sobota, 10 stycznia 2009

Wyznanie

Tak, to prawda, rzadko ostatnio zajmowałem się sprawami domu. Nie wojowałem z administracją, nie gromiłem sprzątających, na temat nie odśnieżanej ulicy też nie pisałem - nie ma już po co pisać, mają nas w nosie jak mieli wszystkie minione lata. Srające pieski? Co czyniły czynią dalej. Żadnemu właścicielowi powieka nawet nie drgnie na widok lubieżnie naprężającego się ulubieńca. Niektórzy pieski wysyłają rano na trawnik pod opieką dzieci: defekacja czterołapego pupila pod czujnym okiem dziesięciolatka (a nawet młodszych właścicielskich delegatów…) przebiega ponoć mniej konfliktowo... I gdyby nie rozczulająco naiwne pisemko (a może raczej wzór pisemka), które ukazało się na stronie konkurencji, a później apel któregoś z sąsiadów do sygnowania tej bzdurki – nie odzywał bym się wcale. A tak mam do powiedzenia co następuje: nie zajmuję się już pierdołami, faks zaś za taką właśnie pierdołę uważam. Dokument nawołujący do sprzątania po psach podpisany przez kogoś, kto w życiu się sprzątnięciem psiego gówna po swoim zwierzęciu nie zhańbił jest… żałosny, śmieszny? Cała reszta równie bez sensu. Skoro jednak ktoś chce coś napisać na swojej stronie – to oczywiście może. Propozycję podpisania się pod tym „wspólnym manifestem” zdecydowanie natomiast odrzucam. Pewnie to niektórych zdziwi – ale uważam się za poważnego faceta, a poważni takiego „czegoś” w życiu nie podpiszą.
Pamiętacie tekścik „Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”? Jerzy Stuhr, Opole sprzed wielu lat. Ależ to wiecznie żywe!
M.Z.

czwartek, 1 stycznia 2009

I po świętach… A Nowy Rok jest już…

Jak było? Cicho i spokojnie, czy raczej kłótliwie i burzliwie? Tak naprawdę nikt nie musi odpowiadać, co widziałem to wiem. Kto miał wyjechać – ale nie wyjechał. Do kogo pełen skład rodzinny, ale może nie taki do końca pełen. Kto się powinien odezwać – ale się nie odezwał. No cóż, ciekawią mnie ludzie, ich losy i dzieje. Także legendy, które wokół siebie rozsiewają. Nie mogę zatem zastosować się do starego wezwania jednego z Czytelników, bym pisał wyłącznie o sobie. To dopiero była by nuda!

Dzisiaj nie dość pełna rozmowa o tym, że miasto na codzień nastawione na odwiedziny rodaków we współczesnych świątyniach raptem zamarło w oczekiwaniu na cud: nie ma życia w centrach handlowych! Mój Boże, ale zgroza! Co też ludzie będą robić pozbawieni elementu kuszenia? Teraz wyobraźcie sobie Państwo, że wyłączono telewizję i nie działają telefony. Horror. A czy uwierzycie, iż żyje pod tym naszym wspólnym niebem jeszcze paru rodaków, którzy takie czasy pamiętają i podobnych zagrożeń się nie boją? No tak, stan wojenny dla większości to jak bitwa pod Grunwaldem, od tamtej pory w dorosły świat skutecznie weszło pokolenie przecież narodzone w czasach bez TVP, TVN-u, Polsatu, telefonów, także komórkowych, Internetu i innych pokus, bez których dzisiaj podobno nie da się już żyć…

