W ostatnich dniach na drzwiach klatek schodowych i w gablotach informacyjnych Wielce Szanowna Administracja wywiesiła ozdobne kartki, głoszące Nowinę: otóż ogloszenie sugeruje, jakoby rozpoczęto tak niechcianą przez gremium lokatorskie kampanię remontów w prywatnych mieszkaniach. Identyfikacja lokali (z podaniem ich numerów), podpis, stempel, elegancja-francja. Tyle że kłamliwe „toto” jak wiele innych inseratów z tego samego źródła pochodzących.
Rzecz bowiem polega na czymś tak prostym, jak… dobrowolna zamiana lokali. Wymienione zamieniają się miejscami. I oczywiście żądają doprowadzenia pomieszczen do stanu właściwego. Czyli bez spadających sufitów, odpadających kafli i ruszających się podłóg. Obserwując zakres prac prowadzonych w jednym z tych lokali dochodzę do wniosku, że i dzisiaj prawdziwa okazuje się pewna scena z polskiego filmu, w którym dziennikarz pyta lokatora co wymienił by w swym mieszkaniu. Pada wówczas krótka odpowiedź: MIESZKANIE! W chwili, gdy pisze te słowa skuto właśnie kompletną ceramikę podłogową. WSZĘDZIE!! Zdaniem ekip remontowych nie dało się inaczej – albo wszystko, albo nic. Spokojnie: młoty będą pracować dalej. A gruntowania i malowania ścian to już nie słychać…
Co opisuję ku przestrodze tych, którzy pytali mnie ostatnio co się dzieje, czyżby przeoczyli zebranie ogólne, na którym lokatorzy zmienili swe zdanie na temat kolejnosci robót naprawczych w naszym domu? Nic podobnego proszę Państwa się nie dzieje. Wspominam o calej sprawie tylko dlatego, by wyjasnic dezinformacje (niepelna informacja to wlasnie DEZINFORMACJA), jaka sie w ogloszeniu posluzono. To wiedza zdobyta jak najoficjalniej, winna byc powtorzona dla dobra ogolnego - o ile zgodza sie Panstwo z tym, ze pelna wiedza jest takim wlasnie dobrem ogolnym. Robotnicy na zlecenie urzednikow robią co powinni, choc ci ostatni stwarzaja wrazenie, ze powody zlecenia sa zupelnie inne. Czyżby zatem w ADM-ie pojawili się spece od propagandy? Pewnie tak. Tymczasem jesli komercja, która wymaga tak gruntownego remontu jest komercją, to ja melduję posłusznie, że nieprawdą jest jakobym urodził się w kieleckim, pochodzę z Mozambiku. Ale co tam, nie będę Państwa dalej okłamywał: z Mozambiku i z kieleckiego też nie…
PS. Kartki z ogloszeniem i numerami mieszkan, o ktorych wyzej zniknely z drzwi klatek schodowych. Kto je usunal, po co i kiedy - nie wiem, w gruncie rzeczy nie ma to juz zadnego znaczenia. Co mialem Panstwu do powiedzenia - powiedzialem. Jest moim niezbywalnym prawem rejestrowanie zmian w otoczeniu. Mam rowniez prawo mowic o tym, co oficjalnie wiadomo. Dlatego po raz kolejny nauczycielom-amatorom dziekuje za dobre checi, nie skorzystam z ich porad. I bede zajmowal sie tym, co sam uznam za stosowne, ciekawe i prawdziwe - a nie tym, co oni uwazaja dla mnie za wlasciwe.
M.Z
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
sobota, 27 września 2008
sobota, 20 września 2008
Ogłoszenia drobne
Opowiadałem kiedyś Wiernym Czytelnikom, że specyfiką tego blogu jest fakt, iż mało kto i rzadko kiedy chce wpisywać się ze swym komentarzem pod kolejnym tekstem – sporo osób natomiast stosuje metodę korespondencji na prywatnego maila, co to kiedyś był publiczny, ale już nie jest.
Właściwie to nawet nie mam im tego za złe, chcą pisać niech piszą. Ostatnio otrzymałem jednak stanowcze wezwanie, brzmiące w skrócie tak: „Czemu draniu nie piszesz jaśniej? Kogo znowu atakujesz?” Rozumiem, że głos to osoby, która albo czegoś nie doczytała, albo nie zrozumiała. Więc spieszę z wyjaśnieniem.
Otóż w komunikacji międzyludzkiej jest tak, że przed zrozumieniem musi nastąpić połączenie. Czyli komunikat winien być nadany na fali, do której dostrojony jest odbiorca, fali, którą może odebrać. Potem ów odbiorca komunikat analizuje, połyka albo nie połyka, odpowiada, nie zgadza się albo chwali.
Teoretyczne założenie, iż gdy jeden mówi po polsku i poprawnie to drugi powinien to pojąć jest oczywiście stanem idealnym i pożądanym. Ale co tu gadać: coraz rzadziej też spotykanym. Bo po polsku napisałem słów kilka o wolnych dniach w Polsce, o sposobach spędzania wolnego czasu tu i tam. Ani to manifest zainteresowań, ani propozycja dla obcych. Takie tam sobie felietonowe omawianie małej sprawki, z nieśmiałym wskazaniem, że gdzie indziej rozrywki organizują sprawniej, niż u nas.
Jaśniej się nie da. Skończyłem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem skończyć. Podteksty proszę sobie odtwarzać samemu. Interpretacje też. Nadal nie cenię PO. Nie ufam politykom i politykierom. I ciągle facetowi z walizką, który w centrum miasta nagabuje mnie jak dostać się do Filharmonii odpowiadam: ćwicząc, bratku, ćwicząc!
Z jesienno-nostalgicznym pozdrowieniem
M.Z.
Właściwie to nawet nie mam im tego za złe, chcą pisać niech piszą. Ostatnio otrzymałem jednak stanowcze wezwanie, brzmiące w skrócie tak: „Czemu draniu nie piszesz jaśniej? Kogo znowu atakujesz?” Rozumiem, że głos to osoby, która albo czegoś nie doczytała, albo nie zrozumiała. Więc spieszę z wyjaśnieniem.
Otóż w komunikacji międzyludzkiej jest tak, że przed zrozumieniem musi nastąpić połączenie. Czyli komunikat winien być nadany na fali, do której dostrojony jest odbiorca, fali, którą może odebrać. Potem ów odbiorca komunikat analizuje, połyka albo nie połyka, odpowiada, nie zgadza się albo chwali.
Teoretyczne założenie, iż gdy jeden mówi po polsku i poprawnie to drugi powinien to pojąć jest oczywiście stanem idealnym i pożądanym. Ale co tu gadać: coraz rzadziej też spotykanym. Bo po polsku napisałem słów kilka o wolnych dniach w Polsce, o sposobach spędzania wolnego czasu tu i tam. Ani to manifest zainteresowań, ani propozycja dla obcych. Takie tam sobie felietonowe omawianie małej sprawki, z nieśmiałym wskazaniem, że gdzie indziej rozrywki organizują sprawniej, niż u nas.
Jaśniej się nie da. Skończyłem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem skończyć. Podteksty proszę sobie odtwarzać samemu. Interpretacje też. Nadal nie cenię PO. Nie ufam politykom i politykierom. I ciągle facetowi z walizką, który w centrum miasta nagabuje mnie jak dostać się do Filharmonii odpowiadam: ćwicząc, bratku, ćwicząc!
