O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
wtorek, 22 listopada 2011
Część druga północnych opowieści: Prawda zawstydzona
Aż chciałoby się zacząć trawestacją cudzego tekstu: „nie je, nie pije i nie daje mleka. Prawda - na odkrycie czeka…” W oryginale było o otchłani. U mnie będzie o Prawdzie. O ile ją mocno złapię.
Jak prawdę odkrywać? Pośród tłumów, w walce „o”, w sporach, dyskusjach i myślowych potyczkach. Trzeba na to czasu, fury pieniędzy, sporego zaangażowania i bezkompromisowości. Kto temu podoła? Czysty umysł, czy czyste serce? Jakie narzędzia myślowe? W terenie, czy w zaciszu domowej „pracowni”? Prawda to przyjaciółka lewaków czy narodowców i prawicy?
Można też odkrywać… w laboratorium. Na jakimś skrawku terenu, gdzie drogie i pożądane jest przedmiotem działania małych, ale zdeterminowanych grup ludzkich. Pilnie obserwując z zewnątrz, nie wchodząc w jednostkowe zależności, chłodno oceniając i słuchając zawsze obu stron mikro-sporów. Odkrycia i wnioski: bardzo szybko okazuje się, że co wywiedziemy w naszym laboratorium ma zastosowanie do większych grup ludzkich.
Moja opinia, a więc moja prawda o lewactwie jest taka, że to współczesna zaraza, nigdy nie działająca na rzecz państwa, w którym przyszło jej żyć i działać. Ojczyzną lewactwa był zawsze jakiś inny kraj, kiedyś Rosja sowiecka, dzisiaj Unia. Lewacy starszej daty tęsknią za gierkowszczyzną – bo wtedy było im najlepiej, tam mają prapoczątek ich gigantyczne emerytury, wszystko jedno czy „resortowe”, czy podkręcone kilkoma lewymi etatami przed przejściem w stan spoczynku. Młodzi kojarzą się bardziej z wolnością ćpania, pieprzenia bez sensu i z byle kim – które to niby luksusy ma im dojście do władzy starszych lewaków gwarantować. Za co to wszystko? A tak po prostu: za istnienie, za bycie przeciwwagą dla patriotów, za spełnianie życzeń zagranicznych sponsorów. Ukręcą im, lewakom łeb w pierwszej kolejności? Może i tak – ale to przecież będzie jutro. Dzisiaj jest tak fajnie i tęczowo-kolorowo…
Lewactwa namnożyło się co niemiara! Są wszędzie, w każdym wieku, włażą do każdego sklepu, mądrzą się, atakują, pierniczą głupoty…
Czy lewacy mają poglądy, rodziny i znajomych? Ależ tak! Co więcej od paru lat zauważam, że żadnego z tych elementów się nie wstydzą, przeciwnie, rozprawiają o własnym zboczeniu jak najnaturalniej. Dobrze mówię: zboczeniu, nic innego nie ma tu zastosowania, garść gotowych kalek myślowych i fragmenty Marksa, Hegla i Stalina trudno nazwać poglądami. Zero skrępowania, a ostatnio nawet wręcz oczekiwanie na jakiś atak, na jakąś dezaprobatę – której rzecz jasna natychmiast się przeciwstawiają. Z reguły gotowym, przećwiczonym tekstem: „wiesz, faszyzm nie może przejść, jego prawicowa macierz też nie…” Jak się takiemu durniowi rozsądnie i logicznie sprzeciwić? Tłumacząc spokojnie, że faszyzm i lewicowość to wszak rodzeństwo, z jednej matki Róży, najpewniej Luksemburg, nic z prawicą nie mają wspólnego? Mnie tam jeden sposób od razu przychodzi na myśl – lać w pysk i patrzeć czy równo puchnie. Tu oczywiście jest problem, nie wszyscy chcą lać, bo takie mają pokojowe natury, czasem też można trafić nie na lewaka, ale na lewaczkę – i znów rozterka. No bo jednak bić kobietę, to nie ta kultura… Nawet gdy ma wredny pysk, jest zasuszona, albo wyposażona we włochate nogi i ponure pyszczydło… A propos: pewna moja znajoma ukuła na takiego stwora definicję: PASZCZUR. Albo BAZYL.
Mazury przed zimą… Zupełnie przypadkowo wszedłem na rodzaj internetowej gazety pewnej damy znanej z Salonu24 jako Voit. Traktuje o tym również poprzedni tekst. Zasłużona ta lewaczka osiadła czas jakiś temu w miejscowości Wojnowo niedaleko Rucianego-Nidy, trochę pokwękała jak to lewacy mają w zwyczaju, opisała nawet swe męki jako pomoc kuchenna – po czym raźno wzięła się za opisywanie okolicy i ludzkich spraw tam się dokonujących. Ktoś kasę jednak wywalił… Jakoś to trwało kilka miesięcy, znosili ją, bo jaki wybór, jak śpiewał Stuhr senior „Śpiewać każdy może – trochę lepiej lub trochę gorzej”. W okolicy wszakże pojawili się inni amatorzy opisywania realiów. I zaczęło ostro dymić! Z tych innych blogów wynika ni mniej ni więcej to, że dawna Voit jest w spokojnej mieścinie i przyległych wsiach tak ceniona, jak grypa hiszpanka, dżuma i cholera razem wzięte. Że kłamie, pomija, widzi czego nie było i nie zauważa co stało się naprawdę, manipuluje i stara zrobić wszystko, by wejść na jaki urzędowy stolec, to jest stały dochód, rzecz dzisiaj nie bez znaczenia. Pięknie – niech hasa ile wlezie, jak była durnowata, tak durnowatą pozostała, problem dążenia do stałego źródła dochodu jestem w stanie zrozumieć. Może nie tymi metodami – ale rozumiem… Problem pojawił się w chwili, w której jak twierdzi inny komentator mazurskiej okolicy policja zatrzymała damę za kółkiem „pod wpływem”. Wieść ma być potwierdzona oglądem policyjnych kronik i zapisków. Nie wiem jak było, mój instynkt byłego zawodowca podpowiada mi, że w takich sprawach lepiej rzecz pięć razy sprawdzić, niż nie uczynić tego i iść lewaczce prosto pod nóż. Czyli narazić się na z góry przegrany proces sądowy. Czy facet, który tę wieść pierwszy podał na swoim blogu uczynił słusznie? Czas pokaże. On swoje wie i pewnie nie musi tego mówić zaraz. Ja wiem natomiast, że przyjaciel Voit, były poseł Celiński, przywalił kiedyś w Warszawie w jakiś element osłony drogi, zwiał z miejsca zdarzenia, by po kilkunastu godzinach pojawić się na miejscowym komisariacie ze śpiewką, że to nie on, ale ta oto doprowadzona pani, dzisiaj trzeźwa jak gwizdek. I dacie wiarę – gliniarze łyknęli gawędę! No w każdym razie tak chyba było, skoro lewaczysko biega po świeżym powietrzu i z tego co wiem konsekwencji nijakich nie poniósł…
Zatem: odporna to rasa lewackich "panów", oj odporna!
