O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
wtorek, 31 maja 2011
Jak chór...
Przyznaję: jestem jak chór grecki. Jak banda starców poprzebieranych w białe prześcieradła, która krzyczy na scenie „Jedziemy, pędzimy, wiatr świszczy w uszach, biegniemy, doganiamy…” I oczywiście żaden tyłka nie ruszy z miejsca, taka jego rola, że ma stać i wrzeszczeć o pędzie. Ale licznik stuka, moje dni przedurlopowe gwałtownie kończą się, jazda za progiem… Będę usprawiedliwiony!
Jak wyjść z codziennego kieratu, z tego radiowego, telewizyjnego i wszelkiego innego prania mózgu? Przyjąłem jedyną znaną mi metodę: drobnych prac fizycznych w separacji od przekaziorów. Tu dokręcić śrubkę, tam coś przyszyć (tak, tak, umiem nawet wodę rozgotować na miękko!), ówdzie przykleić. Głównie prace przy samochodzie. Najlepiej gdzieś w krzakach – nie mogę już słuchać ulubionej kiedyś Trójki, agitator Strzyczkowski jest po prostu nie do zniesienia, poranna Beata Michniewicz jeszcze gorsza. Nad szklanym ekranem pastwiono się już tak dokładnie, że nie ma co dodawać. I dzisiaj tylko wpadła mi do głowy myśl przewrotna: a co będzie, kiedy po powrocie zechcę usystematyzować wiedzę o otoczeniu? O rany, będzie się działo!
Niemcy do 2022 roku zamykają wszystkie swoje elektrownie atomowe. A w Polsce nowe prawo będzie je wspierać i jak rozumiem otwierać. Zapewne słusznie sąsiedzi wpadną na pomysł, że skoro ten cholerny atom jest już tylko u nas, to celowym będzie urządzenie tu także składowisk pozostałości po atomistyce europejskiej. Gdzie? Znów w Międzyrzeckim Regionie Umocnionym, były już w przeszłości takie pomysły, były demonstracje, wtedy pomogło? A dzisiaj? Pomoże? Bo na dnie tych umocnień cały czas przemieszcza się masa wody, nie wiadomo skąd wypływającej i dokąd podążającej. Rozwlecze atomowe śmieci jak amen w pacierzu…
Włoski Gigi Amoroso, pardon, Silvio Berlusconi przepadł w wyborach lokalnych, nawet w rodzinnym Mediolanie. To znaczy – na razie to jego partia dostała tęgie lanie. Aż chciało by się napisać, że słusznie, że dość już tego farbowanego dziada. No bo w końcu on tę partię firmuje. Ale czy my mamy lepszych? Coryllus na Ekranie słusznie zwraca uwagę na porządki w sąsiedniej Austrii, kraju trochę zapomnianym i niedocenianym – w tym sensie, że faktycznie potęga głupoty austriackiej poraża. Jak się oczywiście dokładniej przyjrzeć to i zboczeńców mają w dużych ilościach, i faszystów, i wrednych policajów, tudzież celników. Strach się bać, a tymczasem wycieczki do Wiednia tanieją, chciałbym kiedyś zobaczyć to miasto porządnie, a nie tak, jak w 1980 roku na wycieczce z socjalistycznej jeszcze Czechosłowacji. Wtedy autokar podjechał pod drzwi samolotu i nie wypuścił klienteli ani razu. Aż do operacji ponownego załadowania na pokład. Jeśli więc ktoś pyta czy byłem w stolicy tego zapomnianego mocarstwa – odpowiadam, że byłem. Ale jakby nie było mnie wcale, toć to takie lizanie cukierka przez szybę… W każdym razie parę gazet austriackich miałem w ręku najdalej dwa lata temu. Przetłumaczono mi parę tytułów, spojrzałem z niedowierzaniem na layouty… No aż trudno uwierzyć, że można żyć bogato i szczęśliwie (a tak zdaje się żyją) uprawiając taką amatorszczyznę. Nawet kryminałów nie potrafią kręcić, ostatni jaki widziałem był z Szarikiem, pardon, Rexem, w roli głównej. No i ten kundel jednak okazał się lepszy od komisarza, któremu rzekomo podlegał. Austriacy! Zróbcie coś z tym, ja wam dobrze radzę!
M.Z.
poniedziałek, 30 maja 2011
Spacery terapeutyczne
Raz do roku normalny człowiek powinien wyprowadzić zwierza na spacer. Inaczej ten zwierz w człowieku wścieknie się i pewnego dnia ugryzie w sposób nie kontrolowany. Raz na jakiś czas człowiek winien się upodlić. Przeczytać na siłę co najmniej dwie strony stałego biuletynu Ministerstwa Prawdy z Czerskiej, iść na obiad do makdonalda, albo pożreć wczorajszego kota u miejscowego Wietnamczyka. Jeśli przeżyje - to jest gość, nic mu już do następnej próby nie grozi i może zachowywać się jak zaszczepiony. Ale, ale… Gdyby kto chciał GW czytać u makdonalda to niechaj ma świadomość, że igra ze śmiercią! Dwie trucizny wzmacniają się wcale nie podwójnie, ale co najmniej poczwórnie. Mało kto wytrzyma…
Teraz dwie dość stare wiadomości, które moim zdaniem są ważne, nie wiem dlaczego je zapisałem, ukryłem i odszukałem dopiero teraz. Otóż po pierwsze pasy bezpieczeństwa w samochodach zgodne są… z konstytucją. Tak przynajmniej stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Jak moi Czytelnicy wiedzą interesuję się samochodami, ale nigdy bym nie pomyślał, że może zajmować się ich wyposażeniem tak znakomite gremium. Przed zimą ten grecki chór ma się zająć konstytucyjnym obowiązkiem ciepłego ubierania się rodaków podczas zamieci. To oczywiście możliwe sugestie komentatorów wyroku. Łażenie w slipach będzie więc niezgodne z konstytucją. A jeśli ktoś obszyje je futerkiem?
