wtorek, 11 sierpnia 2009

Umowa

Z dnia dzisiejszego, PO TRZYNASTEJ. Porozumiałem się z właścicielami firmy remontowej. Ruszają o ósmej rano w najbliższy poniedziałek, kończą dokładnie po 10 dniach KALENDARZOWYCH. Oczywiście soboty i niedziele "moje". Dodatkowych zleceń nie będzie. Właściciel: "Zdążymy, nie ma sprawy". OK. Trzymam za słowo.
M.Z.

REMONT - część I

Praktycy powiadają, że rzeczy i sprawy, z którymi obywatel nie może sobie poradzić, albo radzi z wielkim trudem, należy jak najspieszniej ujawniać – bo bzdura oświetlona wstydzi się i łatwiej się z nią uporać. Jak wiadomo od wielu tygodni w naszym domu trwa remont. Już praktyka pierwszych lokali dowiodła, że firma, która wygrała przetarg i która remontowo u nas działa przeciąga terminy. To znaczy nie bardzo chce mówić z najemcami lokali o dniu ukończenia prac, ich zakresie i przebiegu. A działania już rozpoczęte trwają w nieskończoność – jakby lokatorzy nigdy nigdzie nie pracowali, a podstawowym ich obywatelskim obowiązkiem było spędzanie urlopu w oparach farb, lakierów i lepików. Powiedzmy prawdę: większość lokatorów postanowiła zmienić swe chałupki w prawdziwe pałace. Rozszerzają zakres prac koniecznych do wykonania, bawią się w specjalne, prywatne zlecenia itd. Wolno im? Wolno. Niestety owa wolność rodzi określone konsekwencje.

Pewnego dnia spotkawszy przed domem właścicieli firmy remontowej zawarłem z nimi ustną umowę: przed wkroczeniem spodziewam się wizyty wykonawców i inspektora budowlanego z administracji, ustalimy wspólnie wyżej wymienione parametry, to jest czas, kolejność i zakres prac. Przy założeniu, że pod żadnym pozorem nie dopuszczę do sytuacji, w której ani nie będę mógł korzystać z kuchni czy toalety, ani umyć się w łazience.

11 sierpnia tego roku ok. 13.00 telefon: w najbliższy poniedziałek wkraczamy! Hola, hola, mili Państwo – a gdzie realizacja tego postanowienia wyżej opisanego, gdzie uzgodnienia? „A to proszę się porozumieć z administracją, inspektorowi najbardziej odpowiada godzina dziewiąta w tym tygodniu…” Cóż – mnie mniej, jeszcze pracuję. Mogę zwolnić się tak mniej więcej o trzynastej. „No ale my wygraliśmy przetarg, mamy termin i chcemy zacząć u pana prace w poniedziałek…”

No więc mili krótko i na temat: NIE! Przyjmę połączoną ekipę administracyjno-remontową w tym tygodniu. Lub ekipę władną porozumieć się ze mną w sprawie czasu i zakresu remontowych czynności. PO TRZYNASTEJ. Bez tego żaden remont u mnie się nie odbędzie. Jeśli natomiast porozumiemy się w zakresie zasad: od poniedziałku mam z żoną DZIESIĘĆ DNI kalendarzowych na znoszenie opresji remontowej. Jedenastego dnia zamykam drzwi na klucz i… koniec bajki. Gdyby zaś ktokolwiek twierdził, że „utrudniam”, „torpeduję” lub coś równie bzdurnego – oświadczam, że to NIEPRAWDA. Domagam się po prostu traktowania mnie jak białego człowieka. Też mam swe niezbywalne prawa. I daję słowo, że potrafię ich bronić. Żaden z moich domowników nie rzuci zawodu wykonywanego, żaden nie przejdzie na utrzymanie kogoś tam, nie wyprowadzi się na czas remontu.
M.Z.

piątek, 31 lipca 2009

Data

Rzecz oczywiście o Powstaniu Warszawskim, rocznicę wybuchu obchodzimy jutro. O siedemnastej w stolicy mają stanąć samochody, użycie klaksonów dozwolone.