Z jesienno-nostalgicznym pozdrowieniem
M.Z.
czwartek, 21 sierpnia 2008
Krajobraz po bitwie z rozumem
Obejrzałem dzisiaj pomieszczenia zajmowane przez ochroniarzy w naszym domu. Dokładniej: stan, w jakim owe pomieszczenia pozostawili dzielni stróże z firmy „Juwentus”. Szczerze mówiąc, a nie jestem „obrzydliwy” – chce się wymiotować na sam widok, nie wspominam tu o efektach zapachowych, nie da się ich przekazać dosłownie na piśmie, zresztą i dobrze. Tak zwana szatnia, w której ochrona winna zmieniać ubrania cywilne na służbowe nie nadaje się do użytku nawet po tych kilku tygodniach prób, jakie obecna ekipa przeprowadza z wietrzeniem i spryskiwaniem ścian preparatami anty-smrodowymi.
Jak nisko może upaść człowiek? Tak, wiem, retoryka, upaść można nieskończenie głęboko, żal do świata za winy prawdziwe i urojone plus opary gorzały znieczulają skuteczniej, niż współczesna medycyna. Kto do tego doprowadził? Czyżby bandą śmierdzących leni i nieudaczników nikt z ich dowództwa się nie interesował? Okazuje się, że po raz kolejny kolejna firma potraktowała nasz dom jako miejsce zesłania paru ludzkich dewiantów (a może to tylko jeden?) – i gdyby nie śmierć jednego z nich, nigdy zresztą lokatorom nie wyjaśniona, znosilibyśmy spokojnie tę firmę co najmniej do stycznia roku następnego. A kto wie czy nie dłużej – „Juwentus” wystartował w kolejnym przetargu i przegrał o włos. Powinien rzecz jasna przegrać SROMOTNIE – ale gdy administrator czy organizator przetargów patrzy wyłącznie w dokumenty, a wizje lokalne uznaje za czyn zbędny dzieje się tak, jak się działo. No i jest jeszcze wytłumaczenie ostateczne: zamówienia publiczne. Wygrywa nie najlepszy, ale najmarniejszy i najtańszy. Nikt nikogo nie pyta czy płatnik chce mieć w ochronie bandę śmierdzących i niesprawnych dziadów… Płatnik jak wiadomo ma podstawowy obowiązek – płacić.
Czy poruszaliśmy problem ochrony? Owszem. Poruszały go obydwie organizacje lokatorskie. Były oficjalne i prywatne pisma. I była woda w ustach adresatów tych pism. Ile forsy poszło w błoto? Nikt nie wie. Publiczne to jakby niczyje… Gdybyśmy mieli wspólnotę lokatorską pijak i śmierdziel nie zagrzał by u nas miejsca dłużej, jak dwie służby. I czy to nie jest aby przyczynek do rozmowy o marnotrawstwie, jakiemu podlega wszystko, co nie wykupione?
M.Z.
Jak nisko może upaść człowiek? Tak, wiem, retoryka, upaść można nieskończenie głęboko, żal do świata za winy prawdziwe i urojone plus opary gorzały znieczulają skuteczniej, niż współczesna medycyna. Kto do tego doprowadził? Czyżby bandą śmierdzących leni i nieudaczników nikt z ich dowództwa się nie interesował? Okazuje się, że po raz kolejny kolejna firma potraktowała nasz dom jako miejsce zesłania paru ludzkich dewiantów (a może to tylko jeden?) – i gdyby nie śmierć jednego z nich, nigdy zresztą lokatorom nie wyjaśniona, znosilibyśmy spokojnie tę firmę co najmniej do stycznia roku następnego. A kto wie czy nie dłużej – „Juwentus” wystartował w kolejnym przetargu i przegrał o włos. Powinien rzecz jasna przegrać SROMOTNIE – ale gdy administrator czy organizator przetargów patrzy wyłącznie w dokumenty, a wizje lokalne uznaje za czyn zbędny dzieje się tak, jak się działo. No i jest jeszcze wytłumaczenie ostateczne: zamówienia publiczne. Wygrywa nie najlepszy, ale najmarniejszy i najtańszy. Nikt nikogo nie pyta czy płatnik chce mieć w ochronie bandę śmierdzących i niesprawnych dziadów… Płatnik jak wiadomo ma podstawowy obowiązek – płacić.
Czy poruszaliśmy problem ochrony? Owszem. Poruszały go obydwie organizacje lokatorskie. Były oficjalne i prywatne pisma. I była woda w ustach adresatów tych pism. Ile forsy poszło w błoto? Nikt nie wie. Publiczne to jakby niczyje… Gdybyśmy mieli wspólnotę lokatorską pijak i śmierdziel nie zagrzał by u nas miejsca dłużej, jak dwie służby. I czy to nie jest aby przyczynek do rozmowy o marnotrawstwie, jakiemu podlega wszystko, co nie wykupione?
M.Z.
piątek, 15 sierpnia 2008
Stronniczy sierpniowy przegląd "dokumentów"
Na konkurencyjnej stronie odpowiedź na pismo, o którym było tyle słów miesiąc i półtora miesiąca temu. Jak to już pisałem dokument wysłany przez naszą lokatorkę-reprezentantkę uważam za merytorycznie słuszny. Także dzisiaj. O odpowiedzi powiem w tym miejscu tyle, że mętna, ale już nie tak napastliwa. Zaprasza do prowadzenia dialogu w urzędniczym stylu, co jest oczywiście pułapką. Podobnie jak analizowanie punkt po punkcie tego, co w odpowiedzi JEST. To też pułapka. Moim zdaniem ważniejsze to, czego w odpowiedzi NIE MA. Nie ma ani słowa o prawach samorządnych gmin do ustalania praw, jakie uznają za słuszne – nawet jeśli zdaniem jednostki nadrzędnej (Miasto Warszawa) wprowadza to tak rzekomo nie lubiany przez urzędników chaos. Nie ma ani słowa o statutowych obowiązkach gmin wobec obywateli, działalność komercyjna akurat do fundamentalnych w tym ujęciu nie należy, a pismo „raczy” o tym zapominać. Zapewne licząc na to, że normalny obywatel nie czyta przed snem samorządowych podstaw w wydaniu dla sennych i leniwych.
Co dalej? Niestety powrót do mojej teorii. Podobne treści (co w odpowiedzi) rozbija ona już na początku twierdzeniem, że w chwili podpisywania umowy najmu wobec każdego lokatora dokonano oszustwa, podstawiając mu towar pokrętny prawnie, marny, wcale nie komercyjny, popadający w ruinę co roku bardziej i bardziej. Więc należy pisać, wskazywać, fotografować i składać zażalenia. Każdego miesiąca, roku, ba, każdego dnia, w którym wystąpi nowa usterka. Oczywiście ktoś to najpierw musi przyjąć do wiadomości, następnie inteligentnie i konsekwentnie realizować. Ale… Na tamtej stronie to już nie moja działka.
A nadęte urzędy były w Polsce zawsze, zawsze też wydawało im się, iż produkują dokumenty głęboko słuszne, kompletne i zamknięte. W ostatnim swoim felietonie Stanisław Michalkiewicz pisze o tym tak:
„…apel o udzielenie Gruzji pomocy przypomina popularne w sferach kupieckich telegramy, kiedy Poczta Polska zwolniła z opłat depesze związane z akcją ratowania ekipy generała Nobile, która nieoczekiwanie wylądowała na zamarzniętym Oceanie Lodowatym: „Panie Piperman, pan jedź na ratunek generałowi Nobile, a jak pan nie możesz, to przyślij mnie pan te zamówione dziesięć tuzinów koszul”.”