Po drugie dziennikarzy izraelskich wywalono na zbitą mordę z organizacji międzynarodowej grupującej przedstawicieli tego zawodu. Oficjalnie pod pretekstem nie płacenia składek. Niby mała rzecz, powie ktoś, dawno zapomniana – ale jeśli już izraelitów wywalają na twarz z powodu takiego marnego geszeftu to coś musi być na rzeczy. Bo u nas w sieci internetowej wytrwale za to propagują. Co propagują? Ano na przykład książkę jakiegoś chorego na umysł profesora z Kanady, który utrzymuje, że Niemcy podczas drugiej wojny światowej na terenie okupowanej Polski nie byli w stanie odróżnić Żyda od nie-Żyda. I gdyby nie wydatna pomoc chłopów polskich – którzy te umiejętności fizjonomiczne posiedli zdaniem profesora w stopniu mistrzowskim - to Auschwitz po prostu by się nie udał. Podobno autor tego cennego odkrycia historycznego specjalizował się kiedyś w historii Indian kanadyjskich. Musiał często pomiędzy nimi bywać, pewnie nie zawsze w przyjaznych celach. Bo chyba mu w zadku utkwiła ostra i zatruta strzała. W każdym razie jad działa, na rozum już padło…
Zatem w ramach corocznego wyprowadzania zwierza z siebie mam ochotę powiedzieć dzisiaj, że z obu tych odgrzebanych wiadomości jestem niezmiernie rad. Wściekle i po zwierzęcemu. Zapiski wskazują bowiem durniów tak kosmicznych, że gdyby (jak powiadał Napoleon, a co przywoływałem już wielokrotnie) nie wyniesiono ich odpowiednio wysoko - nikt by się na ich durnowatości nie poznał. A tak mamy jak na tacy…
M.Z.
niedziela, 29 maja 2011
Spiski
Ponieważ nigdzie nie należąc reprezentuję już tylko samego siebie – mogę mówić o rzeczach, o których inni muszą milczeć. Z przyzwoitości, albo z przezorności – no w każdym razie takie informacje, jakie za chwilę tu ujawnię nie są kolportowane powszechnie. Tymczasem mnie żadne kierownictwo nie skarci, po prostu nie istnieje coś takiego – zgodnie ze starym dowcipem kabaretu Elita. „Jadą goście jadą koło mego sadu. Do mnie nie zajadą - bo ja już tu kurcze nie mieszkam…”
Otóż w pewnym ogródku, wśród zacisza zieleni i grilowego dymku odbyła się ostatnio tajna narada międzyportalowej części blogerów. To w skrócie polega na tym, że spotykają się ludzie, którym chce się ze sobą rozmawiać, choć niekoniecznie w duchu pełnej zgody i akceptacji do słów poprzednika. Jako że niejaki Obama właśnie odlatywał z naszego pięknego, choć nieszczęśliwego kraju pozamykano ulice, a nad jaskinią spiskowców krążyło tyle helikopterów, ile kiedyś pokazywano jedynie w filmie „Apokalipsa” Coppoli. Zagłuszały się wzajemnie i o podsłuchach nie mogło być mowy. No to my dalej do radosnego spiskowania!
Tylko trzeba było wybrać przedmiot spiskowania…
A z tym same niestety kłopoty. Bo tak: jeden wydał dwie książki i chciał koniecznie powiedzieć coś na ich temat. Trochę powiedział. Ale drugi miał problemy w uprawianej witrynie sieciowej – i to było dlań najważniejsze. Reszta zdania podzielone: a to kawałki obyczajowe, a to wspominkowanie, a to wycieczki osobiste. Rzecz jasna ci, którym osobiście przykładano byli nieobecni. I dobrze – bo pewnie helikoptery na górze miały by sensację. Bójka na działkach, a obok jedzie Obama… Dostalibyśmy rakietą jak amen w pacierzu! Skończyło się szczęśliwie – gospodarz podał hasło i rozległo się już tylko miarowe kłapanie paszcz, grill działał jak oszalały. Zajadły zdążył tylko zauważyć, że jak zwykle nie przyszli ci, którzy byli zapowiedzeni. A pewna dama stała się jeszcze bardziej nieznana, czy domyślna, nikt nie wie kim jest i zaczynają krążyć pogłoski, że w realu to wąsaty facet. Może i tak być…
Potem jednak rozmawialiśmy. Najpierw o sieciach dystrybucji książek. Okazało się, że niewielu wie coś konkretnego na ten temat, zaś najbardziej zainteresowany, autor, ma tak oryginalne zdanie, że ani się sprzeciwić, ani potwierdzić. W każdym razie księgarze to sukinsyny. Nie ustaliliśmy tylko czemu mówią jak mówią, czyli jednym głosem. No i kto tym wszystkim steruje. Czerska? Po części pewnie tak. Ale czy Czerska ma aż tak długie rączki, by sięgać nimi do maleńkiej księgarni w jednak zapapędziałym Grodzisku Mazowieckim? Osobiście wątpię. Więc jakoś to sukinsyństwo musi się roznosić. Droga płciową czy kropelkową?
