestacyjnych i cichych pertraktacji.

No więc widać odebrało mi rozum. O, już wiem: to wszystko przez ten jesienny upał! Panie i panowie! Brońcie się sami! Jeżeli rzecz jasna opłaca wam się to czy chce… Powodzenia!

M.Z.

sobota, 5 września 2009

Spóźnienie

No właśnie: spóźniam się ze zdawaniem raportu w sprawie remontu. Ale tak to już jest w moim fachu, że raz chce się pisać, innym razem kompletnie nie chce…

Remont w moim mieszkaniu został zakończony dokładnie dziesięć dni po rozpoczęciu. Tak, uparłem się w materii tego czasu, uparłem się na zapisanie terminu w protokole wstępnym i nie odpuściłem. Pracowało przy renowacji mieszkania dwóch facetów, z czego ten drugi ostatniego dnia może trzydzieści w sumie minut. Pan Marian, malarz – znakomity! Osiem godzin dziennie z małą przerwą na śniadanie, robota solidna i z duszą. Tak to proszę odebrać: chwalę osobę, nie firmę. A sobie na plus zapisuję to, że nie dałem się uwieść perswazji, że można by jeszcze to i owo poprawić, wymienić i ulepszyć. Miłośnicy tej drugiej drogi mieli fachowców po pięć tygodni, u niektórych końca prac nie widać. Harmonogram rozlazł się w szwach. Dołączyła doń niedoskonałość wykonawcza. Obecnie najgorzej rzecz ma się ze szczytowymi lokalami w klatce trzeciej – tam bowiem okazało się, że tak naprawdę nie chodzi o żaden remont, ale budowę lokali od podstaw. No bo jak inaczej nazwać wznoszenie nowych ścian, sufitów i futrowanie styropianem (30 cm) podłóg balkonów i tarasów? Lokatorzy tych mieszkań nie posiadają się ze zdumienia: jak to jest, że wiele lat twierdzono, iz wszystko z ich lokalami w porzadku, a tu raptem budowa od podstaw? Nie mam pojecia... Twierdzenie zas, że najwazniejszy jest projekt, ze projekt to cos na ksztalt swietej krowy wkladam miedzy bajki. Kazdy rozsadny by tak uczynil. W koncu katowicka hala targowa, ta zawalona, tez budowana byla w oparciu o projekt. Chyba niedoskonaly - co pokazala praktyka...

Fachowcy… Niektórzy moi sąsiedzi już dzisiaj opowiadają na ich temat prawdziwe sagi. Byli specjaliści od biegania po piwo do pobliskiego sklepu. Byli geniusze pieprzenia wszystkiego, czego się tknęli. Niezdarni malarze, posadzkarze i klienci, dla których układanie płytek centymetr (niemal) jedna od drugiej to norma i europejski standard. Właściciele niektórych mieszkań (nie kłóćmy się tylko o prawne szczegóły!) reagowali albo dyplomatycznie, albo żywiołowo, tych drugich nawet pewnie więcej, niż pierwszych, jak słyszałem tradycyjna „kurwa” unosiła się w powietrzu wdzięcznie i często. Były eksplozje bezradności („No i co ja mam teraz panie zrobić?”) i zdecydowania („Ten spaślak to w poniedziałek zarobi w łeb jak amen w pacierzu!”). Ale najważniejsze, iż spoza tego wszystkiego powoli wyłaniał się obraz piramidalnego oszustwa, jakiego ktoś dopuścił się wobec lokatorów przedstawiając im przed laty kit w miejsce rzekomej komercji. Dom jest jedną wielką "partyzantką", od piwnic po dachy. I dzisiaj już tylko spoglądając na zakres prac remontowych nie da się tego ukryć za żadnymi wezwaniami, zaklęciami i opowiadanymi nam banialukami, że jest pięknie, a będzie jeszcze piękniej – gdy tylko dopłacimy. Za trzy, cztery lata elementy, których jak do tej pory nie tknięto (garaże, fundamenty, bramy, ciągi komunikacyjne) znów dadzą o sobie znać. I będziemy pewnie jak kilka lat temu zbierać się i apelować do kogoś, by „zrobił coś”. Co? Znajdzie się jakiś frajer?

