środa, 8 stycznia 2014

CISI POPLECZNICY TUSKA



Dzisiaj kolejny przedruk, oczywiście za zgodą Autora i bez jakichkolwiek zmian w stosunku do pierwowzoru. Oryginał ukazał się tutaj: http://jazgdyni.neon24.pl/post/104264,cisi-poplecznicy-tuska

Polecam - WARTO! 

------------------------------

Będzie dzisiaj nawalanka? Już dyżurni agenci o tym zadecydują. Bo mamy się nawalać, gnoić, ubliżać, żeby przypadkiem czegoś nie budować.

Czy ciągle jeszcze spora siła Tuska i jego ferajny opiera się tylko na lemingach, tych młodych, wykształconych z dużych miast i na rzeszy kombinatorów, podpiętych finansowo do rządowej machiny rozdającej kontrakty i przewalającej przetargi?
Czy to tylko zachodnie, głównie niemieckie media, propagujące pupila Angeli Merkel spajają ludzi podtrzymujących nie-rząd?

Nie proszę państwa, są niestety osoby popierające Tuska po naszej prawicowej stronie. A najgorsze jest to, że jest sporo takich, piszących jako blogerzy i komentatorzy na popularnych prawicowych portalach.

Kto to taki? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba przypomnieć pewne zasady uprawiania polityki przez obecną ekipę.
Otóż oprócz zapewnienia sobie popracia wyżej wspomnianych lemingów i podwiązanych pod układ kombinatorów, trwa nieustanna manipulacja wokół prawej strony, która jest w opozycji do rządów Tuska.
Chyba już największy tuman zdołał pojąć, że podstawą polityki obecnej ekipy jest kompletna bezideowość i maksymalne nic – nierobienie. Jednakże może to oburzać sporą część społeczeństwa. Trzeba więc się nią zająć, tak, by nie była w stanie głośno i skutecznie protestować.

Ten segment pacyfikacji potencjalnie opozycyjnych obywateli realizowany jest w postaci dwóch głównych filarów: utrzymywanie społeczeństwa w stałym rozedrganiu emocjonalnym, oraz niedopuszczenie do jednoczenia się i krystalizowania się ośrodków opozycji.

I jedno i drugie realizuje przede wszystkim propaganda uprawiana przez pro-rządowe mass-media, które, niestety, stanowią ponad 90% wszystkich publikatorów. Wrzeszczącymi tytułami i podsuwanymi bzdurnymi tematami, takimi jak kibice, nietrzeźwi kierowcy, czy słynna mama Madzi, skutecznie utrzymują emocjonalne i nerwowe napięcie narodu. Jesteśmy wprost bombardowani codziennie klęskami, katastrofami i tragicznymi informacjami, tak byśmy nie znali dnia, ani godziny. Tak, byśmy byli ciągle na granicy silnej nerwicy, bez spokoju i bez poczucia bezpieczeństwa.
Taka działalność wywołuje postawę psychiczną, w której ludzie się łatwo denerwują, są kłótliwi, swarliwi i nie mają do nikogo zaufania. Bo propaganda dobitnie ukazuje, że draniem może być każdy – policjant, lekarz i ksiądz. Na drugiego człowieka należy patrzeć z najwyższą podejrzliwością i w żadnym wypadku nie można mieć do niego zaufania.

Tak przygotowany psychicznie i nerwowo naród, co jest oczywiste, trudno się jednoczy. Prawicowe inicjatywy starające się rozbudzić ruch obywatelski rozbijają się o postawy bierności i nieufności, wytworzone przez oficjalną propagandę.
Z własnego doświadczenia wiecie, że nawet spotkania towarzyskie zamierają, czego nie było nawet w trakcie trwania stanu wojennego. Byliśmy wówczas znacznie bardziej zjednoczeni. Teraz to tylko pojedyncze atomy, gotowe zebrać się w 200 tysięcznym tłumie na Skwerze Kościuszki w Gdyni, by oglądać upadłe gwiazdy w Noc Sylwestrową. Wolą to, niż spędzanie tej nocy w gronie przyjaciół, bliskich osób i we własnej atmosferze. Nie, wolą stać godzinami w tłumie obcych, niczym nie zjednoczonych ludzi.
I wszyscy są tak nerwowi, jak nigdy. Wściekły facet, dodatkowo pobudzony alkoholem wjeżdża na chodnik i zabija sześć osób. W Krakowie, młodzi ludzie uzbrojeni w maczety, noże i pałki zatrzymują samochód, wyciągają kierowcę i smiertelnie go masakrują.
Zwykli obywatele robią to, co kiedyś było wyłączną domeną oprawców z UB, KBW, czy ZOMO.
Co się porobiło ?!
To się porobiło, że tak bez przerwy jesteśmy na siebie napuszczani. Mamy być emocjonalnie rozedrgani, źli, a nawet wściekli. Lecz nie na władze, nie na rząd, ale sami przeciwko sobie.
Tak, byśmy się nigdy nie mogli zorganizować.

No dobrze, ale co z tym internetem?
Zostawmy na boku te wszystkie facebooki, onety i tym podobne, które utworzono specjalnie dla lemingów, by mogli się zabawiać. No i oczywiście dla ministra Sikorskiego.
Zajmijmy się tym segmentem internetu, który popularnie nazywa się prawicową blogosferą, a który składa się z szeregu portali społecznościowych, o większej i mniejszej popularności.
Teoretycznie powinien tutaj panować ład i porządek. Przebywa tu bowiem elita, najbardziej świadoma część opozycyjnego społeczeństwa. Niestety, tak nie jest. Zgodnie z prawami statystyki i pod naporem propagandowej psychologii, również tutaj mamy emocjonalne rozedrganie i niemożliwość jednoczenia się.
Czyli dokładnie to, co aparat Tuska realizuje w stosunku do społeczeństwa.
Mamy więc w prawicowej blogosferze rzeszę cichych popleczników Donalda.

W dużej mierze są to, jak to nazywa pan Jerzy Targalski, patrioci – idioci.
Idiotów – patriotów na każdym prawicowym portalu jest sporo. To oni zazwyczaj uzurpują sobie prawo do władzy nad portalem. Mając głowy zapełnione kalkami hasełek i zawołań, tak, że nie ma już miejsca dla rozumu, narzucają tematy dyskusji, oceniają wszystko w koło, starając się rzeczywistość dopasować do prymitywnego schematu, który sobie w swoich mózgach stworzyli. Ponieważ jednak, przygotowani przez tuskową propagandę, są emocjonalnie podminowani, to cierpią na syndrom oblężonej twierdzy. Nie ufają prawie nikomu. Tworzą wyłącznie kliki tak samo myślących. I najgorsze, starają się całkowicie zawłaszczyć prawicową scenę. Ktokolwiek samodzielnie myślący, nie używający bez przerwy wytartych haseł, jest, musi być wrogiem. Akcje wyszukiwania podstępnych agentów, fałszywych prawicowców i niepewnych osobników trwa nieustannie. Zajmuje im to większość czasu. Potrafią wejść na każdą merytoryczną dyskusję i rozpieprzyć ją w trymiga, projektując swoje fobie i szukając wrogów.
Najbardziej twórczy spośród nich tworzą zadziwiające teorie, kompletnie odrealnione, które byłyby śmieszne, gdyby nie to, że to nasze prawicowe.
Często jest to pseudo patriotyczna ekstaza religijna, w której się głosi, że Polska jest Jezusem narodów i musi przejśc podobną drogę cierpienia, by zbawić świat. Albo wprost przeciwnie – Polska, by osiągnąć sukces i pociągnąć narody, musi powrócić do swoich pra-słowiańskich korzeni i ze Światowidem i Swarożycem na sztandarach, tworząc nową polską cywilizację, powieść naród do zwycięstwa.
Cóż oryginały i ekscentrycy są i byli zawsze. A internet dał im możliwość wypowiadania swoich fantasmagorii. Tylko dlaczego mącą w głowach na prawicowych portalach? Przecież to jest dokładnie to, o co Tuskowi i ekipie dokładnie chodzi. Sianie zamętu i odciąganie od najważniejszych spraw dla kraju i narodu.

