środa, 1 stycznia 2014

JAKI BYŁ?



Jaki był? FATALNY. Tak, wiem jak bardzo to oczywiście arbitralne, ale podtrzymuję – mijający rok dla mnie przynajmniej był fatalny. I  nie dlatego, że przegrałem coś w karty, nie gram. Nie dlatego, że rozjechałem staruszkę na pasach, czy skrzywdziłem niewinną sierotkę – te bowiem trzymają się ode mnie z daleka. Raczej z tego powodu, że zaczęli mnie grabić i oszukiwać coraz śmielej, ponoć w majestacie prawa – wymyślając przy tym tak bezczelne, aroganckie powody, że pewnie sataniści i staliniści nie potrafili by lepiej.

Niestety jest więcej powodów dla których uważam jak uważam.

Kilkakrotnie, w różnych środowiskach blogerskich podjąłem próbę przekonania tam zgromadzonych, że po pierwsze trzeba wrócić do działań podstawowych, czyli relacjonowania tego, co dzieje się w rodzinach, małych gminach, w tych wszystkich kroplach wody, które składają się na ocean naszego współczesnego życia. Po drugie jeśli już tworzy się kawałki publicystyczne – to obowiązuje w nich krystaliczna jasność wywodu i poprawna polszczyzna, a nie smętne ględzenie z użyciem zagranicznych wyrazów. Jednym słowem trzeba wrócić do zapomnianych form, czy może para-form dziennikarskich, jak wywiad, relacja, reportaż. Rozważania cywilizacyjne i borykanie się z kolejną, rzekomo odkrywczą interpretacją Starego czy Nowego Testamentu tego nie zastąpią.

I tyleż razy, to jest właśnie kilkakrotnie spotkałem się z dzikim oporem. „Une takie są, to ich styl i znak rozpoznawczy, czego ty się czepiasz…” Co mam rzec? No kuźba ręce opadywują! Bo jaka tu możliwa kontynuacja rozmowy?

W znanych mi osobiście kręgach, kiedyś z nimi rozmawiałem i tylko te mam na myśli, praktycznie nie obsłużono żadnych lokalnie ważnych imprez patriotycznych, nie wspominam o Marszu Niepodległości, tu raczej każdy czuł się zobowiązany do zabrania głosu. Wiele razy niepotrzebnie… Nie powstała żadna struktura wspólnotowa blogerów czy dziennikarzy obywatelskich, mam na myśli grupki bez przywództwa, ale działające w oparciu o wspólny zestaw wartości godnych propagowania i powielania. Oczywiście obserwuję działania autora Cywilizacji Polskiej, zwłaszcza paroksyzmy jego apologetów – ale jak już kiedyś napisałem durnota to jakich mało, tyle że ubrana w szatki pseudo-naukowej poprawności. Dzisiaj gromadzi wokół siebie pięć, może siedem osób (pewnie przesadzam), którym oddano do dyspozycji środki nieproporcjonalnie wielkie. Po co? Wkrótce się okaże. I jasnym się stanie po co to wszystko i kto za tym stoi. Ostatnio „po naciśnięciu dźwigni” wyskoczył panslawizm. I co ja mam czynić, gdy się nim brzydzę?

Dlaczego to są wady działania blogosfery i czemu uparcie namawiam do zajęcia się lokalnymi sprawami, a nie obserwowaniem Kosmosu? Bo oto okazuje się, że więcej wiemy o jakiejś strzelaninie w szkole w Connecticut, niż o życiu codziennym w Kielcach i Suwałkach. Nikt nie ma pojęcia z czego żyje pogranicze północne, a z czego wschodnie. Polska prowincja w blogosferze nie istnieje! Nie ma jej, więc też  i nie ma wątków związanych z czymś nieskończenie mniejszym od Warszawy, czy Krakowa – ale przez to tyleż razy bardziej prawdziwym. Ktoś ma pieniądze na podtrzymywanie przy życiu sporych rozmiarów niemrawych portali – ale nie ma kilku stów na normalną delegację dla dwóch, czterech osób. To są rzeczy niepojęte! Przy czym od razu odpowiadam na wielokrotnie zadawane mi pytanie czemu sam nie kładę nóżek na stół: od trzech lat jestem bezrobotny, z ludźmi w moim wieku w mojej Ojczyźnie  nawet się wstępnie na temat pracy nie gada i zupełnie nie mam pojęcia jakim cudem nie mam długów i nie znam komorników…

I dlatego miniony rok nie był dobry. Był sto razy gorszy! Niech go szlag trafi!

M.Z.

sobota, 21 grudnia 2013

IDĄ ŚWIĘTA!



Długi czas nie pisałem – ale to wynik… mojej naiwności i małej odporności na niektóre reklamy. Mocno przeziębiony łykałem kilka dni jakieś ibuprofeny na zatoki i resztę zwłok. W telewizji pomagają. W realu już niekoniecznie. Okazało się, że wyhodowałem sobie  niezłe zapalenie płuc – i trzeba było zastosować antybiotyk. Tak, ten specyfik tak bardzo nie lubiany przez wszystkich „dyskutantów” masowo produkujący się na portalach rzekomej ochrony zdrowia. Że też durniom nie przyjdzie do tępych łbów, iż są sytuacje, w których nie ma innego wyjścia…

A tymczasem na mieście inne grane są treście… Nic nie wiem na temat kolejek, czasem widuje przez okno, że pobliska ulica nie do przejechania od rana do nocy – więc jest raczej marnie. Na portalach politycznych Ukraina powoli odchodzi w niebyt, moim zdaniem słusznie. Janukowycz okazał się lepszym graczem, niż nasi rodzimi „geniusze”, wziął od Rosji co było do wzięcia i zapał do Unii wygasa coraz wyraźniej. O naszym rządzie i wszechobecnym nierządzie mało komu chce się gadać, jest marnie, a pewnie będzie jeszcze marniej. Osobiście nie pasjonuję się już ani Monisią Olejnik, ani zapraszanymi przez nią gośćmi, bo jeśli to nie chłop do zniszczenia, to na pewno przygłupi kobieton, że tak się zapatrzę na chwilę w Witkacego. I bez znaczenia, czy ma naukowy tytuł, czy jest wyzwoloną dójką, telewizje jawne i dwupłciowe tak dobierają rozmówczynie, że z góry wiadomo kto mecz wygra. I bez znaczenia czy to Polsat, TVN czy publiczna – cokolwiek byśmy nie wybrali to i tak pasztet z lekka cuchnący i upudrowany. Jako że osłonowo do antybiotyków pożeram dodatkowe kefirki, których nie lubię jak zarazy – to trzęsie mnie z obrzydzenia na sam widok. Po cóż zadawać sobie jeszcze męki słuchowe…

Jedno pozostaje niezmienne: dyskusje na przykład o prasie prowadzone przez ludzi, którzy co prawda powołują się na jakąś swoją prasową przeszłość – ale już po drugim zdaniu widać, że sprzątanie w redakcji to nie to samo, co pisanie do opracowywanego przez redakcję periodyku. Oj dobrze, wiem, są na świecie tak genialni osobnicy, którzy wchodząc tylko w drzwi dowolnej redakcji, wszystko jedno po co, wiedzą o niej wszystko. Tyle że ja im jakoś nie ufam…