W sieci przewala się potężna dyskusja o celowości, a nawet zbrodni wywołania Powstania. Najmłodsi publicyści, nieźle pyskaci, twierdzą, że nie staną na ulicy, bo czyn zbrojny Powstańców był bez sensu, data wybuchu źle dobrana, a skutki opłakane. Przypuszczam, że jeśli w ogóle wyjadą na ulice w czas powszechnego stawania aut to walną w cudzy bagażnik i dostaną zasłużone lanie – więc lepiej by jeździli po pustych uliczkach swego Piździgwoździkowa i Pikutkowa Górnego. Są mentalnymi gnojami. Tak, tak: prowincja to kategoria mentalna!

Pseudo-racjonaliści argumentują, że porywać się bez broni na wyspecjalizowane niemieckie jednostki frontowe i policyjne było bezsensem, ponieważ tym samym narażano na śmierć kwiat inteligencji polskiej. Zapominają, grzeczne komuchowate chłopczyki, że pod koniec lipca Niemcy postanowili całą ludność Warszawy zagonić do kopania umocnień przed posuwająca się uparcie na zachód armią sowiecką. I mogli kolejne partie przymusowych robotników spokojnie po każdym dniu pracy posyłać do piachu… Do czego zdolny jest naród Goethego i Schillera Polacy przekonali się już pierwszego dnia II wojny światowej. W sierpniu rzekomo pokojowo nastawionych gefrajtrów ze szwabskimi mordami (tak się ich dzisiaj usilnie przedstawia) wzmocnili ukraińscy zboczeńcy Kamińskiego i kryminalni zbrodniarze Dirlewangera.

No ale zanim to się stało była godzina W. Warszawiacy ją pamiętający zgodnie twierdzą, że niezbyt szczęśliwie dobrana. Kilka – kilkanaście dni wcześniej szanse wygrania batalii były większe, Niemcy zajęci byli właśnie wianiem na tyły po laniu przed Radzyminem. Niestety TO WIEMY DZISIAJ. Czy to wiedza tamtych lat? Nie mnie sądzić. Istnieje wszakże teoria, że Warszawa znalazła się w klasycznej sytuacji tragedii: cokolwiek by nie uczyniono groziła miastu zagłada. Bo dopuszczalne jest myślenie, że Stalin po pokonaniu umocnień zbudowanych przez przymusowych warszawskich robotników zemścił by się na mieście srodze. Już było wiadomo co stało się w Katyniu, jak wygląda syberyjski „ośrodek wypoczynkowy” i jak niewielki procent kuracjuszy w ogóle znosi trudy podróżowania w jego kierunku. Los postanowił, że polskiej inteligencji MA NIE BYĆ. To było wiadome od czasów Lwowa roku 1940. To było znane każdego następnego dnia, który przyszedł po tej dacie.

Zatem mędrkowie wymyślili, że przegranej nie ma co świętować. Do durnych łbów nie dociera, że 1 listopada nie idziemy na groby bliskich, by świętować ich śmierć, ale by oddać hołd minionemu życiu. Śmieci w ogóle się nie świętuje. Milczy się o tym, co było przed nią.

1 Sierpnia jest dla mnie datą niezgody na upokorzenie, zgnojenie i zapędzenie w jeszcze gorszą niewolę. Straty okazały się ogromne. Na Woli dokonano pierwszego warszawskiego tak masowego ludobójstwa. Potem w kolejnych dzielnicach. Mordowali bezbronnych wyżej wymienieni. Dzisiaj stroją się w piórka wypędzonych. Inteligencja Warszawy niemal wyginęła. Zamordowano też szewców, dzieci, sklepikarzy, kobiety, zakonników i dorożkarzy. Wszystkich, których udało się złapać – a przecież nikt nie uciekał, bo nie miał dokąd. A ta część ludności dumnego miasta, która cudem jakimś przetrwała – doznała rozkoszy kolejnych pacyfikacji. Tym razem dokonywanych przez NKWD i rzekomo polskich jej następców.

