środa, 9 stycznia 2013

Nie zaistnieje, nie ma mowy!



 W tle tego, o czym ostatnio pisuję, na zapleczu sporów o nowoekranowe kompetencje administratorów i ich redaktora naczelnego – czy pewnego konfliktu związanego z metodą rozmawiania w Polakach.eu.org – dzieją się rzeczy i sprawy, o których nikt już w Polsce nie pamięta. Ludzie chodzą do filharmonii i do teatrów z prawdziwymi aktorami, rozmawiają o tym, co widzieli i słyszeli, wiosną doceniają urok zieleniejących drzew i chętniej wypijają kawę w miejscowym Wilanowie, niż w jakimś makdonaldzie. Nikt nie inicjuje sporów o wrednych premierach i dziadziejących prezydentach...

Zaś kobiety już w styczniu rozważają co zrobią z rodziną podczas urlopu, zmienią w ulubionej pracy i jaki w tym roku będzie ich zewnętrzny wizerunek. Mało kto cierpi za rząd i panoszących się urzędników – ponieważ rząd dba o nich, a opisanych urzędników po prostu nie ma. Gdyby mieli u siebie Krakowskie Przedmieście chodzili by po nim na spacer, a nie na demonstracje. Nikt nie śmiał by siusiać do zniczy w środku miasta i dnia.

Gdzie tak się dzieje? Nie wiem nic ponadto, że nie u nas…

Tymczasem my spsieliśmy, ponieważ miejscowi władcy nie przestają nawet na chwile podgrzewać stanu wojny z narodem, zbiorowością i jednostką. Żyjemy w państwie, które już w planach budżetowych zakłada, że jego obywatele muszą być w nadchodzącym roku ograbieni metodą mandatową na ileś tam miliardów złotych – wiec „dla dobra ogółu” nie ma sensu namawianie na przykład kierowców do rozważnej jazdy. Przeciwnie – im więcej nagrzeszą tym lepiej dla wspólnej kasy. Oczywiście „wspólnej” w sensie takim, że jedni wezmą z niej co chcą, innym powie się, że kasjer poszedł na zwolnienie lekarskie, a w ogóle z pustego to i „Salamon nie naleje”… Poddani też zresztą nie zaryzykują chodzenia na koncerty, w końcu wracając do domu mogli by się dowiedzieć, że już tam nie mieszkają, konta zajął komornik, a w salonie administracja jako „prawowity właściciel” postanowiła przeprowadzić remont generalny. Kot zdechł z rozpaczy, meble na świeżym śnieżku pod śmietnikiem, „takie jest prawo”…

Ile lat trzeba, by zatrzeć pamięć o tej degeneracji? Pięćdziesiąt, sto, pięć pokoleń? Gdzie wtedy będę – bo że nie tutaj to pewne? Jakiej historii uczyć będą się te następne-następne dzieci? Że niby kiedyś tam najpierw był czas krwawy, ale potem dobrzy ludzie wszystko ładnie ułożyli?

A może ideał, no, pół ideału nigdy nie zaistnieje – bo na cóż parobasowi w niemieckim czy ruskim folwarku jakiś koncert, wiedza o budżecie, własne mieszkanie i możliwość planowania choćby z miesięcznym wyprzedzeniem?. Micha, strzecha, stara fura i nowa komóra – wystarczy, jeszcze by im się w dupach poprzewracało…

M.Z.

Fot.  towarzystwomuzyczne.pl

poniedziałek, 7 stycznia 2013

E pur si muove!



Mój Boże: z lekka karcąco, ale po nazwisku! Dla niewtajemniczonych: jest tak, że w Nowym Ekranie polecono mój ostatni wpis dotyczący tekstu Łażącego Łazarza, w komentarzach ukazał się stosowny link do mojej produkcji – I ŁAZARZ ODPOWIEDZIAŁ!! Oto tak:


„…Szkoda, że Pan Marek Zarębski nie napisał polemiki na łamach NE. Byłaby pewnie ciekawa rozmowa na argumenty. Oczywiscie odpowiadam za całość redakcji ale nie produkuję i nie odpowiadam za wszystkie teksty umieszczane na NE przez blogerów. Zarzut jest na wielkim poziomie ogólności. Admini muszą korzystać z treści publikowanych na NE. Czasem jest wysyp wspaniałych artykułów i wtedy mamy tzw klęskę urodzaju, która objawia sie tym, że wiele osób uważa, że jakiś artykuł nie został doceniony a powinien. A czasem nie ma niczego co by się w 100% nadało na artykuł wiodący i dlatego wybiera się najlepszy, lub dający szansę na najlepszą dyskusję z tych co jest. Poza tym krytykując bez konkretów rozpoczynamy zabawę w kotka i myszkę. Ilu bowiem czytelników, ilu adminów tyle zdań i opinii. Nie da się zadowolić wszystkich. Dlatego właśnie mając szacunek do merytorycznego przygotowania i doświadczenia Adminów unikam ręcznego sterowania i administrowania. Czasem oczywiscie wkraczam, korzystajac z przywileju nadzorczego Redaktora Naczelnego, ale staram się minimalizować takie sytuacje.

Powtarzam, nie da rady zadowolić i docenić wszystkich, zawsze ktos będzie miał inne zdanie, będzie niezadowolony lub będzie podejrzewał nas o drugie czy trzecie dno. Tymczasem sprawa jest prosta, działamy jak umiemy, staramy sie by NE był ciekawy, cytowany i generował aktywność czytelników, autorów oraz dyskusję.

Czy wykonujemy pracę dobrze? Nie wiem, to już poddaję pod ocenę czytelników ale staramy się wyciagac naukę z każdej krytycznej uwagi.

Dodam jeszcze, że jeśli ktos nigdy nie prowadził takiego portalu jak NE to może mu się wszystko wydawać proste, łatwe i wszelkie rafy swobodnie do ominięcia dzięki profesjonalnemu dzialaniu. A guzik :-))
Gdzie tysiace ludzi tam tysiace uwag, sporów i problemów, których nie da się rozwiazać cudownym salomonowym wyjściem.

Zresztą nawet w ramach redakcji bez przerwy się ścieramy ze sobą.

Pozdrawiam…”

Wypada mi zatem odpowiedzieć. Chcę to zrobić jak najstaranniej, więc będzie tak:

Szanowny Panie Tomaszu! Jak Pan już pewnie wie z poprzedniej naszej korespondencji sprzed ponad roku (chodziło o starszych i młodszych, doświadczonych i mniej bywałych) mam nieco ironizujący miejscami styl – co w żadnym wypadku nie jest osobistym przytykiem. Jak i pierwsze zdanie tego wpisu... Cieszę się, że Pan zareagował. To co ostatnim swoim tekstem chciałem przekazać swoim Czytelnikom w sposób, jaki to robię od lat (co łatwo sprawdzić na blogu) dotyczy działań adminów NE, to wołanie do Pana jest takie trochę retoryczne. W tej całej mojej pisaninie (wiem, ma Pan i tak dość roboty, by studiować obcego) znajdują się konkrety dotyczące na przykład pracy braci Pińskich czy zarzuty dotyczące braku wyczucia czasu, proporcji i miejsca. Widzi Pan – ja się nie czuję w żaden sposób gorzej, niż jakikolwiek inny komentator, walę tu u siebie równo i z górki, Pińscy nie są dla mnie nienaruszalnymi autorytetami, a jak to obiecałem w tym roku – jadę już tylko po imionach i nazwiskach. Doskonale Pan wie, że nie ja jeden. I teraz powiem tak: Pański pracownik, który wkłada na „jedynkę” propagandę Zaleskiego o Syrii zapalił by u mnie jako swojego szefa co najmniej czerwony sygnał alarmowy. Bo to jest po prostu słaby tekst (inni komentatorzy nazywają to dosadniej). I co z tego, że wygeneruje określoną ilość wejść, gdy zarazem animuje postawy wobec Ekranu niedobre, nieufne? Co bardziej się opłaca: mniejsza o pięćdziesiąt liczba wyświetleń, czy opinia popierania miernoty? Oczywiście ja wybrał bym swoją drogę, admin, który tak zadecydował jak zadecydował miał inne zdanie. W sumie pretensja, nie tylko przecież moja, trafia do Pana. A Pan się tłumaczy…

Profesjonalizm… Najpierw deklaracja, że nie przeceniam swojego w tej materii doświadczenia, istotnie nigdy nie prowadziłem tak dużego przedsięwzięcia, jak Ekran. Ale… Jak Pan, przecież kiedyś nie zawodowy dziennikarz, doskonale wie - ludzie uczą się, choć niektórzy wolniej, inni szybciej. A są tacy, dla których po prostu szkoda czasu. Jest więc rzeczą oczywistą, że wszystkim się nie  dogodzi, tu nie poradzi nawet najbardziej doświadczony były żurnalista. Może jednak takiego dyżurnego raz na jakiś czas warto by nająć – bo wpadki z nietrafionymi „jedynkami” to ostatnio w Ekranie nie taka znowu rzadkość. Tu nie rozwinę konkretów, nie jestem członkiem tej zbiorowości, więc i praw jakby mniej, podobne do moich pretensje zgłaszali uprawnieni blogerzy i komentatorzy. Poza tym, pardon, nie jesteście jedynym źródłem moich radości czy utrapień, tych źródeł jest więcej, chcę przez to powiedzieć, że nie siedzę wyłącznie na tym portalu i zapewne wszystkich głosów nie znam. Starałem się mniej czy bardziej udolnie rozpropagować pomysł pomocy dzieciakom w Szymanach, nie wyszło, moi sponsorzy wypięli się, a ja szczerze mówiąc trochę się wówczas zniechęciłem. No takie życie – co mówię po to, by wiedział Pan, iż i ja uważam, że życie to wcale nie taka bajka.