No więc z ich zeznań wynika, że tuzy dziennikarstwa prasowego, za jedno czy z lewej, czy z prawej, po prostu pogardzają czytelnikami. I zamykają się w wieży z kości słoniowej. Gdzie tę pogardę z wolna przeżuwają, w wolnych chwilach licząc banknoty, jakie im za liczne łajdactwa wypłacono. Zapewne jak w każdej plotce i w tej jest jakaś część prawdy. Sam potrafię kilku takich wskazać, znane nazwiska. Cała reszta natomiast tak naprawdę pisząc i publikując dowolny tekst NIE MA ŻADNEGO BEZPOŚREDNIEGO ZWIĄZKU Z CZYTELNIKIEM po ukazaniu się tegoż tekstu! Głosy reakcji albo w ogóle nie docierają gdzie powinny, albo są  tak wytłumione, że nie pomoże nawet specjalista od czytania słów z ruchu ust. Jedynie w Internecie reakcje zadziwiają swoją natychmiastowością i dosadnym słownictwem. Ale to taka specyfika medium, w którym złość może wylać się na autora dziesięć sekund po jego występie… Co zaś głupiego w papierowym nurcie mainstreamu Ziemkiewicz by nie powiedział – reakcja i tak zawsze będzie spóźniona. Więc coraz gorszy publicysta tradycyjnie „robi za guru”, powoli staje się to mocno irytujące.

Jakby nie liczył: czas płynie i żony powoli zabierają się do dekapitacji karpia, obierania buraków i takich tam przedświątecznych drobiazgów. Nie są to co prawda święta z dzieciństwa – ale i tak lubię tę krzątaninę. No i dzięki silnemu odkurzaczowi nie muszę pedałować pod trzepak z tym cholernym dywanem…

M.Z.

piątek, 6 grudnia 2013

GWOLI WYJAŚNIENIA



Okazuje się, że na tym przynajmniej blogu najwięcej emocji budzą wpisy dotyczące Czytelników bezpośrednio. Nie inaczej stało się z felietonem poświeconym problemowi ochroniarzy, jakich mamy za niemałe pieniądze w naszym domu. Komu służą i do czego? Czy nie mamy na ich los żadnego wpływu? A może choć na jakość pracy i zakres obowiązków? Dlaczego przetargi wygrywają firmy, które nawet po pobieżnej analizie wpisów w sieci nie gwarantują niczego? Skąd w ogóle bierze się upór urzędników forsujących takie, a nie inne rozwiązania organizacyjne?

I jak ja śmiem proponować coś, co wiąże się z nieszczęściem tego lub innego lokatora?

Proszę Państwa: wiara w to, że znam odpowiedzi na wszystkie podobne pytania jest czystą utopią. A jednak zauważyłem przed paroma laty, że treść umów podpisywanych przez ZGN Mokotów z firmami ochroniarskimi i ogląd współpracy obu tych stron prowadzi do jednego wniosku: te firmy nie służą ochronie lokatorów przed niedobrym światem. Już prędzej chronić mają urzędników przed lokatorami. I to napisałem jeszcze w roku 2007, czyli roku odpalenia tej strony! Późniejsze doświadczenia i obserwacje potwierdziły tę opinię. I nie ma znaczenia, że jako żywi ludzie lubiliśmy jednych, a nie lubiliśmy innych. To wynika przecież ze zwykłych ludzkich interakcji – mieliśmy tu pracowników życzliwych światu i lokatorom i mieliśmy takich, którzy co prawda spacerowali przed domem, ale duchem tkwili gdzieś na wsi rodzinnej i nie chcieli widzieć jak dzieciaki tego czy innego lokatora rozwalają piłką bramy garażowe czy tynki na słabych murach. Mieliśmy też ludzi interesujących się parkingiem zewnętrznym i parkującymi tam autami – mimo że to już teren, którego zdaniem tej czy innej urzędniczki strzec nie muszą. Przy okazji podobnych sporów kompetencyjnych dowodnie wyszło to, co dzisiaj można nazwać stosunkiem tych urzędników do lokatorów. W skrócie jest to mieszanina pogardy i lekceważenia: mamy płacić bez mrugnięcia okiem i nie gadać za dużo. A prawdziwi władcy krainy sami ustalą co odpowiada nam, płatnikom – i im, konsumentom naszych pieniędzy.

Przetargi organizowane co roku na nową, pewnie w założeniu tańszą firmę ochroniarską ogłaszane są na oficjalnej stronie ZGN-u – i tam po jakimś czasie można przeczytać co ustaliła komisja przetargowa i ile punktów przyznała każdemu uczestnikowi tego postępowania. Z tego łatwo da się wywieść wniosek, że jednak jakieś postępowanie się toczy, że ktoś ocenia wiarygodność czy moce uczestników tych zawodów. Czy więc było by wielkim nadużycie zadanie pytania jak to ma się do opinii, które wobec aktualnych zwycięzców przetargu zamieszczają byli pracownicy tej firmy? I co jest w sieci dostępne za dwoma, trzema kliknięciami myszki? To wbrew pozorom nie jest żadna dodatkowa robota, którą chciałbym narzucić nieznanym z imienia i nazwiska członkom komisji. To jest po prostu działanie proste i skuteczne, możliwe do wykonania mniej więcej w piętnaście – dwadzieścia sekund. Być może to zresztą uczyniono – ale ktoś, kto spotyka się z bezzasadnym oskarżeniem ma prawo wygłosić mowę obrończą i przekonać komisję, że to wszystko bzdury i pomówienia. Uniwersum mogło by wygłosić płomienną mowę dowodzącą, że ich zapity na śmierć pracownik w istocie zmarł na zawał serca i wódka nie ma tu nic do rzeczy. Czy tak się stało? Nie wiem. Wiem natomiast, że o innych uczestnikach przetargu złych opinii w sieci NIE MA, złych z nimi doświadczeń też nie. I dlatego czuję się uprawniony do postawienia tezy, że gdybym sam miał wybierać pomiędzy firmą o złej opinii i firmą bez złych wpisów czy konotacji, zaś różnica oferowanych stawek osobo-roboczo-godziny to ledwie dwa-trzy grosze – to na pewno tej ze złymi wpisami nie dał bym maksymalnej ilości punktów. No ale jak widać stało się inaczej…

Co do zasadności częstowania nas kosztami wynikającymi z bliżej nie umotywowanej konieczności tolerowania w tym domu ochroniarzy – wypowiadałem się tyle razy na ten temat, że nie czuję potrzeby robienia tego po raz kolejny.

O rzekomych nieszczęściach jakichś bliżej nieznanych mi lokatorów: cóż mogę poradzić na to, że nie lubię "zapobiegliwych" i nie mam ochoty pochylać się nad nimi troskliwie?...

M.Z.