Tyle napisałem zaraz po świętach, potem przyszła potężna grypa, Nowy Rok - i właśnie obserwuję, jak to, co wyżej stoi sprawdza się w praktyce. Warszawa wymarła, można ją przed południem przejechać wzdłuż i wszerz niemal w samotności. Przy okazji: czy zauważyli Państwo jak z roku na rok o północy przy zmianie daty wychodzi przed dom coraz mniej ludzi? Gdzie te czasy, w których chałupa tętniła życiem, można było imprezę rozpocząć na czwartym piętrze, przejść przez zewnętrzny placyk i skończyć gdzieś na pierwszym, albo piątym? Pytałem dzisiaj zaprzyjaźnionych czemu tak się dzieje. Zdurnieli, spoważnieli, pozamykali się jak ślimaki w skorupach? Jedna z wersji ciekawa: to przez dzieci. Otóż ponoć kiedyś przed wspólnym domem o północy spotykali się dorośli. Dzisiaj ojcowie z dziećmi, większość (dzieci rzecz jasna) przed dziesiątym rokiem życia. „Toż to gnojstwo powinno spać o tej porze, a nie uczestniczyć w zajęciach dorosłych…” Jakaś część prawdy w tym jest. Granica uczestniczenia młodych we wszystkim niebezpiecznie przesuwa się w dół. Gdyby nie ta grypa też niekoniecznie chciało by mi się pić szampana w takim towarzystwie – jak drzewiej bywało. No ale – czas pozornej wolności, nikt niczego nie narusza, więc niby wszystko w porządku… Żaden samochód rakietą podobno tym razem nie trafiony. Duma Prezesów, Wybranych, Ważnych, a nawet Nadętych nie wzruszona. Szczęśliwego Nowego Roku!

M.Z.

środa, 24 grudnia 2008

WIGILIA 2008

Dzień szczególny. Rozmywano nam to, ba, nawet dalej rozmywają w mozole, z którego niejedna elektrownia atomowa by powstała – ale gdzieś w podświadomości, gdzieś w głębi duszy wiedzą Państwo, że dzisiaj jest INACZEJ. Jeśli tak – to dla każdego podobnie czującego jest nadzieja. I im słów kilka chciałbym powiedzieć.

Moim dobrym przyjaciołom, sprzymierzeńcom, a nawet niezbyt zajadłym polemistom: wszystkiego dobrego. I wiecie, że nie kłamię, nie kręcę i nie zmyślam, dobre ma być dobre, a nie jakieś tam takie sobie…

Wewnętrznej rozwagi, harmonii i spokoju ducha. Od dzisiaj każdy dzień nie będzie już krótszy, pamiętajcie o tym. I zróbcie coś dla innych – jaka Wigilia taki cały rok, a dary wracają do darczyńców, ja stary chłop Wam to mówię…

Marek Zarębski

piątek, 5 grudnia 2008

Oponentom do sztambucha

Podobno chłop jest najszczęśliwszym z ludzi: „leży se w domu wentylem do góry, a żyto mu samo rośnie”. Ja mam jeszcze lepiej: piszę sobie co mam do napisania, a oponenci lęgną mi się jak króliki. Nie wiem czy w kapeluszu, wiem, że są to króliki anonimowe, żaden mail nie jest podpisany, choć treści jakieś zawiera. Pierwsza, z którą dzisiaj się zapoznałem utrzymuje oczywiście, że „rządowi i jego funkcjonariuszom należy się szacunek”. Trzecia to forma prawdy, czyli gówno prawda. Nic im się nie należy, zwłaszcza za ostatnie poczynania. Dalej oponenci utrzymują, że na ekonomii się nie znam, piszę zbyt ostro i nieprzyjaźnie, a mojego zdania nikt, ale to nikt nie podziela. Też g… prawda. Dlatego wybrałem kilka poniższych cytatów z właśnie opublikowanego na Salonie24 felietonu niejakiego Rewidenta. Doradzam uważną lekturę, to będzie dla wielu cenne przeżycie.

Cytat 1: „…Dla każdego jest jasne, ze podnoszenie ceny wódki sprzyja przemytowi z zagranicy oraz większej produkcji bimbru. Mamy już zresztą ciekawy precedens, bo kilka lat temu rząd eseldowski obniżył (nie podwyższył) akcyzę na gorzałkę, co dało wtedy większe wpływy do budżetu. Rostowski (min. Finansów dla niegramotnych – przyp. aut.) najwyraźniej musiał być wtedy za granicą, zupełnie odcięty od informacji z kraju…” Zatelefonowałem przed paroma minutami do sklepu, który specjalizuje się w dostawach części do samochodów typu „Żuk” starej i nowej maści. Wszystkie tylne przewody hamulcowe rozeszły się jak świeże bułeczki. Co to ma wspólnego z ekonomią? Otóż bardzo wiele, a nawet jeszcze więcej. Owe przewody są mianowicie wyrabiane z materiału odpornego na alkohol, plyn hamulcowy to alkohol. Umiejętnie zwinięte w rodzaj wężownicy doskonale pełnią rolę chłodnicy domowej bimbrowni. Tym bardziej, że zakończone są właściwymi, nagwintowanymi końcówkami…

