Już nie kapitan, a major, już nie porucznik, a kapitan... Bohaterowie znad Wizny, 8 września 2012 - byliśmy, oglądaliśmy, rozmawialiśmy z naprawdę wieloma osobami. Teraz poproszę o chwilę, wrażeń i refleksji mnóstwo, a wszystko trzeba ująć w jak najzgrabniejszą całość. Pzdr.
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
sobota, 8 września 2012
poniedziałek, 3 września 2012
Jest jak jest
Wszedłem ostatnio w specyficzny rodzaj polemiki. Jeden z moich respondentów powiada oto, że często wracam do tematów już poruszanych. Na przykład samorządności w pewnej mazurskiej gminie, Ruchu Autonomii Mazur czy imprez znad Wizny. A jeśli tak – respondent nie ma nic przeciwko tej tematyce! – to czy nie mógłbym poruszyć jeszcze takich to a takich tematów związanych z regionem, porozmawiać ze wskazanymi przezeń ludźmi i generalnie wejść głębiej w temat, może nawet reportażowo. O, obiecywałem coś o wiatrakach, wspominałem o Olecku, to przecież jeden region…
Odpowiedź jest dwoista. Mógłbym – ale i nie mógłbym. Nie mam po prostu za co. Wskazane podróże i rozmowy generują konieczność pokonania określonej liczby kilometrów, może nawet przenocowania gdziesik, zjedzenia paru kajzerek (kanapki z domu nie wystarczają). Tymczasem za prowadzenie bloga, za podróż choćby nad Wiznę nikt mi nie płaci. W przeszłości bodaj raz zdarzyło się, że po opublikowaniu konkretnego tekstu otrzymałem ofertę pokrycia kosztów podróży. Ale czar rozwiał się równie szybko, jak pojawiła obietnica… Później okazało się, że nie wszystko da się załatwić telefonicznie, że mailowe rozmowy to zupełnie nie to samo co osobisty kontakt, że wreszcie właśnie w kontakcie liczą się też gesty i miny, sieć czy radiowa transmisja tego nie przeniosą.
No i jak to się powiada: kicha! Sprężam się na podróż do Góry Strękowej 8 września, powiem szczerze, że dość to bolesne, mam do przejechania jednego dnia blisko 400 kilometrów, autko pali niewiele, ale „niewiele” to i tak więcej, niż zero. Oczywiście mógłbym ruszyć stamtąd bezpośrednio na Mazury i przepytać na wskazaną okoliczność kilka osób. Ale jeśli w niedzielę nie będą chciały rozmawiać i trzeba będzie poczekać do poniedziałku? To co: nocować w szałasie? Nie proszę Państwa, za stary jestem na takie próby charakteru.
To są oczywiście kłopoty wielu blogerów, nie jestem tu żadnym wyjątkiem. Podobne problemy ma pewnie całe dziennikarstwo obywatelskie, może tylko inni radzą sobie lepiej terenowo, ja nie bardzo. Ktoś mnie kiedyś zapytał czy w ogóle kiedykolwiek użyłem takiej formy, jak reportaż, w końcu może istnieć podejrzenie, że siedzę na zwitkach banknotów i teraz tylko się wykręcam przed ukazaniem swej nicości i niemocy. Reportaż nie powstaje na kolanie i nie każdy jest w stanie sprostać temu zadaniu… Umówmy się, że kiedyś odpowiadałem, iż z tymi moimi umiejętnościami jest jak z grą na harfie. Nigdy nie próbowałem - ale może umiem? A poważniej – reportaże też już pisałem.
Zatem: jest jak jest, korzystamy z tego, co jest nam dostępne i nie marudzimy. Jest czas, jest wola podróżowania i pisania z podróży, brakuje tylko drobiazgów, ale może i to się zmieni. Uwagi i wskazania przyjąłem jak najpoważniej – no ale jako się rzekło dzisiaj grzechy nie puszczają…
M.Z.
niedziela, 2 września 2012
Nie będę grał w ruletkę!
