wtorek, 6 stycznia 2015

RZECZY PRZEKLĘTE I KASTA SNOBÓW



Za czasów ancien regime’u oczywiście był to powód do oficjalnych kpin i śmiechów - materializm stosowany nie dopuszczał do istnienia takich przesądów jak przekleństwo. A jednak rzeczy przeklęte najzwyczajniej miały to za nic, po prostu były, istniały. Raz przybierały postać ludzką, innym razem jawiły się jako zdarzenia, gesty, zjawiska. Wszystkiego tego należało się wystrzegać. O ile rzecz jasna dało się to uczynić – bo zanim człek połapie się, że lezie nie tam gdzie trzeba upłynąć może sporo czasu…



Kiedy niemal czternaście lat temu sprowadzałem się do tego domu założyłem sobie, że do nikogo, ale to absolutnie nikogo nie będę podchodził z uprzedzeniem. Nowe mieszkanie, nowy świat – więc i nowa nadzieja. Jakiś czas uśmiechaliśmy się do siebie. Krótko. Bo zaraz potem okazało się, że nawet w najbliższym otoczeniu są miejsca, których należy po prostu unikać. I sąsiedzi, którzy choć mówią ciepło podają to wszystko w jakimś fałszywym sosie. Pieśń z pozoru przyjazna zgrzytała niemiłosiernie i raniła uszy.



I ujawniła się też grupa snobów. Powiem od razu: „snob” jest podobno pochodzenia angielskiego, ale źródłosłów tego jest łaciński i oznacza skrót dwóch słów „sine nobilitate” – bez szlachetności. Już pierwsze zebrania lokatorów ujawniły, że jest pomiędzy nami grupa ludzi co prawda zamożnych (mocno to akcentowali!), ale z mózgami nastrojonymi na tor działania kompletnie jałowy, bo nie zauważający tego, co się dzieje wokół. Obiektywnie jak i pozostali dostali w skórę – ale postanowili głosić wszem i wobec, że to jest w porządku, to jest cacy „bo przecież podpisaliśmy”… Tak twierdzili jacyś urzędnicy pośledniej rangi udzielający zgromadzonym absurdalnych porad, jacyś właściciele mniej czy bardziej szemranych interesików mniemający, że ich czar i ich szczęście będą trwały wiecznie. A w ogóle to rzecz jasna wszyscy wymienieni akceptują realia, ba, uważają, że władzy jaka by ona nie była należy się podporządkować. Bo może przyjść inna, stukrotnie gorsza… Przyznaję, że prócz furii, jaką budzą we mnie podobni osobnicy płci obojga z ich niewolniczym myśleniem – ludzie ci potrafią też skutecznie zniechęcić do jakichkolwiek działań, nawet tych podejmowanych w ich imieniu i dla ich korzyści. Snob choć na co dzień nosi się jak hrabia, a zachowuje jak dawny sekretarz POP, w tym sensie jest jak rak: nie chce przyjąć do wiadomości, że zabijając nosiciela zabija też siebie. W ich bałwochwalczej działalności nie było niczego szlachetnego…



Pewnego dnia powstała (nie istniejąca dzisiaj) strona internetowa domu. Jej właściciel dostrzegł, że jest to niezły pomysł na podłączenie się do działań, który w tym czasie okazały się już skuteczne – ale jemu samemu nie przynosiły żadnego osobistego splendoru. Problem polegał na tym, że dla strony wymyślił strukturę i właściwie nic ponadto. A struktura jak wiadomo jest plastrem miodu – ale bez miodu. I trzeba było to wszystko zacząć wypełniać… Przez czas jakiś starałem się jak mogłem, może nie tyle całkowicie wypełniałem, co dopełniałem. Później były już tylko schody.



Tamta strona działała czas jakiś, zajmowała się pierdołami i wkrótce okazało się, że tak naprawdę prowadzona jest nie w interesie sąsiadów, ale w interesie administratorów. Co ci ludkowie nie wymyślili – było dobrze. Co nie powiedzieli – było jeszcze dobrzej. Sprawy miejscowe załatwiały jakoby tworzone ad hoc ankiety: co myślicie o twórczości niejakiego Zarębskiego (mój blog istniał już wtedy), w jakim procencie Zarębski nie ma racji – i tak dalej. Właściwie gdyby to były inne czasy mógłbym się spodziewać już tylko głosowania czy lepiej drania od razu wieszać - czy łamać kołem, a wieszać potem. Podstawowym po wielokroć podnoszonym zarzutem była „jadowitość” i „arogancja”, jakie moi Czytelnicy mogli odnaleźć na tym właśnie blogu. Co ciekawsze za analizy „literackie” kolejnych felietonów brali się ludzie nie potrafiący poprawnie sklecić zdania złożonego po  polsku. No cóż, jak śpiewał przed laty starszy Stuhr podobno „nie ma takiej rury, której nie można odetkać”… A tych nieporadnych „komentatorów” było więcej niż „sztuk jeden”…