Portale prawicowe stały się też miejscem produkowania się notorycznych pieniaczy i besserwisserów. Ci są napięci emocjonalnie nawet bardziej niż przeciętni patrioci-idioci. Awantury na portalach wybuchają bez przerwy. Pyskówki zajmują sporą grupę ludzi. A praca dla kraju, dla nas, leży. No i wróg się cieszy.

Oczywiście, są cały czas między nami funkcjonariusze, którzy dbają, by ten stan rzeczy nieustannie podtrzymywać. I jakże często są to ci najgorliwsi, najbardziej mącący i właściciele jedynej słusznej racji, patrioci – idioci.

Powiedzcie sami. Jak tutaj budować silną prawicę? Jak w końcu stworzyć silną reprezentację, która przegna uzurpatorów, zdrajców narodu.
Wszyscy chcemy tego samego – "Ojczyznę wolną racz dać nam Panie".
Ale niektórzy jakby mniej chcą. Bo musieliby zniknąć, wrócić do swych codziennych obowiązków. A tak mogą w tym stanie marazmu i zawieszenia brylować. Tocząc z ust jadowitą pianę, złość i nieufność, podpierani przez rozhisteryzowane kobiety, które nie znalazły szczęścia w życiu.
Oto właśnie jak realizuje się wyrafinowana propaganda fachowców, których Tusk zatrudnił.
Prawicowa blogosfera pełna jest jego cichych popleczników.

Janusz E. Kamiński (jazgdyni)

Przywołał: M.Z.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

POLECAM!!



Do Salonu24 powrócił mój ulubiony bloger Kamiuszek. Jak wieść gminna zwana plotką głosi ostatni czas miał spędzać na budowach gdzieś za granicą. Nie wiem jak było naprawdę, nie jestem członkiem Salonu i nie mogę napisać pytania choćby na pocztę wewnętrzną. Tak czy siak: oryginał jest tutaj: http://kamiuszek.salon24.pl/559290,kto-nienawidzi-lesniczego-i-dlaczego – a cała reszta bez jakichkolwiek zmian niżej. Przeczytajcie proszę. Kamiuszek jest w głębi duszy poetą, wiem co potrafi – a zobaczcie sami jak potrafi pisać o pozostałych rzeczach, na których się zna.

 

Kto nienawidzi  leśniczego i dlaczego?

Jest konflikt stary jak świat między miastem a wsią. Czyli konflikt żyjących z łaski komun z tymi którzy żyją dzięki naturze. Pierwsi starają się dostosowywać do woli komuny, czyli po prostu rozpoznawać interes sitwy i składać ofiary z przypadkowych frajerów; drudzy muszą przede wszystkim brać pod uwagę prawa przyrody i modlić się o to, aby Pan Bóg nie pokarał suszą.
Tak to się ma od wieków. Oczywiście żyjący z łaski komuny, czy też współcześnie korporacji, widzą swoją nędzę, ale jej zaprzeczają dla poprawienia sobie nastroju i wytłumaczenia się przed dziećmi z konieczności składania ofiar. Poprawie tego nastroju służy propaganda i temu służy szyderstwo wymierzone w tych, którzy od komun uzależnieni są wcale albo chociaż trochę mniej.
Realizowało się to na najróżniejsze sposoby. Często sprowadza się rzecz do konfliktu między tymi, którzy mają ziemię, a tymi którzy mają kantorek w rynku. Ale jak napisałem wyżej, myślę, że chodzi raczej o bardziej fundamentalne poddaństwo. O to czy ktoś się uznaje poddanym prawom wyłącznie ludzkim, czy poddanym prawom od człowieka niezależnym.
Dlaczego jest tak, że miasto, komuna, korporacja wygrywa? Prawdopodobnie dlatego że w obu obozach są jednak ludzie i że część modlących się do Boga a nie do szefa z korpo, łatwo ulega złudzeniu, że jakoś tam można się ułożyć z korpoganami. No i jeszcze jest ta, jak mówię, propaganda i szyderstwo. I ono się nie zatrzyma nigdy, więc trzeba być przygotowanym.
W XVI wieku gospodarz – czyli człowiek uzależniony od łaski natury i miłosierdzia Boga, bynajmniej niekoniecznie właściciel w sensie prawnym ziemi, którą uprawiał – nazywany był gburem. Było to określenie neutralne. I trudno przyjąć, że to z woli gburów, zmieniło się w obraźliwe.
Kiedy już miejska propaganda uporała się z gospodarzami – a więc zarządcami – zajęła się w ogóle wszystkimi mieszkańcami wsi – powiedzieć dziś o kimś wieśniak, to przecież nie to samo co powiedzieć o nim producent żywności. Podobnie rzecz się ma z zaściankiem, jako synonimem zacofania.
Wśród wieśniaków zaś, wiadomo, że najbardziej ohydni i zasługujący na bezinteresowne szyderstwo są Kurpie. Kurp ma czarne podniebienie, a Kurpianka ma w poprzek. Dlaczego? Otóż dlatego, że Kurpie najdłużej pozostali ludźmi wolnymi, podporządkowanymi bezpośrednio królowi, zależnymi wyłącznie od ziemi i lasu, a nie wahań kursu oziminy w Amsterdamie. Takiej niezależności żaden propagandowy żołnierz mafii nie zniesie. No i zwykły idiota też nie strzymie i musi się ze swoją złością na leśnych poafiszować.
Dlaczego o tym wszystkim opowiadam? Oto bloger tutejszy o nicku jestemzewsi uradował się dość agresywnie, że państwo wreszcie się wzięło za leśników. Z naiwności i głupoty, a być może tylko z takiego powodu, że leśniczy przyłapał go na wywalaniu śmieci do lasu. Trudno zgadnąć. Proszę jednak, jeśli to pan przeczytał i jeśli rzeczywiście cokolwiek wspólnego ma pan ze wsią, żeby trochę przemyślał swoje stanowisko. Gdyż myli się pan w sprawie fundamentalnej, otóż Lasy Państwowe płacą podatki, jak każda firma, oprócz tego płacą podatki samorządom. A że po tym wszystkim wypracowują jeszcze zysk, to i szczęście nasze, gdyż z tego zysku finansują realizację strategii zrównoważonego rozwoju.
Otóż ludzie leśni za sprawą wielowiekowych doświadczeń nauczyli się dostosowywać do praw przyrody – tych niezależnych od widzimisię stanowiących prawa ludzkie. Strategia LP jest realizowana z zyskiem dla budżetu i z zyskiem dla przyrody. Wymaga ona, aby jednakowoż nie przeżerać wszystkiego. Zupełnie jak w przypadku gospodarza, który cokolwiek musi zostawić na siew. Przy czym las to nie zboże i wymaga dużo większej perspektywy czasowej - liczonej dziesięcioleciami. To są sprawy oczywiste dla kogoś, kto nie żyje od pierwszego do pierwszego na łasce szefa komuny lub korporacji. Myli się pan co do faktów rachunkowych, ale bardziej ubolewam nad tym, że myli się pan z powodu tego smutnego zaślepienia.
Na blogu jestemzewsi odezwała się oczywiście korpoganka zukosa. Po jej komentarzach wywnioskować można, że lubi dyskusje socjologiczne i pasjami się w nich wyżywa. Czasami zdarzy się jej powiedzieć coś mądrego, częściej jednak odstawia nieprzytomne rytualne tańce ku czci bogów komun korporacyjnych. No tak już ma chyba i nie otrzeźwieje, bo zarzuca komunizm na prawo i lewo, nie zdając sobie sprawy, że tkwi w samych trzewiach korpogaństwa – czyli doprowadzonej do niemal doskonałości formy komun miejskich. Trawi ją ten proceder cokolwiek, bo przecież tak agresywnie by się nie rzucała. Jest więc nadzieja, że przy którejś figurze stuknie się w głowę i wreszcie ją oświeci. Akurat w tym przypadku może mieć zukosa częściową rację – tak, być może tak jest, że w Lasach Państwowych partie się okopały. Nic to jednak nie zmienia, gdyż wydaje mi się, leśnik choćby był z nadania komuny jeszcze, najpierw jest leśnikiem – wymaga tego od niego styl życia. Dopiero na którymś miejscu może być zwolennikiem tej czy innej partii. Z dobrego stanu Lasów Państwowych wnioskuję, że moja opinia jest słuszna.
Na koniec jeszcze drobiazg – jestemzewsi pyta się, dlaczego o zakusach korporacji urzędasów na majątek Lasów Państwowych nie mówi się w mediach. Otóż dlatego właśnie, drogi panie, dlatego właśnie! Najpierw trzeba uczynić z leśników gburów – a potem się zarządzane przez nich gospodarstwo rozparceluje i opyli. Jeśli trudno to zrobić, bo jednak ludzie głupie nie są – to trzeba chociaż ordynarną grabież wspólnego dobra,  i przyszłości naszej, przemilczeć. Najlepiej zajumać tak, żeby się nikt nie zorientował.

