piątek, 21 grudnia 2012

Lewizna rządzi, lewizna radzi, lewizna...




…chętnie was poprowadzi… Najpierw tytułem wprowadzenia: to się tyczy mojej „ulubionej” przed laty lewaczki. Kiedyś Voit z Salonu24, dzisiaj Anna Grzybowska z mazurskiego portalu obserwator.org. Dama z recyklingu, której tak bardzo przeszkadzały krzyże na Krakowskim Przedmieściu po 10 kwietnia 2010 i która wyła z radości, gdy banda podpuszczonych pijanych szczyli i gównozjadów siusiała do umieszczonych pod krzyżem zniczy. 

Lewacki orgazm na wieść o istnieniu takiego indywiduum, jak niejaki Taras, sztucznie przez lewiznę wykreowany nowy „bohater spontanu, luzu i politycznej rozwagi”? Być może. Zbyt obrzydliwe, by kontynuować orgazmiczne rozważania. Od kilku lat stworzenie owo prowadzi portal bazujący na pewnej pustce intelektualnej i wszelkiej innej, jaka wśród urzędników i lokalnych „elit” panoszy się na Mazurach. Oto przedświąteczny numer lewaczki, w całości i z zachowaną oryginalną pisownią, oryginał znajduje się tutaj http://obserwator.org/index.php/nowiny/1-nowiny/18724-nie-lubi-wit :

środa, 19 grudnia 2012 17:58
Nie lubię świąt
Święta za kilka dni, a ja Świąt mnie lubię. Wkurzają mnie kolędy w sklepach i świąteczne wyprzedaże. Cieszy się za to mój Syn, który do dzisiaj wierzy w Mikołaja.
Czego najbardziej nie cierpię? Żywych karpi. Nie mogę patrzeć na to, jak w męczarniach zdychają, usiłując złapać oddech. To jest jakaś makabra. Dzisiaj sama kupowałam taką żywą rybę - dostałam młotek i zabiłam ja na miejscu. Wolę szybka śmierć od powolnego konania.
 Kolejną rzeczą są żywe choinki. Patrzę na takie drzewko z nostalgią. Ktoś je ściął i zaniósł do domu. Za chwilę się osypie i wyląduje na śmietniku. Jaki w tym sens?
ag

Świat według sowieckiego umysłu… Właściwie nikt nie powinien sobie tym głowy zawracać, gdyby nie malutkie „ale”: tacy ludzie degenerowali pokolenia, tkwili u steru agenturalnych rządów, marnowali ludzkie istnienia i życiorysy. Dzisiaj gdzieś na zadupiu, bez szans na urzędnicze kariery i ciepłe synekurki – ale kręcą, judzą i przemawiają dalej. Wskazują i przewodniczą. Ile to wszystko warte – zdecydujcie sami. Przy okazji zwrócę tylko uwagę na najdramatyczniejsze zawarte w cytacie zdanie, fragment o karpiach. Ruciano-nidzki „geniusz” dziennikarstwa „nie do kupienia” lituje się oto nad nieszczęsnymi rybami. I co czyni? Wali młotkiem w łeb. To kwintesencja wyznawanej doktryny, która damie wyrwała się zdaje przypadkowo. Dajcie teraz temu stworzeniu władzę. Któregoś dnia zapewne zauważy panoszącą się dokoła bidę i bezrobocie. Ulituje się nad nimi. Jak? 

A to już dopowiedzcie sobie, drodzy Czytelnicy, sami.

M.Z.

wtorek, 18 grudnia 2012

Różności



Porobiło się ostatnio tak, że albo zbyt wiele informacji do obrobienia, albo brak myśli przewodniej to wszystko ułatwiającej – ale faktem jest, że nie pisałem zbyt wielu tekstów własnych. Przy okazji trudno się jakoś porozumieć z innymi, sprawa obcej autorki z poprzedniego wpisu jest tu najdoskonalszym przykładem. Wiem, podobne kłopoty mają też inni, choćby portal „Polacy.eu.org” do którego kiedyś pisałem. 

