środa, 6 marca 2013

ZNÓW TE JEZIORA...




Pamiętacie ubiegłoroczny cykl tekstów poświęconych gminie Ruciane Nida i styczniowy, już w tym roku, dodatek do tematu? Pisałem wtedy – a i dzisiaj mogę napisać dokładnie to samo – że pokładanie jakiejkolwiek nadziei w lewackich enuncjacjach redaktorki naczelnej Obserwatora Piskiego to nieporozumienie. Referendum w sprawie odwołania burmistrza gminy nie udało się. Moim zdaniem zgodnie z planem – nie mogło się udać między innymi dzięki zamętowi czynionemu przez Obserwatora i postaci jej szefowej.  

Jeżeli istnieją na świecie czyniący dobro Bohaterowie – to per analogiam „antybohaterowie” niczego innego poza złem czynić nie mogą. I słowo ciałem się stało. Referendum przerżnięto. Dureń na stanowisku burmistrza oczywiście podjął w konsekwencji stosowne kroki w stosunku do niepokornych i szkodzących mu ludzi. Finał znów do przewidzenia: kolejna fala buntu. Ruciański kociołek od kilkunastu miesięcy wrze w ogromnym tempie i intensywności, to wzbudziło zaciekawienie między innymi Telewizji Trwam. Oto jak rasowa lewaczka zachęca do wzięcia udziału w zaplanowanym spotkaniu z mieszkańcami gminy, to fragment tekstu autorstwa niejakiej A. Grzybowskiej:

środa, 06 marca 2013 12:29, Głos Naczelnej, Obserwator piski
Dzisiaj kolejna odsłona maratonu medialnego - tym razem ultrakatolicka TV Trwam. Zachęcam Państwa do przyjścia pod szkołę przed 17:00, chociaż z tym medium mi nie po drodze. Tu już przestaje chodzić o szkoły - zaczynamy dyskusję na temat uprawnień lokalnych samorządów, które są kuriozalne. Taki lokalny kacyk może wszystko - może pozbawić pracy, może zastraszyć, terroryzować. Dosyć tego! Mamy dwie osoby w szpitalu, szykują się kolejne zwolnienia w urzędzie. Ludzie, którzy głosowali przeciwko przyjęciu uchwały intencyjnej od razu zaczęli mieć kłopoty - jedna z radnych dowiedziała się, że jej bratowa mimo makabrycznej sytuacji finansowej, nie dostanie robót interwencyjnych. Piotr Feliński został zdegradowany za to, że jego zona odczytała na sesji stanowisko Rady Rodziców. Zgoda - to nie dotyczy Państwa bezpośrednio, ale jeśli pozwolimy na takie sobiepaństwo, to za chwile będzie to dotyczyło każdego z nas…

Otóż twierdzę, że jest to klasyczny przykład lewackiej propagandy frontowej – czyli takiej, której rolą nie jest wskazywanie czy nie daj Boże piętnowanie niedoskonałości lokalnych (by nie powiedzieć kryminalnego działania), ale oswajanie czytelników z bezprawiem, samowolą i brudnymi metodami działania! Tak, autorka ujawnia część zła, jakie dokonuje się na terenie jej działania. Było zastraszanie, terroryzowanie, powodowanie dolegliwości zdrowotnych, przekręty finansowe i zwykła zemsta. Zapewne było też dużo więcej, ale…

Ale nie o to chodzi! Grzybowska nazywając po imieniu te smoki współczesności ruciańsko-nidzkiej i waląc to swoje zastrzeżenie po prostu oswaja odbiorców komunikatu ze zdarzeniami i działaniami, jakie mają miejsce – i najpewniej sporo czasu jeszcze mieć miejsce będą. Oznajmia jasno: z tymi, którzy dzisiaj do nas przyjadą nie chcę mieć za wiele wspólnego. No ale skoro już tak ma się stać – to przyjdźcie kochani i pogadajcie. Opowiedzcie o niedoli, o źle, z którym spotykacie się każdego dnia, wyrzućcie z siebie to wszystko choćby w ramach terapeutycznych czynności…

Bo potem, po sprytnym uwolnieniu zaworu bezpieczeństwa ciśnienie spadnie. Wstanie kolejny dzień i przekonacie się, że Trwam niczego wam nie ułatwiło, w niczym nie pomogło. Więc dalej dzieci, do mnie, do ciepłej, kochającej pacholęta i porządki na cmentarzu anielicy wolnego słowa i socjalistycznej troski o dobro wspólne! Już wiecie, że niczego nie da się wymodlić, niczego załatwić na katolickie skróty, niczego przepuścić przez kościelną kruchtę…

Co ja bym zrobił jeszcze przed nagraniem audycji w TV Trwam? Wywiózł Andzię na taczkach gdzieś daleko. Nie żeby zaraz z głodu zdechła gdzie w puszczy, czy paszczy – ale nie wróciła wcześniej, niż za kilka godzin.

Spróbujcie! Bo gdyby się udało – to wywózka burmistrza Opalacha na podobnym rydwanie będzie już tylko czczą formalnością i dziecięcą zabawą. Spróbujcie – bo właśnie zafundowano wam zabawę w dobrego i złego policjanta. Kiedyś to nawet głupek wiedział, iż zawsze kończy się to jednym: noclegiem w policyjnym areszcie. Dobra Andzia i zły Zbyszek – ależ to są twarze tego samego pogańskiego bałwana!

M.Z.

wtorek, 5 marca 2013

Chmurny początek wiosny?



Zdjęcie nie oddaje rzecz jasna tej głębi, którą każdego wieczoru mogę obserwować  przez nieco już przykurzoną kuchenną szybę. Tak czy siak – przeciera się, coś się w  przyrodzie zmienia i ożywia. Odwrotnie niż w blogosferze. Wczoraj Polsat wpuścił film Awatar. Dzisiaj ktoś mnie pyta „A o czym to było?” Zaskoczony odpowiadam: o czystym sercu. Wracam na górę, myślę i myślę, czy dobrze zdefiniowałem. Tak, to opowieść o czystym sercu. W ubranku fantastyki, sensacji, batalistyki i czegoś tam, co wymaga dokładniejszej analizy – a przy wiosennej aurze po prostu mi się nie chce.