Banksterzy działają w najlepsze! Zawładnąć cudzym dobrem na raty - oto co powinno być wyryte na frontonie każdego banku. Ostatnio sprawa odwróconej hipoteki wróciła ponownie. Trwa wydziedziczanie Polaków z własności. Zainteresowałem się tym problemem, bo to takie modne? Po stokroć NIE! Oto tekst opublikowany po raz pierwszy w portalu Polacy.eu.org w październiku ubiegłego roku. Niczego nie chcę zmieniać…
Krótki opis o tak zwanej odwróconej hipoteki. Posiadacz mieszkania własnościowego sprzedaje je bankowi na zasadzie rat. Wycena nieruchomości, ustalenie kwoty, za którą bank w określonym czasie gotów jest odkupić rzecz od właściciela, wypłacanie comiesięcznych rat. Samotni starsi ludzie teoretycznie mogą w ten sposób poprawić swój byt materialny. Co bogatsi zapewne zwiedzić kawałek świata. Ale dlaczego ja właściwie mówię o samotnych? Przecież może to zrobić również ojciec wielodzietnej rodziny i dziadek wnukom…
Teoretycznie mnie to nie dotyczy – nie jestem u siebie, ale na pasku jakiegoś bliżej nieokreślonego „Miasta”. Skoro bowiem mieszkanie nie moje to nie oddam się finansowej rozpuście, nie wykupię „odwróconej hipoteki”, nie przehulam kasy na filipińskich dziwkach żeńskich lub męskich, czy luksusowych wczasach pod namiotem nad zimnym Bałtykiem.
No ale lubię od czasu do czasu pofantazjować. Jestem w stosownym wieku, zakładam, że mieszkanie moje, dzielnica atrakcyjna, idę do banku i mówię „Bierzcie, miesięcznie chcę za to trzy tysiące”. Ale, ale – powiada bank – musimy najpierw wycenić pańską własność. I wyceniają. Oczywiście według własnych zasad. Nie sądzę, by wyszło, że te moje m-ileś warte jest więcej, niż jakieś 500 tysięcy złotych. Wykonajmy więc szybkie obliczenie: ile lat bank będzie płacił mi te trzy tysiaki miesięcznie, by mu się transakcja opłacała? 166,66 miesiąca. Niecałe czternaście lat.
Więc co stanie się jeśli pożyję jeszcze piętnaście, czyli rok dłużej? Przyjdzie miły pan i poda szklaneczkę „czegoś absolutnie bezbolesnego”? A może z przejeżdżającego samochodu ktoś odda serię z automatu? Spadnę ze schodów? Izba skarbowa skieruje mnie do kliniki eutanazyjnej na przymusowe „badania”?
A co z moją żoną, moimi dziećmi albo wnukami? Przeklną sukinsyna, co przepartaczył dobro w najgłupszy z możliwych sposobów? Tak, idiotów bez fantazji nie wspomina się na ogół ciepło. Co innego taki modelowy pradziadek, który na paryskie kurewki i latającą po talerzu kulkę w Monte Carlo wydał całą fortunę. No, z tą całością może trochę przesadzam, wywiózł to, co dało się zapakować do walizki, mało nie było, ale też małżeńskiej sypialni nie wywoził. W końcu wrócił do prababci, a ta po sprawdzeniu, czy uciekinier nie ma pryszczy na uszach - darowała. Współcześni bliscy tacy wspaniałomyślni raczej nie są.
Niedawno jakiś bankowy prachwost chciał mnie namówić na dyskusję o tym problemie. Szczerze mówiąc kazałem się gościowi pocałować w doopę. Jak najuroczyściej oświadczam, że tę „inicjatywę bankową” uważam za zwykłe szalbierstwo. A o czymś takim nie ma co poważnie dywagować.
M.Z.
środa, 29 sierpnia 2012
Czegoś tu nie rozumiem: Jak wywieźć niewybuch z centrum miasta?