M.Z.
Co dalej? Niestety powrót do mojej teorii. Podobne treści (co w odpowiedzi) rozbija ona już na początku twierdzeniem, że w chwili podpisywania umowy najmu wobec każdego lokatora dokonano oszustwa, podstawiając mu towar pokrętny prawnie, marny, wcale nie komercyjny, popadający w ruinę co roku bardziej i bardziej. Więc należy pisać, wskazywać, fotografować i składać zażalenia. Każdego miesiąca, roku, ba, każdego dnia, w którym wystąpi nowa usterka. Oczywiście ktoś to najpierw musi przyjąć do wiadomości, następnie inteligentnie i konsekwentnie realizować. Ale… Na tamtej stronie to już nie moja działka.
A nadęte urzędy były w Polsce zawsze, zawsze też wydawało im się, iż produkują dokumenty głęboko słuszne, kompletne i zamknięte. W ostatnim swoim felietonie Stanisław Michalkiewicz pisze o tym tak:
„…apel o udzielenie Gruzji pomocy przypomina popularne w sferach kupieckich telegramy, kiedy Poczta Polska zwolniła z opłat depesze związane z akcją ratowania ekipy generała Nobile, która nieoczekiwanie wylądowała na zamarzniętym Oceanie Lodowatym: „Panie Piperman, pan jedź na ratunek generałowi Nobile, a jak pan nie możesz, to przyślij mnie pan te zamówione dziesięć tuzinów koszul”.”
M.Z.
niedziela, 3 sierpnia 2008
Divide et impera, czyli darmowy kurs języków obcych dla władców i biznesmenów
Divide et impera to przekładając z łaciny na polski: dziel i rządź. Skłócaj ze sobą przeciwników, dolewaj oliwy do ognia, kręć i kombinuj tak, byś nawet jako słabszy wyszedł na swoje. Właściwie dalej należało by dopowiedzieć, że ten, który rządzi jest po prostu władcą. Chcesz mieć władzę nad innymi? To uprzykrzaj im życie, stawiaj bariery, zapory, twórz nieżyciowe przepisy, wytyczaj idiotyczne szlaki i ścieżki. Że niby znienawidzą Cię? Ano znienawidzą! Tylko cóż to władcę obchodzi…
Giełda samochodowa na Żeraniu ma dwa wejścia. Pierwsze od strony oficjalnych, płatnych parkingów przy ulicy Płochocińskiej. Drugie od strony zaplecza. Obydwa miejsca postojowe niestrzeżone, z tą tylko różnicą, że oficjalne płatne prawie dychę. Przytomni zajeżdżają zatem od tyłu. I władze giełdy, żyjące zresztą z gości, którzy ją odwiedzają, postanowiły połowę tych niesfornych podszkolić w sztuce przetrwania. Zaplecze odgradzane jest blokami betonowymi, zasiekami z drutu kolczastego i stalowymi prętami zbrojeniowymi wbitymi w ziemię. Teoretycznie nikt nie ma prawa się prześliznąć. Ale co niedziela jakoś tak się dzieje, że już około szóstej rano betonowe klocki niesione niewidzialną ręką odsuwają się na bok, niektóre pręty „nieznani sprawy” wyrywają z korzeniami, w błocie cieknącej z pobliskiej toalety pojawiają się drewniane kładki ze znalezionych przez kogoś szczątków płytek chodnikowych, dykty i tekturowych opakowań.
Słowem: narobił się ten giełdowy władca, narobił, a i tak dał dupy. Wniosek z tego taki, że rozkazy należy jednak wydawać przytomnie, komu trzeba i kiedy trzeba. Czy wiecie Państwo, że tę wiedzę można było zdobyć nie pijąc piwa od siódmego roku życia, tylko czytając literaturę dziecięcą? Tak, tak, w „Małym Księciu” Antoine’a de Saint Exupere’ego występuje ważna dla wszystkich potencjalnych władców postać Króla, który dzięki własnemu rozsądkowi i zupełnie bez magii potrafił wydawać rozkazy Słońcu. Rozsądny ów władca rozkaz „Wzejdź” wydawał po prostu o świcie. „Zachodź” – o zachodzie. Złoty dysk nie tylko słuchał go w skupieniu – Król nie tracił wobec poddanych ani grama swego wrodzonego majestatu…
Zabawę z betonem uprawia również „dyrektor” administracyjny domu, w którym moja firma wynajmuje pomieszczenia. Otóż postanowił on centrum miasta (niemal naprzeciw Dworca Centralnego) uczynić oazą spokoju, świeżego powietrza i harmonii spacerujących przed południem par. Oczywiście przeszkadzają mu w tym zbożnym dziele właściciele samochodów. Odważają się otóż ci barbarzyńcy jeździć swymi pojazdami, ba, nawet parkować je w miejscu, które Jaśnie Panu Dyrektorowi pasuje jako pasaż dla pieszych i wychodek dla psów. Miejsce nie podlega dyrektorskiej jurysdykcji, ale to przecież duperela, myśl o powodowaniu zachowaniem innych jest tak przemożna, że wręcz nie można się opanować… W związku z tym dureń ten barabancki postawił w miejscach, którymi zmotoryzowani poruszali się przedtem kilka betonowych koszy. Nic się nie przemknie! Czy aby na pewno? Bo przemyka się jednak, każdego dnia i bez końca. Homo sovieticus sponiewierany? Nie wiem. Morda zadowolona z siebie jak przedtem, więc może do rozumu nic nie dotarło. Do rozmu? Co tez ja głupi gadam…
A na giełdzie jak na giełdzie: nadal dominuje podstawowe pytanie „Za ile i dlaczego tak drogo?” No cóż, jak zwykle „za pół ceny”, a „drogo, bo to luksus dla wybranych ekspertów”. I któż potrafi oprzeć się magii tego fundamentalnego w interesach dialogu?
Marek Zarębski
Giełda samochodowa na Żeraniu ma dwa wejścia. Pierwsze od strony oficjalnych, płatnych parkingów przy ulicy Płochocińskiej. Drugie od strony zaplecza. Obydwa miejsca postojowe niestrzeżone, z tą tylko różnicą, że oficjalne płatne prawie dychę. Przytomni zajeżdżają zatem od tyłu. I władze giełdy, żyjące zresztą z gości, którzy ją odwiedzają, postanowiły połowę tych niesfornych podszkolić w sztuce przetrwania. Zaplecze odgradzane jest blokami betonowymi, zasiekami z drutu kolczastego i stalowymi prętami zbrojeniowymi wbitymi w ziemię. Teoretycznie nikt nie ma prawa się prześliznąć. Ale co niedziela jakoś tak się dzieje, że już około szóstej rano betonowe klocki niesione niewidzialną ręką odsuwają się na bok, niektóre pręty „nieznani sprawy” wyrywają z korzeniami, w błocie cieknącej z pobliskiej toalety pojawiają się drewniane kładki ze znalezionych przez kogoś szczątków płytek chodnikowych, dykty i tekturowych opakowań.