M.Z.

poniedziałek, 4 marca 2013

GDZIE SIĘ RODZICIE, GENIALNI HANDLOWCY?



Pim… Pim… Pim… to komórka. Wyświetla się jakiś numer, ale nie zwracam na to uwagi, odbieram. Dialog:
- Tu mówi Lucyna! Czy pan wie, że nie może pan dysponować swoim mieszkaniem, że ogłoszenie dezorientuje i ja czuję się oszukana?
- Szanowna, o czym pani mówi? Przecież nie proponuję pani ani romansu w tym lokalu, ani jego sprzedaży, ani przerobienia na lotniskowiec, a tylko zamianę…
- No tak, ale pan nie ma do niego żadnych praw…

- Ejże, szanowna, myli się pani, proszę poczytać przepisy, ustawy, proszę zorientować się w urzędzie odpowiedniej dzielnicy… Proponuję zamianę legalnie dopuszczoną…
Dama ostro przerywa, niemal operowym głosem wchodząc na poprzednie moje zdanie ciągnie:
- … i ja uważam, że mam lokal zrobiony na pałac, że same miedziane rurki kosztowały w nim majątek i że mi się coś za to należy!
- Najmilsza, kończmy tę rozmowę, możesz mieć i złote rurki, wszystko jedno gdzie, ale jak widzę chcesz mnie zagonić do jakiegoś mentalnego kąta, wbić w przekonanie, że żyję na kredyt i z cudzej łaski… To fałsz, więc niedoczekanie pani! Dość! -

O co babiszonowi chodziło? Nie wiem. Nie chcę dociekać. Może to błysk miedzianych rurek, może nieuleczalna inna choroba - co otumania i władczą być każe? Wkurza – więc trzeba wyrzucić z pamięci.

Następnego dnia dwa razy to samo, ale w mailach. Tym razem ksywa „Danuta”. Potem już tylko zdezorientowani, dysponujący „własnością”. „Więc oni to nie – ale może kiedyś jak dopłacę to inni tak”. Jak wielka ta posiadana „własność”? Studio. 24 metry kwadratowe. Znaczy się tyle, ile u mnie przedpokój, łazienka i dodatkowy sraczyk. W finale zamiar dzwoniących do mnie potencjalnych chętnych na zamianę jest więc taki, że eleganckie i duże mieszkanie zamienię na komórkę, Mokotów na Targówek albo Bródno – i na wszelki wypadek nowemu „posesjonatowi”, by otrzeć łzy żalu za „własnością”, dokupię nową Toyotę. Gdzie wy się rodzicie, handlowi geniusze? Gdzie was szkolono?

W Biurze Zamiany Mieszkań (oficjalnie to pewnie inna nazwa) telefoniczna pani życzliwa, ale zaczyna od „A chętnego na zamianę to już pan ma?” Nie, jeszcze nie mam. I jak tak dalej pójdzie to nieprędko będę miał. Z drugiej jednak strony jest z tą zamianą jak ze sprzedażą samochodu: na co mi stu chętnych, gdy tylko jeden może zostać płatnikiem? Szukam tego jednego. Gdzieś jest, mieszka i na pewno zastanawia się jakby tu wejść w posiadanie większego mieszkania. Śmiało, Siostro/Bracie, jestem tutaj, w tym ogłoszeniu. Nie chcę nikogo oszukać, nie bajdurzę o miedzianych czy złotych rurkach.

Oryginał ogłoszenia jest taki:

„UWAGA! ZAMIENIĘ. Powierzchnia 82,5 m kw. MIEJSKIE, UMOWA BEZTERMINOWA!!!  Trzy śliczne, ustawne pokoje dobrze doświetlone i izolowane, budownictwo 2000 r. o od razu podwyższonym standardzie, podziemny garaż, winda, ochrona, dwie toalety, garderoba. Niedaleko stacji metra Wilanowska, wokół wszystkie udogodnienia. Generalnie dzielnica o charakterze biznesowym, dom w jej centrum, ale zarazem z zachowaną dyskrecją i poczuciem prywatności. Zamienię na mniejsze ok. 60 m kw. szczegóły zamiany do uzgodnienia w kontakcie osobistym. Interesuje mnie wyłącznie Mokotów i Ursynów w Warszawie.

Mieszkanie NIE JEST ZADŁUŻONE, w ofercie nie kryją się żadne podstępy czy zasadzki! Tym, którzy pytają czemu nie mam pięciu pokoi odpowiadam, że mam mieszkanie o standardzie europejskim, nie gierkowskim, nie chcę też dywagować co i za ile da się przerobić, to naprawdę nie mój problem. Poważnym gwarantuję spokojną i rzeczową rozmowę. Proszę też o wstępne sformułowanie co mają Państwo wzamian do zaoferowania, być może później nastąpi dalsze uszczegółowienie, być może nie ma co się trudzić. To znaczy chcę powiedzieć wprost: najpierw info co mój potencjalny kontrahent ma do zaoferowania. Wymiarowanie moich pokojów i przedstawianie planów w drugiej kolejności. Oferuję do zamiany towar wyjątkowej jakości i klasy, wątpię, by na dzisiejszym Mokotowie znalazł ktoś lepszą lokalizację. Pzdr!
”

M.Z.