Jak to jak wywieźć? Normalnie. Kopara, na samochód i jazda! „…Saperzy wywieźli we wtorek po południu ważący ok. 1,5 tony pocisk moździerzowy z okresu II wojny światowej. Niewybuch znaleziono w centrum Warszawy podczas prac związanych z budową II linii metra. Po godz. 16 przywrócono ruch uliczny… Na miejscu pracował sześcioosobowy patrol saperów z jednostki w Kazuniu. Jak poinformował PAP dowódca patrolu, żołnierze wydobyli ładunek z ziemi i na specjalnej lawecie wywieźli go, po godzinie 12, do Nowego Dworu Mazowieckiego. Niewybuch w ciągu kilku dni ma zostać zdetonowany na poligonie koło Torunia…” (za wp.pl)
„…To kolejny niewybuch znaleziony w tej części Warszawy w ostatnich miesiącach. W lutym na budowie metra przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej wykopano 1,5-tonowy niewybuch znaleziony na budowie metra przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej…” (za wp.pl)
Słowem: kilka ton materiałów wybuchowych, transport przez zakorkowane miasto w godzinach dziennych. I nic, spokój, cisza, nic się Polacy nie stało, nic się nie stało…
Bo gdyby się stało to widok jak na zdjęciu niżej:
250 kilogramowa bomba aliancka w centrum Monachium, obawa przed transportem na poligon i kontrolowany wybuch na miejscu. W godzinach co najmniej wieczornych. Przeliczam: w Monachium siła wybuchu mniejsza SZEŚCIOKROTNIE! A były i pożary dachów i solidne straty materialne… Worki z piaskiem i mnóstwo słomy nie pomogły.
A może się czepiam i Niemcy epoki II wojny światowej produkowali buble, które rozbroić jest niesłychanie łatwo? Może ta ciężarówka z pociskiem moździerzowym poleciała górą?
M.Z.
Fot z Warszawy: wp.pl
Fot z Monachium: PAP/EPA Marc Mueller
piątek, 24 sierpnia 2012
WIZNA 1939 - 2012: trwa pamięć o Polskich Termopilach
Poniższy tekst jest przedrukiem. Ale jak w ubiegłym roku tak i dzisiaj polecam uwadze Czytelników to spotkanie, naprawdę warto, wiem, bo byłem tam ostatnim razem, przedstawiając po powrocie skromny materiał tekstowo-fotograficzny. We wrześniu planuję nowe sprawozdanie.
"...Już 8. września na Górze Strękowej koło Wizny odbędą się uroczystości upamiętniające 73. rocznicę walk pod Wizną. W tym roku uroczystości będą miały charakter szczególny, bo w Ministerstwie Obrony Narodowej przygotowywana jest nominacja na wyższe stopnie wojskowe dla dowódców obrony odcinka Wizna - kpt. Władysław Raginis ma być pośmiertnie awansowany do stopnia majora Wojska Polskiego, zaś por. Stanisław Brykalski ma być awansowany do stopnia kapitana.
Głównym organizatorem uroczystości, jak co roku będzie Stowarzyszenie „WIZNA 1939” wchodzące w skład społecznego komitetu organizacyjnego obchodów 73 rocznicy bitwy pod Wizną (obok Stowarzyszenia organizatorami uroczystości są Wójt Gminy Zawady, Stowarzyszenie Weteranów Polskich Formacji Granicznych, Fundacja Kresy-Syberia oraz Grupa Rekonstrukcji Historycznych CSP KOP w Osowcu-Twierdzy).
W ubiegłym roku , w rocznicę walk pod Wizną odbył się, po 72 latach, uroczysty pogrzeb polskich oficerów, a w roku bieżącym (wszystko na to wskazuje) nasi bohaterowie zostaną uhonorowani nominacjami wojskowymi na wyższe stopnie oficerskie. To ogromne i zasłużone, choć długo oczekiwane wyróżnienie.
10. września 1939 roku nie widząc szans na dalsze prowadzenie walki, po zwolnieniu ze służby swoich podkomendnych, kpt. Władysław Raginis rozerwał się granatem. Dzień wcześniej jego zastępca, por. Stanisław Brykalski zginął od odłamka podczas obserwacji pola walki w kopule schronu. Obaj zginęli dotrzymując honorowej przysięgi złożonej wobec swoich żołnierzy, że żywi nie opuszczą bronionych pozycji.
Warto podkreślić, że wśród osób wspomagających organizację uroczystości będą harcerze z 59 drużyny harcerskiej Ptaki Ptakom z Łomży, którą kieruje phm. Krzysztof Pyczot.
W ubiegłym roku harcerze pomagali przy organizacji uroczystości pogrzebowej polskich oficerów na Górze Strękowej. Ta dobra współpraca została doceniona przez organizatorów uroczystości i będzie kontynuowana również w tym roku. Harcerze zajmą się, tak jak poprzednio, organizacją gorących posiłków dla uczestników uroczystości.