Polecam:
- merytorycznie:

- artystycznie
Powieść Józefa Mackiewicza „Karierowicz”, które lepiej opowiada o współczesnych bohaterach z przypadku niż "Kariera Nikodem Dyzmy", a i dość trafnie ilustruje, czego może się spodziewać po handlarzu drewnem leśnik, któremu przyjdzie do głowy oddać kontrolę nad lasem – ani szacunku, ani litości.

++++
Przywołał: M.Z.

O BYCIU "MIEJSCOWYM"



Dzisiaj krótko o fragmencie przywołanym w poprzednich wpisach – pisaniu o tym, co dzieje się wokół, tuż obok, w mojej dzielnicy czy moim mieście. Pierwotną intencją podobnych apeli jest to, by powstało coś na kształt legionu opisywaczy rzeczy, na których autorzy się znają, które nie są im obojętne, które dokonują się w zasięgu ręki. Wtedy w zakresie dziennikarstwa obywatelskiego może powstać coś unikalnego i szczerego.

Bo z zawodowcami osadzonymi w terenie i piszącymi o rzeczach, które w tym terenie się dzieją bywało różnie. W dużych redakcjach, pracowałem w kilku, chętnie tworzono działy zamiejscowe – i nie zamykano ich wkrótce po otwarciu tylko dlatego, że jak się wówczas powiadało „taka była polityczna potrzeba”. „Świat Młodych” miał na przykład swoją filię w Katowicach, w czasach gierkowskich tak wypadało i nikt tu o nic kopii nie kruszył. Specyfiką jednak żurnalistów tam osadzonych były dwie cechy: ogólnie słaba jakość nadsyłanych tekstów i paniczne unikanie miejscowych tematów trudnych. Póki pracowałem jako szeregowiec właściwie nie dotyczyło mnie to w żaden sposób. Po przejściu jednak do sekretariatu merytorycznego i zdobyciu pierwszych szlifów redaktora sytuacja zmieniła się. Trzeba było w nadsyłane korespondencje wkładać naprawdę dużo wysiłku, by w ogóle uczynić je czytelnymi i logicznymi. Ale gdy przychodziła potrzeba ruszenia sprawy godnej opisania, czy już nie daj Boże skrytykowania tak, by nikt procesu sądowego nikomu nie wytoczył – jechał w teren zawodowiec z centrali. Bo miejscowym nie wypadało, nie mogli dotrzeć do materiałów, bo natychmiast chorowali – i tak dalej.

W dziennikarstwie obywatelskim nikt nikomu za nic nie płaci – i to jest Siła! Wiem, że to brzmi nieco śmiesznie: czynić z ubóstwa niemal zaszczyt. Ale tak jest naprawdę. Ani miejscowy ani przyjezdny za cykl publikowanych w sieci swoich spostrzeżeń nie  bierze od nikogo pieniędzy, zatem wolny jest również od sił miejscowego nacisku. Nikt go z żadnego etatu nie zwolni, nie wezwie do służbowego tłumaczenia się dlaczego z wójta zrobił idiotę (choć był idiotą!), a już z jego sekretarza  nie. Potencjalna odpowiedzialność karna oczywiście istnieje, idiota jak uczy doświadczenie jest też z reguły mściwym pieniaczem – i nawet mu do łba nie przyjdzie, że najskuteczniejszą linią obrony przed na przykład pomówieniem jest zamieszczenie w ramach prawa prasowego odpowiedniej riposty. Prościej na koszt gminy ruszyć miejscowego prawnika, niż miejscowego dziennikarza. Co moim zdaniem dobrze świadczy o zawodzie tych drugich – jeszcze się jak prawnicy nie ześwinili, choć na pewno zarabiają pewnie setną część tego, co poniektórzy „mecenasi”…

Jak to ma się do opisywanych przeze  mnie portali? Te dawniej wielkie grzęzną coraz bardziej, 3Obieg i Neon24 mają w sumie parę razy mniej wejść, niż dawny Nowy Ekran. W Polakach.eu zator płucny: Wojtas właśnie zadusił ich nawałą swoich przemyśleń, reakcji mało, a jak tak dalej pójdzie to będzie jeszcze mniej. Szkoda… A mówiłem kiedyś: wystrzegać się zamordystów jak ognia! Nikt nie posłuchał. Zajęci są wszak zbawianiem świata…

M.Z.

czwartek, 2 stycznia 2014

DODATEK DO...


Właściwie to sam nie wiem do czego: czy do poprzedniego wpisu, czy do opinii, jakimi ostatnio telefoniczne się ze mną podzielono. Oj, nie dlatego, że tak bez przerwy telefonują, to działo się raczej przy okazji wymiany życzeń noworocznych, z głównym pytaniem dlaczego rok miniony opisuję tak szkaradnie. Bo był szkaradny – i tyle! Pozostał jeszcze do załatwienia cykl pytań „Dlaczego to nie ja”. O tym niżej.