środa, 27 lutego 2013

Mieszanka piorunująca, pardon, przeczyszczająca



Co kobieta myśli podczas uprawiania seksu i zaraz potem? Jogging, czy zakupy, co lepiej wpływa na odchudzanie? I nie o portfelu czy koncie tu mowa… Ta ma gust, ta nie ma, grycanki symbolem seksu czy pasztetu (raz widziałem: pasztet!), które auto modne będzie wiosną. Ponieważ rozmawialiśmy ostatnio o „Świecie Młodych”, swoje zdanie przedstawiłem więc nie będę się powtarzał, zapytam w tym miejscu: to o tym marzyli młodzi ludzie? Tego im brakowało podczas smutnych dni komuny? I dlatego „Świat Młodych” musiał zniknąć z rynku – bo nadeszła „Tina”, gut dziewczyna?

Po co ja o tych wszystkich bzdurach piszę? Otóż po to, by opowiedzieć o dalszym ciągu możliwych i w najlepsze funkcjonujących zdarzeń propagandowych, o jakich rozmawiamy tu od dawna. Twierdziłem, że manipulanctwo prasowe i radiowo-telewizyjne zaczęło się na dobre w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, rozkwitło w osiemdziesiątych – a później rzecz całą pracowicie udoskonalano. No i mamy co mamy. Czyli totalną sieczkę mózgową na skalę, o jakiej małym i średnim urbankom tamtej epoki nawet się nie śniło.

Pisałem też niejednokrotnie o tym, w jaki sposób tzw. „władza” usiłowała skanalizować myślenie młodych ludzi na przełomie lat 70- i 80-tych. Pojawiła się nazwa projektu „Mieć czy być” – który był w jasny sposób usiłowaniem spetryfikowania możliwych do zaistnienia dążeń młodych ludzi. Od tamtej pory mieli sobie nie zawracać młodych główek „maniem” – wystarczyło, że „byli” w podsuflowany sposób. Podpowiadaczy mnóstwo. Każdy miał do zaoferowania to, czego oficjalnie nie było.

Obszar zainteresowania problemami „muzycznymi” na pełen gwizdek, w usankcjonowany sposób i masowo rzeczywiście zaczął się od Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego w radiowej Trójce. Powstawały całe młodzieżowe grupy głosujące na określone przeboje, wysyłano powielane maszynowo listy poparcia dla określonych pozycji listy, wykonywano telefony, z daleka śmierdziało to fałszem, ale nikt specjalnie temu nie przeciwdziałał, każdą taką małą wpadkę dało się przecież przykryć zgrabną korespondencją z zagranicznych rynków muzycznych. A młodzież miała zajęcie… Pamiętam, że kiedyś pojawiła się w „Liście” postać niejakiej Aliny, dama owa w zabawny i dość zgrabny sposób sprawozdawała jak to muzyczne trendy ścierają się ze sobą w Holandii, ponoć wspaniałym, ultra-tolerancyjnym państwie, gdzie główną troską panienek jest to, czy pójdą na koncert rockowy w majteczkach czy bez nich. Jak korespondentka donosiła jedna z jej koleżanek poszła bez tego pasa cnoty – i wróciła „niezmiernie zadowolona”. Wskazówka była więc prosta: myślcie o dupie i seksie, broń Boże nie politykujcie, to może nie być tak przyjemne!

Połowa lat 80-tych to czas, o którym ja osobiście mam zdanie sprecyzowane: czerwoni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ich fikcja w dotychczasowym kształcie nie potrwa już długo i trzeba zrobić coś, by transformację przeżyć w jak najlepszej kondycji. Finansowej – ale przecież nie tylko. Finanse bez dominacji politycznej, choćby i ukrytej, to były zamki na piasku. A przyzwyczajonym do wygody towarzyszom potrzebny był pewniejszy fundament. Po raz kolejny przypomniano sobie tedy o leninowskiej zasadzie organizatorskiej funkcji prasy. Ale też radia i telewizji - oraz raczkującego nieśmiało Internetu. Jak rozwiązano przy okrągłym meblu kwestię zależności politycznych – wiedzą już nawet przedszkolne dzieci, nie czas to teraz rozwijać. Manewr udał się, a co ważniejsze szwagier i inni przyjaciele królika pozostali przy kasie. Niedostatki transformacji, te odczuwane przez normalnych ludzi, należało teraz tylko zgrabnie zagadać, najlepiej na śmierć. Kto się prócz jąkał najlepiej do tego nadawał? Oczywiście specjaliści od projektu „Mieć czy być”. Organizacyjna funkcja prasy znowu ruszyła pełną parą. Zwłaszcza że kolorowych magazynów w rodzaju Tiny pojawiło się w Polsce mnóstwo, a każdy z nich oferował myślenie jeśli nie koszarowe, to na pewno nie skomplikowane politycznie.

A na to wszystko nałożyła się tytaniczna praca ośrodków zajmujących się zawodowo odwracaniem pojęć i zacieraniem dotychczasowych konotacji. Patriota to idiota, lewak jest cool, pedał ma swoje niezbywalne prawa, historia to flaki z olejem, z komuchem i sowietem trzeba dyskutować – i tak dalej. Skończyło się tym, czym się na razie skończyło: pomnikiem najeźdźcy w Ossowie. Dla niektórych nieco gorzej: zbyt bliskie zainteresowanie afrykańską poezją ludów wyzwolonych, kultywowaną w lewackich kręgach „zaowocowało” zakażeniami AIDS. Dzisiaj już nikt nie chce o tym pamiętać: lewacy tak się bawili, a czasem poprzebierani w obozowe pasiaki w faszystowski sposób blokowali legalne marsze ludzi, których sami uważają za faszystów. Jak do tego doszli?

Ano w prosty sposób: chodząc na koncerty bez majteczek i pobierając gwizdki z Czerskiej. I oznajmiając, że nie rodzą, a pierdolą. Poważnie, dziadku Blumsztajn?

M.Z.

niedziela, 24 lutego 2013

Jeszcze raz o... Ostatnia opowiastka...