Między nami mówiąc częścią winy obarczył bym niestety jego właściciela, tekst, który spowodował tam semi-rewolucję nie był zbyt jasny i nieco pachniał prowokacją. No więc „sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”… Nie to co ja: nie chce mi się to nie piszę. Potem się tłumaczę – ale sądów nijakich tu nie ma, sam się przecież na pudło nie będę skazywał.

Okres przedświąteczny zwykle politycznie bywał u nas spokojny, publika w skupieniu oddawała się grabieniu supermarketów, w tym roku niestety tak nie jest. Tylnymi drzwiami ten cholerny rząd usiłuje wprowadzić nam pakt fiskalny, co oddaje sterowanie finansami do Brukseli, znowu rusza sprawa cenzurowania Internetu, dla zasłonięcia tych tajnych działań gada się o zwrocie wraku smoleńskiego. Dziennikarze obywatelscy ucierpieli jak nigdy przedtem: a to jednemu spalono dom wraz ze znajdującymi się tam psami, innego aresztowano na sali sądowej za jakąś dętą sprawę, zabrano komputery rzekomo do analizy, na rynek sieciowy weszli niezbyt moim zdaniem udani autorzy papierowych wydawnictw, sieciowcy zasilili za to papier, ale już widać, że idzie im niesporo. No cóż, z  piachu jak powiadają bicza nie ukręcisz, pisałem już dawno, że taki facet nie nadaje się do niczego innego, jak reedukacji – a tu masz babo placek, znajomy Długi Romek uczynił zeń redaktora naczelnego. Podobno - jak było naprawdę nikt „nie wskazany” nie wie. Selekcja negatywna ma się jak najlepiej… Z nieba poleciało mnóstwo śnieżnego puchu, zasypało kompletnie i przykryło, może nawet tak jest lepiej, idą prawdziwie zimowe Święta i tego całego świństwa jakiś czas nie będzie widać.
 
Przyszła też niestety Pani Śmierć i na pewno nie był to zbiorowy samobójca. Umarła moja mama, wczoraj kolega zawiadomił mnie o śmierci swojej. Nie czynię z tego przedmiotu publicznej analizy, tu zdecydowanie nie jestem ekshibicjonistą. Szkoda tylko taka, że było do obgadania jeszcze tyle rzeczy… Nie zdążyliśmy. Trzeba będzie z tym żyć dalej. Martwieją domy, w których spędzaliśmy dzieciństwo, zostaje tylko pamięć i imaginacja. Ale to też wiele...


Na pocieszenie mam fotkę moich wnuczek, które parę tysięcy kilometrów dalej też przygotowują się do Świąt. Wierzę, że ich Mama, a moja córka zadba o to, by były to dobre Święta… Zasłużyły dziewczyny na takiego Mikołaja, o którym nikomu się przedtem nawet nie śniło...



 M.Z.

fot. National Geographic i archiwum autora





sobota, 15 grudnia 2012

A w finale...

... tak zwana "męska decyzja". Głupie określenie - ale niechaj już zostanie. Rzecz dotyczy felietonów P. Małgorzaty Todd. Podobają się Państwu? OK, mnie też. Dlatego przez kilka tygodni zająłem się ich zamieszczaniem - chociaż jako żywo na macierzystej stronie P. Małgorzaty ani jednego nie znalazłem. Dziwne? Ale prawdziwe. Nie spotkałem się z najmniejszą reakcją Autorki na formę tych publikacji, ich ilustrowanie itd. Do dzisiaj żywię przekonanie, że tzw. dziennikarstwo obywatelskie między innymi polega na wzajemnej wymianie tekstów, uwag, propozycji, można dalej w nieskończoność przywoływać opcje do zastosowania. Tu nic takiego się nie dzieje. Cisza. Głuche milczenie.

Zatem kończymy z klaką, nie mam ochoty bawić się dalej w propagatora cudzej twórczości. Adres oryginalnej strony P. Małgorzaty już Państwo znają, kto chce - zajrzy . Myślę Pani Małgorzato, że zrobiłem dla Pani sporo, u mnie co prawda rzadko pojawiają się komentarze - ale przecież istnieją inne próbniki przy pomocy których bada się feedback, rezonans czy jak to tam nazwiemy. Daję słowo - był zadziwiająco duży. Tyle że... Tyle że to mój blog, moja strona, moje interesy i moja cierpliwość. Właśnie wyczerpana. Z ukłonami pozostaję!