Najpierw o opisywanym tam w leadzie grabieniu. Mam na myśli wzrastające czynsze, ceny i podawane motywacje tych wzrostów. Zwłaszcza to ostatnie: motywacje. Od kiedy zalegając niespełna dwieście złotych otrzymałem wezwanie do zapłaty i doliczenie do niej kosztów procesu, którego nie było – zwątpiłem czy kiedykolwiek będzie jeszcze normalnie. A ktoś pisujący takie bzdury weźmie koło i walnie się w czoło. Osoba, która rzeczone pismo widziała na własne oczy twierdzi, że istnieje jakiś cień szansy, że po prostu źle zrozumiałem pseudo-prawniczy bełkot, a intencje jego polegać mogą na straszeniu, a nie żądaniu – ale ja się głęboko z taką interpretacją nie zgadzam. Urzędowe pisma mają  być jasne i zrozumiale dla każdego adresata, nawet jeśli pisane są przez hydraulika, a nie kogoś podobno będącego prawnikiem. Jeśli jest inaczej – wywalić takiego hydraulika na zbitą mordę z powrotem do złącz i kolanek. Podobnie rzecz ma się z  tłumaczeniem tegorocznego budżetu przez tego ryżego durnia z rządu: rok temu zaplanowano deficyt 35 miliardów i było źle. A na ten rok deficyt wynosi już 50 miliardów – wiec naród ma go kochać mocniej. Aż prosi się o przywołanie starego „Kury szczać prowadzać, a nie bawić się w politykę!”. Dalej już denerwować się nie wolno, przyszedł czas oszczędzania sił na inne czynności. I tu przylatuje nieproszona myśl, za pomocą której tłumaczyłem kiedyś sąsiadowi czemu zimą paraduję w białym kożuchu o niemodnym fasonie zwanym ongiś „oficerskim”. Dlatego – perorowałem – że nie wiadomo kiedy trzeba będzie iść do „leśnych”, a twoja niebieska kurteczka z połyskiem mało się do tego nadaje. Takiś sprytny – mówi sąsiad – a co będzie jak przyjdzie odwilż i zima bezśnieżna? Nie bój bidy – ja na to – mam i skórkę baranią brązową, damy radę!

Z tymi blogerami, o których w poprzednim tekście sporo kłopot jest taki, że moim zdaniem większość z nich to nie Polacy, ale co najmniej Włosi. Ja co prawda znałem Włochów ledwie czterech – ale każdy z nich był tak nadęty własną wspaniałością, że podchodzenie doń bliżej jak na metr mogło skończyć się porażeniem prądem. I co ważniejsze w ogóle nie zamierzali się zmieniać, ba, nawet nie wiedzieli, by można było inaczej. I jeszcze golili się cztery razy dłużej, niż baba wybierająca się na bal nakładała na twarz tapetę. Do dzisiaj uważam to za zboczenie. Co tam robili przed lustrem tyle czasu? Nie mam pojęcia, więc zakładam, że podziwiali ową własną wspaniałość. Nie inaczej jest z większością Mistrzów Blogerskiego Pióra. Cedzą, cyzelują, odkrywają, klepią te swoje zmarszczki i pudrują pryszcze - i nic. Jakoś nie chce mi się wskakiwać w historię osiemnastowiecznej Anglii, w interpretacje słów proroków też nie. Tu więc autorzy tych cymesów mają zapewnione co najmniej pełne bezpieczeństwo, czeka ich długa jeszcze pisanina, widownia już śpi i nieprędko się obudzi. Dlaczego jednak kompletnie nie zachęcający niczym i do niczego Wojtas bryluje na Neonie24 – nie mam pojęcia. Widać o szczegółach nie można zbyt wiele mówić, tu mam na myśli moją obsesję opisywania tego, co znane i obok piszącego, a nie potencjalnych buntów społecznych na Andromedzie dwieście lat świetlnych przedtem. Dlaczego niby ja tego nie robię co innym zalecam? Ejże, ejże – a o czym jest to wszystko na tej stronie?

Jest więc dalej tak, że spore grupy tracą czas na te wszystkie ultra mądre pierdolety – a nie widzą, jak złodziej wyjmuje im portfel z kieszeni. Albo wymyślają nowe obszary gimnastykowania umysłów – a nie chcą porozmawiać o pewnych umiejętnościach, poniżej których nie wolno chamów wpuszczać na salony, a dyslektyków sadzać na stołeczkach korektorów. Cóż, jest jak jest i dzisiaj już widzę jasno, że swoimi niemrawymi protestami niczego nie zmienię. Przez co niejaki Ziemkiewicz z bardzo sprawnym piórem, ale mocno zdeprawowanym poglądem na coraz więcej spraw będzie błyszczał na nieboskłonie jeszcze sto lat, konkurencja wymarła. Dla niego – i braci Karnowskich, i panów Lisickich i Lisieckich. I wielu innych, co to marzą o odkupieniu willi po gangsterze w Magdalence czy Józefosławiu i podjeżdżaniu pod posesję co najmniej Bentleyem. Co z tego, że w leasingu? O wykup to się będą martwić już spadkobiercy…

Kiedyś, przy okazji „demistyfikowania” pierwszej Solidarności jej zajadli przeciwnicy – ujawnili się wiele lat później, kiedy już można było szczekać na lewo i prawo – twierdzili, że wszystkie te robotnicze bunty o kant tyłka rozbić. Bo w istocie miało chodzić o podwyżki cen kiełbasy i wódki. Bzdura! Ale spójrzcie na to dzisiaj pod tym kątem: podwyżek więcej i bardziej bezczelne, niż wówczas, a spokój taki, jakby każdy miał po milionie z Lotto. Więc macie rację, drodzy interpretatorzy, czy raczej nie  macie? Oj, oczywiście jest różnica czasów, wielkich zakładów przemysłowych już nie ma, tę dawną „klasę robotniczą” zastąpili zboczeńcy i genderyści, mniej ich, więc też i nie ma się czemu dziwić. Prywatnie twierdzę jednak, że to co dzieje się naprawdę poza kilkoma większymi miastami powoli przekracza linię wytrzymałości. Owszem, niemrawe to bunty, raczej polegające na nie płaceniu dzikich powinności – ale i tu istnieje pewna granica, poza którą nikt się już nie posunie, bo trzeba będzie zlicytować i zamknąć pół narodu, a na to po prostu miejsc w pierdlach nie wystarczy. A utrzymanie jednego więźnia też kosztuje i to wcale niemało. Ostatnie informacje mówią o kwotach idących w tysiące złotych miesięcznie. I co z tym zrobić?

Kiedyś starsi ludzie mówili, że dzień, w którym nie było widać, ani słychać ptaków od razu nosił znamię nieszczęśliwego. I takim się okazywał. Czy zauważyliście, że nie ma już dawnej nawały badań popularności tej czy innej partii? Dla mnie to są właśnie te przysłowiowe ptaki. Czy znacie kogoś, kto chciał ostatnio w ogóle gadać ze świergolącymi panienkami zadającymi przez telefon podobne pytania? Co, zaczęli kleić koperty i papierowe torby? Nie wierzę. Po prostu wycisza się coś, co dla dysponenta, tego prawdziwego, jest zwyczajnie niewygodne. Wchodzą tematy zastępcze. Najlepiej, gdy przynosi je życie: jak ostatni wypadek spowodowany przez pijanego i pewnie naćpanego kierowcę, który zabił sześć osób. Ja oczywiście nie deprecjonuje tu w żadnym wypadku rangi nieszczęścia, które spotkało ofiary. Ale dla rządu okazja wymarzona: gadać nie o złym, zbójeckim budżecie i noworocznych podwyżkach, ale o problemie, czy pijanym kierowcom zabierać samochody, czy raczej sadzać ich na sto lat. I poważni zazwyczaj blogerzy tym właśnie się zajmują…

M.Z.