…jest właściwie smutna. Traktuje bowiem o przemijaniu. A w finale o ludzkiej niemocy, niekompetencji, może i złej woli. Do dzisiaj nie powstało żadne przekonujące wytłumaczenie jak to się stało, że tytuł prasowy o takim nakładzie, jaki miał „Świat Młodych”, takich metodach kontaktu z czytelnikami, jakie przez lata wypracowano zginął, umarł właściwie bezszelestnie. Niektórzy powiadają, że zamordowała go konkurencja w rodzaju niemieckiej „Tiny”. Nie wierzę. Nie jest możliwym, by wszyscy zajmujący się poznawaniem świata młodzi ludzie jednego dnia zapragnęli odmóżdżonej, koszarowej „literatury” i germańskiego poczucia humoru. Sądzę, że zagłada narodziła się wewnątrz i była prostą konsekwencją dopuszczenia do rządów w redakcji ludzi, którzy o dziennikarstwie nie mieli pojęcia. Szybka kariera w ówczesnej Głównej Kwaterze ZHP to jednak nie było to samo, co skuteczne zarządzanie gazetą dla dzieciaków. No i stało się co się stało…

W czasach, kiedy ja tam jako szeregowiec pracowałem w „Ś. M.” obowiązywał taki opis czytelnika, że jest to ktoś, kto bez względu na wiek ma wpływ na to, co dzieje się wokół. Coś wie – i nawet na bazie tego niewielkiego przecież zasobu wiedzy może reagować. Jego gazeta miała obowiązek mu w tym pomóc. Wchodząca na rynek prasa zagraniczna dysponowała oczywiście większymi możliwościami technicznymi, oszałamiała rzekomo nowatorskim sposobem prezentacji treści – ale w gruncie rzeczy właśnie owe treści były bardziej płaskie, banalne, by nie powiedzieć prostackie. Niby ktoś coś tam wiedział. Ale poza własny światek się nie wychylał, od tego byli „inni”, albo „dorośli”. Młodzież została zamknięta we własnych gettach, głupiejących z miesiąca na miesiąc i nie mających już za wiele wspólnego ze światem realnym. Logika podpowiadała więc, że wystarczyło zachować stary wygląd gazety, nie konkurować jakością papieru i druku, za to wewnątrz przeprowadzić kilka zmian formalnych, podkręcić dział opisowo-reportażowy, także fotograficzny, tego Niemcy bali się jak ognia – i wygrana w kieszeni. Nic z tego! Wybrano drogę konkurowania na płaszczyźnie, na której „zagraniczni” mieli stukrotnie większe doświadczenie. Opisy wypraw i konkursów zastąpiło szczekanie o nich, wszystko było już tylko krótką notką, skasowano barbarzyński przeżytek reportażu, wszystko miało być łatwe i nie przerywające dziennego snu. Więc pękła konstrukcja pewnego dnia i zdechła… Do dzisiaj twierdzę, że w firmie zabrakło pana i bata. Albo inaczej: bat podobno był, to podaję za relacjami byłych kolegów. Niestety w niewłaściwych rękach. Dzisiaj tak bardzo nie mamy ze sobą kontaktu, że doprawdy trudno dociec kto ma w tych diagnozach rację…

M.Z.

sobota, 23 lutego 2013

Za siedmioma lasami... W każdym razie gdzieś daleko...



W tekście „Lepiej dziś się otruć…” wspomniałem w którymś momencie o swojej pracy w „Świecie Młodych”. Gdzieś w sieci istnieje wiele stron teoretycznie poświęconych tej gazecie. I wszystkie zajmują się jednym: komiksami. Pewnie wiec nie powinienem być zdziwiony, kiedy pod felietonem pojawił się ten komentarz: Tia, fajne mieliście komiksy... Odpowiedziałem nieco wkurzony tak: 
Usuń


 To dziwne - ale nie bardzo wiem z jakich powodów do dzisiaj Świat Młodych kojarzony jest wyłącznie z komiksami. Owszem, były, niektóre wyjątkowo dobrej jakości. Ale na osiem kolumn (stron) KOMIKS POPRZEDZAŁO SIEDEM INNYCH. Jeżeli do redakcji przychodziło dziennie kilka worków korespondencji - to sądzisz, że skierowana była do postaci komiksowych, albo dotyczyła wyłącznie komiksów? PO STOKROĆ NIE!!! Zespół, do którego dołączyłem stosunkowo późno, bo realnie w roku 1976 zdołał wypracować taką formę rozmowy z czytelnikami, że reagowano na teksty, na konkursy, akcje, reportaże, a nawet felietony. Pisano do nas także wtedy, gdy zwracanie się do innych tytułów zawiodło. I my pomagaliśmy dzieciakom w sprawach ich rodziców. Bo zażalenie tychże do Trybuny czy Życia Warszawy można było utopić, wyciszyć. A listu dziecka wyrzucanego z rodzicami z mieszkania, listu skierowanego do Świata Młodych - NIE. Jechaliśmy, opisywaliśmy sprawę - I SKUTKOWAŁO. Wiesz jak reagował naczelnik jakiegoś tam miasta kiedy od własnej latorośli dowiadywał się, że jest prześladowcą tego i tego? Najpierw zastanawiał się czy skoczyć do rzeki czy raczej powiesić się w kątku. A później automatycznie uciekał gdy tylko usłyszał z daleka śmiech dzieciaków. Jeszcze długo sadził, że to nieodmiennie z niego się śmieją. Tak to było naprawdę. Więc nie mów mi proszę, że ta gazeta to wyłącznie komiks. To NIEPRAWDA!