A propos sensacji obyczajowych: dzisiaj na blogu wczorajszych dyskutantów ukazał się kawałek o tym, co winna zawierać książka dobrze sprzedawalna, co zawiera, co jest kiepskie i dlaczego. Wielkie nazwiska: Ziemkiewicz, Wildstein, Łysiak. Jak twierdzi autor panowie ci popełniają wielkie błędy w opisywaniu rzeczy typu sekscesy, czy inne płciowe wyczyny. No popatrzywszy na Ziemkiewicza pewnie jest w tym jakaś racja. Osobiście mam do tego pana wiele zastrzeżeń już od czasów „Polactwa”. Pisze tam jasno, że linia jego rodziny wywodzi się wprost z chłopstwa, po czym obrabia to chłopstwo ile wlezie. Po części słusznie, po części nie wiem – ale podejrzenie, że jeden z ziomali najpierw ziomalom obrabia dupę, by następnie stwierdzić, że on jest wyjątkiem od reguły - i ze to w którymś miejscu jest konstrukcja fałszywa - jest wielce prawdopodobne. Bo niby dlaczego właściwie miałby być inny? Skoro w życiu formalnym równie cwany czy przebiegły, równie bezwzględny i monotematyczny. Każda następna książka potwierdza przecież istnienie w głowie jej autora wątków i elementów zdecydowanie pszenno-buraczanych. I strzyżenie tego łba na rekruta, to samo zresztą zrobił inny mędrek polityczny, Ponton Kamiński, nie czyni z obu panów dzieci miejskich salonów. O Wildsteinie nie chce mi się nawet gadać. Zaś życie seksualne Łysiaka w ogóle mnie nie interesuje, jego projekcja na karty powieści czy tworów publicystycznych również. Podejrzewam tylko, że ten akurat autor mając takie rozeznanie w źródłach jakie ma – na temat seksu mógłby powiedzieć sporo…
Odszedłem od ujawniania spisków… Ale by nie być nudnym powiem tyle, że zakończyło się pokojowo. Gospodarz o ile jeszcze nie umarł ze zmęczenia (a napracował się wczoraj okrutnie!) pewnie zarządzi kolejne spiskowanie jeszcze tego lata. Czy znów nie przyjadą zapowiedzeni? Nie wiem. Bo też i nie wiem, czy mnie ktoś o obecność poprosi. Zobaczymy… Prośba jest tylko taka: rozumiem, ze macie dzieci. Ja też mam. Przyprowadzić następnym razem? Brutalnie: będziecie mieli okazję zobaczyć co się dzieje z młodym człowiekiem, który już od kołyski uczestniczy w życiu dorosłych.
M.Z.
piątek, 27 maja 2011
Spór z Nowo-ekraniczanami
Napisałem dzisiaj kilka słów o postaciach z Nowego Ekranu. Kiedy jeszcze tam pisałem jedną z moich ulubionych blogerek-komentatorek była madame Molier. I jako się rzekło: losy Ekranu nie są moimi losami, ale ulubionych czytam. Dzisiaj Molier opublikowała swój tekst pod tytułem „Najnowszy ranking wyborczy”.
I tam mówi kilka rzeczy o procentowym rozkładzie sił. PO tyle, PiS tyle, SLD tyle. Nie przywołuję tu wartości przytoczonych przez dawną moją komentatorkę, bo nie ma to żadnego znaczenia. Gdybyś Szanowna czytała co publikuję tutaj, na swoim blogu, wiedziała byś doskonale, że te słupki to żadne realia, tylko z lekka zakamuflowana forma polecenia dla wiernych. Tak ma być. A jak będzie naprawdę – to się okaże. Być może coś trzeba będzie skorygować. No to się skoryguje, w końcu nie po to zaufani siedzą i liczą – albo siedzą i udają, że właściwie policzyli, bo ma być jak przykazano.
Jest wszakże w tym tekście inny wątek, przyznam, że wzbudził we mnie sporą złość. Molier napisała tak:
„…Część blogerów wyniosła się z Nowego Ekranu, żeby przeczekać i zobaczyć, jak Nowy Ekran będzie działać. Część podobno bezpowrotnie. Czy taka postawa nie jest przypadkiem sprzyjaniem powyższym sondażom? …”
I natychmiast w to miejsce wszedł Carcajou pisząc: „…Oni są pewni, że NE padnie - wiem co mówię, to skoordynowana akcja…”
Aż się zapieniłem! Carcajou, ty niegrzeczny chłopcze! Mylisz się! I pewnie począł bym natychmiast mnożyć kolejne epitety, gdyby nie przytomny komentator Katron. Tak oto odpalił:
„… Mi jest przykro, że tak się stało z NE. Od początku wyraziłem moją dezaprobatę dla pomysłu ŁŁ i zaufaj, wynikało to z głębi serca. A Twoja postawa może budzić wątpliwości. Bardzo zniechęcasz ludzi do powrotu na NE. Zastanawiam się czy takie działanie z Twojej strony jest celowe? Zapewne znasz "I Ty Brutusie przeciwko mnie". Pozdrawiam i życzę Ci byś zaprzestał szkalować blogerów, którzy "oddalili się" od NE. Jest coś takiego jak rozum i wewnętrzna intuicja. I dla niektórych to jest wskaźnikiem podejmowania decyzji…”
No! Tak, tak, droga Molier i szanowny Carcajou: Katron ma rację! Może trochę przesadza z tym „szkalowaniem”, nie odczytuje tego aż tak dramatycznie. Po prostu mylicie się, wyciągacie złe wnioski, stawiacie złe diagnozy. Będziecie leczyć na tej podstawie? To ciemno widzę. Podbiła tę kwestię kolejna komentatorka, Mysz-Drobnicowiec, mówiąc:
„…Chyba oboje przesadzacie, albo oboje nie rozumiecie, bo coś przegapiliście. Carcajou, na pewno, tym razem, nie "wiesz, co mówisz", chyba, że jako "skoordynowaną akcję" uznamy co innego, a odpływ blogerów tylko jako jej skutek. Pozdrawiam Was serdecznie…”
A na to Molier jak piekielnica jedna:
„…poza tym można się nie zgadzać na aktywność społeczną nE (nie wiem dlaczego?), ale działalność medialna to przecież o to się biliśmy…”
Po co ja to wszystko przywołuję i dlaczego zwracam uwagę na takie drobiazgi publikowane tam, gdzie mnie już nie ma? Z prostej przyczyny: oto ktoś po moim odejściu koniecznie chce mnie wrzucić do jednego worka z jakimiś spiskowcami, dywersantami czy licho wie kim jeszcze. Chce mnie potraktować jak własnego śmiecia. Oświadczam: z nikim przed odejściem się nie namawiałem! Nikt mną nie sterował, nikt o decyzji nie wiedział – póki jej nie ogłosiłem. Powody podałem. Wchodzić z jednego obozu przemocy, to jest PRL-u i postPRL-u do drugiego, teokratycznego, może tylko dureń – a ja o sobie tak nie myślę.W każdym z wymienionych obozów tłumaczono mi po wielokroć, że niewola też może być słodka. Widziałem jak słabsi psychicznie tym bzdurom ulegali. Mnie udało się pozostać przy swoim zdaniu. Mam przedstawicieli jednej i drugiej opcji dokładnie w dupie. Nie zamierzam też nikomu tłumaczyć własnych wyborów, nadto w takim zamęcie, że każdy głos ludzki musi w nim zginąć marnie, nie mówiąc rzecz jasna o głosach słusznych.