Słowem: narobił się ten giełdowy władca, narobił, a i tak dał dupy. Wniosek z tego taki, że rozkazy należy jednak wydawać przytomnie, komu trzeba i kiedy trzeba. Czy wiecie Państwo, że tę wiedzę można było zdobyć nie pijąc piwa od siódmego roku życia, tylko czytając literaturę dziecięcą? Tak, tak, w „Małym Księciu” Antoine’a de Saint Exupere’ego występuje ważna dla wszystkich potencjalnych władców postać Króla, który dzięki własnemu rozsądkowi i zupełnie bez magii potrafił wydawać rozkazy Słońcu. Rozsądny ów władca rozkaz „Wzejdź” wydawał po prostu o świcie. „Zachodź” – o zachodzie. Złoty dysk nie tylko słuchał go w skupieniu – Król nie tracił wobec poddanych ani grama swego wrodzonego majestatu…
Zabawę z betonem uprawia również „dyrektor” administracyjny domu, w którym moja firma wynajmuje pomieszczenia. Otóż postanowił on centrum miasta (niemal naprzeciw Dworca Centralnego) uczynić oazą spokoju, świeżego powietrza i harmonii spacerujących przed południem par. Oczywiście przeszkadzają mu w tym zbożnym dziele właściciele samochodów. Odważają się otóż ci barbarzyńcy jeździć swymi pojazdami, ba, nawet parkować je w miejscu, które Jaśnie Panu Dyrektorowi pasuje jako pasaż dla pieszych i wychodek dla psów. Miejsce nie podlega dyrektorskiej jurysdykcji, ale to przecież duperela, myśl o powodowaniu zachowaniem innych jest tak przemożna, że wręcz nie można się opanować… W związku z tym dureń ten barabancki postawił w miejscach, którymi zmotoryzowani poruszali się przedtem kilka betonowych koszy. Nic się nie przemknie! Czy aby na pewno? Bo przemyka się jednak, każdego dnia i bez końca. Homo sovieticus sponiewierany? Nie wiem. Morda zadowolona z siebie jak przedtem, więc może do rozumu nic nie dotarło. Do rozmu? Co tez ja głupi gadam…
A na giełdzie jak na giełdzie: nadal dominuje podstawowe pytanie „Za ile i dlaczego tak drogo?” No cóż, jak zwykle „za pół ceny”, a „drogo, bo to luksus dla wybranych ekspertów”. I któż potrafi oprzeć się magii tego fundamentalnego w interesach dialogu?
Marek Zarębski
środa, 23 lipca 2008
Płynie woda płynie po cudów krainie...
23 lipca w godzinach wieczornych otrzymałem dokument zatytułowany „Rozliczenie wodomierzy”. Po jego dokładnej lekturze zmuszony byłem napisać pismo o następującej treści:
„Dotyczy: druku Rozliczenie Wodomierzy.
Proszę o przyjęcie poniższych uwag dotyczących tego dokumentu:
1. Rozliczenie jest niezgodne ze stanem faktycznym w pozycji „ciepła woda” – gdzie wykazano odczyt 188 m. sześc., oznaczający zużycie 76 m.sześc. cieplej wody w okresie rozliczeniowym.
2. Zgodnie z moim ustaleniem stan licznika ciepłej wody na dzień 30.06.2008 r. wykazywał wartość 134 m. sześc. – co oznacza zużycie 22 m. sześc. ciepłej wody od ostatniego odczytu.
3. W dniu 23 lipca 2008 r. to jest dniu otrzymania wzmiankowanego w tytule mojego pisma dokumentu licznik ciepłej wody wskazuje wartość 139 m. sześc. Proszę zauważyć: NADAL NIE JEST TO WARTOŚĆ 188,00 m. sześc.!!! Ze wskazań licznika w dniu 23.07. 2008 r. sporządzona została dokumentacja dowodowa.
4. Różnica 54 m. sześć. pomiędzy błędnym, nierzetelnym zapisem wskazań licznika ciepłej wody, a zużyciem FAKTYCZNYM (188,00 – 134,00 = 54) oznacza pomyłkę na moją niekorzyść w wysokości 54 x 8,07 = 435,78 zł licząc w cenach obowiązujących do 1 czerwca 2008. W istocie to kwota większa z powodu zmiany (podwyżki) cen właśnie tego dnia.
W związku z powyższym wnoszę o sporządzenie nowego, prawidłowego rozliczenia. Wnoszę o spowodowanie, by w przyszłości osoby dokonujące odczytów liczników dokonywały zapisów rzetelnych, prawdziwych. Jednocześnie informuję DOM Wierzbno, że do chwili dostarczenia mi uznanego przez urzędników i biegłych rachmistrzów DOM rozliczenia posługiwać się będę rozliczeniem własnym, dokładnie przedstawionym w tym piśmie. Dokument odebrany 23 lipca 2008 r. w opisanym zakresie uznaję za WADLIWY.
Marek Zarębski”
Powie ktoś: prywatna sprawa, incydentalne zdarzenie, po cóż nadawać temu wymiar w pewnym sensie medialny… Otóż ta sprawa nie jest wcale incydentalna, historia naszego domu i naszych wodomierzy notuje już podobne zdarzenia, niektóre na znacznie większą skalę. Omawialiśmy to swojego czasu na zebraniach ogólnych. Jeżeli teraz założę, iż tylko w tym „rozdaniu” nierzetelnych odczytów było pięć (a mam pełne prawo takie założenie uczynić w oparciu o doświadczenia minionych lat), to kwoty pobrane nienależnie rosną, podejrzewam, że do niebezpiecznej granicy. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego prostego wskaźnika podającego wynik w postaci ciagu cyfr nie można odczytać prawidłowo? Pomyłka rzędu ponad czterystu złotych jest pomyłką DUŻĄ.
M.Z.
„Dotyczy: druku Rozliczenie Wodomierzy.
Proszę o przyjęcie poniższych uwag dotyczących tego dokumentu:
1. Rozliczenie jest niezgodne ze stanem faktycznym w pozycji „ciepła woda” – gdzie wykazano odczyt 188 m. sześc., oznaczający zużycie 76 m.sześc. cieplej wody w okresie rozliczeniowym.
2. Zgodnie z moim ustaleniem stan licznika ciepłej wody na dzień 30.06.2008 r. wykazywał wartość 134 m. sześc. – co oznacza zużycie 22 m. sześc. ciepłej wody od ostatniego odczytu.
3. W dniu 23 lipca 2008 r. to jest dniu otrzymania wzmiankowanego w tytule mojego pisma dokumentu licznik ciepłej wody wskazuje wartość 139 m. sześc. Proszę zauważyć: NADAL NIE JEST TO WARTOŚĆ 188,00 m. sześc.!!! Ze wskazań licznika w dniu 23.07. 2008 r. sporządzona została dokumentacja dowodowa.
4. Różnica 54 m. sześć. pomiędzy błędnym, nierzetelnym zapisem wskazań licznika ciepłej wody, a zużyciem FAKTYCZNYM (188,00 – 134,00 = 54) oznacza pomyłkę na moją niekorzyść w wysokości 54 x 8,07 = 435,78 zł licząc w cenach obowiązujących do 1 czerwca 2008. W istocie to kwota większa z powodu zmiany (podwyżki) cen właśnie tego dnia.
W związku z powyższym wnoszę o sporządzenie nowego, prawidłowego rozliczenia. Wnoszę o spowodowanie, by w przyszłości osoby dokonujące odczytów liczników dokonywały zapisów rzetelnych, prawdziwych. Jednocześnie informuję DOM Wierzbno, że do chwili dostarczenia mi uznanego przez urzędników i biegłych rachmistrzów DOM rozliczenia posługiwać się będę rozliczeniem własnym, dokładnie przedstawionym w tym piśmie. Dokument odebrany 23 lipca 2008 r. w opisanym zakresie uznaję za WADLIWY.