No właśnie… Przed przejściem do sekretariatu merytorycznego spędziłem kilka lat w dziale krajowym, bodaj najdoroślejszym w całej redakcji – w sensie kierowania przekazu do najstarszych, 18 letnich czytelników. Odpowiadałem za dostarczanie tekstów „miejscowych”, ale przede wszystkim „z terenu”. O ciekawostkach historycznych, dziwnych lub niezwykłych konstrukcjach (od Kanału Mazurskiego po maszt w Gąbinie), elektronicznych nowinkach technicznych (choć tu zwykłe właziłem w paradę innemu działowi), niezwykłych postaciach. Kazimierz Leski, który podczas II wojny światowej z ramienia dowództwa AK wielokrotnie podróżował na trasie Warszawa – Paryż w przebraniu niemieckiego generała - w wielkonakładowej prasie opisany został po raz pierwszy właśnie przez „Świat Młodych”. Kilka odcinków, byłem autorem wszystkich. Dzisiaj znane są już książki Leskiego – wtedy tylko niewielu miało pojęcie o istnieniu tej postaci. Ile trzeba było trudu i wytrwałości, by autentycznego polskiego bohatera namówić do rozmowy to tylko ja wiem… A potem właziliśmy po cichu do bunkrów Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego w czasach, kiedy stacjonowały tam ruskie wojska, pływaliśmy pod wodą jeziora Kisajno i usiłowaliśmy latać na lotni…

Teren i lato to były także rajdy rowerowe. Mało kto wie, ale ten pomysł później tak starannie kultywowany przez program III Polskiego Radia powstał wcale nie tam, ale w naszym dziale sportowym. Czytelnicy na kilka miesięcy przed wyruszeniem wybranej grupy w trasę nadsyłali konkursowe prace, to polegało głównie na przedstawianiu i reklamowaniu najbliższej okolicy poznawanej podczas indywidualnych wycieczek rowerowych – po czym grupka laureatów dostawała rowery z bydgoskiego Rometu. I objeżdżała kolejny kawałek Polski. Redakcja delegowała swoich pracowników piszących i fotografujących. Powstawało kilka, często kilkanaście sprawozdań. Już kolorowych, teksty „światomłodowe” niezwykle rzadko ukazywały się bez ilustracji, te zaś wcale nie przypominały znaczków pocztowych. Redakcja zafasowała w wydawnictwie sprzęt foto najwyższej  klasy (był u nas i legendarny Hasselblad!), ekipa fotoreporterów coraz częściej dostarczała klasyczne fotoreportaże i to było coś, czego nie można było znaleźć w innych tytułach. Później pomysł kupiło wymieniane już „Razem” – ale śmiem twierdzić, że mieliśmy lepszych fachowców.

Listy czytelników, dział mody, muzyczny, przyrodniczy i kulturalny – mieliśmy to wszystko co najmniej raz w tygodniu. Dzisiaj nie bardzo potrafię odpowiedzieć jak wcale nie największy zespół był w stanie „na piechotę” (komputerów przecież w użyciu NIE BYŁO!) uporać się z tak ogromną pracą. Redakcja to była skomplikowana, ale sprawnie i zawsze działająca maszyna. Właściwie każdy miał w niej kilka specjalizacji: Szarlota Pawel, autorka najcieplejszego cyklu przygód Kleksa (komiks) była przede wszystkim osobą konstruującą wygląd kolejnych numerów. To był urodzony, prawdziwy grafik, nie współczesny manipulator któregoś z licznych programów komputerowych związanych z pseudo- łamaniem kolejnego wydania gazety. Kiedy wezwała autora dowolnego tekstu z poleceniem pilnego, natychmiastowego skrócenia „utworu” o siedem słów – nie było odwołania. Spuszczał głowę i skracał. I jeszcze musiał przeprosić za niezgulstwo tudzież brak pośpiechu… O określonej godzinie złamany numer miał jechać do finalnej korekty i druku. Więc jechał. Następnego dnia kilkaset tysięcy dzieciaków już czekało pod kioskami.

Ludzie… Nie znam ich wszystkich, zwłaszcza tych wymienianych na przykład przez almanachy i Wikipedię. Przez lata działalności redakcji przewinęło się przez nią mnóstwo osób i postaci. I cieni – dzisiaj nie wiadomo z jakiego powodu wymienianych jako ludzie znaczący. W latach 1976 – 1982 nie wszyscy się lubiliśmy, ale tak to było urządzone, że do dzisiaj o moim byłym kierowniku działu mogę powiedzieć: nie przepadaliśmy za sobą, ale to był dobry dziennikarz i sporo mnie nauczył. Bo to po prostu prawda i żadna inna definicja nie przychodzi mi do głowy. Szarlota od Kleksa to było mistrzostwo świata we wszystkim co robiła. Oj, spieraliśmy się nie raz, a nawet gniewaliśmy, do dzisiaj mi przykro z tego powodu… Marek Szymański, fotoreporter, potrafił zrobić wszystko z niczego, wiem, bo zjeździliśmy razem pewnie całą Polskę. Bywało, że z Dowódcą Transportu Prasowego (baczność!), nie żyjącym już dzisiaj Rysiem Szaniawskim – ten gdy uznał, że można siusiać w danym miejscu bywało że i długiej podróży to siusialiśmy. Wcześniej czy później już nie, ten kierowca doskonale wiedział w którym punkcie jest właściwy lasek, gdzie może stanąć, a gdzie nie warto. Czarna służbowa Wołga przekazane w te ręce nigdy nie przekroczyła prędkości 90 km na godzinę. Ale zawsze dojeżdżała o określonej godzinie i zawsze wcześniej od innych.

A reszta? Muszę pomyśleć. Trudno oddziela się emocje od faktów. Wiem jednak, że to możliwe. Kiedyś napiszę.

M.Z.

piątek, 22 lutego 2013

WSZYSTKO PRZEZ TĘ REKLAMĘ...




