piątek, 29 października 2010

Czy uda nam się?

Pytanie dotyczy kwestii, która nie tak dawno jeszcze spędzała sen z powiek wielu sąsiadom: czy i kiedy uda się wykupić nasze mieszkania? Kandydaci na prezydenta Warszawy widzą to różnie, niektórzy udają, że problemu w ogóle nie ma. Jedynie Czesław Bielecki stawia sprawę jasno. Poniższy tekst przywołuję za Polską Agencją Prasową

"...Szybciej i bardziej prywatnie

Pytany o główne punkty swojego programu (Czesław Bielecki - przyp. aut) powiedział, że jeśli zostanie prezydentem stolicy, przyspieszy podejmowanie decyzji administracyjnych, poprawi funkcjonowanie transportu publicznego, rozwiąże problem korków i zakończy budowę obwodnicy śródmiejskiej "nieruszonej prawie przez tę kadencję". Kandydat na prezydenta zwrócił uwagę, że przy rosnącym zainteresowaniu inwestorów przewlekłość i nieprzewidywalność procedur uderza w rozwój miasta. Jako kolejny punkt swojego programu wymienił uporządkowanie własności w Warszawie. - Bez sprzedania lokali komunalnych, usługowych nie ma co liczyć na to, że ktoś w nie będzie inwestował. To postulat prywatnych przedsiębiorców - zaznaczył. - To jest też różnica między Wrocławiem czy Krakowem a Warszawą. Tam wygląd sklepów, ulic jest zupełnie inny niż tu tylko dlatego, że tam miasto nie jest jednocześnie zarządcą i graczem na rynku. Chcę lokalnie rozwiązać - nie mnożąc krzywd i niesprawiedliwości - ten trudny problem. Utworzymy Warszawski Fundusz Reprywatyzacyjny, nad koncepcją którego pracują już eksperci - powiedział. Dodał, że powinny wreszcie ruszyć prace budowlane, by zagospodarować teren wokół Pałacu Kultury i Nauki. - Po 20 latach wolnej Polski w centrum stolicy mamy dziurę. Nie powstał parking podziemny w tym miejscu, nie rozpoczęła się budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej - wyliczał Bielecki..."

Pozostaje jedynie zapytać kandydata na prezydenta: kto z prawem pierwokupu i jakie będą ulgi statutowo zawarte w dotychczasowej praktyce. Jasno, Panie Kandydacie na Prezydenta! Jasno i wprost!

środa, 20 października 2010

Rynek nieruchomości - a jednak coś pękło

Odkąd sprowadziłem się do naszego domu niemal dziesięć lat temu słyszę nieustannie, że dostąpiłem nieba. Powiem szczerze, że na początku i mnie się tak wydawało. Później na ogół człek mądrzeje i zaczyna zauważać mankamenty. Tak, leżały na wierzchu, ale z jakichś nieznanych powodów nie chcieliśmy ich widzieć. A gdy już zobaczyliśmy - było za późno, każdy jakoś tam życie sobie urządził i adres z NOWEGO stał się STAŁYM. Tak czy siak nadal wiele osób utrzymuje, że mamy szczęście. Nie uważam tak. A już na pewno nie uważam, iżby wszystko mogło i miało drożeć. Bo w budownictwie NIE DROŻEJE! ZAWALIŁO SIĘ!! Dzisiaj pozwolę sobie przywołać tekst autora podpisującego się w internetowym Salonie24 jako T-rex. Polecam! I nie zniechęcajcie się wstępna deklaracją, że mówi wyłącznie o własnych wrażeniach. Dalej są konkrety, konkretne sumy.

Ceny nieruchomości zaczynają spadać
Zaczęło się. Ostra jazda w dół. Z górki na pazurki.

Notka ta nie będzie poparta żadnymi weryfikowalnymi analizami ekonomicznymi, lecz jedynie moimi subiektywnymi spostrzeżeniami, więc proszę o to, aby osoby kwestionujące moje obserwacje z perspektywy rzeczoznawców, darowały sobie tanią krytykę.

