czwartek, 31 grudnia 2009

Idzie 2010

Będzie krótko, bo coś mnie po świecie gania i nie chce przestać - przez co zapuściłem się okrutnie, pomijając takie elementy, jak Boże Narodzenie. W istocie nie zapomniałem o nich. Po prostu nic dobrego nie przychodziło mi do głowy, co bym mógł publicznie powiedzieć. Moja prywatna karuzela nabrała strasznych obrotów, trochę się zgubiłem w pracy "dla dobra ogółu". Dzisiaj Przyjaciołom chcę życzyć dobrych rzeczy i zdarzeń w nadchodzącym roku. Diabolicznie jest tak, że jeśli Wam się spełni to i mnie będzie lepiej. Zatem: w górę serca!
M.Z.

wtorek, 8 grudnia 2009

Czemu nie o polityce?

Właściwie nie ma dobrej odpowiedzi. Nie o polityce – bo nudna i tandetna. Nie – bo wypełniona ludźmi bez talentu, klasy i umiejętności. Coraz częściej mam jej serdecznie dosyć. Kto dzisiaj chce słuchać Niesiołowskiego? Kto babrać w duperelach, jakie opowiadają każdego dnia po to tylko, by przykryć duperele z dnia poprzedniego? Wyżelowani albo spaśli mali hucpiarze, nawet nie powiatowej klasy, kombinują jakby tu coś jeszcze urwać. I przeważnie udaje im się. Za rok czy dwa pójdą za to do pierdla – a jeśli nie pójdą to kasę zostawią w depozycie sądowym, ostatnio i u nas amerykańska moda na wypuszczanie za kaucją. Szlag z nimi. Duży europejski kraj sprostytuowany jak nieletnia gówniara z nie tak odległej galerii handlowej, naród śpi albo kombinuje jak przetrwać ciężkie czasy (a były kiedyś inne?), dmuchają nas już w żywe oczy, wraca czas, w którym klient z kajetem w ręku budził paniczny strach – bo przecież mógł „zapisać” i przydział na celę w nowym osiedlu, na przykład Za Żelazną Bramą, przerąbany…

Napisałem kilka gorzkich słów o sąsiadach. I to jest prawda, że niektórym nic nie przeszkadza z tego, co się wokół dzieje. Zapadli się gdzieś w siebie, olewają otoczenie – i już. Wolno im? Pewnie że wolno. Tak jak mnie oceniać postawy. Słyszycie: wolno mi oceniać postawy! Jest jednak w okolicy kilka osób, które defetystycznym nastrojom się nie poddały. Które na swój spokojny, wyważony sposób walczą z tym, co nakazuje nam administracja, na przykład każąc zwalniać się z pracy, a potem pisząc w głupkowatym piśmie, że „nie wykazało się odpowiedniej chęci do ustalenia daty remontu”. Ci ludzie nie opowiadają o tym na lewo i prawo, choć moim zdaniem ich doświadczenia jak najbardziej są pożyteczne dla ogółu, a więc wskazane do rozkolportowania. Pewnie któregoś dnia uczynię to na tej stronie, oczywiście po uzyskaniu pozwolenia. W sumie więc nie jest tak źle.

No tyle, że mnie akurat to nie wystarcza. „Nie jest tak źle” to za mało!

M.Z.

niedziela, 6 grudnia 2009

Ucieczka do przodu?

W sferach rządowych takie właśnie postępowanie to ostatnio norma. Za dużo gadają o aferze hazardowej? No to ciach, wysyłamy następnych 600 źle uzbrojonych straceńców do Afganistanu, oczywiście przedstawiając to jako całkowicie suwerenną decyzję. Związaną ma się rozumieć z obroną demokracji. W Afganistanie nie chcą demokracji? No to tym gorzej dla nich. W Polsce zaś nikt już nie pamięta, że o tej decyzji wysłania dodatkowego kontyngentu wiedział sposobem jakimś ambasador amerykański już kilka tygodni temu. No ale skoro jest do redakcji rozesłana dyspozycja o akcentowaniu „suwerenności decydowania” – to żurnaliści wykonują polecenia, w końcu z czegoś trzeba te raty płacić, prawda? Spory, kłótnie, kogoś wywalili z komisji, ktoś inny znów się zapluł przed kamerą – i już nikt o żadnym hazardzie nie pamięta.