Cytat 2: „…Drugi filar „funduszu solidarności" czyli podwyższona akcyza na - cytuję za działaczami PO - „samochody luksusowe" jest już dowodem skrajnego debilizmu władzy i braku zrozumienia elementarnych procesów gospodarczych. W sytuacji kiedy przemysł samochodowy leży jak długi w Europie i Ameryce, a rządy krajów rozwiniętych robią co mogą, aby podtrzymać popyt, Rostowski z Tuskiem fundują nam podatek od „towarów luksusowych". Tego typu pomysły mógłby wprowadzać Gomułka albo Minc, a nazywanie samochodów klasy średniej dobrami luksusowymi i opodatkowanie ich jest już jakąś formą sabotażu. Sabotażu, który zresztą się nie powiedzie, bo w niemieckich komisach na polskich klientów czeka pełno dwuletnich Opli, Toyot i Fordów…” Nic tu dodawać nie należy. Chociaż nie – może to jeszcze, że część z tych pojazdów została już przewieziona na polską stronę, wstępnie opłacona i czeka na chętnych. Niekiedy po kilka miesięcy, a nawet powyżej roku. Proszę sobie wyobrazić desperację ich właścicieli, którym pieniądze zablokowały się na tak długi czas…

Cytat 3: „…Elita PO postanowiła na siłę wprowadzić Polskę do euro. Ta chora koncepcja jest sprzedawana naiwnym Polakom, jako część "planu modernizacji". To, że strefa euro przez cały okres swojego istnienia rozwijała się wolniej niż pozostałe kraje europejskie (nie mówiąc o USA, które zdystansowało całą Europę), nie jest już tematem rozmów na salonach. To, że Portugalia i Włochy trwały w stagnacji już kilka lat przed wybuchem obecnego kryzysu jest pieczołowicie skrywane przed opinią publiczną. Liczą się tylko chwytliwe hasełko i piarowski plan, który zakompleksionym Polakom pozwoli płacić w tej samej walucie co bogatszym Niemcom czy Francuzom…” Czyż nie pisałem w jednym z poprzednich felietonów, że tylko idiota pcha się tam, gdzie jest gorzej? Czy tylko ja jeden uznałem ten pomysł za chory, a więc zrodzony w chorych głowach? Jasno to powiedziane? Czy dalej, oponenci najdrożsi moi, uważacie, że chorym, durniom, niedołęgom i szkodnikom należy się jakikolwiek szacunek?

M.Z.

czwartek, 4 grudnia 2008

Nowi Czytelnicy

Pojawili się na mojej stronie nowi Czytelnicy. Skąd wiem? Wiem i już. Witam. Może zgodzicie się ze mną w tym co piszę – może nie zgodzicie. To jakby trochę nie mój problem. Moim problemem jest bowiem jak ubrać myśli w jak najskładniejsze zdanie. Pomyśleć jak do tego zdania przekonać nieprzekonanych. Pewnie, zawsze jest nieco pod górkę. Ale to praca do wykonania – więc wykonuję. Idzie teraz tym łatwiej, że nikt już nie podejmuje prób uciszenia piszącego, siłowej zmiany jego poglądów czy innych sztuczek, pozornie prawnie dopuszczalnych i europejskich, w istocie niczym nie różniących się od stalinowskiej cenzury czy ubeckiego zamordyzmu.

Nie, nie wchodzę w dyskusje o celowości pewnej gruzińskiej podróży i lodzie na mongolskim lotnisku. Przedstawiciele tej partii i partii rządzącej to w gruncie rzeczy dwie połówki tego samego jabłka. Zły i dobry policjant. Różnią się nieco metodami, ale przecież cel jeden: udowodnić siedzącemu pokornie klientowi, że jednak musi założyć metalowe obrączki i kilka następnych dni spędzić w mało przytulnej, za to okratowanej piwnicy. Oczywiście dla jego dobra, bezpieczeństwa i tak dalej… No więc o czym tu gadać? Pojechał to pojechał. Paru towarzyszących grubasów powiedziało co powiedziało. I wystarczy komentarzy.

