Krótko: dzisiaj nowy post w witrynie "Polacy", link: http://polacy.eu.org/904/a-moglo-byc-tak-pieknie-/ Zapraszam do mojego działu i tam - staram się, by żadne teksty nie powtarzały się i wszędzie ukazywały się teksty nowe. Pewnie nie do końca mi się to uda, jest czasem tak, że myśl uparta krąży wokół jakiejś sprawy, którą nie do końca uda wbić w całkiem nowe ubranko. Ale - kto ciekaw niechaj sam zobaczy. Zapraszam!
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
niedziela, 3 kwietnia 2011
sobota, 2 kwietnia 2011
Po dniu śmiechu
Prima aprilis minął, mogę sobie pozwolić na nieco poważniejsze refleksje. Tym razem o rzeczach i sprawach, o których blogerzy schodzący się na inaugurację Ekranu opowiadali trochę półgębkiem, trochę z rozbawieniem – choć sprawa sama w sobie arcypoważna. Idzie o kształt prawicy i dominowanie pewnych postaci. Niestety kosztem Sprawy i kosztem innych, porządnych ludzi. No a dzisiaj ten tekst Coryllusa... Link http://coryllus.nowyekran.pl/post/8841,kto-uratuje-polske
Ale najpierw może o pryncypiach. Po wielokroć w internetowych mediach, choćby na przywoływanym tu Nowym Ekranie padała sugestia, ba, nawet żądanie intronizacji Chrystusa na Króla Polski. I zawsze, za każdym razem okazywało się, że nie ma pośród apelujących takich instrumentów, które ową czynność zdołały by przeprowadzić. W Episkopacie też zresztą brak chęci. Tymczasem odwoływanie się wyłącznie do modlitwy gdy naprzeciw zdecydowana, ba, uzbrojona banda to nie jest najlepszy pomysł. Oczywiście to moje zdanie, pewnie zaraz usłyszę, że materialistycznego oportunisty (czasem bywałem też nihilistą…) W prywatnych rozmowach zawsze rezonowałem, że tak naprawdę każde królestwo pośród już istniejących tworów para-państwowych zdobywało się siłą. Mieczem - jeśli komu wygodniej odnieść się do historii. I to jest właśnie ta znienawidzona przez moich rozmówców wskazówka praktyczna. Szydzą z niej i drwią – a bywa, że mnie samego nazywają jak wyżej wymieniłem. Dlaczego? Dalibóg nie wiem. Nie pojmuję czemu miałby to być gorszy początek od każdego innego… Tak przecież w historii bywało. Ludzie coraz bardziej mają rację (pardon za stylistycznego potworka) mówiąc, że tarasowcom pewnego dnia trzeba spuścić łomot, taki ręczny i dosłowny. Że będą mieli pretekst? Do cholery: jak będą chcieli mieć, a nie znajdą w okolicy to go sami zmajstrują!
Wybory dwudniowe. Jakby jeden dzień i jedna noc to było zbyt mało na fałsze... Starsi głosują przez pełnomocników. Te cholerne komuchy miały rację: nieważne kto głosuje, ważne kto głosy liczy. Oczywiście możemy wrócić do ideologii z poprzedniego akapitu. Tylko co to komu da praktycznie? Teraz-zaraz, dzisiaj?
Dlaczego w otoczeniu Jarosława stale ci sami ludzie, nieodmiennie nieudolni? Czy to co się dzieje to znak, że ktoś prezesowi niewłaściwie, a może złośliwie i celowo podpowiedział, by wszedł w zabawę z tamtą, salonową ekipą Jankego? Ale ja skupiam się na innym problemie, też przecież przez Gospodarza poruszonym: kto odpowiada za nieudolność? Kto za olanie terenu, gdzie PiS po prostu daje ciała? Okazuje się bowiem, że wyrzucenie ekipy tworzącej później PJN nic nie dało. Więc wniosek może być tylko taki, że kret pozostał w szeregach. Czy w takim razie racje ma Braun jasno przywołujący nazwiska z układu dolnośląskiego, które jednoczą PiS i PO? Bo jeśli tak - to wszystko przestaje mieć sens. A niektóre rzeczy powoli zatrącają o współuczestnictwo w zwykłym szalbierstwie. Nie lubię wychodzić na durnia.
Od dłuższego już czasu rozmawiam z ludźmi, którzy zajmują się pisywaniem rozsądnych rzeczy. Którzy aranżują za własne pieniądze działania, jakim żaden wysoko uposażony dupek sejmowy nie jest w stanie sprostać. Osobiście, twarzą w twarz się z nimi spotykam, to nie są literackie postaci. Słyszę co mają do powiedzenia, widzę ile w nich umiejętności, pasji, wiedzy i zdolności do artykułowania Ważnego. A potem gdzieś w którejś stacji radiowej, którymś programie telewizyjnym słyszę i widzę, jak jeden z drugim z pisowskich niezdarów usiłuje a to przeciwstawić się Stokrotce, a to dać odpór Rymanowskiemu. Mogę powiedzieć wprost - i aż żal dupę ściska! A prezes nic. Prezes hołubi kulawe łabądki, czas płynie, Sowy i inne nocne ptaki robią co chcą, normalny obywatel przed pójściem do sądu winien postąpić jak matka bodaj Pawlaka w starym polskim filmie - gdy wręczała mu granat mówiąc, że sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po ich stronie. No i co Panie Jarosławie? Słyszał Pan o tym cokolwiek? Jakieś wnioski?
M.Z.
Ale najpierw może o pryncypiach. Po wielokroć w internetowych mediach, choćby na przywoływanym tu Nowym Ekranie padała sugestia, ba, nawet żądanie intronizacji Chrystusa na Króla Polski. I zawsze, za każdym razem okazywało się, że nie ma pośród apelujących takich instrumentów, które ową czynność zdołały by przeprowadzić. W Episkopacie też zresztą brak chęci. Tymczasem odwoływanie się wyłącznie do modlitwy gdy naprzeciw zdecydowana, ba, uzbrojona banda to nie jest najlepszy pomysł. Oczywiście to moje zdanie, pewnie zaraz usłyszę, że materialistycznego oportunisty (czasem bywałem też nihilistą…) W prywatnych rozmowach zawsze rezonowałem, że tak naprawdę każde królestwo pośród już istniejących tworów para-państwowych zdobywało się siłą. Mieczem - jeśli komu wygodniej odnieść się do historii. I to jest właśnie ta znienawidzona przez moich rozmówców wskazówka praktyczna. Szydzą z niej i drwią – a bywa, że mnie samego nazywają jak wyżej wymieniłem. Dlaczego? Dalibóg nie wiem. Nie pojmuję czemu miałby to być gorszy początek od każdego innego… Tak przecież w historii bywało. Ludzie coraz bardziej mają rację (pardon za stylistycznego potworka) mówiąc, że tarasowcom pewnego dnia trzeba spuścić łomot, taki ręczny i dosłowny. Że będą mieli pretekst? Do cholery: jak będą chcieli mieć, a nie znajdą w okolicy to go sami zmajstrują!
