piątek, 21 czerwca 2013

Spełniam prośbę

Ano właśnie: poproszono mnie bym to opowiadanie przywołał tutaj, na początku czerwcowej edycji strony. Rzeczywiście gdzie indziej ginie już pośród  tekstów o innym charakterze. Nie ma sprawy - jest życzenie, jest reakcja. Pozdrawiam!
=======================================

MIGAWKI Z ŻYCIA IKARA
Laryska szła prawie dwadzieścia kilometrów na piechotę. Ze trzydzieści stopni mrozu, ale przynajmniej nie wiało. Kierowca, który miał obsługiwać tę trasę rozklekotanym i zimnym autobusem przerobionym ze starej ciężarówki zachlał, może padł mu akumulator, nie wiadomo. Nie przyjechał i już. Ludzie jakoś dadzą sobie radę albo zmienią plany. Ona nie mogła, cały tydzień w sklepie i tylko jedna noc wolna. Nie ma rady, trzeba iść, Polacziszka czeka. Fakt, czekał. Z godzinę. Później jakby trochę mniej, włożył się do łóżka i na wszelki wypadek na wierzch kołdry położył kożuch. Na stołku obok flaszeczka i musztardówka, to był zwyczaj tak dziwny, że niemal pański. Miejscowi najpierw nieco się zżymali, szkła im się tym obcym cholerom do picia zachciało…  Nikt panów i „lepszych” tu nie lubił. Ale w końcu dali spokój. Kogo obchodzi w czym Polacy piją wódkę?
Łomotanie do drzwi. Ki czort? „Polacziszka” powoli zaczął wyplątywać się z warstw ocieplających. Larysce coś wypadło, nie przyjechała – więc kogo to diabli niosą? We flaszce zostało poniżej połowy, znów trzeba będzie się dzielić, a już było tak przyjemnie. Zimowy stwór, który wpadł przez uchylone drzwi miał roześmiane oczy, pod kruchym paletkiem coś się tłukło nerwowo i zaraz potem przytulało do niego jak zimny kompres.
- Jakżeś się tu dostała, dzieciaku?
- Normalnie, na piechotę, szkoda było dnia, Iwan pewnie śpi, może nie mógł maszyny uruchomić. Przykryj mnie szybko czymś ciepłym i daj szklaneczkę, idzie na mróz…
Dwa dni bez wychodzenia. Same miłosne sztuki, jedzenie i picie. Wszystko pod kołderką i kożuchem, w dni wolne miejscowa ciepłownia nie grzała na pełen gwizdek. Po co to robiła w tygodniu, gdy ludzie rozjeżdżają się do pracy - czort jeden wie. Laryska w życiu nie widziała tylu kotletów schabowych. Polak zaopatrywał stołówkę to i miał boki. Ale żeby aż tyle?
- Masz jakiś romans z tą grubą z kuchni, że cię tak futruje mięchem? No powiedz prawdę, ja nie jestem zazdrosna, ale z drugiej strony co moje to moje…
"Polacziszka" uśmiechał się jak zwykle. Bo i co miał robić – gruba szefowa kuchni to coś innego, niż ta jędrna mała. Ale swoje potrzeby ma... Interes, czysty interes. Człowiek napracował się ile wlezie, ale radości z tego żadnej. Na koniec głuche sapnięcie i gruba zwalała się w nerwowy sen. Rano zostawał po niej przetłuszczony papier, w nim kawał zdrowego wędzonego boczku, czasem tylko słonina. Na zagrychę w tygodniu dobre i to… No i jeszcze gdyby wiedziała ile tego boczku podczas ostatniego transportu ubyło zanim auto dojechało do kuchni. Dwa razy tyle co wymęczone sapaniem…
- Polak, ty, Polak – a jak tam u was z rozwodami?
- Laryska, ty co, rozwodzić mnie chcesz? Na co ci to?
- Rozwodzić – nie rozwodzić, ale mógłbyś tu zostać. Masz dobry fach, gadasz po naszemu, ludzie cię lubią. Naprawdę mógłbyś zostać. Kawał chłopa, a delikatny, czy ty wiesz jak ja za tobą…
- Dzieciaku, ale mnie się nie chce pracować tak całe życie jak to jest tutaj. Wiesz co bym najchętniej u was robił? Pojechał gdzieś daleko, może być i Syberia, przyzwyczaję się, a latem będę leżał do góry brzuchem, czasem pójdę na ryby, może nauczę się polować.
- Oj dureń, Syberii mu się zachciewa! Pod koniec września spluniesz, a doleci kamieniem, nie masz pojęcia jakie tam mrozy. Ja znam lepsze miejsca, może być gdzie na Kaukazie, wujek tam mieszka, pomoże.
- Jak już - to będzie musiał, romans wyjdzie na jaw, to na żonę i dziecko dosolą mi takie alimenty, że głowa mała.
- Dziecko, dziecko, dadzą sobie radę, u was nie jak u nas, widzę po tym co wy do nas przywozicie. Lubisz dzieci, co? A jakby twoje zaczęły rodzić się tutaj – to co byś zrobił?
Takie gadanie mąci łóżkowe zabawy: zostań i zostań. A głupiemu radość… Dobra, lata z tą kobitką wysoko, jak jakiś Ikar albo co – ale potem przychodzi rano i znów trzeba do roboty. Na razie jest polski kontrakt, można przedłużyć, ale niekoniecznie. Forsa lepsza, niż dla miejscowych. Zostanie - to wpadnie w tutejsze stawki, marne jak cholera, żadnych podróży do Polski, żadnych małych interesików, nul, zero. Skąd dżinsy, do których już tak się przyzwyczaił, że inne portki nie wchodzą w rachubę? Uznają tu polskie prawa jazdy wszystkich kategorii, czy dokumenty trzeba wyrabiać od nowa? No i to całe kochanie: dzisiaj kocha, jutro nie musi. A w Polsce dzieciak rośnie… I co z tego, że ślubna baba nie taka chętna do wieczornych zabaw?
*  *  *  *  *  *  *  *  *
Tamte szkliste oczy Laryski nie wracały za często. Ale gdy już się to stawało - kadr miał potężną moc. Aż nim szarpnęło. Coś przerżnął? Przegapił? Dlaczego oczy wróciły gdzieś przed francuską granicą? Czym sobie zasłużył, że dostał od losu tylko te oczy na pożegnanie, własną niemoc i późniejszą o rok informację, że urodziła się dziewczynka i że wszyscy pojechali tam gdzie cieplej? I gdzie wujek mógł pomóc. Z jednej strony to dobrze, któremu dziecku dobrze robi sąsiedztwo ruskiej elektrowni atomowej, polscy robotnicy obudowywali ją infrastrukturą ciepłowniczą i elektryczną. Z drugiej jakiego tatę dla cudzego dziecka dobrała ta zaradna, zgrabna kobieta? Nigdy się już nie dowie. Mniejsza. Przyczepa za dostawczym Mercedesem szarpie się jak ryba na uwięzi, co za dureń każe obsługiwać taką trasę tuż przed Bożym Narodzeniem na letnich oponach? Szefuńcio w mordę kopany, jasne, pan każe sługa musi. Nawet gnój pierwszego miliona nie musiał  kraść, tate zadbali, wziął i się bawi. Jachtu się zachciało. I tych zimowych przewozów, zimowanie w Polsce tańsze niż w Monako, a to handlowa nacja, teraz już uszlachcona, ale liczy jak komputer. „Tak, tak, panie prezesie, wszystko idzie jak po maśle, trzymam się planu podróży, będzie dobrze…” To ile lat ma dzisiaj ich córka? Dwadzieścia pięć, ćwierć wieku. Pewnie już po studiach. Laryska przysłała tylko jedno zdjęcie, jakiś zielony ogród, pewnie na południu, ona w kwiecistej sukience z małym zawiniątkiem na ręku. Młoda, chyba smutna kobieta z burzą blond włosów. Właściwie dlaczego nigdy nie przyjrzał się temu dokładniej? Nie wiadomo, nic nie wiadomo, trzeba było żyć, więc się żyło. Piło się, trochę hazardu, jakieś inne baby. Zamazały pamięć. Tylko skąd dzisiaj ta nadopiekuńcza skłonność do maluchów? Dwóch pierwszych wnuków wywieźli za granicę, ich matka we właściwym czasie połapała się, że ich ojciec to gnój jakich mało. Potem pojawił się na świecie kolejny wnuk. Niby dobre dziecko, ale skąd nieprawdopodobna tożsamość z ojcem? Jakby skórę zdarli ze starszego i włożyli na dziecko… Charakter zresztą też…