Znacznie ciekawsze jest to, co lewaczki wyprawiają w nurcie podskórnym, na wielu internetowych forach, skąd pouczają maluczkich, że tego i tego nie należy, to i to trzeba, a o pewnych ich pryncypiach to w ogóle bez sensu gadać, należy wprowadzić i już. Przykro mi to mówić w tym miejscu, ale dla mnie każdy lewaczek jest przedstawicielem ideologii w sumie zbrodniczej. A ten, który dowodzi, że Polakom w dobie kryzysu najbardziej potrzebna jest podwyżka akcyzy na to czy tamto, oraz utrzymanie najwyższego VAT-u – jest tumanem i szkodnikiem, wszystko jedno jaką pozycję służbową w rządzie czy administracji zajmuje. Opisywałem niedawno doraźne sposoby radzenia sobie z kryzysem w Wielkiej Brytanii, gdzie socjalistyczny było nie było rząd Browna rozważa właśnie obniżenie VAT-u z poziomu 17,5 procenta do 15. Uświadomienie sobie tego faktu dowodzi, że w Polsce mamy do czynienia z najgorszą formą lewactwa pazernego. Wieczne gadanie o tym, że należy się kochać i szanować to taki dym w oczy, może paru indolentów myślowych da się oszukać…

Nie wiem co mam Państwu napisać przed Świętami. Pewnie moi przyjaciele uwierzą, że życzę im wszystkiego najlepszego. Ale bardziej postaram się to uczynić osobiście, niż na tej płaszczyźnie. Bo wielu innym w ogóle niczego nie życzę, to i tak akt pokory, przecież chciałoby się powiedzieć coś nieuprzejmego. Bo oto dzisiaj rano znów szef kiepskiej firmy budowlanej (jeśli nie umie się zachować standardów czystości i terminów kucia w betonie – to jest to kiepska firma) zwiózł swych podwładnych, najwyraźniej w celu dokonania jakiegoś nowego, heroicznego czynu budowlanego. Jeżeli unieruchomią nam windę, zepsują szyb tejże, naświnią na klatkach schodowych – to daję słowo, że tym razem ja wezwę Straż Miejską i pokażę temu gnojowi, który napisał na kartce przyklejonej do lustra windowego „gówno możecie…”, że jednak coś z tą samowolą budowlaną zrobić można, a nawet trzeba.

M.Z.

środa, 26 listopada 2008

Nie jestem autorem…

Tak napisałem wczoraj. Teraz chcę coś do tego dodać: otóż nie będąc autorem wywieszki w kabinie windy w całej rozciągłości POPIERAM jej treść i podpisuję się pod nią. Dlaczego? To proste. Dzisiejsza wizyta ekipy naprawiającej dźwigi osobowe dowiodła, że nad ekipami remontującymi mieszkania w naszej klatce schodowej NIKT i nigdy nie miał żadnej kontroli – a jeśli chce powiedzieć, że miał to łże jak pies. Wnętrze szybu gruntownie zasypane jest miałkim gruzem pochodzącym z tychże remontów (no chyba że Marsjanie gruz przywieźli nocą…) Uszkodzone zostały drzwi wejciowe do kabiny pasażerskiej, w skórę dostały prowadnice tejże kabiny, cała elektronika i drobne detale mechaniczne, sterujące przesuwem urządzeń wewnątrz szybu. Serwisanci nie potrafili podać nawet przybliżonych kosztów tej naprawy, będą jednak spore. Nikt nie może oszacować strat, jakie ponieśli lokatorzy górnych pięter nie mogąc wybrać się do pracy, lekarza, sklepu, czy choćby tylko na spacer (bo taka ich wola).

Gdyby zleceniodawca remontu lub ktokolwiek inny chciał tłumaczyć się, że nie ustaliłem ponad wszelką wątpliwość pochodzenia zanieczyszczeń w szybie windy oświadczam: osobiście widziałem jak robotnicy wsypywali gruz do kabiny, raz bezpośrednio na podłogę, następnym razem na cienką folię położoną na podłodze – co oczywiście guzik dało, folia wyciągana z ładunkiem na parterze natychmiast pękła i wszystko wysypało się gdzie popadnie. Zatem to, co tu pisze ma walor ŚWIADECTWA.