Remont naszego domu miał być skończony 1 grudnia 2009. Oczywiście gorliwi urzędnicy nie zapomnieli o rozesłaniu do lokatorów powiastek o podwyżce kiedyś tam obniżonych z powodu usterek czynszów z tym właśnie dniem. Czy więc niebiańskim jakimś sposobem zniknął bałagan wokół naszych mieszkań? Nie mamy już usterek? Czy windy przybrały postać porządnych klatek do przewożenia pasażerów, a nie budowlanych śmieci? Czy dozorca, tak niezwykle chwalony przez damesy administracyjne wreszcie wziął się do roboty? Nic podobnego się nie stało. No ale to realia. A w życiu dzielnych urzędników liczą się kwity. Jak na papierze coś jest – to jest. Pamiętacie Gierka? Gdy w Dzienniku Telewizyjnym mówił , że jesteśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata – to byliśmy. I w ogóle: jeśli coś istniało na szklanym ekranie – to było naprawdę. Jeśli nie pokazywali – to o czym wtedy było gadać, jak toto nie istniało? Czym zatem dzień dzisiejszy różni się od tamtych czasów? Niczym. Nawet „mordy kochane” te same.

Większości sąsiadów zdaje się to wszystko nie przeszkadzać w najmniejszym stopniu. Życie toczy się tak, jakby wokół nic dziwnego się nie działo. Oczywiście to dowód na moc wewnętrzną ludzi: cokolwiek inni, źli, by nie wymyślili – to i tak karuzela działa, kręci się, a pasażerowie radują lub smucą. Czy to podczas imienin – czy bez powodu. Nieco inaczej rzecz ma się z rozmowami, jakie niekiedy jeszcze toczą się pod domem czy w jego okolicy. O, tu ludzie są wyraźnie niezadowoleni! Przy czym bardzo to szczególne niezadowolenie – jeśli już protestować „to wszyscy tylko nie ja”. Bo „ja” jestem oczywiście niezwykle zajęty, prowadzę jakąś tajemniczą działalność pochłaniająca co najmniej dwadzieścia godzin na dobę. No i naruszyło by to „mój” majestat. Tak, właśnie „majestat”, namnożyło nam się ostatnio typów i typasków, którzy o ten „majestat” dbają jak nie przymierzając o ostatnie pół litra na przyjęciu smakoszy… Oni nie idą – oni majestatycznie przemieszczają się z miejsca na miejsce. Nie mówią – oni oznajmiają i dalej nic już nie podlega dyskusji.

Z ostatniej chwili: jest początek grudnia, remont w moim mieszkaniu zakończony został 25 sierpnia. I właśnie dzisiaj pojawiły się na suficie wiszące worki tynku. W miejscu, w którym były poprzednio. Jednym słowem robota spaprana, pieniądze zmarnowane. Tak, będę reklamował. Przy założeniu, że ani w tym roku, ani w następnym co najmniej do sierpnia nie ma mowy o żadnym urlopie spędzanym na pilnowaniu robotników. Ale najpierw pójdzie do ZBK-u propozycja: proszę mi ponownie obniżyć czynsz w stopniu takim, jak uprzednio. Bo też i usterki te same… Oj, nie, zapomniałem: w salonie pojawił się grzyb…

Konkurencyjna strona otworzyła forum dyskusyjne – o czym zostałem zawiadomiony. Oczywiście podziękowałem za informację. Nie, nie skorzystam z tamtego forum, pozostaję w innym stowarzyszeniu, uprawiam inną działalność, nie znoszę ankiet - i tego zamierzam się trzymać.

M.Z.

czwartek, 26 listopada 2009

A w "Stołecznej"...

…drugi materiał na temat naszego domu, konkretnie zaś remontów przeprowadzanych na siódmym piętrze w kilku mieszkaniach. Naszej sąsiadce, najspokojniejszej w świecie, mocno wierzącej w uczciwość rękodzielników i administracji – zamontowano okna kilkadziesiąt centymetrów za krótkie i kilkanaście za wąskie. Dziury starego otworu w murze uszczelniono styropianem. I wydano komunikat: mniej widoków na świat – cieplej w domu.