Jak czuje się młody człowiek, który WALCZYĆ MUSI, PONIEWAŻ JEST REGULARNYM ŻOŁNIERZEM – a wie, że ręczna broń wobec czołgu, czy nadlatującej z rykiem „krowy” jest po prostu trzcinką? Co dzieje się z cywilem w dowolnym wieku, który na podwórku dostaje kulę od niemieckiego plutonu likwidacyjnego – i jego serce bije już w jedną stronę, płuca pracują w przeciwnym kierunku, a gasnący umysł widzi, że to już koniec i że nie można zrobić NICZEGO, KOMPLETNIE NICZEGO?

No więc ta data jest dla ich pamięci. Nie dla politycznych kalkulacji, jałtańskiej zdrady czy strachu aliantów przed srogim Josifem Wissarionowiczem. Dla ludzi dumnych i zgubionych.

M.Z.

czwartek, 9 lipca 2009

Raz do roku

Raz do roku normalny człowiek powinien wyprowadzić zwierza na spacer. Inaczej ten zwierz w człowieku wścieknie się i pewnego dnia ugryzie w sposób nie kontrolowany. Raz na jakiś czas człowiek winien się upodlić. Przeczytać na siłę co najmniej dwie strony stałego biuletynu Ministerstwa Prawdy z Czerskiej, iść na obiad do makdonalda, albo pożreć wczorajszego kota u miejscowego Wietnamczyka. Jeśli przeżyje - to jest gość, nic mu już do następnej próby nie grozi i może zachowywać się jak zaszczepiony. Ale, ale… Gdyby kto chciał GW czytać u makdonalda to niechaj ma świadomość, że igra ze śmiercią! Dwie trucizny wzmacniają się wcale nie podwójnie, ale co najmniej poczwórnie. Mało kto wytrzyma…

Dzisiaj dwie wiadomości, które moim zdaniem są ważne, więc pewnie dlatego ukryto je pod stosami mniej ważnych. Otóż po pierwsze pasy bezpieczeństwa w samochodach zgodne są… z konstytucją. Tak przynajmniej stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Przed zimą znakomite to gremium ma się zająć konstytucyjnym obowiązkiem ciepłego ubierania się rodaków podczas zamieci. To oczywiście sugestie komentatorów dzisiejszego wyroku. Łażenie w slipach będzie więc niezgodne z konstytucją. A jeśli obszyję je futerkiem?

Po drugie dziennikarzy izraelskich wywalono na zbitą mordę z organizacji międzynarodowej grupującej przedstawicieli tego zawodu. Oficjalnie pod pretekstem nie płacenia składek. Niby mała rzecz, powie ktoś – ale jeśli już izraelitów wywalają na twarz z powodu takiego marnego geszeftu to coś musi być na rzeczy. Bo u nas mają się jak najlepiej – choc też pewnie żadnych składek nie uiszczają. W sieci internetowej pouczają za to i propagują. Co propagują? Ano na przykład książkę jakiegoś chorego na umysł profesora z Kanady, który utrzymuje, że Niemcy podczas drugiej wojny światowej na terenie okupowanej Polski nie byli w stanie odróżnić Żyda od nie-Żyda. I gdyby nie wydatna pomoc chłopów polskich – którzy te umiejętności fizjonomiczne posiedli zdaniem profesora w stopniu mistrzowskim - to Auschwitz po prostu by się nie udał. Podobno autor tego cennego odkrycia historycznego specjalizował się kiedyś w historii Indian kanadyjskich. No i chyba mu w zadku utkwiła jaką niezmiernie ostra, długa i zatruta strzała. W każdym razie na rozum już padło…

Zatem w ramach corocznego wyprowadzania zwierza z siebie mam ochotę powiedzieć dzisiaj, że z obu tych wiadomości jestem niezmiernie rad. Wskazują bowiem durniów tak kosmicznych, że gdyby (jak powiadał Napoleon) nie wyniesiono ich odpowiednio wysoko nikt by się na ich durnowatości nie poznał. A tak mamy jak na tacy…

M.Z.