Za nadzór – a za brak nadzoru w szczególności – odpowiada inwestor, którego obowiązkiem jest uczynić to samodzielnie, albo poprzez wskazaną, a kompetentną osobę czy firmę. Pracownicy administracji, pośród których są także inżynierowie budowlani wiedzą to doskonale. Wiedzą, co im za zaniechanie wykonywania swych obowiązków grozi. Jesli zas inwestorem byl inny lokator - to jego odpowiedzialnosc obejmuje rowniez, choc inny na to jest paragraf.

I na koniec, bo pisanie o takich rzeczach doprowadza mnie do szewskiej pasji (ileż to durnoty, samozadowolenia i bezmyślności kręci się wokół…) sprawa dopisku do oryginalnego tekstu, który sfotografowałem i zamieściłem przy tekście poprzedniej notatki - pewien MUNDROL dopisał tam „tchórz”. Wielce „szanowny” autorze dopisku! Skoroś taki mądry, skoroś taki piekielnie odważny to po pierwsze ujawnij się sam. Po drugie zabierz wszystkie śmieci, brudy i huk elektrycznych młotków w soboty i niedziele do swojego oddzielonego od otoczenia domu – i tam trwajcie w wiecznej szczęśliwości, sam będziesz wiedział najlepiej do czego tych rzeczy można użyć i co sprawi ci przyjemność. Nas natomiast zostaw w jako takich cywilizowanych warunkach, to nasze prawo.

PS. Na konkurencyjnej stronie domu Abramowskiego 9 ukazal sie wpis lokatora "oburzonego" nieporzadkiem na sasiedniej posesji Instytutu Techniki Budowlanej. Prosze Czytelnikow o zestawienie obu tych informacji: zamieszczonej dwukrotnie przeze mnie na tej stronie, a traktujacej o skrajnej ludzkiej bezmyslnosci - i tamtej, dowodzacej jakoby wysokiego poczucia estetyki. Kolega "Lokator z naruszonym poczuciem ladu" zupelnie nie chce przy tym przyjac do wiadomoci, ze nie burdel za parkanem jest tym, z czym powinnismy wojowac - ale trucizny lotne, wydzielane przez kominy podczas spalania roznych materialow budowlanych w tymze Instytucie. Gdyby spalali zwiazki cyjanku, ale dbali o okoliczne krzewy i nowa farbe na plocie - to byloby wszystko OK, prawda?


Marek Zarębski (też lokator)

wtorek, 25 listopada 2008

REMONCIK czy raczej MANDACIK?



Wyłożę to wprost: do tej pory miałem nieszczęście rozmawiać tylko z tymi sąsiadami, którzy generalnie remonty w naszej klatce traktowali jako pewne zło, ale zło konieczne. Ja twierdziłem, że to, co dzieje się przez ostatnie tygodnie to zwykłe barbarzyństwo, chamstwo i burdel na kółkach. Szkodliwy dla otoczenia, a jakże, proszę wjechać windą na dowolne piętro, łoskot zanieczyszczonych prowadnic kabiny może przyprawić o drobne stany lękowe. Pisałem już o tym. Zwracałem uwagę ochroniarzom, ci zwracali uwagę remontowcom – NIC! Jedynym odzewem był raz tylko ten, że „zleceniodawcy płacą i wymagają tempa”. Naszym do cholery kosztem?

Dzisiaj wywieszka w windzie. Cieszę się, że nie jestem już jedynym „opozycjonistą”. Jeszcze bardziej będę się cieszył, jeśli przy powtarzających się hukach elektrycznych młotów w niedzielę i tumanach gipsowego kurzu każdego dnia na korytarzach i w pomieszczeniach wspólnych zleceniodawcy i wykonawcy poczęstowani zostaną przez Straż Miejską solidnym mandatem. Gdyby zaś jeszcze wpisano im do długu koszt czyszczenia windowych prowadnic (spory, oj spory!) – moje zadowolenie nie będzie miało granic. I daję słowo, że nie chodzi mi tu o żadne osobiste animozje, ale o poczucie sprawiedliwości w mikro-społeczeństwie, jakie żyje na każdej klatce schodowej i w całym domu. Bo dalej tak trwać w huku i kurzu nikt nie zamierza, coraz więcej osób w nosie ma prywatne plany tego lub owego. Jeśli bowiem chce się coś realizować, to nie kosztem bliźnich, których owe plany interesować nie muszą.