*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *
Działka nieopodal Bugu to nie do końca był jego pomysł. Najpierw pojawiła się kasa po zmarłej matce i wielka ochota na działkę na Mazurach. Naprawdę lubił ryby i ciszę gdzieś nad wodą. To i Mazury wychodziły z każdej talii kart i wróżby... Na szczęście siostra znalazła działkę nad Bugiem. Bliżej do miasta, a woda niemal za progiem. Zadatkował, potem wpłacił resztę, było formalnie jego i żony. Przewieźli kupiony gdzieś fuksem stary, ale zdrowy drewniany domek, trzeba było tylko wymienić dach i wyposażyć wnętrze. Wtedy wszystko szło łatwiej. Powoli zapominał o tych ruskich przygodach.  Laryska i gruba szefowa kuchni odpłynęły w niepamięć. Jeździł w dostawach piachu i cementu. Nikt tych kursów tak dokładnie nie rozliczał, a nawet gdyby to były i na to sposoby. Gotówka sama się wpraszała. Do pracy z dachem i resztą działki najął kolegę, ten drugiego, zwiózł im kafelki i styropian na poddasze. Oni mieli robić, on miał im płacić i w razie czego kupować co wskażą. Po miesiącu renowacja okazała się nieustającą zabawą. Co wpadł na tę cholerną wieś, to trafiał w środek przyjęcia. Tanie winko siarkowe, jakieś piwa, na prawdziwą gorzałę skąpili. Zagroził, że zamknie źródełko - trochę pomogło. Mistrz ceremonii, ksywa Lolek, wyszedł niedawno z pierdla i nie miał wyjścia.  Prace zaczęły się posuwać. On jeździł swoją niskopodwoziówką czy gruszką, kombinował i płacił, oni jakoś tam walili młotkami i kleili glazurę. Żona podupadała na zdrowiu coraz bardziej. Umarła po cichu, siedział akurat z kolegami na ławeczce pod blokiem. Kłócili się ile który piw kupi. Kiedy wpadł na górę po resztę gotówki i wezwał pogotowie było już za późno. Zadra w sercu, cholerna zadra… Poszedł grać i grał tak długo, póki nie przerżnął całego portfela. Potem pił. Gdy brakowało kasy szedł do banku i brał kolejną pożyczkę. Sprawdzali obrót środków w ostatnim okresie, było dobrze, podpisywał jakieś papierki i pakował banknoty do kieszeni. Znów grał. Wnuczek sprowadził do domu mocno brzuchatą panienkę. „Wiesz dziadek, stara wyrzuciła ją na ulicę, co mam zrobić?” Syn zjechał z roboty w Niemczech, chwalił się, że był najlepszym specjalistą od układania kostki Bauma. No i nieszczęście: złapali za dupsko za jakiś nie odsiedziany stary wyrok. Germańców szlag trafił. Zarobki też. Miał wylać potomka z domu na zbitą mordę? Znajdzie jakąś robotę to zwróci kasę za wikt i opierunek…
- Małolat, do jasnej cholery, jak chcesz żeby ci dziecko srało w zagraniczne pampersy to rusz dupę i zarób jakieś pieniądze!...
– Dziadek, ja wiem, ja przepraszam, no nie udało się z tą pizzerią, zwrócę ci, na pewno zwrócę. Ale zobacz jak ona do ciebie rączki wyciąga…-
Ten nierób wiedział gdzie uderzyć. I robił to coraz częściej i częściej. Inni zresztą też.
*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *
W planach domu, gdzie przyszło mu odsiadywać 24-godzinne dyżury to był schowek na szczotki, nie miejsce pracy. A potem jakiś dureń zamontował w nim automatyczną centralkę przeciwpożarową. I tego świństwa jeden z dwóch na zmianie ochroniarzy ma pilnować. Bo automatycznie to aparatura tylko zawiadamia pobliski posterunek straży. Potem trzeba iść i sprawdzić wadliwą czujkę, trzy minuty na odwołanie alarmu, oczywiście żadnego pożaru nigdy tu nie było. Raczej woda zalewa instalację, cieknie od fundamentów po solidny parter, dziurawy mur pije to świństwo jak gąbka. Potem po skasowaniu mrugającej czerwone diody jest spokój. Można z ludźmi pogadać, obejrzeć co w telewizji, lokatorzy zadbali o odbiornik. Czasem napić się kapinkę. Ma już 67 lat, emerytura co prawda nienajgorsza, ale na wszystko i tak nie wystarcza. Przyda się i te 1200 zł z udawania ochroniarza. W domu już nie jest sam. Dwa pokoiki gdzieś na szczycie "wieżowca" na warszawskich Stegnach, za to ludzi kupa. On, syn nierób, wnuk nieudacznik, jego przyjaciółka i ich wspólne dziecko. No i jego nowa przyjaciółka. Znalazła się podczas któregoś powrotu z salonu gier. Siedziała na ławce przed domem już o siódmej rano. A jemu chciało się cholernie pić… W kieszeni ze dwa złote i zero pomysłów. Powiedział coś głośno. A ta młodsza ze trzydzieści lat baba na to, że postawi mu te dwa piwa. Pod warunkiem, że ją przenocuje. Została - i zagnieździła się na dobre. Bez roboty, bez dochodów, za to z wielką ochotą na dziesięć piw dziennie. Używał to i musiał płacić. Reszta załogi też uznała, że im się należy. Mieli co prawda plany na przyszłe prace, ale to za jakiś czas, później, potem. Staruch utrzymuje młodą dupę, a im nie da? Patrz dziadek, to twoja wnuczka… Ładna, prawda? I jak biegnie do ciebie… „Dziadu!” – wrzeszczała ta nowa – „dziadu, telefon do ciebie, chyba twoja stara rodzina…” Ona była już tą nową, lepszą rodziną. Nawet nie było czasu, żeby się odgryźć: jeśli jeszcze raz tak się do mnie zwrócisz szukaj nowego lokalu! Coś tam kiedyś wydukał co prawda. W odpowiedzi usłyszał, że gdy ponownie o tym wspomni, to nóż znowu pójdzie w ruch. Nie, nie ma co się śmiać. Wyrok sprzed kilku lat był jednoznaczny – osiem lat za osiem ciosów nożem podczas damsko-męskiej kłótni. Facet piknął coś tam i dostał osiem kos. A on złapał ją jak się okazało podczas przerwy w odbywaniu kary. Złapał ją, ona złapała jego, mniejsza. Są niby razem. Znaczy się – dzisiaj nie do końca razem. Nie poszła na spotkanie z kuratorem i odsiadkę przywrócono. Wyjdzie za rok. Ma ślubne plany. A pracować i tak nie może, wiesz, te bolące kolana…