Dziękuję zatem za odpowiedź, proszę darować, że tak pośrednio – ale to też życie.

Z ukłonami

Marek Zarębski

Redaktorze Naczelny: nie kręć!






Zaczęło się dzisiaj rano od lektury tekstu Tomasza Parola, redaktora naczelnego Nowego Ekranu, pt. „Polskie sądy nie mają majestatu”. Oryginał znajduje się tutaj: http://lazacylazarz.nowyekran.pl/post/85058,polskie-sady-nie-maja-majestatu

Tomasz Łażący Łazarz ma oczywiście rację widząc sprawę jak ją przedstawia. Na własnych zadkach coraz więcej Polaków przekonuje się czym jest „wymiar niesprawiedliwości” skonstruowany dokładnie tak, jak to Łazarz opisuje. I czym dzisiaj płacimy za niedopuszczenie do lustracji tego środowiska, właściwie trafniejszym było by obecnie powiedzenie : za nie odcięcie środowiska od możliwości wychowywania we własnym duchu nowych pokoleń indolentów biorących się za bezkarne i sowicie opłacane sądzenie innych. Jest źle, niektórzy powiadają, że wręcz tragicznie, już kilka pierwszych filmowych sprawozdań nowoekranowych dowiodło z jakim bagnem mamy do czynienia i że ta cała banda już wkrótce udusi jeśli nie naród, to na pewno jego świadomą część. Ustrojowa część państwa, podstawowa emanacja władzy, której statutowym zadaniem było pilnowanie porządku dla dobra narodu dzisiaj pastwi się nad jego przedstawicielami, zupełnie zapominając o drobnicy złodziejskiej czy bandyckiej expressis verbis. Tutaj więc zdecydowanie zgodny jestem z treściami wyrażonymi przez autora tekstu – co pisze PRZED zaatakowaniem go przez Pastereczkę Circ. Czy jak się tam owa szahidka obecnie mieni – a bez wątpienia się odezwie…

Skąd więc tytuł? Ano stąd, że jak zwykle w komentarzach Łazarz usiłuje polemizować z zarzutami niektórych blogerów, część z nich zajmowała się o ile pamiętam administrowaniem Ekranu, mam na myśli Mnicha Zarazy. Pisz ów Mnich tak: „…Szkoda, że nie znalazło się miejsce na ciekawe teksty które dzisiaj się ukazały…” Tu muszę wyjaśnić: chodzi o to, że jako główny tekst dzisiejszego odpalenia Ekranu długo wisiała jakaś banialuczna rozprawka klienta, który postanowił napisać o Syrii nie sprawdziwszy uprzednio czy aby na pewno nie leży ona na Seszelach. Krótko mówią bzdura. I jak rozumiem Mnich chciałby, aby to miejsce zajmował na przykład Łazarz, a  nie jakiś przedszkolak. W pełni zgadzam się! Paradny jest wszakże dalszy ciąg polemiki.

Bo oto Łazarz wykrętnie odpowiada Mnichowi tak: „…Mnichu, myślę, że admini otwarci są na wszelkie sugestie ale może tak konkretnie? O jakich tekstach piszesz?...”.

Będzie więc jak w tytule: Redaktorze Naczelny nie kręć! Odpowiadasz ZA WSZYSTKO, co się w podległym Ci wydawnictwie sieciowym dzieje w materii może nie treści niezależnych blogerów, ale na pewno pracy adminów. Jeżeli tego nie wiesz, jeżeli się od tego wykręcasz – to biada Ci, ponieważ w chwili upadku ludzkie ręce wskażą Ciebie, nikogo innego! I próba usprawiedliwienia całości tego zaniechania zawierająca się w słowach ... „…Każdy tekst publikowany z istoty rzeczy poddawany jest pod ocenę komentatorów. Tak własnie działa blogosfera. Istotą sprawy jest dyskusja, dlatego interesujacy moze byc ten tekst z którym się zgadzamy jak i ten, który w naszej ocenie jest absolutnie błędny. Po to nizej toczy się spór, by to skometować i wykazać.

Dlatego SG jest nie tylko na teksty wspaniałe, ale także kontrowersyjne, denerwujace i przez to wywołujące reakcje czytelników…”

…jest typowo prawniczą kazuistyką, która chwały Ci nie przynosi!

A jak to ktoś w innym moim dzisiejszym sporze powiedział „chcielibyśmy aby portal, do którego wchodzimy zarządzany był świadomie, być może i twardą ręką, ale dobrze i sprawiedliwie”.

Więc jeszcze raz: nie kręć, Redaktorze Naczelny, po prostu weź się do pracy, miejscowych indolentów możesz wyrzucić na zbity pysk, nikt nie będzie miał Ci tego za złe. "Robisz" dobrowolnie w takich kamieniołomach, jak na zdjęciu. Sam chciałeś, sam masz...

Chyba że uznałeś Ekran za rzecz straconą i doskonalisz się w uprawie marchewki na świeżo zakupionej działce pracowniczej…

M.Z.

Fot. uczyc-sie-z-historii.pl

niedziela, 6 stycznia 2013

Mamy co chcieliśmy mieć? A w życiu!



Opisywanie III RP jest w pierwszym planie zajęciem prostym - gdy człek powie sobie na początku pracy, że owa RP to taka forma neosocjalizmu, której żaden rozsądny lubić nie może, ponieważ popełniałby samobójstwo na raty. I skomplikowanym - gdy pojmiemy, jak wielką różnorodność form przetrwalnikowych oglądamy, diagnozujemy i chcemy właściwie nazwać.

Bloger Rolex w jednym z nieistniejących dzisiaj portali (Polis MPC) opisywał stan, w którym na początku magdalenkowego podstępu wcielanego w życie - poprzez chwilowe zaniechanie „władzy” - rozkwitła ludzka przedsiębiorczość i inicjatywa. Władza tak okrutnie zajęta była sobą, że nie zdążyła docisnąć „obywatelskiego gada”. Ze swojego punktu widzenia potwierdzam diagnozę. Obserwowałem, jak sąsiedzi każdy wolny kąt przerabiają na punkty składowe wszelkich towarów, jak wymyślają nową modę dla Ukrainy, tę sporządzoną ze ściereczek do kurzu i wszelkich innych dostępnych materiałów. Jak zaczynają nieśmiało podróżować po Europie i wracając opowiadać, iż nieprawdą jest, by w każdej wodzie pływały tam szczególnie zębate rekiny. Już raczej złote rybki, kompletnie obojętne na zaloty polskich globtroterów... Prawdziwe rekiny czekały na miejscu. W urzędach certyfikujących wszelką ludzką działalność, w izbach skarbowych, na posterunkach celnych. I wkrótce ożyły...

Nie opisał natomiast Rolex (czego nie poczytuję za wadę jego tekstu - po prostu nie da się opisać wszystkiego), iż szeregowe komuszki, te odrzucone przez drapieżniejszych kolegów i komuszki z piachem w rękawach, również starały się znaleźć w nowej rzeczywistości. Od razu dodam: skutecznie. To nie tylko wydawnictwa promujące coś, czego kompletnie naonczas nie rozumiano (Unia Europejska), przejmowanie podupadających tytułów, na które niewielu miało ochotę (ponad stuletnia „Gazeta Rolnicza”, czy równie długo żyjący „Przegląd Mleczarski”) - najlepiej z należącymi do nich budynkami czy lokalami.

To również wchodzenie w role, które rychło przyniosły „tfurcom” dostęp do złotonośnych strumyków - samorządów zawodowych.