PS. Nie jestem autorem windowej wywieszki. Moje inseraty zawsze podpisuje pelnym imieniem i nazwiskiem.

M.Z.

niedziela, 9 listopada 2008

Swobodne myślenie

Jest to kategoria delikatnie abstrakcyjna, ponieważ polega na tym, że owo myślenie nie jest ograniczane zasadami doraźnie wybranych praw, czy innych kodeksowych bzdur, jakich namnożyło się u nas ostatnio bez liku, więc każdą głupotę da się jakoś uzasadnić. Swoboda jednak nie może być pozbawiona rozsądku – wówczas takie myślenie byłoby nie swobodnym, ale po prostu głupim.

A o czym ja tak naprawdę? Najpierw o politycznych meandrach, które każą coraz większej grupie polskich polityków nawoływać do rychłego wprowadzenia w Polsce waluty euro. Że jest to czynność głupia można się przekonać czytając te same gazety i słuchając tych samych stacji radiowych i telewizyjnych. Wszystkie donoszą otóż, że strefa euro jeśli nie obumiera, to na pewno ma kłopoty większe od innych stref. Czemu więc zatem swobodnie myśląc dochodzę do wniosku, że rząd rżnie głupa i zachowuje się jak banda małolatów, którym tyle rozumowo brakuje do matury, ile mnie do wczesnej młodości? Jak pożenić jedno z drugim nie obrażając rozumu? Po grzmota włazić tam, gdzie bez dania racji biją? Po co ściągać na siebie i bliskich kłopoty?

Kolejny problem wynika z analizy pewnego ogłoszenia, które uparcie od wielu dni przewija się przez wszystkie stacje radiowe. Słuchaczy namawia się otóż do systematycznego jedzenia ryb. Samo w sobie głupie to nie jest, lubię i solę i łososia. Reklama zestawione z unijnym nakazem likwidacji dwóch dużych polskich stoczni każe się jednak zastanowić nad wymową całości. Bo niby jak to: ryby bez statków, które je złowią? A może tylko ryby złowione przez Niemców i Francuzów nadają się do jedzenia, przez co zakład produkujący takie wypasione kajaki, jak trawlery Polakom wcale nie jest niezbędny? Coś tu wyraźnie zgrzyta, stocznie mają zwrócić państwowe dotacje ino migiem, to jest do czerwca przyszłego roku. Pewien publicysta, Stanisław Michalkiewicz rozsądnie przeto wpadł na pomysł, by natychmiast stocznie przemianować na banki – te bowiem chętnie i za pozwoleństwem wielkich unijnych komisarzy dotacje mogą połykać. Nikt nikogo za to nie gani.

W drzwiach mojej klatki schodowej kolejny żywy dyskurs na temat porządków, pardon, burdelu, jakie ekipa remontująca „jedynkę” zarządziła w windzie i jej okolicach. Oczywiście natychmiast znajduje się ten upierdliwy facet, który twierdzi, że żadne prawo nie zostało naruszone, ”jakoś” i „kiedyś” trzeba to robić – więc się robi. To jest trzecia forma prawdy, czyli gówno prawda. Bo istnieje jeszcze coś takiego, jak zasady współżycia społecznego, przyznaję, że kodyfikacja jest tu mętna – ale jest. Nie można zatem najmować ekip remontowych, które kują i wiercą bez zmiłowania co najmniej do dziewiętnastej (ale częściej do dwudziestej), gruz wsypują żywcem na windową podłogę, a o przetarciu ścian z cementowego pyłu nigdy pewnie nie słyszały. I nie ma znaczenia, że przyszły lokator chce mieć marmurowe parapety (jeśli chce) i brylantowy salon, zaś administracja udaje, że nic złego się nie dzieje. Robole psują reszcie lokatorów dni powszednie i niedziele, tych lokatorów jest więcej, niż wielbicieli elektrycznego młota, nikt brudny być nie musi w piętnaście sekund po wyjściu z własnego domu. Więc może już dość tych manewrów?