środa, 4 grudnia 2013

GANGSTA-BLUES



Od cywilizacji, przez racje stanu, po… no właśnie, co? Harce szaleńców w krzakach? Cierpienia dołów społecznych, przynajmniej w zakresie stosunku do własności? Nikogo nie interesujące drobiazgi bez znaczenia dla wielkiej polityki i cywilizacyjnych zagrożeń? Hola, hola, mili Państwo: jeśli jak powiadają diabeł upodobał sobie szczegół, siedzi w nim z satysfakcją – to i mnie wolno do tego szczegółu się odwołać. Dzisiaj o ochroniarzach w jednym z mokotowskich domów. Owszem, rozpustnie mamy takich. Niestety dla wielbicieli kina akcji niedobra wiadomość: nie będzie o supermanach.

Od wielu lat nasi ochroniarze to zbiór postaci co najmniej barwnych, niezależnie od firmy, która ich zatrudniała, a którą to ZGN Mokotów wynajmował za coraz  mniejsze pieniądze. Przy czym zauważoną po niemal 10 letniej praktyce współpracy z nimi prawidłowością jest ta, że im mniej owa firma dostaje od ZGN-u i mniej płaci swoim pracownikom – tym gorszych ekscesów z ich strony mogą spodziewać się lokatorzy. Mieliśmy więc w podziemiu klatki I tanich i prawdziwych śmierdzieli ze spółki Uniwersum, jeden z nich zapił się zresztą na śmierć. Mieliśmy apodyktycznych durniów pokrzykujących na lokatorów, a zwłaszcza lokatorki. Damy opalające się na skrzyni z piaskiem naprzeciw frontonu budynku i eksponujące przeterminowane wdzięki nie kryły, że „poszukują sponsora” i ta wystawa służy zdobyciu rzeczonego. Mieliśmy zmęczonych życiem facetów, którzy wędrując z jednego dyżuru na drugi przesypiali u nas ponad połowę doby. Menażeria kilkudziesięciu kiepsko umundurowanych osobników  płci obojga kryła oczywiście pomiędzy sobą także ludzi porządnych, pracowitych i życzliwych otoczeniu. Rzadko bo rzadko – ale zdarzało się…

Zasada przetargu publicznego, dzisiaj już tylko w formie elektronicznej, przeczy niestety intencji dawnego ustawodawcy, że za jak najmniejsze publiczne pieniądze mamy mieć coś najlepszego. O ile w ogóle chcemy to mieć, uważamy to za niezbędne i bardzo, bardzo potrzebne… W tym miejscu aż prosi się, by dodać, że właściciele firm ochroniarskich zarabiają ZAWSZE - i zawsze mniej więcej taką samą kwotę. Mniej za to dostają ich ludzie. Kiedyś było to 5,50 zł za godzinę, ostatnio już tylko 3,97. Wygrywa z reguły firma „krzak”, wystarczy uruchomić internet tylko na pięć minut, by dowiedzieć się wszystkiego. Wygrywa nie  mając często nawet połowy koniecznej obsady osobowej. Gdzieś od połowy grudnia trwa istna łapanka na ludzi, którzy poznali miejsce i jego specyfikę, bo tu przepracowali co najmniej rok – i być może rzucając starego pracodawcę przejdą do nowego. Część w rzeczy samej przechodzi. Zawsze ze stratą finansową. Lokatorzy w jakimś sensie cieszą się z tych „adopcji” – starzy wyjadacze wiedzą jak skutecznie pomóc, jak szybko wezwać ekipę do odblokowania windy stojącej między piętrami, jak naprawić wrota wjazdowe do garaży i tak dalej... Niektórzy uchowali się i pięć lat zmieniając kolejnych pracodawców . No ale i na nich przyszła „kryska”…

Po co nam to wszystko? System alarmu przeciwpożarowego ponoć automatyczny. Wrota wjazdowe do garaży rozbijają piłkami dzieci miejscowych. Nikt nas, lokatorów nigdy nie pytał czy w ogóle chcemy płacić za ochroniarzy. W obfitej korespondencji na ten temat mam i takie kwiatki, w których jak byk stoi, że to nie mój, lokatora, interes - ponieważ płaci Miasto, nie ja. A w związku z tym żadnych sugestii, żadnych żądań, milczeć i nie zawracać urzędolnikom gitary… Co uprzejmego a dosadnego można odpowiedzieć takiej przygłupiej funkcjonariuszce? Że nie istnieje coś takiego, jak transport świeżo wyprodukowanej gotówki do niej prosto z Marsa?

W roku 2014 nastąpi kolejna zmiana. Wygrywająca firma zaoferowała stawkę 7,35 z VAT-em za osobę w ciągu godziny. Ponieważ na dyżurze jest zawsze dwóch pracowników można przeprowadzić działanie 7,35 x 2 x 24 = 352,80 zł. A że dób w roku mamy jak by nie liczył 365 – mnożymy 352,80 zł x 365 = 128 tysięcy 772 zł. Ponad DZIESIĘC TYSIĘCY miesięcznie (10.731). I to już robi pewne wrażenie, prawda? Tyle płacimy za ludzi, którzy zgodnie z treścią standardowej umowy są niczym więcej, jak tylko zbiorowym dozorcą – pilnującym w istocie interesów nie lokatorów, ale administratorów. Ile z tego bierze właściciel firmy ochroniarskiej – a ile trafia do samych ochroniarzy? O, mili Państwo – to już zależy od oczekiwań właścicieli tych firm. Dla ułatwienia dodam, że nie są one małe. Zaś o ostatnich zwycięzcach można w sieci wyczytać tyle, że potrafią nie płacić swoim pracownikom i po dwa miesiące. Z całą pewnością będzie więc wesoło…

Kto i kiedy ustalił, że najpilniejsza polską potrzebą jest stworzenie Straży Miejskich? Wytrwali zapewne są w stanie dojść do tego, nie wiem ile sejmowych protokołów trzeba przewalić – ale rzecz możliwa jest do ustalenie. Kto i po co zdecydował aby byłym „resortowcom” (inni firm ochroniarskich nigdy nie zakładali) za minione już utrwalanie socjalizmu płacić wyżej opisany haracz? Może jest gdzieś mądry, który to wie. Ja w każdym razie tej roboty nie odwaliłem – i nie wiem. Tak czy siak: to nie moi administratorzy, ale my, lokatorzy podobnych przybytków „miejskich” odczuwamy w kieszeniach wzmożone ssanie. Płacimy coś na kształt myta zbójom czającym się obok drogi. I nie mamy prawa do protestów. Ktoś wie lepiej co dla nas dobre i właściwe – a co nie. Ktoś wie też, że resortowe emeryturki najwyraźniej nie wystarczają na zakładanie dynastii i rodów, dojenie kasy z powietrza się nie udaje – więc trzeba tego czy owego wspomóc.

Tylko dlaczego do jasnej cholery znowu za moje?

M.Z.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

UWAGA! "MYŚLICIELE" ATAKUJĄ!!