Czym są samorządy zawodowe i czemu służą? Oczywiście ochronie interesów osób, które są członkami organizacji. Ich - i tylko ich, wszystko jedno jak szczytne cele wypisane są w statucie założycielskim i jak często mowa w nich o dobru klientów, usługobiorców czy ogólnie zamawiających. Najbardziej jaskrawym przykładem niechaj będzie tu samorząd zawodowy prawników. Napisano ostatnio na ten temat tyle słów, że nie ma nawet sensu ich powtarzać. Rzekoma dbałość o jakość świadczonych usług, wszystko jedno czy adwokatów, czy sędziów, czy radców prawnych, rychło doprowadziła do jawnego zaprzeczenie celom, dla których stworzono te zawody i funkcje.

Jeden z respondentów Salonu24, Marcin Gomoła, w obszernym i bardzo jasno wyłożonym tekście („Czy samorządy zawodowe mogą skutecznie chronić interes publiczny?”) precyzyjnie nazwał chorobę, do której doprowadziło istnienie tej właśnie korporacji zawodowej. Ilość Tajnych Współpracowników i wszelkiej maści postkomuszych agentów jawnych i dwupłciowych jest tu raz oczywista, dwa zastraszająco wielka, bez względu na pokolenie. Okazało się oto, że starsi niezmiernie szybko wprowadzają do zawodu swych potomków i pociotków - myślących, jeśli nie co najmniej tak samo, to nawet bardziej fundamentalistycznie. „...Niewiarygodnie brzmi twierdzenie, że adwokaci i radcy prawni płacą składki członkowskie, utrzymują administrację swych organizacji - a więc między innymi opłacają swych kolegów po fachu działających we władzach samorządu - przeprowadzają egzaminy, poświęcają swój czas i organizują swe działania po to, by chronić interesy klientów. Ciężary te członkowie samorządu ponoszą dla ochrony własnych interesów, ponieważ korzyści czerpane z tych działań znacznie przekraczają ponoszone przez nich koszty...”

Ale czy tylko prawnicy grzeszą w opisany sposób? Okazuje się, że absolutnie NIE! Że to przypadłość także lekarzy, architektów, inżynierów budowlanych, ba, nawet niegdysiejszych łobuzów, dzisiaj przebranych za właścicieli firm ochrony mienia wszelakiego. Niektórzy nader przytomnie chrzczą swą profesję mianem „zawodu zaufania publicznego”. Czy znajdzie się odważny, który odmówi tego miana lekarzom? Sędziom i adwokatom? Budowniczym walących się czasem hal wystawowych? Samorządność tych grup zawodowych polega w skrócie na tym, iż dowódcy niektórych „cechów” celowo i świadomie ograniczają liczebność grupy zawodowej, w innych zaś ustalają ceny minimalne usług, certyfikują umiejętności już raz przeegzaminowane, pobierając od swych członków stałe, wysokie myto. Całość tych działań nie służy trosce o jakość wykonywania zawodu - choć samorządowe gęby pełne są podobnych frazesów. Lekarzom, jak wiadomo, zdarza się szkodzić pacjentom, sędziowie wydają kiepskie wyroki, adwokaci zajmują się coraz częściej przenoszeniem grypsów swych klientów. Nie kontynuuje wątku budowlańców, zbyt wiele poświęciłem tej nieciekawej grupie zawodowej czasu w przeszłości.

Wracając wszakże do „namacalnych konkretów”: we wszystkich gremiach zarządczych korporacji zawodowych nieodmiennie spotkać można „starych, dobrych znajomych”. W prasie rolniczej (od niej zaczynałem wymienianie grzesznych), królują jak za dawnych lat funkcjonariusze albo etatystycznego PSL-u, albo agenciaki i przekręciarze wprost. Wśród lekarzy nowe już raczej kadry - w końcu trudno znaleźć chirurga praktykującego w wieku lat osiemdziesięciu i więcej - ale jako się rzekło, to nic nie znaczy, ta rzekomo nowa kadra jest w pełni autorskim wyrobem starej. Z tym samym myśleniem, nawykami i skłonnością do zabawy w Pana Boga.

Mania certyfikacji w środowisku budowlanym osiągnęła pod koniec 2008 roku apogeum: otóż postanowiono zająć się płatną certyfikacją programów komputerowych, służących do projektowania dróg, szlaków kolejowych i budynków użyteczności publicznej. Ktoś gdzieś komuś powiedział, że obliczenia komputerowe mogą być w pewnym aspekcie niedokładne, ponieważ nie uwzględniają czynnika ludzkiego, omylnego z natury. Tezę potwierdziło kilku praktyków, dodając zresztą, że o owej wadzie wiedzą wszyscy zainteresowani, ergo wadą to z tej przyczyny nie jest. No i ruszyła kampania: domagamy się certyfikacji, bo bez niej będzie klapa! Wskazywano nawet na centra, które łaskawie mogłyby się zająć takimi certyfikacyjnymi czynnościami. I poetycznie powiadając, twórca diabolicznego planu już był w ogródku, już witał się z gąską... - gdy gruchnęła informacja, że główni apologeci certyfikacji nie potrafią nawet włączyć komputera! A co dopiero mówić o dalszych na komputerze wyczynach... Na razie przycichło. Ale to środowisko łatwo nie odpuści. Przecież Certyfikator brzmi tak dumnie...

Idiotów ani nie usunięto z pracy, ani nie pozbawiono wpływu na to, na co wpływ mieli przedtem. Powód najprostszy pod słońcem: jeśli w środowisku na kluczowych stołeczkach nadal siedzą mali komuszkowie-indolenci, to któż lepiej dogada się z nimi, jak nie im podobni?

Skanseny, skrytki i nisze - jak widać, nie takie znów tajne czy ukryte. Kogo uwierają? Uwierają nas wszystkich - wszyscy gdzieś mieszkamy, używamy dróg i środków komunikacji, czasem udajemy się do sądów, leczymy i wyrabiamy sobie pogląd na podstawie dostarczonych danych. Jeśli to wszystko jest fałszywe czy oparte na fałszywych postkomuszych przesłankach - to jest źle. Ktoś robi nam wodę z mózgu...

M.Z. 
 

piątek, 4 stycznia 2013

Jeszcze w starym roku...



 …zrobiłem przegląd tematów Anno 2012. Dzisiaj do niego wracam. Smutne zajęcie. Było o oszustach internetowych, brytyjskich Igrzyskach i politycznych igrzyskach, patriotycznych uroczystościach, młodych i starych, konstruowaniu czasopism na papierze i w sieci, urlopach i cenach, niewybuchach, samochodach, niepotrzebnych śmieciach i życiu w ogóle. Czego bym się dzisiaj nie dotknął – już było. Nawet jeśli nie w tym roku to w kilku poprzednich.

Zaczynam się bać. Nie zdobyłem nowych przyjaciół, potraciłem kilkoro starych. W żadnym tekście nie chcę zmienić ni słowa, w niektórych wygładził bym to czy tamto zdanie. Konstrukcyjnie – nie merytorycznie. Część tych, którym poświęcałem swój czas i uwagę poza tekstami, niestety mówiąc wprost mieszka na niższych piętrach (i nie mam na myśli lokalizacji ich „apartamentów”) – no więc część z nich tak się przyzwyczaiła do tego, że uwagę i starania z  mojej strony uznali za mój obowiązek. Czeka ich smutne rozczarowanie. 2013 to będzie rok ostrych cięć. Już się zaczęło. I będzie jak u Hitchcocka, postaram się by napięcie rosło.

Wniosek pierwszy: niczego słowem nie zwojowałem dla siebie, paru odniosło wymierną korzyść. W 2013 zmienimy to! Handel? Tylko wymienny i symetryczny. Przysługi? Dla odwzajemniających się tym samym.

Wniosek drugi: hochsztaplerzy w nadchodzącym czasie będą wymieniani z imienia i nazwiska, także nazwy ich firm i innych szemranych przedsięwzięć. Przykro mi, panowie i panie, najwyższa już pora.

Wniosek trzeci: zero tolerancji dla prowokacji, prowokatorów i podpuszczaczy  - nawet jeśli ich czynności wydają się im błahe i nic nikomu nie szkodzące. Mylicie się – mnie to szkodzi. Zbyt wiele lat należałem do grupy łatwowiernych… I część tej łatwowierności jako otwarte serce chcę zachować. Prowokatorzy mi tu nie pasują. Skreślam!

Wyrzuciłem Panią M. Todd, stosowny inserat parę wpisów wcześniej. Za brak kontroli nad tym co czyni, zero zainteresowania własnymi produktami i ślepą wiarę, że gdy strzela się drobnym śrutem pojedyńcza kulka zawsze kogoś trafi. Proszę mi więcej niczego nie przysyłać, wpisałem Panią na listę osób nie chcianym w mojej skrzynce.

