poniedziałek, 27 stycznia 2014

ZANIM PODPISZESZ - POMYŚL. I JESZCZE RAZ: POMYŚL!



Rano: Kijów. Po południu: Kijów. Majdan, słuszny obywatelski protest, bohaterscy demonstranci, strzały, zabici, potrzebne ciepłe koce i coś tam jeszcze. W nocy przychodzą maile: podpisz protest, zgódź się, zaakcentuj, poprzyj.

NIE! Po  prostu NIE! Jedno ze zdjęć, niestety nie znalazłem w sieci, ale pewnie gdzieś jeszcze jest, pokazuje dozbrajanie demonstrantów w widły. W 1942 i 1943 tak ”bracia” Ukraińcy ruszyli na swoich sąsiadów – Polaków. Podole, Wołyń – słyszeliście o tym, autorzy bzdetów o konieczności pomocy? Zastanawialiście się kto i po co popiera listy na Berdyczów, czyli do nikogo – ale listy, których jedyną rolą jest najpewniej archiwizowanie podpisów „słusznie oburzonych”, a nie wywoływanie jakichkolwiek skutków?

Nie? To przeczytajcie to:

Hipokryzja – Michnik i Bauman wspierają rebelię w Kijowie

A może PODPALANIE UKRAINY na POLSKIE KONTO, jak to SIĘ DZIAŁO przez WIEKI ?!!
*****
No to doczekaliśmy się. “Autorytety moralne” Trzeciej RP ruszyły z odsieczą dla Majdanu, który chce obalić tamtejszą – bądź co bądź – legalną władzę. Opublikowano dziś ich list otwarty. Podpisał się pod nim sam Adam Michnik, syn Ozjasza Szechtera, członka Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. W jego towarzystwie także osławiony Zygmunt Baumann, politruk z czasów stalinowskich, “niezależni publicyści” Tomasz Lis i Jacek Żakowski oraz cała galeria “dzieci resortowych”.

Jedyny zgrzyt to brak podpisu Lecha Wałęsy, Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Szkoda też, że list nie kończy się banderowskim pozdrowieniem “Sława Ukrainie Herojam sława“.

Po takim liście, mimo jego drobnych mankamentów, z pewnością Wiktor Janukowycz ucieknie z Kijowa, a nad jego pałacem prezydenckim zawiśnie czerwono-czarny sztandar Ukraińskiej Powstańczej Armii, tej samej co z taką zajadłością mordowała współplemieńców Michnika i Baumana. Z pewnością też na miejscu obalonego pomnika Włodzimierza Lenina stanie pomnik polakożercy i antysemity Stepana Bandery lub atamana Bohdana Chmielnickiego. Z tym ostatnim może być jednak kłopot, bo w 1654 r. oddał (czytaj: sprzedał) kozackie Zaporoże carowi rosyjskiemu. Kto by jednak w rewolucyjnym szale na takie drobiazgi zważał.

Gdyby polscy kibole budowali z płonących opon barykadę na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie oraz szturmowali siedzibę Donalda Tuska, to Michnik z Baumanem  na klęczkach prosiliby prezydenta Komorowskiego o wprowadzenie stanu wojennego.

Reasumując, hipokryzja do kwadratu.

 za: http://www.isakowicz.pl

Przywołał: M.Z.
PS. A jednak zdjęcie z widłami znalazłem. Jest obok. UWAGA! Tej fotki NIE BYŁO w treści oryginalnego, przywołanego tu posta.


piątek, 24 stycznia 2014

CZEMU SŁUŻY WALKA ZE WSPÓLNOTAMI?



Gdzieś przez blogosferę przewinęła się notatka, że oto w Białymstoku dziecko zabrane przemocą rodzinie i osadzone w jakimś bidulu popełniło samobójstwo. Rzecz sama w sobie straszna, bezsensowna i godna dla ludzi za to odpowiedzialnych najwyższej kary. Ale jednym z wniosków autora tego wpisu było stwierdzenie, że gdyby istniało coś takiego, jak dawna wspólnota lokalna to po domu dziecka nie został by kamień na kamieniu, a osoby odpowiedzialne za to wszystko dawno użyźniały by ściółkę leśną od spodniej strony. Przyznam, że w pierwszej chwili byłem nieco zniesmaczony postulowanymi rozwiązaniami. Ale po jakimś czasie zgorszenie minęło. Autor ma rację.

Tak się składa, że ostatnie lata tzw. ancien regime’u obsługiwałem konkurs „Mistrz Gospodarności”. Jest oczywiście prawdą, że była to dla schyłkowych komuszków taka bardziej elegancka forma dystrybucji towarów, których brakowało na rynku. Czyli na przykład rur kanalizacyjnych, traktorów i eternitu. Że co – że był ów rynek sterowany? Ano był. Braki też były faktem, a nie wyobrażeniem. I ta redystrybucja była jednocześnie sposobem na manipulowanie losem czy nadziejami wsi i miasteczek, które godziły się na przystąpienie do zabawy. A jednak cała ta zabawa animowała ruchy wspólnego działania tam, gdzie bardzo często niczego podobnego się nie spodziewano. Bez żadnych partyjnych wezwań kopano rowy pod kanalizację i wodociągi, czyszczono otoczenie, odnawiano centra administracyjne, wkładano mnóstwo energii i czasu w polepszenie wspólnej przestrzeni… I dzisiaj przypomniała mi się właśnie owa rzecz: poczucie wspólnoty w minionym ćwierćwieczu rzekomo lepszej rzeczywistości w stosunku do poczucia wspólnot końca poprzedniej epoki NIEMAL ZANIKNĘŁO! Antypatriotyczna, antypolska praca publikatorów i środowisk przyniosła smutny efekt – tkwimy co prawda w jakimś otoczeniu, ale go nie zauważamy. Zajęci pilnowaniem tego, co udało się nagromadzić, „załatwić” czy wręcz ukraść. Zwyciężyła współczesna odmiana towarzysza Szmaciaka: przebiegłego, sprytnego drania, który za nic ma jakieś oczekiwania bliźnich, tak mu wygodniej, więc w nosie ma resztę świata. Oczywiście Szmaciak gotów jest reprezentować „głos zbiorowości”. Tak długo, jak długo mu się to opłaci. Czyli póki na przykład nie zamieni mieszkania, a lokal wyremontuje mu administracja. Albo nie "ustawi" właściwie rodziny. Potem rezygnuje i cichnie. Bo po co ma się dalej naprężać? Po co tracić czas? Swoje już wziął, może zamilknąć w spokoju.