Dzisiaj zajmuję się domem coraz bardziej niechętnie, musi mnie naprawdę coś zacząć uwierać, by zwróciło uwagę. Nawiązany ze Stowarzyszeniem „Warszawiak na swoim” kontakt okazał się taki sobie (choć ciągle mam nadzieję, że to się zmieni), ze znaczną częścią podnoszonych tam postulatów nie mam nic wspólnego, nie obchodzi mnie na przykład restytucja mienia czy problemy z tzw. dekretem Bieruta. Bo lokatorzy takich domów, jak nasz mają pilniejsze sprawy do załatwienia: przywrócenie czynszów realnych czy wykup zajmowanych lokali zgodnie z obietnicą daną ludziom przed laty. Tak, tak, kochana władzuchno: w Polsce obowiązują też umowy ustne, to wam powie byle aplikant prawny! Oczywiście można założyć, że was nic i nigdy nie obowiązuje – ale wtedy wasza legitymacja prawna do zarządzania czymkolwiek staje się co najmniej wątpliwa i gówniana. Skąd już tylko krok do konstatacji, że jak na razie stosunek władz miejskich i dzielnicowych do ludzi, którymi jakoby zarządzają to właśnie tytułowa RZECZ PRZEKLĘTA. Czy uwierzycie mi kiedy powiem, iż jako taka wiecznie trwać nie może?



M.Z.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

I WY CHCECIE ODE MNIE ABONAMENT?