Polacy.eu.org… Mufti, jeśli będę chciał porównywać etykę talmudyczną i polską jak ją pojmuję – to będę to czynił bez ograniczeń. Nie zawracaj ludziom gitary czymś „uniwersalnym”, tak się składa, że nie jestem Szoszonem ani Eskimosem. Uniwersalny to jest wytrych, a nie klucz Yale. Mój dawny przeciwnik Mati Rani miał rację. Zależy Ci na wytracaniu ludzi? No to marny z Ciebie dowódca.

Dzisiaj to tyle.

M.Z.

Fot.  londyn.wp.pl
===============================================
PS. Listy-komentarze bez prawa do ich publikowania: owszem, szanuję takie zastrzeżenia. Co oznacza passus o Polakach.eu.org? Oznacza DEFINITYWNE WYCOFANIE SIĘ Z JAKIEJKOLWIEK TAM DZIAŁALNOŚCI. Nie będzie komentarzy, wejść itd. Przechodzę w całości do siebie, tutaj. Czy zapraszam wszystkich? Oczywiście NIE. Czego dotyczy pozostała część zastrzeżeń? Wkrótce Państwo zobaczą. 
M.Z.


czwartek, 3 stycznia 2013

DZIAŁO SIĘ, OJ DZIAŁO!



Mniej więcej rok temu mnóstwo czasu poświeciłem małej gminie Ruciane-Nida, konkretnie zaś manewrom związanym z próbą odwołania jej burmistrza, jak powiadają nieudacznika, pieczeniarza i satrapy jakich mało. Kto nie wierzy może sprawdzić we wpisach ze stycznia AD 2012. Tamte teksty wskazywały zdaniem ich autora co i dlaczego w procedurze impeachmentu zrobiono źle, ergo kto i dlaczego mieszał w niewielkim światku gminnym. A to zachowując się jak gówniarz pozbawiony rozumu, a to ciągnąc jakieś  lewackie bzdury metodami zajadłej propagandy internetowej.

Twierdziłem wtedy – i twierdzę dzisiaj – że historia gminy pełna jest podobnego zamętu od co najmniej trzydziestu lat. A w związku z tym wypadało by już tego i owego nauczyć się na pamięć. Szczególnie zaś nie chwalić czegoś, co w krótkiej pamięci zwolenników poprzednich władz zdaje się czasem idylli. Dziwne sesje miejscowego samorządu to w Rucianem tradycja, ostatnią jej odsłonę opisywałem w roku 1998 pracując wówczas jako naczelny „Gazety Rolniczej”. Ktoś do tego dotarł, kto inny coś przeinaczył, wreszcie w kilku prywatnych mailach poproszono mnie o odszukanie oryginalnego tekstu sprzed lat – ponoć w celach porównawczych. Dobrze, zgoda – niżej ten tekst. Bez zmian.
======================================


  WŁADZA NA MANEWRACH!

Miejsce akcji: wieś Wygryny w gminie Ruciane-Nida. Przedmiot sporu, czyli dramat: szkoła wiejska w tychże Wygrynach, konkretnie pomysł jej likwidacji. Osoby dramatu: mieszkańcy, radni, szkolne dzieci, pani burmistrz gminy, policja.

W listopadzie 1997 roku pani burmistrz Jadwiga Binder udzielając wywiadu niżej podpisanemu stwierdziła między innymi, że największą jej troską jest danie gminie takiej szansy rozwoju, jaką od losu i zmiennych warunków polskich transformacji gospodarczych otrzymali sąsiedzi, na przykład zamieszkali w Mikołajkach. Mówiliśmy o nowoczesnym myśleniu o turystyce, o tym, że prawdziwą nadzieję dają okolicy najmłodsi, solidnie wyedukowani i pozbawieni myślowych kompleksów. Mówiliśmy też o tym,  że gmina rozwarstwiła się: bogaci coraz bogatsi, biednych coraz więcej.

Zaraz po tej rozmowie w gminie eksplodowała specyficzna bomba: wieść, że od nowego roku szkolnego likwidacji mają ulec dwie szkoły: w Wygrynach i Śwignajnie. Bez dyskusji! W Śwignajnie mieszkańcy mieli o tyle większą nadzieję, że ich radny nie jest zwolennikiem tego pomysłu. W Wygrynach nadziei brak: miejscowa radna nazywa się Jadwiga Binder i zdecydowanie obstaje za likwidacją obu placówek szkolnych.

Sesja pod specjalnym nadzorem
Finalna decyzja miała być podjęta na sesji Rady Miasta i Gminy w dniu 5 stycznia 1998 r.. Ale jak to w małych środowiskach bywa informacja o sesji obiegała okolicę znacznie wcześniej. Komitety obrony szkół postanowiły wprowadzić swych przedstawicieli na obrady po to,  by przekazać dezaprobatę dla takich gminnych rządów. Zamierzano spokojnie, ale zdecydowanie przedstawić argumenty, dla których zdaniem zainteresowanych spodziewane decyzje nie powinny być podjęte. Poruszeni poczuli się przede wszystkim wygryniacy, może bardziej rozdyskutowani, ale przede wszystkim uważający, że oto ma się dokonać prawdziwy gwałt na  ich własnym statusie, potrzebach i przekonaniach. Tak się bowiem składa, że  szkoła w Wygrynach ma co prawda ponad 160 lat, ale po pierwsze tradycja zobowiązuje, po drugie budynek jest w znakomitym stanie technicznym i przez najbliższych kilka lat nie wymaga żadnych inwestycji. Szkoła jako jedna z nielicznych w okolicy wyposażona jest też w salę gimnastyczną, boisko i obszerny plac przylegający bezpośrednio do jeziora. W ostatnich remontach uczestniczyła  firma z Częstochowy, która na przyszkolnych terenach wybudowała pięć domków letniskowych. Krótko mówiąc: kogoś już taka lokalizacja skusiła. 

Pytanie, które we wszystkich parlamentarnych formach zadają wygryniacy: dlaczego zatem ktoś wmawia mieszkańcom, że czyni  im jakieś wyższej rangi dobro, rzekomo  likwidując w ten sposób finansowy wrzód gminny? Dlaczego nie tak dawno osadzony na urzędzie człowiek, namawiający wszystkich do niestandardowego myślenia, mając do rozwiązania realny problem rozwiązuje go tak bezceremonialnie i wbrew własnym teoriom?

Ale - racje jak to racje, muszą być przedstawione i przedyskutowane. Tworzące się od kilku tygodni komitety obrony szkół postanawiają zatem na planowanej sesji  wspólnie pomyśleć o innym, niż likwidacja szkół rozwiązaniu.

Trzy dni przed terminem sesji w gminie pojawia się informacja, że obrady są zamknięte, a urząd w czasie ich trwania nieczynny.

Mieszkańcy Wygryn i Śwignajna czują się oszukani. Na nic pisma protestujące, na nic rozmowy, plany i propozycje. Władza to jest władza i jak widać nadal wszystko może. Z różnych przyczyn takie postawienie sprawy  budzi tu żywiołowy sprzeciw.

Do pani burmistrz informacja o nastrojach dotarła szybciej, niż da się to opisać. W dniu sesji prywatne auto Jadwigi Binder powędrowało na strzeżony parking kilkaset metrów od urzędu. Formalne pismo o tajności obrad, opatrzone burmistrzowskim osobistym podpisem wywieszono na drzwiach.

A wkrótce pod tymiż drzwiami pojawiły się także policyjne pojazdy. Miejscowe, ale także z Pisza i Orzysza. Pełna pompa z migającymi światłami, wyraźnie oznakowanymi mundurami i tak dalej. Sądząc po przygotowaniach do owych gminnych manewrów dla miejscowych władców nadchodziła rzecz straszna i nie do pomyślenia. Wyborcy postanowili przyjrzeć się z bliska swym wybrańcom w akcji. Może potwierdzić pewne racje, a może im zaprzeczyć... Może krzyczeć, tupać i ogólnie się sprzeciwiać?

 Przewidywania najwyraźniej zawiodły. Naprzeciwko policjantów stał nie rozjuszony tłum, ale kilkadziesiąt spokojnych, wcale nie skłonnych do agresji osób. Nic się tego dnia nie stało. Następnego zresztą także nie. Jadwiga Binder komentowała później zasadność wezwania policyjnej asysty: -Proszę zwrócić uwagę na przekrój protestujących: osoby starsze, ludzie nie mający dzieci, podpici...- 

Istotnie na zdjęciach dokumentujących spotkanie przed urzędem występują ludzie, których z grubsza można by uznać za starszych. Dwoje nie ma dzieci w wieku szkolnym, dwie inne osoby nie mają ich wcale. Podpitych nie rozpoznano, nie odnotowano, nie stwierdzono...