*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *
Gorsze dni przyszły w styczniu. Najpierw monity bankowe. „Wypowiadamy panu kredyt, prosimy o natychmiastową spłatę reszty należności…” Ba – ale jak i z czego? Potem zaległości czynszowe. Nawet raz miał przygotowane te sześć stów, wziął z konta sześć nowiutkich banknotów i schował w teczce. Po rannym powrocie z dyżuru miał jeszcze poczekać dwie godziny na otwarcie kasy, podrzemie chwilę, pójdzie i wpłaci. Nowa siedzi w kuchni i żłopie te swoje piwa, nigdzie przecież nie polezie. Ocknął się, przeciągnął, zajrzał do teczki. Pięć banknotów na swoim miejscu. Szóstego nie ma. Po prostu nie ma i już! Ach ty choler!... W tamtej kłótni przegrał wszystko, z resztką nadziei włącznie. Bo to nie ona, nie dzieci, nikt! Przechlałeś stary dziadu i nie pamiętasz! Pięciu setek nie wezmą. Może to szansa by je zabrać, zejść na dół i kupić coś energetycznego? Napije się, włoży pod koc – i niech was wszystkich jasna cholera, rodzino ty moja!
Zmiennik Tomasz jak ratunek… Drugi z ochroniarskiej ekipy, inteligent, ale równy chłop, jakieś kłopoty z robotą, choć żona ma sklep. Z ochrony miał tylko spłacać kredyt samochodowy. A z tego sklepu sam pożytek: do schowka na szczotki zjeżdżały kończące termin ważności sery, twarożki, jakaś wędlina. Tomasz jeszcze kręcił papierosy, szło żyć. Wyciągali się w fotelach garażowego poziomu minus jeden i gadali bez końca. O życiu, o podróżach, interesach. Czasem wpadał ktoś z górnych pięter – i rozkręcała się rozmowa. Póki o życiu, polityce i babach - było spokojnie. Ale gdy włazili obaj na temat gówna – stawało się drażliwie. „Polacziszka, nie wyrosłeś nigdy z tej nazwy, wyłaź z tego gówna! Wynoś się z tego układu, utoniesz chłopie jak amen w pacierzu!”
Jak? Jak to zmajstrować? Podsunęli mu pomysł: wieszasz pewnego dnia na lodówce kartkę: „wyjechałem na leczenie, wracam jak wyleczą”. A co z żarciem dla reszty załogi? „Dadzą sobie radę, zobaczysz sam. Wsiadaj w auto, jedź na działkę i siedź tam jak najciszej. Nawet dojeżdżając do Warszawy co trzeci dzień samochodem wydasz mniej, niż z tymi darmozjadami…”
Chyba trzeba tak będzie zrobić… Chyba już wszystko nabrzmiało dostatecznie, banki znalazły go i tutaj, w pracy, ilość nakazów płatniczych rosła lawinowo.
Któregoś dnia szef wylał Tomasza podczas jednej krótkiej, ale nerwowej rozmowy telefonicznej. Nie będzie jakiś tam ochroniarz domagał się należnej mu zapłaty w terminie! Zapłaci jak będzie chciał i mógł! Skończyły się darmowe serki i bułeczki. I papierosy. Któregoś dnia ostatnie trzy z paczki zabrał syn, specjalnie w tym celu przyjechał na gapę z innej dzielnicy. „Poproś tych swoich znajomych, jakoś cię poratują…”
Ten z góry wściekł się o działkę. Prawda, miał mu ją wynająć na trzy dni, miały być z tego jakieś pieniądze – ale kto mógł przewidzieć, że w domu na Stegnach nie ma już kluczy od domku, a ten cholerny menel tam mieszkający „na chwilę” przestanie odbierać telefony i zacznie grozić przypomnieniem sobie „tego i owego”? A wyjechać samemu jak to radzono też już się nie da. Auto bez przeglądu technicznego i ubezpieczenia, strach ruszyć z parkingu. Paliwa brak… Nowy na miejscu Tomasza przyznał się, że zyskał finansowo na przeniesieniu z innego miejsca pracy. Poszło jedno piwo, później dziesięć. A potem już tylko sen. We śnie nikt nie marudzi, nikt nie grozi, nikt niczego nie chce. I co z tego, że gadają, że nie będą płacić za chrapiącą głośno ochronę? Niech se gadają, ma ich w dupie…
*  *  *  *  *  *  * *  *  *  *  * 
Gorsze dni zmieniły się w najgorsze dni. Doszły jazdy do więzienia kobiecego gdzieś na krańcach miasta, jego pensjonariuszka sucho przekazywała żądania, a on już nie miał z czego ich realizować. Szlafrok okazał się nie w tym kolorze, majtki jak dla jakiejś staruchy, ręczniki za chude, a spinki do włosów za grube. Cholera z tym wszystkim! Sąsiedzi z ławeczki przed blokiem patrzyli się na intruza niechętnym wzrokiem. Nie miał z czego dokładać się do wspólnej zabawy. W robocie potrafił już tylko spać. Po tamtej sennej stronie udawało mu się wszystko. Nie pokłócił się z tymi, z którymi pokłócił się na jawie, przyglądał własnej córce gdzieś na Kaukazie, wcześniej wracał z ławeczkowej narady, wzywał pogotowie na czas i jego żona nadal żyła. Syn siedział w Niemczech i solidnie pracował, wnuk został wreszcie tym kucharzem w dobrej restauracji, a przyjaciółka nauczyła się księgowości i mogła pracować w domu. Jak niektóre kobitki mieszkające w chałupie, której dzielnie pilnował dniem i nocą… Było bosko i malinowo… A że poplątane to wszystko i bez sensu? Niech tam, senne majaki nie muszą być wyświetlane po kolei i logicznie. I tak są lepsze od tego zasraństwa na jawie…
*  *  *  *  *  *  *  *  *
Ten z podwórka dwa bloki dalej chciałby wreszcie wiedzieć ile chce za swojego Golfa. Dwa tysiące. „Pogięło cię idioto?! Siedzisz u nas w kieszeni, groszem nie śmierdzisz, a takie pierdoły nam tu opowiadasz!?” Dwie setki „gorzkiej żołądkowej” miło przelewają się w brzuchu. Czemu oni tak wrzeszczą? Spór nabiera tempa. Pięć stów? Dobra, niech już będzie te pięć stów, ale idziesz jeszcze do sklepu po kolejną połówkę… Polazł, sknerus jeden. Cholera z nim, żadnych umów nie podpisywał, to wszystko takie pijackie gadanie. Akurat pora spuścić ciśnienie z pęcherza. Najpierw pion: powoli podnieść się z rozgrzanego drewna siedziska i przyjąć pionową postawę…
Ziemia obróciła się o dziewięćdziesiąt stopni w tym momencie, w którym pod czaszką eksplodował potworny ból. Była już z boku, a on spadał w przepaść bez końca. A może to było inaczej i najpierw był obrót planety, ból potem? Świecą czymś w oczy, jakiś dureń sprowadził filmowy reflektor i zapalił mu prosto w twarz. Strach? Nie ma strachu. Nie ma, bo obok stoi jego żona jak w dniu, kiedy ją poznał w tej całej wojskowości. I rozmawia z Laryską – więc musiały się jakoś dogadać. To i tak bez znaczenia, scena raptem kurczy się i odpływa gdzieś w dal. Jest cicho i ciepło. Jest? Przecież nie ma. Nic już nie ma… Jak oni sobie teraz poradzą z datą jego śmierci? Pierwszy listopada, łatwo zapamiętać… To się cholera zeszło…
Marek Zarębski
Fot. autor