Wybory dwudniowe. Jakby jeden dzień i jedna noc to było zbyt mało na fałsze... Starsi głosują przez pełnomocników. Te cholerne komuchy miały rację: nieważne kto głosuje, ważne kto głosy liczy. Oczywiście możemy wrócić do ideologii z poprzedniego akapitu. Tylko co to komu da praktycznie? Teraz-zaraz, dzisiaj?
Dlaczego w otoczeniu Jarosława stale ci sami ludzie, nieodmiennie nieudolni? Czy to co się dzieje to znak, że ktoś prezesowi niewłaściwie, a może złośliwie i celowo podpowiedział, by wszedł w zabawę z tamtą, salonową ekipą Jankego? Ale ja skupiam się na innym problemie, też przecież przez Gospodarza poruszonym: kto odpowiada za nieudolność? Kto za olanie terenu, gdzie PiS po prostu daje ciała? Okazuje się bowiem, że wyrzucenie ekipy tworzącej później PJN nic nie dało. Więc wniosek może być tylko taki, że kret pozostał w szeregach. Czy w takim razie racje ma Braun jasno przywołujący nazwiska z układu dolnośląskiego, które jednoczą PiS i PO? Bo jeśli tak - to wszystko przestaje mieć sens. A niektóre rzeczy powoli zatrącają o współuczestnictwo w zwykłym szalbierstwie. Nie lubię wychodzić na durnia.
Od dłuższego już czasu rozmawiam z ludźmi, którzy zajmują się pisywaniem rozsądnych rzeczy. Którzy aranżują za własne pieniądze działania, jakim żaden wysoko uposażony dupek sejmowy nie jest w stanie sprostać. Osobiście, twarzą w twarz się z nimi spotykam, to nie są literackie postaci. Słyszę co mają do powiedzenia, widzę ile w nich umiejętności, pasji, wiedzy i zdolności do artykułowania Ważnego. A potem gdzieś w którejś stacji radiowej, którymś programie telewizyjnym słyszę i widzę, jak jeden z drugim z pisowskich niezdarów usiłuje a to przeciwstawić się Stokrotce, a to dać odpór Rymanowskiemu. Mogę powiedzieć wprost - i aż żal dupę ściska! A prezes nic. Prezes hołubi kulawe łabądki, czas płynie, Sowy i inne nocne ptaki robią co chcą, normalny obywatel przed pójściem do sądu winien postąpić jak matka bodaj Pawlaka w starym polskim filmie - gdy wręczała mu granat mówiąc, że sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po ich stronie. No i co Panie Jarosławie? Słyszał Pan o tym cokolwiek? Jakieś wnioski?
M.Z.
piątek, 1 kwietnia 2011
I ja tam byłem…
Konkretnie na imprezie założycielskiej Nowego Ekranu. To znaczy: Nowy Ekran działa w najlepsze od paru tygodni, nawet zdążyłem się nań przejściowo obrazić co opisałem w poprzednich postach, wczoraj jednak nastąpiło formalne przedstawienie sponsora, rady programowej wybranej przez blogerów, dwóch byłych ministrów i jednego byłego generała. Ci ostatni dyskutowali o doktrynie obronnej Polski. Szczerze powiem, że dość niemrawo i bardzo politycznie – ale to wyjaśnię za chwilę.
Impreza sympatyczna, mnóstwo ludzi, których na oczy przedtem nie widziałem i jak to zwykle bywa najciekawsze rozmowy w tak zwanych podgrupach. Czyli w okolicach baru i na ulicy przy papierosie. Bywalcy twierdzą, że było sto razy lepiej, niż na spotkaniach podobnego typu organizowanych przez Salon24. Nie mogę ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć – po prostu na „salonowych” zabawach nie bywałem. Wiem natomiast poza wszelką wątpliwością, że zawodowy dziennikarz Igor Janke, szef Salonu24 nie dorasta do pięt Łażącemu Łazarzowi, szefowi Ekranu – ten drugi bowiem potrafił wszystko na otwarciu swej multi-witryny przedstawić wdzięcznie, krótko i dokładnie tak jak trzeba. A Janke w dowolnym telewizyjnym programie po prostu przynudza. Jedna z obecnych na imprezie pań skwitowała to w ten sposób, że z filmową urodą i dobrym gadaniem, jakby żywcem wyjętym z amerykańskich filmów o prawnikach, ma Łazarz świetlaną przyszłość przed sobą. No i dobrze – nie „zazdraszczam”, bo w tej konkurencji nigdy nie startowałem.
Co się tyczy rozmowy o doktrynie obronnej Polski: parę frazesów o tym, że najpierw doktryna, potem poszukiwanie sojuszników. No toż to wie każde dziecko! Potem żal za zlikwidowaniem poboru do wojska – wszak młodzi mężczyźni po opuszczeniu armii nadal byli ludźmi wojskowo wyszkolonymi. A teraz nie ma już takich, powinniśmy zatem zapatrzeć się na wzór Szwajcarii i Finlandii. Żaden z panów nie dodał, że wyszkolony wojskowo Szwajcar na do widzenia otrzymuje od państwa karabin z zapasem nabojów, trzyma to wszystko w domowej szafie, ale świat nie słyszał, by sprzęt używany był do rozmów z sąsiadami. W Polsce dawny poborowy idący do cywila otrzymywał koszmarną chustę od kolegów, talon na wino marki wino i chyba krótki bojowy kij bambusowy. Z czego panowie ministrowie i generałowie jako żywo armii w razie potrzeby ulepić się nie da! Nadal ktoś „właściwy” zarządza magazynami z bronią i zaopatrzeniem. I daję słowo, że łatwiej młodemu Polakowi otrzymać legalną spluwę zapisując się do agencji ochrony, niż idąc do wojska. U takiego na przykład Zubrzyckiego można też przejść prawdziwe ćwiczenia wojenne z udziałem żywych manekinów – kupców z likwidowanych hal pod Pałacem Kultury. Potem będzie jak znalazł… Tyle że mnie osobiście dowództwo tej bandy się nie podoba…
Nie powiedziano też rzeczy najważniejszej: komu mianowicie ten cały bardak obronny i doktrynalny zawdzięczamy. Było poprawnie politycznie – ani słowa o sąsiadach, ani słowa o wewnętrznych kretach. Być może duża dyskusja tocząca się pomiędzy Salonem 24 i Ekranem na temat artykułu niejakiego Krzysztofa Kłopotowskiego o tym jak zostać żydem po dwutygodniowym kursie wiele tłumaczy. Po prostu w razie czego „starsi bracia” przyjdą i wszystko co niedoskonałe załatwią jednym cięciem. A wtedy im mniej wyszkolonych i uzbrojonych młodzianków na ulicach – tym lepiej dla „restauratorów”.