A co się tyczy właścicieli Nowego Ekranu: moim zdaniem mogą robić co im się tylko zamarzy. Także zakładać partie, animować ruchy społeczne, produkować sodalicje i stowarzyszenia. Nic mi do tego z założenia: to ich kasa, ich wysiłek i ich namówienie kilku ludzi, by razem ciągnąć ten wózek. Dlatego nie proponowałem, by wyrzucić na zbita mordę niejaką Circ – tylko powiedziałem jej co myślę. A gdy to i usunięcie tekstów, które mogły być odebrane przez kobietę jako zbytnio aroganckie nie pomogło – wyniosłem się z tej knajpy. Chcecie się bawić w ten sposób, płacicie za gorzałę i zagrychę – proszę bardzo, nic mi do tego. Tyle że już beze mnie. Jak to w poprzednim tekście powiedziałem jasno: nie jestem demokratą. Nie odwołuję się do żadnych demokratycznych praw. Ale ta monarchia po prostu mi nie odpowiada. Wyjechałem szukać innej krainy.
M.Z.
Wstrząsy
Właściwie nie powinno mnie to obchodzić: odszedłem z Nowego Ekranu, nie piszę tam, nie komentuję, czasem tylko czytam wybranych autorów. Ale pojęcie „wybranych” to też niejasna definicja. Otóż oni są wybrani nie dlatego, iżbym ze wszystkim co napiszą zgadzał się. Przeciwnie, z większością ich treści nie zgadzam się głęboko i żarliwie. A jednak czytam, ponieważ w zamęcie ich myśli postrzegam i takie, które mnie interesują, z którymi mogę się utożsamiać albo na przykład polemizować. W tym miejscu dodam złośliwie: nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę. Trzeba tylko wiedzieć, o której jego wskazówkom należy uwierzyć…
Tymczasem cykl Ekranowych wstrząsów trwa w najlepsze. Najpierw były deklaracje polityczne, które przyniosły ewidentny spadek oglądalności. Potem wojna Łazarza ze Ściosem, Ścios to doskonały autor, ale też wyjątkowy cham komentatorski, więc mniej więcej z góry wiadomo było jak się to skończy. Dzisiaj z Rady Programowej odszedł Coryllus, w proteście przeciwko ponownemu wejściu na forum niejakiego Jarosława Kozaka, zawodowego prowokatora i wyjątkowej łajzy. Dowództwo Ekranu na to NIC. Ani słowa – przynajmniej do chwili, w której piszę ten tekst. Gdzieś w tle cały czas międlone są mantry o wolności wypowiedzi i takich tam duperelach. Tak, DUPERELACH, z żalem stwierdzam, że nadmiernie wiele osób z owej wolności wypowiedzi zrobiło kolejnego bożka, przed którym pada na twarz i przed którym nie masz dla nich obrony. To wszystko jasno pokazuje niedostatki ponoć najlepszego systemu, czyli demokracji. Tu od razu dodam, że ja nie jestem demokratą. Rozsądny człowiek nie może być bowiem chwalcą systemu, który rację przyznaje arbitralnie zorganizowanej bandzie największych idiotów ponad garstkę ludzi rozumnych. Tego po prostu nie ma sensu bronić, to przeczy jakimkolwiek wartościom – prócz rzecz jasna wartościom sztucznie wytworzonych, właśnie dla potrzeb owej „demokracji”.
Jak to wszystko rozwiązać? Wolność wypowiedzi potraktować jako dobro, którego używanie może odbywać się wyłącznie sumptem osoby zainteresowanej. Innymi słowy: chcesz Kozaku kozakować to załóż sobie swoje forum. I tam wylewaj z rury wydechowej cały ten szlam umysłowy, który twój organizm produkuje w nadmiarze, inaczej widać nie potrafi.
Z podobnym, ale mam nadzieję już rozwiązanym problemem spotkałem się w magazynie Polacy.eu. Też przylazł nieproszony pewien Bredzisław, nie rozumiał dokładnie niczego z przekazywanych mu treści, komentował jeszcze inne, ale nie moje, słowem siał zamęt i po prostu szkodził. Wypłoszono gościa, choć pewnie on uważa, że go wywalono na zbity pysk. Trudno, niechaj tak sądzi, nic mi do tego. Efekt krótkiej działalności tego osobnika jest taki, że ja na przykład, autor w pewnym momencie bardzo produktywny, straciłem wolę tam pisania. To pewnie minie, w końcu nie chcę spowodować, by trud właścicieli forum poszedł na marne, dalej otrzymałem bardzo wiele ciepłych słów poparcia – więc do zobaczenia po urlopie.