Pytanie z gatunku retorycznych: kiedy traci się czynne prawo wyborcze? Po ukończeniu 40-tki? Z powodu bezdzietności? Gdy wybierani tak zarządzą?

Kwity
Wygryńska szkoła do dzisiejszego dnia uczy 48 dzieci w pełnym  zakresie szkoły podstawowej plus jedenaścioro dzieci w klasie zerowej. W następnym roku szkolnym przewidywana jest tendencja wzrostowa: 55 uczniów podstawówki plus dziesięcioro "zerówki". Dalej podobnie, w roku szkolnym 1999/2000 65 osób plus 6, roku szkolnym 2000/2001 - 65 plus 11. Kwity, jak się tu o statystyce powiada, wyraźnie informują, że wszystkie dzieci są miejscowe. Dziś opiekę nad nimi sprawuje siedmioro nauczycieli i jedna katechetka. Wszyscy z wyższym wykształceniem i pełnymi, zweryfikowanymi przez czas kwalifikacjami. Nieoficjalnie powiada się, że kwalifikacje i doświadczenie nie są tu czymś godnym pochwały: dobry nauczyciel kosztuje po prostu drożej. I logika dotychczasowych posunięć lokalnej  władzy dowodzi, że postanowiła ona  zlikwidować najpierw nie to, co wydaje się sensownym   i do likwidacji, ale to co dobrym. Bez sensu? Być może. Za to prawdziwie.

Co wzamian, co w miejsce dotychczasowej szkoły? Teoria przedstawiona przez burmistrz Jadwigę Binder zakłada dowóz uczniów do placówki w Rucianem-Nidzie. Podobno jest pula pieniędzy na transport, opiekunkę i całą dodatkową logistykę, związaną z dłuższym przebywaniem dzieci poza domem.

Ironia losu polegała jednak w styczniu na tym, że do dnia  tajnej sesji miejscowej rady nikt wyborcom, mieszkańcom i w ogóle zainteresowanym nie przedstawił prawdziwych kosztów utrzymania placówki. Nikt też nie powiedział ile  będzie kosztowało transportowanie uczniów do innych szkół, zatrudnienie opiekuna, co stanie się z budynkiem szkolnym, salą gimnastyczną, boiskiem, działką. I gdzie znajdą zatrudnienie nauczyciele.


Pod strażą
Dwaj miejscowi policjanci, pilnujący spokoju i tajnego porządku obrad  rychło wzmocnieni zostali posiłkami z innych miejscowości. Zdaniem mieszkańców gminy potraktowano ich jak nieprzytomnych rozrabiaków, ale już po kilku minutach sytuacja obróciła się przeciwko tym, którzy wezwali tak niepotrzebną pomoc. Oto bowiem okazało się,  że przedstawicielom służb porządkowych udzielono nieco mylnych instrukcji: mieli mianowicie nie wpuszczać do gmachu absolutnie nikogo. Niestety radni też ludzie, mała ich grupka spóźniła się - i mogła   już tylko pocałować klamkę. Przypuszczam, że  to nieco zdezorientowało policjantów, a później zwróciło ich uwagę na   fakt, że nikt tu nie zamierza czynić obradującym krzywdy, demolować ich samochodów, zaś determinacja zgromadzonych jest całkowicie  uzasadniona. Wkrótce to właśnie policjanci weszli na teren urzędu i po kilku minutach pertraktacji doprowadzili do tego, iż przedstawiciele komitetów obrony szkół znaleźli się na sali obrad, a ten fragment sesji oficjalnie został odtajniony.

Sukcesy bywają jednak pozorne. Uczestnictwo niczego nie zmieniło, raczej podgrzało nastroje. W tajnym głosowaniu większość radnych opowiedziała się za likwidacją obu szkół. Jak twierdzą ci, którym dane to  było obserwować rzecz dokonała się tak, jakby decyzje zapadły już wcześniej, a głosowanie było czczą  formalnością. Nie chciano wysłuchać niczyich argumentów, nikogo spoza rady nie dopuszczono do głosu. Mieszkańcy Wygryn utrzymują po wielu tygodniach, że głosy oddane przez nich na Jadwigę Binder to największa pomyłka ostatnich lat. Liczyli, że wykształcona i nie wciągnięta w miejscowe układy  była pani prokurator pomoże im w rozwiązaniu największych problemów - biedy, bezrobocia, życiowej beznadziei. Nie pomogła. Spowodowała kolejne komplikacje, wzbudziła złość i poczucie krzywdy. W opinii wsi stała się Babsztylem. Dziś niektórzy twierdzą, że wcale nie takim "spoza układów", jak to sama przedstawiała - i bardzo podobnym do wielu "politycznych geniuszy", którzy obiecywali tu cuda pięć i dziesięć lat temu, po czym przeminęli bez śladu. Szkoda, że nie zapominając przedtem o wpędzeniu gminy w stan permanentnej biedy, wiecznych długów i mocno wątpliwych zobowiązań finansowych.

Racje burmistrza
Nie miałem okazji usłyszeć ich bezpośrednio, urząd gminy Ruciane- Nida od wielu tygodni nie odpowiada na faksy, propozycje spotkań, nie reaguje na wysyłane pisemne pytania dotyczące pomysłu likwidacji sżkół. Stąd racje urzędu i pani burmistrz mogę przedstawić korzystając jedynie ze źródeł pośrednich, tym razem publikacji w prasie lokalnej. Wynika otóż z nich, że miejscowa spec-komisja starannie  rozważyła wszystkie argumenty za likwidacją i przeciw niej. Wyszło, że likwidować należy i to szybko. Subwencja na jednego ucznia, jaką otrzymuje  gmina, wynosi 1900 zł, a realne utrzymanie tegoż ucznia w Wygrynach  to koszt około 4000 zł. Nadto szkoły miejskie, do jakich zaliczono "awaryjną" w Rucianem gwarantują lepszą opiekę pedagogiczną, wyższy poziom nauczania i takie współczesne luksusy, jak dostęp do komputerów.

Wygryniacy twierdzą, że coś w tym jest, szkoda, że bez sensu. Dokładnego wyliczenia ile na co idzie pieniędzy w gminie nie przedstawiono, może dlatego, że trzeba było by ujawnić kilka grzechów niegospodarności, jakich radni w ostatnim okresie bez wątpienia się dopuścili. Niefrasobliwie podpisywane umowy grzewcze, zapewniające urocze ciepełko w ośrodkach, do których poza sezonem pies z kulawą nogą nie zajrzy, podejrzanie szybko podpisana umowa o sprzedaży fabryki płyt wiórowych... Pewnie znalazło by się kilka innych wątpliwych posunięć - i temu utajnienie sesji likwidacyjnej miało najwyraźniej zapobiec. Dziś współmieszkańcy pani Binder pytają  także: dlaczego gmina likwidująca szkołę decyduje się zarazem na utrzymywanie gruntów przyszkolnych, które sprzedane po rynkowych cenach zapewniły by jeszcze długi żywot tak nie lubianej przez władzę placówki oświatowej?

Ironie
Pierwsza i podstawowa polega na tym, że ostateczną decyzje o likwidacji szkoły podejmuje nie burmistrz i nie rada, lecz kurator wojewódzki.

Druga związana jest z historią kolejnych ekip władających gminą tylko w minionym dziesięcioleciu. Sam to od pani Binder słyszałem: zna  ich zły upór względem forsowania własnych racji, dawno wyciągnęła wnioski i postanowiła działać inaczej.

Fakty tego niestety nie potwierdzają. Władza jak widać upija nadal, choć coraz podstępniej: każąc widzieć pijanych nie w lustrze, lecz obok.

Marek Zarębski
 

środa, 2 stycznia 2013

GRUNT TO KADRY!



 
Wielu braci blogerów, najznakomitszych pojawiających się w sieci autorów zajmuje się rzeczami poważnymi. Bez śmiechów: konstytuowanie nowego państwa, jego systemu prawnego czy ekonomicznego to jak najpoważniejsze zajęcia. Oczywiście mam o tym pewne pojęcie, czasem wystarczy go na komentarz - ale dalej brakuje już chęci i zapału, badania podstawowe i takież symulacje nie są moją specjalnością. Stosuje się do prostej zasady: źle tańczysz - nie pchaj się do baletu. W „Jeziorze Łabędzim" nawet jako „łabądek" z trzeciego rzędu byłbym żałosny...