 W kolorowym i rozedrganym wszystkimi językami Paryżu późnego lata 1974 roku opowiadano sobie historyjkę o niejakim Jean-Paulu, przydajmy mu nazwisko Gautier, choć z modą nie miał nic wspólnego. Był za to imiennikiem niejakiego Belmonda. Jean-Paul od małego marzył o poruszaniu się z wielkimi prędkościami, o pędzie rozwiewającym włosy i chłodzącym rozgrzaną wewnętrznym żarem twarz. Chciał tak właśnie wjechać w barwny tłumek dziewczyn pod swoim biurem – i uwieść najpiękniejszą, być może parę kilometrów dalej, już na łonie natury.

Tymczasem był po prostu zwykłym, paryskim erotomanem, któremu los poskąpił fortuny, przez co marzenia o Bentleyach w wersji kabriolet czy innych podobnych wynalazkach musiały ulec bezwzględnej eksterminacji. Jean-Paul zakochał się w czymś bliższym swym możliwościom – w motocyklach. Na razie jednak ujeżdżał dość spokojną Lambrettę, poczucie pędu skutecznie tamowała wysoka szyba przymocowana do kierownicy i blaszana osłona nóg. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by mógł w ten sposób zdobyć niejaką Laurette, sąsiadkę z oficyny kamienicy, gdzie mieszkał. Cudownie zgrabna Kreolka nie zwracała nań szczególnej uwagi, ponieważ pochłaniały ja dwa zajęcia: studiowanie najnowszych koafiur w znanej szkole kreatorów fryzjerskich i narzeczony, burkliwy posiadacz angielskiego motocykla BSA. Wieczorem ta właśnie para przebrana w skórzane kostiumy siadała na ryczącego rumaka i udawała się do baru motocyklistów w dzielnicy Portes Vincennes. Jean-Paul był parę razy pod szklaną taflą oddzielająca świat realny od świata swych marzeń, gdzie Laurette bez wątpienia była gwiazdą. Ale cóż, jak mówią także w Paryżu: lizanie cukierka przez szybę nie daje pełnej satysfakcji…

Lata siedemdziesiąte w świecie motocykli otworzyły ekspansję wyrobów japońskich do Europy. Paryżanie kaleczyli sobie języki chcąc poprawnie wymówić nazwę Honda (H we francuskim jest nieme, w wymowie nieistniejące) i nie bardzo wierzyli, że wchodzące na ich rynek wyroby Suzuki czy Kawasaki mogą sprostać angielskim Triumphom, czy niemieckim BMW. Oczywiście mylili się, wystarczyło jedno wejrzenie w japoński prospekt reklamowy, by mieć pewność, że skośnookie motocykle są szybsze i sprawniejsze. A dobra polityka marketingowa powodowała, że były też proporcjonalnie tańsze od konkurentów. Japończykom brakowało do pełnego triumfu jednego, efektownego wystrzału reklamowego. Wkrótce miał się pojawić – ale biedny Jean-Paul nie wiedział jeszcze, że stanie się jednym z jego bohaterów.

Biorąc wszakże sprawy po kolei: biuro Jean-Paula odniosło jakiś bliżej niesprecyzowany sukces, po którym pojawiły się dodatkowe premie. I nasz bohater wykazując odpowiedni dochód mógł już udać się do banku w celu wzięcia kredytu na zakup japońskiego motocykla. Wybór padł na czterocylindrowego potwora – Kawasaki Z 900. We Francji jego popularność skokowo wzrosła, gdy prawdziwy Jean Paul Belmondo w jednym z filmów jako „dobry” gangster szybko znikał z oczu goniącej go autami policji – właśnie na Z 900. Jean-Paul z tej opowieści dokupił do kompletu skórzaną kurtkę i takież spodnie – i pewnego dnia wybrał się do znanej już sobie knajpy motocyklistów. Okrzykom zachwytu i cmokaniom nie było końca. Nowi koledzy i nowi przyjaciele od dziecka chcieli się oczywiście przejechać potworem. Nie, panowie, nic z tego, to więcej, niż żona, nie pożyczam… Laurette tego wieczoru nie było, jej kompana również, podobno świętowali jakiś sukces artystyczny dziewczyny. Nikt nie wiedział o co chodzi, ale knajpa zgodnie stwierdziła, że ta dwójka to zwykłe świnie, sukces powinni świętować tutaj, a nie gdzie indziej.

Było więc wino, jakieś śpiewy i plany na grupowy wyjazd. A potem właściciel zaczął gasić kolejne światła i przyszedł czas na odjazd. Maszyny ruszały ostro, z pełnym rykiem, takie tu były zwyczaje i prawa. Jean-Paul dostosował się do nich i pojechał tak szybko, jak nigdy przedtem. Maszyna prowadziła się wspaniale, nawet lekko zmoczona mżawką jezdnia zdawała się nie mieć znaczenia. Dojeżdżając do kolejnego skrzyżowania Jean-Paul kątem oka zobaczył znajomą twarz. Laurette! Wielka, kolorowa reklama zajmowała jeden z boków czteropiętrowej kamienicy. Na kolorowej, monstrualnie wielkiej fotce Laurette odziana w obcisłe strój półleżała na motorze Jean-Paula, tej ukochaną Kawie Z 900, takiej samej, jaka właśnie drgała w jego rękach potężnym motorem. Leżała i kusiła…

To było ponad wytrzymałość Jean-Paula! Jak ona śmiała? Jak mogła być tak bezczelna?! Z 900 zadrżała z obrzydzeniem. Szczęknął zapinany ostro pierwszy bieg. Jean-Paul chciał tylko  obejrzeć ten swój wstyd z bliska, dokładniej. Gwałtownie puścił sprzęgło i maszyna poszła pełną mocą wprost przed siebie. Dwójka i znowu ryk silnika. Fotografia powoli przekształcała się w barwną plamę, kontury obrazu traciły ostrość, rozmywały się. I w pędzie – i w coraz większej bliskości…

Moi paryscy znajomi twierdzą, że uderzenie było potężne, zbiornik z paliwem eksplodował, a przybyli wkrótce pompiers właściwie nie mieli już co ratować. Dym osmalił twarz Laurette. Z twarzą Jean-Paula nie bardzo wiadomo co się stało. Reklamowa dźwignia przyniosła sukces firmie. I zgubę jej nowemu klientowi.