Skądinąd wiem, że niektórzy administratorzy też już mają dosyć. Jeśli nie wali się w jednym miejscu – to na pewno trzeszczy w innym. Zakres prac, a pewnie i ich koszty dawno przerosły oczekiwania. Ludzie zaś nie godzą się – to głęboko słusznie! – na kit, jaki ten czy ów im proponuje w miejsce rzeczy dobrych czy prawdziwych. No cóż, mili Państwo: chyba to w jednym z moich tekstów przewidywałem…

Grupa lokali nie wciągniętych na listę firmy remontowej, wyskakujących z harmonogramu: nie, nie wiem co z wami będzie. Tak, idzie jesień, a po niej zima, więc naprawdę albo trzeba było o terminach remontów myśleć wcześniej, albo dzisiaj pogodzić się z myślą, że w listopadzie otwarte okno będzie przeszkadzać lokatorom. Nie, nie macie już szans na fantazje w łazienkach i grymasy w pokojach, Boże Narodzenie złapie was w środku prac i tak się to skończy.

M.Z.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Umowa

Z dnia dzisiejszego, PO TRZYNASTEJ. Porozumiałem się z właścicielami firmy remontowej. Ruszają o ósmej rano w najbliższy poniedziałek, kończą dokładnie po 10 dniach KALENDARZOWYCH. Oczywiście soboty i niedziele "moje". Dodatkowych zleceń nie będzie. Właściciel: "Zdążymy, nie ma sprawy". OK. Trzymam za słowo.
M.Z.

REMONT - część I

Praktycy powiadają, że rzeczy i sprawy, z którymi obywatel nie może sobie poradzić, albo radzi z wielkim trudem, należy jak najspieszniej ujawniać – bo bzdura oświetlona wstydzi się i łatwiej się z nią uporać. Jak wiadomo od wielu tygodni w naszym domu trwa remont. Już praktyka pierwszych lokali dowiodła, że firma, która wygrała przetarg i która remontowo u nas działa przeciąga terminy. To znaczy nie bardzo chce mówić z najemcami lokali o dniu ukończenia prac, ich zakresie i przebiegu. A działania już rozpoczęte trwają w nieskończoność – jakby lokatorzy nigdy nigdzie nie pracowali, a podstawowym ich obywatelskim obowiązkiem było spędzanie urlopu w oparach farb, lakierów i lepików. Powiedzmy prawdę: większość lokatorów postanowiła zmienić swe chałupki w prawdziwe pałace. Rozszerzają zakres prac koniecznych do wykonania, bawią się w specjalne, prywatne zlecenia itd. Wolno im? Wolno. Niestety owa wolność rodzi określone konsekwencje.

Pewnego dnia spotkawszy przed domem właścicieli firmy remontowej zawarłem z nimi ustną umowę: przed wkroczeniem spodziewam się wizyty wykonawców i inspektora budowlanego z administracji, ustalimy wspólnie wyżej wymienione parametry, to jest czas, kolejność i zakres prac. Przy założeniu, że pod żadnym pozorem nie dopuszczę do sytuacji, w której ani nie będę mógł korzystać z kuchni czy toalety, ani umyć się w łazience.

11 sierpnia tego roku ok. 13.00 telefon: w najbliższy poniedziałek wkraczamy! Hola, hola, mili Państwo – a gdzie realizacja tego postanowienia wyżej opisanego, gdzie uzgodnienia? „A to proszę się porozumieć z administracją, inspektorowi najbardziej odpowiada godzina dziewiąta w tym tygodniu…” Cóż – mnie mniej, jeszcze pracuję. Mogę zwolnić się tak mniej więcej o trzynastej. „No ale my wygraliśmy przetarg, mamy termin i chcemy zacząć u pana prace w poniedziałek…”

No więc mili krótko i na temat: NIE! Przyjmę połączoną ekipę administracyjno-remontową w tym tygodniu. Lub ekipę władną porozumieć się ze mną w sprawie czasu i zakresu remontowych czynności. PO TRZYNASTEJ. Bez tego żaden remont u mnie się nie odbędzie. Jeśli natomiast porozumiemy się w zakresie zasad: od poniedziałku mam z żoną DZIESIĘĆ DNI kalendarzowych na znoszenie opresji remontowej. Jedenastego dnia zamykam drzwi na klucz i… koniec bajki. Gdyby zaś ktokolwiek twierdził, że „utrudniam”, „torpeduję” lub coś równie bzdurnego – oświadczam, że to NIEPRAWDA. Domagam się po prostu traktowania mnie jak białego człowieka. Też mam swe niezbywalne prawa. I daję słowo, że potrafię ich bronić. Żaden z moich domowników nie rzuci zawodu wykonywanego, żaden nie przejdzie na utrzymanie kogoś tam, nie wyprowadzi się na czas remontu.
M.Z.

piątek, 31 lipca 2009

Data

Rzecz oczywiście o Powstaniu Warszawskim, rocznicę wybuchu obchodzimy jutro. O siedemnastej w stolicy mają stanąć samochody, użycie klaksonów dozwolone.