Optymista1930 - Piszę co chcę, z kompromisami słabo.
ŚWIAT   05.01.2015 19:01
Chroń mnie Panie od nienawiści
W tej chwili miałem zabrać się za moją, że tak powiem pracę naukową, jako że terminy gonią. Zapewne to zrobię, jednak nie teraz, bo...włączyłem TVP 1...
Nie ma przypadków, są znaki tylko, choć przyznać muszę, iż siła oddziaływania niektórych z nich, wymaga ode mnie stalowych nerwów, tudzież chłodnej oceny sytuacji. Tyle na wstęp. Włączyłem telawizję.
Dokładnie - telawizję, co w pełni odpowiada przenoszonym treściom. Na ekranie widzę film, a tam grupkę ludzi chroniących się przed jakimś dinozaurem po drugiej stronie płytkiej przepaści. Jeden z ludzi mówi: Ten gad ma dobrze rozwinięte zmysły, ale mały mózg, nie jest więc w stanie rozpoznać głębokości zagłębienia i boi się przeskoczyć – jesteśmy uratowani!
Kontynuuje do swych towarzyszy:
CO TAM POLACY – TO JEST PRAWDZIWY GŁUPEK!
Musiałem sobie pięć razy przemyśleć co usłyszałem, jednak w końcu moje zmysły przekonały mnie, że takie właśnie stwierdzenie padło!
CO TAM POLACY – TO JEST PRAWDZIWY GŁUPEK!!!
Polacy są idiotami, ale oto dinozaur o móżdżku piłki tenisowej, jest jednak głupszy...Nawet od Polaka, w co – w domyśle – trudno uwierzyć!
Taki przekaz pojawił się w przeddzień Święta Trzech Króli na antenie 'polskiej' telawizji.
Proszę zapoznać się z ekipą produkującą ten film, krajem produkcji, itd.
We wszystkich krajach parszywego Zachodu i barbarzyńskiego Wschodu, prowadzona jest wieloletnia kampania obrażania i zniesławiania narodu polskiego i polskości, o czym wiemy od dawna. Nie wiem kto z Was wierzy w te tzw. 'błędy', 'pomyłki', brak wiedzy ze strony tytułów prasowych, firm showbiznesu, innych mediów i rządów, które co jakiś czas w niewinnym tonie 'przepraszają' za określenia typu 'polskie obozy śmierci', 'polskie mordy na Żydach', itd. Ja wszystko niestety już wiem na temat genezy, celów, założeń i taktyki tej grupy nacisku i wpływu, która zwie siebie Żydami, choć tak naprawdę Bóg Jeden Wie kim oni są?
Czy to są odszczepieńcy od 'narodu wybranego', Chazarzy, czy tzw. smocze plemię, podszywające się pod Żydów celem budzenia nienawiści wśród ludzi? Nie wiem tego akurat, natomiast przy analizie wszystkich obrzydliwości, kłamstw, potwarzy, niegodziwych pomówień i prób oszukania, jakie mają miejsce przeciwko Polsce na świecie, niestety fakty ujawniają się takie, iż nienawistni wiarołomcy je tworzący, mają najczęściej korzenie żydowskie. Ma ktoś problem z zauważeniem Prawdy tutaj...? Jeśli ktoś ma, to do dzieła, róbcie co tam trzeba.
Zadałem sobie małą fatygę poszukania w internecie i otóż mamy podłą gnidę, reżysera tego faszystowskiego filmiku.
Brad Silberling...Nazwisko budzące skojarzenia takie jak zawsze, a tu poniżej małe info:
Jak widzicie, 'członkowie plemienia' czynią swoje, a Hollywood jest ziemską imaginacją Talmudu – czyli zaprzeczeniem Biblii.
Zło, kłamstwo, wszelkie podłości, chciwość, pogarda, zbrodnie, degeneracja, antymoralność. W sumie to za bardzo nawet nie chce mi się opisywać tych nienawistników, tworzących krąg zakłamania wokół Polski. Oni są, nienawidzą nas, kłamią, pragną zguby Polski i Polaków. Cóż, takie fakty i trzeba się do nich odnosić. Jest faktem, że dziś wbrew swojej woli, zostałem obrażony tak bardzo, iż powstała w moim sercu zimna nienawiść, o której tak bardzo chciałbym zapomnieć.
Oni widocznie służą innemu panu, nie Bogu, skoro celem jest budzenie zła i nienawiści.
Najgorsze i najbardziej wymowne jest, iż ja tę obrzydliwą obelgę usłyszałem 'przed Dobranocką', w paśmie najwyższej oglądalności, na antenie 'telewizji polskiej'...Zresztą, w jakimkolwiek paśmie to brudne gówno nie miałoby prawa ukazać się w telewizji, która rzeczywiście polską by była. Także macie Ludzie wniosek wyprowadzony po raz milionowy i to znowu z całkowitą pewnością: Nie mamy żadnej władzy nad naszą Ojczyzną. Jesteśmy pod okupacją, poddawani każdego dnia procesowi wynarodowienia, oraz pogardy. Jesteśmy opluwani, mordowani, poniżani, wywłaszczani – przez państwo, które siebie nazywa Rzeczpospolitą Polską!!!
I co? I gówno!!!
Bo nawet nie to jest najgorsze, a fakt, iż wiedząc o tym, każdego dnia doświadczając takich nieludzkich skurwysyństw, my nie wtargniemy do ich szklanych biur w Warszawie, nie wyciągniemy i na kopach nie pogonimy poza granice Polski!!!
Siedzimy jak te wykastrowane pizdy i tylko jeden przez drugiego, przepisują się, lub przegadują, coraz to kolejni 'prawicowi' pyszałkowie w szarych marynarkach.
Słuchajcie – szczególnie się zwracam do dziennikarzy, oraz ludzi mediów. Czy naprawdę nie ma szansy na zorganizowanie jakiejś akcji zdecydowanego oporu przeciwko takim stałym kurewstwom, jak emisja zwyrodniałego filmiku, w którym Polaków porównuje się do niedorozwiniętych gadów...?!!!
To się przecież dzieje codziennie i w biały dzień, na pewno nie jest dziełem przypadku, a kurwy, które świadomie promują takie obrzydlistwa, powinny z kraju zostać wydalone, lub osadzone w karnym obozie pracy po kres swych psich dni.
Tym, którym się teraz wydaje, iż napisałem 'ohydny tekst antysemicki'...Oni nie obchodzą mnie, powinni się zastanowić, jak ma się występowanie przeciwko Prawdzie i brak obrony krzywdzonej godności 40 milionowego narodu...Zresztą, mniejsza o ilość.
Jeden pogardzony i poniżony człowiek, jest już wyrzutem dla całej, obojętnej ludzkości.
„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”
Zastanówcie się, Wy, którzy zaciekle i bezkompromisowo bronicie tych Prawd, które są 'dozwolone' i trendy, stale zaś, konsekwentnie i bezdusznie, 'zakrzykujecie ciszą', bądź posądzeniami, w stosunku do 'Prawd zabronionych'. Cóż, trudno. Ja jako zwykły człowiek z wieloma wadami, jakże często upadający pod ciężarem własnych słabości, nie będę w murze zmowy milczenia. Nie chcę pogarszać swojej sytuacji w Wieczności. Co mogę, to mówić Prawdę...
                                                                                                           Optymista1930
P.S.
Nadal nie mogę uwierzyć i nadal okrutnie mnie boli to, co usłyszałem godzinę temu z 'telewizji polskiej'!
Polacy to bezrozumne gady – zapamiętajcie to sobie Rodacy, bo tak o Was myślą, ci co Wami 'rządzą'.
...A przecież bezrozumnych gadów nie żal, można je zabijać...Może to i wskazane by było...?
'Tylko Chroń mnie Panie od nienawiści...'.
+  +  +  +  +  +  +  +  +  +  +
Gdyby ktoś nie wierzył, był zainteresowany oryginalnym tekstem – proszę bardzo, jest tutaj: http://optymista1930.neon24.pl/post/117388,chron-mnie-panie-od-nienawisci Niestety i ja oglądałem ten fragment filmu, potwierdzam, że takie właśnie padły słowa.
M.Z.


NIECH ŻYJA TEORIE SPISKOWE



Tutaj: http://jackmaclase.neon24.pl/post/117363,klewki-szymany-lepper-i-talibowie ukazał się tekst, który nie tylko z powodu Mazur wzbudził moje ogromne zainteresowanie. Okazuje się bowiem, że rzeczy i zdarzenia jeszcze kilka lat temu obśmiewane, ludzie traktowani jak wariaci pierwszej klasy (niektórzy wręcz zapłacili za to głową) – to wszystko jest całością bardziej spójną, niż jakakolwiek teoria oficjalna. Ta ostatnia bowiem niczego nie tłumaczy. Spiskowa układa się jak puzzle w bardzo barwny, choć mocno dramatyczny obraz.