Uroczystość rozpocznie się dnia 8. września 2012 roku, w sobotę, o godz. 11:00..."
Tekst: Paweł Dąbrowski (red. Dariusz Szymanowski)
*********************
Przywołał: Marek Zarębski
Fot. autora
środa, 22 sierpnia 2012
Z suplementem. OSTATNIO…
…największym zainteresowaniem cieszy się mój tekst http://mcastillon.blogspot.com/2012/03/sa-sprawy.html z dnia 26 marca 2012 :
Są sprawy…
…które według niektórych obchodzić mnie nie powinny – a jednak obchodzą. W małym stopniu, bo małym – ale obchodzą jako kronikarza i obserwatora. Nie wspominam już o złośliwości, która aż się prosi wypowiedzieć w tym miejscu: nikomu nie dawałem żadnego prawa do dekretowania czym mam się interesować, a czym nie. Więc paszła mi won! No!
W Nowym Ekranie ukonstytuowała się Rada, teraz trwają wybory na prezydenta. Nikt nie mówi co na to właściciel portalu, ale widać nie jest to konieczne, by interesował się majątkiem stworzonym za własne pieniądze. No chyba że to po raz kolejny w tym kraju nie jego, a powierzone. Może przez starszych i mądrzejszych, może przez jakieś służby, nie wiadomo. Nie zawracam sobie tedy tym głowy. Na razie w wyborach „prezydenckich” prowadzi zdecydowanie bloger Carcajou. Za nim pozostali GPS65 (albo jakoś tak) i niejaki Spirito Libero. Teraz będzie o nich właśnie.
Miło mi, Panie Carcajou, z drobną wszakże uwagą: w ogóle nie rozmawialiśmy o cytowaniu kogokolwiek gdziekolwiek, prawnie oczywiście rzecz prosta, działam w domenie publicznej i nie zastrzeżonej, ale tak „po przyzwoitości” już mniej. A sformułowanie „miło mi” jest tu oczywiście wyłącznie grzecznościowe, niespecjalnie zabiegam o istnienie w Nowym Ekranie, ot, paru porządnych ludzi, tyleż porządnych autorów i cała masa dyletantów na etatach (bracia Pińscy) czy zwykłych napastliwych durniów (nie będę wymieniał, mam dość własnych wojen). Moja prognoza z papierowym wydaniem NE sprawdziła się, nie, to żadna satysfakcja, w istocie chciałem, by się udało. Ale udać nie mogło, z przyczyn, które Łazarzowi wyłożyłem, miał odpowiedzieć, ale jak widać zapomniał. Zresztą… Cóż mi po odpowiedziach z drugiej strony lustra… Starszy pan postawił właściwą diagnozę: młodość bez wiedzy, doświadczenia, chęci uczenia się i rozmawiania jest guzik warta. I nikogo to już dalej nie interesuje. Łazarz pięknie prezentuje się w sieciowych telewizjach, ilość damskich orgazmów w biegu wzrosła znakomicie, niestety to nie całkiem to samo, co gwarancja wykupywania na przykład 50 tysięcy egzemplarzy tygodnika. No a gdyby do sprawy dosiedli się jeszcze Pińscy… Horror!!
A propos Pańskiego prezydentowania: podzieliliście już tę zapałkę? I co wyszło? Nauczył się Pan mówić do mikrofonu i jasno formułować myśl wszelaką? Świetnie, cieszę się! Bo w istocie dobrze odczytał Pan moje przesłanie: chciałem lekko uszczypać, ale nie zgładzić. Mówię o Panu, nie innych.
Marek Zarębski
Fot. carcajou.salon24.pl
***********************************************
Jako obszerne PS.
