niedziela, 21 czerwca 2009

Gdy prace trwają…

Zasadniczo tytuł miał brzmieć „Gdy praca wre”. No ale przecież nie mogę się ośmieszać, prawda? Więc zostaje jak wyżej…

Ostatni tydzień swojego urlopu jak wiedzą to dobrzy sąsiedzi spędziłem w domu, snując się też wokół tegoż domu i słuchając co kto powiada i na co jest zły. Obserwacja pierwsza jest zatem taka, ze źli są ci wszyscy, u których dzielne ekipy remontowe podjęły właściwe prace, niestety partoląc je ile wlezie, a zwłaszcza przeciągając. Sytuacja była jakby do przewidzenia, system przetargów powoduje, że przetargi wygrywa na ogół najtańszy kontrahent, co to ma wspólnego z pojęciem „najlepszy” wszyscy wiedzą – więc nie będę się pastwił. Niemniej okazało się, że wybitni, a pracujący tu i ówdzie specjaliści o pewnych czynnościach nie mają pojęcia, zaś ślimacze tempo za nic ma potrzeby normalnych ludzi, dla których brak łazienki, kibelka czy czego tam jeszcze, właśnie rozpapranego przez rękodzielników jest dolegliwością sporą. Na razie trafiało na ludzi najspokojniejszych w świecie, więc do rękoczynów nie doszło. Jak jednak wiadomo im głębiej w las tym więcej drzew – więc małych lub większych awanturek zupełnie wykluczyć nie można. Ba: ten i ów wręcz je przewiduje w niedalekiej przyszłości. Okazuje się bowiem, że sufit w fale nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej, nawet jeśli rzemieślnicy udają, że zamalowanie go byle jak zatrze niedobre wrażenie. Podobnie tempo napraw – jeden pasek kafelków dziennie to ciut mało, pilnowanie takich potęg pośpiechu w ramach własnego urlopu może wkurzać (a nawet bardziej!) – co przecież przewidywałem czas jakiś temu. Nie chciano wierzyć. Dzisiaj z kimś tam się spotykam w okolicach trzepaka i słyszę: skąd pan wiedział, że tak będzie? Jak to skąd? Toż nie urodziłem się wczoraj…

Dla wątpiących w dzieło odtworzenia komercyjnego luksusu, którego jakoby dostąpiliśmy na początku tego wieku, sprowadzając się do naszej wspaniałej kamienicy: gdy po remoncie sufit w paski i fale, na ścianach plamy farby udającej białą, a kafelki nie mają równych od siebie odstępów NIE PODPISUJEMY PROTOKOŁU ODBIORU!!! Nie dajemy się zastraszyć, że kto inny podpisze – bo ten „kto inny” może sobie bazgrać autografy na ścianie własnego kibla, czynszów za nas nie płaci, więc nie ma nic do gadania.

M.Z.

niedziela, 31 maja 2009

Przedurlopowo

Remonty, terminy, zakresy prac w kolejnych mieszkaniach – to są tematy, jakie omawiamy ostatnio spotykając się przypadkowo i mniej przypadkowo, przed domem i gdzieś jeszcze. Większość moich rozmówców nie bardzo wie co z tego wszystkiego wyniknie, ten i ów w ciągu minionych lat dokonał stosownych przeróbek, powymieniał drzwi i parkiety, zainwestował w mieszkanie furę pieniędzy i teraz obawia się, że będzie musiał do interesu dopłacać kolejną kasę. Niekiedy po prostu już jej nie ma. Inni wściekają się i powiadają: tak, byli dwa lata temu, taka pocieszna komisja zaczynająca ogląd od słów „ależ pan luksusowo mieszka!”, coś tam zapisali, ale od owego czasu rusza się już nie tylko jeden kąt pokoju, ale cała w nim podłoga, a sufity pospadały wszędzie. W kilku mieszkaniach wizytująca je ekipa właścicieli ekipy remontowej miała ponoć się wyrazić, że zmianę zakresu robót należy uzgodnić z administracją. Teoretycznie słuszna postaw – niestety jak to w życiu bywa z administrację tylko niewielu ma ochotę dyskutować, a o zmianie zakresu robót to już nikt. Ma być więc tak, ze robotnicy zalepią co im szef każe, potem przyjdzie ten „radosny” z ADM-u, coś podpisze i bal za dziewięć złotych z metra kwadratowego zacznie się.