M.Z.

piątek, 14 grudnia 2012

Sympatia do Polski

Szanowni Państwo!

     „Zawsze byłem stronnikiem polskiej idei, nawet wtedy, gdy moje sympatie opierały się wyłącznie na instynkcie. Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i rzec mogę wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski. Nauczyłem się oceniać ją na podstawie tych nienawistnych sądów i metoda okazała się niezawodną.”
Gilbert Keith Chesterton
 
      Nie wiem jak Państwo, ale ja chciałabym zasługiwać na dobrą opinię o Polakach wyrażoną przez znakomitego angielskiego pisarza.
 Do następnej soboty. Pozdrawiam
Małgorzata Todd   www.mtodd.pl
 
Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Sprawny aparat ścigania
 
Występują: Grasow czyli w skrócie Gras, Konsultant

Konsultant – Wania Jozefowicz prosił podziękować.
Gras – Nie ma za co. Student zasłużył sobie.
Konsultant – Były jakieś komplikacje?
Gras – Lekarz wygadał się rodzinie, że znalezione w Wiśle ciało było bez obydwu nerek.
Konsultant – I co?
Gras – Nic. Mamy zdolnych śledczych.
Konsultant – Chwila. Tu nie trzeba nikogo zdolnego. Byle głupek doszedłby po nitce do kłębka.
Gras – Właśnie! Dlatego potrzebny był sprawny aparat ścigania do dokładnego pozamiatania. Najważniejsze, że przeszczep się udał.
Konsultant – Dobrze, że media nie podjęły wątku.
Gras – Nich by spróbowały. Są już wytresowane. Jeśli zajmują się policją, lub tym co na wokandzie, to piszą raczej o procesie gospodyni wiejskiej, która skarży załogę balonu lądującego na jej na pastwisku za zniszczenie skrawka trawnika i cierpienia psychiczne jakich mogły doznać pasące się konie na widok wehikułu.
Konsultant – Aha. A co z tym kolejnym świadkiem od sprawy Smoleńskiej?
Gras – Rutyna.
Konsultant – To dobrze, ale pamiętaj w razie jakichś trudności przy kolejnym zabójstwie zawsze możecie przysyłać do nas obu.
Gras – Jak to obu? Na co wam denat?
Konsultant – Nie zrozumiałeś. Samobójstwa, jak sami zauważyliście, mogą się znudzić. Dobrze, że tym razem jest zabójca i rozumiem, że do śledztwa nie dożyje?
Gras – Jasne.
Konsultant – Najlepiej od razu wytypować dwóch nieznanych sprawców: prawdziwego i podstawionego. Po robocie obydwu możecie przysłać do Moskwy.
Gras – Jak to do Moskwy? Na Kreml?
Konsultant – Jednego na Kreml, drugiego na Łubiankę. No, chyba, że ten pierwszy jeszcze się przyda jako „seryjny samobójca”.
 
KURTYNA

piątek, 7 grudnia 2012

Przed wizytą na Ikara - ale najpierw...


...zagadka psychologiczna

 

Szanowni Państwo!
 
     Od przeszło 2 lat nurtuje mnie pewna zagadka psychologiczna i mam nadzieję, że ktoś z Państwa pomoże mi ją rozwikłać.
 
      Jak zachowuje się człowiek, którego wróg właśnie zginął? Człowiek kulturalny jest powściągliwy i zachowuje kamienną twarz. Człowiek prosty, bez zwykłej ogłady towarzyskiej zachowuje się jak Komorowski na lotnisku czekając na przylot trumien 96 ofiar, czyli tryska dobrym humorem. 
 