Ponieważ ja jestem „czepialski” na początek deklaracja zawężająca: nie zamierzam dzisiaj czepiać się autorki tekstu. Sprawa remontu staje się bowiem na tyle poważna, że niedługo powinny spaść inne głowy. Idiotów, którzy dopuścili do tak rażącej fuszerki u naszej sąsiadki – trudno założyć, iż wymiana tego bubla dokonywała się w nocy i nadzorcy „nie zauważyli”. Powinien zarobić kilka ciepłych słów rzecznik ZBK Mokotów, który raczył potraktować nas pierdołami opublikowanymi w pierwszym tekście poświęconym naszej kamienicy. „…Wybrany w przetargu wykonawca ma czas do końca listopada. Po tym terminie grożą mu drakońskie kary. Wiemy, że ma kłopoty z dostawcą okien, ale to jego problem..” . Poważnie, panie niedorzeczniku? Karami buduje pan nowy świat? Gdzie pan w tym całym zamęcie widzi ludzi, zamieszkujących krainę niedoróbki, błędu konstruktorskiego i wykonawczego Abramowskiego 9? Ludzi skulonych w kącie swojego mieszkania, ponieważ listopadowe zimno swobodnie wpada do pokoi pozbawionych okien… A może sądzi pan, że wymądrzanie się zza biurka, „drakońskie” zwalanie finansowej odpowiedzialności na nieudaczników i w ogóle tolerowanie tego całego gówna, które swobodnie rozrzucane jest wokół uczyni pana świętym lub co najmniej niewinnym?

I dalej: jak źle trzeba myśleć o ludziach, by wierzyć, że kupią tą całą czczą gadaninę, to poniewieranie nimi, to wmawianie im bzdur, te budowlane ćwiczenia dokonywane na porządnych, uczciwych obywatelach? Kto spowodował to totalne zdziczenie obyczajów? Jak długo niektórzy z nas będą otrzymywali listy, w których jak wół stoi, że skoro nie było nikogo o jedenastej przed południem w domu, to urzędnik nie mógł wykonywać swoich czynności? Czy nie przyszła do zaczadzonych głów myśl, iż o tej porze obywatel siedzi w pracy i zdobywa te urocze, pięknie zadrukowane banknociki, którymi płaci pensję durnia?

Dzisiaj okazało się, że można przedłużyć godziny pracy inspektorów. Jeden z nich urzędował przed kamienicą bodaj do osiemnastej. Szkoda tylko, że to listopad, że zmierzch zapada wcześnie, że nie połapano się kilka miesięcy temu – choć mówiono o tym głośno, także na mojej stronie. Choć uprzedzano, iż firmy typu „krzak”, które wygrały przetargi działają jak pijane dzieci we mgle. Pytanie wprost: ilu pijanych murarzy, malarzy i glazurników wyrzucono z mieszkań od lipca tego roku? Bo nie nadawali się do pracy, a niektórzy wręcz do stania w pionie…

Nie wiecie? Dobra, nie orientujcie się dalej. Ciemne chmury już się zebrały nad waszymi głowami. Jedynym pytaniem jest to, kiedy strzeli pierwszy piorun. Przed Nowym Rokiem?

M.Z.

środa, 25 listopada 2009

Akcja specjalna

Tak to wygląda: najpierw w Poważnej Gazecie zapowiedź rzecznika ZGN Mokotów Dariusza Biedy, że „na pewno temat okien będzie załatwiony”. Potem sznur pojazdów, mnóstwo uwijających się ludzików, tupot nóg po piętrach, eksplozje naciąganych murów, młoty elektryczne. A, zapomniał bym o najważniejszym: Poważne Osoby przechadzające się pod domem z notatnikami w ręku, siedem aut służbowych osobowych, kilka dostawczych, bezustanne naparzanie w komórki. Słowem prężenie firan na pełen gwizdek! Żadne tam ociąganie się! Ani grama litości! Do roboty! Tłoki w ruch! Para buch! Komóry grzać do czerwoności!