środa, 1 stycznia 2014

JAKI BYŁ?



Jaki był? FATALNY. Tak, wiem jak bardzo to oczywiście arbitralne, ale podtrzymuję – mijający rok dla mnie przynajmniej był fatalny. I  nie dlatego, że przegrałem coś w karty, nie gram. Nie dlatego, że rozjechałem staruszkę na pasach, czy skrzywdziłem niewinną sierotkę – te bowiem trzymają się ode mnie z daleka. Raczej z tego powodu, że zaczęli mnie grabić i oszukiwać coraz śmielej, ponoć w majestacie prawa – wymyślając przy tym tak bezczelne, aroganckie powody, że pewnie sataniści i staliniści nie potrafili by lepiej.

Niestety jest więcej powodów dla których uważam jak uważam.

Kilkakrotnie, w różnych środowiskach blogerskich podjąłem próbę przekonania tam zgromadzonych, że po pierwsze trzeba wrócić do działań podstawowych, czyli relacjonowania tego, co dzieje się w rodzinach, małych gminach, w tych wszystkich kroplach wody, które składają się na ocean naszego współczesnego życia. Po drugie jeśli już tworzy się kawałki publicystyczne – to obowiązuje w nich krystaliczna jasność wywodu i poprawna polszczyzna, a nie smętne ględzenie z użyciem zagranicznych wyrazów. Jednym słowem trzeba wrócić do zapomnianych form, czy może para-form dziennikarskich, jak wywiad, relacja, reportaż. Rozważania cywilizacyjne i borykanie się z kolejną, rzekomo odkrywczą interpretacją Starego czy Nowego Testamentu tego nie zastąpią.

I tyleż razy, to jest właśnie kilkakrotnie spotkałem się z dzikim oporem. „Une takie są, to ich styl i znak rozpoznawczy, czego ty się czepiasz…” Co mam rzec? No kuźba ręce opadywują! Bo jaka tu możliwa kontynuacja rozmowy?

W znanych mi osobiście kręgach, kiedyś z nimi rozmawiałem i tylko te mam na myśli, praktycznie nie obsłużono żadnych lokalnie ważnych imprez patriotycznych, nie wspominam o Marszu Niepodległości, tu raczej każdy czuł się zobowiązany do zabrania głosu. Wiele razy niepotrzebnie… Nie powstała żadna struktura wspólnotowa blogerów czy dziennikarzy obywatelskich, mam na myśli grupki bez przywództwa, ale działające w oparciu o wspólny zestaw wartości godnych propagowania i powielania. Oczywiście obserwuję działania autora Cywilizacji Polskiej, zwłaszcza paroksyzmy jego apologetów – ale jak już kiedyś napisałem durnota to jakich mało, tyle że ubrana w szatki pseudo-naukowej poprawności. Dzisiaj gromadzi wokół siebie pięć, może siedem osób (pewnie przesadzam), którym oddano do dyspozycji środki nieproporcjonalnie wielkie. Po co? Wkrótce się okaże. I jasnym się stanie po co to wszystko i kto za tym stoi. Ostatnio „po naciśnięciu dźwigni” wyskoczył panslawizm. I co ja mam czynić, gdy się nim brzydzę?

Dlaczego to są wady działania blogosfery i czemu uparcie namawiam do zajęcia się lokalnymi sprawami, a nie obserwowaniem Kosmosu? Bo oto okazuje się, że więcej wiemy o jakiejś strzelaninie w szkole w Connecticut, niż o życiu codziennym w Kielcach i Suwałkach. Nikt nie ma pojęcia z czego żyje pogranicze północne, a z czego wschodnie. Polska prowincja w blogosferze nie istnieje! Nie ma jej, więc też  i nie ma wątków związanych z czymś nieskończenie mniejszym od Warszawy, czy Krakowa – ale przez to tyleż razy bardziej prawdziwym. Ktoś ma pieniądze na podtrzymywanie przy życiu sporych rozmiarów niemrawych portali – ale nie ma kilku stów na normalną delegację dla dwóch, czterech osób. To są rzeczy niepojęte! Przy czym od razu odpowiadam na wielokrotnie zadawane mi pytanie czemu sam nie kładę nóżek na stół: od trzech lat jestem bezrobotny, z ludźmi w moim wieku w mojej Ojczyźnie  nawet się wstępnie na temat pracy nie gada i zupełnie nie mam pojęcia jakim cudem nie mam długów i nie znam komorników…

I dlatego miniony rok nie był dobry. Był sto razy gorszy! Niech go szlag trafi!

M.Z.

sobota, 21 grudnia 2013

IDĄ ŚWIĘTA!



Długi czas nie pisałem – ale to wynik… mojej naiwności i małej odporności na niektóre reklamy. Mocno przeziębiony łykałem kilka dni jakieś ibuprofeny na zatoki i resztę zwłok. W telewizji pomagają. W realu już niekoniecznie. Okazało się, że wyhodowałem sobie  niezłe zapalenie płuc – i trzeba było zastosować antybiotyk. Tak, ten specyfik tak bardzo nie lubiany przez wszystkich „dyskutantów” masowo produkujący się na portalach rzekomej ochrony zdrowia. Że też durniom nie przyjdzie do tępych łbów, iż są sytuacje, w których nie ma innego wyjścia…

A tymczasem na mieście inne grane są treście… Nic nie wiem na temat kolejek, czasem widuje przez okno, że pobliska ulica nie do przejechania od rana do nocy – więc jest raczej marnie. Na portalach politycznych Ukraina powoli odchodzi w niebyt, moim zdaniem słusznie. Janukowycz okazał się lepszym graczem, niż nasi rodzimi „geniusze”, wziął od Rosji co było do wzięcia i zapał do Unii wygasa coraz wyraźniej. O naszym rządzie i wszechobecnym nierządzie mało komu chce się gadać, jest marnie, a pewnie będzie jeszcze marniej. Osobiście nie pasjonuję się już ani Monisią Olejnik, ani zapraszanymi przez nią gośćmi, bo jeśli to nie chłop do zniszczenia, to na pewno przygłupi kobieton, że tak się zapatrzę na chwilę w Witkacego. I bez znaczenia, czy ma naukowy tytuł, czy jest wyzwoloną dójką, telewizje jawne i dwupłciowe tak dobierają rozmówczynie, że z góry wiadomo kto mecz wygra. I bez znaczenia czy to Polsat, TVN czy publiczna – cokolwiek byśmy nie wybrali to i tak pasztet z lekka cuchnący i upudrowany. Jako że osłonowo do antybiotyków pożeram dodatkowe kefirki, których nie lubię jak zarazy – to trzęsie mnie z obrzydzenia na sam widok. Po cóż zadawać sobie jeszcze męki słuchowe…