Zajmuję się przeto obserwacjami. A czemu nie? Dzień za dniem ruszając w zwykłą wędrówkę mam pewność, że gdzieś po drodze spotkam dwóch durniów, trzech postkomuchów, co najmniej jednego byłego donosiciela, niespełnionych ministrów i kilka ciotek rewolucji w swych charakterystycznych przebraniach. Wszyscy wymienieni tworzą swoiste panopticum, którego jedyną troską jest to, by nikt ich jako odmieńców nie postrzegał. „Tymi ręcyma podwaliny podwalaliśmy - sie nam tera należy..." Co? Sznur?  Cokolwiek by jednak nie wymyślono genialnego, dobrego czy chociaż poprawnego w materii zmiany kompradorskiego państwa - a co trafi w ręce wymienionych ludzi - rychło zmieni się w gnój, parodię i kpinę. We własnym przekonaniu to oni wyznaczają standardy. Oni przesądzają, co jest właściwe, a co nie jest. Więc mamy co mamy… Od wczoraj podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej w Warszawie. Europa, kuźba, Europa… Tylko czemu zarobki żadne, albo chińskie?

Kiedy pod koniec lat 90. usiłowałem z jakiejś ważnej przyczyny dostać się do ministra rolnictwa, okazało się, że godziny poranne nie wchodzą w grę „z klucza" - pan minister je właśnie śniadanie w sali tzw. wzorcowni. A że sytuacja powtarzała się kilka razy z rzędu, zainteresowałem się, czemu to ważny urzędnik nie może pożreć kanapek  w domu, w biegu, w służbowym samochodzie czy gdziekolwiek indziej. Skierowano mnie wówczas do jakiejś pańci, która, jak wieść niosła, wiedziała wszystko o tych śniadankach. Tamże zostałem poinstruowany, że swą namolnością naruszam jeden z podstawowych obyczajów zacnego urzędu. Śniadanie polega bowiem na tym, że każdego dnia firmy zajmujące się wyrobem wędlin, serów czy innego żarcia starają się „osiągnąć" pełne zadowolenie ministerialnego brzucha. I póki nie osiągną - nie zejdą z pola, jakim jest ministerialny przedpokój. Nie wiem czy dzisiaj zwyczaj rozwija się w najlepsze, sądzę, że tak - skoro jego początek miał swoje miejsce w latach tak zamierzchłych, iż najstarsi urzędnicy nie pamiętają. A propos tej kadry: ministrowie zmieniali się często. Zaufani urzędnicy prawie wcale. Jakim sposobem wkradali się w łaski coraz to nowych szefów - nie wiem. Pewien jestem natomiast tego, że ilu ich poznałem, tylu przypominało pewnego bohatera amerykańskiej opowiastki o facecie, któremu pomiędzy Murzynami natychmiast czerniała skóra. Polscy specjaliści zbliżając się do akwarium zapewne wyjmują z kieszeni prawdziwe płetwy. No ale w końcu to właśnie w demoludach sztuka pływania po urzędach doprowadzona została do perfekcji...

Ratusz miasta stołecznego... Jeszcze nie tak dawno urzędował w nim facecik, który tym się wsławił w początkowym okresie stanu wojennego, że lubił demonstrować podwładnym w jednym z wydawnictw przydzielony mu służbowy pistolet. Do czasu - to znaczy do dnia, kiedy w jakiejś śródmiejskiej bramie spuszczono mu manto, żelazo zabierając rzecz jasna na pamiątkę. Przypudrował sińce, dostał nowa spluwę - i przetrwał wszystkie zakręty historii. Kolejny „agent" lata całe przydzielał z ramienia tegoż Wysokiego Urzędu miejsca na Stadionie X-lecia, gdzie towar schodził najlepiej i najszybciej. Miał się z tego powodu znakomicie, myślę rzecz jasna o finansach, choć nikt nigdy niczego mu nie udowodnił. Niedawno obydwaj panowie przysłali mi maila: jako prezesi firmy doskonalącej kadry menadżerskie obiecywali, że wreszcie pojmę, czym jest porządna gospodarka zasobami ludzkimi. O ile uiszczę, bagatela, ponad dwa tysiaki za dwie sesje „naukowe". Niestety, zachowałem się jak słynny Portugalczyk Osculati ze starej kabaretowej piosenki, śpiewanej bodajże przez Barbarę Krafftównę - nie uiściłem.

Dzień współczesny, poranek. Siorbię za gorącą kawę i wyglądam przez okno. Kiedyś była przed nim perspektywa dużego drzewa. Teraz stoi dźwig i stawia kolejny budynek. Nowe domiszcze jakieś piętnaście metrów od dwóch już tam stojących. Skąd wzięło się to gówniane przekonanie, iż w dużym moim mieście można stawiać wszystko byle jak, gdzie tylko coś się zmieści, bez dbania o dojazd, widok z okna i takie tam duperele? No cóż - prawo dozwala. Prawo budowlane. Wiecznie nowelizowane, wiecznie paprane przez kolejnych idiotów. Wejdźmy na chwilę w to środowisko, proszę darować, pewnie kiedyś poświeciłem mu i tak zbyt wiele czasu. Obowiązuje teoria: „Gdyby nie my, wokół rozciągałyby się ugory i nieużytki..." A tak mamy solidne osiedla, przemyślaną infrastrukturę i szczęście pacholąt, widoczne w ich oczach na rogu każdej ulicy? Ostatnie pacholę, które naprawdę miało szczęście w oczach, napotkałem w osiedlu Za Żelazną Bramą. Leżało sobie w poprzek chodnika i jak stwierdził wkrótce przybyły lekarz „nadużyło opiatów". Bywa. Dla mnie ważniejsze miejsce, w którym rzecz się stała. To znaczy system bloków, w których siedząc na kiblu w trzypokojowym mieszkaniu, z powodu jego wielkości można wyłączyć gaz pod czajnikiem w kuchni. Wysokość cel taka, że najlepiej na niedzielny obiad podawać naleśniki, schabowe nie wchodzą pod sufit. Zaproponowałem swojego czasu zesłanie wszystkich komuchów, postkomuchów i im podobnych do tego raju. Po tylu pensjonariuszy do celi, ilu lokatorom przydzielono to wątpliwe szczęście... Dożywotnio! Pewien komentator odpalił, że najwidoczniej jestem bez serca. Na pewno? 

Wracając do dzielnych budowlańców: taka masa ciotek rewolucji, jaka występuje w ich ministerstwie (oj, wiem, że dla niepoznaki nazywa się Ministerstwem Infrastruktury, a budownictwo jest częścią tego molocha) możliwa jest do zaobserwowania już tylko na warszawskim Powiślu, gmach ZNP. I tu, i tam przebrzmiałe damesy memłają w gębach stare zaklęcia, porównują różowe z zielonym, zbudowane z marzeniem o zbudowaniu, lewe z prawym - i na skos. Informacje o zmianach przyjmują z głębokim zafrasowaniem, bo choć wiedzą, że kompletnie nic się nie zmieni, to nie wiedzą kto będzie tym razem kozłem ofiarnym. 

Kiedy wróg ma ponure oblicze, złe zamiary wypisane na koszmarnej gębie i plugawą suknię - można roić o potraktowaniu go jakimś bejsbolem czy gazrurką, ludzki to odruch. Niestety wypindrzona w swoim biurze dama przysyła uprzejme pismo: na podstawie prawa numer, paragraf jak niżej, data jak w nagłówku, masz się bratku poddać i od jutra płacić więcej dwa razy. I co można uczynić? Przylutować autorce pisma? Podać ją do „niezawisłego" sądu? Opisać w polskojęzycznym Wiodącym Tytule Prasowym? Możliwy obywatelski opór z każdym rokiem staje się coraz bardziej iluzoryczny. Gąszczem prawnej banialuki opleciono nas tak dokładnie, że niedługo nie będzie się można ruszyć z domu bez zezwolenia wysokiego komisarza. „Ludowa demokracja" przycupnęła na moment za jakimś kamieniem - by wkrótce ujawnić się z powrotem już jako „demokratyczne państwo prawa". Standardem jest podległość. Całkowita i absolutna. Budzę się rano, patrzę na te wszystkie odpryski i przypominam: toż już kilkadziesiąt lat temu, stary durniu, przestrzegano cię, że wolność to uświadomiona konieczność. Gdybyś uwierzył - to by może dzisiaj tak nie bolało...

M.Z.