     Natomiast okazywanie złości przy takiej okazji zdaje się być całkiem niezrozumiałe. A jednak. Miałam znajomych o odmiennych od moich poglądach politycznych, ale nic konkretnego z tego nie wynikało, aż do 10 kwietnia 2010 r. Nagle  niektórzy z nich napadli na mnie, jakbym była co najmniej dealerem odmawiającym działki biedakowi na głodzie narkotycznym. Rozumując racjonalnie, powinni odczuwać co najmniej ulgę z powodu śmierci znienawidzonego człowieka. Otóż nie, zupełnie nie.
 
     A może to jakiś rodzaj nałogu? Tytoń, alkohol, narkotyki i seks nie wyczerpują listy uzależnień. Mało kto skłonny byłby przyznać, że jest uzależniony od uczuć i to wcale nie tych uważanych za przyjemne. Jeśli nienawiść działa jak narkotyk, to człowiek uzależniony od niej nie myśli trzeźwo. A jego wściekłość jest spowodowana utratą podmiotu nienawiści.   
  
     Nauczono nas słownego schematu, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ale kto i jakie profity mógłby czerpać z nienawiści? Na tytoń i alkohol jest monopol państwowy; narkotyki i prostytucja przynoszą krocie, ale trzeba być w „branży”. A jakie korzyści można mieć z siania nienawiści? Takie, jakie się ma z posiadania rządu dusz.
 
     A może po prostu mamy do czynienia ze zwykłymi wyrzutami sumienia, które pojawiają się niezależnie od woli cierpiącego na nie? To nie do końca uświadomione mniemanie, że to właśnie ta bezpodstawna nienawiść pochłonęła ofiary 10.04.2010 r?

            Do następnej soboty. Pozdrawiam
 Małgorzata Todd   www.mtodd.pl
 
 
Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt. 

Wspólny dom
 
Występują: Ona, On, Narrator.
Ona Po ukończeniu gimnazjum w 1928 r. podjęłam studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Warszawskiej, będąc tam jedyną kobietą. W 1934 r. przeniosłam się na studia ogrodnicze w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, które ukończyłam w 1938 r.
On Przed wojną uczęszczałem do gimnazjum prowadzonego przez zakon Marianów na warszawskich Bielanach.
Ona Po zajęciu przez Polskę Zaolzia w październiku 1938 r., przeniosłam się wraz z rodziną do pasa przygranicznego, gdzie na zlecenie polskich władz organizowałam punkty sanitarne, wspomagałam uciekinierów z Czechosłowacji i współpracowałam z wywiadem.
On W 1939 wraz z rodziną przenieśliśmy się na Litwę, a po aneksji tego kraju przez ZSRR w 1940 zostałem zesłany na Syberię.
Ona Po wybuchu II wojny światowej wróciłam do majątku rodziców w Pawłowicach w powiecie grójeckim, gdzie zmagazynowałam część broni wywiezionej z Warszawy oraz zorganizowałam rusznikarnię i druk fałszywych dokumentów.
On Po nieudanej próbie dostania się do Armii Andersa, ukończyłem szkołę oficerską w Riazaniu i zostałem skierowany do 2. Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego jako dowódca plutonu zwiadu.
Ona W 1940 r. zostałam zaprzysiężona do Związku Walki Zbrojnej. Współpracowałam z Biurem Informacji i Propagandy komendy warszawskiego okręgu AK, pisywałam do Biuletynu Informacyjnego. Gdy w 1942 r. Niemcy zarekwirowali majątek w Pawłowicach, zamieszkałam w Warszawie, współdziałając z jednym z oddziałów bojowych Kedywu.
On Jako pomocnik szefa sztabu 5. Pułku Piechoty ds. zwiadu, przeszedłem szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego.
Ona Od końca 1943 r. kierowałam nowo utworzoną na obszarze warszawskim AK Komendą Społecznego Komitetu Antykomunistycznego – tzw. departament „R”. W czasie powstania warszawskiego prowadziłam nasłuchy radiowe w trzech językach dla Komendy Głównej AK. Byłam też łączniczką i sanitariuszką, w trakcie walk zostałam ranna.
On W marcu 1946 roku aktywnie uczestniczyłem we wspólnej akcji z UB i MO we wsi Hestynna koło Hrubieszowa, gdzie aresztowano 10 aktywnych członków nielegalnej organizacji Wolność i Niezawisłość (WiN) za kolportaż ulotek i proklamacji wrogich rządowi Polskiemu i Radzieckiemu.
Ona Po wojnie początkowo ukrywałam się w miejscowości Świder pod Warszawą, a w listopadzie 1946 r. zbiegłam do Wielkiej Brytanii. Do Polski powróciłam na krótko w 1947 r. wraz ze zleconą mi  misją kurierską. Pozostałam na emigracji, w latach 50-tych ukończyłam Szkołę Sztuk Pięknych w Londynie.
On – W latach 1950–1952 brałem udział w zajęciach dwuletniego Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu, które ukończyłem z oceną bardzo dobrą.
Ona Przez cały czas działałam aktywnie w organizacjach emigracyjnych. Zainicjowałam utworzenie Funduszu Inwalidów AK im. gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, którym kierowałam w latach 1949-1995. Byłam wiceprzewodniczącą Zarządu Głównego Koła AK w Londynie oraz redaktorką jego „Biuletynu Informacyjnego”. Dokumentowałam powstanie warszawskie, akcje AK i Szarych Szeregów.
On W 1956 awansowałem jako najmłodszy w korpusie oficerskim do stopnia generała; w październiku tego samego roku, jako jedyny polski generał, opowiedziałem się za pozostaniem marszałka Konstantego Rokossowskiego w LWP.
Ona W latach 80. prowadziłam akcję propagandową i charytatywną na rzecz „Solidarności”, wygłaszając prelekcje po całej Wielkiej Brytanii.
On – Nie wiem kto to jest Ślepowron Glizdousty i co miałby wspólnego z Wojskową Radą Ocalenia Narodowego.
Narrator – Co tych ludzi mogło łączyć? Wspólny dom? Właśnie! Ale bynajmniej nie w przenośni. On po prostu zawłaszczył jej dom na Mokotowie, w którym spokojnie sobie mieszka. Kim jest ona? To Halina Martinowa. A On? To zdrajca narodu polskiego nie wart by jego nazwisko wymieniać.
 