Otóż to proszę Państwa nie do końca prawda. Przypomnijcie sobie proszę swoje pierwsze godziny w tym domu: klucze do ręki, podpis na kwicie odbioru, potem przeprowadzka. Powrót do czynszu komercyjnego jest mniej więcej tym samym. Jeśli nie podpiszecie akceptacji wykonanych prac, których celem jest przywrócenie lokalowi statusu dobrego i komercyjnego – kicha z grochem, każda następna decyzja administracyjna łatwo może być zanegowana, a prawa lokatora dochodzone przed sądem. Wiem, niektórych to przeraża. Ale niestety nie będzie innego wyjścia. Na jednym z zebrań lokatorskich, jeszcze w czasach, gdy istniała jedna reprezentacja, padła propozycja najęcia adwokata pewnej grupy, sporo osób do niej się zgłaszało. Można do pomysłu wrócić, koszty nie są wówczas tak wielkie. Nadal w tym kraju jest tak, że usterek jako bytu materialnego nie da się odwołać ani groźbą, ani administracyjnym straszeniem, że tego i tego dnia i tak nastąpi podwyżka, bo „władza kazała”, więc usterek już nie ma, sufity nie spadają, a podłogi przykleiły się do betonu same.

Druga strona doskonale o tym wszystkim wie. Druga strona zrobiła w ciągu minionych lat wiele, by określoną wspólnotę najpierw skanalizować, później rozbić, zawsze marginalizować. Tak, nadal uważam, że dokonało się to za sprawą ludzi wyznaczonych do tego celu – przy bierności pozostałych. Niektórzy niezwykle kiedyś hałaśliwi dzisiaj zamilkli. Dobrowolną zamianę dwóch lokali potraktowano jako dowód na złamanie karku opornym – co jak wiecie jest nieprawdą, rozmawiam z wieloma, ale żaden ni żadna nie przyznają się do złamanego karku.

Na razie zatem: robić swoje, dbać o logikę działań i nie dać się zastraszyć, stłamsić, czy przekonać do czegoś, co jest ewidentną bzdurą. Terminy prac w Państwa lokalach jednak zostały przyjęte – bo też i wykonawca nie miał innego wyjścia. Domagajcie się porządnego wykonania tych czynności, to wasze niezbywalne prawo. Niczego nie podpisywać i niczego na piśmie nie kwitować – jeśli nie istnieje stuprocentowa pewność, że jest jak powinno być.

M.Z.

środa, 20 maja 2009

4 czerwca – święto naiwnych czy oszukanych?

Dwadzieścia lat od… No właśnie: od czego? Sądząc po prasowych i sieciowych enuncjacjach zdania są podzielone. Jedni otóż twierdzą, że to święto pierwszych demokratycznych wyborów. Drudzy replikują, że pomysł tzw. Sejmu kontraktowego z definicji nie miał nic wspólnego z demokracją, dalsze zaś losy kraju i państwa dowiodły, że podlegliśmy zbiorowej halucynacji usilnie podsycanej do dzisiaj.