Powrót przez wieczorną Warszawę do domu i wspaniały i koszmarny zarazem. Pod Pałacem krzyż, znicze i grupka modlących się ludzi. Obstawiona dużą grupą nudzących się w samochodach typu „świetlica” policajów. Naprzeciwko „Zakąski – przekąski” – coś tak kompletnie obrzydliwego, że szkoda słów. Banda przyodzianych w spodnie dresowe i stare kapelutki młodzianków a la Taras i mnóstwo przebierających nóżkami lekko już znieświeżonych panienek. Dla jasności dodaję, że w czasach, gdy sam tam snułem się wieczorową porą budynek hotelu Europejskiego uważany był za dewizowy burdel. Dzisiaj burdel jak był tak jest nadal. Tyle że już nie dewizowy, ale taki bardziej przydrożno-ukraiński. No pewnie takie czasy…
M.Z.
Impreza sympatyczna, mnóstwo ludzi, których na oczy przedtem nie widziałem i jak to zwykle bywa najciekawsze rozmowy w tak zwanych podgrupach. Czyli w okolicach baru i na ulicy przy papierosie. Bywalcy twierdzą, że było sto razy lepiej, niż na spotkaniach podobnego typu organizowanych przez Salon24. Nie mogę ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć – po prostu na „salonowych” zabawach nie bywałem. Wiem natomiast poza wszelką wątpliwością, że zawodowy dziennikarz Igor Janke, szef Salonu24 nie dorasta do pięt Łażącemu Łazarzowi, szefowi Ekranu – ten drugi bowiem potrafił wszystko na otwarciu swej multi-witryny przedstawić wdzięcznie, krótko i dokładnie tak jak trzeba. A Janke w dowolnym telewizyjnym programie po prostu przynudza. Jedna z obecnych na imprezie pań skwitowała to w ten sposób, że z filmową urodą i dobrym gadaniem, jakby żywcem wyjętym z amerykańskich filmów o prawnikach, ma Łazarz świetlaną przyszłość przed sobą. No i dobrze – nie „zazdraszczam”, bo w tej konkurencji nigdy nie startowałem.
Co się tyczy rozmowy o doktrynie obronnej Polski: parę frazesów o tym, że najpierw doktryna, potem poszukiwanie sojuszników. No toż to wie każde dziecko! Potem żal za zlikwidowaniem poboru do wojska – wszak młodzi mężczyźni po opuszczeniu armii nadal byli ludźmi wojskowo wyszkolonymi. A teraz nie ma już takich, powinniśmy zatem zapatrzeć się na wzór Szwajcarii i Finlandii. Żaden z panów nie dodał, że wyszkolony wojskowo Szwajcar na do widzenia otrzymuje od państwa karabin z zapasem nabojów, trzyma to wszystko w domowej szafie, ale świat nie słyszał, by sprzęt używany był do rozmów z sąsiadami. W Polsce dawny poborowy idący do cywila otrzymywał koszmarną chustę od kolegów, talon na wino marki wino i chyba krótki bojowy kij bambusowy. Z czego panowie ministrowie i generałowie jako żywo armii w razie potrzeby ulepić się nie da! Nadal ktoś „właściwy” zarządza magazynami z bronią i zaopatrzeniem. I daję słowo, że łatwiej młodemu Polakowi otrzymać legalną spluwę zapisując się do agencji ochrony, niż idąc do wojska. U takiego na przykład Zubrzyckiego można też przejść prawdziwe ćwiczenia wojenne z udziałem żywych manekinów – kupców z likwidowanych hal pod Pałacem Kultury. Potem będzie jak znalazł… Tyle że mnie osobiście dowództwo tej bandy się nie podoba…
Nie powiedziano też rzeczy najważniejszej: komu mianowicie ten cały bardak obronny i doktrynalny zawdzięczamy. Było poprawnie politycznie – ani słowa o sąsiadach, ani słowa o wewnętrznych kretach. Być może duża dyskusja tocząca się pomiędzy Salonem 24 i Ekranem na temat artykułu niejakiego Krzysztofa Kłopotowskiego o tym jak zostać żydem po dwutygodniowym kursie wiele tłumaczy. Po prostu w razie czego „starsi bracia” przyjdą i wszystko co niedoskonałe załatwią jednym cięciem. A wtedy im mniej wyszkolonych i uzbrojonych młodzianków na ulicach – tym lepiej dla „restauratorów”.
Powrót przez wieczorną Warszawę do domu i wspaniały i koszmarny zarazem. Pod Pałacem krzyż, znicze i grupka modlących się ludzi. Obstawiona dużą grupą nudzących się w samochodach typu „świetlica” policajów. Naprzeciwko „Zakąski – przekąski” – coś tak kompletnie obrzydliwego, że szkoda słów. Banda przyodzianych w spodnie dresowe i stare kapelutki młodzianków a la Taras i mnóstwo przebierających nóżkami lekko już znieświeżonych panienek. Dla jasności dodaję, że w czasach, gdy sam tam snułem się wieczorową porą budynek hotelu Europejskiego uważany był za dewizowy burdel. Dzisiaj burdel jak był tak jest nadal. Tyle że już nie dewizowy, ale taki bardziej przydrożno-ukraiński. No pewnie takie czasy…
M.Z.
czwartek, 31 marca 2011
Varia
Mieszkam w miejscu, gdzie większość moich sąsiadów głosuje na SLD lub PO, a podstawową formą sąsiedzkiej zaczepki do miłej rozmowy jest pytanie o kałacha, z którego oczywiście jeden z drugim chcieli by zastrzelić Kaczora. Więc kiedy swojego czasu dywagowałem z kimś na temat wojny domowej, uznając ją za najgorszą z możliwych barbarii – to miałem na myśli i to, że front będzie w tej wojnie przebiegał często pomiędzy mieszkaniami w jednej klatce schodowej. I że jako facet, który ma dbać o swoich najbliższych (i siebie samego też) będę miał niesamowity stres przed naciśnięciem spustu, która to czynność uwolni mnie od groźby, iż zostanę zastrzelony pierwszy. Myślę też, że w jakie by słowa nie ubrać tej możliwej do zaistnienia sytuacji – to za rogiem czai się prawdziwa tragedia. Nie chciałbym jej dożyć.