Neonowy autor zaczyna tak: „…Ostatnio przeczytałem artykuł, że w 2015 roku ma się zakończyć budowa lotniska regionalnego w Szymanach, zaś pierwsi pasażerowie mają stamtąd latać w 2016 roku. Lotnisko to jest znane z transportu talibów przez CIA do pobliskich Starych Kiejkut, gdzie byli torturowani. Za zgodę na ten proceder Kwaśniewski z Millerem prawdopodobnie wzięli niezłą dolę z 15 milionów dolarów przekazanych władzom Polski przez Amerykanów. Pewnie stąd pochodziły oszczędności Kwaśniewskiego przeznaczone na zakup domu w Kazimierzu Dolnym, który to dom agent Tomek usilnie próbował odkupić, za co do tej pory ma problemy. Podniósł rękę na niewłaściwą osobę, to teraz ma za swoje…” 


No właśnie: podniósł rękę na niewłaściwą osobę… Stały polski element krajobrazu. Przynajmniej od kilkudziesięciu lat. Kto pójdzie tą drogą – marnie skończy. Lepper jakoby wybrał sznur, choć są tacy, którzy twierdzą, że to sznur wybrał jego. Sumliński naciął się na wojskowych. Wiernikowska idąc tropem talibów w Klewkach skazała się na zamilczenie na śmierć. Agent Tomek jak wyżej, plecie marnie. Co ciekawe sprawców takiego, a nie innego końca wymienionych osób najczęściej trudno wskazać po nazwisku. Gdzieś to wszystko się rozmywa, staje winą bezosobową. Realne są tylko konta beneficjentów tych wszystkich operacji. Nie dość, że włos z głowy im nie spadł, to manewr kolejnej transformacji, wyjazdu na ciepłe wyspy, wejścia w jakieś ukraińskie spółki – możliwy, a nawet stosowany.


Jak to ma się do sieci, w której działa mnóstwo osób? Ano tak, że na rynku pojawiają się serwery, których utrzymanie dokonuje się w zupełnie niewyjaśniony sposób. W każdym razie ich właściciele deklarujący galopujące ubóstwo nie potrafią odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób doją „złoto z powietrza” by cała ta ich elektronika jednak działała. No jakoś im się udaje… Wzamian destrukcja ośrodków dawnej dyskusji, kierowanie większości rozważań na manowce, przyzwyczajanie ludzi do wielbienia masonerii, sekowanie niepokornych i skazywanie na milczenie przypadki uznane za kliniczne. Jak to wszystko jeszcze żyje? Jak zombi na bateryjkę. Był przecież rozkaz, by się ruszało – to się rusza. Przypominam sobie opowieści znajomego o pracy w pewnym wydawnictwie niemieckim przed wieloma laty: nie ma listów czytelników? No to ruszcie dupy, w końcu czytacie sami co produkujecie, nie? To do pisania, czytelnicy, najlepiej od razu z redakcyjną odpowiedzią… Gdzież ach gdzież te czasy mojej dziennikarskiej praktyki w „Świecie Młodych”, gdzie co rano koleżanki z działu listów prosiły męską część załogi o pomoc w przeniesieniu kilku worków korespondencji, jaka tego dnia nadeszła do redakcji… No cóż, dzisiaj nie ma co gadać, „fachowcy” z rzekomego harcerstwa zmarnowali co im dano już w połowie lat 80-tych…


M.Z.

niedziela, 4 stycznia 2015

KOCHAJMY "WYBITNYCH EKONOMISTÓW"?



W poprzednim felietonie słów kilka o sporze na linii Ministerstwo Zdrowia – lekarze. Nie podaję mojej wersji rozstrzygnięcia – ponieważ nie jestem tego w stanie generalnie rozwikłać. Księżycowa ekonomia, jaką posługuje się obecny i poprzedni rząd tudzież jego ministrowie być może zrozumiała jest dla specjalistów, którzy tworzyli, a później tak ochoczo zmieniali przepisy regulujące te kwestie. Czy aby nie takich jak w tym tekście, który niżej przywołuję we fragmentach? Bo oto (tutaj: http://3obieg.pl/miejsce-w-szeregu) jego autor dowodzi, że owych „wybitnych ekonomistów” należy wysłać na jakieś długie wakacje, na przykład przy budowie autostrad (tak ja to przynajmniej zrozumiałem) – ale nie wolno im ufać i nie wolno ich słuchać. A kto tak czyni – sam sobie szkodzi. Przyjrzyjmy się bliżej w czym rzecz.

„…22 grudnia, na portalu forsal.pl pojawia się obszerny wywiad z dr hab. Jerzym Cieślikiem, ekonomistą, pod znamiennym tytułem:

Polska nie potrzebuje już przedsiębiorców? Jest ich zbyt wielu.