KURTYNA 

---------------------------------------------------------------------------------------------
 Przywołał: jak zwykle M.Z.
Foto:  experto24.pl i fakty.interia.pl


niedziela, 2 grudnia 2012

Ch...ojaczek po raz wtóry



Niemal dokładnie rok temu w tekście http://mcastillon.blogspot.com/2011/12/chojaczek.html opisywałem wrażenia po oglądzie rzekomej choinki, jaką ktoś wyjątkowo durnowaty ustawił (lub kazał ustawić) pod Zamkiem Królewskim. W tym roku stanąłem w tym samym miejscu, wycelowałem obiektyw i zrobiłem zdjęcie. Durnowaty najwyraźniej dalej na urzędzie, warszawski krajobraz szpeci dokładnie taki sam „Samotny Bolec”. Jedyna różnica polega na tym, że AD 2012 problem chu… pardon, cho-jaczka opisują też inni blogerzy. Tylko co mi z tego… Śmieć to jest śmieć, nawet jeśli sama Bufetowa uważa go za coś pięknego. Niech to cholera!!!

M.Z.
Fot. autora

sobota, 1 grudnia 2012

KOCHAJMY SIĘ?


Jak co sobotę: P. Małgorzata Todd. Tak, oglądałem i ja ten odcinek serialu, na bazie którego Autorka poczyniła poniższe uwagi. I także sądzę, że ma to wszystko daleko bardziej uniwersalne znaczenie, niż opinia wyrażona względem jednego tylko filmowego odcinka. Polecam!


Polityka miłości
 
Szanowni Państwo!
     Osobę kierującą się uczuciami łatwiej jest namówić, niż przekonać. I odwrotnie, kogoś, kto kieruje się rozsądkiem łatwiej jest przekonać niż namówić. Szkopuł w tym, że żeby przekonać trzeba dysponować argumentami. Stąd, zamiast odwoływania się do rozumu, taka nachalność w uzewnętrznianiu uczuć panująca w środkach masowego przekazu.
 