Fot.  wadowita24.pl

Zimą dalej widać



Pod koniec minionego roku wysyp naukowych i wszelkich innych opracowań dotyczących Mazur. Sytuacja demograficzna, ekonomiczna, bezrobocie, ruch turystyczny i tak dalej. Czy zupełnie zidiociałem przywołując ten polski region w styczniu? Nie, zimą naprawdę dalej widać. Zwłaszcza w materii ruchu turystycznego. Nie ma szumu klakierów, tych różnych pociotów i opłacanych chwalców, którzy na każdym forum gotowi są dowodzić, że w nadjeziornej turystyce musi być drogo, bo takie mazurskie prawa. Albo że jak mi się nie podoba to mogę jechać do Zakopanego, "tam już mnie górale obiorą do żywego". 

No więc zimą widać jak na dłoni, że rozumowanie większości mazurskich „biznesmenów” coraz dalej odjeżdża od realiów – im więcej powstaje drogich ośrodków wypoczynkowych możliwych do wykorzystania przez cały rok tym mniej osób en bloc do magicznej krainy zjeżdża. To znaczy: niektórzy właściciele pensjonatów jakoś sobie radzą. Potężna procentowo reszta – zupełnie nie. Z czego tylko część posesjonatów usiłuje znaleźć jakieś wyjście z pułapki. Pozostali jak drzewa w najgłośniejszej ze sztuk Alejandro Casony (1900-1965), hiszpańskiego dramatopisarza, przyjaciela Federico Garcii Lorki - umierają stojąc. Jedni twierdzą, że to szlachetne. Inni że po prostu głupie.

Tematowi  wakacji, urlopów czy w ogóle wolnego czasu poświęciłem już wiele wpisów. I w ciągu tych lat niewiele to dało. Ale teraz pojawił się głęboki kryzys, który usiłowano do tej pory czarować magicznymi słowami, albo po prostu nie zauważać. Czarowano, kuszono potencjalnych klientów jakimiś bzdurami typu „ścieżki edukacyjne”, wpuszczano do sieci fotki młodych, wysportowanych ludzi na rowerach latem i nartach zimą – bez efektu. Niektóre drogie pensjonaty ratowały się współdziałając z prywatnymi szkołami, które wysyłały do nich na koniec każdego roku szkolnego klasę czy dwie w ramach tak zwanej „zielonej szkoły”. Inni żyli z kursokonferencji. Ale już tydzień później pozostawał wąski zestaw szaleńców, którzy jak ja z żoną mieszkali w czerwcu w niemal pustym budynku. Ile razy w takim terenie można oglądać „edukacyjną ścieżkę” i uczyć się łacińskich nazw rosnących tam roślin? Ile razy trzeba sobie uświadamiać, że do najbliższej miejscowości z normalnymi sklepami jest  co najmniej kilkanaście kilometrów, a do pierwszej oficjalnej atrakcji kilkadziesiąt? I jakoś trzeba tam dojechać, co żadną miarą nie dzieje się za darmo…

W sztuce marketingu jedną z najwyższych umiejętności jest postrzeganie świata w kategoriach konkurencyjności i specyficznych proporcji. Posłużę się tutaj znanym mi osobiście przykładem: w połowie lat 90-tych na polski rynek usiłowała wejść pewna europejska firma produkująca kosmetyki samochodowe. Towar mieli przedniej jakości, handlowcy za duże pieniądze zostali przeszkoleni tak w kraju producenta, jak na miejscu, porządnej marki samochody odpowiednio oklejone miały go dostarczać bezpośrednio do sklepów. W okresie wstępnego uderzenia marketingowego handlowcy przejechali pewnie kilka milionów kilometrów, docierali do już znanych sobie odbiorców i starali się poszerzać to grono. Prezentowali działanie preparatów, dowodzili o ile są lepsze od konkurencyjnych – a były bez dwóch zdań. Konkurent słynnego WD 40 luzował zapieczone śruby parę razy szybciej, wosk do lakierów powodował lepszy wygląd karoserii, a wszelkiej maści „odsmradzacze” działały nawet na sierść mokrego psa. Sklepikarze kiwali głowami, wyrażali swój niekłamany zachwyt i zadawali najtrudniejsze pytanie: a ile to kosztuje? Niestety dwa-trzy razy drożej, niż u konkurencji… Nadto miało być sprzedawane w pakietach, zdecydowanie dla sklepikarzy niekorzystnych. Wszystko padło po roku. Zły, włoski pieniądz wyparł lepszy, duński. Prawo Kopernika? A jakże by inaczej!

Na dodatek auta „dobrej marki” prezesi firm zarezerwowali dla siebie. No przecież handlowiec nie może jeździć nowym Mercedesem, prawda?

Tygodniowy urlop można spędzić w dwie osoby za niewiele ponad dwa tysiące złotych dla dwóch osób w Tunezji, Egipcie, na Wyspach Kanaryjskich czy na Krecie. Oczywiście z przelotem samolotem. Jeśli pieniądze zostaną wpłacone z odpowiednim wyprzedzeniem – to i tutaj da się jeszcze coś utargować. Ten sam pobyt w porównywalnym pensjonacie na Mazurach okazuje się DWA RAZY DROŻSZY, dojechać należy na własny koszt.

Tydzień w Zakopanem w średniej jakości kwaterze dla dwóch osób to jakieś tysiąc złotych, dojazd własny. Wybierając się do rzeczywiście czarownej mazurskiej krainy w tym samym terminie nie mamy czego tam szukać bez dwóch tysięcy. I tu i tam bez obiadów, wyłącznie śniadania. W sumie na Mazurach DWA RAZY DROŻEJ!

Kto nie wierzy może sprawdzić sam. Polecam oczywiście sieć i takie portale, jak Citeam czy Groupon. Południe Mazur ma też swój portal dla oszczędnych tutaj: witajwpodrozy.pl. Rzecz dotyczy Mazur południowych. Północ, czasem ciekawsza krajobrazowo, trwa w uporze. Na tych ofertach oparłem swoje rozumowanie i tok wywodu. Proszę przy tym pamiętać, że górale, rzekomo obdzierający ze skóry turystów od Bóg wie jak wielu lat to także wieloletnia tradycja i nawyk. Mazury zimą to nadal wybryk i ekstrawagancja. Wiec mówiąc wprost: kto tu kogo robi w konia?

M.Z.

Fot.  witajwpodrozy.pl, wtatry.com

sobota, 29 grudnia 2012

Benedyktyński wynalazek



               Każdy Nowy Rok rodzi się w huku korków od jego butelek. Był na miejscu w chwili wodowania Titanica i nie opuścił go aż po samo dno. Nie kończył pierwszego tysiąclecia – za to towarzyszył końcu drugiego Millenium.
Nadto restauracjom przydaje splendoru, a dystrybutorom zysków. Łączy ludzi w pary, sprzyja szaleństwom, a od jego imienia pochodzi najlepszy, bo "szampański" nastrój. Potrafi też być mściwy: upartym odbiera władzę w nogach i języku, powoduje wściekły ból głowy. Było już o tym? Pewnie że było. Ale i tak powtórzycie za kilkadziesiąt godzin misterium z jego udziałem...
             Czarodziej, cudotwórca, przedmiot pożądania - po prostu

                                         SZAMPAN
              Czym jest w istocie ten trunek? Szczególnego rodzaju winem francuskim, produkowanym w ściśle określonym regionie Francji. Nazwę "Champagne" może posiadać tylko wino wyprodukowane w Szampanii, regionie położonym na północny wschód od Paryża, o powierzchni mniej więcej 35 tysięcy hektarów. Wina musujące wytwarzane w innych regionach noszą co najwyżej  nazwę "vin mousseux". Na etykiecie wino być zaznaczone jaką  metodą uzyskano efekt finalny, czyli obecność bąbelków w płynie. Jeżeli tej informacji nie ma - producent marny, a wyrób podejrzany. Lepiej nie kupować!
             Dlaczego właśnie region La Champagne? To tutaj łagodne powietrze znad Atlantyku zderza się z masą zimnych prądów północno-europejskich. Specyficzna gleba zalega na kredowym podkładzie, ziemia wydaje czerwone winogrona, z których tłoczy się jasny sok. 300 powierzchni uprawnych usytuowanych w Szampanii dostarcza surowiec absolutnie niepowtarzalny i niemożliwy do podrobienia. Jesienią - gdy inne francuskie winnice dawno zakończyły swą działalność.