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Kabaret w krzywym lustrze?



Pamiętają Państwo przedostatnią notatkę o nielegalnych zasiewach i akcjach dzielnych ochroniarskich komandosów pod Sztynortem? W poszukiwaniu bandy nocnych, oszukańczych dzikusów przejechałem w ciągu minionego tygodnia ponad 500 kilometrów w trójkącie Sztynort – Gołdap – Olecko. Niestety… Czas powtórzyć za mistrzem Asnykiem: Daremne żale - próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud Nie wróci do istnienia. Nie ma leśnych zbójów! Nie ma ochroniarzy! Z zasiewami problem: bo które niby mają być legalne i jak je odróżnić od nielegalnych? I to szumi i tamto zielenieje. Karteczek z opisami na łodygach brak.

I wtedy napotkałem Miejscowego Mędrca. A ten widząc zafrasowaną minę gościa stojącego bezradnie wobec łanów szumiących zapytał wprost: i czegóż to ci potrzeba chłopczyku podstarzały? Wyjaśniłem w krótkich słowach. A Mędrzec w śmiech, rechotliwy i głośny. Ty miejski idioto! – powiada czule. Ty nieuku barabancki! Toż oni bawią się sami ze sobą! Za biurkami! Bez wychodzenia z domów, bez siania i orania! Jedni wypłacają bezdomnym słupom, zaraz gotowiznę zabierają, rzekomo zawiadamiają drugich, dla picu najmują jakieś lewe agencje ochroniarskie, szwagrowie też chcą zarobić – i tak się to wszystko kręci. Że też w tych miastach taka głupota żyje…

No właśnie: okazałem się głupcem. Bo to, co Mędrzec rzekł to rzecz jasna kolejna teoria spiskowa, prawda. Ale czyż nie tłumaczy wszystkiego jasno i dosadnie? Może tak być? Może. A jak mówi kolejne spiskowe prawo: jeśli coś się może zdarzyć zdarzy się na pewno…

M.Z.

sobota, 15 czerwca 2013

Krótkie info

Kochani! Tak, wróciłem z urlopu, powiem w skrócie, że było wspaniale! Sprawozdanie wkrótce. Dzisiaj tyle, że komentarze, na które mógłbym i chciał odpowiedzieć winne być wyposażone w jakiś adres zwrotny. Można go przesłać na adres na przykład z.marek@autograf.pl Polecam!
M.Z.