Z innej beczki: olśnienia. Pisałem już kiedyś, że czasem im podlegam, rzadziej, niż kiedyś, ale przecież nadal. To jakaś książka, fotografia, krajobraz, ludzka twarz, słowo. Niczego nie analizuję jako znawca sztuki, nie jestem znawcą, a jedynym kryterium, jakim się posługuję podczas milisekund olśnień jest wrażenie. A dokładniej: intensywność i wielkość tego wrażenia. Kaplica Sykstyńska? Skądże. Nigdy jej na własne oczy nie widziałem. Ostatnio w materii takich obiektów to modernistyczny dworzec centralny (Centraal Stadion) w Antwerpii. Potem miasto Brugia, dowolny fragment, może nawet każdy fragment. W Polsce widły Wisły i Sanu, okolice Nietuliska i częściowo Mazury. Trochę Dolnego Śląska. To są te miejsca, w których doznaję odczuć metafizycznych – zdaje mi się, że żyją jakimś życiem kompletnie niezależnym od świata i ludzi. Nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć, może nawet nie powinienem próbować.
Coraz więcej durniów usiłuje mnie przekonać, że palenie zniczy na Krakowskim Przedmieściu jest nieporozumieniem. I coraz mniej mam argumentów – bo ten, że pod Grobem Nieznanego Żołnierza ani w Warszawie, ani w Paryżu nikt nie umarł, a wieńce tam składają urzędowo i prywatnie nie trafia do tłuszczy. Ani ten, że to naród wybiera sobie miejsca ważne czy święte i nic durniom-racjonalistom do tego. Łobuzeria domaga się coraz większej ilości świętego spokoju, pal sześć ceny paliw czy chleba, na „połówkę” i grilla zawsze im wystarczy. A w razie potrzeby wrzucą stary granat do kanałku żerańskiego, wypłynie zeszłoroczny trup i parę ogłuszonych ryb, coś się da pożreć. Tak, to ostre sformułowania – ale naprawdę tracę już cierpliwość do tych hałaśliwych ścierwojadów.
M.Z.
Z innej beczki: olśnienia. Pisałem już kiedyś, że czasem im podlegam, rzadziej, niż kiedyś, ale przecież nadal. To jakaś książka, fotografia, krajobraz, ludzka twarz, słowo. Niczego nie analizuję jako znawca sztuki, nie jestem znawcą, a jedynym kryterium, jakim się posługuję podczas milisekund olśnień jest wrażenie. A dokładniej: intensywność i wielkość tego wrażenia. Kaplica Sykstyńska? Skądże. Nigdy jej na własne oczy nie widziałem. Ostatnio w materii takich obiektów to modernistyczny dworzec centralny (Centraal Stadion) w Antwerpii. Potem miasto Brugia, dowolny fragment, może nawet każdy fragment. W Polsce widły Wisły i Sanu, okolice Nietuliska i częściowo Mazury. Trochę Dolnego Śląska. To są te miejsca, w których doznaję odczuć metafizycznych – zdaje mi się, że żyją jakimś życiem kompletnie niezależnym od świata i ludzi. Nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć, może nawet nie powinienem próbować.
Coraz więcej durniów usiłuje mnie przekonać, że palenie zniczy na Krakowskim Przedmieściu jest nieporozumieniem. I coraz mniej mam argumentów – bo ten, że pod Grobem Nieznanego Żołnierza ani w Warszawie, ani w Paryżu nikt nie umarł, a wieńce tam składają urzędowo i prywatnie nie trafia do tłuszczy. Ani ten, że to naród wybiera sobie miejsca ważne czy święte i nic durniom-racjonalistom do tego. Łobuzeria domaga się coraz większej ilości świętego spokoju, pal sześć ceny paliw czy chleba, na „połówkę” i grilla zawsze im wystarczy. A w razie potrzeby wrzucą stary granat do kanałku żerańskiego, wypłynie zeszłoroczny trup i parę ogłuszonych ryb, coś się da pożreć. Tak, to ostre sformułowania – ale naprawdę tracę już cierpliwość do tych hałaśliwych ścierwojadów.
M.Z.
wtorek, 29 marca 2011
Czego ty się Hołoto boisz, co ?
Pod tym tytułem ukazał się na Nowym Ekranie tekst sygnowany nickiem Szuan. Ponieważ nie mam zgody na jego cytowanie in extenso – pozwolę sobie na omówienie.
Właściwym adresatem tytułowego wezwania jest oczywiście ktoś, komu nawet do głowy nie przyszło głosowanie na PiS, albo ktoś, kto unika prawicowych miazmatów, czyta właściwą prasę (ze wstydu nie wymieniam), oraz popiera zawiedzione lesbijki i pedałów, ochoczo tworzących kolejne "manify".
Obowiązujący dzisiaj język polemik zmusił autora do używania „twardszych” określeń, głównie z obawy, że mniej delikatne pozostaną niezrozumiałe. Stąd też tytułowa Hołota. Tym razem wielką literą pisana, jako nazwa własna wyżej wymienionej grupy Polaków.
Szuan zastanawia się czego tak naprawdę boi się wielbiciel narzekania na tego złego Kaczora, referatów jaki to PiS wredny i płomiennych deklaracji, iż należy popierać wyłącznie tych, którzy pragną świętego spokoju. „…No to powiedz mi przedstawicielu w/w Hołoty – czego Ty się tak naprawdę boisz ?! …”
I płynie wyliczanie teoretycznych zagrożeń. Taniec z małpami w niebezpieczeństwie? Kolejne odcinki amatorskich śpiewań i jakże błyskotliwych ich ocen przez zesklerociałe pyskate gwiazdki? Otóż nie, nie ma takiego zagrożenia. Nie znikną z ekranu programy Lisa, Olejnik, Żakowskiego, będzie tego 10 razy więcej ! Bez chwili odpoczynku, bez przerwy na reklamę, bez owijania w bawełnę – nareszcie cała prawda o prawactwie wyjdzie na jaw !
A może obawa dotyczy nieustannych programów o Katyniu, Smoleńsku, demonstracji pod Pałacem , martyrologii i krzyży? Ależ Hołoto – apeluje autor wpisu - a kto to pokaże, kto o tym będzie mówił ? Media natychmiast znajdą inne tematy, każdy będzie mógł dołączyć do „tarasowców” i dać publiczny odpór machinacjom pisowskiej władzy ! Będzie OPOZYCJONISTĄ, któremu żaden sąd nie da nagany, gdy podepcze mohera !