Notka ta jest subiektywną obserwacją bardzo wyraźnie pojawiającego się trendu, i tak ją należy postrzegać. A niebawem, najwcześniej za pół roku, w branżowych czasopismach poświęconych tematyce nieruchomości pojawią się nieśmiałe aluzje sugerujące zjawisko, które właśnie się rozpoczyna. Następnie, po kolejnych kilku miesiącach, w uznanych periodykach biznesowych pojawią się pierwsze poparte głośnymi nazwiskami analizy potwierdzające zaobserwowaną przeze mnie tendencję. I dopiero gdy przeciętny Kowalski „czarno na białym” zapozna się z tymi analizami, nastąpi WIELKI KRACH.

Jednak dla prawdziwego trendsettera,a przede wszystkim dla osób sprzedających mieszkanie, wtedy już będzie za późno na analizę. Dlatego ogłaszam wszem i wobec: Trend spadkowy właśnie się rozpoczął.

Przypomnijmy fakty:

W latach 2006-2009, po wejściu do UE, mieliśmy do czynienia z niespotykaną w innych krajach Europy progresją cen nieruchomości (wzrost o około 100-130%, w zależności od lokalizacji). Często nie miało to żadnego uzasadnienia w jakości (ceny mieszkań z wielkiej płyty w Warszawie wzrosły z 3 do 7 tys. za m2!!).

Tematyką tą zajmuję się bardzo intensywnie, gdyż problem wzrostu cen w ostatnich latach bardzo mnie zaintrygował, głównie z powodów praktycznych: wymusił on na mnie, osobie programowo niechętnej wszelkim formom kredytowania, pewną „ciasnotę" mieszkaniową i odsunięcia w czasie nabycia za zaoszczędzone środki czegoś większego.

Mało kto uświadamia sobie skalę problemu, ale w latach 2007-2009 (szczyt boomu mieszkaniowego) jako naród zbiednieliśmy o połowę. Dlaczego? Ano dlatego, iż w interesie społeczeństwa leży zwiększanie siły nabywczej rodziny i finansowa dostępność powierzchni mieszkaniowej, natomiast wysokie ceny nieruchomości stanowią skuteczną zaporę ku temu.

Próbowano wprawdzie wmawiać nam, że staliśmy się o połowę bogatsi, co jednak jest blefem, gdyż mieszkanie (dom) to dobro podstawowe, niezbędne do normalnego funkcjonowania rodziny, a o bogactwie stanowi materialna dostępność dóbr podstawowych, a nie to, co możemy uzyskać w razie ich zbycia. Mówiąc prostymi słowy: i tak musimy gdzieś mieszkać, więc bez znaczenia jest, czy domy są dostępne za darmo, czy za milion. I tak ten dom musimy mieć. Natomiast gdyby domy były tanie, to środki zaoszczędzone przeznaczalibyśmy na urlopy, wyjazdy, wygody itp.

Sygnalizowałem zagadnienie już rok temu:

http://t-rex.salon24.pl/110757,senyszyn-w-hidefinition-czyli-zbiednielismy-o-polowe

W ostatnim czasie poszukuję dość intensywnie domu w okolicach podmiejskich (ceny domów na terenie dużych miast są kosmiczne, a ich standard w większości przypadków pozostawia bardzo wiele do życzenia, nowych domów z cegły nikt przecież nie sprzedaje) lub mieszkania nieco większego od tego, w którym obecnie zamieszkuję.

Przeprowadziłem więc w ostatnim półroczu w Warszawie i okolicach wiele rozmów z pośrednikami i bezpośrednio z właścicielami nieruchomości. Podobne rozmowy przeprowadzałem także przed 7 laty, gdy kupowałem moje pierwsze własne M3. Ponieważ jestem osobą dość aktywną zawodowo i nie mam zbyt wiele czasu na osobiste wyszukiwanie ofert, zagryzam mocno dolną wargę i korzystam z usług pośredników.

Siedem lat temu czułem się, jakbym był pariasem.