Najważniejsze tezy, zawarte w wywiadzie, zdaniem dr Cieślika to:

1. Polska osiągnęła poziom nasycenia przedsiębiorcami, który jest adekwatny do etapu rozwoju gospodarczego, na którym się znajduje. Problem w tym, że opinia publiczna za tym nie nadąża. Wciąż panuje przekonanie, że im więcej osób para się przedsiębiorczością, tym lepiej dla gospodarki;

2. dla każdego kraju istnieje pewne optimum nasycenia przedsiębiorczością. I jak jest poniżej, to źle. Ale i powyżej tego poziomu też niedobrze;

3. I mali i duzi mają w gospodarce bardzo ważne role do odegrania. Na dodatek kluczowym kierunkiem rozwoju mniejszych firm jest też kooperacja z firmami dużymi;

4. mały biznes to nie tylko sympatyczne firmy rodzinne, kierujące się nadrzędnymi wartościami. To też ciemniejsza strona biznesu: szara strefa albo wręcz przedsiębiorczość kryminalna.

Podsumujmy: zdaniem pana doktora przedsiębiorców w Polsce już wystarczy. Na dodatek ich zadaniem jest kooperowanie z wielkimi (99% z nich to ponadnarodowe korporacje). Mały biznes odpowiednie organa państwa muszą mocno przetrzepać, bo to siedlisko nie tylko szarej strefy, ale i czasami bandyterka zwykła.

Podatki muszą być wysokie, bo państwo potrzebuje pieniędzy na ciągle rosnący aparat biurokratyczny. Należy również uchylić preferencyjny ZUS dla tych, którzy rozpoczynają działalność, bo to ich demoralizuje I ZNACZĄCO UMNIEJSZA HARACZ PŁACONY PAŃSTWU!

Mimochodem dodajmy, że zdaniem doktora firmy wcale nie muszą być innowacyjne. Mogą oferować ten sam asortyment towarów, jaki już istnieje na rynku, tylko skuteczniej od istniejących.

I jak na te banialuki patrzeć? Ponownie autor z 3Obiegu: 

 „…tak naprawdę mówi to człowiek powiązany z doradczą korporacją reprezentującą interesy wielkich. Proponuje… przykręcenie śruby polskim przedsiębiorcom… Natura jednak nie znosi pustki. Ktoś przecież musi obsługiwać nowopowstałe montownie w RP. A więc trzeba dopuścić emigrantów, którzy nim zorientują się, że za Odrą mogą zarobić o wiele więcej, przez kilka lat będą poruszali ten ongiś tylko polski kierat.

Łącząc obie informacje w jedno dochodzimy do logicznego wniosku, że w ten oto sposób Polska stanie się już trwale Kitajem Europy.

Tak więc ekonomista Cieślik w sposób nieco zakamuflowany informuje po prostu:

- w światowym podziale pracy otrzymaliście rolę słabo opłacanych wykonawców prostych prac montażowych. Ewentualnie kooperantów wielkich korporacji, zbijających palety z resztek lasów, lada moment sprywatyzowanych.

- a jak się wam w waszych słowiańskich dupach będzie dalej przewracać, to wpuścimy wam na rynek Chińczyków, Laotańczyków czy choćby mieszkańców jakichś stanów – Uzbekistanu, Turkmenistanu itd. I płace nadal będą utrzymywane na najniższym w Europie poziomie…”

I co: uczyć się od takich ekonomistów tylko po to, by rozwikłać problem sporu rząd – lekarze? Ani mi się śni!

M.Z.

sobota, 3 stycznia 2015

WYSPY KANARKOWE I PANNA DEMOKRACJA



W nowym roku nieco nakrzyczano na mnie, że oto winienem ostrzej wziąć się do roboty, bo ilość felietonów na miesiąc, półrocze czy rok nie wzrasta. A ten i ów chciałby poczytać coś smacznego o naszych ukochanych zarządcach, tym bardziej, że cyferki 2015 wygenerowały już w pierwszym dniu Nowego Roku najpoważniejszy jak dotąd spór rządu z lekarzami – czego skutkiem jest to, że bez pieniędzy lekarza nie ma sensu szukać, wszystko publiczne pozamykane. Prywatne kliniki oczywiście kwitną, kto wie, czy nie o to właśnie chodziło. Bo korzyści obopólne: lekarze przyzwyczajają się do większych zarobków, a pacjenci do tego, że bez stosownego banknotu nie ma co się z grypą do lekarza wybierać. Czyż nie tak w planach naszego zwijającego się kraju miało być?

Chciałbym o tym napisać – ale szczerze mówiąc nie bardzo wiem jak. Po prostu nie znam problemu zbyt dokładnie, kwestia rozliczeń medyków z NFZ-em to wiedza tajemna. A prywatne obserwacje poczynione zostały jedynie na podstawie kontaktu z tymi medykami, którzy ze zdziwieniem pytają mnie przynajmniej raz w roku czemu nie jadę na Wyspy Kanarkowe, przecież tam tak  ładnie. Dalsze z nimi rozmowy mijają się jakby z sensem, słabo do tych ludzi dociera, że większość ich rodaków nie ma na podobne podróże pieniędzy. A już na pewno nie dwa razy w roku. I czuję, że lada moment padnie przecież stwierdzenie, iż mam jak sobie na to zasłużyłem, trzeba było studiować nie jakąś egzotyczną polonistykę, ale medycynę. Albo w najgorszym wypadku weterynarię… No cóż, źle wybrałem, przyznaję, dzisiaj tego już odkręcić się nie da. Choć z drugiej strony o czym bym z konsyliarzami nie chciał pogadać humanistycznie i od serca – to panie i panowie tej profesji o świecie dokoła mają raczej małe pojęcie. Czy to ułomność, która ich niepokoi? Raczej nie. Jak bowiem wiadomo nie ma w świecie ludzi, którzy byliby zadowoleni ze stanu swej kiesy – ale wszyscy zachwycają się stanem swych umysłów. I oczywiście przebiegłości – jak to już parę lat temu pisał Stanisław Michalkiewicz niektóre zawody przechodzą na dzieci drogą… no właśnie, jaką? Bo jedyne co mi przychodzi na myśl – to droga płciowa. Klany rodzinne tak przecież można nazwać, prawda?