środa, 5 czerwca 2013

Życie to naprawdę kabaret!



W jednym z portali rolnych ukazał się kilkanaście minut temu wpis zatytułowany „Rolni naciągacze”. Nie każdy  pasjonuje się tym jak siać i orać – ale notka bardziej to kabaretowa, niż rolna, sugeruję zatem przeczytać uważnie całość.
 
 
Na Warmi i Mazurach ziemia rolna należąca do Agencji Nieruchomości Rolnych zasiewana jest na dziko. Użytkownicy chcą w tej sposób uzyskać dopłaty obszarowe. Składając podanie o takie wsparcie finansowe nie muszą wykazywać, że mają tytuł prawny do ziemi.
Przedstawiciele Agencji Nieruchomości Rolnych w Olsztynie oraz tamtejsza Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa potwierdzają proceder dzikich zasiewów. Bezumowni użytkownicy ziemi mogą uzyskać z jednego hektara od 1 tys. zł do 2 tys. zł. Aby zapobiec takim zabiegom obie instytucje podpisały w tym roku porozumienie. Zgodnie z nim ANR będzie miała dostęp do baz danych ARiMR o użytkownikach gruntów rolnych, którzy ubiegają się o dopłaty bezpośrednie.
Na Mazurach w okolicach Sztynortu pod Węgorzewem, Agencja Nieruchomości Rolnych wynajmuje firmy ochroniarskie, by te nie dopuszczały do dzikich zasiewów.
Agencja chcąc sprzedać albo wydzierżawić grunty rolne ogłasza publiczne przetargi, podając w mediach obszar i lokalizację. Osoby, które na dziko zasiewają pola właśnie stąd czerpią informację o wolnych terenach. Często robią to w nocy, aby nikt ich nie zauważył, zdarza się też, że uciekają przed wynajętymi firmami ochroniarskimi. Nie zależy im na uregulowaniu statusu prawnego i uzyskania tytułu do ziemi, chcą jedynie otrzymać dopłatę.
Wicedyrektor ARiMR w Olsztynie Jan Bombosz, poinformował, że ubieganie się o dopłaty bezpośrednie umożliwiają zapisy ustawy z 2007 roku. Właśnie wtedy zatwierdzono, że ubiegający muszą jedynie złożyć wniosek, w którym deklarują, że użytkują nieruchomość rolną. Nie muszą przedstawiać żadnego dokumentu, który by świadczył o tym, że są właścicielami albo osobami dzierżawiącymi daną ziemię.
Bombosz zaznaczył, że nie wiadomo jak duża jest skala tego zjawiska, ponieważ ARiMR nie prowadzi żadnych statystyk. Przypadki wyłudzania pieniędzy wydają się w momencie, kiedy to dwie osoby ubiegają się o dopłaty z jednej nieruchomości. Wówczas po kontroli Agencja zna sytuację własnościową ziemi i może złożyć doniesienie do organów ścigania na osobę, która próbuję wyłudzić pieniądze.
Zdzisław Szymocha, rzecznik ANR w Olsztynie informuje, że nawet jeśli dane firmy, która prowadzi na dziko zasiewy będą znane, to wyegzekwowanie opłat np. za bezumowne korzystanie z nieruchomości jest niemożliwe. W większości przypadków są to firmy, które nie posiadają siedziby ani adresu. 

Do chwili przywołania tego wpisu w oryginalnym miejscu - ukazał się tam jeden tylko komentarz:
  1. tonette, :
Więc powiada Pani, że na Mazurach żyje leśne plemię przestępców siewnych? I że niby czają się gdzieś w krzaczorach, a gdy zauważą, że spasły byczek w mundurze ochroniarza zasnął albo poszedł po pół litra to natychmiast nielegalnie orzą i sieją? A po jakimś czasie przebrani w trampki i ozdobne garniaki idą do gminy i wyciągają przestępcze łapy po światło-europejskie dopłaty? Bardzo ciekawa obserwacja. Jadę tam za kilka dni na urlop, spróbuję dopaść choć jednego takiego. Może da się oswoić i powie jak to jest naprawdę… I co z nimi wszystkimi zrobić: palić im „nielegalne”zasiewy, truć Azotoxem, czy złapać wszystkich do siatki i wsadzić do anzla?
A tak poważnie: miast najmować ochroniarzy może łatwiej było by zmienić głupi przepis? Co Pani na to? Ja wiem, że już dzisiaj mam u was opinię upierdliwego starca, który siedzi nie wiadomo gdzie i czepia się niewinnych producentów krótkich notatek. Niech tam, mam to w nosie. Czy kiedy za chwilę wzniosę głośny okrzyk „Myśleć! Myśleć!” to będzie to tak całkiem bez sensu?

Kabaret? Dla mnie w czystej formie. Znowu zyskałem nowych wrogów? Witam gościnnie! Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej… Więc do diabła JA TEŻ MOGĘ!

M.Z.

wtorek, 4 czerwca 2013

Politycznie?



Czemu ostatnio nic o politykach i polityce? Ponieważ nic takiego się nie zdarzyło, by to warto było poważnie analizować i omawiać. Odbywają się co prawda tańce towarzyskie w jakiejś politycznej remizie, jakieś panienki wdzięczą się i naprężają, chłopaki wychodzą i wracają już w innym towarzystwie – ale w istocie to nadal tylko remiza, nie Świat. Obietnice sztuczne jak sztuczne kwiaty, rano potwornie boli głowa, a połowa amantów nie będzie mogła sobie przypomnieć czy przygodne kochanki zdołały wykraść ich domowy numer telefonu, czy też i tym razem się udało.