M.Z.

piątek, 7 listopada 2008

Święto czy spór o bal?

11 listopada 1918… Cóż takiego stało się tego właśnie dnia? Wprawni historycznie wiedzą doskonale, że Rada Regencyjna przekazała cała władzę cywilną i wojskową w ręce Józefa Piłsudskiego. No i w Compiegne pod Paryżem, w słynnym potem wagonie kolejowym Niemcy podpisały akt kapitulacji. Dla Polaków wszakże ta data miała już zawsze znaczenie, może niekoniecznie oficjalne przez wszystkie minione lata – ale symboliczne na pewno. Pierwszy dzień prawdziwej wolności… Na Pilsudskiego naciskano podczas tworzenia pierwszego rzadu z lewa i z prawa. Skwitowal to krotko: nie chodzi o lewice czy prawice, mam to w dupie, chodzi o calosc (cytat oryginalny). Na nic zdały się pozniejsze o wiele lat manewry komunistycznych nuworyszy, udających, że w listopadzie to nic, tylko Rewolucja Październikowa, czyli masowa grabież zarządzona w Rosji przez pewnego niemieckiego agenta. Gdzieś w roku 1978 nieco odpuszczono: pamiętam z jakim zdziwieniem przyjąłem dyspozycję mojego ówczesnego szefa, który w gazetce dla dzieciaków, była taka i nazywała się „Świat Młodych”, zarządził zorganizowanie obchodów tego właśnie listopadowego zdarzenia. Się zorganizowało… Partyjni lektorzy – no bo tylko takich wolno nam było zaprosić do tłumaczenia historycznego faktu – nie mogli wyjść ze zdziwienia ile też tamta szkolna młodzież wie o tej dacie i związanych z nią okolicznościach. Niektórych „tłumaczy” za sprawą tej wiedzy wprost wdeptano w glebę. A rzecz nie działa się wcale w żadnych prywatnych, sowicie opłacanych szkołach, takowych w ogóle naonczas nie było – ale gdzieś w widłach Wisły i Sanu, w marnym dość budyneczku opodal dumnie obwieszonego transparentami PGR-u. Dzieciaki wiedziały więcej, niż to kiedykolwiek w komuszych pałach mogło się zmieścić. I potrafiły z tej wiedzy korzystać.

Minęło trzydzieści lat. Niektórzy uparcie utrzymują, że odzyskaliśmy prawdziwą wolność. Osobiście w to wątpię – ale pal sześć moje poglądy, których jak diabeł święconej wody boi się spora grupa sąsiadów. Rzecz w tym, iż wielokrotnie więcej stacji telewizyjnych, dostęp do nieznanego kiedyś medium, jakim jest Internet i w ogóle „zadekretowany postęp” doprowadziły do takiego odmóżdżenia, które na hasło „11 listopada” automatycznie wywołuje rezonans: kłótnia o bal u prezydenta! Kłócą się oczywiście ci sami, co zwykle, rację także mają wskazani. O co? A kto by tam sobie głowę zawracał takimi duperelami… Wracajac do Pilsudskiego: czy to nie on wlasnie stwierdzil z pewna ostro podana zaduma, że Polska to wielka rzecz, tylko ludzie kurwy?

Nie ma się co przejmować. Odmóżdżeni jak to odmóżdżeni – udają mądrych i szczęśliwych. Zawiadowcy rozumów mają w odwodzie poważne rozważania na temat opalenizny nowego amerykańskiego prezydenta, rajd bulteriera Pis-u za policyjnym konwojem (a propos: to w końcu w owym konwoju przewożono gangsterów, czy kolegów ministra Ćwiąkalskiego, czyli prawników?) i spór o ciążę pewnej pani wiceminister, tak szkaradnej, że aż dziw bierze, iż… no mniejsza o to. Prawdziwa niepodległość jest ciągle tematem wstydliwym. No bo jakże tu mówić o sznurku w domu wisielca?

M.Z.