Mało który ze sprzedających był skłonny do jakiejkolwiek poważniejszej negocjacji cenowej, a niemal nikt z pośredników nie schodził z zwyczajowej prowizji 2,9%. Tylko dzięki mojemu zdecydowaniu udało mi się przeforsować nieco niższą prowizję, 2,6%. Jednak z uwagi na moją nadmierną skłonność do negocjacji dwa lub trzy mieszkania po prostu mi uciekły - inni kupujący byli szybsi, chętniej wyskakiwali z gotówki, więc po prostu musiałem obejść się smaczkiem. Gdy to zrozumiałem, przy następnej okazji sam szybko dobiłem transakcji i kupiłem pierwsze w miarę udane lokum. Dzięki temu udało mi się załapać na własne mieszkanie przed wzrostem cen nieruchomości, bo gdybym miał teraz zaczynać, musiałbym mieszkać z dziećmi chyba w kawalerce.

Obecnie rozmowę zaczynam od negocjowania prowizji. Mówię na wstępie, że maksymalna prowizja dla agenta, którą jestem w stanie uiścić, to 1,5%, i większość agencji to akceptuje. Dopiero po podpisaniu świstka, w którym czarno na biało stoi, ile mam zapłacić pośrednikom, idę oglądać lokal.

I co napotykam???

Właścicieli, którzy dopytują się agentów, dlaczego w tym tygodniu mieszkanie oglądał tylko jeden klient, a w poprzednim tylko dwóch? Agentów, którzy nie wiedzą, co na to odpowiedzieć. Widzę niemal nachalne pytania sprzedających, czy będę zainteresowany, czy też nie. Zachowują się, jakby mieli towar, który muszą koniecznie sprzedać, a na który nie ma chętnego.

W rozmowie ze mną sami właściciele (co 7 lat temu absolutnie ani raz się nie zdarzyło!!!) już na wstępie sugerują swoją skłonność do negocjacji. Pośrednicy kilka razy na boku zasugerowali mi, że dane mieszkanie sprzeda się i o 20% taniej, bo klient jest zdesperowany.

Oglądam mieszkania, które nie sprzedają się przez kilka miesięcy, a których cena została obniżona po raz trzeci. I choć na razie zmiany cen ofertowych są raczej kosmetyczne (obniżanie ceny ofertowej o 1-2%), to stanowią dowód na to, iż rynek znajduje się w fazie stagnacji.

Każdy zna zasadę, iż ceny transakcyjne są z reguły o 10% niższe, niż ofertowe. Przedwczoraj jeden z pośredników wyznał mi, przy okazji oglądania pewnego dość atrakcyjnego lokum, iż klient musi sprzedać to mieszkanie w tym miesiącu, bo go umowa przedwstępna ciśnie, więc mogę ostro negocjować. Sugestia agenta: „Niech pan zaproponuje cenę niższą o 30%”. Nie wiem, jak to ma się z lojalnością agenta, ale to nie moja rzecz.

Gdy odpowiedziałem, że i tak nie będę zainteresowany tym lokum (zbyt mały balkon), agent ten zaczął żalić mi się, że coraz bardziej zaczyna mieć dość swojej pracy, bo zdecydowana większość „oglądających” w ogóle nie rozpoczyna negocjacji. Oznacza to, iż oferta rynkowa jest po prostu bardzo mało atrakcyjna. O ile w roku 2000-2006 pośrednicy zatrudniali kogokolwiek, kto latałby po osiedlach i pokazywałby klientom mieszkania, o tyle obecnie agencje nieruchomości pozwalniały zdecydowaną większość pracowników, a wizyty w lokalach stają się o wiele rzadsze, niż dawniej. Często pośrednik z uprawnieniami osobiście pokazuje mieszkanie klientowi, bo nie stać go na szeregowych pracowników. I tylko dziwi mnie, jak radzą sobie niektóre duże agencje, których wystrój lokali przypomina pałace, a nie zwykłe lokale usługowe.
Bo faktu, że prywatny lekarz-specjalista niekiedy przyjmuje w naprawdę skromnie wyposażonym gabinecie, a agenci nieruchomości - w pałacach, jakoś trudno mi pojąć.