Jeden z rozmówców komentuje: „no ale przecież mamy demokrację…” Gdzie ją chłopie widzisz? W sfałszowanych wyborach? W durnieniu wielkich grup ludzkich? Wybierałeś tych, z którymi masz na co dzień do czynienia? Masz jakikolwiek wpływ na miejscowy samorząd, partie polityczne? Nawet ci nie wolno iść do sądu z pretensjami, że ten i ów nie dotrzymuje wyborczych obietnic już trzecią czy kolejną kadencję… Tak, tak, kochani: takie zostało wyrażone stanowisko przez tych, których w aparacie sprawiedliwości (a może raczej niesprawiedliwości) nie wybierałeś nigdy, a którzy idiotycznym wyrokiem  mogą przesądzić o reszcie twojego życia. Wybieralni sędziowie i szeryfowie to bajki z amerykańskich filmów. U nas podobne gatunki ssaków nie występują!

M.Z.


wtorek, 30 grudnia 2014

SZAMPAŃSKI PRETEKST




Pisałem o nim przed laty. Oryginał tutaj:
Ale ponieważ dzień, w którym zużywamy tego wynalazku najwięcej właśnie nadchodzi – nie od rzeczy będzie krótki powrót do tamtego tekstu. Oto bowiem kończy się rok 2014, jakże różny dla różnych – i jak powiadał Napoleon albo dobrego trunku potrzebujemy, albo co poniektórzy nań zasługują. Przyznam szczerze, że należę do pierwszej grupy. Dzięki działaniom bezmózgich ludzi (i niewielką grupką zdeklarowanych sukinsynów) moja opcja myślowa nie zwyciężyła. Mówi się trudno, trzeba żyć dalej, bal jeszcze nie skończony. Dom Perignon, twórca szampana, swój największy triumf winiarza pokazał światu w roku 1670 i właśnie dochodzimy do dnia, w którym rozglądamy się po sklepowych półkach za jego przyzwoitą, ale też i w miarę tanią odmianą. Zostawmy „Sowietskoje Igristoje”, cena dumpingowa w okolicach 4 złotych, moim zdaniem opartym na doświadczeniu przynajmniej trzech dziesięcioleci nie różni się zbytnio od tych po 30 zł. Ale to i tak nie tyle najniższa półka – co butelki, które cudem jakimś zsunęły się pod regał. Po resztę informacji  odsyłam do linkowanego wyżej tekstu.

Co mamy do zrobienia w nadchodzącym roku 2015? Mój Boże: aż trudno wymienić. Ale to, co przychodzi mi do głowy w pierwszej kolejności to wręcz obowiązek usunięcia obecnego rządu. Nie wdając się w opisywanie szczegółów powiem tyle, w końcu nie ja jeden robię to jak rok długi, że choćby z powodu postępowania, jakie ci dzielni urzędnicy zastosowali wobec Polaków oczekujących w Doniecku na ewakuację. Transport mniej więcej 200 osób oczekujących na ratunek to coś, co przekracza możliwości damesy na fikcyjnym stanowisku premiera, debilnie zachowującego się ministra spraw zagranicznych (to wszystko przez opozycję!) i reszty bandy. Pozytyw jeden: wiemy co nas czeka w wypadku jakiego nieszczęścia zbiorowego…

A dalej? No cóż, spełnienia marzeń moich duchowych pobratymców. I kompletnej ruiny planów naszych wrogów. Serdecznie!

M.Z.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

ALARM! HUMANIŚCI POD MURAMI!



W styczniu 2013 napisałem coś, co zdaje się ważne i dzisiaj:



„…Edukacja humanistyczna? Przyda się, choćby po to, by w tekście polemisty dostrzec takie ewidentne banialuki, jak powoływanie się na platońską jaskinię (widzimy tylko cienie rzeczy) i natychmiastowe oświadczanie, że oto interlokutor wie jak było naprawdę i zaraz nam powie. Te błędy popełnia się bardzo łatwo – ale większość ich nie widzi. W nosie mają Platona, część w ogóle nie zna gościa…” No tak: chyba to nie celebryta…



To był oczywiście obszerniejszy felieton, poruszał też inne i nieco szersze problemy, wówczas związane z portalami, do których już nie pisuję – bo moim zdaniem nie ma po co. Czy dzisiaj potwierdzam jednak przywołane wątki ówczesnego tekstu? Ależ oczywiście!