     Widzowie telewizji trzęsą się ze strachu przed terrorysta Brunonem K. Internauci z tego samego powodu trzęsą się ze śmiechu. Jednych i drugich mogłyby zjednoczyć ciekawe seriale telewizyjne. Ale czy może być coś nudniejszego nad permanentne oglądanie całującej się pary? Niezależnie od tematu serialu, wartkiej, czy powolnej akcji, takich scen jest po kilka w każdym odcinku. Czy może tak właśnie wyraża się polityka miłości? 
 
     Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się jak przy pomocy takich narzędzi można zepsuć popularny serial i z sympatycznych, dzielnych bohaterów zrobić idiotów. Otóż w scenie pełnej napięcia, kiedy para może być lada moment schwytana przez komunistycznego oprawcę i każda sekunda jest na wagę złota, jej zbiera się na amory. Całują się tak wytrwale, aż robi się za późno. Oblubieniec ginie z ręki komunistycznego bandyty, a oblubienica ze smętnym uśmiechem składa różę na jego grobie, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że gdyby nie jej bezdenna głupota, on by nie zginął i nadal byłoby fajnie.
 
       Do następnej soboty. Pozdrawiam
 
 Małgorzata Todd  
 
 
Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę p. t.
Przekaz dnia         
 
Występują: Grasow czyli w skrócie Gras, Redaktor Nad-naczelny, red. Szakal, Nowy Prezes Zjednoczonych Telewizji.
Gras – Warto by wspólnie naradzić się nad jutrzejszym przekazem dnia.
Prezes Co tu się naradzać. Nie może być jak zwykle? Pociągniemy wątek super terrorysty Brunona K, wywiady z krewnymi i znajomymi Mamusi Małej Madzi, słupki poparcia dla rządu i po sprawie.
Nad-naczelny – Proponuję dorzucić coś w ramach troski o szarego obywatela, jakiś reportaż o staruszku bawiącym się lalkami, lub coś w tym stylu.
Szakal – Jeśli wolno wtrącić. Koncerny farmaceutyczne zaczynają się niecierpliwić. Czas na szczepionki przeciwgrypowe.
Nad-naczelny – Racja. Zdrowie jest najważniejsze. PO... PO... Pora przypomnieć, że tłuszcz szkodzi.
Prezes Dlaczego akurat tłuszcz, a nie alkohol czy papierosy?
Nad-naczelny – Nic nie... nie... rozumiesz. Monopole mają się dobrze i nie ma co im bruździć. Nie zapominajmy, że mózg wymaga tłuszczu, jeśli mu się go nie dostarczy to ten PO... PO... pośledniejszy naród w środkowej europie będzie bardziej podatny na perswazje mądrzejszych od siebie.
Prezes (lekko urażony) Okay. Nie muszę się znać na medycynie, ani nawet na telewizji. Ja tu przecież tylko prezesuję.
Szakal – Jeśli wolno wtrącić, to przypomnę, że pożar Rajchstagu „zmusił” Hitlera do zaostrzenia kursu. Bez urazy, ani żadnych analogii, ale moim zdaniem sprawę Brunona K. należałoby zacząć mocniej rozgrywać.
Gras – Właśnie. Co proponujecie?
Prezes Znowu my? Niech rząd się tym zajmie.
Gras – W takim razie ustalmy jakie mają być te słupki poparcia dla rządu.
Nad-naczelny Przyjmijmy, że Polacy najbardziej ufają głowie państwa.
Gras – Czemu nie. Zróbmy Wronkowi przyjemność.
 
 
KURTYNA 
--------------------------------------------------------



 

piątek, 30 listopada 2012

O dupach i ironii rozprawka maleńka




Szanowni, Mili: to nie jest żadna prowokacja, choć faktycznie zająłem się kiedyś problemem zadka dla artysty, a zwłaszcza artystki. Którym to postaciom obu płci a to talentu nie staje, a to młodość zbyt szybko przemija – a nie każdego Monika Stokrotka jak Olbrychskiego zmusza do gadania przed kamerą o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Muszą wiec biedaki i biedaczki coś czynić, by świat o nich nie zapomniał, jakąś rólkę w serialu przydzielił i na ten kieliszek chleba powszedniego pozwolił uciułać parę groszy. 