Więc może Hołota boi się, że jej ulubieni politycy znikną z mediów ? Bzdura! „…Niesiołowski – w 4 stacjach co godzina, Bartoszewski – książki w każdym kiosku i przy kasach w marketach za darmo ! Donald Tusk – rozbierana sesja w Playboyu. Prezydent Komorowski – twarzą na każdej okładce Przekroju i Polityki. Młodzi krzykliwi z PO – będą szli na czele każdej anty-kaczystowskiej manifestacji.
„…
No więc sam widzisz przedstawicielu Hołoty – czego tu się bać ?!
Ty się nie bój, ty idź zagłosuj na lepszą przyszłość ! …”
http://szuan.nowyekran.pl/post/8438,czego-ty-sie-holoto-boisz-co
Przekazał: M. Z.
Właściwym adresatem tytułowego wezwania jest oczywiście ktoś, komu nawet do głowy nie przyszło głosowanie na PiS, albo ktoś, kto unika prawicowych miazmatów, czyta właściwą prasę (ze wstydu nie wymieniam), oraz popiera zawiedzione lesbijki i pedałów, ochoczo tworzących kolejne "manify".
Obowiązujący dzisiaj język polemik zmusił autora do używania „twardszych” określeń, głównie z obawy, że mniej delikatne pozostaną niezrozumiałe. Stąd też tytułowa Hołota. Tym razem wielką literą pisana, jako nazwa własna wyżej wymienionej grupy Polaków.
Szuan zastanawia się czego tak naprawdę boi się wielbiciel narzekania na tego złego Kaczora, referatów jaki to PiS wredny i płomiennych deklaracji, iż należy popierać wyłącznie tych, którzy pragną świętego spokoju. „…No to powiedz mi przedstawicielu w/w Hołoty – czego Ty się tak naprawdę boisz ?! …”
I płynie wyliczanie teoretycznych zagrożeń. Taniec z małpami w niebezpieczeństwie? Kolejne odcinki amatorskich śpiewań i jakże błyskotliwych ich ocen przez zesklerociałe pyskate gwiazdki? Otóż nie, nie ma takiego zagrożenia. Nie znikną z ekranu programy Lisa, Olejnik, Żakowskiego, będzie tego 10 razy więcej ! Bez chwili odpoczynku, bez przerwy na reklamę, bez owijania w bawełnę – nareszcie cała prawda o prawactwie wyjdzie na jaw !
A może obawa dotyczy nieustannych programów o Katyniu, Smoleńsku, demonstracji pod Pałacem , martyrologii i krzyży? Ależ Hołoto – apeluje autor wpisu - a kto to pokaże, kto o tym będzie mówił ? Media natychmiast znajdą inne tematy, każdy będzie mógł dołączyć do „tarasowców” i dać publiczny odpór machinacjom pisowskiej władzy ! Będzie OPOZYCJONISTĄ, któremu żaden sąd nie da nagany, gdy podepcze mohera !
Więc może Hołota boi się, że jej ulubieni politycy znikną z mediów ? Bzdura! „…Niesiołowski – w 4 stacjach co godzina, Bartoszewski – książki w każdym kiosku i przy kasach w marketach za darmo ! Donald Tusk – rozbierana sesja w Playboyu. Prezydent Komorowski – twarzą na każdej okładce Przekroju i Polityki. Młodzi krzykliwi z PO – będą szli na czele każdej anty-kaczystowskiej manifestacji.
„…
No więc sam widzisz przedstawicielu Hołoty – czego tu się bać ?!
Ty się nie bój, ty idź zagłosuj na lepszą przyszłość ! …”
http://szuan.nowyekran.pl/post/8438,czego-ty-sie-holoto-boisz-co
Przekazał: M. Z.
poniedziałek, 28 marca 2011
Solidarny i obywatel?
„Solidarni 2010” – i mainstreamowa dyskusja po tym wydarzeniu?... Tak, gadam o tym bez przerwy od niemal roku, z różnymi ludźmi, reprezentującymi różne zdania. Na temat praprzyczyny filmu, czyli zamachu, jak i samego filmu. Jest oceniany niezwykle dobrze i łapie same najwyższe noty. W wysokonakładowej prasie oficjalnej i polskojęzycznej wręcz przeciwnie.
A jednak z pewną satysfakcją zauważam, że zdania moich rozmówców są coraz mniej podzielone. Bo też coraz więcej osób uważa, że coś było w tym Smoleńsku nie tak, dalej zaś, że bzdurne śledztwo w żadnym wypadku nie zmierza do wyjaśnienia co naprawdę stało się 10 kwietnia. Jest i ten jeszcze element, który w tym miejscu muszę wybić na plan pierwszy.
To kilkakrotnie, ale mocno postawione pytanie „Czy my aby na pewno jesteśmy u siebie?” Czy tak zwana „waadza” dba o nasz interes, czy o jakiś kompletnie inny? I co zobaczyli jej przedstawiciele tam, po ruskiej stronie i podczas pogrzebu, że wyglądali jak ktoś dosłownie widzący własną śmierć?
Po ponad 20 latach od okrągłostołowego oszustwa coraz jaśniej widać, że obszary „państwowego” i „naszego” rozjechały się tak kompletnie, że mało kto potrafi to pozbierać do kupy wyobraźnią – a w praktyce to już chyba nikt. Element, o którym pisałem w tym miejscu wielokrotnie: żaden ze mnie obywatel. Podnajemca, płatnik, podatnik, alien i łachmyta – tak. Obywatel NIE. Więc gdzie mam się odwoływać? Do kogo? Istnieje jakieś stowarzyszenie „Kopniętych w D… Przez Los i Ordynację III RP”?
I ludzie coraz częściej zaczynają sobie z tego zdawać sprawę. Jak są manipulowani, okłamywani, odzierani z dumy, poczucia bezpieczeństwa, możliwości planowania dłużej, niż do najbliższej niedzieli. Jak nie pozwala się im zabierać głosu w żadnych sprawach – przecież Pan Urzędnik wie lepiej. I działa w Majestacie Prawa. Dzisiaj takiego, jutro innego, nieważne, paragraf zezwalający na podnoszenie stawek, czynszów, stosowania ekonomicznych klapsów w tyłek zawsze się znajdzie. Dolar w dół – benzyna w górę, choć jeszcze wczoraj podwyżki tłumaczono rozliczeniami dolarowymi. Gaz od ruskich na następne 37 lat, choć podobno pełno go u nas, trzeba tylko głębiej powiercić. Z ropą tak samo: nam się nie opłaca, ale amerykańcom, wykupującym koncesje na kopaliny łupkowe jak najbardziej. Ktoś nas robi w konia, prawda?