Z zasady nie pijam...

Z zasady nie oglądam telewizji. Powód jest prosty dla rówieśników tej samej płaszczyzny rozumowej (bo nie chcę używać tu kwantyfikatora „intelektualnej”) i zapewne kompletnie niezrozumiały dla reszty: przeżyłem oto świadomie okres PRL-u gapiąc się w szklane okienko z powodu braku wyboru. I mam dość! Dzisiaj przy pozornej wielości oferty telewizyjnej brak rzetelnej informacji i dobrej publicystyki widoczny jest stukrotnie jaśniej. W efekcie oglądanie czegokolwiek, co w eterze pracuje w zakresie języka polskiego mija się z celem. Nawet przy przyjęciu ryzyka, że nie będzie się poinformowanym w ogóle. Można wykrętnie to tłumaczyć, że brak informacji i tak jest lepszy od dezinformacji. Na szczęście istnieją inne media, które jeśli nie informują alternatywnie, to przynajmniej pozwalają na wybór opcji myślowej. Zatem: nie oglądający telewizji wcale nie jest skazany na niewiedzę. Przeciwnie nawet – może wiedzieć więcej, niż amatorzy tej gumy do żucia, która jest im serwowana od rana do nocy i znów, na okrągło. Internetowa wolność stała się tak skutecznym filtrem dla bzdury i indoktrynacji, że współcześni władcy mediów już czynią wszystko, by rzecz całą skanalizować i okiełznać. Na razie nie udało się. Ale nie wiadomo co czyha za rogiem, pierwsze próby właśnie są czynione.

„Z zasady nie pijam na trzeźwo. Lecz nawet zasady są zmienne. Nie kalam się myślą zbereźną, z reguły nie sypiam bezsennie…” Z tego co pamiętam – to słowa Michała Zabłockiego do piosenki Czesława Mozila „Efekt uboczny trzeźwości”. Ale nie, jednak nie włączę i dzisiaj tego mega-ogłupiacza dla mas, wszystko jedno ile cali przekątnej ekranu. Jeden z sąsiadów-rekordzistów doszedł już ponoć do poziomu pięćdziesiąt. A zawsze mu mówiłem, że paskudztwo rozlane na większej przestrzeni śmierdzi bardziej…

Na razie skąd by człek realiów nie obserwował jedno jest pewne: PO tonie. Po dwóch bez mała latach udawania fachowości i czynienia medialnej wrzawy układ zaczyna się chwiać – i mam nadzieję wkrótce ulegnie całkowitej degradacji. Kończy się szarogęszenie marszałków z Jamajki, wyżelowanych przewodniczących komisji do czynienia zamętu, histerycznych specjalistów od muchy plujki i wielu nieudacznych ministrów. Dotychczasowi dziennikarscy apologeci układu mają ciężkie dni i noce. Bo jak zgrabnie wytłumaczyć pamiętliwym woltę, jaką będą lada dzień musieli wykonać publicznie i bez asekuracji? „Tusku zawiodłeś…” „Premierze straconej nadziei…” Albo jakoś tak… Szczerze mówiąc los medialnej łajzy prostytuującej się dla kasy niespecjalnie mnie wzrusza. Zginąć nie zginą, to rodzaj karalucha odpornego nawet na atomowy wybuch – ale przyjemnie będzie obserwować mozół pomarszczonych czółek, co to po raz kolejny będą zapewniać, że owszem, pili, ale przecież nie połykali, a wszystko było na niby i w dobrej wierze.