Wtedy zgłosił się do mnie, na prywatnego maila, facet z taką oto pretensją, że gmatwam ludziom w głowach, dzisiaj niepotrzebna jest ta wiedza, prędzej przydaje się umiejętność zmiany koła w samochodzie. Bo kto będzie sobie zawracał głowę problemami manipulacji, jakich dopuszczają się wobec nas telewizje i gazety – w oparciu o rozumienie jakiegoś tam Platona? No cóż, można i tak… Współczesna cywilizacja powoli staje się cywilizacją symboli, haseł, ikon podobnych tym z ekranu komputera. W ikonach celowo zamyka się umysł uczniów. Dorośli pracują z ikonkami na co dzień, bo nie mają innego wyjścia. Tyle że w przeciwieństwie do dzieci po pracy mają wolne i mogą myśleć... Symbolika rysunkowa dla wielu sfer działań ludzkich staje się obowiązującą, nikt nie zawraca sobie głowy podawaniem skomplikowanych niejednokrotnie podstaw takiego stanu rzeczy. 

I jeśli teraz naprzeciwko takiej ekipy staje facet, który w pewien sposób niezgodnie z doświadczeniem przeciwników zmienia im rangę, wymowę symbolu – ruszają do ataku. To głupszy! On bredzi!



Wspomniałem też o innym niż współczesne wykształceniu humanistycznym. Dzisiaj na dźwięk tych słów wielu dostaje drgawek: przecież humanista to rodzaj pasożyta społecznego, coś mu się tam w głowie roi, więc przeszkadza, zakłóca ustalony porządek rzeczy. Tak, zakłóca. Obowiązkiem humanisty jest takie właśnie zakłócanie. W podstawie – ponieważ osobnik tego typu ma znacznie więcej obowiązków, jest to oczywiście temat na inną bajkę, nie w tym tekście. Niestety tak się składa, że nie twórcy ikonek, nie inżynierowie, ale właśnie humaniści dostrzegli, że największym kapitałem ludzkim nie jest dzisiaj prosta umiejętność wymiany koła samochodowego, przyklejenia glazury do ściany - ale cała, jak najbardziej kompletna wiedza zdeponowana w człowieku. Skłonność do stałego poszerzania tego obszaru i co ważniejsze – korzystania zeń. Kojarzenia rzeczy i zdarzeń, łączenia ich w pary i ciągi – albo przeciwnie, negowania fałszywych konstrukcji. Nie zawsze idzie to gładko, ba, nie zawsze się udaje – ale próbować humanistom trzeba i już!



Pisywałem w tym tylko roku bardzo wiele o moich potyczkach z urzędami, albo może lepiej: z urzędasami. Wspólny element tych mikro-wojenek jest taki, że ktoś usiłował mi wmówić, że czarne jest białe, a zielone żółte. No i że on ma rację, ponieważ racja z definicji przypisana jest albo do stanowiska, albo funkcji wśród kolegów. To jest tak oczywista bzdura, że wręcz nie podejmuję się z nią polemizować. Jedyne co mi przychodzi do głowy to dawno zapomniane powiedzonko kierowane do autorów instrukcji używania „limuzyny marki Trabant”: ja, ja, Trabant ist gute auto. Jak powszechnie już dzisiaj wiadomo Trabant to ani limuzyna, ani gute auto. To śmieć wynikający z nieporozumienia i fałszu powszechnie stosowanego w tamtej epoce. Podobnie jak dzisiaj zakaz interesowania się przez obywatela publicznymi pieniędzmi. Miałem jeszcze niedawno nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Niestety  nie udało się niczego zmienić, rękę wyciągniętą przeciw socjalizmowi jak wiadomo należy odrąbać – co też uczyniono. I jak to się powiada „wróciło nowe”. Na skromnym przykładzie wyjaśniam niżej.



Przykład bolesny: kłopot z zębem i zaraz jego usunięcie. Na ogół goiło się potem jak na psie – ale nie tym razem. Narastający ból, próba zasięgnięcia rady u dyżurnego dentysty. I teraz proszę sobie wyobrazić taką sytuację: sobota wieczór, jedna z dwóch dyżurnych przychodni dentystycznych w Warszawie, pewnie i prowincjonalnym miasteczku, ale trochę ludzi tu mieszka. Usługa co najmniej częściowo płatna. Na powierzchni dwa metry na trzy czeka osiem osób, pozostała część „kliniki” zamknięta, choć jaskrawo oświetlona. Po mniej więcej półtorej godziny z gabinetu wychodzi zapuchnięta pacjentka, a zza jej pleców dobiega dziwnie radosny głos: a teraz proszę państwa przerwa! Pytam sąsiada z boku: oni tak tu często robią przerwy? Nie wiem – odpowiada – czekam już od drugiej (jest SIÓDMA). Ile osób przede mną? Trzy. Wtedy pęka we mnie kokardka cierpliwości i trochę jękliwym głosem, wkładając na siebie palto: a żeby was pogięło, świń nie potrafilibyście pasać! Nieludzki ból będzie trwał jeszcze minimum dwa dni.