Wiele miesięcy temu napisałem, że facet, który nieporadnie nazwał produkt swoich przemyśleń mianem Cywilizacji Polskiej nie gwarantował moim zdaniem stosownej rzetelności w podejściu do problemu. Podtrzymuję! Gdy w portaliku Polacy.eu.org (tam się to wszystko urodziło) sprawa po wstępnych grzmotach powoli zamierała - w innych, zdecydowanie większych i bardziej żywych portalach autor CP dorobił się kilku określeń, z których „kuchenny filozof” (nie, nie mój!) okazało się najłagodniejszym. 

Niewielu pewnie pamięta, że pierwsze „wyplucie” teorii CP skończyło się w formie dyskusyjnej na deklaracji autora polegającej w skrócie na tym, że nie chodzi o żadną tam polskość, ale o uniwersalny panslawizm. Burza, awantura, kilka miesięcy spokoju i przyczajenia. A później po reaktywacji szczątków Nowego Ekranu (Neon24) nowe natarcie: już w postaci kompletnej zakładki nazwanej Polska Racja Stanu. Zarządza nią nie kto inny, jak Krzysztof Wojtas. Tak, tak, ten od Cywilizacji Polskiej… 

Autor, który na wstępie swoich rozważań przyjmuje wobec Czytelników postawę apostoła, który wprost twierdzi, że można przyjąć go gościnnie wyłącznie na jego warunkach – nigdy odrzucić – naraża się co najmniej na spore ryzyko. W związku z tym opiniując kolejny jego krok, gdzieś tam, już nie pamiętam czy nie tutaj, napisałem, że jestem w stanie znieść każdą teorię poddaną publicznemu oglądowi, ale żadnej nie będę czcił jak nowej Biblii. Zwłaszcza że oważ napisana jest cokolwiek po sztubacku, zawiera istotne błędy natury filozoficznej i interpretacyjnej, zaś na codzień jako propozycja publicystyczna jest po prosty słaba. Furia w odpowiedzi i towarzyski ostracyzm. OK., mało mnie takie fochy interesują, a już zupełnie nie bolą. Chcesz bratku brylować na parkiecie i nie przyjmujesz do wiadomości, żeś kulawy – twój problem. Portalik Polacy.eu.org (tam się to wszystko zaczęło) nieco spuchł z powodu ostrej dyskusji pod kolejnymi odsłonami dramatu, później przyjął do wiadomości odejście Wojtasa, potem wpakował na swoje łamy teoretyków masonerii i libertarianizmu. Dzisiaj to wszystko jest już nie do zniesienia. 


A tymczasem na mieście inne były już treście… Po rozpadzie Nowego Ekranu na 3Obieg i Neon24 uchodźcy z Polaków.eu w tym drugim jakimś cudem wymościli sobie zupełnie mocną pozycję. Co najmniej jeden z nich dogadał się z Ryszardem Oparą, właścicielem Neonu – i tak powstała zakładka Polska Racja Stanu. Dowództwo zakładki objął… Krzysztof Wojtas. I jak to ma w zwyczaju spisał listę własnych praw, obligatoryjnych dla autorów chcących się w ogóle wypowiadać. Pewnie „prawa Wojtasa” nie należą do szczególnie bolesnych w stosowaniu – na pewno jednak przeczą zasadom stosowanym dotychczas w portalach stricte politycznych. Otóż po pierwsze dyskutantom nie wolno skrywać się pod pseudonimami, tu Wojtas dzierży pełnię władzy. Po drugie rzecz jasna tak mają śpiewać, jak dyrygent każe…


Czy chcącym dzieje się coś złego? I tak i nie. Na prostej zasadzie: chce ktoś być kopany, częstowany bzdetami wynikającym z totalnego niezrozumienia podstaw filozofii, chce czytywać produkty napisane chropawym, a często nieznanego pochodzenia językiem – jego problem i ból. Na dłuższą metę może się jednak okazać, że z Wojtasem jest jak zdaniem Michalkiewicza z Wałęsą:
kto go słucha sam sobie szkodzi…
 
Poważnie: szkodzi! Proszę przeczytać to oto wprowadzenie:
„…W zasadzie jako następna miała być inna notka. Jednak być może właściwszym będzie przedstawienie programu dochodzenia do PRS na "kilka kroków" w przód. To pozwoli przygotować się czytającym i dyskutantom do przyjęcia tych treści…”
Nie komentuję. Tyle jednak powiem, że nie wiem „co poeta miał na myśli”. Od wizjonerów można spodziewać się  precyzji wywodu. Tutaj go po prostu nie ma. To  jest model przemawiania do małych, nieco opóźnionych w rozwoju dzieci. Dalej jest równie ciekawie: 
„…Jak pisałem - żadnego utajniania. Wszystko na widoku i wszystko poddane ocenie. Także krytycznej.
Także, jeśli wola i chęć, do przedstawienia alternatywnych rozwiązań, a być może i idei…”
 
Tu już nie bardzo potrafię powstrzymać się od komentarza. Krotko i od końca zaczynając: po co mi zakładka Wojtasa gdybym miał ochotę przedstawić własną spójną wizję polskiej racji stanu? Skąd ta bezbrzeżna arogancja autora niezbyt ciepło i szeroko przyjętej propozycji Cywilizacji Polskiej – z której to arogancji wynika wprost, że tylko on jest w stanie temat poprowadzić lub co najmniej opanować? I na koniec: czego dotyczy passus o utajnianiu? Co tu do cholery może lub nie  może być utajniane, panie W.?

Po co mi te wszystkie opisy działania ludzi… powiem „specyficznych”, bo nie chciałbym popadać w zbytnią dosłowność? Ano po to, by dokładniej niż w poprzednich tekstach (a zajmowałem się tym niemało…) pokazać w jaki sposób odwraca się ludzką uwagę od rzeczy bieżących, zmusza respondentów do prac, których w rozsądnym towarzystwie nigdy wykonywać by nie musieli, w jaki sposób kanalizować, a następnie blokować rozmowy. Powiada oto „zarządca” tematu, że istnieje „…potrzeba znalezienia odniesień głębszych, filozoficznych dla tej idei…” – ale sam niczego podobnego nie czyni. Czemu ma służyć deklaracja, że „…Nie ma jednej filozofii - przynajmniej w realiach rzeczywistości. Są różne ujęcia, które w długotrwałym procesie wytworzyły różne systemy filozoficzne. Z kolei te systemy , poprzez odmienne ukształtowanie rozumienia wartości, spowodowały powstanie odmienności cywilizacyjnych…” To jest figura ad absurdum – czyli po ludzku sprowadzanie wątku rozmowy do roztrząsania co było pierwsze, jajo czy kura.