Walka ze wspólnotami służy przede wszystkim temu, by oczyścić  przedpole działania dla wszelkiej maści zarządców i administratorów. Gdy nie ma żadnego zbiorowego sprzeciwu – łatwiej się bredzi na przykład o konieczności podniesienia opłat. Albo udaje, że nie słyszy żądań naprawienia tego czy owego. Niby ta powinność jest statutowa gdzieś tam zapisana, ale pal sześć martwą literę prawa… Nigdy nie potrafiłem wniknąć w meandry myślenia tych współczesnych nadzorców galer – najpewniej są takie, że po co coś tam robić, to tylko niepotrzebne koszty, a lokatorzy  przyduszeni „prawomocnym przepisem” i tak zapłacą co im się każe. Lewusy po to, by ukryć swoje lewizny, reszta na zasadzie owczego pędu, w ostateczności przypomni im się czym grozi wyłamywanie się z szeregu. A tu możliwości są spore…

Mafie polityków, mafie prawników, sędziów i prokuratorów, całe bandy „nietykalnych”… Tak naprawdę na co dzień mamy do czynienia z niżej usytuowanym pionem „działaczy” – to lokalni radni i zarządcy, całe rzesze urzędników pośledniej rangi, zawsze gotowych wykonać polecenia płynące z góry. Partyjnej góry - bo to, że reprezentują wyborców jakoś nie może im przyjść do głowy. Wspólnota czy jakakolwiek świadoma grupa jest dla nich czymś, co za wszelką ceną należy unicestwić – bo to tam może zrodzić się opór. Ale jeśli tak – to co jest na samiusieńkim już dole? Ludzie bez przydziału, lokatorzy z nadmiarem samouwielbienia, sąsiedzi z poczuciem nadzwyczajnej swej mocy. Poprawni politycznie w duchu współczesności, albo wreszcie aroganccy i bezczelni do granic bólu, tak w duchu współczesnego ormowca, co to donosi na bliźnich, bo taki ma zwyczaj. Albo pyskuje głośno – jak wiadomo „argument” wykrzyczany ma podobno większą siłę rażenia.

Osobiście polecam im inną metodę działania. Garnitur, krawat i wyczyszczone buty. Spokojny, przyciszony ton. Zapewniam, że „kurwa” wystrzelona z takiej konstrukcji leci zdecydowanie dalej i uderza celniej. Nie jak na obrazku - do telefonu i zwiędło...

M.Z.




środa, 22 stycznia 2014

A już był w ogródku, już witał się z gąską...



Niedawno pisałem krótko o „Resortowych dzieciach”, zresztą trzymając się ustalenia, że książka potrzebna, szkoda, że tak późno napisana i że pewnie hałas będzie z jej powodu okrutny. Tak też się stało. Pół mainstreamu wiele dni żyło rozważaniami jaka to krzywda stała się Swawolnej Monisi i Prorokowi Mniejszemu Żakowskiemu. Albo niejakiemu Mellerowi, którego fizjonomia na publikowanych fotkach dowodzi, że pomysł z Frankensteinem, tym z wysokim, sztucznym czołem doszytym do reszty na okrętkę - nie był wcale taki pozbawiony sensu. Plotą o swoich rzekomych nieszczęściach same bzdury - i żadne gadanie, że Targalski był jednak w partii, a Kania pożyczała pieniądze od teściowej gangstera niczego tu nie zmieni. Rzecz bowiem polega moim zdaniem na tym, że oto ujawnione i podważone zostały zasady rozpaczliwych poszukiwań przez neo-komuchów zastępczej klasy robotniczej. Ale aby to uczynić skutecznie – najpierw należało pozyskać grupę niezawodnych wydmuszek dziennikarskich. A któż się do tego nadawał lepiej, niż resortowe dzieci? I te właśnie „dzieci” otrzymały zadanie jasne i nie pozostawiające wątpliwości: zrobić reszcie nadwiślańskiej ludności taką wodę z mózgu, by się już w niczym nie mogli połapać. No i się zaczęło…