Drugą stroną medalu jest stagnacja na rynku pracy. Osoby zwalniane z pracy nie wchodzą zbyt łatwo na rynek, a jeżeli już, to ich zarobki raczej spadają. Oznacza to trudności ze spłatą kredytu. Coraz częściej małżeństwa decydują się na sprzedaż mieszkania nabytego za wyśrubowany do granic możliwości kredyt lub jego zamianę na nieco mniejsze, by nie pracować tylko dla banku, ale by mieć choć trochę pieniądza dla siebie.
Ale wróćmy do nieruchomości.
Na rynku mieszkaniowym po prostu czuć NIEPOKÓJ. Mieszkania NIE SPRZEDAJĄ SIĘ całymi miesiącami.

Oczywiście krach następuje zawsze z pewnym opóźnieniem, gdyż przez pewien czas banki tolerują nieterminowość spłat rat, a często całe rodziny pomagają młodym utrzymać się na granicy finansowej wypłacalności. Również agencje są zainteresowane utrzymaniem wysokich cen, gdyż oznacza to dla nich wysokie prowizje.

(Nawiasem radzę każdemu podjęcie próby bezpośredniego nabycia mieszkania, gdyż przy cenie 750.000 za lokum prowizja z VAT wynosiłaby około 27.000 zł, a zgodnie z zasadami przyzwoitości nie powinna być wyższa, niż dwumiesięczna płaca. Oznacza to, iż prowizje agencji są drastycznie (nawet dziesięciokrotnie!) zawyżone, a często agenci obsługują jednocześnie obie strony transakcji, co jest kuriozum na skalę światową).

Jednak ani sprzedający, ani agencje, ani nawet teściowie wspierający niekiedy w trudnościach ze spłatą rat nie są w stanie powstrzymać tego, co nieuniknione, czyli TĄPNIĘCIA CEN.

Kwestią sporną jest jedynie, kiedy to nastąp i jaki będzie zasięg korekty. Niewykluczone, że przy wzroście o 120% korekta wyniesie nawet 60% (po odliczeniu inflacji będzie to nominalnie zapewne jakieś 50%).

Okres szczytowy na rynku nieruchomości w Finlandii przypadł na rok 1989 (wzrost wyniósł 109%). Po 6 latach ceny spadły o 48%, więc korekta była naprawdę odczuwalna. W Holandii, po kilkuletniej hossie, która wywindowała ceny na niebotyczne poziomy 98%, nastąpił spadek o 50%, lecz trzeba na to było czekać aż siedem lat. We Włoszech wzrost był nieco niższy, wyniósł 84%, ale na 30%-korektę wystarczyło poczekać 4 lata.

Nie mam ani kompetencji, ani narzędzi, by prognozować moment pierwszego poważniejszego tąpnięcia. Jednak trzeba być naprawdę ślepym, by tych oczywistych symptomów przegrzania rynku nie dostrzegać.

PS. Francuski inwestor Bouygues Immobilier, który w podwarszawskim Józefosławiu wybudował przepiękne osiedle francuskich domków jednorodzinnych, świadomy tego ryzyka, w ciągu 2 lat obniżył swoje ceny z 1.000.000 PLN do 850.000 PLN za najprostszy domek jednorodzinny w zabudowie szeregowej, a domki te nadal są dostępne.
Natomiast inny zachodni deweloper z Józefosławia, z pierwotnej ceny 960.000 PLN zszedł podobno „w czeski sposób" do ceny 690.000 PLN. O czymś to chyba świadczy.

czwartek, 7 października 2010

"Anonimowemu"

Do jednego z wpisów, chodzi o ostatni, o zerowym ładunku emocjonalnym (bo pisuję i inne) otrzymałem komentarz. Mało parlamentarny - ale mniejsza, zdążyłem przywyknąć i do takich popisów chamstwa. Cham genetyczny tak ma, że kiedy już niczego nie potrafi wygenerować w ułomnej mózgownicy po prostu klnie. Nie inaczej tym razem. Cóż zrobić? Macham "Anonimowemu" ciepło łapą. Tyle możesz bratku, nie wysilaj się bardziej. A co do autorstwa maila: zależność jest tu tak oczywista, że wprost razi w oczy. Zatem: wcale nie jesteś tak anonimowy, jak chciałbyś, "Anonimowy".