Wojtas działa tym razem wspólnie z grupą osłonową, Spirito Libero to tylko jej wierzchołek. Samo śledzenie kto, co i kiedy – to zajęcie praktycznie  uniemożliwiające jakąkolwiek inną robotę. Przeciwnicy Myślicieli irytują się tedy – i jest to właściwie jedyna słuszna postawa. Padają mocne słowa, odbywają się jakieś słowne pojedynki, śmieszne, ponieważ nawet celnie trafiony pierwsze co czyni to wstaje i oznajmia urbi et orbi, że właśnie zwyciężył Ciemność. On, znawca Ksiąg Wszelakich, wszystkich encyklik, komentator Konecznego i właściwy interpretator jego pokrętnych i niejasnych myśli... W mniejszych portalikach, powiem wprost, że dysponujących kadrą o bardziej ograniczonych umiejętnościach intelektualnych, zapada „wyniosłe milczenie”. Od czasu do czasu przerywane enuncjacją Zwolennika Masonerii, który wojtasowy tekst rodem z zakładki PRS wycenia na pięć gwiazdek. Nie za jakość, której prawdopodobnie sam nie jest w stanie zmierzyć – ale „za podjęcie tematu”. Ciekawych, CHOLERA, czasów dożyliśmy…

M.Z.






sobota, 23 listopada 2013

Tzw. rekonstrukcja rządu - widziane z USA



Oryginał tutaj: http://slepamanka.neon24.pl/post/102067,tzw-rekonstrukcja-rzadu-widziane-z-usa Gorąco polecam ten tekst - jest moim zdaniem uderzająco prostym i trafnym ujęciem istoty tego, co się u nas dzieje. Przedruk za zgodą autorki, tytuł  oryginalny.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Celem (i powodem) tej nagłej i niespodziewanej rekonstrukcji rządu było wykrycie przez prawdziwych władców PRL, że obecni notable z ich nadania okradają ich z pieniędzy, które im się należały w postaci przetargów i łapówek.

 Sprawa rekonstrukcji rządu zainteresowałam się wyłącznie ze względu, jak to komentuje tzw. prasa prawicowa. Komentarze na temat rekonstrukcji rządu Tuska wyraźnie pokazują, że ona też jest sterowana z góry. Oczywiście jest tam więcej informacji  krytycznych wobec premiera Tuska i jego rządu, ale wszystko jest tam w pewnych granicach, których nie wolno im przekraczać. Czyli jak w socjalizmie jest to krytyka konstruktywna.

Kiedy przeglądam portal wpolityce.pl, kierowany przez młodych, gniewnych dziennikarzy uważających się za prawicowców, podobnie jak PiS, odnosi się wrażenie,  że za tymi wszystkimi zmianami stoi sam premier Tusk i ze on jest odpowiedzialny za wszystkie błędy sprośne, nawet niebu obrzydłe.

Tymczasem każdy średnio rozgarnięty uczeń szkoły podstawowej wie, że premier Tusk nie ma nic do gadania i że został on wynajęty do pełnienia funkcji premiera za konkretna kwotę i różne przywileje, a za to ma spełniać wszystkie życzenia konkretnych grup rzeczywistej władzy, bo nie sądzę, by dziennikarze z wpolityce nie wiedzieli, gdzie jest prawdziwy ciężar władzy.  Ujawnianie tej rzeczywistej władzy mają zakazane i jak widać się do tego zakazu ściśle stosują. Maja za zadanie duraczyć zdezorientowanych i nastawionych patriotycznie i niepodległościowo młodych Polaków, że jak Tusk odejdzie, to będzie lepiej.

Ja natomiast oczekiwałabym od tychże dziennikarzy pokazania prawdziwych mechanizmów rządzących PRL-em, a nie bicia po twarzy Tuska i jego ministrów.  Np. chciałabym się dowiedzieć w jaki sposób redakcja „wsieci” dotarła do zdjęć zadowolonego premiera Tuska w Smoleńsku, a nie pastwienie się na skończonym juz premierze. Nie wierzę tutaj w przypadek. Z  tych wszystkich tzw. prawicowych  portali się tego nie dowiemy i nie ma na co liczyć. A rzeczywista władza wymienia Tuskowi ludzi w ministerstwach i jemu to wszystko wisi, gdyż i tak ma zapewnione apanaże do końca swoich dni. Z portalu wpolityce nie dowiemy się że trwa walka o władzę wśród szajki, która stała za okrągłym stołem i która rządzi do tej pory, gdyż nie została ujawniona i opisana przez żadnego dziennikarza śledczego. Próbę taka podjął Wojciech Sumliński i wiemy jak skończył.

W dzisiejszym PRL-u tylko osoby, które otarły się o okrągły stół, lub byli jego uczestnikami, mogą liczyć się w grze o pozory władzy. Osoby te reprezentują dzisiaj PiS, PO, PSL, SLD. Dopóki nie złamie się tego monopolu, nie ma co liczyć na żadne zmiany w interesie polskiej racji stanu.  W sprawie przyjęcia Polski do UE wszystkie te partyjki zachwalały nam nowy kołchoz, oczywiście w swoim wyłącznym interesie.

Myślę że celem obecnej rekonstrukcji rządu i nagłe wykrycie wielkich afer korupcyjnych jest to, że zwolnieni ludzie starali się przyjmować łapówki poza wiedzą rzeczywistych władców PRL. Kiedy się rzeczywiści władcy naszych okrągłostołowych marionetek zorientowali , że ktoś ich okrada na przetargach, uderzyli bez pardonu i ostrzeżenia. Tych, którzy wzięli zdecydowanie za dużo czeka być może samobójstwo bez udziału osób trzecich, o ile dotrzymają omerty. Wydawało im się, że mogą okradać tych, dzięki którym mogli kraść. Dla pozostałych złodziei jest to ostrzeżenie, co prawda jeszcze nie w postaci samobójstwa bez udziału osób trzecich, ale kto wie, ile wykryje audyt biegłych rewidentów z gangu rządzącego Polska. W sprawach finansowych miedzy gangami rządzącymi Polską panuje zgoda. Nie po to wynajęliśmy was za ministrów, byście nas okradali. Płacimy wam przyzwoite ministerialne pensje i nie ważcie się nas okradać. Osobiście premier Tusk wie, że bez przestrzegania tej zasady nie mógłby być premierem tej pokracznej odsłony PRL. 

Przywołał M.Z.

piątek, 22 listopada 2013

PAŃSZCZYŹNIANI 2



Kiedy w styczniu tego roku pisałem tekst „Pańszczyźniani” nawet mi w głowie nie postało, że będzie to absolutny rekordzista tej strony. I że przy całej jego popularności otrzymam tak proporcjonalnie mało komentarzy… Trudno. Jest jak jest i nie ma co grymasić. Okazało się  przy tym, iż kluczowe dla Czytelników było pytanie postawione już na początku: czy reszcie Polaków w obliczu masowej obecności w polityce, prasie i we wszelkich innych publikatorach żydów wolno w tej sytuacji kraść, oszukiwać, nie uczyć się, głupieć i menelić z każdym dniem coraz bardziej?