Jedno pozostaje niezmienne: dyskusje na przykład o prasie prowadzone przez ludzi, którzy co prawda powołują się na jakąś swoją prasową przeszłość – ale już po drugim zdaniu widać, że sprzątanie w redakcji to nie to samo, co pisanie do opracowywanego przez redakcję periodyku. Oj dobrze, wiem, są na świecie tak genialni osobnicy, którzy wchodząc tylko w drzwi dowolnej redakcji, wszystko jedno po co, wiedzą o niej wszystko. Tyle że ja im jakoś nie ufam…

No więc z ich zeznań wynika, że tuzy dziennikarstwa prasowego, za jedno czy z lewej, czy z prawej, po prostu pogardzają czytelnikami. I zamykają się w wieży z kości słoniowej. Gdzie tę pogardę z wolna przeżuwają, w wolnych chwilach licząc banknoty, jakie im za liczne łajdactwa wypłacono. Zapewne jak w każdej plotce i w tej jest jakaś część prawdy. Sam potrafię kilku takich wskazać, znane nazwiska. Cała reszta natomiast tak naprawdę pisząc i publikując dowolny tekst NIE MA ŻADNEGO BEZPOŚREDNIEGO ZWIĄZKU Z CZYTELNIKIEM po ukazaniu się tegoż tekstu! Głosy reakcji albo w ogóle nie docierają gdzie powinny, albo są  tak wytłumione, że nie pomoże nawet specjalista od czytania słów z ruchu ust. Jedynie w Internecie reakcje zadziwiają swoją natychmiastowością i dosadnym słownictwem. Ale to taka specyfika medium, w którym złość może wylać się na autora dziesięć sekund po jego występie… Co zaś głupiego w papierowym nurcie mainstreamu Ziemkiewicz by nie powiedział – reakcja i tak zawsze będzie spóźniona. Więc coraz gorszy publicysta tradycyjnie „robi za guru”, powoli staje się to mocno irytujące.

Jakby nie liczył: czas płynie i żony powoli zabierają się do dekapitacji karpia, obierania buraków i takich tam przedświątecznych drobiazgów. Nie są to co prawda święta z dzieciństwa – ale i tak lubię tę krzątaninę. No i dzięki silnemu odkurzaczowi nie muszę pedałować pod trzepak z tym cholernym dywanem…

M.Z.

piątek, 6 grudnia 2013

GWOLI WYJAŚNIENIA



Okazuje się, że na tym przynajmniej blogu najwięcej emocji budzą wpisy dotyczące Czytelników bezpośrednio. Nie inaczej stało się z felietonem poświeconym problemowi ochroniarzy, jakich mamy za niemałe pieniądze w naszym domu. Komu służą i do czego? Czy nie mamy na ich los żadnego wpływu? A może choć na jakość pracy i zakres obowiązków? Dlaczego przetargi wygrywają firmy, które nawet po pobieżnej analizie wpisów w sieci nie gwarantują niczego? Skąd w ogóle bierze się upór urzędników forsujących takie, a nie inne rozwiązania organizacyjne?

I jak ja śmiem proponować coś, co wiąże się z nieszczęściem tego lub innego lokatora?

Proszę Państwa: wiara w to, że znam odpowiedzi na wszystkie podobne pytania jest czystą utopią. A jednak zauważyłem przed paroma laty, że treść umów podpisywanych przez ZGN Mokotów z firmami ochroniarskimi i ogląd współpracy obu tych stron prowadzi do jednego wniosku: te firmy nie służą ochronie lokatorów przed niedobrym światem. Już prędzej chronić mają urzędników przed lokatorami. I to napisałem jeszcze w roku 2007, czyli roku odpalenia tej strony! Późniejsze doświadczenia i obserwacje potwierdziły tę opinię. I nie ma znaczenia, że jako żywi ludzie lubiliśmy jednych, a nie lubiliśmy innych. To wynika przecież ze zwykłych ludzkich interakcji – mieliśmy tu pracowników życzliwych światu i lokatorom i mieliśmy takich, którzy co prawda spacerowali przed domem, ale duchem tkwili gdzieś na wsi rodzinnej i nie chcieli widzieć jak dzieciaki tego czy innego lokatora rozwalają piłką bramy garażowe czy tynki na słabych murach. Mieliśmy też ludzi interesujących się parkingiem zewnętrznym i parkującymi tam autami – mimo że to już teren, którego zdaniem tej czy innej urzędniczki strzec nie muszą. Przy okazji podobnych sporów kompetencyjnych dowodnie wyszło to, co dzisiaj można nazwać stosunkiem tych urzędników do lokatorów. W skrócie jest to mieszanina pogardy i lekceważenia: mamy płacić bez mrugnięcia okiem i nie gadać za dużo. A prawdziwi władcy krainy sami ustalą co odpowiada nam, płatnikom – i im, konsumentom naszych pieniędzy.

Przetargi organizowane co roku na nową, pewnie w założeniu tańszą firmę ochroniarską ogłaszane są na oficjalnej stronie ZGN-u – i tam po jakimś czasie można przeczytać co ustaliła komisja przetargowa i ile punktów przyznała każdemu uczestnikowi tego postępowania. Z tego łatwo da się wywieść wniosek, że jednak jakieś postępowanie się toczy, że ktoś ocenia wiarygodność czy moce uczestników tych zawodów. Czy więc było by wielkim nadużycie zadanie pytania jak to ma się do opinii, które wobec aktualnych zwycięzców przetargu zamieszczają byli pracownicy tej firmy? I co jest w sieci dostępne za dwoma, trzema kliknięciami myszki? To wbrew pozorom nie jest żadna dodatkowa robota, którą chciałbym narzucić nieznanym z imienia i nazwiska członkom komisji. To jest po prostu działanie proste i skuteczne, możliwe do wykonania mniej więcej w piętnaście – dwadzieścia sekund. Być może to zresztą uczyniono – ale ktoś, kto spotyka się z bezzasadnym oskarżeniem ma prawo wygłosić mowę obrończą i przekonać komisję, że to wszystko bzdury i pomówienia. Uniwersum mogło by wygłosić płomienną mowę dowodzącą, że ich zapity na śmierć pracownik w istocie zmarł na zawał serca i wódka nie ma tu nic do rzeczy. Czy tak się stało? Nie wiem. Wiem natomiast, że o innych uczestnikach przetargu złych opinii w sieci NIE MA, złych z nimi doświadczeń też nie. I dlatego czuję się uprawniony do postawienia tezy, że gdybym sam miał wybierać pomiędzy firmą o złej opinii i firmą bez złych wpisów czy konotacji, zaś różnica oferowanych stawek osobo-roboczo-godziny to ledwie dwa-trzy grosze – to na pewno tej ze złymi wpisami nie dał bym maksymalnej ilości punktów. No ale jak widać stało się inaczej…

Co do zasadności częstowania nas kosztami wynikającymi z bliżej nie umotywowanej konieczności tolerowania w tym domu ochroniarzy – wypowiadałem się tyle razy na ten temat, że nie czuję potrzeby robienia tego po raz kolejny.

O rzekomych nieszczęściach jakichś bliżej nieznanych mi lokatorów: cóż mogę poradzić na to, że nie lubię "zapobiegliwych" i nie mam ochoty pochylać się nad nimi troskliwie?...

M.Z.