Marek Zarębski”
Powie ktoś: prywatna sprawa, incydentalne zdarzenie, po cóż nadawać temu wymiar w pewnym sensie medialny… Otóż ta sprawa nie jest wcale incydentalna, historia naszego domu i naszych wodomierzy notuje już podobne zdarzenia, niektóre na znacznie większą skalę. Omawialiśmy to swojego czasu na zebraniach ogólnych. Jeżeli teraz założę, iż tylko w tym „rozdaniu” nierzetelnych odczytów było pięć (a mam pełne prawo takie założenie uczynić w oparciu o doświadczenia minionych lat), to kwoty pobrane nienależnie rosną, podejrzewam, że do niebezpiecznej granicy. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego prostego wskaźnika podającego wynik w postaci ciagu cyfr nie można odczytać prawidłowo? Pomyłka rzędu ponad czterystu złotych jest pomyłką DUŻĄ.
M.Z.
niedziela, 20 lipca 2008
Myśli niskie loty
Myśli ludzkie raz wzniosłe są i właściciela swego skłaniają do walki o miliony (lub nie przesadzając: o dziesiątki) – innym razem nurkując w toń rzeczywistości dotyczą spraw małych i przyziemnych. Jak powszechnie wiadomo w okresie swego dolce far niente zajmowałem się doradzaniem niektórym sąsiadom jakie auto kupić, by kasy całej nie wydać, a szczęścia motoryzacyjnego dostąpić. I to się udawało, w mniejszym czy większym stopniu, tu rzecz zależała od temperamentu i umiejętności (czy rozwagi) nowego właściciela. Niekiedy auto było tak długo wspaniałe, póki nie nastąpiło spotkanie z betonowym słupem. Albo „bezdusznym” urzędnikiem podczas rejestracji dokonanej bez pojęcia i rozumu. Albo co gorsza patrolem niebieskich misiów każących chuchać w odpowiedni przyrząd. Wtedy doradca okazywał się jak najfatalniejszy.
Właściwie zawsze był jak najgorszy. Nawet wówczas, gdy pojazd jeździł bez pudła, wszystko w nim działało i nic się nie psuło. Doradca po prostu musiał być do bani - w przeciwnym wypadku gdzież by się manifestowała doskonała rozwaga i trafny wybór właściciela?
Jakby jednak tę rzecz nie komentować nigdy nie zajmowałem się doradzaniem przy sprzedawaniu pojazdu już nie chcianego. Brała się owa niechęć z pewnej obserwacji, poczynionej podczas bez mała trzydziestu lat poruszania się w obszarze motoryzacji: otóż z ceny uzyskanej podczas sprzedaży NIKT NIE JEST ZADOWOLONY NIGDY! Uważa mianowicie, że należy mu się więcej, jest przecież wyjątkowy i godzien fortuny. Jest? Nie mam pojęcia. Ale stara prawda, że dobra cena to ta, którą zaoferuje największy szaleniec, a właściciel zgodzi się ją przyjąć - z wielkimi oporami dociera do ludzi wówczas, gdy mają czegoś się pozbyć. Wtedy świat ich po prostu oszukuje…
Statystycznie rzecz ujmując jest nieźle: auta kupione z mojej poręki jeżdżą wszystkie. W niektórych wypadkach poczytuję to sobie za wielki sukces, ponieważ ten i ów samochód tak dostał od nowego właściciela w skórę, że nie byłbym specjalnie zdziwiony, gdyby wymówił mu tę służbę. Na razie nic się takiego nie stało. Pojazdy niechciane, a wycenione zbyt wysoko stoją jak stały, chętnych brak. Staram się trzymać od nich z daleka - rynek jest bowiem taki, że za miesiąc warte będą jeszcze mniej. I znów ma być na mnie?
M.Z.
Właściwie zawsze był jak najgorszy. Nawet wówczas, gdy pojazd jeździł bez pudła, wszystko w nim działało i nic się nie psuło. Doradca po prostu musiał być do bani - w przeciwnym wypadku gdzież by się manifestowała doskonała rozwaga i trafny wybór właściciela?
Jakby jednak tę rzecz nie komentować nigdy nie zajmowałem się doradzaniem przy sprzedawaniu pojazdu już nie chcianego. Brała się owa niechęć z pewnej obserwacji, poczynionej podczas bez mała trzydziestu lat poruszania się w obszarze motoryzacji: otóż z ceny uzyskanej podczas sprzedaży NIKT NIE JEST ZADOWOLONY NIGDY! Uważa mianowicie, że należy mu się więcej, jest przecież wyjątkowy i godzien fortuny. Jest? Nie mam pojęcia. Ale stara prawda, że dobra cena to ta, którą zaoferuje największy szaleniec, a właściciel zgodzi się ją przyjąć - z wielkimi oporami dociera do ludzi wówczas, gdy mają czegoś się pozbyć. Wtedy świat ich po prostu oszukuje…
Statystycznie rzecz ujmując jest nieźle: auta kupione z mojej poręki jeżdżą wszystkie. W niektórych wypadkach poczytuję to sobie za wielki sukces, ponieważ ten i ów samochód tak dostał od nowego właściciela w skórę, że nie byłbym specjalnie zdziwiony, gdyby wymówił mu tę służbę. Na razie nic się takiego nie stało. Pojazdy niechciane, a wycenione zbyt wysoko stoją jak stały, chętnych brak. Staram się trzymać od nich z daleka - rynek jest bowiem taki, że za miesiąc warte będą jeszcze mniej. I znów ma być na mnie?
M.Z.
poniedziałek, 14 lipca 2008
Blog Pana M.
Na stronie konkurencji ukazała się notatka „Blog Pana Marka”. Zanim cytatami fachowców odpowiem na jej niektóre treści i wlasnymi slowy skomentuję resztę, zadam autorowi pytanie podstawowe, dotyczące ostatniego zdania tekstu: „my nie chcemy” to znaczy kto nie chce? My, Administrator? Bo jeśli tak - to informuję Pana, że forma pluralis maiestatis zupełnie Panu nie przysługuje, królem Pan nie jest i raczej już nie będzie. Jeśli miał Pan na myśli tak powszechną w socjalizmie formę „my, dójki, suwnicowi, wytapiacze i w ogóle klasa robotnicza” to spieszę donieść, iż przynajmniej teoretycznie jesteśmy w innych realiach, zatem taka inwokacja jest nieco bez sensu. Chyba że jest jeszcze coś innego, ukrytego, o czym nie mam pojęcia. Pewnie zechce Pan to objaśnić któregoś dnia. Na razie wróćmy do Pańskiej notatki. Oto ona w całości:
Napisał: Administrator
poniedziałek, 14 lipiec 2008
Pan Marek opublikował na swoim blogu nazwiska naszych sąsiadów bez ich uprzedniej zgody. W związku z protestem wielu osób usunąłem link do jego blogu z www.abramowskiego9.waw.pl.
Wielbiciele stylu Pana Marka muszą teraz wchodzić bezpośrednio na jego adres internetowy, aby móc poczytać blog. My nie chcemy mieć nic wspólnego z kontrowersyjnymi i wyjątkowo obraźliwymi tekstami, które wypisuje Pan Marek na tymże blogu.
Powinienem czuć się winny? Jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty, choć nie zmieszany? Rozczaruję Pana - ani to, ani tamto! Od lat poruszam się bowiem w materii praw i zwyczajów, o których fachowcy wyrażają się tak:
Źródło - http://wybory.onet.pl/...