Najpierw więc zapytano mnie czemu to niby zwalam pełną odpowiedź na przyszłe pokolenia i nie wykazuję szczególnej chęci do napisania czegoś większego i syntetycznego? Tu sprawa jest prosta: nie jestem ani historykiem, ani politologiem, ba, nawet nie naukowcem dowolnej dyscypliny. Zatem porywanie się na coś, co wymaga stosownego warsztatu badacza było by prostą arogancją. Że niby ulegają jej liczni moi koledzy, a praca pewnego ogrodnika zaowocowała już tym, ze powstają spore objętościowo dywagacje dotyczące cywilizacji polskiej czy polskiej racji stanu? Cóż – niechaj powstają. W końcu błędy i braki, na przykład filozoficzne, obciążają autorów takich prac, nie środowiska, w których się rozchodzą nieco siłowo. Tak, tak, Mili Państwo: rozprawki K. Wojtasa wpełzają coraz szerzej na łamy internetowych portali nie dlatego, że „lud tak chciał”, ale dlatego, że autor i jego wierni akolici byli w stanie wywrzeć odpowiednią presję na właściciela tego czy innego portalu. Przy wielu protestach! Na razie jednak nie widzę w tym nic złego – ludzie doskonalą się i uczą. Może tak będzie i w tym przypadku – choć początek był zgoła żałosny…

Wracając do rzeczy: nie mam ambicji pisania większych całości poświęconych relacjom polsko-żydowskim, czy zajmowania się psieniem polskiej substancji narodowej. Obydwa te obszary to materia wysoce gnilna, moim zdaniem wymagająca interwencji albo doskonałego fachowca, albo wielkiego desperata. Tymczasem ja przez wiele lat poruszając się zawodowo po całym niemal kraju W ZUPEŁNIE INNYM CELU byłem tylko podglądaczem, nieśmiałym obserwatorem, niektóre swoje obserwacje przelewałem wiele lat później  na papier. Po części dlatego, że los zmusił  mnie do pracowania na koniec życia zawodowego najpierw dla projektantów budowlanych (finał dramatyczny), czy opisywania przewag elementów kanalizacji betonowej nad plastikową. Co przywołuję nie w postaci „smętnych żalów”, ale dlatego, iż wróciłem do starych obserwacji mając serdecznie dość tych właśnie pańszczyźnianych durniów, którzy w myśl obowiązującej w Polsce zasady stawali się moimi szefami i  pracodawcami. A nie było współdziałać z nimi łatwo – oj nie było…

Czy więc ktoś o usposobieniu felietonisty jest w stanie podpatrzeć coś, co stanie się dobrym wyznacznikiem obu przywołanych wyżej problemów, to jest stosunków polsko-żydowskich i menelizacji Polaków? Uważam, że w tej formie, którą stosuję – TAK. Miałem bowiem to szczęście (a może nieszczęście?), że z powodu wieku bezpośrednio obserwowałem jakże charakterystyczny dla Polski rok 1968 – a „pańszczyźnianych” w akcji obserwowałem całe zawodowe i prywatne życie. Trochę się więc tych obserwacji nazbierało – problemem pozostaje jak ubrać je zgrabnie i prawdziwie w słowa.

W poprzednim tekście napisałem, że „pańszczyźniani” wzięli się stąd, iż nie istnieje nazwa precyzyjnie i jak w łacińskiej typologii wskazująca na grupę ze ściśle określonymi jej cechami. Pańszczyźniany to równo ten ze wsi, jak i z miasta. Czasem urzędnik, czasem dozorca, czasem fabryczny brygadzista. Odważny do współbraci w biedzie, pokorny wobec pana, który a to w mordę może przylać, a to do anzla wsadzić - a w ogóle decyduje o tym, co z pańszczyźnianym będzie jutro i pojutrze. Dzisiaj mogę dodać, że to także pewien dyrektor poważnego biura, za komuny ministerialny urzędnik „najwyższe rangi”, który kompletnie nie pojmował, że od czasów jego świetności upłynęło sporo lat – i zasady kradzieży „w majestacie”, czy przymuszania podwładnych do niekorzystnych dla nich czynności finansowych też są już nieco inne. Omal nie stałem się przyczyną śmiertelnego zejścia tego  osobnika, kiedy pewnego dnia naiwnie oznajmiłem mu, że potrafię organizowaną właśnie jakąś bzdurną konferencję zaaranżować w turystycznej miejscowości nad jeziorem, z przejazdem dwoma autokarami i pełną obsługą informatyczną TANIEJ, niż on to czyni pod Warszawą, w psiejącym ośrodku o wątpliwej reputacji. Okazało się, że tym samym podważyłem zasadność najmowania do pomocy rodziny tego osobnika w komplecie, pomocy dodam sowicie opłacanej choćby z kredytu bankowego, który doradzono mi wziąć prywatnie, byle tylko usatysfakcjonować Samego Wodza. No i zapluł się biedaczek tak mocno, że omal nie zszedł…

Tradycja swawolnego balowania na koszt reszty współobywateli ma u nas długą tradycję, w tekście „Gry i zabawy elit” (http://mcastillon.blogspot.com/2011/06/gry-i-zabawy-elit.html) opisywałem jak to bywało w Wielkopolsce. Dzisiaj nadal można policzyć ile to wszystko kosztowało i skonstatować, że niezwykle bogaty musiał być to kraj, w którym złodziejstwo wewnętrzne i zewnętrzne na taką skalę miało miejsce wtedy i trwa do dzisiaj. A nadal jest coś, o co buldogi pod dywanem prowadzą śmiertelny bój… Wszyscy ci wielbiciele wspólnej własności bogacili się powoli, ale skutecznie do 1989 roku. Potem tama względnego umiarkowania pękła i dzisiaj to wszystko na większą skalę robi się bez specjalnej żenady. Wiadomo ile kosztuje ustawa, ile kosztuje „odrolniczenie” działki i ile da się wyszarpać nawet na najgłębszej prowincji z dopłat unijnych na budowę dróg i obwodnic. Zegarki ministra od dróg to przy tych skalach mały pikuś, nie ma właściwie o czym gadać.

Skoro jednak przy złodziejstwie instytucjonalnym jesteśmy – zapytał mnie ktoś kiedyś jak to możliwe, by wymiar sprawiedliwości nie dobrał się do tyłków sprawców. Jedyne co dzisiaj w sobie mogę odnaleźć to irracjonalną pewność, że przyczyna jest prosta – za komuny ktoś na to zezwalał, dzisiaj bez zezwolenia prawdziwych władców również niewiele dało by się zrobić. Nie wspominam o takim drobiazgu jak ten, że rozróby w ramach jednej bandy są surowo zakazane i nie mają prawa mieć miejsca. A jeśli czasem coś się zdarzy, coś wyjdzie spod tego dywanu na publiczny widok – to sprawcy nie są karani za czyny naganne, ale za ujawnienie fragmentu całości, która ujawniona być nie powinna. Pańszczyźniani doskonale o tym wiedzą. I o tym jeszcze, że skala, na jaką coś im tam dozwolono jest ściśle kontrolowana, a prawdziwi zwrotniczy nie mogą ponieść najmniejszego uszczerbku w swych interesach. Tak czy siak: z drobnych złodziejaszków przysłowiowych grabi awansowali na znacznie poważniejszych „ludzi interesu”.