Teoria odmienności queer i późniejszy „genderyzm” były więc dla manipulantów prawdziwym darem materialistycznych niebios. Co o tym sądzę – nie będę się powtarzał, wszystko można znaleźć tutaj: http://mcastillon.blogspot.com/2012/05/wyznania-teoretyka.html
Od delikatnie zrazu szkicowanych problemów „śliskiej tożsamości” łatwo potomkowie i wychowankowie komuchów przeszli do ostrzejszych i dosłownych cięć chirurgicznych, co zresztą w ekstremalnym przypadku nagrodzone zostało poselskim fotelem. Awangardą propagowania „zmian” okazały się oczywiście resortowe dzieci - od strony hałasowania o rozwojowej roli zboczeń - plus kobietony jak Środa, Szczuka i kilku mniej czy bardziej  jawnych pedałów. Nie wiem czy ktoś zauważył, że im więcej wokół nas pojawiało się metroseksualnych młodzieńców i panienek pod krawatem i z biczem – ta moda przeszyła via niemieckie wydawnictwa ponoć młodzieżowe - tym żwawiej poruszały się na scenie politycznej wskrzeszone trupy typu Millera et consortes. Wreszcie mieli kogo osiodłać! Wreszcie było kogo „bronić”! Po zlikwidowanych kompletnie dużych i średnich zakładach przemysłowych odmieńcy jawili im się jako nowa kategoria wołów roboczych, w imieniu których dalej można było spijać dobre trunki, pleść bzdury poczęte przed laty przez Antoniego Gramsciego i inkasować unijne fundusze „na rozwój równości i demokracji”. Bardzo szybko też zauważono, iż destrukcja rodziny jako takiej, grup wyznaniowych czy mikro-społeczności idzie łatwiej, gdy na podorędziu znajduje się pozornie naukowa i pozornie europejska teoryjka wypisz wymaluj stworzona przecież przez braci-lewaków. Klasyczną cywilizację łacińską zgrabniej jest dekonstruować poprzez systematyczne, powolne działanie, niż okryte złą sławą rewolucje i wojny.

Tęcza na Placu Zbawiciela za publiczne pieniądze, potem kilkakrotne celowe jej podpalanie, wszystkie te „minuty miłości i pocałunku” pod nadwątloną konstrukcją myślowej bzdury – to się nawet niektórym podobało. Bo niby co robić w wielkim, żarłocznym i drogim mieście, gdy „słoik” ma do kolejnej podróży prowiantowej do rodziców pod Ciechanowem jeszcze kilka dni? Oglądać pierwszy oficjalny kibuc na warszawskim Jazdowie, w dawnych domkach fińskich? Podniecać się rzekomo artystycznymi wystawami w nieodległym Zamku Ujazdowskim? Spędzać czas w nie najtańszym kinie na produkcji Larsa Von Triera pod wstrząsającym tytułem „Nimfomanka”? Czy może protestować przeciw nie bardzo wiadomo czemu na kolejnym spędzie podstarzałych ciotek rozebranych do majtek na Placu Defilad? Albo maszerować wespół z babą o głosie trąby jerychońskiej rozbijającej mury dawnych twierdz?

Tymczasem dezaprobata przybierała na sile. Jak zwykle zaczęło się od Internetu. Rozbite portale przedstawiające się jako prawicowe nie mają już co prawda tego znaczenia, do rok - dwa lata temu – ale wielość głosów ze słabszych źródeł poczęła się jednak łączyć w krytyce kulturowego lewactwa. Atak na resortowe dzieci zdarzył się w najgorszym momencie: akurat w chwili, w której potomkowie lewaków chcieli mieć zabezpieczone tyły i legitymacje jedynych sprawiedliwych. Chcieli przemawiać z wysokich mównic, chcieli nauczać i wskazywać – a tu masz babo placek, gołe podstarzałe dupy jak na widelcu i żadnej nadziei na odwołanie! Zaczął się dziki wrzask, miotanie przekleństw i wyciąganie trupów z szaf i schowków. Był w partii, więc powinien milczeć! Donos Monisi na własnego męża to tylko zabezpieczenie powództwa rozwodowego, a nie żadne tam świństwo! Czego się to tałatajstwo jeszcze nie chwyci – trudno zgadnąć. Więc książka spełniła swoją rolę bardziej, niż zapewne jej autorzy mogli przypuszczać. I nie ma znaczenia ujadanie niektórych blogerów, że to tylko taka próba dorwania się do innego podziału tortu państwowych zamówień i etatów. Echo się niesie - i nic się na razie nie da z tym zrobić…

M.Z.

niedziela, 19 stycznia 2014

GDY ROZUM ŚPI BUDZĄ SIĘ DEMONY



CIEKAWE – WAŻNE!! Krzysztof Ligęzaoryginał tutaj: http://widnokregi.salon24.pl/561881,cala-polska-buduje-u-boota-czyli-siara-jak-stad-do-mordoru

…napisał znakomity tekst, który warto przeczytać. O pewnej współczesnej prowokacji:

CAŁA POLSKA BUDUJE U-BOOTA, CZYLI SIARA JAK STĄD DO MORDORU

Zbuduj sobie U-boota! Model legendarnego niemieckiego okrętu podwodnego, odwzorowany z nadzwyczajną troską o szczegóły, dla każdego! 

Nie przegap!

Już w kioskach! Tylko 4,90!

Figurki załogi otrzymasz gratis! (Granatowe mundury Kriegsmarine? Złociste guziki, szamerunek, akselbanty? Czapki z nazistowskimi Parteiadlerami?)

Łał!

Co za szał!

***

U-96. Okręt podwodny Kriegsmarine. Między grudniem 1940 a kwietniem 1943: jedenaście patroli bojowych. Spore zasługi w walce z alianckimi konwojami. 28 zatopionych statków. Tysiące ton sprzętu, hektolitry paliwa, setki ludzi posłanych na dno.