Panny przemijające zakładają tedy coraz obciślejsze suknie, dekolty jadą w dół z przodu i z tyłu - co zdaje się równoważyć już tylko jazda rozcięć na udach. Te bowiem nieznaną siłą gonione prą śmiało do góry. Panom śnią sie płomienne przemowy. 

I co niby z tego wszystkiego wynika? Ano jak z mgły wyłania się coś, co jednych cieszy niezmiernie, innym zgryzoty przydaje – jaśnieć poczyna dupa jako taka. U pań dosłownie, z trzeszczącego w szwach materiału wyłoniona - u panów ze słów wypowiadanych. Ale to zdaje się nie mieć większego znaczenia… Dupa jaka jest każdy widzi, czyż nie tak?

W tym mniej więcej duchu skomentowałem jeden z wpisów Pawła Tonderskiego (dobry wpis!) na Polakach.eu. Nie pisuję tam już co prawda, ale też nie mam żadnych złych wobec gremium uczuć, stąd czasem daję głos paszczą i klawiaturą jako komentator. Mam nadzieję, że będzie mi to tym razem darowane, bo ostatnio we wpisach dotyczących Marszu Niepodległości zdaje się kilku osobom mocno podpadłem…

Ad rem – jak pozostali dyskutanci w przedmiocie uważam, iż teksty wypowiadane przez Olbrychskiego, to całe jego zadęcie i tworzenie „nowych zasad działania i postępowania” jest guzik warte. Pogadał, pogadał – i można to spokojnie o kant tytułowej dupy roztłuc. Skoro jakiej innej przeszkody, zgrabnej i kuszącej użyć w celu tłuczenia się nie da… Oczywiście są ważniejsze rzeczy na tym łez padole. Tak się jednak składa, że głos w tłum poszedł, powagi tu utrzymać się nie da nijakiej, można przeto zająć się ironizowaniem i wykpiwaniem banialuk w jakiej lżejszej formie. Bo co niby linoskok ma do powiedzenia w przedmiocie moralnych zasad? To samo pewnie co niejaki Hołdys w materii ekonomiki państwa. Kiedy malował sobie brodę symetrycznie to był konserwatystą, kiedy w poprzek to lewakiem? Raz miał rację, a raz nie miał? Bzdury, wiadomo, że bzdury. Nadęty szarpidrut i tyle! Stawianie na takich kończy się podobnie, jak w wypadku Kukiza Pawła – który jak wiadomo samowolnie stanął na czele ruchu zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych, po czym bezczelnie zrobił w konia wszystkich swych współwyznawców, wypisał się z komitetu organizacji Marszu, zwalając przy tym winę na Jana Kobylańskiego. Że niby za bardzo on dla Kukiza antysemicki i w ogóle be, więc razem nie mogą… No po prostu kiepski wpływ zorzy polarnej na miesiączkę u pingwinów!

Poważnie wziąć tego wszystkiego się po prostu nie da, ironia to jedyne narzędzie właściwe do użycia przy omawianiu podobnych problemów. To i pojechałem ironicznie. A propos: świat i z takich składa się dywagacji. Z reguły też kiedy stają naprzeciw siebie ludzie z jednej strony zbyt poważni, z drugiej pozbawieni tego waloru urody – ci pierwsi nie wiedzą w końcu jak się zachować, ci drudzy zanoszą się śmiechem. Miałem już tak przy okazji analizy „wartości patriotycznej” pieśni, jaką kibice przed Euro 2012 mieli przyjąć za swój niemal hymn. Propozycje były dwie, obie do bani, ale jedna, Koko Spoko, to w ogóle do podwójnej bani. Jedna z blogerek Nowego Ekranu usiłowała rozstrzygnąć to w ten sposób, iż opowiedziała się za Koko z powodów… państwowotwórczo-religijnych. Oświadczyła mianowicie, że Koko jest lepsze, ponieważ w tle teledysku specjalnie nakręconego na tę okazję występują… nie, nie żadne tam gołe baby, gdzie tam! Święte obrazy, proszę Państwa! To mieli kibice przyjąć i pokochać od dziecka.