Tę drugą opinię wydaje się potwierdzać wyznanie „człowieka honoru” o imieniu Czesław. Stwierdził on bowiem w przypływie złości lub szczerości (niepotrzebne skreślić), że nieprawdą jest jakoby Solidarność w 1989 roku cokolwiek wygrała. Raczej wzięła co on, honorowy nad miarę, podarował jej na odkrytym talerzu. Jeśli więc główny macher tak stawia sprawę – chyba należy mu wierzyć. Bo potwierdzeniem tej opinii jest to choćby, że ów moment rzekomego triumfu demokracji wygrali ludkowie o czerwonym zabarwieniu duszy i pyska. Mają w końcu swoje wysokie emerytury, głód do garnków im nie zagląda, a w znacznej części tytuł „sekretarza” zamienili na „prezesa”, co oczywiście wiąże się z jeszcze lepszymi, niż za komuny apanażami.

Jeśli tak jest jak wyżej piszę – 4 czerwca nie ma czego obchodzić. O ile rzecz jasna nie jest się prezesem-post-sekretarzem… Jeżeli zaś jest się oszukanym wprost – świętować nie ma sensu tym bardziej. Bo w końcu cóż to za okazja wbijać się w świętalny ubiór z powodu dwudziestej rocznicy dostania najpotężniejszego kopa w tyłek?

M.Z.

PS. Podobno robię się już tak bardzo spiskowy, że lada dzień zaczną szukać w sąsiedztwie Szoszonów – albo jakichś innych plemiennych koczowników. Odpowiadam: bzdura! Tu posłużę się pewnym przywołaniem: autorką znanego powiedzenia o mniejszościach jest niezawodna była rzecznik rządu Mazowieckiego, Małgorzata Niezabitowska. Stwierdziła ona kiedyś autorytatywnie, że tej mniejszości jest w Polsce nie więcej, jak jakieś 3 tysiące sztuk, więc problem jest wydumany. Na co ktoś miał podobno odrzec „Jeśli tak – to czemu ja ich wszystkich widzę każdego dnia na ekranie własnego telewizora?” Nie pójdę zatem tą błędną drogą. Wolę już łapać czerwone świetliki. Te bowiem przyciśnięte dłonią tak zabawnie piszczą, że nawet jeśli należeli, to wyłącznie jako Wallenrodowie, jeśli palili, to na pewno się nie zaciągali, jeśli pili to bez połykania… A w ogóle to było tak dawno, że podobne rozważania należy zostawić archeologom, ponoć ustalili już wiek wszystkich mumii egipskich i akurat czekają na pojawienie się nowego obszaru badań…

piątek, 15 maja 2009

Takie różne...

W sieciowej wersji magazynu publicystów, czyli Salon-ie24 trwa w najlepsze rozróba związana z groźbami syna ministra sprawiedliwości, niejakiego Czumy. Czuma junior otóż nakazał jednej z korespondentek salonowych, by zmieniła zdanie na temat jego ojca – bo jak nie to… I tu popłynęły groźby, mniejsze i większe, każda wzbudziła srogie oburzenie. W rozmowach bardziej kuluarowych, jakie miałem okazję przeprowadzać z tej przyczyny niektórzy moi interlokutorzy wyrażali oburzenie, bo „nigdy czegoś takiego do tej pory nie było”. Ależ było! Jest to nawet pewna tradycja, dumnie zapoczątkowana przez osobnika, który powszechnie znany był pod ksywą „Czerwony Książę”. Książątko nasze kochane powołując się na wpływy tatusia Jaroszewicza osiągał „niebywałe” sukcesy w sportach motorowych, o ile rzecz jasna nie rozbił przed kolejnym startem specjalnie dlań sprowadzonego bolidu o nazwie Lancia Stratos. Wtedy srogi tata ponoć wysyłał go do szkół na cykl pogadanek o bezpieczeństwie ruchu drogowego. Gdy kara już się dokonała sprowadzano następnego Stratosa z Włoch – i zabawa trwała dalej. A propos szkół i pogadanek z dziećmi: unikał ich jak ognia inny czerwony satrapa, Józio Cyrankiewicz. Z prostej przyczyny: jak opowiadają naoczni ponoć świadkowie zapytał kiedyś pewnego rezolutnego Jasia „co wy dzieciaki robita, że się tak dobrze uczyta?” Padła stanowcza odpowiedź: „Jemy irysy, lebiego łysy!” I szkolne wizytacje dobiegły dni swoich…

Klasycy dawno już stwierdzili, że każda władza korumpuje osoby tę władzę sprawujące. A władza absolutna korumpuje absolutnie. Więc mamy przykład jak znalazł, że klasykom jednak należy wierzyć, nie są wcale kościanymi dziadkami i swoje wiedzą.