A gdzie tu prawda? Wyszła. Podobno mocno zawstydzona.
M.Z.
PS. Po kilku tygodniach ciszy wreszcie lawina wejść na dwa teksty poświęcone gminie Ruciane-Nida. Tak, obserwuję co tam się dzieje od dawna. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że od tak dawna, iż im się nie śniło. W drugiej połowie lat 80-tych gmina żyła "aferą" kradzionych kaloryferów, chodziło o wyrzucenie ze stanowiska kogoś, kto się komuś innemu, nominalnie mocniejszemu, naraził. Wkrótce okazało się w co dawne suwalskie (tak Ruciane było wtedy przypisane - do Suwałk) gra i że owe kaloryfery to była tylko taka mała przygrywka, zresztą fałszywa. Chodziło bowiem o tereny, które dzisiaj prywatnym właścicielom przynoszą spore zyski. Może nawet jeszcze większe zyski... Mniejsza. Potem były inne afery i aferki, zlikwidowano szkołę w Wygrynach, była pani wójt sprzedała wszystkie posiadane przez się działki, miejscowe sesje samorządowe odbywały się pod nadzorem policji, kręcili się po urzędach byli prokuratorzy z nie do końca jasną przeszłością. Jeszcze dalej ja przynajmniej na jakiś czas miałem dość, w końcu okazało się, że w gminie tubę propagandową prowadzi znana lewaczka z ksywą Voit. A manewry związane z władzą z roku na rok stają się coraz bardziej prymitywne, głupie i pozbawione nawet "polotu" dawnych pierwszych partyjnych sekretarzy. Myślę, że to jest okropne. To jest wręcz niewyobrażalne, by do władzy zostawali wyniesieni tacy ludzie, jacy właśnie minęli przed gminnym referendum, których to referendum ma intencję usunąć, wszystkie te sekretarki, rozrabiaczki, praczki, sraczki i licho wie kto jeszcze. Teren, który mógłby kwitnąć turystycznie przez cały bity rok wpada w czarną dziurę, mało patrzeć, aż znajdzie się jaki Uzdrowiciel, który to wszystko wykupi, nie wiem, może na zasadzie zwrotu dziwnego mienia, może na innej - i towarzystwo rozgoni na cztery wiatry. Kilku osobom zapewne stanie się krzywda, w bandzie durniów zawsze znajdzie się paru normalnych. Reszty nie żałuję - właśnie dlatego, że jest tak nieskończenie żałosna, mała, bez wyobraźni, ze złodziejskimi charakterami i nieprzepartą wolą bogacenia się na tym, co do nich nie należy.
W małej gminie istnieją TRZY strony internetowe poświęcone sprawom miejscowej społeczności. Ta najwulgarniej nazwana publikuje teksty być może kontrowersyjne, ale na najwyższym poziomie. UWAGA! Miejscowym najwyższym poziomie. Dawny miejscowy zawodowiec pisze coś, czym ja osobiście wcale bym się nie chwalił. Nad tekstami się pracuje, nie puszcza jak złazi z klawiatury, dziennikarza obowiązuje poprawny język polski, nawet gdy chce powiedzieć "kurwa"! A lewaczka zajmuje się wyłącznie arbitralnym jątrzeniem i podgrzewaniem kociołka. Jej jedynej wprost nie lubię.
Chcecie wpadać i do mnie? Wpadajcie do woli.
M.Z.
czwartek, 17 listopada 2011
Fortuna czym się tuczy? A może: toczy…?
Najpierw szalała w Salonie24 jako Voit. Szczerze mówiąc nieco dzisiaj żałuję, że obnażaniu pisywanych przez tę autorkę bzdur poświęciłem tyle czasu i atramentu. Z drugiej jednak strony aż tak bardzo mi tego nie szkoda: w końcu wyniosła się het, na… Mazury. I już jako Anna G. założyła coś, co nosi nazwę Obserwator Piski. Ogłosiła w nim całkowitą nieprzekupność, transparentność działań i uczciwość w opisywaniu rzeczy i zdarzeń. Wątpiłem w prawdziwość tej deklaracji. Tym bardziej, że niemal dokładnie tego dnia, w którym ukazało się pierwsze wydanie Obserwatora pojawili się takoż ludzie opisujący niedoskonałość działania ”pani redaktorki”. Niektórzy twierdzili wręcz, że krótki wzrok to nie tylko kwestia wady wrodzonej, raczej pewnego kłopotliwego nałogu, nazwijmy go delikatnie „syndromem smakosza”.
Dzisiaj przeczytałem informację: kontrola policyjna wykazała we krwi zatrzymanej 1 promil alkoholu. I pomyślałem, że nie będę się pastwił nad ofiarą nowymi słowy, przywołam po prostu tekst, jaki zamieściłem w Salonie 24 w roku 2010. Oto on:
Północna wyrzutnia pancerfaustów
Notka opublikowana 10.09
- Dzisiaj prezes Kaczyński złożył kwiaty pod krzyżem na Krakowskim. Nie mam pojęcia, dlaczego uparł się, żeby kłaść wieńce w miejscu pracy swojego brata, ale mogę sobie wyobrazić, co by było, gdyby Polacy poszli za jego przykładem. Panu Kaczyńskiemu chodzi rzecz jasna o błysk fleszy, ale robi i z siebie, i ze swojego brata idiotów.
Ależ oczywiście: panu Kaczyńskiemu chodzi o błysk fleszy! Że też na to nie wpadłem, do licha! Podoba mi się ta subtelna różnorodność podejścia do kwestii składania wieńców w miejscu pracy zmarłych. O tym niżej, po kolejnym cytacie. Tu tylko małe pytanko: od kiedy i na jakiej zasadzie Voit stanowi sąd konkursowy, który rozstrzyga kto jest idiotą, a kto nie jest? Dobra, rozumiem, nie ma żadnego sądu. Więc jest autorytetem? I z mocy swej duchowej władzy rozsądza co i jak?
Ta sama notka z 10.09
- W całej tej szopie najbardziej żal mi rodzin ofiar spod Smoleńska. Zawsze staram się wyobrazić sobie siebie na ich miejscu - mój mąż czy brat nie żyje, na jego grobie uprawiane są jakieś chochole tańce, a on sam traktowany jest jak śmieć i wykorzystywany do jakiś rozgrywek, na które za życia pewnie by się nie zgodził. Do tego z moim zdaniem, moim bólem i moją żałobą nikt się nie liczy. To jest zwyczajnie i po ludzku obrzydliwe chamstwo.