Tyle że przedtem w mieszkaniach, gdzie wykonywana jest wymiana okien przeprowadzono remonty ścian, podłóg i licho wie czego jeszcze. Ale to drobiazg, nie? Potem lokatorów zapewne spędzono w jedno miejsce, odsłonięto na czas jakiś dziury w murach (a jest listopad!) i pospiesznie zamontowano nowe okna. Jak zamontowano? Czas pokaże. Na razie pianka wyrównała dziury.

No więc Polak potrafi. To nieważne, że bez sensu, nie o tej porze roku co trzeba, na chybcika i pewnie byle jak. Hurra, udało się! Łup im wyższy czynsz! A niech mają! Pani Redaktor z Poważnej Gazety jadąc windą zauważyła przytomnie, że winda działa. My też widzimy: ściany stoją. Gnój przed domem powoli pokrywa jesienno-zimowa patyna. Resztki styropianu rozwiewają jakieś niedobre wiatry. Ale będzie premia – obietnicy dotrzymaliśmy, Towarzyszu Pierwszy Sekretarzu!

M.Z.

piątek, 20 listopada 2009

Dostaliśmy się do prasy!

A konkretnie do Gazety Stołecznej. Małgorzata Zubik opisuje wybrane fragmenty historii naszej kamienicy (http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34889,7268921,Ta_kamienica_ma_10_lat__I_ciagle_jest_remontowana.html) , na przykładzie jak rozumiem jednego lokalu, co od razu rodzi mnóstwo nieporozumień i tyleż nieścisłości. No więc leci takie tam sobie ple, ple, ple, pojawiają się też skrótowe opisy tych nieszczęść budowlanych, które naszą sąsiadkę spotkały, łącznie ze stwierdzeniem „…w tym roku administracja zgodziła się na złotówkę obniżki z powodu usterek w mieszkaniach...”

I tu już każdego człeka, znającego rzecz, a mieszkającego w naszym domu szlag trafia! Bo otóż nieporozumienie, proszę pani Małgorzaty Zubik, wynika nie tylko z prostego przeinaczania faktów w Pani tekście – ale też z ewidentnego zakłócenia proporcji spraw i sprawek, jakie w tym domu dokonują się od lat. Ale opowiem Pani po kolei – dla dobra sprawy.

Otóż obniżka czynszów to wcale nie to, co wyżej umieściłem w cudzysłowie, cytując Pani słowa. Obniżka czynszów nastąpiła wiele lat temu – i była nawet pięciokrotnie większa, niż Pani podaje. A ta ostatnia, którą raczy Pani wspominać wcale nie jest tegoroczną decyzją administracji, ale ubiegłoroczną decyzją Rady Miasta. Dlaczego? Ano dlatego, że nie o opisywane przez Panią okna wyłącznie chodziło. Rzecz w tym, iż dramat lokatorów tej kamienicy rozpoczął się właściwie tego samego dnia, w którym objęli oni swe lokale. I dotyczył WSZYSTKIEGO: podłóg, ścian, sufitów, ceramiki budowlanej, okien, ościeżnic. TOTALNIE WSZYSTKIEGO! Do dzisiaj inżynierowie budowlani, którzy nie są związani bezpośrednio z administracją mokotowską nie mogą wyjść ze zdumienia jak ich koledzy takie „coś” najpierw zbudowali, a potem przyjęli do eksploatacji. No ale stało się. Stało się też coś bardzo ważnego od strony moralnej i prawnej: lokatorów, którzy zdali własne mieszkania, wpłacili kaucje i wystartowali w przetargu na objęcie mieszkań na Abramowskiego po prostu OSZUKANO. W ten sposób, że żądając w ramach czynszu banknotów bez urwanych rogów zaoferowano im towar nie komercyjny, jak to twierdziła umowa cywilno-prawna, zawarta z każdym głównym lokatorem tego domu, ale bublowaty, co potwierdzały ekspertyzy, wizytacje i w ogóle ludzki rozum. Walka z tym bublem trwa już ponad osiem lat, mówię o tej intensywnej, dokumentowanej pismami. Przy czym jest tak, że dobra jakoby dzisiaj administracja w wielu sporach sytuuje się po stronie ciemności, a już nie w żadnym wypadku lokatorów. Przykład? Proszę bardzo: proszę wskazać mi przepis jakiegokolwiek prawa, które wbrew konstytucji zmusza mnie, bym urlop spędzał pilnując nieudacznych malarzy (u mnie akurat działał UDACZNY) czy glazurników. A taki właśnie urlop, często SIEDMIOTYGODNIOWY, wymuszono na moich sąsiadach. Zatem okna w jednym z lokali, o których Pani incydentalnie pisze to mały pikuś przy znacznie większej sprawie dotyczącej nie jednego, ale 48 lokali tego nieszczęsnego domu. A, byłbym zapomniał: przeciekających fundamentów, podziemnych garaży wynajmowanych byle jak i byle komu spoza lokatorów, klatek schodowych, wind - TEŻ…