Od kwietnia 1943 w roli szkolnej jednostki treningowej. Na zasłużoną emeryturę przechodzi w połowie lutego 1945. Zdycha, celnie trafiony amerykańską bombą, sześć tygodni później, 30 marca 1945, w porcie Wilhelmshaven w Dolnej Saksonii.

Ba! Co z tego, że zatopiony. Że nigdzie już taki nie popłynie. Że torpedą z siebie we wroga nie rzygnie. Że aliantów nie narżnie. Co z tego, pytam. Ten niemiecki sznyt. Teutoński smak. Postawa. Prosto cymesik.

***

Albo... wiecie co? Messerschmitta sobie zbudujta. Czy innego Junkersa. Czy tam Panzerkampfwagena VI „Tygrysa”. W ostateczności skuście się na SdKfz 171 „Panterę”. Bierzcie, wybierajcie, nie żałujcie. Klećcie, lepcie, na półki stawiajcie, gości spraszajcie, historie opowiadajcie.

Zresztą co się będzieta obcyndalać. Idźta na całość: zbudujcie sobie Kancelarię III Rzeszy. Niemieckiego hakenkreuza na fladze namażcie. Flagę na maszt podnieście. O hymnie Unii Europejskiej nie zapomnijcie. Wszyscy ludzie będą braćmi, i tak dalej. A jak nie będą, to ludzie postępowi i nowocześni ich braćmi uczynią. Jakiś sekator zawsze się znajdzie.

***

Dalej będzie bez karykatury. Wszelako jeśli ktoś nie dostrzeże związku z powyższym, niech prędko stanie przed dowolną ścianą i mocno uderzy głową w mur. Podobno nie ma to tamto i tego rodzaju spotkanie tych inteligentniejszych zwykle przywraca do przytomności.

***

Zapiszcie sobie: Europa pląsa w rytmie berlińskiego marsza. Co oznacza, że Niemcy kolejny raz w historii narzucają pozostałym swoje racje. Joschka Fischer, były minister spraw zagranicznych Niemiec, rzecze bez ogródek: „Niemcy nie postrzegają już Europy jako celu, lecz traktują ją jako środek w przeforsowaniu własnych narodowych interesów”. Zaś po tej stronie Odry, sam Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego, wieńczy niemieckie dzieło odbudowy słowami: „naśladowanie Niemiec to jest jedyna droga zbawienia dla Europy”.

Natomiast jeśli chodzi o mnie, widzę to tak: smród rozłazi się po całej Polsce, choć jej dzisiejsi włodarze udają, że to tylko letni zefirek wieje. Wiodąc naród konsekwentnie do oczekiwanego finału, który jakże zgrabnie wyłożył nam gość ze świńskim ryjem: „Przyszedł czas, by powiedzieć Polakom, że muszą się wyrzec swojej polskości”.

I co?

I jajco. W tych okolicznościach Polacy prą przed siebie, wędrując w nieznaną przyszłość jak po ostrzu noża. Bez świadomości, kto i dlaczego nimi gra oraz jaką ruletkę uprawiają.

Cóż. Róbta co tam sobie chceta, ale taki spacer nie może skończyć się dobrze.

Autor: Krzysztof Ligęza
Przywołał: M.Z.

sobota, 18 stycznia 2014

AŁTORYTETY



Kiedy po zakończeniu cyklu chorób zacząłem wreszcie wyłazić na zewnątrz – część komentarzy do tekstów, jakie tu ostatnio popełniłem przeniosła się do sfery pogaduszek osobistych. To znaczy: ja wyłażę na „powietrze świże”, a ktoś odczuwa nieprzepartą potrzebę zapytania czemu myślę jak myślę. Oj, nie miliony mnie indagują, ostatnio to były raptem trzy rozmowy. Za to charakterystyczne…

Najpierw czy naprawdę uważam, że media kłamią. Tak, naprawdę tak uważam: media kłamią! Ale tu też od razu należy dodać, że w swój specyficzny, podstępny sposób. Nie ma bowiem tak, że z dziennika telewizyjnego dowiadujemy się, iż dwa i dwa to jest od wczoraj siedem. Nie. Raczej informuje się nas, że Polska żyje problemem tego zboczeńca Trynkiewicza, pijani kierowcy znów kogoś tam rozjechali, a radni gminy Kacze Doły Północne postanowili, że od jutra nie będą litować się nad dłużnikami właśnie licytowanymi przez komorników. No i że oczywiście dobry Murzyn Obama dalej obstaje przy odebraniu Amerykanom wszelkiej broni. Tak to widzą konstruktorzy siatki informacyjnej. I moim zdaniem rozsiewając owe zakłócone w proporcjach wieści kłamią bardziej, niż radziecka „Prawda” za czasów Stalina, a może nawet wcześniej Lenina. Chodzi oczywiście nie o kłamanie dla kłamania – tu gra toczy się o znacznie wyższą stawkę, a mianowicie o przygotowanie publiki do tego, co wkrótce ma nastąpić. A ma nastąpić czas wywłaszczania ludzi z resztek tego, co jeszcze wczoraj mieli i co wydawało im się nienaruszalne. W imię na przykład totalnej obrony przed zboczeńcami, albo totalnej władzy bankowców nad wszelkim innym stworzeniem żywym i martwym. Leninowska organizacyjna funkcja prasy jest tu tak oczywista, że aż dziw bierze, że tak mało ludzi w tym się już połapało.