Pytają mnie sąsiedzi czemu w ostatnim czasie te czy inne służby rozmawiają z nimi jak nie przymierzając kapral w wojsku z rekrutami – czyli wydając polecenia niewygodne, ale proste i powszechnie zrozumiałe. „To i to macie zrobić (czyli udostępnić!)” „Tego i tego dnia macie być i wpuścić!” Cóż mogę Państwu odpowiedzieć? To chyba tylko, że korzenie tych rozkazodawców tkwią w tak zwanym kwaterunku – a kwaterunek to pojęcie dobre na czas wojny i hartowania się stali, czyli wstępnej fazy socjalistycznej rozróby. Jeszcze kilkanaście lat temu nasz dom zwany byłby nie „komunalnym”, ale właśnie kwaterunkowym. Wprost podlegał by pod „wojskową” komendę, która ongiś mogła wejść do mieszkania i stwierdzić „Za luźno! Dokwaterujemy wam naszą ciocię!”. Zmieniła się nazwa, niektóre ciocie wymarły – ale nic poza tym. Lokator jest zwierzęciem, które w pojęciu jego władców może co najwyżej pisnąć od czasu do czasu cieniutko – dalej ma wykonywać polecenia i już! Że niby mamy maj i majówki, więc wyjazdy na działki czy nad rzekę? Milczeć! Gril pod pachę, wyjść na parking, rozpalić i czekać aż wezwą! Niepokorni zostaną zapisani i czekają ich srogie konsekwencje! No!
A może nie? Może rozmowa okaże się normalna? Oby...

M.Z.

czwartek, 14 maja 2009

Czy...

... zapowiadane spotkanie odbyło się zgodnie z planem? Jasne że tak! Pogadaliśmy spokojnie o konkretach, wymieniliśmy się doświadczeniami płynącymi z kontaktów z przedstawicielami administracji. Nazwaliśmy wspólne problemy i przyjęliśmy pewną linię postępowania, która będzie realizowana przez poszczególne osoby - z zachowaniem integralności i samodzielności tych osób. Rozmowy zakończyły się późnym wieczorem w środę. W czwartek okazało się, że myślimy co najmniej prawidłowo - nasz postulat o konieczności dokonania bieżącej analizy stanu usterek w mieszkaniach okazał się być również uznany przez ADM-inistratorów, vide stosowne wywieszki na drzwiach klatek schodowych. Sygnalizuję w tym miejscu, że coraz bardziej NIE PODOBA nam się manipulowanie naszym czasem pracy i czasem wolnym. Jest maj, większość z nas w soboty i niedziele wyjeżdża poza miasto, ma do tego pełne konstytucyjne prawo. Zatem czemu nie czwartek późnym popołudniem czy poniedziałek od 18-tej? Dlaczego informacje przekazywane są z tak małym wyprzedzeniem? Tradycyjnie już okazuje się, że czas to pojęcie względne. Czas urzędników jest święty. Czas lokatorów zdecydowanie mniej święty. Przestrzegamy: determinacja lokatorska rośnie i manipulowanie naszymi prawami dla wygody drugiej strony rychło może skończyć się dla niej nieprzyjemnie.

I jeszcze jedno: odszukaliśmy ekspertyzę dotyczącą stanu budynku, dokument sporządzono przed kilku laty na zlecenie administratorów. Wnioski fatalne. A stan fundamentów nie poprawił się sam z siebie... To oczywiście wątek na inną okoliczność, tu sygnalizuję tylko, że jest wola zadawania takich niewygodnych pytań, jak "czy istnieje komercja na zgniłej i przeciekającej podstawie?"
M.Z.

sobota, 9 maja 2009

UWAGA! UWAGA!