Tak wygląda z grubsza naszkicowana dysproporcja, którą konstruując - opisała Pani nieprawdę. Sugeruję poprawkę.

Marek Zarębski

czwartek, 5 listopada 2009

Biblia Chaosu?

Na początku był chaos, później też był chaos – a jeszcze potem z tego bałaganu wyłonił się… komercyjny budynek XXI wieku. Albo jakoś tak to można ująć. To co dzieje się wokół naszego domu, na jego zewnętrznych ścianach, wewnątrz ciągów komunikacyjnych, w windach i na półpiętrach to jest horror. Ale widać taka jest biblia budowlańców. Na pewno tych, z którymi mamy do czynienia. Tych, którzy to tolerują. I żadne napominania czy westchnienia niczego nie zmieniają. Jest zapisany burdel – i burdel trwa!

Pewnie myślicie, że „zwierzchność” tego nie widzi, więc nie może zareagować? Nic bardziej mylnego. Wizyty administratorów mamy tu co dzień. Wpadną, pogadają, na nieśmiałe uwagi o wyglądzie obejścia coś tam burkną, typu „no, to jeszcze musi potrwać…” OK. – a co smoki milusie potem?

Osobiście nie mam złudzeń: nic się z tego zamętu nie wyłoni, co byłoby godne miana komercyjnego. Nic dobrego nie wyjdzie z zapewnień, że podłoga może się trzymać na lakierze i listwach przyściennych, a nie na kleju. Fortuna kołem się toczy. Za rok grupa wściekłych lokatorów wpadnie na pomysł, że trzeba coś z tym zrobić. Zaczną „na gwałt” szukać frajera, który napisze płomienną petycję o… tak, tak, obniżenie stawek czynszowych z powodu licznych usterek technicznych.

Ale te działania to już znacie, prawda?

M.Z.

piątek, 30 października 2009

Skarby czy tajemnice?

W pamięci nawet najgorszych byłych dzieci tkwi wspomnienie o skarbie. Tym poszukiwanym gdzieś na wakacjach – i tym składającym się z rzeczy najbardziej oczywistych, a godnych ukrycia przed cudzym wzrokiem i ciekawością. Czasem kwiatek wrzucony pomiędzy kartki nigdy nie czytanej książki. Czasem pudełko po czekoladkach ze szczątkami ulubionego misia w najciemniejszym kącie szafy… Prawdopodobnie pojęcie skarbu i tajemnicy jest równie stare jak ludzkość. Wyrastając z dzieciństwa twierdzimy co prawda coraz częściej, że wszystko, co się składa na nas jest takie jasne, proste i na wierzchu… Ale to nieprawda. U podstawy tkwi tajemnica. Kiedy jasna to skarb. Kiedy mniej godna wyniesienia – to po prostu coś, o czym się nie mówi.