Jaki powinien być polityk i dlaczego wieszam psy na „agencie Tomku”? Od początku: polityk winien być skuteczny i z jajami, jego żony i kochanki nie mają dla mnie znaczenia. Zaś agenta Tomka nie sugerowałem ubić i zakopać, ale pozbawić wpływu na stanowienie prawa, czyli pracę w Sejmie RP. Dlaczego? Ponieważ nie dorósł do tego - tak jak milicyjny „krawężnik” nie dorasta do funkcji kreatora ustaw o bezpieczeństwie państwa. To są inne światy po prostu, inna skala myślenia. I zabawa prezesa Jarosława godzącego się na wystawienie nieszczęśnika w wygranych przezeń wyborach parlamentarnych okazała się jednym wielkim nieporozumieniem. Ciekawe ile takich wieści jeszcze do nas dotrze? I właściwie mogę już zapytać wprost: dlaczego niby spalony agent ma być lepszy ode mnie czy mojego rozmówcy? Też chciałbym mieć jego sejmową pensję…

Korporacje… O tym właściwie było u mnie najmniej – ale pytania i tak się mnożą. Odpowiadam: źle myślę o korporacjach, ponieważ to jawna i usankcjonowana forma zdobywanie terenu pozornie bez krwawych ofiar. W istocie te ofiary oczywiście występują, tyle tylko że zostają zapisane po stronie nieszczęśliwych wypadków z powodu zawiedzionych miłości (to coś takiego jak wykrętna drogowa „nadmierna prędkość”) albo kłopotów ekonomicznych. A jakie do cholery może mieć inne kłopoty ktoś, kogo najpierw wyżęto do cna, a następnie wyrzucono z pracy? I zrobił to oczywiście nie sam Najgłówniejsze Szef, ale jego polski współpracownik, coś na kształt kapo w obozie pracy albo i koncentracyjnym… Korporacje są najgorszą zarazą, jaką do nas przywleczono, tu wspieram się również zdaniem ludzi mówiących wprost o tym, że jesteśmy jak kraj kolonialny, w którym tubylcy muszą pracować na swoich panów. Przynajmniej tak długo, póki w ruch nie pójdą maczety i dzidy, to się już zdarzało, powiem więcej: i u nas może zdarzyć, stąd władzuchna nie ufając własnym pretorianom postanowiła zabezpieczyć sobie możliwość wezwania pretorian z krajów ościennych. Powywieszać zdrajców? Pięknie – ale jak to zrobić w narodzie mentalnie spacyfikowanym i ogłupionym, gdzie byle gnój dobrze zarabiający automatycznie aspiruje do miana „Ałtorytetu”?

No i na koniec dlaczego czepiam się tych nieszczęsnych administratorów? Po pierwsze moich gości opisanych w poprzednim felietonie NIE CZEPIAM SIĘ ANI-ANI!!. To są jak najnormalniejsi pracownicy skrzętnie wypełniający polecenia „zwierzchności”, nie robią tego agresywnie i starają się rzecz całą przeprowadzić jak najdelikatniej. Tak było i tym razem. Problem jednak polega na tym, że podejrzewam, iż to nie im, ale właśnie ich „zwierzchności” wpadł do łba utopijny pomysł, że jak ktoś świadomie oszczędza, to pewnie dlatego, że oszukuje. I że należy go złapać, przygwoździć i pewnie naliczyć jakąś solidną karę. To jest po prostu pomysł niesłychany, tak durny, że ktoś, komu wpadła do chorego łba ta myśl powinien iść do kąta i zrobić nie  mnie, ale sobie seppuku – albo jak tam się nazywa ta swoista forma rezygnacji ze zbiorowości. W każdym razie moi goście zostali jasno powiadomieni, że ilekroć zechcą do mnie zapukać i sprawdzić stan kaloryferów czy czego tam jeszcze – zostaną natychmiast zaproszeni do środka i poczęstowani dobrą kawą…

M.Z.

piątek, 17 stycznia 2014

MEDIA, MEDIA...



Kto ogląda i słucha sam sobie szkodzi… Prawda, zgadzam się! A jednak w samochodzie miast dziury w kokpicie jakieś radio tam jednak tkwi. Uruchamiam silnik – włącza się. Królują „złote przeboje” – czyli takie, za które nie trzeba już płacić tantiemów autorskich. Polska rzekomo żyje muzyką lat 70- i 80-tych. Współczesność nie istnieje. A jeśli już to tylko dlatego, że co jakiś czas wznawia działalność Front Propagandowy. Dzisiaj info niemal wyłącznie o tym jak bardzo szkodliwa jest własność. I że wyższą formą egzystencji jest korzystanie z tak zwanych „użyczeń”. Mieszkanie kwaterunkowe, samochód w leasingu, sanki na raty (akurat spadło trochę śniegu), dzierżawiona linia łączności internetowej. Ciekawe czyje niedługo okażą się żony - i mężowie? Bo że dzieci państwowe to już wszyscy wiedzą.