Prof. EWA NOWIŃSKA, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ: - "Według kodeksu cywilnego, tajemnica korespondencji jest jednym z dóbr człowieka, które podlegają ochronie. Kolejny zapis regulujący tę kwestię znajduje się w Ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Precyzuje on, że osoba, do której korespondencja została skierowana, ma prawo nią dysponować.
Źródło - Google - tajemnica+korespondencji+ nadawca
Tajemnice korespondencji chroni w Polsce Konstytucja - akt prawny najwyższego rzędu. Konstytucja zapewnia pełen immunitet dla myśli i poglądów wyrażonych w prywatnej korespondencji. Stanowią one nienaruszalna sferę intymna obywatela, nie podlegającą ingerencji ze strony władzy, dopóki nie ujawni ich uprawniony adresat lub sam nadawca.
Źródło - http://witch.sggw.waw.pl/...
Często spotykanym nieporozumieniem odnośnie ochrony tajemnicy korespondencji (nieważne jakim medium papier czy e-mail) jest przekonanie, że ma ona chronić głównie nadawcę. Chroni ona jedynie przed wglądem osób trzecich. Np. wbrew obiegowej opinii adresat listu ma prawo treść otrzymanego listu upublicznić nie pytając o zgodę nadawcy - chronić tu może jedynie kultura i przyzwoitość, w pewnych przypadkach może to być przecież świństwo np. publikacja listów miłosnych od byłej żony.
Źródło - Groups Google.pl - adresat+tajemnica+korespondencji
korespondencja jest własnością adresata. Zatem adresat wykonał swoje prawo i opublikował zawartość korespondencji której jest właścicielem.
Źródło - http://www.wsp.krakow.pl/...
List należy przede wszystkim do adresata, a w drugiej kolejności do nadawcy.
Źródło - Groups Google.pl - adresat+jest+korespondencja
Generalnie rzecz biorąc, adresat listu staje się jego właścicielem, a właściciel jeżeli przyjdzie mu taka ochota, może treść listu opublikować. Prawo najczęściej tego nie zabrania. Chyba ze są to informacje uprzywilejowane. Zabraniają tego dobre obyczaje w sytuacji kiedy list zawiera osobiste zwierzenia etc.
=====================================
No i co Pan na to, Panie Administratorze? Jak dowodnie widać ja dobrze orientuję się w przedmiocie mych praw. Pan jakby mniej. W mailowej korespondencji nie dyskutowaliśmy o sprawach tajnych, osobistych czy uprzywilejowanych. Listy nie zawierały prywatnych zwierzeń, obarczonych klauzulą poufności, czy prostym zastrzeżeniem „nie powielaj, nie powtarzaj”. Omawialiśmy sprawy publiczne, do takich zaliczam problemy naszego domu. Dość dalszego tłumaczenia, nic się tu dodawać nie powinno.
Osobną kwestią jest Pańska ocena tego co robię, mówię i piszę. Czy mocno zdziwi się Pan, jeśli powiem, że mało mnie interesuje co Pan o tym wszystkim sądzi? Nie? No to dobrze, kamień spadł mi z serca. Jeśli jednak poszedł Pan na taką wymianę ciosów zrewanżuję się krótka analizą tego, co na Pańskiej stronie wisi od miesięcy i jakoś Pana nie razi. Nie wiem (powiedzmy, że nie wiem…) kto to napisał.
„Nie ma zgody mieszkańców na rozpoczęcie remontu mieszkań, a co za tym idzie zwiększenie czynszów, dopóki nie zostaną zlikwidowane przyczyny usterek w pierwszej kolejności…”
Zanalizujmy punkt po punkcie treść tego komunikatu, rzecz jasna na tle realiów panujących w naszej kamienicy. „Nie ma zgody…” - i tak dalej. Czy na pewno nie ma zgody? Nie ma jej o tyle, o ile remonty nie zostaną dokonane w pewnej określonej kolejności. Tak ustalili lokatorzy, którzy zechcieli pojawić się na kilku zebraniach ogólnych, przeanalizować dokładnie własne kompetencje i prawa, po czym podjąć decyzję, wyrażoną przez kogo innego (i w innym miejscu) w postaci oznajmienia woli. Znaczyło ono tyle, że najpierw mają zostać naprawione fundamenty dziurawe jak sito i generujące podciekanie wilgoci, ergo powstawanie grzyba. Później klatki schodowe, ciągi komunikacyjne, wentylacja, odprowadzenie spalin z ciepłowni, dach pokryty wbrew zasadzie, wrota wjazdowe do garaży itd. Skąd lokatorzy dowiedzieli się o tym, że te elementy są wadliwe? Z ekspertyzy technicznej, uczynionej… na zlecenie ADM-u właśnie. Później, po pokonaniu etapu pierwszego, nastąpić winna ocena wszystkich działań technicznych, może być do pomocy jaki niezależny ekspert, są takie listy „mężów zaufania”. No i debata: właściwie to wszystko i terminowo wykonane, czy nie. Jeśli nie – do poprawki. Jeśli tak: zastanawiamy się na terminem wejścia ekip remontowych do prywatnych lokali. Tu przypominam – socjalizm skończył się, nie wystarczy proste polecenie małej rangi urzędnika „bierz bracie lewe zwolnienie lekarskie i waruj!” A jakie prawo do pouczania urzędników względem czynionych kroków ? – ktoś zapyta. Prawo każdego obywatela do kontroli sensowności wydawania publicznego grosza i swobodnego ksztaltowania swego czasu wolnego. Konstytucja RP.
„…dopóki nie zostaną zlikwidowane przyczyny usterek w pierwszej kolejności…” No to mamy kolejny problem, prawda? Figlarna stylistyka miała zapewne wyrazić przekonanie, że oto najpierw A, potem B. No cóż, nie wyszło autorowi, zapętlił myśl i skomplikował. Cóż jest tą tajemniczą „przyczyną usterek w pierwszej kolejności”? Góra domu? Dół? Nie, tędy nie dojdziemy do celu, konstrukcja tego jest bowiem bezsensowna. Napiszmy zdanie inaczej, bardziej po polsku. „Dopóki nie zostaną zlikwidowane usterki, wymagające najpilniejszej naprawy…” Albo: "Dopóki nie zostana usuniete usterki, powodujace powstawanie innych usterek". Lepiej, prawda? Ale czy na pewno o to właśnie chodziło? Nie ma pewności. A jeśli nie ma – rodzą się demony wątpliwości. Lub inaczej: nasi polemiczni przeciwnicy takie wątpliwości mogą w sobie i w omawianej deklaracji odnaleźć i oczywiście wykorzystać. Ich prawo, w pismach urzędowych i oficjalnych deklaracjach należy wyrażać się precyzyjnie, dokładnie definiując rzecz omawianą. Tu precyzji zabrakło. I stylu też…
Jeżeli dobrnęliscie, drodzy Czytelnicy do tego fragmentu – rozważcie odpowiedzi na wyżej postawione pytania sami. Być może niżej podpisany jest prostym idiotą, nie znającym zasad skladni polskiej. Być może nie wie o czym mówi, praw autorskich i pokrewnych nie zna, a jakieś rzekome ekspertyzy po prostu wymyśla? Przejaskrawia wady znakomitej kamienicy, w której grzyba nikt nie uświadczy, fundamenty nie mają żadnych pęknięć (a jedynie otwory wentylacyjne) - zaś lokatorzy piętra pierwszego (jednym podłoga przemarza, innym ściana pęka z gorąca) są zwykłymi malkontentami i histerykami?
Wszystko przecież być może, prawda?