W nadchodzącym tygodniu, najpewniej we wtorek, środę lub czwartek Stowarzyszenie Po Drugiej Stronie organizuje spotkanie poświęcone problemom remontów, które mają mieć miejsce w lokalach naszych i naszych sąsiadów. Jak do tego podejść? Zgadzać się na odgórnie narzucone terminy, czy zgodnie z Konstytucją nie zgadzać? Jak traktować kuriozalne pismo wieszczące, iż zgoda na remont - lub jej brak - nie mają znaczenia, ponieważ czynsze I TAK ZOSTANĄ PODNIESIONE DO BAZOWEJ STAWKI? Czy przemilczać fakt, iż obniżki stawek czynszowych zostały przyznane nie z powodu Łaski Pańskiej, Łaski Administratorów czy jakiejkolwiek innej łaski - ale Z POWODU REALNYCH USTEREK? I tych nie da się znieść dekretem w sowieckim stylu... Jak współpracować (a o dziwo jest taka wola) z ludźmi, którzy kompletnie ignorują ustalenia, na bazie których lokatorzy zgodzili się swojego czasu na wejście do ich lokali, ale PO NAPRAWIENIU FUNDAMENTÓW, CIĄGÓW WSPÓLNYCH itd? Jak przeinaczyć myślenie normalnych ludzi, którzy nie potrafią uznać za komercyjny domu, w którym występuje tyle usterek POZA LOKALAMI prywatnymi?

O tym i innych sprawach chcemy rozmawiać na ZAMKNIĘTYM ZEBRANIU Stowarzyszenia. Przewidujemy udział gości - ale tylko i wyłącznie gości albo zaproszonych przez członków Stowarzyszenia, albo zaakceptowanych przez Stowarzyszenie. Dokładny termin spotkania podany zostanie w postaci elektronicznej, telefonicznej i metodą wywieszek na klatkach schodowych.

M.Z.

środa, 22 kwietnia 2009

Zmiany

Dokładnie w połowie marca 2009 roku zmieniłem tytuł i charakter niniejszej strony. Przestała być tak niewolniczo związana z adresem domu z fotki – choć oczywistą nieprawdą jest jakobym wyprowadzał się z kamienicy, separował czy też czynił jakąś inną, dodatkową i formalną irredentę. Pewnego dnia przestali interesować mnie moi sąsiedzi jako sąsiedzi, którym coś tam jestem winien, na przykład poparcie czy zanegowanie niemrawych inicjatyw. Wyjąwszy nieliczne wyjątki to wszystko obcy ludzie – niby czemu miałbym im przydawać jakieś wyjątkowe cechy, choćby te związane z adresem? Życie pokazało, że dzisiaj wielokrotnie więcej czytelników mam gdzieś, het, w Warszawie czy nawet Polsce, niż na miejscu. Wszystkie co cenniejsze uwagi (choć nie ze wszystkimi się przecież zgadzałem) płynęły z adresów zgoła egzotycznych, kompletnie nie związanych z tym domem. W ten czy inny sposób popychały sprawę do przodu, kazały zastanawiać się, a niekiedy i modyfikować opinie. Czyniłem co mogłem. Od najbliższych tymczasem płynęły wyimki z jakichś dzienników ustaw i innych urzędowych dokumentów. Gdybym chciał poświęcać im tyle czasu, ile tego się po mnie spodziewali to poszedłbym do biblioteki. Lub wystukał wskazanie w googlach i przeczytał oryginał… Ale tak czy siak nie warto – wszystko to gubienie się w szczegółach i rozmywanie szerszej perspektywy. Tak naprawdę nie interesuje mnie psia „pozostałość”, nieco się wstydzę, że w moich wpisach poświęciłem tej sprawie aż tyle miejsca – burdel na trawnikach jest cząstką znacznie większego burdelu, jaki od lat zaprowadza w moim kraju, Polsce, grupa idiotów od czasu do czasu zmieniających dla niepoznaki polityczne identyfikatory. I to mnie interesuje zdecydowanie bardziej. Nie grzebanie w gównie, które mi wskazano i zasugerowano.