A potem kończymy szkoły (niektórzy nie kończą, ale to bez znaczenia dla współczesnych „karier”), idziemy do pracy, awansujemy w hierarchii i stajemy się „władzą”. Udzielając wywiadów akcentujemy co prawda jacy to jesteśmy transparentni i jak działamy w pełnym świetle – ale ponieważ nie przestaliśmy być tymi, którzy co cenne chowali po pudełkach, szafach i starych drukach także w świecie dorosłości mamy swoje tajemnice. Zmienia się tylko pojęcie i zakres tego, co jest dla nas ważnym i cennym, a co nie. Szczerze – ten zakres poszerza się do tego stopnia, że prawie nigdy nie zauważamy, kiedy tajemnica pozornie prywatna staje się szkodliwa dla bliźnich. Kiedy NIE POWIEDZENIE czegoś tymże bliźnim stawia ich w gorszej sytuacji, zubaża, paraliżuje decyzje i wprowadza w błąd.


Co stało się w naszym domu, że po wielu latach wmawiania jego mieszkańcom jakiego to dostąpili szczęścia i w jakim mieszkają raju – jednak ten raj postanowiono naprawić albo ulepszyć? Co jest prawdziwym powodem, dla którego zainwestowano potężne pieniądze w tych wszystkich śmierdzących leni i dyletantów, jakich gościmy od kilku miesięcy także w naszych mieszkaniach? Dlaczego nie potraktowano poważnie postulatu, by remonty zacząć od podstaw, czyli cieknących fundamentów, a efekty działań dowolnej firmy poddać ocenie tych, dla których ma być to najważniejsze, czyli lokatorów? A skoro tak już się stało, że nas olano – to czemu nikt nigdy nie chciał nam tego wytłumaczyć?


„Zbrodnią założycielską” naszego domu było niestaranne wykonanie. Ktoś znany swym bliskim z imienia i nazwiska kazał wylewać letni cement na fundamenty w czasie, gdy było na tyle zimno, iż porobiły się w wylewce szczeliny skurczowe. Inny geniusz strategii budowlanej kazał przyklejać kafelki do ścian w czasie, gdy tych ścian nie miały prawa się trzymać, także z powodu zimna. A kiedy to wszystko już stało sklecone byle jak inny wspanialec przylazł, obejrzał albo i nie obejrzał – po czym podpisał odbiór techniczny. Dom stopniowo zasiedlano, a jakiekolwiek techniczne pretensje (pojawiły się BARDZO SZYBKO) kwitowano krótkim „Marudzicie!”. Po kilku latach odnieśliśmy nawet wrażenie, iż administracje na terenie całej Warszawy musiały przejść jednolite szkolenie w zbywaniu pretensji lokatorów – to samo mówiono skarżącym się ludziom na Żoliborzu, Mokotowie, Pradze i Gocławiu. Tym samym językiem, tymi samymi zdaniami. Zbywanie nas opowiadaniem pierdół przybrało tak masową skalę, że gwałtowne rozpoczęcie remontów w naszym skromnym domku jawiło się niektórym, także niżej podpisanemu, jako kosmiczny dysonans. Bo to, że ktoś chce nam zrobić dobrze nikomu po wieloletnich wyczynach urzędników nie przyszło do głowy. Cóż, widać ułomni z nas ludzie… A może raczej doświadczeni i z pewną skalą porównawczą – z której wynika, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze?


No właśnie: o co chodzi, gdzie i dla kogo te pieniądze? Jest kilka teorii. Pierwsza taka, że za kilka miesięcy dowiemy się, że jednak nasze mieszkania można wykupić. Tyle że trzeba dopłacić za właśnie przeprowadzany remont. Oczywiście to będzie słona dopłata, w której zniewoleni szczęściem nie dostrzeżemy ukrytych zasadzek, niedoróbek, zawyżonych faktur, fikcyjnych prac, niegospodarności i takich tam drobiazgów na parę milionów złotych polskich. Rozmawiałem o tym z paroma już osobami i zaskoczyła mnie jedna rzecz: gwałtowne, wręcz histeryczne dementowanie tej opcji. Im człek bardziej zorientowany w meandrach urzędniczego myślenia, im więcej urzędniczych dokumentów przeczytał – tym goręcej zaprzecza… Tymczasem klasyczna dyplomacja rosyjska (jeszcze carska!) powiadała, że jeśli urzędnik coś dementuje (takie pismo znajduje się na stronie innej organizacji lokatorów naszego domu) – to z całą pewnością stanie się tak, jak uczone słowa temu przeczą.