Co z takimi ludźmi – i z tymi, którzy ich działania cały czas tolerowali – można zbudować lub najzwyczajniej zniszczyć? Otóż moim zdaniem zbudować NIC. Zniszczyć BARDZO WIELE. Wymuszone trwanie sztucznych instytucji czy organizacji w pierwszym, powierzchownie obserwowanym planie teoretycznie niewielu osobom szkodziło. Niestety w drugim, tym fundamentalnym – szkodziło wszystkim wciągniętym w orbitę spraw i działań tych idiotów. Dzisiaj już nie obserwuję ich kolejnych dokonań, choć śmiało mogę napisać, że zaangażowali w organizowanie swoich urojonych światów dwa kolejne pokolenia. Zaraza rozlała się i żaden tak zwany wolny rynek nie jest w stanie tego procesu przerwać, a już na pewno naprawić. Zatem droga terapii to nie perswazja – ale raczej kij i zdecydowane działania.

„Pańszczyźniani ze swą mentalnością drobnych złodziejaszków, leni i obiboków istnieli od zawsze i pewnie we wszystkich europejskich krajach…” Po pierwsze żadne to pocieszenie. Po drugie jak staram się to opisać – skala zjawiska nieporównywalna jest z większością współczesnych państw europejskich. Nawet tych post-socjalistycznych. Po trzecie w końcu ilość najwyższych stanowisk obsadzonych przez złodziejską bandę jest tak przerażająca, że właściwie nie będąc histerykiem winienem zacząć krzyczeć „Zbliża się koniec świata!” Ciemnota i turańszczyzna panuje wszechwładnie, polityka na poziomie państwowym jest typowo kolonialna, zaś system wartości rozbija się powoli, ale piekielnie skutecznie, choćby tą pedalską tęczą na warszawskim Palcu Zbawiciela. Co się wyrabia w Zamku Ujazdowskim, odbudowanym przecież za wspólne, nie dewiancie pieniądze – nie będę opowiadał, każdy może sobie sprawdzić w sieci. Co śmieszniejsze jako wykonawcę zaangażowano wcale nie żyda, ale Włocha. Choć tu się gryzę w język: przecież nie wiem kto jego szanowną mamusią…

Napisałem w poprzednim odcinku: jak to się stało, że naród może i nie najwybitniejszy (bo jestem przeciwnikiem wywyższania się nad inne narody), ale na pewno waleczny, zdolny, z piękną historią, myślicielami o uznanej międzynarodowej sławie (np. Feliks Koneczny) i wielkimi przed laty politykami spsiał tak bardzo, dał się zagonić do kąta i zdemoralizował? No cóż, stało się. Stąd dzisiaj skupianie się wyłącznie na tym ile szkód przyniosły działania tego czy owego pseudo-polityka czy bankiera pochodzenia żydowskiego jest zajęciem może i barwnym – ale przecież nie tłumaczącym całości problemów, z jakimi musimy się borykać dzisiaj i zapewne uporać w przyszłości. Na razie jest tak, jak to opisywałem w poprzednim felietonie: firmy telekomunikacyjne najpierw akceptują reklamy oparte o postać zbrodniarza Lenina, czy intelektualnego pustaka znanego z zatykania narodowej flagi w psie gówna, później te banialuki zastępują wytatuowaną damą o przepitym głosie, która już wprost powiada, że „limity należy pierdolić”. Świetnie! Wspaniale! I jak odważnie… Wiec dzisiaj nie wystarczy na szkolnym zebraniu ściągnąć spodenek i pokazać tyłek, prostactwo wyszło już ze szkół – trzeba jeszcze złożyć kwiaty pod pedalską tęczą, albo pierdolić bez ogródek na plakacie. Kto to wszystko wymyślił? Żydzi? Czy po prostu zwykłe ponure gnoje bez krzty rozumu i pojęcia o czymkolwiek? A może pomiędzy jednymi i drugimi są jakieś związki?

„Po prostu rozlało się i nikt nie wie gdzie granice wycieku”. I co, jest tu może ktoś, kto powie, że jest inaczej? Uspokoi zgromadzonych „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!”? A nawet jeśli znajdzie się taki śmiałek – to jaki jego zdaniem kolejny krok pańszczyźnianych w materii duraczenia bliźnich?

M.Z.

BŁOTNISTE ŚCIEŻKI



Szczerze mówiąc temat został wywołany przez kogo innego, oryginał można znaleźć tutaj: http://3obieg.pl/getto Powiem od razu, że generalnie zgadzam się z tezami Macieja Rysiewicza: takimi działaniami, jak przez Autora opisane normalnych ludzi próbuje się zepchnąć do getta. Od siebie dodał bym jednak: tylko tych, którzy dadzą się zepchnąć! Nie każda próba wprowadzenia dewiacji może być bowiem udana. Ta akurat nie jest.

W czym rzecz? Ano w tym, że bodaj najbardziej wulgarna, choć mało utalentowana postać sztucznego polskiego pół-światka muzycznego, Agnieszka Chylińska, sprzedała swój wytatuowany (tylko w telewizji) wizerunek reklamie pewnej sieci komórkowej. I twierdzi na plakacie wprost, "Pierdol limity!”. Ponieważ mam nieco wyobraźni i pamięci odtwarzam sobie zachrypnięty, męsko-pijacki głos tej „damy” - zestawiam to wszystko z wizerunkiem ciała pokrytego jakimiś koszmarnymi „sznytami i dziargami” – i nic mnie już nie dziwi! To jest ta poetyka portowych zaklętych kręgów, w których szansonistka tkwi dokładnie od początku swej porąbanej kariery. Czy sieć komórkowa odniesie za sprawą tej pani sukces? Wątpię. I właściwie należało by w tym miejscu skończyć wywód – gdyby nie inna prawidłowość.

Otóż Chylińska zajęła się już nie tylko reklamowaniem przenośnych lokalizatorów osobistych, marzeniu SB epoki stanu wojennego (za takie „coś” uważam współczesne komórki), ale reklamuje też w telewizjach ubezpieczenia życiowe i zdrowotne. I to jest dopiero paranoja! Bo oto ktoś o aparycji jak dla mnie menela płci podobno żeńskiej twierdzi na ekranach, że „poleca maluczkim dbałość o swoją rodzinę”! BOMBA! Tak się bowiem składa, że sporo lat spędziłem w jednej z warszawskich dzielnic zamieszkałych przez archetypy pani Chylińskiej. I powiem szczerze, że gdyby jakaś samica stamtąd, może i mniej „zdolna” wokalnie, ale na pewno ładniejsza zaczęła by pijackim głosem przemowę „Koleś, ty się ubezpiecz tu i tu, dbaj o rodzinę…” – to czekał bym tylko kiedy za równowartość taniego wina owocowego marki „Okieńcie” (tak się to prawidłowo dla okolicy wymawiało) zaproponuje mi odstąpienie siebie lub swojej młodszej siostry na jakieś umowne pół godziny. Wtedy musiał bym umrzeć! Dzisiaj nie wiem czy z obrzydzenia, czy innych względów – ale nagła śmierć czekała by mnie na pewno.