Więc dokąd doszliśmy? Jeśli powiem, że do przychodni rejonowej z lat 60-tych to skłamię. Oni, wtedy, nie brali przynajmniej pieniędzy za usługę. Dzisiaj rachunki walą po całości, ale stare zwyczaje zostawili jak żywe. Ciekawe jakby zinterpretował to człowiek o mentalności i umiejętnościach inżyniera hydraulika. Porządnych inżynierów nie chciałem oczywiście obrazić…





M.Z.

czwartek, 18 grudnia 2014

ZIMOWA PODRÓŻ NAD WODY



Konkretnie zaś do gminy Ruciane – Nida. Swojego czasu poświęciłem jej mnóstwo miejsca, ostatnim głównym powodem było nieudane w sumie referendum mające odwołać ówczesnego burmistrza Opalacha. Nie wyszło. Osobiście widziałem przyczyny niepowodzenia nie tylko w terrorze, jaki największy publiczny pracodawca siał wobec wyborców – ale też w zamęcie, którego współautorką była pewna lewaczka prowadząca miejscową stronę internetową. 

W ostatnich wyborach łysy gangster i chachmęciarz jednak przegrał, czy „nowy” okaże się tym właściwym - czas pokaże. Dzisiaj trwają intensywne przetasowania i personalne roszady, przy czym nikt na dobrą sprawę nie wie jaki jest stan gminnych finansów. Co można dzielić, a czego z powodu nieistnienia po prostu się podzielić nie da.

Przy okazji w tej niewielkiej gminie-miejscowości ujawniają się mechanizmy pokazujące jak się władzę sprawuje, ile ona warta i jak bardzo najlepsza ponoć demokracja okazuje się słaba w zetknięciu z zamordystami, łobuzami i szantażystami. W referendum odwoławczym wystarczyło, by pod punktami wyborczymi pojawiło się kilka witkacowskich kobietonów (skąd w tej było nie było pięknej krainie taki wysyp szkaradzieństw?) z notatnikami i długopisami w rękach – by natchnionych „obywateli” skutecznie zniechęcić do użycia kartki wyborczej. Możliwe jest oczywiście, że oto w ostatniej chwili przypomnieli sobie o włączonym żelazku – ale jak to się powiada kto w te banialuki wierzy sam sobie szkodzi. Już  bardziej przekonuje mnie tłumaczenie genetycznie pańszczyźnianego lęku przed „zapisaniem”. Kto „zapisany” – ten  ma przechlapane do końca dni swoich. A gdy jeszcze poczyta w lewackiej witrynce kilka przemyśleń i stylistycznych figur przypominających drapanie się w prawe ucho lewą nogą – to strach przed głosowanie zdaje się usprawiedliwiony.

No ale potem były już wybory właściwe, w zadekretowanym ustawowo terminie. I wyobraźcie sobie drodzy Państwo, że tam podobnie jak w Warszawie konieczna okazała się dogrywka, czyli druga tura! Mało tego: szkodnik Opalach wcale nie przegrał wyraźnie, różnica okazała się  na tyle niewielka na korzyść nowego, Felińskiego, że aż dziw bierze, iż gość ten do dzisiaj nie wypowiada się na temat kłopotów, jakie czekają go we współpracy z obywatelami, którym poprzedni gangster jednak odpowiadał. Lewaczka natychmiast postarała się o wywiad z nowym burmistrzem, tu trochę nie ma co się dziwić, stara gminna gazetka przestała istnieć, więc niby gdzie ta konieczna „spowiedź” miała by się ukazać? Zadziwia jednak sytuacja, w której na konkurencyjnej stronie, właściwie blogu podobnym formalnie do mojego, ukazała się dyskusja, w której były dziennikarz Pomichowski stwierdza, że żadnych żądań gazetowych wobec burmistrza nie wysunie, ponieważ postanowił dać mu co najmniej miesiąc na „rozkręcenie się”. Oj, ciemno widzę, natura próżni nie znosi, ktoś już zaciera rączki, by stać się „jedynym głosem sprawiedliwości”! A potem to już manipulować w swoim stylu…

A wracając do wątku „jak się władzę sprawuje”: najlepiej ostro i bez jakiegokolwiek skrępowania, długi gminy nieważne, ewidentne marnotrawstwo nieważne, martwe metro też bez znaczenia. I działać należy tak, jak to opisał słynny Cyrankiewicz w latach jeszcze 50-tych – „kto wyciągnie rękę na władzę socjalistyczną temu tę rękę odrąbiemy”. W Rucianem się nie udało, w stolicy za to poszło jak z płatka. Tam, w tej nadjeziornej kropli wody mają szansę coś naprawić. W Warszawie dzięki rozmaitym fałszom mamy co mamy. I jakoś nikt nie chce tego zbyt głośno komentować, jak wieść gminna niesie pierwszy milion poszedł już do Kłamliwej. Z czego wniosek dla innych redakcji, że lepiej być pokornym, niż szczerym czy prawdziwym, jak to w wielu innych felietonach zapisuję od lat: o wszystkim decydują kieszenie wydawcy, a nie Prawda, której jakoby dziennikarze winni służyć.

M.Z.