Miałeś Pan, Panie Carcajou, ciekawe wejście z dwoma tekstami o wieku blogerów NE. Tak, trzeba było postawić pytanie: dlaczego w pewnym momencie poczęli odchodzić. Dwie fale, nie kłóćmy się o szczegóły, niechaj i tak będzie. W Pańskim tekście tak naprawdę nie ma autorskich tez, czy diagnoz. Koszmar zaczyna się w komentarzach. Przyznaję, że takiego pierniczenia nie czytałem od dawna! Nawet Łazarz nie za bardzo kuma tę czaczę. Nikt ale to nikt nie postawił tezy, że jeśli człowiek w moim wieku (63) tygodniami całymi dostrzega w działalności etatowców NE numery wyprodukowane jeszcze za komuny przez podwładnych płk. Kwiatkowskiego - to jego decyzja odejścia jest tylko kwestią czasu. Tłumaczyłem w wielu swoich felietonach, także na portalu Polacy.eu.org że fałszowanie i zakłócanie proporcji ważności podawanych w głównym miejscu informacji grozi zagładą medium. I co? I GÓWNO, Pińscy działają w najlepsze. Że co, że niby oni za młodzi na czynowników komuny? Nie pierniczcie, oponenci - w przenośni, a bywa, że i dosłownie mentalni pogrobowcy Stalina są gorsi od oryginału.
Tak, nie znam szczegółów dotyczących kulis powstania, konstytuowania się i działania Rzbiku czy jak tam to ciało nazywacie. Mówisz Pan, że miało być demokratycznie? No i wyszło jak zawsze - czyli burdelistycznie. Z niektórymi nie da się gadać czy być, żadna demokracja tego nie zaklajstruje. Pisałem zatem, że gościa pierdzącego głośno i uparcie na moim przyjęciu niedemokratycznie biorę za łeb i wypierniczam za drzwi. Faszyzm? Pan wie że nie. Pan pewnie działa podobnie.
A teraz zaczyna się kolejna fala cichnięcia, wkrótce będą i odejścia. Łokciami rozpycha się głupota w magisterskich biretach.
Pzdr.
M.Z.
sobota, 18 sierpnia 2012
Mamy was na oku: To idzie młodość?
A może lepiej byłoby zapytać jak to się ostatnio czyni: nasi tu byli? Tylko jacy nasi? Kto się do tej dziczy dzisiaj przyznał… Oto pobojowisko pozostawione przez „przyszłość narodu” po ostatnim festiwalu „Łudstok”. Bezpośrednie namacalne i wyczuwalne nosem pozostałości, sfotografowane przez PAP-owskiego fotoreportera Lecha Muszyńskiego. A ileż to przedtem było zapowiedzi: wolność tylko tam, rozmowy z najpoważniejszymi polskimi politykami, może będzie biskup, nowe przyjaźnie i kontakty – więc róbta co chceta… No to i narobili! W przenośni, ale i bardziej dosłownie. Ktoś tu okazał się durniem i manipulatorem, nie pierwszy zresztą raz. Radzieccy uczeni wysnuli by wniosek: pomarańczowe spodenki źle robią na głowę.
A lokalizacja pobojowiska... Dziwić się należy, że są jeszcze miasta godzące się na taki burdel (bo jak to inaczej nazwać?). Wzrosła im sprzedaż taniego wina owocowego? Straty pokryją ze zwiększonych wpływów z dystrybucji piwska i taniej gorzały? No to pozostaje już tylko pogratulować jasności myślenia…
M.Z.
wtorek, 14 sierpnia 2012
KRÓTKO O: Igrzyska zamknięte, pora na wnioski
Jacques Rogge, Przewodniczący MKOl, oficjalnie zamknął Igrzyska XXX Olimpiady w Londynie. Następne za cztery lata w Rio de Janeiro. Znicz zgasł. Publika opuściła foteliki i udała się do domów w poczuciu, że gdyby nie ta stara, dobra Anglia to nic by na świecie nie było: ani muzyki, ani mody, ani żadnego cywilizacyjnego kroku naprzód. Choreograf Kim Gavin zdobył moim zdaniem najprawdziwsze mistrzostwo świata. W ciągu bez mała trzech godzin udowodnił to, co jeszcze niedawno zdawało się rzeczą niemożliwą – w Londynie znajduje się praźródło i początek każdej rzeczy. Co każdy mógł zobaczyć naocznie i czego polscy komentatorzy nie byli w stanie nie tylko objąć rozumem, ale w ogóle pojąć choć cząstkowo.