Kto, z kim, kiedy i za ile umówił się, by forsować w  miejsce Powiatowego czy Wojewódzkiego takie coś, jak rzeczona „dama”? Zapewne mocny człowiek, wejść do reklam w tiwi nie jest łatwo, trzeba mieć wielkie chody i kontakty. Jeszcze nie tak dawno wiadomo było, że budżet reklamowy tylko czterech największych operatorów telefonii mobilnej znacznie przekracza budżet całego ministerstwa obrony narodowej. Jest o co powojować, nie? Bardziej jednak interesuje mnie co sądzi o współrodakach ten, który z ramienia towarzystw ubezpieczeniowych i sieci komórkowy suflowane mu przez agencje reklamowe pomysły akceptuje? Za kogo uważa swoich obecnych i przyszłych klientów? Jak opisuje coś, co w ich żargonie nazywa się targetem?

Zapewne to kolejny „młody zdolny, po praktyce w Ameryce”. Już ich kiedyś spotykałem. Tam nie mogli porozumieć się ni z miejscowymi, ni z Murzynami, ni z Meksykami, wyrzucili za brak efektów na zbitą mordę – wracał do Polski, deklarował zagraniczny staż i rządził tubylcami. Olśniewał amerykańskimi pomysłami, myśleniem i nie standaryzowanymi w Europie procedurami. Nikt go nie mógł złapać za rękę, że niby prosty dureń, że wyprzedaje coś, co w oryginale nazywa się bull shit. Więc i Chylińska na plakatach i ekranach…

M.Z.

poniedziałek, 18 listopada 2013

MIĘKKIE PODBRZUSZA



Obszary najszybciej reagujące na sytuację rynkową, domeny człowieczej działalności, w których najwyraźniej widać sukces lub klęskę… Miękkimi podbrzuszami Warszawy Anno 2013 jest rynek mieszkaniowy, samochodowy i rekreacyjny. Wszystko stoi – a nadto chwieje się i pewnie lada dzień zacznie walić.

„O czym ty gadasz jeśli dźwig budowlany to jeden z częstszych elementów krajobrazu?” Zgadza się, widać tych dźwigów sporo. Tyle że dzisiaj kilkudziesięciotysięczna nadwyżka pustych mieszkań, które czekają na klienta nie jest czymś normalnym. Publika nie ma kasy, drodzy deweloperzy! Coraz mniej „słoików” ma ochotę na trzydziestoletnie kredyty bankowe o wygórowanym oprocentowaniu i zbójeckiej marży. Nie zarabiają zresztą
wystarczająco, by uzyskać tzw. „zdolność kredytową” dla podobnych skoków w przepaść… Coś się jeszcze rusza w materii biurowców, na przykład w okolicy, w której mieszkam – ale to złuda, pozór. Kraj kolonialny, za taki wzorem profesora Witolda Kieżuna dzisiejszą Polskę uważam, zawsze będzie dbał o wygodę nadzorców, budował dla nich kolejne szklane klatki, gdzie jeden rzut oka ober-majstra wystarczy, by zlustrować kto pracuje wydajnie, a kto się obija. To nie przesądza ani o rozwoju gospodarki, ani o stanie państwa. Przeciwnie: im więcej tych pomników szalonego korporacjonizmu tym gorzej w okolicznych domach. A przede wszystkim biedniej. Oczywiście nadal świetnie ma się grupa cwaniaków, którzy prócz jednego lokalu kwaterunkowego mają jeszcze trzy-cztery własnościowe. Nie dość, że można udawać hinduskiego nababa, to jeszcze nieźle żyć z wynajmu nadwyżek lokalowych – ale strefy tych nietykalnych zdają się kurczyć. Spadają ceny wynajmu, puszczenie mieszkania do zarobkowania trwa miesiącami, nikt jak przed laty nie płaci już za to w dolarach, pewnie dlatego, ze poczciwego „zielonego” dawno wyprzedził w wartości frank szwajcarski… Więc trzeba brać się do roboty – a tu prócz wrodzonego czy nabytego cwaniactwa kompetencje i umiejętności zerowe. Idzie epoka lodowcowa.

No tak – powie ktoś – bo Państwo nic nie robi… Nic bardziej mylnego. Po pierwsze państwo grabi w najlepsze i dokręca śrubę najmocniej jak potrafi. Po drugie dla narkozy posługuje się najbardziej kłamliwą gołą panną z pewnego parszywego domu: Statystyką. Statystycznie mamy się coraz lepiej. Dla nielicznej grupy beneficjentów państwowego nadzorowania jest to prawda: mają się nieźle, premie nie spadły, a konfitury choć podobno wysychają jednak nie wyschły do końca. Reszta ma ssać paluchy. Jak zapłakane – to słone. A to już pierwszy powód do przyjęcia na Titanicu. Jeszcze tylko pół litra i podobno można zaczynać zabawę…

Rynek samochodowy, na którym czasem jeszcze gram i który obserwuję od ponad trzydziestu lat spsiał tak bardzo, że nawet rodzinno-wioskowe klany z zachodniej Polski spuszczają z tonu. Zapewne nie tak dawno jeszcze nie przypuszczali, że nie wystarczy przestać siać, orać czy układać w cudzych domach kafelki, by zaraz z powodu importu motoryzacyjnego złomu z Niemiec zostać zbiorowymi milionerami. A jednak pospolitość zaskrzeczała w kątach wcześniej, niż ich zaprzyjaźnieni „analitycy” to przewidzieli. Publika nie ma już kasy! No i ruszył przemysł kręcenia liczników, spawania psiej budy do części z przyczep przemysłowych, manewrów z dokumentami i aroganckimi zachowaniami wobec „miękkich” klientów. Umarli starzy poeci oszustwa i „bałachu”, ich miejsce zajęli nasterydowani gnoje z umysłowymi bejsbolami w rękach: „nie masz tyle kasiory ila ja chcę – to spadaj dziadu, wracaj se te 400 kilometrów z powrotem…” To też wkrótce pęknie: pożyczone pieniądze kiedyś trzeba jednak oddać, już wprawni wierzyciele o to zadbają.

W turystyce również posucha, raz z powodu pory roku, dwa lokalnie różnej głupoty „hotelarzy” ostatniego pokolenia. Właściciele pensjonacików w górach okazali się wcale nie takimi dusigroszami, jak to się powszechnie powiadało jeszcze kilka lat temu. Stosują system obniżek, rabatów, kuszą saunami i bezpłatnymi
pakietami innych usług dla pań i panów – nad morzem i nad jeziorami tego jeszcze nie ma. Kto by się zresztą z deskami na dachu wybierał do Kołobrzegu czy Giżycka… Trochę niesłusznie, w tym ostatnim mieście i zjechać z górki da się i pobiegać bez tłumów. Niestety nie urodziła się jeszcze Tradycja, nawet nie wiadomo, czy przy tym uporze „gospodarstw agroturystycznych” ktokolwiek ma szansę zajść w ciążę, co dopiero mówić o donoszeniu potomstwa. Więc warszawiak jak ja kombinuje: jechać 500 kilometrów tam gdzie taniej, czy tylko 250 kilometrów tam, gdzie upierają się  przy cenach letnich? I najczęściej wybiera siedzenie na tyłku. 

W końcu śnieg przyjdzie i do nas…


M.Z.