środa, 4 grudnia 2013

GANGSTA-BLUES



Od cywilizacji, przez racje stanu, po… no właśnie, co? Harce szaleńców w krzakach? Cierpienia dołów społecznych, przynajmniej w zakresie stosunku do własności? Nikogo nie interesujące drobiazgi bez znaczenia dla wielkiej polityki i cywilizacyjnych zagrożeń? Hola, hola, mili Państwo: jeśli jak powiadają diabeł upodobał sobie szczegół, siedzi w nim z satysfakcją – to i mnie wolno do tego szczegółu się odwołać. Dzisiaj o ochroniarzach w jednym z mokotowskich domów. Owszem, rozpustnie mamy takich. Niestety dla wielbicieli kina akcji niedobra wiadomość: nie będzie o supermanach.

Od wielu lat nasi ochroniarze to zbiór postaci co najmniej barwnych, niezależnie od firmy, która ich zatrudniała, a którą to ZGN Mokotów wynajmował za coraz  mniejsze pieniądze. Przy czym zauważoną po niemal 10 letniej praktyce współpracy z nimi prawidłowością jest ta, że im mniej owa firma dostaje od ZGN-u i mniej płaci swoim pracownikom – tym gorszych ekscesów z ich strony mogą spodziewać się lokatorzy. Mieliśmy więc w podziemiu klatki I tanich i prawdziwych śmierdzieli ze spółki Uniwersum, jeden z nich zapił się zresztą na śmierć. Mieliśmy apodyktycznych durniów pokrzykujących na lokatorów, a zwłaszcza lokatorki. Damy opalające się na skrzyni z piaskiem naprzeciw frontonu budynku i eksponujące przeterminowane wdzięki nie kryły, że „poszukują sponsora” i ta wystawa służy zdobyciu rzeczonego. Mieliśmy zmęczonych życiem facetów, którzy wędrując z jednego dyżuru na drugi przesypiali u nas ponad połowę doby. Menażeria kilkudziesięciu kiepsko umundurowanych osobników  płci obojga kryła oczywiście pomiędzy sobą także ludzi porządnych, pracowitych i życzliwych otoczeniu. Rzadko bo rzadko – ale zdarzało się…

Zasada przetargu publicznego, dzisiaj już tylko w formie elektronicznej, przeczy niestety intencji dawnego ustawodawcy, że za jak najmniejsze publiczne pieniądze mamy mieć coś najlepszego. O ile w ogóle chcemy to mieć, uważamy to za niezbędne i bardzo, bardzo potrzebne… W tym miejscu aż prosi się, by dodać, że właściciele firm ochroniarskich zarabiają ZAWSZE - i zawsze mniej więcej taką samą kwotę. Mniej za to dostają ich ludzie. Kiedyś było to 5,50 zł za godzinę, ostatnio już tylko 3,97. Wygrywa z reguły firma „krzak”, wystarczy uruchomić internet tylko na pięć minut, by dowiedzieć się wszystkiego. Wygrywa nie  mając często nawet połowy koniecznej obsady osobowej. Gdzieś od połowy grudnia trwa istna łapanka na ludzi, którzy poznali miejsce i jego specyfikę, bo tu przepracowali co najmniej rok – i być może rzucając starego pracodawcę przejdą do nowego. Część w rzeczy samej przechodzi. Zawsze ze stratą finansową. Lokatorzy w jakimś sensie cieszą się z tych „adopcji” – starzy wyjadacze wiedzą jak skutecznie pomóc, jak szybko wezwać ekipę do odblokowania windy stojącej między piętrami, jak naprawić wrota wjazdowe do garaży i tak dalej... Niektórzy uchowali się i pięć lat zmieniając kolejnych pracodawców . No ale i na nich przyszła „kryska”…

Po co nam to wszystko? System alarmu przeciwpożarowego ponoć automatyczny. Wrota wjazdowe do garaży rozbijają piłkami dzieci miejscowych. Nikt nas, lokatorów nigdy nie pytał czy w ogóle chcemy płacić za ochroniarzy. W obfitej korespondencji na ten temat mam i takie kwiatki, w których jak byk stoi, że to nie mój, lokatora, interes - ponieważ płaci Miasto, nie ja. A w związku z tym żadnych sugestii, żadnych żądań, milczeć i nie zawracać urzędolnikom gitary… Co uprzejmego a dosadnego można odpowiedzieć takiej przygłupiej funkcjonariuszce? Że nie istnieje coś takiego, jak transport świeżo wyprodukowanej gotówki do niej prosto z Marsa?

W roku 2014 nastąpi kolejna zmiana. Wygrywająca firma zaoferowała stawkę 7,35 z VAT-em za osobę w ciągu godziny. Ponieważ na dyżurze jest zawsze dwóch pracowników można przeprowadzić działanie 7,35 x 2 x 24 = 352,80 zł. A że dób w roku mamy jak by nie liczył 365 – mnożymy 352,80 zł x 365 = 128 tysięcy 772 zł. Ponad DZIESIĘC TYSIĘCY miesięcznie (10.731). I to już robi pewne wrażenie, prawda? Tyle płacimy za ludzi, którzy zgodnie z treścią standardowej umowy są niczym więcej, jak tylko zbiorowym dozorcą – pilnującym w istocie interesów nie lokatorów, ale administratorów. Ile z tego bierze właściciel firmy ochroniarskiej – a ile trafia do samych ochroniarzy? O, mili Państwo – to już zależy od oczekiwań właścicieli tych firm. Dla ułatwienia dodam, że nie są one małe. Zaś o ostatnich zwycięzcach można w sieci wyczytać tyle, że potrafią nie płacić swoim pracownikom i po dwa miesiące. Z całą pewnością będzie więc wesoło…

Kto i kiedy ustalił, że najpilniejsza polską potrzebą jest stworzenie Straży Miejskich? Wytrwali zapewne są w stanie dojść do tego, nie wiem ile sejmowych protokołów trzeba przewalić – ale rzecz możliwa jest do ustalenie. Kto i po co zdecydował aby byłym „resortowcom” (inni firm ochroniarskich nigdy nie zakładali) za minione już utrwalanie socjalizmu płacić wyżej opisany haracz? Może jest gdzieś mądry, który to wie. Ja w każdym razie tej roboty nie odwaliłem – i nie wiem. Tak czy siak: to nie moi administratorzy, ale my, lokatorzy podobnych przybytków „miejskich” odczuwamy w kieszeniach wzmożone ssanie. Płacimy coś na kształt myta zbójom czającym się obok drogi. I nie mamy prawa do protestów. Ktoś wie lepiej co dla nas dobre i właściwe – a co nie. Ktoś wie też, że resortowe emeryturki najwyraźniej nie wystarczają na zakładanie dynastii i rodów, dojenie kasy z powietrza się nie udaje – więc trzeba tego czy owego wspomóc.

Tylko dlaczego do jasnej cholery znowu za moje?

M.Z.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

UWAGA! "MYŚLICIELE" ATAKUJĄ!!



Wiele miesięcy temu napisałem, że facet, który nieporadnie nazwał produkt swoich przemyśleń mianem Cywilizacji Polskiej nie gwarantował moim zdaniem stosownej rzetelności w podejściu do problemu. Podtrzymuję! Gdy w portaliku Polacy.eu.org (tam się to wszystko urodziło) sprawa po wstępnych grzmotach powoli zamierała - w innych, zdecydowanie większych i bardziej żywych portalach autor CP dorobił się kilku określeń, z których „kuchenny filozof” (nie, nie mój!) okazało się najłagodniejszym. 