A gdzie tak naprawdę są najtrwalsze groby naszych bliskich? W naszej pamięci, w naszych głowach, a więc i myślach. Jak by to okrutnie nie zabrzmiało – możemy je przenieść, te groby, wszędzie tam, gdzie nam się to zamarzy. Możemy ich miejsce oznaczyć krzyżem. Jak zrobiono to z grobem Nieznanego Żołnierza. Jeśli to prawda - grób Prezydenta jest na Krakowskim Przedmieściu. Pod tym znanym krzyżem. Bo tak chcą ludzie i kropka. Więc kto uprawiał tam chochole tańce? Kto miejsce owo potraktował jak śmietnisko i wykorzystał do najbardziej satanistycznych, chamskich, wulgarnych i po prostu paskudnych rozrywek? Tak, twoi Voit duchowi współplemieńcy, twoje obiekty uwielbienia albo tylko pełnej akceptacji, wszystkie te Tarasy, Niemce, Parapety i reszta. I jaki wymyślili punkt kulminacyjny? Szczanie na modlących się? Okrzyk „Pokaż cycki”? No to gratuluję. To i tak nie najgorsze z tego co tam wyprawiali. Ale jeśli podoba się – mam problem. Mianowicie nie śmiem wznieść tego okrzyku tu i teraz. Pokaż cycki… A na cholerę mi to?
Kiedyś było też tak:
...I wolałabym (...) żeby w końcu zaczęto patrzeć na historię w sposób obiektywny, żeby przestano tłoczyć naszym dzieciom do głów, ze powstanie warszawskie miało sens, a victoria wiedeńska była wielka wygraną Polaków. Skoro już jesteśmy w tej Europie, przestańmy wreszcie śpiewać o tym, jak to „Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił”, tudzież o tym, że „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. OK - to było, pamiętajmy, ale dajmy już temu spokój. Zacznijmy żyć. Tak normalnie...
Więc jak ma być naprawdę? To znaczy – jak powinno być normalnie, prawidłowo i obiektywnie? Może nam Niemiec dzieci germanić? Należy Powstańców uznać za zbrodniczą bandę działającą wbrew polsko-niemieckim interesom? W sprawie śpiewów nie bardzo wiem co powiedzieć – może sama Voit podpowie mi co ludzie powinni intonować. Międzynarodówkę? Niechaj zawsze będzie słońce? Odę do radości? Ten fragment, powiem wprost, że świadczący o wyjątkowej durnocie autorki stał się sztandarową bzdurą nie tylko dla mnie, parę innych osób także zwróciło nań uwagę.
15 września o „zbrodniach” kościelnych. I nawet bym to olał, narzekanie jak na północną placówkę normalne i niczym się nie wyróżniające. W duchu „wkładam rękę do kieszeni – a tam biskup”. „Otwieram lodówkę – a tam kanonik”. Słowem banialuki w propagandowym guście z lat 50-tych. Zaciekawiło mnie tylko jedno – te nieustanne sugestie o znajomych po ministerstwach i centralnych urzędach, te wciąż powtarzane informacje o koneksjach i związkach. „Zadzwoniłam, zawiadomiłam, wyjaśniłam…” Słowem: bójcie się ludzie, ze mną zadrzeć to jak popełnić samobójstwo na raty. Kobito, do licha kobito: czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że powodując podobne odczucia prosisz się o nienawiść?
A dzisiaj, 16 września, kolejna notka, problem ustawiony już w drugim akapicie: …Na Saloonie dwie reakcje - pełen entuzjazm i skrajna rozpacz…
Czyli: Voit równa się entuzjazm. Taki na przykład Castillon, że nie wymienię licznej reszty delikatnie powiadając niezadowolonej z tego rozwiązania względem krzyża – rozpacz. Prawdziwi Europejczycy optymistyczni, weseli i zadowoleni. Tu jasno – tam ciemno. Bo tak najłatwiej wbija się w podświadomość. Prawda, cała prawda i gówno prawda? Wiec która to „prawda”? I dalej mamy:
…Zadziwia mnie jeszcze jedno - dowiedziałam się z saloonowych notek, że społeczeństwo krzyża chciało i zamach odbył się wbrew woli tegoż „społeczeństwa”. Ciekawe jest to, jak łatwo niewielka grupa społeczna utożsamia się ze społeczeństwem. Jak wyjątkowo łatwo to przychodzi… Najwyraźniej społeczeństwo to owa nieliczna stosunkowo garstka, która popierała szopkę na Krakowskim. Ci pozostali zostali wyrzuceni poza nawias…
Więc powiadasz Voit , że czegoś tam dowiedziałaś się z salonowych notek? Nie widziałaś niczego w sprawozdaniach TV, nie słyszałaś niczego w programach radiowych, należysz do tej „przeważającej” grupy, która krzyża nie chciała… I nie zauważyłaś oczywiście tych ludzi, którzy tam przychodzili, w liczbie oczywiście nieadekwatnej do Twoich wyobrażeń i nie pasującej do rozważań – więc przemilczanej? Należysz do tej „licznej” grupy, która nie popierała szopki, a przez mniejszość została wyrzucona poza nawias? Zapytam tak trochę podstępnie: nie za wcześnie jeszcze na takie lewackie (i nie tylko lewackie) podchody? Nie za szybka aby ta radość?
Na koniec sprawa tytułu notki. Pierwsza wersja była zmałpowaniem kogoś poważnego, kto przestrzegał przed „złotoustymi łajdakami”. Ale potem pomyślałem sobie, że to jednak za daleko, że niekoniecznie muszę być aż tak dosadny. Została więc „Północna wyrzutnia pancerfaustów”. Nie do końca to zręczne i logiczne – ale niechaj już będzie. Ma w sobie blogerka-pancerna pięść dokładnie tyle wdzięku, bezpretensjonalności, mądrości i celnego pióra co pancerfaust. Ale też lewactwo sięga do różnych planów ludzkiego myślenia. W różny sposób. To reprezentowane przez placówkę mazurską strzela zza tarczy rzekomo macierzyńskiej troski, czy pozornie spokojnego rozważania rzeczy nie do rozważenia. No i oczywiście wywiadów z politykami, którzy lewą ręką pozdrawiają przedstawicieli zastępczej klasy robotniczej, czyli wszelkiej maści zboków, drugą ganią pedofilię w kościele. Porażająca wschodnia logika.
M.Z.