Ale może to było tylko takie paryskie bajanie? Przecież nie wszyscy ludzie, z którym miałem tam do czynienia byli aniołami prawdy…

M.Z.

czwartek, 21 lutego 2013

Lepiej dziś się otruć...


Nie wiem u kogo ja to wyczytałem – ale wyczytałem na pewno. I to otworzyło ciąg skojarzeń: Eryk Mistewicz pracował kiedyś dla młodzieżowej gazetki „Na Przełaj”. W latach socjalizmu rzecz jasna. I tam to prowadził projekt znany pod nazwą „Wolę być” - czy jakoś tak. No więc zaraz po tej notce otworzyła mi się w głowie przegródka pamięci, a z niej wysunęła nazwa. Poprawna dla wymienionej wyżej gazety brzmiała „Na Przemiał”.

Tak mówiła o niej znaczną część czytelników. Ba! Tak mówili również niektórzy pracownicy! Cała reszta to prawda jak raport: na przełomie lat 70- i 80-tych komuchy centralne usiłowały zasiać w różnych młodzieżowych gazetkach takie właśnie podejście do świata. Wyrażane w opozycji „mieć czy być” i oczywiście ze wskazaniem na jeden tylko element. Ponieważ tylko niewielu młodych mogło w tym czasie cokolwiek mieć – pozostawało im to piekielne „być”. Oczywiście być w taki sposób, jaki światłe władze suflowały młodym umysłom w mniej czy bardziej podstępny sposób. Używając w tym celu osobników ze skłonnością do manipulacji. Niektórym jak widać zostało to do dzisiaj. „Na Przemiał” nie cieszył się uznaniem, sprzedaż spadała mimo drukowanych kolorowych plakatów muzycznych, już nie pamiętam jaki był koniec tego tytułu, na pewno śmiertelny. Komuszki zmajstrowały w międzyczasie specjalne wydawnictwo pod tytułem „Razem”. I to piśmidło, nieźle nawet robione od strony formalnej, zaczęło poszukiwać dziennikarzy właśnie ze skłonnościami do manipulacji. Obiecując wysokie wynagrodzenia podstawowe i wyższą, niż gdzie indziej wierszówkę. Następnego dnia chodził już po mieście wierszyk: lepiej dziś się otruć gazem, niż pracować jutro w „Razem”. Nie ujawniana na jego łamach tak nachalnie i wprost teoria „bycia”, a nie „mania” okazała się zbyt mało nośna. Pozostało jedno „osiągnięcie”- ostatnia strona magazynu. Nomen omen nosiła tytuł „Osobno”. I żywcem przypominała dzisiejsze „Szkło kontaktowe”.
Problem wskazywania manipulatorów omawiany jest przez wielu blogerów. Część z nich do zawodowców tej „manipulanckiej branży” zaliczy zresztą takich na przykład psychologów. Faktem jest dla mnie jedno: próby masowego manipulanctwa w dziedzinie przekierowywania ludzkich serc i umysłów w pożądanym kierunku to z pamiętanych czasów właśnie „Na Przełaj” i „Razem”. Ale później, gdy ktoś swoje rojenia zweryfikował praktycznie - wnioski z klęsk zostały skrzętnie zapisane. Część psychologów migiem ten materiał podchwyciła, ubrała w pseudo-naukowe słowa – no i mamy dzisiaj co mamy. Na przykład teorię „narracji”. Praktykę zagadywania pożaru powodzią. I goebbelsowskie wręcz wmawianie publice, że rude jest piękne. Furda tam: dla mnie, przecież normalnego chłopa… jak z biustem to może być i piękne. Ale jeśli tylko rude, dalej męskie i podobno zawsze słuszne… O nie! To wolę być osobno!

A co się psychologów tyczy: we wspominanych latach tworzenia „Razem” potencjalnym przeciwnikom, niedowiarkom, frustratom i warchołom z góry mieli do powiedzenia jedno. Mianowicie, że jeśli ktoś ma marny los, tak ten los postrzega – to znaczy, że na to wszystko zasłużył. Bo niby źle sobie życie ukształtował. W ten sposób łatwiej było niezadowolonych lub nie przekonanych osaczyć. I powiedzieć im już wprost: nie chcieliście słuchać to i macie. Nie chcieliście wierzyć – to i pała na zakute łby się znajdzie. Bo niby demokracja demokracją – ale że socjalistyczna to przecież ktoś tym burdelem musi rządzić…

Gdyby mi teraz jakiś lewak usiłował ripostować, że nie dostrzegam różnicy między tamtą „socjalistyczną demokracją”, a „prawdziwą wolnością dzisiaj” to melduję: nie dostrzegam!

M.Z.

Mitomani i mity



W jednym z moich felietonów – opowiastek motoryzacyjnych wspomniałem jak wielki wpływ na mody samochodowe kiedyś mieli, a dzisiaj chcieli by mieć taksówkarze. I że kompletnie nie ma co się przejmować tymi opiniami. No bo niby co ma mi do powiedzenia facet, który jeździ kilkunastoletnim Mercedesem, skorodowanym jak nieszczęście, z wybitymi gniazdami sprężyn zawieszenia – a mądraluje się na temat mojej ukochanej, niemal dwudziestoletniej Hondy, na której nie ma śladów uszkodzeń blachy innych poza tymi, wynikającymi z osobiście zmajstrowanej stłuczki? Wziąłem parę centymetrów kwadratowych maty szklanej, żywicę chemoutwardzalną – i po kłopocie. No dobra, lakier udał się nienajlepiej, nie ten odcień. Ale nie mam ochoty słuchać dalej, że tak starymi autami to wspomniany cierpiarz w życiu by nie jeździł. No przecież nie jeździ… 
 