Niewielu pewnie pamięta, że pierwsze „wyplucie” teorii CP skończyło się w formie dyskusyjnej na deklaracji autora polegającej w skrócie na tym, że nie chodzi o żadną tam polskość, ale o uniwersalny panslawizm. Burza, awantura, kilka miesięcy spokoju i przyczajenia. A później po reaktywacji szczątków Nowego Ekranu (Neon24) nowe natarcie: już w postaci kompletnej zakładki nazwanej Polska Racja Stanu. Zarządza nią nie kto inny, jak Krzysztof Wojtas. Tak, tak, ten od Cywilizacji Polskiej… 

Autor, który na wstępie swoich rozważań przyjmuje wobec Czytelników postawę apostoła, który wprost twierdzi, że można przyjąć go gościnnie wyłącznie na jego warunkach – nigdy odrzucić – naraża się co najmniej na spore ryzyko. W związku z tym opiniując kolejny jego krok, gdzieś tam, już nie pamiętam czy nie tutaj, napisałem, że jestem w stanie znieść każdą teorię poddaną publicznemu oglądowi, ale żadnej nie będę czcił jak nowej Biblii. Zwłaszcza że oważ napisana jest cokolwiek po sztubacku, zawiera istotne błędy natury filozoficznej i interpretacyjnej, zaś na codzień jako propozycja publicystyczna jest po prosty słaba. Furia w odpowiedzi i towarzyski ostracyzm. OK., mało mnie takie fochy interesują, a już zupełnie nie bolą. Chcesz bratku brylować na parkiecie i nie przyjmujesz do wiadomości, żeś kulawy – twój problem. Portalik Polacy.eu.org (tam się to wszystko zaczęło) nieco spuchł z powodu ostrej dyskusji pod kolejnymi odsłonami dramatu, później przyjął do wiadomości odejście Wojtasa, potem wpakował na swoje łamy teoretyków masonerii i libertarianizmu. Dzisiaj to wszystko jest już nie do zniesienia. 


A tymczasem na mieście inne były już treście… Po rozpadzie Nowego Ekranu na 3Obieg i Neon24 uchodźcy z Polaków.eu w tym drugim jakimś cudem wymościli sobie zupełnie mocną pozycję. Co najmniej jeden z nich dogadał się z Ryszardem Oparą, właścicielem Neonu – i tak powstała zakładka Polska Racja Stanu. Dowództwo zakładki objął… Krzysztof Wojtas. I jak to ma w zwyczaju spisał listę własnych praw, obligatoryjnych dla autorów chcących się w ogóle wypowiadać. Pewnie „prawa Wojtasa” nie należą do szczególnie bolesnych w stosowaniu – na pewno jednak przeczą zasadom stosowanym dotychczas w portalach stricte politycznych. Otóż po pierwsze dyskutantom nie wolno skrywać się pod pseudonimami, tu Wojtas dzierży pełnię władzy. Po drugie rzecz jasna tak mają śpiewać, jak dyrygent każe…


Czy chcącym dzieje się coś złego? I tak i nie. Na prostej zasadzie: chce ktoś być kopany, częstowany bzdetami wynikającym z totalnego niezrozumienia podstaw filozofii, chce czytywać produkty napisane chropawym, a często nieznanego pochodzenia językiem – jego problem i ból. Na dłuższą metę może się jednak okazać, że z Wojtasem jest jak zdaniem Michalkiewicza z Wałęsą:
kto go słucha sam sobie szkodzi…
 
Poważnie: szkodzi! Proszę przeczytać to oto wprowadzenie:
„…W zasadzie jako następna miała być inna notka. Jednak być może właściwszym będzie przedstawienie programu dochodzenia do PRS na "kilka kroków" w przód. To pozwoli przygotować się czytającym i dyskutantom do przyjęcia tych treści…”
Nie komentuję. Tyle jednak powiem, że nie wiem „co poeta miał na myśli”. Od wizjonerów można spodziewać się  precyzji wywodu. Tutaj go po prostu nie ma. To  jest model przemawiania do małych, nieco opóźnionych w rozwoju dzieci. Dalej jest równie ciekawie: 
„…Jak pisałem - żadnego utajniania. Wszystko na widoku i wszystko poddane ocenie. Także krytycznej.
Także, jeśli wola i chęć, do przedstawienia alternatywnych rozwiązań, a być może i idei…”
 
Tu już nie bardzo potrafię powstrzymać się od komentarza. Krotko i od końca zaczynając: po co mi zakładka Wojtasa gdybym miał ochotę przedstawić własną spójną wizję polskiej racji stanu? Skąd ta bezbrzeżna arogancja autora niezbyt ciepło i szeroko przyjętej propozycji Cywilizacji Polskiej – z której to arogancji wynika wprost, że tylko on jest w stanie temat poprowadzić lub co najmniej opanować? I na koniec: czego dotyczy passus o utajnianiu? Co tu do cholery może lub nie  może być utajniane, panie W.?

Po co mi te wszystkie opisy działania ludzi… powiem „specyficznych”, bo nie chciałbym popadać w zbytnią dosłowność? Ano po to, by dokładniej niż w poprzednich tekstach (a zajmowałem się tym niemało…) pokazać w jaki sposób odwraca się ludzką uwagę od rzeczy bieżących, zmusza respondentów do prac, których w rozsądnym towarzystwie nigdy wykonywać by nie musieli, w jaki sposób kanalizować, a następnie blokować rozmowy. Powiada oto „zarządca” tematu, że istnieje „…potrzeba znalezienia odniesień głębszych, filozoficznych dla tej idei…” – ale sam niczego podobnego nie czyni. Czemu ma służyć deklaracja, że „…Nie ma jednej filozofii - przynajmniej w realiach rzeczywistości. Są różne ujęcia, które w długotrwałym procesie wytworzyły różne systemy filozoficzne. Z kolei te systemy , poprzez odmienne ukształtowanie rozumienia wartości, spowodowały powstanie odmienności cywilizacyjnych…” To jest figura ad absurdum – czyli po ludzku sprowadzanie wątku rozmowy do roztrząsania co było pierwsze, jajo czy kura.

Wojtas działa tym razem wspólnie z grupą osłonową, Spirito Libero to tylko jej wierzchołek. Samo śledzenie kto, co i kiedy – to zajęcie praktycznie  uniemożliwiające jakąkolwiek inną robotę. Przeciwnicy Myślicieli irytują się tedy – i jest to właściwie jedyna słuszna postawa. Padają mocne słowa, odbywają się jakieś słowne pojedynki, śmieszne, ponieważ nawet celnie trafiony pierwsze co czyni to wstaje i oznajmia urbi et orbi, że właśnie zwyciężył Ciemność. On, znawca Ksiąg Wszelakich, wszystkich encyklik, komentator Konecznego i właściwy interpretator jego pokrętnych i niejasnych myśli... W mniejszych portalikach, powiem wprost, że dysponujących kadrą o bardziej ograniczonych umiejętnościach intelektualnych, zapada „wyniosłe milczenie”. Od czasu do czasu przerywane enuncjacją Zwolennika Masonerii, który wojtasowy tekst rodem z zakładki PRS wycenia na pięć gwiazdek. Nie za jakość, której prawdopodobnie sam nie jest w stanie zmierzyć – ale „za podjęcie tematu”. Ciekawych, CHOLERA, czasów dożyliśmy…

M.Z.