W sieci przewala się potężna dyskusja o celowości, a nawet zbrodni wywołania Powstania. Najmłodsi publicyści, nieźle pyskaci, twierdzą, że nie staną na ulicy, bo czyn zbrojny Powstańców był bez sensu, data wybuchu źle dobrana, a skutki opłakane. Przypuszczam, że jeśli w ogóle wyjadą na ulice w czas powszechnego stawania aut to walną w cudzy bagażnik i dostaną zasłużone lanie – więc lepiej by jeździli po pustych uliczkach swego Piździgwoździkowa i Pikutkowa Górnego. Są mentalnymi gnojami. Tak, tak: prowincja to kategoria mentalna!

Pseudo-racjonaliści argumentują, że porywać się bez broni na wyspecjalizowane niemieckie jednostki frontowe i policyjne było bezsensem, ponieważ tym samym narażano na śmierć kwiat inteligencji polskiej. Zapominają, grzeczne komuchowate chłopczyki, że pod koniec lipca Niemcy postanowili całą ludność Warszawy zagonić do kopania umocnień przed posuwająca się uparcie na zachód armią sowiecką. I mogli kolejne partie przymusowych robotników spokojnie po każdym dniu pracy posyłać do piachu… Do czego zdolny jest naród Goethego i Schillera Polacy przekonali się już pierwszego dnia II wojny światowej. W sierpniu rzekomo pokojowo nastawionych gefrajtrów ze szwabskimi mordami (tak się ich dzisiaj usilnie przedstawia) wzmocnili ukraińscy zboczeńcy Kamińskiego i kryminalni zbrodniarze Dirlewangera.

No ale zanim to się stało była godzina W. Warszawiacy ją pamiętający zgodnie twierdzą, że niezbyt szczęśliwie dobrana. Kilka – kilkanaście dni wcześniej szanse wygrania batalii były większe, Niemcy zajęci byli właśnie wianiem na tyły po laniu przed Radzyminem. Niestety TO WIEMY DZISIAJ. Czy to wiedza tamtych lat? Nie mnie sądzić. Istnieje wszakże teoria, że Warszawa znalazła się w klasycznej sytuacji tragedii: cokolwiek by nie uczyniono groziła miastu zagłada. Bo dopuszczalne jest myślenie, że Stalin po pokonaniu umocnień zbudowanych przez przymusowych warszawskich robotników zemścił by się na mieście srodze. Już było wiadomo co stało się w Katyniu, jak wygląda syberyjski „ośrodek wypoczynkowy” i jak niewielki procent kuracjuszy w ogóle znosi trudy podróżowania w jego kierunku. Los postanowił, że polskiej inteligencji MA NIE BYĆ. To było wiadome od czasów Lwowa roku 1940. To było znane każdego następnego dnia, który przyszedł po tej dacie.

Zatem mędrkowie wymyślili, że przegranej nie ma co świętować. Do durnych łbów nie dociera, że 1 listopada nie idziemy na groby bliskich, by świętować ich śmierć, ale by oddać hołd minionemu życiu. Śmieci w ogóle się nie świętuje. Milczy się o tym, co było przed nią.

1 Sierpnia jest dla mnie datą niezgody na upokorzenie, zgnojenie i zapędzenie w jeszcze gorszą niewolę. Straty okazały się ogromne. Na Woli dokonano pierwszego warszawskiego tak masowego ludobójstwa. Potem w kolejnych dzielnicach. Mordowali bezbronnych wyżej wymienieni. Dzisiaj stroją się w piórka wypędzonych. Inteligencja Warszawy niemal wyginęła. Zamordowano też szewców, dzieci, sklepikarzy, kobiety, zakonników i dorożkarzy. Wszystkich, których udało się złapać – a przecież nikt nie uciekał, bo nie miał dokąd. A ta część ludności dumnego miasta, która cudem jakimś przetrwała – doznała rozkoszy kolejnych pacyfikacji. Tym razem dokonywanych przez NKWD i rzekomo polskich jej następców.