Druga teoria powiada, że żadnej sprzedaży nie będzie, a remonty są preludium do dalszych podwyżek, jak wiadomo kasa państwa pusta, miejska nie bogatsza, więc coś jest na rzeczy. Znaczy się: na wiosnę jakiś chór wujów uzna, że mamy się tak dobrze, iż owe 9 złotych za metr kwadratowy to stawka zdecydowanie niesprawiedliwa i należy ją podnieść. Na przykład do 15 albo i nawet 17. „Wicie rozumiecie, mistrzostwa piłki kopanej, dorobicie sobie wynajmując pokoje angielskim kibicom…” Tej teorii sprzyja zdecydowanie ostrzejsze rozmawianie z nami nie tylko przedstawicieli administracji, ale też wykonawców plugawych czynności, dla których zwrócenie wierzycielowi kilkuset złotych to trud ogromny i niezasłużony (uprzedzam, że w tej materii dysponuję znajomością faktów, więc niechaj się cenzorzy amatorzy nie silą na straszenie mnie sądem!). Przypominam też, że swojego czasu z Biura Polityki Lokalowej nadeszło do nas ostrzeżenie, że zgodnie z ich wiedzą średni czynsz na Mokotowie to… 54 złote za metr kwadratowy! Więc lepiej siedźmy cicho – co jest już moją konkluzją… Skąd wzięto tę absurdalną średnią za lokal mieszkalny – diabli ich wiedzą. No ale w końcu straszy się nie zawsze czymś realnym, ważne by klientowi rura zmiękła…


I wreszcie scenariusz, który powiada wprost, że nas, tę mętną zbieraninę pozbawioną praw obywatelskich (zmuszając ludzi do spędzania urlopu w oparach farb już dokonano pozbawienia!) należy stąd po prostu wygonić wysokimi czynszami. A opuszczone lokale oddać „właściwym ludziom”, zawyżone stawki opuści się im natychmiast po uprawomocnieniu się zasiedzenia, czy w jakiej to tam będzie formie.
I tak rozwiera się przepaść pomiędzy tym, co miało być podwalina państwa po 1989 roku – społeczeństwem obywatelskim – a rzeczywistością kreowaną przez urzędników. Działających trochę jak nadzorcy jakiejś koloni karnej, trochę jak dawni znani starszym sekretarze gminnej struktury partyjnej w Pikutkowie Dolnym. Oczywiście pojawia się pytanie: czy oni tak muszą? Moim zdaniem nie muszą – ale też inaczej nie potrafią. Żadnemu z tych orłów czy orlic nie przyjdzie do głowy myśl, że skoro żyją za moje (między innymi) pieniądze, to… No mniejsza, nauczyć czegoś nowego człowieka ukształtowanego w starym, odmiennym systemie wartości jest naprawdę trudno. A dla niektórych po prostu szkoda czasu. Stąd w jednym z poprzednich felietonów pisałem wprost: masz czerwone myśli i czerwony sposób postępowanie? Więc WON z zarządzania czymkolwiek i kimkolwiek!


Kiedyś znajdziemy tę ukrytą prawdę, słusznie powiada stare przysłowie, że nie ma takiej tajemnicy dzisiaj szeptanej w podziemiach zamków, która jutro nie będzie rozgłoszona z ich dachów. Tylko czy wtedy do czegokolwiek nam się to przyda? Nie wiem. Romantyzm poszukiwania odpowiedzi na wyżej postawione pytania-tezy jest tak marny, że szkoda gadać. Na razie więc stada jakichś na poły bezdomnych i nie wiadomo gdzie koczujących robotników-rękodzielników czyni burdel wszędzie gdzie może. Otoczenie domu przypomina wojskowy obóz sowieckiej armii, postawiono nawet stosowny do okoliczności baraczek z falistej blachy, rozbijamy sobie wzajemnie auta – a tak zwana zwierzchność ma to w dupie. No ale jak to już pisałem w innym tekście – być panem jednak nie każdy potrafi. Nasi nie potrafią.

M.Z.