Więc zostaje tylko „Po Drugiej Stronie”… Bo dobrze oddaje stan ducha i określa generalne stanowisko niezgody wobec głupoty, małostkowości, agenturalnych zachowań i niewolenia narodu, z którego i tak znaczna część nadaje się już tylko do reedukacji, ponieważ nie rozumie najprostszych pojęć typu „lubię, kocham, nienawidzę, przyjaźnię się, przyzwoite, nieprzyzwoite”. Z tego to powodu spora część rozmów, jakie ostatnio prowadziłem była rozmowami ślepego z głuchym o kolorach i dźwiękach. Niby te same słowa, ten sam język – ale jakże inne desygnaty i znaczenia wydawanych dźwięków… Co można rzec po zdarzeniu, w efekcie którego jednemu z sąsiadów wybito szybę w drogim samochodzie, ponieważ jakiś fizdek chciał sprawdzić odporność samochodowego szkła na cios butelką po piwie? Ukochani zarządcy podpisali przecież umowę, na mocy której za ulicę ochroniarze już nie odpowiadają. Inny „ktoś” skutecznie storpedował pomysł wynajęcia przyczepy campingowej (zakupionej przez lokatorów, składka po 75 zł od lokalu!) ochroniarzom właśnie po to, by poza idiotyczną umową jednak pilnowali ulicy i tego co się na niej dzieje…

Uważam więc, że skoro nie tylko nie umieliśmy bronić się przed światem zewnętrznym jako zbiorowość, ale jeszcze na dodatek czyniliśmy wszystko, by obronę organizowaną przez innych zminimalizować - to taka zbiorowość jest guzik warta. I nie ma sensu poświęcać jej ani chwili więcej.

A ostatni pomysł urzędników, by jednak siłowo wymóc podawanie terminów, w których ekipy remontowe wejdą do prywatnych mieszkań uważam za… mocno dla nich kłopotliwy. Wkrótce ci właśnie urzędnicy przekonają się, że najbardziej wymagającym i bezlitosnym odbiorcą prac naprawczych nie jestem ja, ale ludzie, po których nie spodziewano się takiego oporu. Bo oto na przykład pomysł, że dziura w tynku sufitowym o powierzchni np. 1,7 metra kwadratowego wymaga TYLKO I WYŁĄCZNIE zapacykowania jej i jednokrotnego pociągnięcia warstwą kiepskiej farby zostanie zanegowany i odrzucony. Podobnie z ciągu kafelków kuchennych nie da się wymienić dwóch i pół – ale trzeba to uczynić ze wszystkimi. Ceramika podłogowa – gdy odchodzi jedna płyta należy ją naprawić. Ale nie ma takich samych – więc jak naprawić, by lokator podpisał protokół naprawy, akceptując żółte tam, gdzie przedtem było szare? Proszę Państwa: skoro mieszkania mają być w pełni komercyjne, czyli takie, jak w chwili odbioru – to będziecie musieli nagimnastykować się, drodzy administratorzy, niemało!

No i długo by tak o tym gadać. Każdy zrobi co uważa za właściwe. Ja też. Powodzenia! A na tej stronie będę pisał co chcę i kiedy chcę, nie naruszając rzecz jasna obowiązującego prawa. Ale, ale… Ale prawa nie w wykładni tych, którym coś się tam nie podoba, więc zgłaszają pretensje bardziej licząc na przestraszenie, niż przekonanie. Poprawek już nie będzie!

M.Z.