No więc trzeba film pokazujący budzenie się obywatelskiego ducha zjechać jak najstaranniej. Starymi, komuchowatymi metodami: jaki ze mnie obywatel, skorom NIE TYLKO WYŻEJ WYMIENIONY NAWÓZ HiSTORII, ALE TEŻ moher, ciemnogród, katol i szkodliwy mistyk. No chyba że tam też się nie kwalifikuję, siedzę w jakiejś ciemnej dziurze, mówię po murzyńsku i w ogóle mnie nie ma...
M.Z.
A jednak z pewną satysfakcją zauważam, że zdania moich rozmówców są coraz mniej podzielone. Bo też coraz więcej osób uważa, że coś było w tym Smoleńsku nie tak, dalej zaś, że bzdurne śledztwo w żadnym wypadku nie zmierza do wyjaśnienia co naprawdę stało się 10 kwietnia. Jest i ten jeszcze element, który w tym miejscu muszę wybić na plan pierwszy.
To kilkakrotnie, ale mocno postawione pytanie „Czy my aby na pewno jesteśmy u siebie?” Czy tak zwana „waadza” dba o nasz interes, czy o jakiś kompletnie inny? I co zobaczyli jej przedstawiciele tam, po ruskiej stronie i podczas pogrzebu, że wyglądali jak ktoś dosłownie widzący własną śmierć?
Po ponad 20 latach od okrągłostołowego oszustwa coraz jaśniej widać, że obszary „państwowego” i „naszego” rozjechały się tak kompletnie, że mało kto potrafi to pozbierać do kupy wyobraźnią – a w praktyce to już chyba nikt. Element, o którym pisałem w tym miejscu wielokrotnie: żaden ze mnie obywatel. Podnajemca, płatnik, podatnik, alien i łachmyta – tak. Obywatel NIE. Więc gdzie mam się odwoływać? Do kogo? Istnieje jakieś stowarzyszenie „Kopniętych w D… Przez Los i Ordynację III RP”?
I ludzie coraz częściej zaczynają sobie z tego zdawać sprawę. Jak są manipulowani, okłamywani, odzierani z dumy, poczucia bezpieczeństwa, możliwości planowania dłużej, niż do najbliższej niedzieli. Jak nie pozwala się im zabierać głosu w żadnych sprawach – przecież Pan Urzędnik wie lepiej. I działa w Majestacie Prawa. Dzisiaj takiego, jutro innego, nieważne, paragraf zezwalający na podnoszenie stawek, czynszów, stosowania ekonomicznych klapsów w tyłek zawsze się znajdzie. Dolar w dół – benzyna w górę, choć jeszcze wczoraj podwyżki tłumaczono rozliczeniami dolarowymi. Gaz od ruskich na następne 37 lat, choć podobno pełno go u nas, trzeba tylko głębiej powiercić. Z ropą tak samo: nam się nie opłaca, ale amerykańcom, wykupującym koncesje na kopaliny łupkowe jak najbardziej. Ktoś nas robi w konia, prawda?
No więc trzeba film pokazujący budzenie się obywatelskiego ducha zjechać jak najstaranniej. Starymi, komuchowatymi metodami: jaki ze mnie obywatel, skorom NIE TYLKO WYŻEJ WYMIENIONY NAWÓZ HiSTORII, ALE TEŻ moher, ciemnogród, katol i szkodliwy mistyk. No chyba że tam też się nie kwalifikuję, siedzę w jakiejś ciemnej dziurze, mówię po murzyńsku i w ogóle mnie nie ma...
M.Z.
Dlaczego
Wyszedłem z Salonu24, wyszedłem z Ekranu, tu jednak zostawiając sobie miejsce na komentarze. Przeszedłem „na swoje”, z pełną świadomością, że zajrzą tu tylko niektórzy. Dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że nie znoszę zamordyzmu jak w Salonie24. Zwłaszcza takiego, który toleruje lewaków, ale nie znosi niczego, co sytuuje się nieco bardziej na prawo sceny. Z Ekranu ponieważ adminami zostali dla mnie dyletanci, dla których robienie leadów w tekstach jest odkryciem epoki (leadów NIE POWTARZA SIĘ w następnym akapicie - a robią tak dalej!), a tematyczne łączenie wpisów rzeczą nie do pojęcia. Może kiedyś się poprawią, widać już pewnie zmiany na lepsze. Ale ja na razie nie mam cierpliwości. Nie muszę mieć.
Po drugie dlatego, że nie toleruję mechanicznego traktowania mnie jedynie jako maszynki do głosowania na cudzą chwałę – ale już gościa niewartego komentowania.
Po trzecie to „moje” działa już dostatecznie długo i zawiera dostatecznie dużo przemyśleń, których będę bronił zawsze – by wszystko porzucać na rzecz absolutnie jałowych sporów, najczęściej z ludźmi, którzy tak naprawdę albo nie stoją nigdzie, albo bardziej po mojej stronie wspomnianej już sceny politycznej, niż po drugiej stronie okopów. Niestety są niesamowicie kłótliwi, niekiedy aroganccy i pamiętliwi. A ja po przekroczeniu sześćdziesiątki postanowiłem traktować się poważnie.
I po czwarte wreszcie – nie znam się na wszystkim, nie połknąłem kompletu mądrości tego świata. Stąd całymi dniami musiałbym atakować ludzi, którzy na przykład biorą się za rozważania teoretyczno-literackie nie mając bladego o tym pojęcia. Albo rezonować w kwestiach, o których ja z kolei pojęcia nie miałem i nie mam dalej. O, na przykład papieskie encykliki. Nie podejmę żadnego w tej materii sporu, przegrał bym z kretesem, a wierzyć na słowo nie zamierzam, taka natura. To jest bardzo męczące. Produkuje niesamowitą ilość wrogów. A ja mam już komplet tych potworów. Po co mi nowi?
Więc jestem gdzie jestem. Wchodzi wąska grupa, ale ja tę grupę bardzo cenię. Reszta rzekomo utraconej popularności nie boli wcale. Nie chciałem tworzyć żadnej partii, żadnego społecznego ruchu, nie chciałem dyskontować wpisów w postaci gotówki, jaka mogła by teoretycznie napłynąć jak nie od rozbawionych czytelników, to na przykład od reklamodawców.
M.Z.
Po pierwsze dlatego, że nie znoszę zamordyzmu jak w Salonie24. Zwłaszcza takiego, który toleruje lewaków, ale nie znosi niczego, co sytuuje się nieco bardziej na prawo sceny. Z Ekranu ponieważ adminami zostali dla mnie dyletanci, dla których robienie leadów w tekstach jest odkryciem epoki (leadów NIE POWTARZA SIĘ w następnym akapicie - a robią tak dalej!), a tematyczne łączenie wpisów rzeczą nie do pojęcia. Może kiedyś się poprawią, widać już pewnie zmiany na lepsze. Ale ja na razie nie mam cierpliwości. Nie muszę mieć.