Co kilka dni temu napisałem o braku informacji sondażowych – dzisiaj okazuje się nieprawdą. Prawdziwy urodzaj na sondaże! Ten goni tamtego, ludzie ponoć słuchają starych komuchów, PO gwałtownie skacze do góry z powodu nowej fali obietnic Ryżego. Ileż trzeba bezczelności, by w gwałtownie ubożejącej zbiorowości opowiadać takie pierdoły?… No ale mamy chyba jej niezmierzone pokłady, końca akcji nie widać. Tak, oczywiście próbowałem się bronić. Na jakiś czas w miejsce współczesnego radiowego „kołchoźnika” wstawiłem CB-radio. Efekt taki, że na początek ukradli antenę, za wcześnie wróciłem i nie dobrali się do środka auta. Pasmo obywatelskie (citizen band – a więc CB) też zresztą monotonne – jak nie korek lub sprawdzanie zasięgu to marudzenia kierowców ciężarówek. Odpuściłem…

W materii „poważnej” tyle podczas krótkiej podróży zdołałem się dowiedzieć, że w wyborach do parlamentu EU wszystkie partie wystawiają „doświadczonych” polityków. Kusi dobry zarobek w euro, co? Widać parcie na Brukselę jest tak przemożne, że w obietnicach nie ma już granic – byle tylko załapać się do tego koryta, byle tylko wyjechać… W końcu Titanic tonie, więc może nie ma co się tak bardzo dziwić? Szczerze mówiąc mnie tam wszystko jedno kto nas opuści, a kto zostanie. Może niektórych mordek będzie mniej na ekranach? Może mniej zamącą w Polsce? Tak, wiem, to są złudne nadzieje, odejdą jedni, pojawią się kolejni miłośnicy zegarków albo Meroli czy BMW  z przyciemnianymi szybkami. Nic się nie zmieni. Dalej partie polityczne będą przemawiały do innych partii, dalej święci Królowie Żebraków będą kombinować jak tu za złotówkę sprzedać sobie samemu aktywa i utopić w rzece milionowe długi. Gdzie te czasy, kiedy powiadało się, że zima wasza, ale wiosna nasza? Se minelo – se ne vrati…

A podatnik albo lokator ma płakać i płacić. Z małego domowego podwórka: odwiedzili mnie ostatnio przedstawiciele administracji. Powód? Zainteresowanie dlaczegóż to tak mało się ocieplam, ergo mało płacę. Bo inni podobno ciepłego cugu sobie nie żałują… Wygoniona w teren skądinąd sympatyczna dwójka (nadto ich odczyty liczników ZAWSZE prawidłowe!) z pewnym niedowierzaniem obejrzała kaloryfery: zawory pozamykane. Lokator w piżamce osłoniętej jakimś polarkiem, w chałupie mróz nie fruwa w powietrzu, co to będzie? Ano nic nie będzie. Oszczędzamy, proszę państwa! I nie ma żadnej dodatkowej, nielegalnej rury od węglowej kozy…

M.Z.

wtorek, 14 stycznia 2014

CIĄGLE O TYM SAMYM?



To jest trochę jak wir pod powierzchnią wody: z zewnątrz nie wygląda groźnie, ale ssie, ciągnie do dna z potężną siłą. Mam na myśli wszelkiej maści reperkusje dotyczące „Resortowych dzieci”, także spotkanie, jakie odbyło się w warszawskim Klubie Ronina. Część blogerów uznała owo spotkanie za doskonale. Ja uważam, że było co najwyżej średnie – przy czym dowiodło, że żadne z trójki autorów po prostu nie potrafi jasno mówić, wszyscy zaś wyglądają na co najmniej lekko przestraszonych, a prowadzący… lepiej żeby niczego nie prowadził…

Gabriel Maciejewski, czyli tak po wielokroć krytykowany przeze mnie Coryllus wyraził się (tutaj i we wcześniejszych tekstach: http://coryllus.salon24.pl/561020,polityczna-oferta-i-polityczne-media-czyli-szalenstwo-eski) na temat resortowych dzieci bardzo dosadnie i równie rzeczowo: to po prostu dzieci naszych okupantów. I ja się z tym zgadzam! Tym razem Coryllus ma rację jak cholera! Niestety muszę w tym miejscu dodać jeszcze jedną rzecz, widzę, że to jakoś umyka uwadze zgromadzonych i czytelników: otóż dynastie resortowców w latach 90-tych, zwłaszcza pod ich koniec, powiększone zostały o jeszcze jedną grupę. A mianowicie o zarządców (i ich znajomych) wydawnictw zagranicznych, głównie niemieckich, jakie osiadły na naszym gruncie i jakie rychło zawłaszczyły ogromny procent polskiego rynku medialnego. To się oczywiście dzieje za zgodą i przyzwoleniem polskich decydentów, nie od rzeczy będzie powiedzenie, że kluczem do sukcesu obcych jest po prostu potężna kasa. I teraz gdybyśmy przyjęli typologię Coryllusa – to wszystko są właśnie dzieci okupantów. Realizują posłusznie i czasem bardzo skutecznie linię programową swoich zleceniodawców, do nich odprowadzają zyski, skrzętnie korzystają z ulg finansowych przyznawanych przez firmy-matki i tamtejszego fiskusa, który dawno już zrozumiał, że miast produkować czołgi i zbroić zastępy młodych mężczyzn znacznie mądrzej jest kupić rząd dusz w podbijanym kraju. I spokojnie rządzić. A media to naprawdę broń masowego rażenia, co ważniejsze wcale nie odbierana jako narzędzie przemocy czy gwałtu…