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Co się dzieje?

Ostatnie "odspojenia" czyli po prostu zawalenie się tynku na klatkach schodowych usuwane były w coraz szybszym tempie. Niespełna miesiąc temu podobne zdarzenie nie tylko zostało błyskawicznie zakamuflowane wstępnie - po kilku dniach warstwę betonu spod "odspojonego" tynku zamalowano niezwykle szybko i skutecznie. Cieszyć się! - ktoś powie. W normalnej sytuacji sam bym tak powiedział. Ale doświadczenia dziesięciu bez mała lat jakie tu mieszkamy dowodzą, że nie wszystko jest takie proste, jakby się wydawało. Dzisiaj, 23 sierpnia dozorca powycinał zbędne gałęzie po drugiej stronie uliczki Abramowskiego, wokół betonowych płyt tworzących zapasowy parking. W podziemnym garażu pracował do późnych godzin wieczornych. Porządkowane są po poprzednich specjalistach wszystkie klatki schodowe. Tak normalnie, po ludzku, przez szyby widać świat.
Coś się dzieje wokół nas. Czy ktoś wie co?
M.Z.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Wali się moja panno - na łeb!

W trakcie tego upalnego lata TRZYKROTNIE spadł tynk na klatkach schodowych. Kiedyś o tym pisałem: człowiek przypadkiem przebywający pod ostrzałem dwu- trzy-kilogramowych odłamów tynku spadających z wysokości czterech metrów miałby słabe szanse ujścia ze zdrowiem. Oczywiście nikogo to nie zainteresowało, choć trzeba przyznać, że usuwanie śladów po tego typu zdarzeniach trwa dzisiaj nieporównanie krócej, a zaczyna się też szybciej. Od czasu, w którym opublikowałem pierwszy opis takich zdarzeń (bo było ich niepomiernie więcej!) wzrosły czynsze, zduszono naturalny sprzeciw lokatorów, administracja robi co chce, tyle że po cichu, więc i protestów jakby mniej. Nie załatwiona wszakże jest rzecz podstawowa: prawo własności. Czyli możliwość wykupienia naszych mieszkań.

Kiedyś (w roku2007 lub 2008) otrzymaliśmy od niejakiej Beaty Wrońskiej – Freudenheim odpowiedź na lokatorską wolę dokonania wspomnianych wykupów. W nadesłanym dokumencie znaleźliśmy niesamowicie impulsywne (wbrew pozornie uładzonym słowom) sprzeciwienie się jakiejkolwiek formie własności indywidualnej. Własność zbiorowa, z rozmytą odpowiedzialnością za rzecz czy ideę – o tak, to jest to, co naszej respondentce odpowiada jak najbardziej… Dlaczego? Jakież są powody furii, z która przecież spotykamy się nie pierwszy raz przy jakiejkolwiek próbie wspomnienia o wykupie lokali?

Własność prywatna przez wielu konserwatystów uznawana jest za ostatnie prawo o charakterze metafizycznym. Burzyło to krew zawsze i wszędzie tam, gdzie pojawił się wokół rozmowy o tym dowolnego formatu myślowy socjalista, albo jak kto woli lewak. Lewacy nienawidzą wszelkiej maści konserwatywnych dogmatów – co zresztą w najmniejszym stopniu nie przeszkadza im w taśmowym produkowaniu dogmatów własnych. Tu wszakże chodzi nie o proste odrzucenie pojęcia własności jako czegoś socjalistycznie zakazanego. Chodzi raczej o to, by prawo do zajmowanego lokalu, prawo własności, uczynić dyskusyjnym, zmiennym w czasie, zależnym od uchwały tego czy innego gremium przypadkowych osób. Wszystko ma być niepewne – jesteś grzeczny to zostajesz, rozrabiasz to wyrzucamy cię w majestacie prawa poza nawias, giń pod mostem. Własność jest i zawsze będzie dla lewactwa przeszkodą w manipulowaniu zbiorowościami – ponieważ własność jako dogmat nie podlega dyskusji.