PS. Ważne pytanie do wynajmujących przestrzenie garażowe osobom spoza domu: dlaczego pozwala się im na wchodzenie na moją klatkę schodową, korzystanie z windy i bałaganienie przy niej? Czyżbym to nie ja właśnie (i moi sąsiedzi) płacił za użytkowanie tej powierzchni, obcy zaś NIE? I dalej: kto konkretnie wydał zakaz wchodzenia na wewnętrzne podwórko, przecież stanowiące część działki, za którą także opłacam stosowną taksę?

sobota, 11 kwietnia 2009

Wielkanoc 2009

Przyznam szczerze, że słaby ze mnie chrześcijanin: w wyborach, za jedno czy ludzi, czy myśli, nie mam przerw świątecznych. Nie nadstawiam po ciosie drugiego policzka, lecz czym prędzej staram się oddać. Nie kocham bliźnich swoich jednakowo, bo jednych bardzo, innych wcale. I dlatego tym wybranym, oni wiedzą: dobrych Świąt, dobrej nadziei i jej spełnienia, spokoju i harmonii w duchu i na zewnątrz.
M.Z.

wtorek, 7 kwietnia 2009

O powadze i braku powagi

Felietonista, którego wysoko cenię, uważając jego przepowiednie i analizy za niezwykle trafne, Stanisław Michalkiewicz, określa Niemcy mianem państwa poważnego. Państwo poważne to takie, które potrafi sformułować swoje cele, a następnie bronić ich realizacji w zmiennych warunkach politycznych i historycznych. Bez dwóch zdań tak to właśnie z Niemcami jest: kiedy w ubiegłym wieku XX na terenie niemieckiej państwowości czterokrotnie zmienił się ustrój polityczny – cele stworzenia Mitteleuropy pozostały niezmienne. Mitteleuropa to niemiecka strefa wpływów na terenie między innymi naszego państwa. Rzecz w tym, iż dzisiaj nie trzeba jak się okazuje w uzależnianiu Polski od Niemiec używać dywizji pancernych, czy innych form przemocy. Wystarczy konsekwentne polityczne działanie poprzez sprzyjających idei Mitteleuropy polskich polityków. I już taka na przykład nasza gospodarka staje się nie samodzielna – ale w stosunku do niemieckiej „kompatybilna”. To znaczy jest jak za świętej pamięci RWPG: tyle i tyle nam wolno, wszystko pod kontrolą, zaś celem nadrzędnym jest coś, co zdecydowanie leży poza naszymi granicami.

Skupmy się jednak na poważnych działaniach jako takich. Jako metodzie postępowania z - na przykład - niesfornymi lokatorami. Od lat wojując o jakość naszego życia w naszym domu podnosiliśmy kwestię niestarannych, niechlujnie wykonywanych remontów, rozpadających się fundamentów, nie konserwowanych klatek schodowych i tak dalej. W większości wypadków na pisma, których byłem kiedyś jednym z autorów, nie otrzymywaliśmy wiarygodnych odpowiedzi, lecz zbiór wykrętów i magicznych zaklęć. I nastąpiło co nastąpić musiało, osobiście nazywam to zmęczeniem materii: lokatorzy-sąsiedzi coraz mniej interesowali się narastającą lawiną tekstów i bałamutnych odpowiedzi, zmieniali się przedstawiciele lokatorscy, a niektórzy (co twierdzę z całą stanowczością!) zamiast podejmować tematy ważne dla zbiorowości zajęli się psimi kupami. Dzisiaj jest więc tak, że administracja jako swój bezsporny sukces może pokazywać zainstalowanie kilku koszy na psie odchody – ale nie może nikogo przekonać względem tego, czy nowa ekipa remontowa, która ponoć wygrała przetarg na doskonalenie naszych mieszkań jest w czymkolwiek lepsza od poprzednich bałaganiarzy i dyletantów.