M.Z.
czwartek, 26 maja 2011
Krecia robota
Kiedyś radio w samochodzie było wynalazkiem niemal epokowym. Już człowiek nie jechał sam, mógł posłuchać jakiejś muzyki, trafiały się tez krótkie i syntetyczne wiadomości. Dzisiaj zmieniłem zdanie – radio w samochodzie staje się zwykłym prześladowcą. Indoktrynuje, namawia, kręci i zagaduje tak, że bardzo trzeba uważać, by ze złości nie rozjechać wielkiego autobusu z przodu… Poranki bywają straszne! W radio pracowity poseł z SLD opowiada jak to podczas długiego weekendu „nadrabiał braki” – bo bardzo pracowity jest i już. Znów jakaś przemowa starego komucha, no wcielona elegancja i wiekowa mądrość, tylko słuchać z rozdziawioną gębą i nie dyskutować. Czarzasty proponuje wyborczą współpracę PO – SLD – PSL. Znacie? Znamy?: zespół mały, ale zgrany. Rudy, Kalisz i organy. Ostatnio organy bezpieczeństwa – uwaga, uwaga, obywatelu bądź grzeczny, bo zapiszemy cię jako kibica. Albo potraktujemy jak autora antyprezydenckiej strony internetowej! I do paki! Jest dobrze! Jest wspaniale! Premier zdaniem jakiegoś generała zatracił instynkt samozachowawczy w materii śmierci Bin Ladena. Racja. Ale dlaczego mówi nam to ktoś, kto ma dość wątpliwe powiązania i niejasną pozycję? Czy to kolejna odsłona „przełożonej wajchy”? Słuchacze popierają. Przynajmniej takie głosy puszczono na antenę. Jako facet, który kiedyś został zobowiązany przemocą do produkowania listów od czytelników i czytelniczek doskonale wiem, jak to się odbywa.
Ale… można otoczenie widzieć i tak. Zapiekłym zwolennikom tej optyki właściwie nie mam nic do powiedzenia. Wspomniany nadmiar wspaniałości albo ich uśpił, albo mają tak niskie poczucie własnej wartości, że kość rzucona w powietrze sennym ruchem zdaje im się już szczytem szczęścia. Merdają ogonkami i są wniebowzięci. Powodzenia. Stójcie spokojne w kolejkach (a może was kolejki nie dotyczą?), przemieszczajcie się swymi nowymi terenowymi autami pośród tłumów łagodnych i życzliwych otoczeniu kierowców, odbierajcie przyjazne polecenia od swych światłych rozumem szefów, wilcze prawa korporacji, w których pracujecie uznawajcie za rajskie zasady, a być może te raty, które co miesiąc płacicie zdadzą wam się mniejszym obciążeniem, niż jeszcze wczoraj. Naprawdę nie mamy o czym gadać.
Z lekka w raj polski wątpiącym chcę jednak rzec pewne zdanie, które utkwiło mi w pamięci. Otóż pewien dość starawy znajomy zwykł był mawiać, że stan, w którym nadzorcy obozu przetrwania zwanego PRL-em z dnia na dzień stali się naszymi idealnymi pracodawcami w firmach prywatnych i organizacjach pozarządowych, naszymi mentorami i w ogóle dobroczyńcami – jest STANEM CHOROBY CYWILIZACYJNEJ. Bo oni, te wywłoki i zombi z tamtych struktur w swej istocie nie zmienili się ani na jotę. Rżnęli nas ideologicznie wtedy – i rżną dzisiaj. Różnica polega na tym, że ongiś widzieliśmy to jako czystą przemoc. Dzisiaj już nie. Coś rodakom w znacznej mierze kark złamało. Czyjaś krecia robota okazała się dobrze przeprowadzona. Mam nadzieję, że szlag ich za to trafi kiedyś bardzo bolesny. I tych starców mentalnych i tych zmurszałych komuszków, dla których ciągle żywe jest abstrakcyjne wspomnienie wspaniałych lat pięćdziesiątych, kiedy to damy były tak gorące, że dawały na śniegu… Uwaga, uwaga! Obwieszczenie! Te gorące poumierały na artretyzm! Wam panowie poopadały nie tylko ręce. Więc nie ma co wziąć – ani czym wziąć. Pozostały bzdety umysłowe.
No niestety tak to widzę.
I jeszcze a propos radia. Przed urlopem pożyczyłem od znajomego CB. I aby oswoić się z tym wynalazkiem pojechałam ciut poza ścisłe centrum. Raptem słyszę: czerwony japoniec, zwolnij, masz miśków w nieoznakowanym na ogonie! Faktycznie, Octavia z kamerą. A już się rozpędzałem… Może więc to jest tak, że nie należy rzucać nożem w telewizor, tylko zmienić paru redaktorów? W końcu te radiowe fale okazują się czasem nie takie znów złe…
M.Z.
środa, 25 maja 2011
Ze snu na jawę
Jak to się dzieje, że oto ja, wychowany w socjalizmie tegoż socjalizmu ni w ząb nie cenię? Coś mi się tam co prawda roi z czasów młodości, ale niestety to nie Plena KC, nie żadne pięciolatki czy inne „sukcesy” gospodarcze czy polityczne – ale raczej osiemnastolatki, czyli ładne dziewczyny, jacyś koledzy dawno zapomniani, szkolne czasy i pierwsze podróże w świat. Świat dwa województwa dalej – by sobie kto nie pomyślał. No ale to też było bardzo daleko.