                                    WSZYSTKO PRZEZ BENEDYKTYNÓW
          A dokładniej przez zakonnika piwnicznego klasztoru Benedyktynów w opactwie Hautvillers, leżącym około 40 km na północ od stolicy Szampanii - Epernay. Ojciec Pierre Dom Perignon, odpowiedzialny za klasztorną winnicę, po wieloletnich próbach i doświadczeniach uzyskał około roku 1670 klarowne, białe, pieniące się wino. Musujące wino z Szampanii tak spodobało się na dworze królewskim, że już wkrótce jego sława przekroczyła granice Francji. Trunek nie był nigdy tani, nie mógł zatem "pójść pod strzechy" przez następnych sto kilkadziesiąt lat. Ale… Gdy w roku 1814 żołnierze pruscy plądrowali piwnice Szampanii, wywożąc z nich wszystko, co nadawało się do picia, Jean-Remy Moet, właściciel największych winnic powiedział: "Żołnierze, którzy zrujnowali mnie dzisiaj, zapewnią mi fortunę jutro". Bez wątpienia tak się stało. Zrabowane zapasy przekroczyły pojemność pruskich brzuchów, butelki z musującą zawartością ruszyły w świat.
          Dziś wokół Hauvillers znajdują się obszary winnic firmy Moet et Chandon. Zachowano budowle opactwa, a pomnik Pierre'a Dom Perignona stoi przed głównym budynkiem firmy. Od czasów pracowitego benedyktyna wymyślono prostsze metody produkcji wina musującego. A jednak dom szampański Moet et Chandon założony w roku 1743 i największy w regionie, szczyci się tym, że przejął metodę robienia szampana wprost od jego twórcy i konsekwentnie stosuje ją do dzisiaj.
                   
                                                   WINNICE I TŁOCZNIE
                Uprawiane w Szampanii winogrona należą do ściśle określonego gatunku, uprawiane i pielęgnowane są według rygorystycznych zasad. Praktyka trzech wieków wykazała, że do produkcji szampana najlepiej nadają się trzy odmiany, dostosowane do gleby, warunków pogodowych i mikroklimatu Szampanii: jasne Chardonnay, oraz dwie ciemne odmiany dające biały sok, Pinot Noir i Pinot Meunier. Nie mogą być zbierane mechanicznie, tu liczy się tylko praca ręczna. Wszystko odbywa się według zasad stanowiących największą tajemnicę producenta: selekcja winorośli, uprawa, termin zbiorów. Prawo określa nawet takie drobiazgi, jak ten ile maksymalnie można wytłoczyć soku z określonej ilości owoców. W Szampanii tylko 100 litrów ze 150 kilogramów winogron. Surowiec otrzymany z pierwszego tłoczenia, zwany cuvee, używany jest do produkcji szampana tylko przez największych i najbardziej liczących się producentów. A w ogóle od roku 1922 tylko surowiec z dwóch pierwszych tłoczeń może być użyty do dalszej szampańskiej obróbki. Tymczasem możliwe są trzy, a nawet cztery tłoczenia. W tej okolicy nie mają już żadnego znaczenia.

                                                 W PIWNICZNEJ IZBIE
                  Pierwsza fermentacja odbywa się w otwartych kadziach lub beczkach, współcześnie dopuszczalne jest stosowanie specjalnych stalowych zbiorników. W ciągu kilku tygodni winogronowy sok przemienia się w wino. Ale - jest już późna jesień i naturalne drożdże zawarte w moszczu powoli przestają pracować. Kredowe piwnice schładzają się coraz bardziej, niska temperatura przerywa fermentację. Jednorodne wino poczyna klarować się i z końcem zimy można już przystępować do szczegółowej kontroli zapasów. Każda marka szampana powstaje w wyniku zabiegów kompozycyjnych. Łączy się ze sobą kilka win otrzymanych z różnych odmian winogron, pochodzących z wielu plantacji i wielu zbiorów. Kiedy mieszanie jest zakończone do każdej kompozycji dodaje się odrobinę drożdży i cukru z trzciny cukrowej. Butelki po napełnieniu i zakorkowaniu układane są na boku. Na wiosnę, wraz ze wzrostem temperatury, rozpocznie się druga fermentacja. Uwolniony dwutlenek węgla utworzy bąbelki. A martwe komórki drożdży pozostawią wewnątrz butelek specyficzny osad. Obracanie butelek, nigdy nie więcej, jak o jedną ósmą obrotu, pozwala osad umiejscowić w szyjce. Stąd jest usuwany, obecnie metodą głębokiego i krótkotrwałego mrożenia.

                                                    W WIELOŚCI SIŁA
                    Dobry szampan może być w rodzaju: brut - bardzo wytrwany,  extra-sec- wytrawny, demi-sec-półwytrawny i doux-słodki. Jest to uzyskiwane w ostatnim procesie dodawania do sklarowanej mieszanki wina i cukru. Na zakorkowaną ostatecznie butelkę nalepiana jest  etykieta. Można z niej wyczytać nazwę i markę szampana, objętość butelki, zawartość alkoholu, stopień wytrawności i typ wina. Etykieta informuje także  o nazwie producenta i jego siedzibie, roku zbioru - jeśli jest to trunek rocznikowy, czyli skomponowany z win wytłoczonych w tym samym roku - oraz informację o rodzaju kompozycji. "Blanc de blancs” - to szampan tylko z białych winogron Chardonnay.  "Rose" - to szampan różowy, zawierający domieszkę wina z ciemnych winogron. "Blanc de noir" jest zaś białym szampanem produkowanym z ciemnych odmian winogron Pinot Noir i Pinot Meunier.

                                                    PRZECHOWYWANIE
                    Każdy szampan kupowany w sklepie gotowy jest do natychmiastowego picia. Nie należy tego jednak czynić, ponieważ prawidłowa, najlepsza temperatura spożywania tego wina wynosi 8-10 stopni Celsjusza. Szampan przechowywany nie zyskuje na wartości, odpowiednio przechowywany - na pewno jej nie traci. Butelki powinno układać się poziomo, w miejscu pozbawionym dopływu światła, chłodnym i nie poddawanym najmniejszym wibracjom. Najlepsza temperatura przechowywania zbliżona jest do temperatury konsumpcji - 10 stopni C.

                                                 KIELISZKI DO SZAMPANA

                    Wbrew rozpowszechnionemu tu i ówdzie zwyczajowi na pewno nie szerokie i płytkie, takie bowiem nie są przystosowane do wydobywania bukietu wina, bąbelki ulatują z nich szybko, a trzymanie konstrukcji w kształcie spodka przysparza wiele kłopotów. Prawidłowy kieliszek szampański ma kształt tulipana. Jest wąski i wysoki.

                                                      OTWIERANIE
                    To prawda, że wymaga wprawnej ręki, ale stosując się do podanych zasad wprawę można uzyskać bardzo szybko. Otóż po zdjęciu drucianego zabezpieczenia korka pochyloną lekko butelkę kierujemy w kierunku maksymalnie  bezpiecznym, czyli z dala od gości. Uchwycony mocno korek staramy się unieruchomić. Obracamy butelkę! Korek delikatnie wysunie się, pozwalając na ucieczkę zgromadzonego nad nim gazu. Nie wolno dopuścić do wyciekania wina!

                                                     NALEWANIE SZAMPANA
                   Zawsze jedną ręką!! Łatwo się przekonać do czego służy wgłębienie w dnie butelki - włożony tam kciuk ułatwia po prostu operację nalewania. Pierwszy niepełny kieliszek winien trafić do gospodarza, jego obowiązkiem jest potwierdzenie nienagannej jakości wina. Nalewanie szampana gościom odbywa się w dwóch etapach. Po opadnięciu pianki kieliszek należy uzupełnić do 2/3 jego wysokości.

                                                     ŚCIĄGAWKA DLA ZNAWCY
                   Markowe szampany nierocznikowe, czyli skomponowane z win wyprodukowanych w różnych latach kosztują obecnie 150-220 zł. Szampany rocznikowe to już wydatek rzędu 450-500 zł. Dla porównania dodać należy, że nawet najlepsze wino musujące kosztuje 20-55 zł. Szczególnie cenione roczniki szampana od początku wieku to: 1900, 1904, 1906, 1911, 1914, 1915, 1917, 1919, 1921, 1923, 1928, 1929, 1934, 1937, 1941, 1943, 1945, 1947, 1949, 1952, 1953, 1955, 1959, 1961, 1962, 1964, 1966, 1969-71, 1973, 1983, 1985, 1990, 1991.
                 Czy warto zatem tak głęboko sięgać do portfela? Może i tak... Napoleon powiadał o szampanie: "Po zwycięstwie nań zasługujesz. Po porażce go potrzebujesz."
                 A w naszych dziwnych czasach tak rzadko bywa inaczej...
=================================================================
Przyjaciołom, sprzymierzeńcom i życzliwym: harmonii ducha i wymarzonej normalności! Dawno temu dotarliśmy do dna - pora wypływać! Wszystkiego NAJ!!!

Marek Zarębski