No dobra, powie ktoś, ale własność zbiorowa jest doskonalszą formą posiadania, bardziej sprawiedliwą, bo także kontrolowaną zbiorowo, czyli społecznie. Otóż jest to wymyślona i powszechnie aplikowana za socjalizmu bzdura, niestety podstępnie powtarzana lata całe, a przez to utrwalona w podświadomości obywateli. Mało kto zastanawia się nad tym, że prywatny właściciel w żadnym wypadku nie nakazał by wylewania fundamentów takiego domu jak nasz zimą – wiedząc, że beton nawet jeśli zwiąże się, to również popęka i wpuści do wnętrza budowli wodę podskórną. Zbiorowy inwestor miał to w nosie, odpowiedzialność na tym etapie jest rozmyta jak jesienny krajobraz po pół litrze gorzały na głowę. Udało się, poszła premia za terminowe wykonanie zadania, głupek zaryzykował i kazał w równie niesprzyjających warunkach kłaść ceramikę na ściany. I tu już wyszło mu gorzej, lokatorzy połapali się, błąd trzeba było naprawić. Domyślam się, że nie czynił tego sprawca, ale kolejny niedowarzony geniusz za nie swoje pieniądze. Przy okazji paru przyjaciół królika zarobiło niezłą kasę na nieświadomości lokatorów – ale mniejsza, pewnie już zdążyli to przeputać.

Zbiorowo można głośniej krzyczeć. Zbiorowo da się zepchnąć z drogi duży kamień – choć lepszy jest spychacz. Zbiorowo natomiast nie da się trwale posiadać jednej żony i jednego mieszkania – choć w pewnym sąsiednim państwie próbowano.

M.Z.

niedziela, 4 lipca 2010

Pożytki ze spacerowania

W poprzednim tekście opisałem rodzaj „kampanii wyborczej”, jaką niektórzy prowadzili metodą nagabywania sąsiadów i sprzedawania im „znakomitego kawału politycznego”. I powiedziałem, że nie bardzo wiem, jak bronić się przed tymi koszarowymi zalotami. A teraz słuchajcie: już WIEM!! Podsłuchałem w Powsinie na spacerze.

Otóż jeden warcabista do drugiego zagaja podobnie: głosuję na Gajowego, ponieważ nie chcę, by pierwsza dama siusiała do kuwety. Na co zaczepiony, nie drgnie mu nawet powieka, odpala: ty to jesteś mądry człowiek! Ty głosujesz na pakiet. Bo wiesz, wybierasz niby jednego, a w pakiecie dostajesz całą bandę. Ten z wąsem, ten rudy od kominów, no i wreszcie ten pedał gdzieś spod Lublina, wiesz, razem ze świńskim łbem i plastikowym siurkiem. Ty możesz mieć rację, ja się jeszcze ze swoim wyborem zastanowię, czemu mam mieć jednego, jak mogę kilku?

Spacerować, Najmilsi, spacerować! Zawsze coś pożytecznego może ze spaceru wyniknąć…

M.Z.

czwartek, 1 lipca 2010

Właściwie przeprosiny

Tak, wiem, dawno niczego nie napisałem. Ale nie dlatego, że nic mnie już nie obchodzi. Raczej z tej przyczyny, iż nie mam już zapału, aby kogokolwiek o czymkolwiek przekonywać. Partnerzy moich przypadkowych jak zwykle rozmów (bo też ja tych rozmów nie planuję) są tak kamienni w swoich poglądach, tak zatwardziali i niemożliwie wręcz okopani – że po prostu nie warto. Co mam na przykład powiedzieć facetowi, który nieproszony twierdzi, że dlatego zagłosuje na Komorowskiego, by Pierwsza Dama nie szczała do kuwety? On to proszę państwa uważa za znakomity dowcip. Ja takie „znakomitości” widywałem w szkolnych i koszarowych sraczach. Więc o czym tu gadać? O facecie z wąsem, który przemawia jak Gierek, z tą samą partyjną hucpą i poczuciem wyższości, a nadto w jednym tylko niedługim zdaniu potrafi zawrzeć trzy kłamstwa? Nie, tego nie da się zrobić, znaczy przekonać oszołomów nie da się zrobić. Ludzie nie słuchają, choć potem wydaje im się, że słyszeli i pojęli. I tego rzekomego zrozumienia bronią jak ostatniej półlitrówki na swym przyjęciu. Niczego nie pojmują – ale są przekonani, że zrozumieli już wszystko. Niechaj idą swoją drogą, dzieci z nimi chrzcić nie będę.