Pisałem już przy okazji imprezy otwierającej, że Angole poszli w kierunku całkowicie wyśmianym w Polsce: współczesnego dumnego i wielokulturowego nacjonalizmu. Nikt nie plótł banialuk o dzielnych sąsiadach – bo niby drzewiej wszystko, co było tu i obok należało do angielskiej Korony, więc o czym tu gadać. Polskie echa dotyczą raczej metod usunięcia kilkuset dzielnych staruszków ze związków sportowych. Okazało się bowiem, że postępowania dyscyplinarne wytaczane przeciw zdobywcom złotych medali przelały czarę goryczy. Dzisiaj nic uczynić się jeszcze nie da, spaw trzymający starcze zadki na eksponowanych fotelach jest zbyt starannie położony. Ale jutro?…
Mój wniosek jeden: przed Olimpiadą biliśmy w zbyt wielki bęben. A że jak powiadał klasyk „pospolitość w kącie skrzeczy”, niektóre szanse zmarnowane, inne przeszacowane – to i dzisiaj tylko ten skrzek słychać. Szkoda…
M.Z.
niedziela, 5 sierpnia 2012
PÓŁGĘBKIEM
Już jako nieobowiązujący dodatek do poprzednich tekstów „powstaniowych”. Właściwie to bardziej garść impresji wokół tematu. Otóż piszących o sensie lub bezsensie Powstania jest na wszystkich witrynach tylu, że głowa boli od czytania.
Ciekawostką jest to, że w roku bieżącym na arenę wyszli ludzie, którzy nie dość, że z powodu młodości nie mają pojęcia o czym piszą (bo to przede wszystkim brak doświadczenia i dystansu – plus wyjątkowo wybiórcza pamięć) to jeszcze do kompletu nieszczęść urodzili się gdzieś na krańcach Polski. I po prostu nie mają żadnego wyobrażenia czym jest wielkie miasto (bo nie tym czym ich Piździgwoździkowo!) i jak na polski przetłumaczyć genius loci. No ale że śpiewać każdy może – trochę lepiej lub trochę gorzej – to śpiewają. Smutny to spektakl. A miejscami wręcz żałosny.
Jednemu z tych młodych zdolnych jeszcze wczoraj sprawił tęgie lanie na NE Szeremietiew. Słusznie – choć podskórnie mam cały czas wątpliwości czy aby na pewno szczyloszek będzie moczył się w nocy ze strachu, czy raczej odwoła do ponoć amerykańskiego „źle czy dobrze – byle po nazwisku”. Niech mu tam – mołojeckiej sławy już nie zażyje, słusznie, nie tylko nie cenię, ale też nie lubię gnojstwa.
KL Warschau… Proszę zapoznać się z tym tekstem: http://poloniae.nowyekran.pl/post/70269,polscy-powstancy-wyzwolili-kl-warschau-5-sierpnia-1944-roku Zawiera dostatecznie dużo udokumentowanych także zdjęciem lotniczym danych informujących niedowiarków co też Niemcy szykowali ludności Warszawy, by zrealizować Plan Pabsta. Już nie wspominam tutaj o pozostałych rozkazach samego Hitlera, wymieniłem je w poprzednim tekście, jak dla mnie rzecz jest oczywista. I teraz na to wszystko proszę nałożyć te wszystkie żałosne pojękiwania „specjalistów” antypowstaniowych. Komora gazowa na kilkaset osób… Wyobrażacie to sobie, Smoki Milusie? Już wiecie gdzie trafili by przymusowi robotnicy zaraz po wybudowaniu niemieckiego pasa umocnień? Ile dzisiaj warte te wasze pojękiwania o tym, jak byłoby wspaniale, gdyby AK jednak wojskom niemieckim odpuściła, nie zatłukła stosownej liczy bandytów i poczekała na litość Hitlera albo Stalina?
Coryllus jak to zwykle bywa wywinął się z polemiki z Szeremietiewem. Użył rzecz jasna pretekstu: jego przeciwnik coś tam zmienił w tekście, coś dodatkowo wyjaśnił, więc wygrana coryllusowa walkowerem. Nie będę wdawał się w ten akurat spór. Powiem tylko tyle: nie rozumiesz Gabriel tego miasta, nigdy nie rozumiałeś, nie pojmujesz jego rodowitych mieszkańców i z całą pewnością lepiej byłoby (DLA CIEBIE LEPIEJ!) gdybyś wziął łyk herbaty i nie gadał przed połknięciem. Rocznice miną, ty się nie ośmieszysz, a późniejsze ujadanie nikogo już obchodzić nie będzie.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