środa, 16 listopada 2011
Pora to sobie powiedzieć jasno
Od czasu do czasu jak niedźwiedź z jamy wyłażę sprzed komputera i włączam dowolny program TV. Wracam biegiem. Trzęsą mi się ręce, kurczy żołądek. To co się dzieje na ekranie przekracza wszystko, co widziałem za komuny w latach 60-tych, 70-tych i 80-tych. Bezczelność manipulacji na niewyobrażalnym poziomie! Hucpa, odwracanie pojęć, kłamstwa, chamstwo, ruja i porubstwo. Kilkanaście minut temu: Kuczyński i Wildstein zaproszeni do TVN24 dyskutują o „ostatnich bandyckich zajściach”. Jeden z prowadzących ma sraczkę słowną: wydało mu się, że też jest gościem, że może wypowiadać się na równi z pozostałymi. Więc bredzi: żona nie mogła wrócić samochodem z dziećmi od teściowej. On się zatem domaga, on żąda by zlać, spałować, zdelegalizować… Kogo? Najlepiej wszystkich przechodniów, innych ludzi, drzewa, jezdnie, trawniki. Panu redachtorowi przeszkadzają właśnie ludzie. On chciałby spokoju, łagodności, pewnie nieskażonego prawicowością środowiska.
Wildstein mówi o filmach z sieci. Kuczyński z pogardą: aleś sobie dobrał źródła, toż to Gazeta Polska! Wildstein nieśmiało protestuje. Widać nie wpadł na pomysł, by odpalić, że Wyborcza też źródłem być nie może. Albo: a czemu twoje zdanie niemoto przedmówcza z góry lepsze od mojego? Niemrawa to obrona, ale też zakrzykują, nie dają dokończyć żadnego zdania. Napisać nowe prawo, natychmiast, zaraz, już! Jakie nowe prawo? To, które powie jasno: władza mianuje, dozwala i stempluje. Pewnie chodzi o to, że deklaracja „jestem pedałem” upoważnia do obnoszenia swego nieszczęścia w godzinach szczytu po Marszałkowskiej. Inni won, do podziemia, do kruchty, w kanały!
Bywaliśmy już w kanałach, gówniani redaktorzy. Poprzednie pokolenia prosto z kanałowych włazów jechały albo na wypoczynek do Łambinowic (wtedy Lamsdorf), albo wkrótce potem w przeciwnym kierunku, tym wschodnim. Może wtedy przyjdą „wasi”. I wiecie co się stanie? Jak powiadają klasyczni ruscy dysydenci (http://www.cosmolearning.com/documentaries/yuri-bezmenov-interview-soviet-subversion-of-the-free-world-press-1984/ ) zostaniecie zutylizowani w pierwszej kolejności. Nie nacieszycie się długo tym „swoim”...
Trzeba to sobie powiedzieć jasno: na szklanym ekranie mamy wrogów. Obraz kontrolny na fotce też pewnie kłamie. W radiu mamy nieprzyjaciół. Większość prasy to gadzinówki. Poziom presji narasta. Niektórych już złamał, wielu innych złamie lada moment. Gdzieś zostaną niepokorni. Tylko w nich nadzieja – choć łatwo już nie jest, a będzie gorzej.
M.Z.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Marsz z pewnego oddalenia
Zatrzymano ponad 200 osób. Skazano po przyznaniu się do winy 3 osoby, kary niewielkie, co przy rozgrzaniu odpowiednich instancji mówi samo za siebie. Pozostali oskarżeni nie przyznają się do winy, to kilkanaście osób. Więc zgodnie w polskim prawem póki im nie udowodniono czegoś są NIEWINNI. Zakładając oszczędnie (tylko zakładając!) że w Marszu uczestniczyło 30 tysięcy osób (moim zdaniem ponad 40 tysięcy!) – 99,8 procenta maszerujących zmienioną trasą, bez opieki opancerzonych psów, za to w towarzystwie wielu prowokatorów BYŁO DLA MIASTA GRUPĄ ABSOLUTNIE BEZPIECZNĄ!! Co warszawski Ratusz na to? Zemści się za własną nieudolność podwyżką czynszów, czy opłat za przejazdy? Lepiej uzbroi strażników miejskich? Może… Problem polega wszakże na tym, że i u nich strach walczy o lepsze z pazernością. Więc pewnie ufundują nieudacznikom kilka dodatkowych fotoradarów…
Oto pierwszy powód, dla którego władze Warszawy winny czuć się źle. To znaczy: odpowiadają ZA TO, CO SIĘ STAŁO. Fatalnie winni czuć się również policyjni dowódcy – ich działania prowokacyjne na terenie stolicy i poza nią spaliły na panewce. Ile kosztowała jazda tajniaków za autokarami na przykład do Opola albo Lublina? I po jaką jasną cholerę w okolicach północy pilnowano uczestników jak przesyłki ze złotem? Spodziewano się, że zawładną uśpionymi wsiami, czy że ukradną batoniki ze stacji benzynowych, na których się zatrzymywano?
Jeżeli tak – to kury wam szczać prowadzać, panowie policyjni generałowie! Zmarnowaliście mnóstwo publicznego grosza. Mam nadzieję, że ktoś was za to rozliczy. Dzisiaj straszycie ludzi tym, że użyjecie również fotografii opublikowanych w Internecie. Pięknie, bardzo pięknie! Ale czy zdajecie sobie sprawę z tego, że tak gadając będziecie musieli pozamykać „swoich” i że zarazem ujawniliście resztki tej agentury, jaką posiadacie? I że cała ta praca prowadzona potężnym kosztem pod hasłem „Polub ludową milicję” nadaje się dzisiaj do wzięcia za uszy i rozbicia o kant doopy?
Oczywiście wiem, że osobiście niewiele mogę, że to nie ja będę rozliczał, nie ja piętnował formalnie. Ale wiem też, że każdy z was ma swojego śmiertelnego wroga – a ten tylko czeka, aż wam się noga powinie. Co właśnie się stało…
Rząd, opozycja… Jakże jasno dzisiaj widać kto, po co i z kim gra w jednej drużynie. Czym to swoim zwyczajem przykryjecie?
Problem internetowych koniunkturalistów: separować, olewać, nie czytać. Dość już pogadanek o tym, jak przechytrzyć lewacką prasę i parszywe telewizje. Dość gadania, że niby to nie wolno stwarzać okazji do prowokacji – agenciaki jeśli będą chciały to sprowokują cygańskie wesele, nie wiecie o tym? A jeśli nie trafią przypadkiem na takie – to sami je zmajstrują. Po czym sami się połapią, spałują, sfilmują, pozamykają na parę chwil i napiszą wstrząsający raport: wykrywalność wzrosła o 100 procent! Tymczasem Polak ma prawo legalnie wyjść na ulicę, bo to są jego święta, jego ulice i jego Ojczyzna!
Fot. Mufti Turbanator
sobota, 12 listopada 2011
Destruktorzy czy dywersanci II?
Odcinek pierwszy tych dywagacji zamieściłem niedawno, łatwo go znaleźć. I napisałem tam: „…do boju ruszyły „Zjednoczone Siły Rozsądku i Przebiegłości”. W Nowym Ekranie możemy oto przeczytać, że Marsz to impreza lokalna o niezwykle małym zasięgu. Jego uczestnicy w majestacie prawa dostaną lanie od pedałów i Niemców…”. Jak łatwo się domyślić polemizowałem z tekstem Coryllusa. Podtrzymuję zarzuty. A nawet je zwielokrotniam.