Jest więc tak, że bezbarwny, ale z powodu szybkiej ścieżki kariery podejrzany, niejaki Wipler, zawraca głowę blogosferze już trzeci czy czwarty dzień. Jako obiekt rzecz  jasna, jakiś carewicz czy inny delfin… Dialogi oczywiście wkładają mu w gębę głównie dyżurni żurnaliści i blogerzy. Z kim to się nie skojarzy, podpisze sojusz i jak uzasadni brednię, że podwojenie liczny komorników uczyni Polskę szczęśliwą… Co w istocie może Wipler? Gówno może. Wykonuje swoje zadanie jak najstaranniej, ale to tylko marionetka, sznureczki prowadzą wprost od łapek i jęzora gdzieś w ciemność, manipulatora nie widać. Sakiewicz, licencjonowany „prawicowiec” od Gazety Polskiej coś tam bredzi o etosie Solidarności akurat w czasie, gdy ślad już żaden po micie nie pozostał. Dziennikarz Mazurek powoli szykuje się do procesu, który wytoczyła mu (a może tylko zamierza to uczynić?) jakaś Ligia, idiotka patentowana z PO, druga mądra inaczej po „damie” Thun, szczęśliwie delegowanej do Brukseli, gdzie za parę tysięcy euro miesięcznie dowodzi słuszności tezy, że gdy diabeł nie może wymyślić większej durnoty to baby poszuka. Mazurek tu oczywiście niewinny, wykonał swoją robotę demaskatorską jak najlepiej i chwała mu za to. Podejrzewam tylko, że z demaskacji prócz procesu nic dla autora i publiki nie wyniknie, panie w swej naturalnej politycznej nagości dość obrzydliwe i ludzie tego oglądać nie chcą. Przy okazji opisywania Francji przywołałem kiedyś bon mot, że oto kraina ta do dzisiaj najbardziej na świecie nienawidzi Amerykanów tylko za to, że chcąc uchodzić za pannę cnotliwą i piękną dwa razy w jednym dwudziestym wieku dała się kowbojom zobaczyć bez majtek i makijażu, przez co świat dowiedział się, iż to baba stara, próżna, brzydka i głupia. Z tymi wywiadami jest dokładnie tak samo…

To i parę innych jeszcze rzeczy i zdarzeń to jest proszę Państwa szum informacyjny, ersatz, który ma zastąpić prawdziwe życie polityczne. Oczywiście nie zastępuje. Bo co nam kroi prawdziwa władza nadal nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy przed premierą spektaklu. Wtedy rzecz jasna będzie już za późno, sala teatralna zamknięta i strzeżona, nikt nie wyjdzie przed czasem. W końcu nie po to wełniane barany zagania się do zagrody by je uwolnić, ale by ostrzyc do gołego…

M.Z.

poniedziałek, 27 maja 2013

Drobiazgi marketingowe




Pisząc to i owo na temat wakacji, urlopów i związanych z tym podróży jakby nie policzyłem jednego: że oto odezwą się ludzie, którzy nawet w najgłębszym kryzysie śmiało planują podróże po wielokroć dłuższe i bardziej okazałe, niż moja. I że zostanę przepytany na okoliczność czemuż to jestem takim prostym idiotą, który nie jedzie na ten swój mikro-urlopik do Chorwacji, Czech, Austrii czy choćby na „wyjątkowo tanie w tym roku” Malediwy. Postaram się to wyjaśnić jak najlepiej potrafię. Czy przekonam – sami oceńcie.

Otóż w każdym z tych miejsc wyżej wymienionych przynęta jest prosta:  cena miejsca podstawowego. Co to znaczy? Ano to, że w takiej na przykład Chorwacji podaje się dewizową cenę za pokój czy nawet apartament kilkuosobowy nie wspominając ani słowem o kosztach dojazdu, wyżywienia i znoju podróży. A żadna do krótkich nie należy, ta zwłaszcza… Okazuje się więc, to jest ten haczyk podstawowy - nad ciepłym Adriatykiem cena za kwaterę jest NIŻSZA, niż za taką samą w Polsce! No to co – no to jazda! To zapakujemy w słoje, tu włożymy zestaw wód mineralnych, ówdzie jakiś parasol, kocyk flanelowy i nowe klapki, reszta zrobi się sama.

No dobra – ale jak to jest z tymi kosztami ogólnymi? Mniej wesoło, niż się wydaje. Zaczynając od detalu: paliwo kosztuje za granicą tyle ile kosztuje, niestety w euro. Auto winno być przygotowane do podróży tak, jak w Polsce nigdy przygotowane nie było – i nie chodzi o wysprzątanie wnętrza, raczej o postawienie pojazdu na naprawdę dobrych oponach, sprawdzenie hamulców i miliona innych detali, o których dyletanci nawet mający kupę szczęścia w życiu nie mają pojęcia. Dlaczego tak? Bo będzie jazda w górach, po autostradach i w temperaturach zdecydowanie przekraczających te polskie. To techniczny sprawdzian, którego nie sprawdzone i nie przygotowane auto po prostu nie wytrzyma.

Co to niby obchodzi kibica? Nic. W końcu skoro wszyscy jadą – to babcia też. O ile znam życie nic się nikomu nie stanie. Mnie by się stało – tamtym nie. Nie wiem od czego to zależy, ale tak jest. Nadmiar wiedzy czy tylko świadomości najwyraźniej szkodzi…

Ostatnio największe zainteresowanie wzbudza kawałek, w którym opisuję swoje perypetie samochodowe z Corollą E 10. To znaczy: kłopotów żadnych z tym autem nie mam, jeśli już, to raczej z własną głową. Co jest podejrzane jak napisałem samo w sobie. Pytają mnie jednak różni znajomi, właśnie na fali przygotowań przed-urlopowych jak daleko zajechał bym opisywanym wozem, na jak długą podróż bym się porwał. Odpowiadam: dowolnie długą, ale powyżej 1500 km trzeba by wykonać kilka czynności prostych, na przykład wymianę oleju silnikowego i filtrów, ostatnia wymiana 5 tysięcy wcześniej. Nic więcej? Ano nic. Nie ma u mnie żadnych turbinek, żadnych pierdół wymagających szczególnej troski. Wsiadam, jadę, dojeżdżam. Nie, sprzątać wnętrza też nie trzeba. W tym roku brakuje mi jedynie CB radia – ale z tym przecież można żyć. Decyzja jednak jest taka, że przed urlopem żadnych zamian czy sprzedaży nie będzie, kilka propozycji, które otrzymałem są bezczelne i najwyraźniej obliczone na kogoś, kto nie ma pojęcia o mechanice. Ja akurat mam trochę doświadczenia, warsztatowego też. Więc wydrwigroszom nie będzie w przyszłości tak łatwo, jak sądzą.