Rozmawialiśmy o zmienianiu świata. Jedni mądrzej, inni mniej mądrze. Tych drugich szybko odsiewało się. Nikt potem nie wiedział gdzie się podziewają. Nikogo to już nie interesowało. Prawda wyszła na jaw wiele lat później. I była to niestety prawda bardzo zagmatwana. Okazało się bowiem, że pozorni głupcy wcale tak źle na swojej głupocie nie wyszli. Uprawiają intratne zawody, rozmnożyli się na potęgę, na imieninach seniorów spotykają się w kilkadziesiąt osób minimum. Cenią te związki, wcale się im nie dziwię. Dziwne jest to tylko, że przy dowolnej tak zwanej politycznej rozmowie głupota z lat minionych przebija wszystkie warstwy pozłoty. I znów zapada milczenie – bo nie bardzo wypada zmieszać z błotem panią doktor nie widzianą lat grubo ponad trzydzieści…
„No a w latach osiemdziesiątych to już prawie doganialiśmy…” Wymienieni wyżej ludzie nie bardzo potrafią powiedzieć kogóż to mianowicie doganialiśmy, może zbyt skomplikowane nazwy nie przechodzą im przez usta: jakieś Burundi, jakąś Botswanę? No bo ja mam ekstremalne zdanie, niewielu je podziela… Serio? To proszę spojrzeć na niżej przywołane fragmenty tekstu, Maciej Eckardt, wicemarszałek woj. kujawsko-pomorskiego, samorządowiec. Tekst zamieszczony na stronie „Salon24” (www.salon24.pl) dnia 25 września 2008 r. Niby dawno. Ale jakże aktualne!
Kim Ir Napieralski
…Wcale, a wcale nie żal mi Kiszczaka, Jaruzelskiego, Kani, Siwickiego oraz innych chodzących trucheł, nad losem których wzrusza się czerwona gawiedź, gdyż czy się to gawiedzi podoba czy nie, truchła te mają polską krew na rękach, co niestety nie trafia do zakutych czerwonych łbów dawnego aparatu oraz kibicującym im, wypranych przez różowe media, poputczików. Dlatego, mam nadzieję, stosowna ustawa w tej sprawie przejdzie przez parlament, bo wymaga tego zwykła obywatelska i społeczna higiena.
Ja oczywiście poszedłbym dalej i za jednym zamachem pokroił emerytury partyjnym funkcjonariuszom (szczebel do uzgodnienia), bo swoim „pierdzeniem” w czerwony stołek legitymizowali całe to draństwo, zwane dla zmyłki „demokracją ludową”, stwarzali pozory legalizmu czegoś, co z natury legalne być nie powinno i - co nietrudno przewidzieć - trwało by dalej w najlepsze przy ich udziale, gdyby się po prostu nie zawaliło pod ciężarem własnej nieudolności i tępoty.
Paść to całe draństwo musiało, bo było aberracją i intelektualnym skrzywieniem. Na tyle jednak mocnym, że znajdowało oparcie w pseudonaukowym bełkocie i całym systemie filozoficznym, który generował z siebie dialektyczne roboty w randze profesorów, szczekające na poczekaniu o wyższości socjalizmu demokratycznego, gospodarki planowej, zmierzchu kapitalizmu, internacjonalizmie czy innych semantycznych gniotach.
PRL padła, bo musiała. Na szczęście. Padła, bo odbierała ludziom wolność i inicjatywę. Sczezła, bo firmowały ją buraczane, nie skażone żadną myślą tępe i nalane twarze partyjnego betonu, którym rytm życia wyznaczały egzekutywy i zjazdy. PRL padła, bo była atrapą państwa, niezdolną do przetrwania w międzynarodowej rywalizacji, skłóconą na dodatek z własnymi obywatelami, którzy stanowią o kondycji i żywotności państwa.
Natomiast wszystko to, co można by dobrego o PRL-u powiedzieć dotyczy niektórych tylko ludzi. Oni tworzyli, pisali, odkrywali ważne dla nauki rzeczy nie dlatego, że szansę dała im PRL - oni czynili właściwy użytek ze swoich talentów, pomimo że żyli w PRL-u. Bo cały okres tzw. Polski ludowej, był okresem marnotrawstwa na niespotykaną skalę. Był czasem wypychania najzdolniejszych za granicę, tłumienia przedsiębiorczości i samoograniczaniem się w imię chorej doktryny. Był czasem, per saldo, bezpowrotnie dla Polski straconym. I ktoś za to ponosi winę.
Bo kiedy na pięć lat przed upadkiem PRL-u, cały zachodni świat nabierał niesamowitego impetu i przyspieszenia cywilizacyjnego, nad Wisłą towarzysz generał Jaruzelski przyjmował z należnymi honorami towarzysza Kim Ir Sena. Pal licho, można by powiedzieć, całował się przecież w usta z Breżniewem, Kadarem, Honeckerem i Ceausescu, to co tam jakaś wizyta egzotycznego brata komunisty. Nie takie cudaki nad Wisłą bywały.
A jednak, warto ten fakt przypomnieć i pokazać, jakie też umysły jeszcze niedawno sterowały nawą 40 milionowego narodu. Dlatego też przytaczam poniżej, nie po raz pierwszy zresztą, fragmenty psychicznej aberracji, która zwała się „demokratycznym socjalizmem”. To toast i przemówienie, jakie towarzysz generał Jaruzelski wzniósł (wygłosił) na cześć Kim Ir Sena. To naprawdę miało miejsce, to naprawdę działo się 23 lata temu. Nie wierzycie państwo, popytajcie na lewicy.
Szanowni towarzysze!
Zbliża się czterdziestolecie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Pod przewodnictwem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dokonała się rewolucyjna odmiana, historyczny postęp w życiu naszego narodu. Okres budownictwa socjalistycznego przyniósł nam ogromny awans cywilizacyjny, kulturalny, oświatowy, unowocześnienie, uprzemysłowienie oraz urbanizację kraju.