Z mojego arbitralnego rozeznania wynika, że to rzekomo lokalne święto zdołało zgromadzić nie mniej, jak 40 tysięcy osób. Konia z rzędem temu, który w ostatnich latach zgromadził większą publikę! I choć organizatorzy podjęli ogromny trud niekoniecznie właściwie ulokowany – to rzecz cała udała się, ponieważ wiara przyszła, bo chciała przyjść. Dokładnie tego właśnie dnia, w listopadzie, a nie w sierpniu czy lipcu. Utopistom i prostym idiotom jeszcze raz polecam pod rozwagę: jeżeli nie wiecie co powiedzieć w przedmiocie pozycjonowania świąt narodowych to uprzejmie was powiadamiam, że zajęły się tym już inne siły. Dawno temu. Wam pozostaje już tylko nie „pyszczyć” po próżnicy.
Inna ważna rzecz: dawno nie widziałem tylu ludzi młodych! Marsz składał się głównie z młodych, pozostałe przedziały wiekowe były li tylko tłem. Dzieje się coś, o czym przeciwnicy nie pomyśleli – patriotyzm i pro-polskie manifestowane uczucia rozlewają się tam, gdzie chciano do tej pory widzieć wyłącznie kiboli, stadionowych chuliganów, zadymiarzy. Nic na to nie poradzicie, salonowcy i marni zaklinacze realiów. Możecie wysyłać do medialnego boju Blumsztajnów i licho wie kogo jeszcze – jednak nie mają boskiej siły stwarzania światów. Przeto żyjecie w ułudzie i fikcji, co mam nadzieję odbije wam się ponura czkawką. Właściwie już wam się zaczęło czkać…
Niemcy… Jeden z filmików, zresztą autorstwa ekipy TV Nowego Ekranu i tamże wyemitowany pokazuje jak uzbrojeni w pały i zamaskowani Teutoni spieprzają do kawiarni Nowy Wspaniały Świat. Najwyraźniej ktoś ich „zrobił w bambuko” i nie poinformował do końca z czym w Warszawie mogą się spotkać. Czy wybili przedtem choć jedną szybę? Nie wiem, nie jestem zainteresowany skuteczną ich działalnością, moim zdaniem Helmutów należało wyłapać co do sztuki już na rogatkach, zaraz po wjeździe do miasta. No ale widać komuś byli potrzebni – pewnie po to, by zrealizować z góry podjęty plan…
Prowokacje. Wieczorne wydania dzienników TV wszelkiej maści kłamliwych szczekaczek pełne fotek płonącego samochodu TVN. To zresztą dziwna sprawa, Nowy Ekran pokazuje, że rzekomi ”manifestanci” zdołali najpierw dotrzeć do odsuwanych drzwi bocznych samochodu, czyli tam, gdzie winna znajdować się najcenniejsza aparatura transmisyjna. I proszę sobie wyobrazić, że w ogóle ich to nie zainteresowało! Jakby zlecenie było precyzyjne: podpalić przedział kierowcy! No to podpalili… Pełen spontan, prawda? I gdyby nie inne źródła informacji, choćby te NowoEkranowe, w świat poszła by mocno chroma wieść, że to szaleni i rozmodleni staruszkowie. Albo inni faszyści… A to proszę Państwa klasyczni prowokatorzy. Choć przyznaję, że nie mieli napisane na ubraniach „Menda”…
Dalej to ja mam już dość nazywanie mnie faszystą. Zwłaszcza, że wycierają sobie mną mordy ludzie, którym w te mordy miałbym ochotę wyłącznie napluć. Szedłem grzecznie, nie rzucałem kamieniami, nie nawoływałem do żadnej zbrodni, uśmiechałem się do innych, bo i oni uśmiechali się do mnie. To jest do jasnej cholery faszyzm? W takim razie proszę propagandystów kolportujących podobne ploty, by natychmiast zaczęli się leczyć. Może jeszcze jest szansa choćby na zatrzymanie postępującego zidiocenia…
Później rozmowa, że jednak źle się stało, że to zniszczenia i dewastacja. To w połowie prawda. Zawsze boli mnie trochę serce, gdy widzę płonący samochód, moją manię motoryzacyjną oczywiście znają Państwo, nie muszę jak sądzę niczego dalej tłumaczyć. Nikt jednak w tym zamęcie nie zauważył faktu, iż publicznie pokazano ludziom, że TAK TEŻ MOŻNA. Że gniew może być kulawo, bo kulawo, ale jednak ekstremalnie wyrażony. Autor tej prowokacji zdaje się źle obliczył jej efekt. Mówi się trudno – nie jestem ucieszony, gdy takim dupkom się wiedzie.
Napisałem w poprzednim tekście „…Nie chodzi o to, by się nie bać. Chodzi o to, by strach przełamać…” Osobiście uczestniczyłem we wczorajszym Marszu. Szedłem wewnątrz kolumny, na jej obrzeżach, rozmawiałem z wieloma osobami. Było karnie w sensie formowania pewnego szyku, było uprzejmie i było CAŁKOWICIE BEZPIECZNIE. Szli ludzie młodzi, starsi, szły dzieci, wyżej napisałem, że przewaga młodości była znakomicie widoczna. To PRAWDA. Nie miałem czego przełamywać, a strachu to już w ogóle…
Czy zatem mamy czekać, aż przekaziory oprzytomnieją i zaczną łaskawie sprawozdawać prawdę? Bo to zdaje się sugerować w kolejnym tekście Coryllus. Tekst poświęcony imprezie, na której autora rzecz jasna nie było. Bo może gdyby zechciał swoją ulubioną „elektryczną kolejką ruszyć tyłek z podwarszawskiego gniazda” – zeznawał by inaczej? Nie wiem. Pewien natomiast jestem tego, że idąc ze znanymi sobie ludźmi, choćby i z dziećmi – nie poczuł by ani razu żadnego zagrożenia. Jeżeli zatem dzisiaj lub jutro przełamując tradycyjne milczenie odpowie mi, że powinienem czytać ze zrozumieniem (jak odpowiada WIĘKSZOŚCI OPONENTÓW) odpalę, że parę rzeczy rozumiałem wcześniej od niego, na tych lekcjach bywałem ile trzeba, a z drugiej strony demencja starcza jeszcze mnie nie dopadła. Na lipiec czy sierpień niczego przenosić NIE WOLNO: tradycja to też wartość!
M.Z.
Foto: MUFTI TURBANATOR
poniedziałek, 7 listopada 2011
Kapral Dorn podżega do wojny?