A kwitując przywołane na początku Malediwy chcę powiedzieć, że oczywiście nie mam nic przeciwko takim wyprawom. Rzecz w tym, iż najczęściej podejmują je ludzie, którzy w życiu nie zeszli do własnej piwnicy i nie mają pojęcia, czy w budynku jest strych. Dziwne, prawda? Poza tym czy aby na pewno 10 tysięcy od osoby to tak znowu tanio?

M.Z.

piątek, 24 maja 2013

Działać czy kombinować?



Kiedyś stawałem przed tym dylematem kilka razy w roku. Dzisiaj albo „mi wychłódło”, albo nie odczuwam już potrzeby tak szybkich modyfikacji – w każdym razie samochody zmieniam rzadziej, niż przed laty. Może dlatego, że miewam auta lepsze, staranniej wybierane i w lepszej kondycji technicznej? A może też z tej przyczyny, że wybór z latami zawęża się, rynek wchłania i obrabia coraz większe ilości produktów po prostu kiepskich, niechlujnie skonstruowanych i jeszcze gorzej pomyślanych? Trafia to wszystko do wtórnego obiegu, obrasta jakimiś nieprawdopodobnymi legendami tworzonymi przez mało zdolnych autorów, byle stempelek w ewidentnie podrobionej książce serwisowej waży więcej, niż słuch mówiący, że muzyka silnika wcale nie brzmi  polifonicznie i doskonale… Więc niby po co bawić się zgodnie ze schematem „zamienił stryjek siekierkę na kijek”?

Poważne argumenty, prawda? A jednak raz na jakiś czas nosi mnie jak dawniej, gna gdzieś, a ciekawość spala: co za zakrętem, może  lepszy egzemplarz, może ciekawsze wnętrze, doskonalsza trakcja…

Ogłoszenie… Sucho i bez emocji? Corolla E 10, 1995 r., 153 tys. km, cena 3.700 Nie, nikogo nie przekonam. Trzeba dodać: żwawy, ale też mistrz oszczędności, silnik 4 EFE. I trochę przypraw: doskonale zachowany we wnętrzu, perfekcyjny mechanicznie, wszystko działa jak w nowym… Ejże, czy to nie przesada? Co wymieniałem? Lewy reflektor główny, tarcze, klocki, szczęki z tyłu. No tak – ale to było osiem miesięcy temu, detale już przykurzone, jakiś cwaniak zaneguje nawet rzecz oczywistą, co dopiero takie coś. Pisać zbyt wiele też nie wolno, ludzi męczy dzisiaj samo czytanie, cóż dopiero mówić o zrozumieniu. A prawda? Moja opowieść prawdziwa w stu procentach. Ale kto by sobie takimi duperelami zawracał swoja śliczną główkę…

A może pójść drogą standardową: sprzedam, a dopiero potem będę wybrzydzał na inne obiekty? Jakiś niezły winien się w końcu trafić. Tyle że ja bez samochodu to jak bez ręki. Może upatrzyć sobie ciekawy obiekt i zwrócić się do właściciela bezpośrednio?

Dobra, piszę: interesuje się pańskim pojazdem, jeśli chce pan zamienić go na coś większego, w sam raz dla trzech osób i psa (pańskie tłumaczenie!), to oferuje swój pojazd, proszę wskazać maila, doślę fotki, ewentualnie sfotografuję to, co pana interesuje, moje auto nadaje się do natychmiastowej jazdy na przykład na wakacje. Uprzejmie, prawda? W odpowiedzi cisza. Rozumuję tak: trafiłem oto na innego bajkopisarza. I teraz gość nie wie jak się wyplątać z tej dwuznacznej dla niego sytuacji, wcale nie chodzi o szczupłość wnętrza Toyoty Paseo, raczej o wadę, która ujawniła się w trzecim miesiącu eksploatacji i pewnie droga w  naprawie jak diabli…

Myślenie ma przyszłość? Przypomina mi się stary dowcip o rycerzu i mieczu. Rycerz zamarzył sobie pojechać na krucjatę. Ale że miecz bez konserwacji i stary – pożyczy inny od sąsiada. Idzie przeto przez las i duma: jak do tego głąba zagadać, by nie chciał mieczowego procentu? Jak ominąć tłumaczenie, że nie ma, że oddał do szlifu, a w ogóle musi sprzedać, bo teściowa domaga się zwrotu pożyczki? I tak kombinując staje przed drzwiami sąsiada, puka w spore wierzeje z blokadą antywłamaniową. Gospodarz otwiera, uśmiecha się i czeka na podanie powodu niespodziewanej wizyty. A nasz bohater wali prosto z mostu: wiesz co, ja nie chcę słuchać ani o szlifowaniu, ani o teściowej, ani o procentach! Wiesz co: a pocałuj ty mnie w dupę z tym swoim mieczem!

Mam więc pomysł – nic nie zrobię, jeżdżę czym jeździłem. W końcu wakacje tuż-tuż…

M.Z.

wtorek, 21 maja 2013

Jeśli maszerować - to pod jakim sztandarem?



Wbrew pozorom problem nie jest wcale powierzchowny, ani głupi, nie mają też racji ci amatorzy, którzy automatycznie odpowiadają na tak postawione pytanie okrzykiem „POD BIAŁO – CZERWONYM”. Chodzi bowiem o to, że ludzie mają czasem ochotę wyjść na ulicę i powiedzieć pewnej nadętej damie w Ratuszu „Odwal się od naszych 6-letnich dzieci, nie podnoś cen biletów komunikacji i nie mieszaj w śmieciach!”. Godło państwowe nie wydaje się tu konieczne – ba, mnie osobiście zgrzyta nawet lekkim nadużyciem.