Na tej drodze nie zabrakło trudności, bolesnych i dramatycznych doświadczeń. Broniąc socjalizmu przegrodziliśmy drogę kontrrewolucji. Urzeczywistniamy konsekwentnie przyjęty na IX Zjeździe partii i potwierdzony na Krajowej Konferencji Delegatów program socjalistycznej odnowy, linię porozumienia i walki. (…)
Powrót Polski na drogę harmonijnego, pomyślnego rozwoju jest jednak sprzeczny z rachubami, zwłaszcza amerykańskiego imperializmu. Jego nacisk na Polskę trwa nadal. Tak jak Wy, drodzy koreańscy przyjaciele, doświadczamy prób bezczelnej ingerencji Stanów Zjednoczonych w nasze własne wewnętrzne sprawy. Tym naciskom nie poddaliśmy się i nie poddamy nigdy. Nie jesteśmy przy tym sami. Mamy niezawodnych sojuszników i przyjaciół - bratni Związek Radziecki, państwa socjalistycznej wspólnoty. Solidaryzuje się z nami światowy, antyimperialistyczny nurt lewicy i postępu społecznego. (…)
No i jak, smoki milusie? Jak się czytało, jak się teraz patrzy na „incydentalne zdanie” niżej podpisanego? Wiem, śnicie o minionej młodości, o tamtych uniesieniach i klęskach. Pora się obudzić. Jawa była taka właśnie!
M.Z.
poniedziałek, 23 maja 2011
Nie mam trupa, ale...
Podobno nic tak nie podnosi poziomu czytelnictwa gazety czy blogu, jak trup na pierwszej stronie. Można się śmiać – ale jest coś w tym powiedzeniu. Mój problem polega jednak na tym, że trupa wygenerować w tym miejscu nie jestem w stanie. Nie znam ani jednego, przykro mi. Dlatego dzisiaj postanowiłem powiedzieć słów kilka o poczuciu humoru. Nie ma trupa – ale są za to fajerwerki. Takie jak na zdjęciu.
Zacznę jednak od pewnego zwierzenia. Otóż większość Sylwestrów mojego życia spędziłem w domu. I jak to tego dnia, lepiej – tej nocy – bywa oglądamy z żoną telewizję. To jest dla mnie pewien szok, nie lubię telewizji i oglądam ją wyłącznie w szczególnych przypadkach. Jak ten właśnie… No bo coś trzeba zrobić przed zwyczajowym wydojeniem flaszki pseudo-szampana i ewentualnie odrobiny jakichś mocniejszych trunków. Gdzieś tam szaleńcy ze zwałami chińskich rakiet pod pachą maszerują w zimową noc – a my lecimy po kanałach. Polskich oglądać się nie da. Ostatnio występował tam bowiem facet przebrany w damskie futro. No pal sześć, że wyglądał jak stary pedał. Gorsze to co gadał i co promował. W głupich słowach dawno przebrzmiałe gwiazdy i kiepskie polskie przeboje z komunistycznych czasów. Tego się po prostu nie dało znieść… A, jeszcze gdzieś mignęły mocarne uda i schaby pani Rodowicz. Czarna rozpacz!
No to my ciach, jedziemy do Francuzów. Znacznie mniejsza sala, kilka osób przy centralnym stole, sądził by ktoś, że zaraz będzie paryski szyk i w ogóle elegancja – Francja. Nic z tego. Gość w kaszkiecie opowiada dowcipy sprzed drugiej wojny światowej, pręży się dama, której młodość minęła jeszcze za Amenhotepa, grubas pokazuje karciane sztuczki, a dwoje szaleńców wspina się na drążek zawieszony pod sufitem. Tyle mają do pokazania? Widać tyle. A ponieważ co rok jest mniej więcej to samo – znaczy publice podoba się. Cholera z nimi. Chcę coś weselszego!
I tu trafiamy do Niemców. Sala duża, stroje specjalnie niechlujne, część gości poprzebierana za prosiaczki albo ptaszki, wszystko zależy od roku. Muzyka za to prostsza. Ktoś powiedział by: prostacka. No ale takie przeboje minionych lat bywały, nic się nie poradzi. Niemcy cieszą się jak dzieci, są wspólne śpiewy, staruszki maślanymi oczyma wpatrują się w byłych młodzianków, staruszkowie stroją miny do jakichś małolatek. Wprost orgia zrozumienia i dobrego samopoczucia. Zwykle zostajemy tam do północy, potem flaszka już pusta, czas spania.
Brzmi to jak pochwała niemieckiej otwartości, prawda? Szczerzy są tacy, cieszą się spontanicznie i bez skrępowania… No cóż, obrazek przy tytule pochodzi z ich programu rozrywkowego. Tak mają w środku roku. Chciał facet zdobyć miłość publiki, włożył racę w dupę, wyszedł przed kamery, odpalił ładunek i było śmiesznie. Sylwestrowy opis jest wyjątkowy. Fajne mają poczucie humoru, prawda? No Wojewódzki się nie umywa! Nawet ten szaleniec Ącki nie ma szans. Choć przynajmniej widać w jakim kierunku podążają.
M.Z.
niedziela, 22 maja 2011
Awanse
Pisuję tu o różnych sprawach, intencja w każdym razie jest taka, by monotematyczny blok „Dupa Maryni” nie stał się najważniejszy. Jest więc blok „Kupić – nie kupić”, wszystko jedno czy samochód, czy mieszkanie, są też inne cykle. Oczywiście nie zawsze wiem co powiedzieć, po prostu nie na wszystkim się znam, choć gdy idzie o „wybory na wyborach” to z wielbicielami PO gadać mi się po prostu nie chce. Już wyjaśniałem dlaczego. W materii kupowania ostatnio jednak zaciekawił mnie dżentelmen uparcie twierdzący, że kłopotów nie ma, bierze się dowolnej wysokości kredyt i już. A ludzie, którzy tego nie potrafią należą do grupy złamasów, więc najwyraźniej sami zasłużyli na swój los.