James May, jeden z trzech prowadzących brytyjski program motoryzacyjny Top Gear powiada w swoim felietonie, polskie wydanie papierowe, że do naprawy bojlera z gorącą wodą nie zatrudnił by faceta, który przyjechał doń starą furgonetką Volkswagena, jeszcze tą napędzaną silnikiem chłodzonym powietrzem. I to jest proszę Państwa ABSOLUTNA RACJA! W silnikach chłodzonych powietrzem nie ma ani jednej rury z gorącą wodą. Zatem ktoś hołdujący temu systemowi napędu nie może mieć pojęcia co znaczy łączenie przewodów, w których przemieszcza się wrząca ciecz. Ale UWAGA! Automatyzm rozumowania ma swoje poważne wady. Otóż nie można doń dołączać obiegowych opinii tyczących się motoryzacji i użytkowników konkretnych pojazdów.

 Na przykład takich, że duże auto to mały interesik właściciela. Albo że czerwone jeżdżą szybciej i dalej. Dwóch znanych mi absolutnych rozpustników, bardzo zresztą dobrze ocenianych przez ofiary, jeździło dużymi autami. Ich najpilniejszy uczeń jeździł już czymś koszmarnie małym i warczącym – no ale on miał do stałej dyspozycji domek pod miastem i nie musiał poznawać uroków swej mikroskopijnej tylnej kanapy… Zatem obiegowe, w pewnym sensie taksówkarskie ploty: PRECZ!

Skoro już jesteśmy przy wiatrowych Volkswagenach, tu przychodzi na myśl cała rodzina Garbusów – śmiem twierdzić, że z perspektywy dnia dzisiejszego miały te auta jednak więcej wad, niż zalet. Kiedy sprawiłem sobie pierwszy taki wynalazek okazało się, że mój Helmut nie toleruje polskiego oleju, pasie się tylko na tym z Pewexu (bo to były te lata), podbierając zresztą spore jego ilości. A dysponując pojemnością 1200 ccm i „piekielną” mocą 34 koni mechanicznych spija skrzętnie co najmniej 10 litrów benzynki w mieście. Był to więc leniwy i obrzydliwy pijus. Sprzedałem go jakimś cudem wielbicielowi wszystkiego, co niemieckie – i niestety popełniłem grzech permanencji, kupując większy model, VW 1600 TL. Po prostu w tym czasie nie było nic innego… To auto było równie garbate, ale jeszcze gorsze. Niby jeździło stosunkowo szybko, w środku miejsca niepomiernie więcej. Prawdziwym cymesikiem było to, że miało aż dwa bagażniki. Ten po podniesieniu tylnej klapy był stosunkowo płaski, ale głęboki – pod spodem znajdował się silnik. Bagażnik przedni był nieregularna jamą i bardzo szybko przekonałem się, do czego służącą. Otóż cechą tego auta było to, że lubiło wzlatywać ponad poziomy. Poważnie: przy prędkości około 100 km/godz. niedociążony przód samochodu powoli zaczynał tracić kontakt z podłożem. Branie wówczas zakrętów było możliwe pod jednym warunkiem – że kierowca zna krótki pacierz dla spadających z dachu. Można było temu zapobiec wrzucając do wspomnianej jamy dwa worki z piaskiem. Oczywiście zużycie paliwa natychmiast wzrastało o co najmniej litr. Na przykład do 14 litrów na setkę.
 
A niezawodność silnika typu bokser? Owszem, była. W pewnym sensie. W moim przypadku zaowocowała tym, że kiedy pewnego dnia Hans wypluł z powodu starości dwie świece prawej strony cylindrów – to motor chodził dalej, choć zdecydowanie niechętnie. Z tej oto przyczyny spod mojego domu odjechał do nowego właściciela na lince holowniczej. Bogu dzięki! Na świecie istnieją wszakże dwie firmy, którym boksera udało się może nie tyle ujarzmić, co ucywilizować: Subaru i Porsche. Piekielnie drogie maszyny, szybkie, ostro pijące i lubiane właściwie przez szaleńców i maniaków. Gdybym dzisiaj spróbował dowolnemu właścicielowi jednej z tych marek powiedzieć, że jego wóz ma motor prymitywny, choć skuteczny…

Generalnie konstruktorzy i producenci pojazdów z niezrozumiałej przyczyny opracowują rozwiązania nie zawsze, albo z rzadka skuteczne – po czym trzymają się ich uparcie, kompletnie nie zważając na głosy użytkowników. Czy po to, by maksymalnie wkurzyć klientów i namówić ich do częstych odwiedzin stacji naprawczych? Coś w tym jest. Tymczasem na półce niższej od produktów Porsche i Subaru dramat
intensywny: wszystkie Fordy lat 70- i 80-tych korodowały dokładnie w tych samych miejscach i producent co najmniej przez kilkanaście lat miał to w głębokiej pogardzie. Niektóre modele Renault, na przykład niezłe blacharsko poprzedniczki Megane, R-19, cierpiały na wycieki ze wspomagania przekładni kierowniczej, pękające zawsze w tym samym miejscu linki sprzęgła i kłopotliwe belki tylnego zawieszenia. Nic z tym nie zrobiono. A później zmieniono model na inny, też ze stałymi wadami.

M.Z. 
 Fot Forda:  http://www.google.pl/url?sa=i&rct=j&q=&esrc=s&source=images&cd=&cad=rja&docid=yuLFgGnXZjMBhM&tbnid=Y-UPyRzaPolPfM:&ved=0CAQQjB0&url=http%3A%2F%2Fbylemwidzialemzrobilem.blox.pl%2F2011%2F10%2FSkorodowane-mocowanie-wahacza.html&ei=yowmUd6HG5DSsgbkhIGIBw&psig=AFQjCNEtj3yUqRKzp3rZHcS1LLCFkwuIkw&ust=1361567199824867