Odejście Olechowskiego z PO nic nie znaczy? Oj, naiwni, naiwni… Wkrótce będziecie szczekać pod stołem.

Kto wzamian? I tu jest problem. Ruszył do ataku specjalista od lasów za unijne pieniądze, czyli kolega Piskorek. Nie spodziewam się powodzenia. Różowi też ponoć mają nadzieję, choć moim zdaniem to ciąża urojona. Musi powstać coś „nowego”. Pal sześć, że nazwiska te same, a spasione mordki jakby starsze, choć znajome. Ważne, że szyldzik inny. Centrala już dała znak, teraz etap realizacji. Czy będzie lepiej? Lepiej to już było. Dla niektórych ma być bardziej bogato. Obawiam się wszakże, że zupełnie nie dla wszystkich.

M.Z.

niedziela, 28 czerwca 2009

Pogaduchy

To że mam skłonność wdawania się w takie właśnie czynności – to wie każde dziecko, które mnie zna, dorośli też. Uważam, że miło i pożytecznie jest coś komuś czasem powiedzieć – a i od owego kogoś dowiedzieć się co sądzi na temat. Lub obok tematu, bo to różnie bywa z dyscypliną pogaduch. Ten i ów sądzi, że ja w ogóle żyję z gadania, zatem w ich rozumieniu konto mi samo rośnie, jak nie przymierzając chłopu żyto. Oświadczam przeto, że samo to mi to konto jedynie maleje. Reszta też się nie zgadza – ale o tym kiedy indziej, dzisiaj bowiem o pewnej zacnej damie, która jest tak zacna, że pewnie niedługo będę ja musiał udusić. A to wszystko z powodu jej różowych okularów i tak zwanego „pozytywnego myślenia”. Najkrócej sprowadza się ono do konstatacji, że w Polsce jest pięknie – a pod światłymi rządami ryżego czarodzieja już wkrótce będzie jeszcze piękniej. Przynajmniej należy w to wierzyć…

No więc ja nie wierzę – i to był przedmiot sporu, jaki niedawno w okolicach naszej przepięknej kamienicy zaistniał. Na tle rzecz jasna przecudownych samochodów naszych sąsiadów, moja rozmówczyni wskazując na nie dowodziła, że zamożność Polaków wzrosła, respekt dla władzy także, a niektóre zawody doczekały się już tak wielkiego społecznego uwielbienia, że aż strach pomyśleć… Tu się zaciekawiłem bardzo i zapytałem: a któreż to mianowicie zawody? No i padła odpowiedź: na przykład poborcy podatkowi, administratorzy, bankowcy i politycy z komisji „Przyjazne państwo”.

Ze starszych osób można się naśmiewać, można im polecać leczenie u ortopedy ( na nogi - skoro na głowę już za późno) – ale też wypada w polemice powołać się na jakieś opinie mądrzejszych, czy bardziej znanych. Tedy przywołuję takie głosy. W kategorii urzędników systemu podatkowego w rankingu Pricewaterhouse-Coopers i Banku Światowego Polska zajmuje 142 miejsce w zestawieniu opisującym przyjazność tego systemu. W Unii Europejskiej jesteśmy na przedostatniej pozycji - gorzej jest tylko w Rumunii. Na temat administratorów nie znalazłem żadnych międzynarodowych badań, widać nie jest to sprawa, którą świat chciałby się zajmować. W Polsce koń jaki jest – każdy widzi, niektórzy już czują od lat. Co się tyczy bankowców: pewnie najdosadniej opisuje ich od lat Stanisław Michalkiewicz, odsyłam zainteresowanych do archiwum jego felietonów. Tu wspomnę tylko, że zajęcia polegające na wypłukiwaniu każdej kwoty, jaką współrodacy czasami chowają do kieszeni czy pod poduszkę z tych tajnych miejsc ukrycia nie jest zajęciem zbyt chwalebnym – więc z tym szacunkiem do bankowców to jednak gruba przesada starszej pani. O ober-hersztach bankowej ekipy z początków lat 90-tych w ogóle nie ma co się wypowiadać, jakoś nie słyszałem, by takiemu na przykład Balcerowiczowi ktokolwiek rozsądny chciał stawiać pomniki. Zaś obecny minister finansów nie potrafiący policzyć nie tylko tego, co ma, ale przede wszystkim tego ile mu brakuje – to już sztuka sama w sobie.