Po drugie dlatego, że nie toleruję mechanicznego traktowania mnie jedynie jako maszynki do głosowania na cudzą chwałę – ale już gościa niewartego komentowania.
Po trzecie to „moje” działa już dostatecznie długo i zawiera dostatecznie dużo przemyśleń, których będę bronił zawsze – by wszystko porzucać na rzecz absolutnie jałowych sporów, najczęściej z ludźmi, którzy tak naprawdę albo nie stoją nigdzie, albo bardziej po mojej stronie wspomnianej już sceny politycznej, niż po drugiej stronie okopów. Niestety są niesamowicie kłótliwi, niekiedy aroganccy i pamiętliwi. A ja po przekroczeniu sześćdziesiątki postanowiłem traktować się poważnie.
I po czwarte wreszcie – nie znam się na wszystkim, nie połknąłem kompletu mądrości tego świata. Stąd całymi dniami musiałbym atakować ludzi, którzy na przykład biorą się za rozważania teoretyczno-literackie nie mając bladego o tym pojęcia. Albo rezonować w kwestiach, o których ja z kolei pojęcia nie miałem i nie mam dalej. O, na przykład papieskie encykliki. Nie podejmę żadnego w tej materii sporu, przegrał bym z kretesem, a wierzyć na słowo nie zamierzam, taka natura. To jest bardzo męczące. Produkuje niesamowitą ilość wrogów. A ja mam już komplet tych potworów. Po co mi nowi?
Więc jestem gdzie jestem. Wchodzi wąska grupa, ale ja tę grupę bardzo cenię. Reszta rzekomo utraconej popularności nie boli wcale. Nie chciałem tworzyć żadnej partii, żadnego społecznego ruchu, nie chciałem dyskontować wpisów w postaci gotówki, jaka mogła by teoretycznie napłynąć jak nie od rozbawionych czytelników, to na przykład od reklamodawców.
M.Z.
niedziela, 27 marca 2011
Przeglądając…
Przeglądając internetowe strony można nie tylko uzyskać wszystkie niezbędne do życia informacje polityczne, ale też nie zdenerwować się, jak na przykład podczas czytania Wybiórczej, Polityki czy nie daj Boże Wprost. Powiem więcej: niektóre ważne informacje NAJPIERW ukazują się w sieci, dopiero później zajmuje się nimi mainstream. I dobrze, tak ma być, tak być powinno już od dawna, Internet udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że dysponuje piórami zdecydowanie lepszymi od wysoko opłacanych żurnalistów papierowych czy telewizyjnych. Wiem co mówię – po ponad trzydziestu latach obrabiania cudzych tekstów względem ich poprawności merytorycznej i językowej, nie wspominam o błędach ortograficznych, sieć jawi mi się jako cudo, przy którym wielkość koniecznej do włożenia w obróbkę testów pracy spadła by co najmniej o połowę. Gdyby oczywiście ktoś mnie o to poprosił, albo najął do takiego zajęcia…
Sieć ma też inną nad pseudo-zawodowcami przewagę: oglądając rzeczy i zdarzenia bez czujnego oka jakiegoś głęboko partyjnego szefa wpada na wątki, o których może i coś tam zawodowcom się śniło, ale nie mieli odwagi powiedzieć tego wprost. Tak jest na przykład z ostatnią kradzieżą dokonaną w katedrze gnieźnieńskiej.
Powie ktoś „A cóż takiego niezwykłego tam się stało?” Skradziono pierścień kardynała Wyszyńskiego, połamano go na kawałki, przetopiono, a brylanciki ożeniono osobno. Znaczy się: fachowy złodziej, prawda? No więc chyba nie do końca fachowy, bo przecież dał się złapać. A jadąc dalej trzeba też zauważyć, ze prawdziwy fachowiec, taki, jakich opisują kryminały wszystkich zakątków świata, nie łamał by rzeczy cennej w całości, raczej starał dogadać z firmą ubezpieczeniową, właścicielem nominalnym czy wręcz wiernymi, którzy na pewno złożyli by się na odzyskanie tej cennej, historycznej już pamiątki. A tu nic, dewastacja i amatorszczyzna. Gdy złapany dureń pójdzie już siedzieć zapewne opowie kolegom, iż siedzi za niewinność, jak wiadomo najwierniejszy wyborczy elektorat PO (udowodnione statystycznie!) tak właśnie gada. Prawda jest inna – durnota za kratami to właściwy porządek rzeczy.
Pozostaje teraz zapytać tylko kto i w jaki sposób odpowiada za doprowadzenie do sytuacji, w której prosty dureń włazi do miejsca szczególnego, bierze co chce i wychodzi przez nikogo nie zaczepiany. Nie było alarmu? Nie było strażnika skarbów narodowych? Czy zatem uprawnione jest twierdzenie, że durnowaty złodziej przyszedł po cudze do durnowatych zarządców katedry?
A w ogóle gdyby kto chciał poczytać o tym jeszcze co nieco odsyłam do:
http://coryllus.nowyekran.pl/post/8191,kilka-uwag-o-kradziezy-w-gnieznie
M.Z.
Sieć ma też inną nad pseudo-zawodowcami przewagę: oglądając rzeczy i zdarzenia bez czujnego oka jakiegoś głęboko partyjnego szefa wpada na wątki, o których może i coś tam zawodowcom się śniło, ale nie mieli odwagi powiedzieć tego wprost. Tak jest na przykład z ostatnią kradzieżą dokonaną w katedrze gnieźnieńskiej.
Powie ktoś „A cóż takiego niezwykłego tam się stało?” Skradziono pierścień kardynała Wyszyńskiego, połamano go na kawałki, przetopiono, a brylanciki ożeniono osobno. Znaczy się: fachowy złodziej, prawda? No więc chyba nie do końca fachowy, bo przecież dał się złapać. A jadąc dalej trzeba też zauważyć, ze prawdziwy fachowiec, taki, jakich opisują kryminały wszystkich zakątków świata, nie łamał by rzeczy cennej w całości, raczej starał dogadać z firmą ubezpieczeniową, właścicielem nominalnym czy wręcz wiernymi, którzy na pewno złożyli by się na odzyskanie tej cennej, historycznej już pamiątki. A tu nic, dewastacja i amatorszczyzna. Gdy złapany dureń pójdzie już siedzieć zapewne opowie kolegom, iż siedzi za niewinność, jak wiadomo najwierniejszy wyborczy elektorat PO (udowodnione statystycznie!) tak właśnie gada. Prawda jest inna – durnota za kratami to właściwy porządek rzeczy.