Kolejna edycja plotki o tym, że administracja „rozważa” myśl o uczynieniu parkingu przed domem miejscem płatnego postoju. Ale to też nikogo nie interesuje, choć coś jest na rzeczy, skoro urzędniczki już po raz wtóry puszczają taką wieść, by się rozniosła, by ludzie się z nią oswoili. Szczerze mówiąc nie wiem jak do tego podejść. Miejsce, gdzie trzymamy swoje auta nie należy do administracji, jest terenem gminnym. Ale z drugiej strony mało to nam nasza ukochana gmina namajstrowała przez minione lata? Mało idiotyzmów popełniło tak dumnie ochrzczone Miasto? Gdyby to byli normalni ludzie można by do nich zatelefonować i po prostu zapytać. Dziwnie dzisiaj nie mam ochoty na taki telefon.

Cały czas ten sam problem: iluś obywateli tego miasta i państwa pracuje w nim, płaci podatki, rodzi i wychowuje dzieci – ale nie jest u siebie. Ktoś może ich zniechęcić do miejsca zamieszkania, oczywiście z powołaniem się na odpowiedni przepis jakiegoś Ministerstwa Śmiesznych Kroków. Ktoś może im tak zorganizować życie, że rano, a później od piętnastej nie da się z naszych okolic ani wyjechać, ani dotrzeć do domu – bo na martwym jeszcze niedawno Służewcu Przemysłowym nabudowano mnóstwo biur, w nosie mając trasy dojazdowe, parkingi i chodniki. Najważniejszy święty – Zysk. I nikt tym durniom nie powie, że nie będzie wkrótce żadnego zysku, klienci wybiorą inne miejsce odwiedzin… Świątynie wpadną w glebę, zarosną perzem i brudem, zdechną.

No cóż - żyjemy dalej.

M.Z.

środa, 28 kwietnia 2010

Solidarny i obywatel?

„Solidarni 2010” – oglądali Państwo! A mainstreamową dyskusję po tym wydarzeniu? Czytali Państwo? I co? Zafundowano nam w filmie propagandową agitkę, czy pokazano jak ludzie nie dali się w długim odcinku czasu zwieść propagandowej obróbce?

Tak, gadam o tym bez przerwy, z różnymi ludźmi, reprezentującymi różne zdania. Na temat praprzyczyny filmu, czyli wypadku (wypadku czy zamachu?), jak i samego filmu. Jest oceniany niezwykle dobrze i łapie same najwyższe noty. W wysokonakładowej prasie oficjalnej i polskojęzycznej wręcz przeciwnie. A jednak z pewną satysfakcją zauważam, że zdania moich rozmówców są coraz mniej podzielone. Bo też coraz więcej osób uważa, że coś było w tym Smoleńsku nie tak, dalej zaś, że bzdurne śledztwo w żadnym wypadku nie zmierza do wyjaśnienia co naprawdę stało się 10 kwietnia. Jest i ten jeszcze element, który w tym miejscu muszę wybić na plan pierwszy.

To kilkakrotnie, ale mocno postawione pytanie „Czy my aby na pewno jesteśmy u siebie?” Czy tak zwana „waadza” dba o nasz interes, czy o jakiś kompletnie inny? I co zobaczyli jej przedstawiciele tam, po ruskiej stronie i podczas pogrzebu, że wyglądali jak ktoś dosłownie widzący własną śmierć?