Coryllus pisze tak: „Wróćmy jednak do mediów. To one są właściwym kanałem komunikacji pomiędzy poważnymi politykami a nami. Po stwierdzeniu powyższego każdy szanujący się człowiek powinien wyłączyć telewizor, radio i spalić wszystkie gazety, a na balkonie powiesić transparent z napisem: pocałujcie mnie w dupę. Nie może bowiem człowiek poważny, mający szacunek dla samego siebie traktować poważnie tego co politycy mówią w mediach. Nie może, bo komunikaty tam produkowane nie są efektem przemyśleń polityków, ale jakichś ghostwriterów, którzy piszą im przemówienia i notują ich złote myśli przerabiając je następnie po swojemu. Są owe komunikaty efektem strachu o elektorat, który może się gwałtownie zmniejszyć, bo ktoś coś tam powie. Są one też efektem przymusu i opresji właściwej hucpie zwanej demokracją, która każe kokietować duże grupy ludzi według klucza źle określonych i słabo rozpoznanych oczekiwań tych grup. Jak polityk chce zachęcić do siebie ludzi młodych to pieprzy o budowie mieszkań, a jak górników to o pakietach socjalnych. I nigdy się nie zdarzyło, żeby formuła ta uległa zmianie…”

I znów: MA RACJĘ! Gdzieś tam w jego tekście (a może komentarzach?) przewija się też zdanie o tym, że celem nadrzędnym wszystkich podobnych działań jest spowodowanie, by człowiek, obywatel, poczuł się kompletnie osamotniony, oderwany od reszty, sponiewierany i po prostu zaszczuty. Tak to właśnie jest. Na płaszczyźnie portali internetowych można to osiągnąć jeszcze łatwiej, przez proste działania osadzonych wszędzie agentów wpływu. Wykpią, wyszydzą, spostponują, spowodują  poczucie zagrożenia, zarzucą stekiem bredni, na które ponoć trzeba odpowiadać poważnie… I co ma robić ktoś, kto nie może schronić się do swojego azylu – ponieważ po prostu go nie ma, ponieważ własność mu dawno odebrano i jeszcze wmówiono, że lepiej, aby siedział cicho, bo może utracić i to, co zdaje mu się, że ma? Cóż, człowiek w takiej sytuacji zmienia zainteresowania – i choćby pisał jak sam geniusz dziennikarski (tu możecie sobie wstawić dowolne cenione przez siebie nazwisko) – idzie sadzić bratki albo uprawiać nordic walking. Pozamiatane. Załatwione. Nie ma już ani oporu, ani żadnych innych para-partyzanckich grup…

Co z tym wszystkim zrobić? Cóż, Niemców już nie usuniemy z rynku prasowego, za daleko to wszystko zaszło. W materii płaszczyzn internetowych natomiast możliwe do zastosowania jest uprawianie swoistego ostracyzmu wobec wszystkich, którzy o działalność rozbijacką wyżej opisaną są podejrzani. Albo czynnie i jawnie ją uprawiają. Doradzałem to już kwartał temu, rok temu i pewnie jeszcze wcześniej: dać sobie spokój z czytaniem i komentowaniem Wojtasa, Spirito Libero i wielu, wielu innych. Nie wdawać się w erystyczne spory z Muftim Turbanatorem z Polaków.eu (ostatnio jakby zmądrzał i sporządniał - więc może jest nadzieja?!), do niczego dobrego to nie prowadzi. No cóż, zobaczymy jak to będzie na wiosnę…

M.Z.

piątek, 10 stycznia 2014

TRUDNO DOGONIĆ...



Piszę i piszę o manipulacjach, jakich oficjalna propaganda dopuszcza się wobec współobywateli – ale z prywatnych rozmów wynika, że świadomość tych uczynków wcale nie jest taka wielka. I znaczna część odbiorców siedzi sobie spokojnie w wygodnych fotelach, ustawia dowolny program telewizyjny – po czym połyka głupstwa serwowane poprzez szklany ekran jakby to było coś naprawdę smacznego, a już na pewno nieszkodliwego.

Napisałem niedawno, że brak wrzasków na temat wyników kolejnych badań tak zwanej opinii społecznej niepokoi mnie i doprowadza do prostej myśli, iż coś dranie szykują. Nie omyliłem się! Oto CBOS oznajmił, że Polacy miano najlepszego polityka minionego roku jakoby przyznali… Bronisławowi Komorowskiemu! Próba przeprowadzona została na małej grupie, niewielu ponad 900 respondentów – i z niej to wywiedziono ten właśnie komunikat. JEST FAŁSZYWY! O szczegółach najlepiej przekonacie się oglądają kilkunastominutowy filmik tutaj zamieszczony: http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=vReTmdYm_G0

Nic dodać, nic ująć, nie chcę tutaj podszywać się pod cudzą pracę, zatem nie będę powielał doskonale opracowanych argumentów Autora filmu. Uznaję, że trafił dokładnie w dziesiątkę – i polecam całość do obejrzenia, na pewno nie będzie to czas stracony!