Teza jest śmiała, ale też znana od lat. Pod koniec starego reżimu, czyli przed rokiem 1989 rozpowszechniana szczególnie chętnie, ponieważ wokół odbywał się wielki ruch uwłaszczania się nomenklaturowych gwiazd – no i jakoś tak zwykle wychodziło, że objawy zewnętrzne nowego bogactwa jednak wymagały pewnego usprawiedliwienia. Wprost: kradzież nie była tak straszna, gdy zdaniem złodziei znalazło się dobre jej usprawiedliwienie. I tak ci, którzy za czasów ostatniego PRL-owskiego Sejmu dostali z jego kancelarii przydziały na świeże Polonezy twierdzili, że to w końcu nic takiego, ot, przeciętny samochód, każdy może poprosić o talon. Co oczywiście wielu czyniło, z wiadomym negatywnym skutkiem. A grać było o co, nie wszyscy pewnie pamiętają, że kupno dwóch Polonezów po cenie państwowej i sprzedanie ich natychmiast po cenie wolnorynkowej gwarantowało zakup w Warszawie dwupokojowego mieszkania własnościowego.
Inni, może mniej doskonale ustawieni w „Robotniczej i Jedynej” mieli nad szarym tłumem tę przewagę, że wiedzieli gdzie i kogo słuchać – oraz od kogo na krótko pożyczyć worek kasy. Wystarczyło tylko działać jak niespieszny myśliwy, pilnie obserwujący otoczenie, a potem naciskający spust strzelby bez najmniejszego wahania. Posłużę się konkretnym przykładem: oto znany mi kierownik sklepu wielobranżowego zauważył, że na sąsiedniej posesji, u sprzedawcy samochodów pewnej japońskiej marki, pod koniec roku ruch zamarł niemal całkowicie. Naiwni sądzili, że auta po prawie 7 tysięcy dolarów zaraz po Sylwestrze stanieją, będą wszak o rok starsze – więc ich na razie nie kupowali. Zupełnie nie interesowały ich polityczne spory, pośród których coraz częściej pojawiało się ciche stwierdzenie, że oto dostaliśmy się (Polacy) do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i obieg naszego pieniądza tudzież jego wartość MUSZĄ być urealnione. Tak też się stało – tyle że informacja odpowiednio wcześniej wyciekła gdzie wyciec miała i oto mój kierownik dostał przed świętami wspaniały prezent. Wiedział mianowicie, że niezagospodarowane auta z sąsiedniego placu podrożeją. Wiedział też kiedy to się stanie.
Przyszedł więc czas na działanie. Przemyślny a dobrze zorientowany pożyczył wspominany worek kasy, udał się do sprzedawcy japończyków i na pniu kupił wszystko, co na placu stało. Nie tykając broń Boże palcem ani jednej maszyny! Stały nadal gdzie stały przedtem. Tyle że następnego dnia warte były już nie 7, ale 13 tysięcy dolarów za sztukę. Różnica jak łatwo policzyć wynosiła 6 tysięcy upragnionych przez rodaków zielonych papierków. Wziął je do kieszeni? Jeszcze nie.
Więc może przyszła Izba Skarbowa i puściła drania w skarpetkach? Nic podobnego. Proszę słuchać dalej: oto legalny właściciel nowej motoryzacyjnej floty widząc potworne zamieszanie przed siedzibą dealera udał się do kierownika i zaproponował mu prosty interes. „Odsprzedam ci wszystko jak stoi po... powiedzmy 12 tysięcy”. „Coś ty, chory! Dam ci po dychu i spadaj...” Targ w targ stanęło na 11 tysiącach. Dealer zarobił po dwa tysiące, przemyślny po cztery tysiące na jednym aucie – bo oczywiście zaciągniętą pożyczkę spłacił natychmiast. Samochody poszły na pniu – przyszli właściciele obawiali się kolejnych podwyżek. Skądinąd słusznie. Sprytnych inwestorów tez nikt nigdy o nic nie pytał. Powszechnie wiadomo było, że jeden ma chody w prokuraturze, a ciotka drugiego sama w sobie jest Izbą Skarbową. Rozeszło się po kościach.
Samochodów na placu było dwadzieścia dwa. Resztę rachunków pozostawiam wiernym Czytelnikom. Odpowiedź na pytanie czy wszyscy mogli robić podobne interesy – również.
Mnóstwo ludzi ma taki właśnie „zasłużony los” – kibiców zdarzeń. Szczerze mówiąc nie cierpię z tego powodu, niestety innym męka niezaspokojenia sen z oczu spędza stale. Po drugiej stronie barykady, po stronie tych zapobiegliwych też nie ma świętego spokoju. Co i raz któryś weźmie przypadkiem jakąś książkę do ręki, otworzy i czyta, a włos staje mu dęba na głowie: „Spisane będą czyny i rozmowy...” Myślicie że cieszy się z lektury noblisty Miłosza? A skądże! Natychmiast zaczyna kombinować, że może jednak naprawdę ktoś coś tam zapamiętał albo i zapisał, nieopatrznie chlapnie gdzieś jęzorem i diabli wzięli spokojne i dostatnie życie. W ten prosty sposób stres towarzyszy i jednym i drugim, wzbogaconym i golasom. To może być ciekawa mieszanka w niebie – bo że z powodu cierpień wszyscy pójdziemy do nieba to chyba nikt nie ma wątpliwości?
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