A wszystko zaczęło się przecież od tego, że Pan Administrator nie będąc formalnym reprezentantem lokatorów jednak zapragnął jako taki podpisać dobre i ważne pismo. Dlaczego nie jako zwykły lokator? Pisałem Panu, pisałem Pani Annie: nie róbcie tego, tak nie można. Udal Pan, że nic nie rozumie z prostego przekazu, jaki do Pana skierowałem. Dlaczego? I teraz opiniuje Pan teksty kogos, kogo wlasnym zdaniem Pan nie rozumie... Jak dlugo Pańscy zwolennicy bez komentarza podążać będą za takim tokiem rozumowania?
Marek Zarębski
Napisał: Administrator
poniedziałek, 14 lipiec 2008
Pan Marek opublikował na swoim blogu nazwiska naszych sąsiadów bez ich uprzedniej zgody. W związku z protestem wielu osób usunąłem link do jego blogu z www.abramowskiego9.waw.pl.
Wielbiciele stylu Pana Marka muszą teraz wchodzić bezpośrednio na jego adres internetowy, aby móc poczytać blog. My nie chcemy mieć nic wspólnego z kontrowersyjnymi i wyjątkowo obraźliwymi tekstami, które wypisuje Pan Marek na tymże blogu.
Powinienem czuć się winny? Jak drink Jamesa Bonda wstrząśnięty, choć nie zmieszany? Rozczaruję Pana - ani to, ani tamto! Od lat poruszam się bowiem w materii praw i zwyczajów, o których fachowcy wyrażają się tak:
Źródło - http://wybory.onet.pl/...
Prof. EWA NOWIŃSKA, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ: - "Według kodeksu cywilnego, tajemnica korespondencji jest jednym z dóbr człowieka, które podlegają ochronie. Kolejny zapis regulujący tę kwestię znajduje się w Ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Precyzuje on, że osoba, do której korespondencja została skierowana, ma prawo nią dysponować.
Źródło - Google - tajemnica+korespondencji+ nadawca
Tajemnice korespondencji chroni w Polsce Konstytucja - akt prawny najwyższego rzędu. Konstytucja zapewnia pełen immunitet dla myśli i poglądów wyrażonych w prywatnej korespondencji. Stanowią one nienaruszalna sferę intymna obywatela, nie podlegającą ingerencji ze strony władzy, dopóki nie ujawni ich uprawniony adresat lub sam nadawca.
Źródło - http://witch.sggw.waw.pl/...
Często spotykanym nieporozumieniem odnośnie ochrony tajemnicy korespondencji (nieważne jakim medium papier czy e-mail) jest przekonanie, że ma ona chronić głównie nadawcę. Chroni ona jedynie przed wglądem osób trzecich. Np. wbrew obiegowej opinii adresat listu ma prawo treść otrzymanego listu upublicznić nie pytając o zgodę nadawcy - chronić tu może jedynie kultura i przyzwoitość, w pewnych przypadkach może to być przecież świństwo np. publikacja listów miłosnych od byłej żony.
Źródło - Groups Google.pl - adresat+tajemnica+korespondencji
korespondencja jest własnością adresata. Zatem adresat wykonał swoje prawo i opublikował zawartość korespondencji której jest właścicielem.
Źródło - http://www.wsp.krakow.pl/...
List należy przede wszystkim do adresata, a w drugiej kolejności do nadawcy.
Źródło - Groups Google.pl - adresat+jest+korespondencja
Generalnie rzecz biorąc, adresat listu staje się jego właścicielem, a właściciel jeżeli przyjdzie mu taka ochota, może treść listu opublikować. Prawo najczęściej tego nie zabrania. Chyba ze są to informacje uprzywilejowane. Zabraniają tego dobre obyczaje w sytuacji kiedy list zawiera osobiste zwierzenia etc.
=====================================
No i co Pan na to, Panie Administratorze? Jak dowodnie widać ja dobrze orientuję się w przedmiocie mych praw. Pan jakby mniej. W mailowej korespondencji nie dyskutowaliśmy o sprawach tajnych, osobistych czy uprzywilejowanych. Listy nie zawierały prywatnych zwierzeń, obarczonych klauzulą poufności, czy prostym zastrzeżeniem „nie powielaj, nie powtarzaj”. Omawialiśmy sprawy publiczne, do takich zaliczam problemy naszego domu. Dość dalszego tłumaczenia, nic się tu dodawać nie powinno.
Osobną kwestią jest Pańska ocena tego co robię, mówię i piszę. Czy mocno zdziwi się Pan, jeśli powiem, że mało mnie interesuje co Pan o tym wszystkim sądzi? Nie? No to dobrze, kamień spadł mi z serca. Jeśli jednak poszedł Pan na taką wymianę ciosów zrewanżuję się krótka analizą tego, co na Pańskiej stronie wisi od miesięcy i jakoś Pana nie razi. Nie wiem (powiedzmy, że nie wiem…) kto to napisał.
„Nie ma zgody mieszkańców na rozpoczęcie remontu mieszkań, a co za tym idzie zwiększenie czynszów, dopóki nie zostaną zlikwidowane przyczyny usterek w pierwszej kolejności…”
Zanalizujmy punkt po punkcie treść tego komunikatu, rzecz jasna na tle realiów panujących w naszej kamienicy. „Nie ma zgody…” - i tak dalej. Czy na pewno nie ma zgody? Nie ma jej o tyle, o ile remonty nie zostaną dokonane w pewnej określonej kolejności. Tak ustalili lokatorzy, którzy zechcieli pojawić się na kilku zebraniach ogólnych, przeanalizować dokładnie własne kompetencje i prawa, po czym podjąć decyzję, wyrażoną przez kogo innego (i w innym miejscu) w postaci oznajmienia woli. Znaczyło ono tyle, że najpierw mają zostać naprawione fundamenty dziurawe jak sito i generujące podciekanie wilgoci, ergo powstawanie grzyba. Później klatki schodowe, ciągi komunikacyjne, wentylacja, odprowadzenie spalin z ciepłowni, dach pokryty wbrew zasadzie, wrota wjazdowe do garaży itd. Skąd lokatorzy dowiedzieli się o tym, że te elementy są wadliwe? Z ekspertyzy technicznej, uczynionej… na zlecenie ADM-u właśnie. Później, po pokonaniu etapu pierwszego, nastąpić winna ocena wszystkich działań technicznych, może być do pomocy jaki niezależny ekspert, są takie listy „mężów zaufania”. No i debata: właściwie to wszystko i terminowo wykonane, czy nie. Jeśli nie – do poprawki. Jeśli tak: zastanawiamy się na terminem wejścia ekip remontowych do prywatnych lokali. Tu przypominam – socjalizm skończył się, nie wystarczy proste polecenie małej rangi urzędnika „bierz bracie lewe zwolnienie lekarskie i waruj!” A jakie prawo do pouczania urzędników względem czynionych kroków ? – ktoś zapyta. Prawo każdego obywatela do kontroli sensowności wydawania publicznego grosza i swobodnego ksztaltowania swego czasu wolnego. Konstytucja RP.