Zaczęło się od wpisu w Salonie24 pt. „ATAK RAKIETOWY POTRZEBNY OD ZARAZ”. Szalony sam z siebie czy po testowaniu napitku z szalejem? To jest pytanie, które po lekturze tytułu nasuwa się jako pierwsze. Po pierwszym czytaniu całości wrażenie mija. W jakimś sensie to chłodna analiza tego, co zrobić można, a co zrobić się zdaniem Dorna powinno. Niestety po drugim czytaniu wraca sztywność włosów zjeżonych kompletnie i w całości – z innego powodu. Więc o życiu ludzkim można tak rozmawiać? Tak miliony przesuwać, gubić w atomowej pożodze i zamieniać w popiół?
Początek godny Hitchcocka: „…Iran bliski jest realizacji swojego programu atomowego, a Izrael ze wsparciem USA i Wlk. Brytanii poważnie rozważa prewencyjne powietrzne i rakietowe uderzenie na Iran, niczyjej uwagi w Polsce, jak mi się zdaje, nie przyciągają. Najzupełniej niesłusznie. W polskim interesie jest, by prewencyjne uderzenia na Iran nastąpiło raczej szybciej niż później. A poniżej krótkie uzasadnienie tej opinii, która dla miłujących pokój Polaków może się wydawać szokująca…”
I uzasadnienie tej paraliżującej teorii: byłem w Komisji Zdrowia, przeniosłem się do Obrony Narodowej, doszedłem do wniosku… Lubi szokować, prawda? Z tematyki leczenia do tematyki zabijania. Rozwój czy uwstecznienie? Zostawmy, nie jestem psychiatrą, żaden mój wniosek nie nabędzie siły poważnej diagnozy. Znajduje się tu wszakże element, na który szczególnie jestem uczulony – reminiscencja z lat ponoć minionych, czyli z lat komuny. Podpadnięty poseł czy minister nie bał się definitywnego oderżnięcia tyłka od stołka. Obowiązywała przecież zasada, że gdy się spieprzy turystykę, to idzie do przemysłu węglowego. Porażka tamże – i do handlu detalicznego. Nie udało się: dramat, pozostała już tylko placówka zagraniczna. Może jakaś ambasada, może biuro handlowe… W każdym razie krzyż pluszowy, a i zesłanie dobrze płatne. Wicie-rozumicie: wrócicie jak przyschnie. I wracali. Podobnie jak Dorn, oficjalnie żywcem pogrzebany – wraca uprzednio „dochodząc do wniosków”. Skąd ten pozornie szczwany sześćdziesięciolatek tak dobrze to zna? Zgłupiał czy gra na całego? Źle czy dobrze byle po nazwisku? A może to po prostu takie sowieckie rozpoznanie bojem?
„…Pokój na Dalekim Wschodzie niebezpiecznie przypomina pokój w Europie przed 1914 rokiem. Nie sądzę jednak ( i tu znów nie jestem osamotniony), by do takiego konfliktu doszło w czasie krótszym niż 10-15 lat. Inaczej rzecz się ma z zarzewiem wojny, którym jest atomowy program irański. To kwestia roku, dwóch, najdalej pięciu lat…”
Diagnoza jak diagnoza. Czytałem mądrzejsze i znam głupsze. Ta jednak jest wyjątkowa. Zbudowano bowiem na niej kompletne dalsze dywagacje, co rusz przetykane opiniami właściwie skądś znanymi: „…Izrael musi dokonać uderzenia prewencyjnego… USA muszą go wesprzeć – to także rzecz oczywista…”. Skąd pan to wie, panie Ludwiku? Nie widzi pan co się tam, w tej Ameryce właśnie wyprawia? Kowboje mają dosyć. Indianie też. Latynosi mają dosyć. Wszelkie inne mniejszości, prócz rzecz jasna tej wybranej – też mają dosyć. Właściwie pies czuje się zmęczony – ogon zbyt intensywnie nim machał w ostatnich latach. A przy okazji kradł ile wlezie, oszukiwał i doprowadził do dramatów w setkach tysięcy rodzin pozbawionych dachu nad głową. Myśli pan, że z nudów pojadą do Teheranu? Amerykańskie babcie też?
No i Polska, ta ziemia jakże według Dorna spragniona jego jasnej wizji i krystalicznego dążenia. Dlaczego Polacy powinni sobie życzyć szybkiego uderzenia na Iran? Słuchajcie ludkowie: bo tak Dornowi wyszło na bazie diabolicznego myślenia o przebiegłości, jaką należy zaszczepić ludziom i polskiemu rządowi! Mówi wprost: „…jak mawiali starożytni Grecy, „Ateny wzywaj, ale i głową ruszaj”. Polska powinna wysłać jasny sygnał, że jest za jak najszybszym prewencyjnym uderzeniem na Iran i tak będzie działać w polityce międzynarodowej. Powinna też dać jasno do zrozumienia, że będzie przeciwna prewencyjnemu uderzeniu na Iran, jeśli nastąpi ono po przekroczeniu „masy krytycznej” wspieranego przez Niemcy i Francję procesu modernizacji sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej…”
Pyszne, prawda? Ale cokolwiek byście nie powiedzieli – przede wszystkim koszerne. Tak, polityka jest także sztuką udawania, stwarzania pozorów. Tym razem jednak w swojej propozycji Dorn przebija nieboszczyka Schopenhauera tak z pięć długości. Dzisiaj macie zachwycać się tym – jutro wrzeszczeć na to BE! Już wiecie dlaczego. A jeśli nie wiecie – to morda w kubeł. Talmudyczne myślenie i erystyczna interpretacja… Brawo! Osiągnięcie genetyki: k…wa skrzyżowana z helikopterem, lata w miasto!
Jest tam jeszcze parę uwag o polskiej przestrzeni powietrznej. Nie warto czytać – nawet puszczające latawce dzieci mają w tej materii więcej do powiedzenia. Zdaje mi się zresztą, że to w ogóle nie o to chodzi. Miał autor puścić głośnego bąka i zbadać co zgromadzeni na to – rozkaz wykonał. Smród jak się patrzy! I w tym smrodzie porażająca dezynwoltura: i co z tego, że zginą miliony ludzi? I co po tym, że doradca każe Polakom pakować się we wstrętną moralnie aferę bez sensu dzisiaj – fizycznie może jutro? „…Polska obrona powietrzna i przeciwrakietowa prawie nie istnieje (poza 48 F-16). A to oznacza, że nie będziemy w stanie skutecznie przeciwstawić się naruszaniu naszej przestrzeni powietrznej…”
Na Salonie24 sporo komentarzy. Wymienisz element pochodzenia autora wpisu – ban. Powiesz coś o talmudycznym myśleniu – wynocha. Ktoś tam nieśmiało napomina, że te słynne polskie F-16 żeby nie wiem jak się starały - przed rakietami Iskander rozmieszczonymi pod Kaliningradem i tak nikogo nie obronią. Ban! Wije się i kręci były pan słynnej Saby jak rozdeptywana dżdżownica. Mamy wierzyć: trzeba napaść na Iran, bo wkrótce każą nam chodzić w turbanach. Przylecą niedobrzy na latających perskich dywanach – i zniewolą do imentu. Gewałt, gewałt!