Przy okazji pozwolę sobie jednak na inną uwagę, w jakimś sensie dotyczącą filmowego wykładu dosłownie, a w jakimś sensie tylko pośrednio. Otóż od dłuższego czasu tak zwane publikatory wszelkiej maści i proweniencji z uporem maniaka stosują metodę kodowania u odbiorców informacji, które NIE WYNIKAJĄ z zebranego materiału, co więcej niewiele mają wspólnego z jakimikolwiek innymi realiami. I tak twierdzenie, że oto Komorowski w odbiorze publicznym jest politykiem najdoskonalszym, czy najwyżej ocenionym przez Polaków spokojnie można sobie między bajki włożyć. Dlaczego – będą Państwo wiedzieli po uruchomieniu linku jak wyżej. Od siebie dodam w tym miejscu, że obok tak spreparowanych pseudo-informacji wyrastać zaczyna inna groźna grupa bzdur. Jeśli więc na przykład na Wirtualnej Polsce przeczytacie, że „rząd na najbliższym posiedzeniu parlamentu poda się do dymisji” – to nie miejcie żadnej wątpliwości, iż wiadomość dotyczy wcale nie Polski, ale na przykład Górnej Wolty, albo Wysp Dziewiczych. Zatem nie ma się z czego cieszyć, ani czym smucić – tak się wprawia Czytelników w stan podwyższonej dezorientacji. Rozedrgany czy rozchwiany łatwiej się przewraca… Zwłaszcza gdy przeczyta kolejną notkę, na przykład o tym, że znów pijany kogoś tam rozjechał, a pewna niedobra mamusia podczas kłótni wyrzuciła 5-letniego potomka przez okno. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że pierwsze info dotyczy na przykład górskiej części Rumunii, a drugie jakiegoś szałasu w afrykańskim buszu. Domniemywać mogę tylko, że specjaliści od wymyślania podobnych tytułów do podobnych treści cieszą się w swych redakcjach opinią „dobrych tytularzy”. Trudno dogonić ich myśli strzeliste – a z wrażenia aż zęby cierpną…

M.Z.

czwartek, 9 stycznia 2014

CZASEM TO UMYKA...



Jedną z tez, które tu forsuję mniej czy bardziej udolnie jest ta, że w miejsce rzetelnej i sprawdzonej informacji publika polska za sprawą zawodowców otrzymuje wyłącznie szum medialny. Hałas. Taką papkę, z której czasem wystają różki prawdy, ale częściej nie, bo przytłaczają tę prawdę pomówienia, ploty i wszelkiej maści głupstwa o agentach i wiarołomnych żonach. Od opowieści o dupie Maryni po jakieś „wysmakowane” debaty o encyklikach, Hohenzollernach, londyńskim City czy kolejnym wynurzeniu się u wybrzeży Szwecji nieznanej łodzi podwodnej, czytaj sowieckiej. Ten ostatni patent, stosowany od lat siedemdziesiątych jasno wskazuje kto jest producentem podobnych banialuk – oczywiście służby, dość leniwie modyfikujące wzory rodem ze szkoleń podmoskiewskich.

No i oczywiście są jeszcze wszelkiej maści doniesienia o wypadkach, pijaństwach, degeneracjach, przekupstwie, ułomnościach i brzydocie rodaków. W naszym najszczęśliwszym z krajów nie robimy widać nic innego, tylko śmiertelnie najeżdżamy na sąsiadów, uwodzimy im żony i przyjaciółki, bierzemy łapówki oraz zabijamy dzieci. To jest oczywiście prawda – ale wyjęta z kontekstu wygląda jak durnowaty rysunek z amerykańskiego komiksu poprzedniej epoki, gdzie on był wysportowanym kulturystą, a ona piękną, wątłą i drżącą. Reszta nieważna, w końcu każdy dopisze sobie co tam jeszcze chce i na pewno się wzruszy. Tak bardzo, by Królowi Polskich Żebraków w czerwonych spodenkach udzielić kolejnego wsparcia – kiedy już legiony dzieciaków wygoni na ulice z żebraczymi puszkami w dłoni…

Zamęt okazuje się niestety skuteczną bronią. I chyba najlepszym na to przykładem jest ostatnia historia powiatowego Gigi Amoroso, czyli agenta Tomka. Krążył w sieci filmik i opis jak to ów superman rozmawiał z mężem właśnie uwodzonej „damy”. Mało kto zwrócił jednak uwagę na treść obietnic, które dzisiejszy poseł owemu mężowi składa. Otóż obiecuje łomot spuszczony mu do spółki z kolegami, którzy przecież „grzecznymi chłopcami nie są”. Zwracam na to uwagę, ponieważ po raz pierwszy od wielu lat rzecz sformułowana jest tak jasno i wprost: wspieramy się nawzajem, nawet gdy któregoś wywalą ze służby, możemy wam obić nery i połamać nogi za pomocą krzesła jeśli tylko kolega poprosi… Czy w tym świetle twierdzenia niektórych publicystów, że w Polsce tak naprawdę jedna mafia, ta nielegalna, walczy z drugą, tą bardziej legalną – nie jest usprawiedliwione? I doprawdy trudno nazwać to wszystko spiskową teorią dziejów?

Ale o tym sza, oficjalnie sprawa zamknięta, wystąpił w szkle poseł Błaszczak i oznajmił, że Tomka usunięto z klubu. Tak naprawdę którego klubu, panie pośle? Najemnych zbójów, tajnych wywiadowców w samochodach marki Porsche, pisowców, czy licho wie kogo tam jeszcze? Swojego czasy najęliście na wygodny sejmowy stołek tak naprawdę nie agenta, ale trupa agenta. Gościa skończonego w swojej robocie, może godnego zmiany twarzy i nazwiska – ale nie politycznej funkcji. Nie żadnego tam Bonda, któremu powinęła się noga, ale zakochanego w sobie frustrata. Co gorsza gadatliwego ponad miarę… Ktoś w waszej centrali za to odpowiada – i co, jemu nie dzieje się dzisiaj żadna krzywda? Więc znów wypada wrócić do odwiecznego „kury szczać wam prowadzać, nie bawić się w politykę”. Tak to niestety wygląda…

M.Z.