Po ponad 20 latach od okrągłostołowego oszustwa coraz jaśniej widać, że obszary „państwowego” i „naszego” rozjechały się tak kompletnie, że mało kto potrafi to pozbierać do kupy wyobraźnią – a w praktyce to już chyba nikt. Element, o którym pisałem w tym miejscu wielokrotnie: żaden ze mnie obywatel. Podnajemca, płatnik, podatnik, alien i łachmyta – tak. Obywatel NIE. Więc gdzie mam się odwoływać? Do kogo? Istnieje jakieś stowarzyszenie „Kopniętych w D… Przez Los i Ordynację III RP”?

I ludzie coraz częściej zaczynają sobie z tego zdawać sprawę. Jak są manipulowani, okłamywani, odzierani z dumy, poczucia bezpieczeństwa, możliwości planowania dłużej, niż do najbliższej niedzieli. Jak nie pozwala się im zabierać głosu w żadnych sprawach – przecież Pan Urzędnik wie lepiej. I działa w Majestacie Prawa. Dzisiaj takiego, jutro innego, nieważne, paragraf zezwalający na podnoszenie stawek, czynszów, stosowania ekonomicznych klapsów w tyłek zawsze się znajdzie. Dolar w dół – benzyna w górę, choć jeszcze wczoraj podwyżki tłumaczono rozliczeniami dolarowymi. Gaz od ruskich na następne 37 lat, choć podobno pełno go u nas, trzeba tylko głębiej powiercić. Z ropą tak samo: nam się nie opłaca, ale amerykańcom, wykupującym koncesje na kopaliny łupkowe jak najbardziej. Ktoś nas robi w konia, prawda?

No więc trzeba film pokazujący budzenie się obywatelskiego ducha zjechać jak najstaranniej. Starymi, komuchowatymi metodami: jaki ze mnie obywatel, skorom moher, ciemnogród, katol i szkodliwy mistyk…

M.Z.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Co będę dużo gadał...

Są publicyści amatorzy, amatorzy tej najwyższej klasy, co to "zawodowców" powinna nauczyć wreszcie pokory, którzy ostatnie wydarzenia oprawili we właściwe słowa. Takie, że lepiej nie poprawiać, a uczciwość mówi, by nie małpować. Więc zacytuję, tylko fragment, ale najsmaczniejszy. O tym kto i za co odpowiada. I po co to wszystko. Przeczytajcie uważnie.

"...Od kilku już lat, odkąd stało się to możliwe, stowarzyszenia skupiające krewnych pomordowanych w Katyniu zbierają się 10 kwietnia, by oddać hołd pomordowanym. Pomordowanym za to, że nie chcieli wyrzec się wartości. Bo odmowa wyrzeczenia się wartości była właściwą rzeczą, którą należało zrobić.

Bez względu na koszty, choć cena była wysoka.

Z rodzinami katyńskimi 10 kwietnia, pośród mogił pomordowanych, powinny być najwyższe władze państwowe. Bez względu na koszty.

Nie na imieninach u cioci, wśród możnych tego świata, ale właśnie z rodzinami.
Właściwą rzeczą jest by w tym dniu, o tej godzinie, był tam obecny majestat współczesnej Rzeczpospolitej, a cała, zasilana pieniędzmi pracujących armia urzędników wypełniała psi obowiązek zapewnienia właściwej oprawy, bezpieczeństwa i punktualności.

Wyprostowania lotniska (jeśli krzywe), zadbania, by było wyposażone we właściwe urządzenia, właściwą obsługę, ekipy ratunkowe.
Ta dbałość to nie jest tylko właściwa rzecz. To psi obowiązek służb, których w Polsce mnogo.

Jeśli ich tam nie było… Jeśli nie było tam choćby jednego z ludzi, którzy powinni tam być, i jednego urządzenia, które mogłoby pomóc, to odpowiedzialny za ten brak powinien zostać wymazany z rejestru urzędników państwowych dożywotnio, bo swoje niedbalstwo zadedykował TEMU miejscu, TYM rodzinom, i TYM gościom..."

Autor: ROLEX
Link: http://hekatonchejres.salon24.pl/172621,cena-prawdy-cena-pamieci