Klasa polityczna… Tak, taką mamy i z jej pomysłami musimy się liczyć. Efekciarstwo w gruncie rzecz służące ośmieszaniu śmiałego myślenia, badanie co na banialukę ludzie powiedzą, może jest gdzieś jakaś szczelina, w którą niezagospodarowany „trzeci bliźniak (tak go naprawdę kiedyś nazywano!) odkryje i zechce się wcisnąć. Jeden z blogerów w swoim komentarzu już w Nowym Ekranie wspomina o „Szpitalu na peryferiach” i doktorze Sztrosmajerze. Czy masz Szanowny na myśli uwagę o głupocie, gołębicy i fruwaniu?
M.Z.
wtorek, 1 listopada 2011
Czy godzi pytac się o cuda?
Polski samolot, awaryjne lądowanie, w pierwszej fazie peany pochwalne na cześć służb naziemnych. A potem wstrząsająca dla tych, którzy potrafią patrzeć, migawka: mistrz pilotażu w akcji. Lądowanie jak w książce dla grzecznych dziewczynek, wspaniałe, pokazowe. Będą już zawsze pokazywać w szkołach pilotażu na całym świecie. Ten człowiek OSOBIŚCIE URATOWAŁ ŻYCIE PONAD DWÓCH SETEK LUDZI!
Ale nadchodzi i refleksja, wraz z napływającymi informacjami:
.”… zastanawiam się tylko dlaczego nie wyszły wszystkie golenie podwozia. Ten typ samolotu wyposażony jest w dwa systemy hydrauliczne oraz jeden system pneumatyczny wykorzystywany w przypadku awarii. Taka sytuacja zdarza się niezwykle rzadko…”. To Jakub Cichocki, kapitan Boeinga 737-800 linii Ryanair. Dodatek mój: w chwili awaryjnego lądowania ŻADNA goleń podwozia nie była wychylona. I słusznie, tak właśnie robi się podczas siadania na brzuchu. Widzieliśmy tylko wysunięte klapy, zwiększenie siły nośnej płata, mniejsza prędkość podejścia do lądowania. Zaś w akcji działający ster kierunku. Nie pozwolił maszynie zejść z pasa. Ktoś to wszystko trzymał pewną ręką.
I później: awaria centralnego systemu hydraulicznego zgłaszana pół godziny po starcie z amerykańskiego Newark. Do powrotu pewnie 400 kilometrów. Do Polski kilka tysięcy. Co powoduje, że tak doświadczony pilot decyduje się na lot nad Atlantykiem w sytuacji, w której w każdej chwili może stracić sterowność? Wszak centralny układ hydrauliczny to także stery… A może nie? Może w tym modelu maszyny co innego zasila podwozie i klapy, co innego ster wysokości i kierunku?
Ja, profan trochę tylko zorientowany mam dwa pytania:
1. Co spowodowało, że pilot wiedząc o usterce i meldując o niej amerykańskiej kontroli naziemnej zdecydował się pokonać Atlantyk?
2. Kiedy poznamy PEŁNĄ LISTĘ PASAŻERÓW?
Bo cuda proszę Państwa zdarzają się niezmiernie rzadko. A za lotniczymi cudami stoją ostatnio zdaje się ludzie, prawda?
M.Z.
Fot. Peter Andrews Reuters
Oczywistości – wersja dla dorosłych
W obieg weszła rozmowa o politykach i dziennikarzach – nie rozwiążą ani nie objaśnią żadnego naszego problemu, ponieważ sami dla siebie i otoczenia są największym problemem. Myśl jest tak porażająco prosta, że leży na środku stołu od lat – ale nikt nie chce jej zauważyć. Dowód? Proszę bardzo: niemiecka ekipa ekspedycyjna, która ma rozganiać legalną polską demonstrację związaną z radością odzyskania niepodległości kilkadziesiąt lat wcześniej.
Szef każdej szanującej się opozycji natychmiast zwołał by konferencję prasową i powiedział: mamy dość szczucia na nas sąsiadów, rozgłaszamy na cały świat, że polski rząd przyzwala na istnienie i funkcjonowanie organizacji, które domagają się obcej interwencji w wewnętrzne sprawy dumnego narodu.
Niestety nic takiego nie nastąpiło i nie nastąpi. Geniusz szefa opozycji okazał się szatami króla – nie ma go jak nie było królewskich majtek, nie istnieje, bo najpewniej nigdy nie istniał. Szef opozycji zachował się jak zwykły dupek. Usłużni żurnaliści twierdzą natomiast, że pod brakiem tego głosu kryje się głębia przemyśleń i postanowień powodujących milczenie. Nie wiem dlaczego, ale natychmiast przypomina mi się radziecki dowcip drukowany w Krokodylu: na brzegu głębokiego, ale prawie pustego basenu stoi facet. Krzyczy do kolegi prężącego się kilkadziesiąt metrów wyżej na wieży do skoków: skacz, nie bój się, tu płytko! Twierdzę zatem, że obydwie wzmiankowane grupy są już takim problemem dla siebie i innych, iż pora powiedzieć wszystkim: panom już dziękujemy, autostrady czekają, do łopat!
Mam już dość słuchania o geniuszu tego pana, jego kłopotach z wewnętrzną opozycją utożsamianą przez pewnego młodego prawnika o wyglądzie rasowego kujona i onanisty. A propos: ile jeszcze lat ten rzekomo opozycyjny picuś-glancuś „będzie robił” za młodego? Nie czas wyrosnąć z krótkich majtek? Nie pora na powiedzenie sobie, że zajmowanie się tą szkolnie śmieszną postacią odwraca uwagę od rzeczy i zjawisk o niepomiernie większej skali?
Wiewiórki… Albo jak kto woli krety. Źle napisano podanie do Bufetowej o zezwolenie na zgromadzenie. Jakiś dureń-maturzysta popełnił podobno kilka błędów, w tym ortograficzne. No to ja bym gnoja wziął za wsiarz i wywalił na zbitą mordę! Natychmiast! Ale jest też inny aspekt tego zjawiska. Da się sformułować w pytaniu: ilu jeszcze agentów i destruktorów pracuje po prawej stronie sceny? Jak często będziemy chodzić na barykady podejrzewając, iż nasi dowódcy są oszustami? I dlaczego w ogóle mamy dłużej tolerować agenturę – widząc jak przebrana w słuszne stroje destabilizuje, osłabia i czyni powolniejszym wszystko?