„…dopóki nie zostaną zlikwidowane przyczyny usterek w pierwszej kolejności…” No to mamy kolejny problem, prawda? Figlarna stylistyka miała zapewne wyrazić przekonanie, że oto najpierw A, potem B. No cóż, nie wyszło autorowi, zapętlił myśl i skomplikował. Cóż jest tą tajemniczą „przyczyną usterek w pierwszej kolejności”? Góra domu? Dół? Nie, tędy nie dojdziemy do celu, konstrukcja tego jest bowiem bezsensowna. Napiszmy zdanie inaczej, bardziej po polsku. „Dopóki nie zostaną zlikwidowane usterki, wymagające najpilniejszej naprawy…” Albo: "Dopóki nie zostana usuniete usterki, powodujace powstawanie innych usterek". Lepiej, prawda? Ale czy na pewno o to właśnie chodziło? Nie ma pewności. A jeśli nie ma – rodzą się demony wątpliwości. Lub inaczej: nasi polemiczni przeciwnicy takie wątpliwości mogą w sobie i w omawianej deklaracji odnaleźć i oczywiście wykorzystać. Ich prawo, w pismach urzędowych i oficjalnych deklaracjach należy wyrażać się precyzyjnie, dokładnie definiując rzecz omawianą. Tu precyzji zabrakło. I stylu też…
Jeżeli dobrnęliscie, drodzy Czytelnicy do tego fragmentu – rozważcie odpowiedzi na wyżej postawione pytania sami. Być może niżej podpisany jest prostym idiotą, nie znającym zasad skladni polskiej. Być może nie wie o czym mówi, praw autorskich i pokrewnych nie zna, a jakieś rzekome ekspertyzy po prostu wymyśla? Przejaskrawia wady znakomitej kamienicy, w której grzyba nikt nie uświadczy, fundamenty nie mają żadnych pęknięć (a jedynie otwory wentylacyjne) - zaś lokatorzy piętra pierwszego (jednym podłoga przemarza, innym ściana pęka z gorąca) są zwykłymi malkontentami i histerykami?
Wszystko przecież być może, prawda?
A wszystko zaczęło się przecież od tego, że Pan Administrator nie będąc formalnym reprezentantem lokatorów jednak zapragnął jako taki podpisać dobre i ważne pismo. Dlaczego nie jako zwykły lokator? Pisałem Panu, pisałem Pani Annie: nie róbcie tego, tak nie można. Udal Pan, że nic nie rozumie z prostego przekazu, jaki do Pana skierowałem. Dlaczego? I teraz opiniuje Pan teksty kogos, kogo wlasnym zdaniem Pan nie rozumie... Jak dlugo Pańscy zwolennicy bez komentarza podążać będą za takim tokiem rozumowania?
Marek Zarębski
piątek, 11 lipca 2008
Stanowisko
Stanowisko grupy osób używających nazwy Stowarzyszenia „Abramowskiego 9 – Po Drugiej Stronie” wobec pisma wysłanego dostarczonego 10 lipca 2008 r. do Prezydenta Miasta i Biura Polityki Lokalowej
1. Podzielamy opinię prawdziwych autorów rzeczonego dokumentu, wyrażony w nim niepokój z powodu nieprawnego spychania lokatorów naszej kamienicy do pozycji absolutnie nie wynikających z podpisanej z Miastem umowy cywilno-prawnej najmu. W całości popieramy treść tego dokumentu, uważając wszakże, że czas przeznaczony na lokatorskie konsultacje z nim związane BYŁ ZDECYDOWANIE ZA KRÓTKI.
2. Wyrażamy najwyższe zaniepokojenie procedurą sygnowania tego dokumentu przez osoby, które nie pełnią przypisywanych sobie funkcji - na zasadzie demokratycznej decyzji zbiorowości wyborczej, która tej funcji je pozbawila. Wszczęliśmy w tej sprawie procedurę wyjaśniającą PRZED przekazaniem dokumentu adresatom, niestety zakończyła się ona niepowodzeniem, dokładne sprawozdanie znajduje się na naszej stronie blogowej w materiale pt. „Zapis”
3. Absolutnie nie zgadzamy się na występowanie P. Artura Mikołajewskiego w roli naszego przedstawiciela czy reprezentanta (nazwy te używane są przez zainteresowanego zamiennie) z powodów opisanych na naszej stronie. Przypominamy, że P. A. Mikołajewski decyzją sąsiadów został zdjęty z przedstawicielstwa na ostatnim zebraniu ogólnym z powodu małej aktywności i deklarowanych innych zajęć osobistych, publicznie tę decyzję przyjął, zatem obecnie NIE MA PRAWA występować jako nasz reprezentant. Pozostałe uwagi wobec tej byłej reprezentacji sformułowane zostały na wspomnianym zebraniu ogólnym, wynikają również z analizy innych działań byłego reprezentanta. Wszystkie późniejsze tłumaczenia osób sygnujących dokument do Miasta odrzucamy w całości i uznajemy za bałamutne i nieprawdziwe.
4. Oświadczamy, ze sprawa fałszywej reprezentacji nie jest wbrew mniemaniom niektórych oponentów drobiazgiem niewartym wspomnienia – ale rzeczą o fundamentalnym znaczeniu w sytuacji, w której poczynania Miasta mogą się zakończyć procesem sądowym, jaki nasi sąsiedzi zmuszeni będą wytoczyć Miastu z powodu opisanych niedoskonałości postępowania urzędników miejskich wobec lokatorów Abramowskiego 9.
W imieniu Stowarzyszenia
Marek Zarębski
1. Podzielamy opinię prawdziwych autorów rzeczonego dokumentu, wyrażony w nim niepokój z powodu nieprawnego spychania lokatorów naszej kamienicy do pozycji absolutnie nie wynikających z podpisanej z Miastem umowy cywilno-prawnej najmu. W całości popieramy treść tego dokumentu, uważając wszakże, że czas przeznaczony na lokatorskie konsultacje z nim związane BYŁ ZDECYDOWANIE ZA KRÓTKI.
2. Wyrażamy najwyższe zaniepokojenie procedurą sygnowania tego dokumentu przez osoby, które nie pełnią przypisywanych sobie funkcji - na zasadzie demokratycznej decyzji zbiorowości wyborczej, która tej funcji je pozbawila. Wszczęliśmy w tej sprawie procedurę wyjaśniającą PRZED przekazaniem dokumentu adresatom, niestety zakończyła się ona niepowodzeniem, dokładne sprawozdanie znajduje się na naszej stronie blogowej w materiale pt. „Zapis”
3. Absolutnie nie zgadzamy się na występowanie P. Artura Mikołajewskiego w roli naszego przedstawiciela czy reprezentanta (nazwy te używane są przez zainteresowanego zamiennie) z powodów opisanych na naszej stronie. Przypominamy, że P. A. Mikołajewski decyzją sąsiadów został zdjęty z przedstawicielstwa na ostatnim zebraniu ogólnym z powodu małej aktywności i deklarowanych innych zajęć osobistych, publicznie tę decyzję przyjął, zatem obecnie NIE MA PRAWA występować jako nasz reprezentant. Pozostałe uwagi wobec tej byłej reprezentacji sformułowane zostały na wspomnianym zebraniu ogólnym, wynikają również z analizy innych działań byłego reprezentanta. Wszystkie późniejsze tłumaczenia osób sygnujących dokument do Miasta odrzucamy w całości i uznajemy za bałamutne i nieprawdziwe.
4. Oświadczamy, ze sprawa fałszywej reprezentacji nie jest wbrew mniemaniom niektórych oponentów drobiazgiem niewartym wspomnienia – ale rzeczą o fundamentalnym znaczeniu w sytuacji, w której poczynania Miasta mogą się zakończyć procesem sądowym, jaki nasi sąsiedzi zmuszeni będą wytoczyć Miastu z powodu opisanych niedoskonałości postępowania urzędników miejskich wobec lokatorów Abramowskiego 9.
W imieniu Stowarzyszenia
Marek Zarębski
Subskrybuj:
Posty (Atom)