No to jak się bronić jeśli nie ironią i kpiną?

M.Z.

Ilustr:  demotywatory.pl

czwartek, 29 listopada 2012

MAZUREK PRAWDĘ CI POWIE...



 http://frasobliwy.nowyekran.pl/post/81296,mazurek-wiekszosc-dziennikarzy-to-kretyni Mam na myśli ten tekst – a właściwie kryjący się pod linkiem tv-wywiad Latkowskiego z Mazurkiem. Kto zechce sam obejrzy. I proszę się nie sugerować zewnętrzną otoczką, raczej uznać ją za teatralne przebranie. Albo sytuację, w której Mazurka bardzo bolało gardło…

Kilka spraw stamtąd wziętych – a śmiem brać, ponieważ sam pisałem o tym wielokrotnie wcześniej, zatem niczego nikomu tu nie kradnę. Od pieca jadąc: „większość dziennikarzy to kretyni”… Oj, co prawda to prawda! Nadęci, zarozumiali, nie mający pojęcia o tym co na zewnątrz lub obok, bywa że chwalący się dysleksją, która dawniej dla dziennikarza była jak krótsza noga dla baletnicy. I tani, coraz tańsi, jakby dla ilustracji stanu, w którym i mnie kiedyś wydawca oznajmił, że te dwa tysiące na rękę to dał tylko przez nierozwagę. W końcu niczym się nie różnimy, on też pisze raporty dla jakiejś rady nadzorczej, widać dobre, skoro nie usunęli go już ćwierć wieku. Gdzieś na końcu tej drogi rozumowania kryje się autor ogłoszenia, to sprawa sprzed kilku dni, który uznał, że dla kogo jak dla kogo, ale dla niego to ludzie powinni pracować za darmo. A gdy pojawią się zyski z reklam, oczywiście owe reklamy mają zdobyć sami dziennikarze, to wtedy być może nastąpi jakiś podział. No więc sadzę, że ów pan zostanie wreszcie dotkliwie ukarany: naobiecują mu złotych gór, potem nagadają się ze służbowego telefonu na przykład z Brazylią (albo ukradną wszystkie spinacze) i tyle ich będzie widać. O reklamach możesz pan sobie pomarzyć. Tę okolicę wyeksploatowano już dostatecznie głęboko. Zostały jeszcze ze dwa mafijne „komisy” samochodowe, ale ci zapewne wolą ciszę od rozgłosu. W tej samej okolicy szukano ostatnio „doświadczonych pracowników mediów”. Konieczne warunki: biegła znajomość angielskiego, pełna dyspozycyjność, wykształcenie średnie…  Pewnie jeszcze rowy powinien umieć kopać.Paradne, prawda? A kogo można w ten sposób działając złowić do zespołu? Tak, tak, ta pani z głębi sali ma rację – wyłącznie młodego kretyna.

Wracając do wywiadu z Mazurkiem: i ja uważam, iż pomysł dwutygodnika bazującego na obserwacjach i komentarzach blogerów jest rzeczą mądrą. Pozostaje tylko takie pytanie jak się tych blogerów potraktuje. Jako darmowych dostarczycieli tekstów? To czarno widzę. Jako ludzi, których teksty się redaguje, o których przed publikacją się rozmawia, a za które po publikacji się płaci? To już lepiej – choć zapewne przyszły redaktor naczelny nie ma realnego pojęcia jak uparci i zakochani w sobie (stały mój wątek rozważań) potrafią być dostarczyciele treści sieciowych. Zwłaszcza ci, którzy w tej sieci odnieśli jakiś względny sukces, a nigdy nie pracowali w klasycznej redakcji. Tak czy siak – spróbować trzeba. I ktoś musi na to wszystko wyłożyć pieniądze. Są chętni?

M.Z.

Fot.  sedina.pl