Recepty: natychmiastowa delegalizacja i penalizacja organizacji, której choćby jeden członek uczestniczył w atakowaniu legalnego marszu. Aresztować i zutylizować nakład każdej gazety, która ośmieli się pochwalić agresję na Polaków, wspomagać ją, uzasadniać. Wszyscy agresywni, przyjezdni do nas na 11 listopada Niemcy do pierdla, podobno lubią męsko-męskie sztuki, więzienna wiara ucieszy się z takiego prezentu – a jako wiernemu elektoratowi PO coś im się należy, prawda? Tu jednak UWAGA: "antyfaszysta roku", kameruński "poeta rewolucyjny" Simon Mol okazał się osobnikiem zarażającym wirusem HIV. Przez co nie ma żadnej pewności, że inni "antyfaszyści, zwłaszcza ci sprowadzani i promowani przez stowarzyszenie "Nigdy Więcej" nie mają podobnie.
M.Z.
niedziela, 16 października 2011
LOGIKA LAWIN
Porobiło się w ostatnim czasie tak, że po okresie bezruchu ruszyła mała lawinka zdarzeń, by zaraz po niej mogła się pojawić większa. Oczywiście nie mówię tu w zakamuflowanej formie o wygranej w totolotka, jak wiadomo nie jest to możliwe, choć naiwni i pełni bezpodstawnej wiary twierdzą inaczej. Mówię bardziej o cyklu spotkań i rozmów, jakie odbyłem i jakie są jeszcze przede mną, choćby jutro. Wynika z nich kilka ustaleń, zrazu wydały mi się dziwne, później już nie tak bardzo. Ale opowiem po kolei…
W Nowym Jorku jak wiadomo pojawiły się spore grupy młodych ludzi, którzy mówią coś, co jeszcze nie tak dawno w ogóle Amerykanom nie mieściło się w głowach: a mianowicie, że bankierzy oszukują, nadto zachowują się jak naziści, przez co lud trzeszczy niczym lód w styczniu czy lutym, gdy zima sroga i końca jej nie widać. Manifestacje na Wall Street, czyli głównej siedzibie bankierskich i giełdowych grandziarzy usunięto z ulicy siłą i podstępem, niestety wieść jak to wieść, rozeszła się lotem błyskawicy po świecie. I o dziwo znalazła nawet swych współwyznawców w spokojnej krainie nad Wisłą. Niedawno podobną manifestację zorganizowano też w Warszawie, jesienne wróble ćwierkają, że stało się tak za podpuszczeniem pewnej sporej gazety. Miałem okazję rozmawiać – skoro już od wspomnienia rozmów zacząłem – z jednym z uczestników owej manifestacji. I młody człowiek powiedział ni mniej ni więcej to, że wszystko zorganizowane było wzorowo, nieznani sprawcy przygotowali stosowne transparenty, a szeptana wieść wnosiła, że w Polsce bankierów napadać raczej nie należy, w końcu rodzice młodych ludzi mają tyle kredytów, że już postawienie choćby jednego z nich w stan natychmiastowej wymagalności przyniesie demonstrantom więcej szkody, niż pożytku. Napadnięto zatem pracodawców. Że niby wolą umowy czasowe, a nie stałe, a w ogóle przed młodymi nie rozpościerają wizji świetlanej i bezkonfliktowej przyszłości. Nijak mój rozmówca nie mógł pojąć, że w naturze istnieje coś takiego, jak następstwo rzeczy i zdarzeń. I z niego wynika otóż, że najpierw rodzice manifestantów zmajstrowali kiepskie prawa, potem przedsiębiorcy starali się do nich dostosować, w efekcie jest co jest, zatem naprawę należy owszem, zacząć, tyle że nie od tego końca.
A cwany młodzian mi na to, że w niuanse finansowe to on się wtrącał nie będzie, pieniądz jak wiadomo jest towarem, procenty mnożyć trzeba – zatem o te zmiany to niechaj martwi się inna demonstracja. Im kazano co kazano – i oni to wykonali.
Ciekawe, prawda? Mnie nie dziwi o tyle, że trochę już żyję, to i owo pamiętam, więc metoda robienia sztucznego zamętu i precyzyjnie sterowanych demonstracji nie jest dla mnie czymś kompletnie nowym. Przeciwnie: coś przypomina i daję słowo, że nie były to jasne czasy. To właśnie dlatego od wielu lat stanowczo odmawiam zapisywania się do tworzonych internetowo tajnych oddziałów partyzanckich, grup oporu i grup poszukiwaczy sprzeczności. Za dobrze bowiem pamiętam jak to wszystko kończyło się dla ludzi, którzy jakimś przypadkiem należeli do innego plemienia, niż teoretycznie powinni należeć.
W kolejnej zaś rozmowie wrócił wspomniany przed chwilą element, czyli twierdzenie, że pieniądz jest towarem, zaś procenty to obowiązek obywatelski i moralny, dalej tych bzdetów nie ciągnę, mam inną opinię. W niej stoi jak byk, że pieniądz to nie towar, lecz miara wartości, dobrze, gdy wytworzonej, a nie zmajstrowanej tak, jak majstruje się króliki w zaciszu cylindra cyrkowego sztukmistrza. Kilka razy w czasach minionych miałem okazję pożyczać dobrym znajomym niewielkie kwoty – i zawsze stawała pomiędzy nami kwestia ile mają mi oddać. Twierdziłem, ze pożyczona stówa domaga się zwrotu w wysokości stówy. Kandydat na pożyczkobiorcę nieodmiennie zaczynał mi się uważnie przyglądać kombinując co też takiego trzymam w zanadrzu i czy przypadkiem ta stówa nie okaże się dlań czymś nieskończenie przykrym. Tłumaczyłem tedy, że są na świecie takie krainy, w których „procent” jest czymś nieznanym, ba, prawnie zakazanym – i nikt nie słyszał, by taka na przykład Arabia Saudyjska narzekała na krach finansów publicznych. „ No ale ty przecież nie jesteś Arabem czy jakimś innym antysemitą?...”
Rany boskie! Nie jestem ni jednym ni drugim! Tkwię uparcie w pewnym wyobrażeniu świata, które kiedyś mi wpojono, widzę, że sprawdza się wszędzie tam, gdzie ludzie postępują wobec siebie normalnie, może to jakiś relikt innej cywilizacji, dla mnie jak najbardziej polskiej i w żadnym wypadku nie „anty”. „A po wtóre nie pożyczę ci już tej stówy – przez automatyczne twierdzenie, iż Arab to od razu antysemita, zaś ja głupszy od obu. Won gnoju!”
No a jutro kolejne rozmowy, w jednej z nich z całą pewnością stanie problem co lepsze i dla kogo: umowa o dzieło czy umowa-zlecenie. Obawiam się, że wybór będę miał niewielki.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