Jak czuje się młody człowiek, który WALCZYĆ MUSI, PONIEWAŻ JEST REGULARNYM ŻOŁNIERZEM – a wie, że ręczna broń wobec czołgu, czy nadlatującej z rykiem „krowy” jest po prostu trzcinką? Co dzieje się z cywilem w dowolnym wieku, który na podwórku dostaje kulę od niemieckiego plutonu likwidacyjnego – i jego serce bije już w jedną stronę, płuca pracują w przeciwnym kierunku, a gasnący umysł widzi, że to już koniec i że nie można zrobić NICZEGO, KOMPLETNIE NICZEGO?

No więc ta data jest dla ich pamięci. Nie dla politycznych kalkulacji, jałtańskiej zdrady czy strachu aliantów przed srogim Josifem Wissarionowiczem. Dla ludzi dumnych i zgubionych.

M.Z.

czwartek, 9 lipca 2009

Raz do roku

Raz do roku normalny człowiek powinien wyprowadzić zwierza na spacer. Inaczej ten zwierz w człowieku wścieknie się i pewnego dnia ugryzie w sposób nie kontrolowany. Raz na jakiś czas człowiek winien się upodlić. Przeczytać na siłę co najmniej dwie strony stałego biuletynu Ministerstwa Prawdy z Czerskiej, iść na obiad do makdonalda, albo pożreć wczorajszego kota u miejscowego Wietnamczyka. Jeśli przeżyje - to jest gość, nic mu już do następnej próby nie grozi i może zachowywać się jak zaszczepiony. Ale, ale… Gdyby kto chciał GW czytać u makdonalda to niechaj ma świadomość, że igra ze śmiercią! Dwie trucizny wzmacniają się wcale nie podwójnie, ale co najmniej poczwórnie. Mało kto wytrzyma…

Dzisiaj dwie wiadomości, które moim zdaniem są ważne, więc pewnie dlatego ukryto je pod stosami mniej ważnych. Otóż po pierwsze pasy bezpieczeństwa w samochodach zgodne są… z konstytucją. Tak przynajmniej stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Przed zimą znakomite to gremium ma się zająć konstytucyjnym obowiązkiem ciepłego ubierania się rodaków podczas zamieci. To oczywiście sugestie komentatorów dzisiejszego wyroku. Łażenie w slipach będzie więc niezgodne z konstytucją. A jeśli obszyję je futerkiem?

Po drugie dziennikarzy izraelskich wywalono na zbitą mordę z organizacji międzynarodowej grupującej przedstawicieli tego zawodu. Oficjalnie pod pretekstem nie płacenia składek. Niby mała rzecz, powie ktoś – ale jeśli już izraelitów wywalają na twarz z powodu takiego marnego geszeftu to coś musi być na rzeczy. Bo u nas mają się jak najlepiej – choc też pewnie żadnych składek nie uiszczają. W sieci internetowej pouczają za to i propagują. Co propagują? Ano na przykład książkę jakiegoś chorego na umysł profesora z Kanady, który utrzymuje, że Niemcy podczas drugiej wojny światowej na terenie okupowanej Polski nie byli w stanie odróżnić Żyda od nie-Żyda. I gdyby nie wydatna pomoc chłopów polskich – którzy te umiejętności fizjonomiczne posiedli zdaniem profesora w stopniu mistrzowskim - to Auschwitz po prostu by się nie udał. Podobno autor tego cennego odkrycia historycznego specjalizował się kiedyś w historii Indian kanadyjskich. No i chyba mu w zadku utkwiła jaką niezmiernie ostra, długa i zatruta strzała. W każdym razie na rozum już padło…

Zatem w ramach corocznego wyprowadzania zwierza z siebie mam ochotę powiedzieć dzisiaj, że z obu tych wiadomości jestem niezmiernie rad. Wskazują bowiem durniów tak kosmicznych, że gdyby (jak powiadał Napoleon) nie wyniesiono ich odpowiednio wysoko nikt by się na ich durnowatości nie poznał. A tak mamy jak na tacy…

M.Z.