Pozostaje teraz zapytać tylko kto i w jaki sposób odpowiada za doprowadzenie do sytuacji, w której prosty dureń włazi do miejsca szczególnego, bierze co chce i wychodzi przez nikogo nie zaczepiany. Nie było alarmu? Nie było strażnika skarbów narodowych? Czy zatem uprawnione jest twierdzenie, że durnowaty złodziej przyszedł po cudze do durnowatych zarządców katedry?
A w ogóle gdyby kto chciał poczytać o tym jeszcze co nieco odsyłam do:
http://coryllus.nowyekran.pl/post/8191,kilka-uwag-o-kradziezy-w-gnieznie
M.Z.
sobota, 26 marca 2011
Trudności komunikacyjne
Odczuwam je właściwie od zawsze: jak skomunikować się z ludźmi używając powszechnie w Polsce dostępnego języka polskiego? Teoretycznie jest to, ten akt komunikacyjny, możliwe. W praktyce inaczej – w wielu przypadkach po prostu się nie da! I kiedy mówię coś do kogoś wiem, że ten drugi kompletnie nie rozumie o czym tu gadamy. Ma swoją wizję świata, ja mu w realizacji tej wizji najzwyczajniej przeszkadzam – więc nawet nie stara się pojąć jakie to słowa w jego kierunku płyną. Wyrzuca mnie z bloga, ze swojej strony, rżnie durnia, awanturuje się, zamilcza na śmierć… Wszystko jedno.
I teraz powinienem pewnie powiedzieć, że ludzie to idioci. Nic takiego jednak z siebie nie wywalę – bo byłaby to kompletna bzdura. Przed wieloma laty, kiedy zacząłem pisać dla dzieci w pewnej dziecięcej gazecie nauczono mnie bowiem, że dla tej grupy wiekowej pisze się tak samo jak dla dorosłych. Tylko lepiej i prościej. Zatem jeśli to ja zaczynam rozmowę, a mój rozmówca nie wie o czym mowa – to jest to tylko i wyłącznie moja wina. Oczywiście do pewnego stopnia. Istnieje naturalna granica tej mojej winy. Oto bowiem spotkałem się ostatnio z sytuacją, w której prosty dość opis zdjęcia dziewczynki i psa nosił ironiczny podpis „Ola i pies, Ola pierwsza z lewej”. A gość powiada, że nie rozumie. I co mam zrobić? Tłumaczyć prościej? Nie da się, nie istnieje nic prostszego. Powiedziałem facetowi, że powinien udać się do punktu skupu płodów rolnych. Do sekcji buraków. I tam oddać się w ręce wagowego, który prawidłowo oszacuje ile też taki burak może być wart. Przy czym jeśli powie, że nic – to nie wolno się dziwić. Bo może i nic – naprawdę…
Tak, już słyszę: przykład jest tendencyjny, bo zawiera w sobie tę wspomnianą ironię. Teraz ja zapytam: czy istnieją dorośli ludzie nie wyposażeni w czujnik ironii? No to współczuję! Doprawdy trudno być durniem…
Niestety jest też drugi biegun niezrozumienia. Badacze, naukowcy, utytułowani opisywacze rzeczywistości na zamówienie, całe stada pseudo-mądrych publicystów, z którymi właściwie nie ma jak porozumiewać się, ponieważ z góry usiłują narzucić rozmowie standardy swoich śmiesznych uczelni i jeszcze żałośniejszych tytułów. Spotkałem się już z takim w zwarciu. Oznajmił mi, że jest profesorem i w związku z tym jeśli nie widzę w jego wypocinach podziękowań dla innych autorów to oznacza, iż tekst jest całkowicie nowy, oryginalny i w ogóle od-autorski. Hola, hola – ja na to – mówię, że cytuje pan sam siebie, tego siebie sprzed kilku tygodni. I że jest to słaby kawałek, nieprawidłowo opisujący rzecz. A on mi: ty chamie, won stąd!
I co rzec? Nie będzie profesor pluł mi w twarz i dzieci mi tumanił? Można. Ale czy utytułowany dureń pojmie ironię w tej postaci?
M.Z.
I teraz powinienem pewnie powiedzieć, że ludzie to idioci. Nic takiego jednak z siebie nie wywalę – bo byłaby to kompletna bzdura. Przed wieloma laty, kiedy zacząłem pisać dla dzieci w pewnej dziecięcej gazecie nauczono mnie bowiem, że dla tej grupy wiekowej pisze się tak samo jak dla dorosłych. Tylko lepiej i prościej. Zatem jeśli to ja zaczynam rozmowę, a mój rozmówca nie wie o czym mowa – to jest to tylko i wyłącznie moja wina. Oczywiście do pewnego stopnia. Istnieje naturalna granica tej mojej winy. Oto bowiem spotkałem się ostatnio z sytuacją, w której prosty dość opis zdjęcia dziewczynki i psa nosił ironiczny podpis „Ola i pies, Ola pierwsza z lewej”. A gość powiada, że nie rozumie. I co mam zrobić? Tłumaczyć prościej? Nie da się, nie istnieje nic prostszego. Powiedziałem facetowi, że powinien udać się do punktu skupu płodów rolnych. Do sekcji buraków. I tam oddać się w ręce wagowego, który prawidłowo oszacuje ile też taki burak może być wart. Przy czym jeśli powie, że nic – to nie wolno się dziwić. Bo może i nic – naprawdę…
Tak, już słyszę: przykład jest tendencyjny, bo zawiera w sobie tę wspomnianą ironię. Teraz ja zapytam: czy istnieją dorośli ludzie nie wyposażeni w czujnik ironii? No to współczuję! Doprawdy trudno być durniem…
Niestety jest też drugi biegun niezrozumienia. Badacze, naukowcy, utytułowani opisywacze rzeczywistości na zamówienie, całe stada pseudo-mądrych publicystów, z którymi właściwie nie ma jak porozumiewać się, ponieważ z góry usiłują narzucić rozmowie standardy swoich śmiesznych uczelni i jeszcze żałośniejszych tytułów. Spotkałem się już z takim w zwarciu. Oznajmił mi, że jest profesorem i w związku z tym jeśli nie widzę w jego wypocinach podziękowań dla innych autorów to oznacza, iż tekst jest całkowicie nowy, oryginalny i w ogóle od-autorski. Hola, hola – ja na to – mówię, że cytuje pan sam siebie, tego siebie sprzed kilku tygodni. I że jest to słaby kawałek, nieprawidłowo opisujący rzecz. A on mi: ty chamie, won stąd!
I co rzec? Nie będzie profesor pluł mi w twarz i dzieci mi tumanił? Można. Ale czy utytułowany dureń pojmie ironię w tej postaci?
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)