 Jest też inna kategoria zgromadzeń, zwykle stacjonarnych, a nie marszowych, choć tym razem z tego co wiem panie tytułujące się „Szmatami” postanowiły lekko się przespacerować. O co im chodziło – trudno dociec, do mojego umysłu nie trafia pretekst, że oto ktoś kogoś zgwałcił, a ofiary nie są otoczone należytym współczuciem, więc jakaś manifa to zmieni. I nie dlatego, że gwałt to drobiazg – bo gwałt to po prostu zbrodnia. Z tego natomiast powodu, że gwałcicieli należy skutecznie łapać, karać (może być nawet odbieraniem narzędzi zbrodni), zaś ofiary skutecznie ukrywać przed ciekawskim wzrokiem gawiedzi i sensatów. Po prostu pod sztandarem własnego nieszczęścia maszerować nie należy, a nawet nie wolno. To dzisiaj rozumie już nawet większość polityków…

No ale z późniejszych doniesień prasowych i wskazywanych konotacji – wyszło szydło z worka. Okazało się bowiem, że oto manifestacja miała w podtekście popularyzację teorii gender, zaś maszerujący tam panowie najwyraźniej służyli nie tylko jako modele przestępców, ale też i ofiar. Nie mam pojęcia jak wyglądali w realu, mogę się jedynie domyślać, że smutno, pewnie jako cierpiący z powodu nadszarpniętej męskiej dumy i może nawet zniszczonej damską agresją hydrauliki – skoro organizatorki uznały, że było „fajnie” i wszystko się udało.

Tak czy siak: zdaje się, że komuś nadmiar przyznanych przez „nieznanych sprawców” środków finansowych uderza lekko na rozum. I chodzi nie o żadną tam obronę kogokolwiek, ale o wprowadzenie w przestrzeń publiczną kolejnego elementu zamętu. Czas krzyczeć: nie śpij, nie popieraj genderówek, nie łaź po ulicach ze złamanych sercem i licho wie czym jeszcze, bo właśnie cię okradają!

M.Z.

poniedziałek, 20 maja 2013

Lato, lato...



Co roku o tej mniej więcej porze dużo było o wakacjach: gdzie kto się wybiera, czego na miejscu się spodziewa i jak te wakacje sobie wyobraża. Minęło tymczasem dwanaście miesięcy od ostatniej takiej rozprawki i zmieniło się tyle, że tam, gdzie jechać chcemy właściwie nic się nie zmieniło, było drogo i jest drogo – coraz trudniej natomiast w ogóle wyruszyć z mojego miasta w jakąkolwiek podróż. Co koszta urlopu podnosi po dwakroć…

W jednej z przedwakacyjnych rozmów, chciałem zarezerwować pokój,  ktoś po drugiej stronie zapytał na koniec takiej sobie rozmowy skąd jestem. Zawsze mam dylemat z odpowiedzią: bo jeśli powiem, że z Warszawy to automatycznie wrzucony zostanę do worka z agresywnymi, pewnymi siebie chamami. A druga strona, gdzieś na zadupiu jakimś mazurskim zapisze później w cyklu rozważań o marności świata turystów, że jako „warsiawiak” na pewno chcę do nich zwalić się z trójką wrzeszczących bachorów w wieku żłobkowym, uprać za darmo wszystkie zasrane przez poprzednie miesiące pieluchy i nażreć w ramach standardowej opłaty tak, bym jeszcze przed wyjazdem pękł z dużym smrodem. Wszystko jakoby za 20 zł doba z wyżywieniem. Gdzie tak było? Na południu Mazur, w okolicach miejscowości Wojnowo, ukazuje się tam w sieci barwny, choć niezwykle chamski „Obsrywator z piwskiem”. Tam to kiedyś wyczytałem.

Zapewne istnieją w moim-nie-moim mieście takie postaci, powiem szczerze, że jedną z nich spotkałem niedawno przy okazji próby zamiany mieszkania – ale ja jako dziadek żadnych zasranych pieluch nad jeziora nie wiozę już od trzydziestu przynajmniej lat. Nigdy zresztą  tak nie było. Z drugiej strony rzeczywiście pochodzę z miasta, którego głównym dzisiejszym zajęciem jest pożeranie własnych dzieci, a to cenami czynszów, a to cenami biletów, rozkopanymi ulicami i wiecznym burdelem inwestycyjnych. Rzeczywiście wstydzę się, że niektórzy z moich miejskich sąsiadów zbliżają się w realnych działaniach do mazurskich opisów – ale to  nadal ekstrema, niewielki promil miejskiej populacji. Tak, hałaśliwy i widoczny, czasem jest tak, że gdy przedobrzą w jakichś wakacyjnych tam działaniach i na miejsce zjedzie radiowóz spisujący uczestników tej czy innej burdy – okazuje się, że „warsiawiak” to w istocie mieszkaniec Radzymina, Wołomina czy innej badziewnej miejscowości, która ze stolicą nigdy nie miała nic wspólnego. Żyję w organizmie zarządzanym przez koszmarną babę nie chcącą rozmawiać nie tylko z obywatelami miasta, ale nawet z burmistrzami poszczególnych dzielnic. Żyję w zbiorowości, dla „dowództwa” której łupienie finansowe członków grupy jest zasadą działania, istotą władzy. I niestety żyję obok ludzi, którzy rozbijają własną kamienicę wypuszczając swoje koszmarne dzieci, by „pograły sobie w piłeczkę”. Jeden z tych smrodów jest w stanie kopnąć ją tak, by doleciała do piątego piętra, drugi cherubinek (wyjątkowo obrzydliwy!) celuje w demolowaniu bramy wjazdowej do garażu – a rodzice nadal uważają, że nie nie dzieje się złego. Bo dziecko „ma prawa”… Ja nie mam do godnego i opłaconego życia. Jego dziecko ma – prawo do destrukcji wspólnego. Ciekawym z którego prowincjonalnego miasta ta filozofia pochodzi…

Nic to, spokój, tylko spokój może nas uratować, powtarzam to sobie każdego niemal dnia. Nad spokojnym jeziorem pewnie da się jeszcze raz przepowiedzieć sobie stosunek do greckiego pojmowania prawdy (leży tam gdzie leży, a nie na przykład „pośrodku” jak chcą lewacy i sowieci), zasad prawa rzymskiego i etyki chrześcijańskiej jako podstawy każdego dobrego prawa. Potem z czystym sumieniem można złapać rybę i upiec ją na współczesnym wynalazku szatana, czyli na grillu. Być może smak nie będzie zbyt szlachetny (nie znam się na grillowaniu), ale całość jakże godna. Wrócę do domu może nie lepszy, ale na pewno dokładniej wewnętrznie uczesany…

M.Z.