Z zasady nie pijam...

Z zasady nie oglądam telewizji. Powód jest prosty dla rówieśników tej samej płaszczyzny rozumowej (bo nie chcę używać tu kwantyfikatora „intelektualnej”) i zapewne kompletnie niezrozumiały dla reszty: przeżyłem oto świadomie okres PRL-u gapiąc się w szklane okienko z powodu braku wyboru. I mam dość! Dzisiaj przy pozornej wielości oferty telewizyjnej brak rzetelnej informacji i dobrej publicystyki widoczny jest stukrotnie jaśniej. W efekcie oglądanie czegokolwiek, co w eterze pracuje w zakresie języka polskiego mija się z celem. Nawet przy przyjęciu ryzyka, że nie będzie się poinformowanym w ogóle. Można wykrętnie to tłumaczyć, że brak informacji i tak jest lepszy od dezinformacji. Na szczęście istnieją inne media, które jeśli nie informują alternatywnie, to przynajmniej pozwalają na wybór opcji myślowej. Zatem: nie oglądający telewizji wcale nie jest skazany na niewiedzę. Przeciwnie nawet – może wiedzieć więcej, niż amatorzy tej gumy do żucia, która jest im serwowana od rana do nocy i znów, na okrągło. Internetowa wolność stała się tak skutecznym filtrem dla bzdury i indoktrynacji, że współcześni władcy mediów już czynią wszystko, by rzecz całą skanalizować i okiełznać. Na razie nie udało się. Ale nie wiadomo co czyha za rogiem, pierwsze próby właśnie są czynione.

„Z zasady nie pijam na trzeźwo. Lecz nawet zasady są zmienne. Nie kalam się myślą zbereźną, z reguły nie sypiam bezsennie…” Z tego co pamiętam – to słowa Michała Zabłockiego do piosenki Czesława Mozila „Efekt uboczny trzeźwości”. Ale nie, jednak nie włączę i dzisiaj tego mega-ogłupiacza dla mas, wszystko jedno ile cali przekątnej ekranu. Jeden z sąsiadów-rekordzistów doszedł już ponoć do poziomu pięćdziesiąt. A zawsze mu mówiłem, że paskudztwo rozlane na większej przestrzeni śmierdzi bardziej…

Na razie skąd by człek realiów nie obserwował jedno jest pewne: PO tonie. Po dwóch bez mała latach udawania fachowości i czynienia medialnej wrzawy układ zaczyna się chwiać – i mam nadzieję wkrótce ulegnie całkowitej degradacji. Kończy się szarogęszenie marszałków z Jamajki, wyżelowanych przewodniczących komisji do czynienia zamętu, histerycznych specjalistów od muchy plujki i wielu nieudacznych ministrów. Dotychczasowi dziennikarscy apologeci układu mają ciężkie dni i noce. Bo jak zgrabnie wytłumaczyć pamiętliwym woltę, jaką będą lada dzień musieli wykonać publicznie i bez asekuracji? „Tusku zawiodłeś…” „Premierze straconej nadziei…” Albo jakoś tak… Szczerze mówiąc los medialnej łajzy prostytuującej się dla kasy niespecjalnie mnie wzrusza. Zginąć nie zginą, to rodzaj karalucha odpornego nawet na atomowy wybuch – ale przyjemnie będzie obserwować mozół pomarszczonych czółek, co to po raz kolejny będą zapewniać, że owszem, pili, ale przecież nie połykali, a wszystko było na niby i w dobrej wierze.

Odejście Olechowskiego z PO nic nie znaczy? Oj, naiwni, naiwni… Wkrótce będziecie szczekać pod stołem.

Kto wzamian? I tu jest problem. Ruszył do ataku specjalista od lasów za unijne pieniądze, czyli kolega Piskorek. Nie spodziewam się powodzenia. Różowi też ponoć mają nadzieję, choć moim zdaniem to ciąża urojona. Musi powstać coś „nowego”. Pal sześć, że nazwiska te same, a spasione mordki jakby starsze, choć znajome. Ważne, że szyldzik inny. Centrala już dała znak, teraz etap realizacji. Czy będzie lepiej? Lepiej to już było. Dla niektórych ma być bardziej bogato. Obawiam się wszakże, że zupełnie nie dla wszystkich.

M.Z.