środa, 21 października 2009

Rozmawiamy...

… o najdziwniejszych sprawach, z ludźmi, którym się chce wymienić kilka pełnych zdań z gadułą, jakim bez wątpienia jestem. Nie tylko o naszym domu, choć rzecz jasna to temat gorący i najpopularniejszy. Ostatnio o prawnikach, a przynajmniej tej ich części, do której zapisała się (a może została zapisana?) niejaka Weronika Pazura, ktoś ponoć niezwykle popularny, a ostatnio też znany z kroniki kryminalnej. Przyznaję, że nie bardzo do dzisiaj wiem skąd owa popularność, chyba tylko idiota może mnie podejrzewać o oglądanie takich programów, w których owa dama występowała. Przeoczyłem tedy nawet jej premierowy występ u Mrozowskiego i Sekielskiego, choć udało mi się nieco później nadrobić niedopatrzenie. Krótko: obaj panowie przebili w uprawianiu nachalnej propagandy samego mistrza Urbana – co jeszcze niedawno wydawało się absolutnie niemożliwe. A jednak…

No więc Pani Kręcidupa (to taki zawód, najpierw tańczy się na rurze) dostała się do TV tylko z tej przyczyny, iż koledzy wpłacili do prokuratury sporą kasę, prokurator zwolnił „damę” z twardej odsiadki, a dwaj propagandowi hunwejbini postanowili niedawną aresztantkę wykorzystać do pokazania jaki to agent Tomek był paskudny i oszukańczy, ergo postawienia tezy „zlikwidować CBA”. Nie wiem czy to ma jakieś znaczenie, jeśli pewien rudy klient na szczytach władzy będzie mógł to zlikwiduje, jeśli mu nie pozwolą – to nie. Kto? No jak to: agenci czasu pozornie minionego. Coraz więcej osób zgadza się z tezą, iż to właśnie oni dzierżą ster prawdziwych rządów, reszta to atrapy lub raczej marionetki.

Tak czy siak w programie zwerbalizowano tyle bzdur, że poczułem się wręcz onieśmielony ich ilością i przygnieciony. O politycznym charakterze tej części programu można przeczytać na dowolnym forum internetowym. Tu zwracam uwagę Szanownych, że w pewnym momencie padło z ust wywiadowanej „damy” sformułowanie, że agent był namolny, ale ona się nie dała, bo nie miesza życia osobistego z zawodowym. Piękna deklaracja! Tylko czemu przypomina mi się fragment klasycznego już filmu „Kabaret”, gdzie w pewnym momencie konferansjer deklaruje zgromadzonej publice, że damska orkiestra to wyłącznie dziewice – a kto nie wierzy to może osobiście sprawdzić?

Rozmawiamy też o sieczce. Tak, tej sieczce, którą telewizyjni propagandziści robią publice z mózgów każdego dnia. O literackiej głębi seriali typu… no mniejsza z tym, każdy może włączyć odbiornik i obejrzeć sobie samemu. I o tym, jak publika oglądając takie brednie zasypia. Albo doprowadza się do takiego stanu, jak w czasach, kiedy wyświetlano serial o Isaurze i Leonciu – ambasada brazylijska tonęła ponoć w listach, by tę Isaurę jednak obdarzyć wolnością, porządna jest i „się jej należy”. Myślę, że coś podobnego dzieje się właśnie teraz, na naszych oczach. Przy czym spora część publiki miast pisać o uwolnieniu agenta Tomasza doradza władcom PRL-u bis by raczej agenta powieszono, ćwiartując przedtem starannie. Za co? No jak to za co? Na przykład za uwodzenie takich porządnych matek i żon, jak posłanka Sawicka, chwilowo tylko uległa presji poetyckich wzruszeń Asnyka, zresztą recytowanych przez nią osobiście. Za niedotrzymanie obietnic dawanych byłym rurowym baletnicom. No i w ogóle za całokształt rozpustnej działalności… Tak ukształtowane umysły gładko połkną już wieść o tym, że pewnego dnia utrupiono dwóch najpopularniejszych w Polsce braci. Za co? Ano za to, że ukradli księżyc…

M.Z.