Za poważne (i uporczywe!) działania przyjmuję fakt dostarczenia nam ostatnio pism, w których ADM zobowiązuje lokatorów do wyznaczenia terminów, w których mogą być dokonane w naszych lokalach remonty. W ślad za nimi idzie rzecz jasna podwyżka czynszów do stawki bazowej, dzisiaj 9 złotych za metr kwadratowy. Pismo informuje lokatorów, że cokolwiek by nie zdecydowali, to i tak od grudnia tego roku obniżki, wynikające z istniejących, a komisyjnie potwierdzonych usterek zostaną odwołane. Ciekawa teoria… Jakby ktoś dał nam coś, na co w istocie nie zasłużyliśmy – a ponieważ byliśmy niegrzeczni prezent odwołano. Jakby nie waliły nam się sufity, nie ruszały kafelki i podłogi, nie pękały mury w rejonach ościeżnic…

Swojego czasu zbiorowość uchwaliła następującą procedurę postępowania w tej sytuacji: najpierw firma zewnętrzna likwiduje przecieki w fundamentach, naprawia klatki schodowe i usuwa wszelkie usterki w przestrzeni wspólnej. Potem dokonana zostaje ocena wykonania tych prac – i podjęta decyzja o dopuszczeniu wykonawców do lokali prywatnych. O ile pamięć jest zawodna – to przecież te procedury zostały precyzyjnie opisane i wątpiącym pamięć łatwo odświeżyć… Podejrzewam jednak, że stopień zniechęcenia całą trwającą długie lata zabawą jest już tak wielki, że nikomu nie będzie chciało zbierać się w którymś garażu i dyskutować z zamożnymi (a mamy takich) uparciuchami i olewatorami o meritum sprawy. Bo prawda jest taka, że nie przekonano nas argumentami rzetelnej roboty i dbałości o dobro ogólne. Więc załatwiono „edyktem”. Moim zdaniem bezprawnym i prostym do prawnego obalenia. Tylko czy komuś będzie się chciało i czy w ogóle warto?

Skąd we wstępie słowo o POWAŻNYCH DZIAŁANIACH? Otóż otrzymaliśmy swojego czasu pismo z Biura Polityki Lokalowej, w którym „stoi jak wół”, że możemy tylko cieszyć się z obecnej stawki bazowej – ponieważ „władza” jest skłonna tak nam dokręcić śrubę, że będziemy płacić nie 10 zł za metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej, a … 58 złotych? No i czyż nie są to właśnie opisywane działania poważne? Poważnie jesteśmy po prostu ewidentną przeszkodą w realizowaniu jakiegoś celu. JAKIEGO? Co jest tak ważne, że logika odwołana, fakty schowane, a cieknące fundamenty da się naprawić później?

Tymczasem jest tak, że niżej podpisany, jak wieść gminna głosi uznany za największego wroga publiczno-administracyjnego, zamierzam wyznaczyć termin, w którym ekipa remontowa zostanie dopuszczona do mojego mieszkania. Ale nie jak kiedyś na zasadzie „piętnaście minut u Zarębskiego, reszta czasu na fuchy u innych lokatorów”, tylko „wchodzicie, uczciwie robicie, wychodzicie”. W określonych godzinach, a nie jak drzewiej bywało do późnego wieczora, perfekcyjnie, ponieważ odbiór nastąpi nie tylko przez zaprzyjaźnionego z ekipą lustratora, ale również przez moich obecnych kolegów-budowlańców. Nie zamierzam również do niczego dopłacać, wszystkie usterki mają być usunięte na koszt zleceniodawców tego zamieszania, pierniczenie o tym, iż „ktoś do mnie dopłaca” jest ewidentną bzdurą. Jak bowiem wiadomo wszyscy ci ignoranci, oszczercy i specjaliści od potwarzy żyją z obywatelskich pieniędzy, czyli także moich. Nawet ta pani, której śni się czynsz przekraczający 50 zł za metr kwadratowy… Nie przypominam sobie natomiast sytuacji, w której ja od nich cokolwiek dostałem, czy choćby na chwilę pożyczyłem.

M.Z.