A komisja „Przyjazne państwo”… W rankingu wolności gospodarczej przygotowanym przez Heritage Foundation i "Wall Street Journal" Polska sytuuje się na 82 pozycji (za Madagaskarem), a więc wśród państw "w zasadzie bez wolności". Więc to ma być to „przyjazne państwo”? Próby zmajstrowania na przykład prostszych procedur rejestracyjnych wobec nowych przedsiębiorców przyniosły taki bałagan, że najstarsi Indianie nie pamiętają. Manipulacje przy rozmaitych prawach, choćby budowlanym, to już w ogóle groteska, której nie da się opisać w spokojnych słowach. Gdyby dzielnym politykom z tej właśnie komisji ktoś pozwolił dalej majstrować przy prawach i zasadach – to pewnie już za miesiąc mogli byśmy doczekać się dumnego oznajmienia, że jedyna bezpieczna prędkość na drodze wynosi ZERO, dzięki czemu ewentualne pretensje w sprawie opóźnień budowy tychże dróg i autostrad z zasady mijają się z celem. W końcu stać bez ruchu można i w szczerym polu, prawda?

I jak to wszystko skwitować? Chyba tylko w ten sposób, ze młodość jest wspaniała, ale bez doświadczenia – zaś wiek dojrzały, który winien tryskać doświadczeniem i mądrością coraz częściej trzeba postrzegać jako czas głupiego uporu i absurdalnych opinii, podawanych tak, jakby innego wyjścia nie było. A przecież JEST!

M.Z.

niedziela, 21 czerwca 2009

Gdy prace trwają…

Zasadniczo tytuł miał brzmieć „Gdy praca wre”. No ale przecież nie mogę się ośmieszać, prawda? Więc zostaje jak wyżej…

Ostatni tydzień swojego urlopu jak wiedzą to dobrzy sąsiedzi spędziłem w domu, snując się też wokół tegoż domu i słuchając co kto powiada i na co jest zły. Obserwacja pierwsza jest zatem taka, ze źli są ci wszyscy, u których dzielne ekipy remontowe podjęły właściwe prace, niestety partoląc je ile wlezie, a zwłaszcza przeciągając. Sytuacja była jakby do przewidzenia, system przetargów powoduje, że przetargi wygrywa na ogół najtańszy kontrahent, co to ma wspólnego z pojęciem „najlepszy” wszyscy wiedzą – więc nie będę się pastwił. Niemniej okazało się, że wybitni, a pracujący tu i ówdzie specjaliści o pewnych czynnościach nie mają pojęcia, zaś ślimacze tempo za nic ma potrzeby normalnych ludzi, dla których brak łazienki, kibelka czy czego tam jeszcze, właśnie rozpapranego przez rękodzielników jest dolegliwością sporą. Na razie trafiało na ludzi najspokojniejszych w świecie, więc do rękoczynów nie doszło. Jak jednak wiadomo im głębiej w las tym więcej drzew – więc małych lub większych awanturek zupełnie wykluczyć nie można. Ba: ten i ów wręcz je przewiduje w niedalekiej przyszłości. Okazuje się bowiem, że sufit w fale nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej, nawet jeśli rzemieślnicy udają, że zamalowanie go byle jak zatrze niedobre wrażenie. Podobnie tempo napraw – jeden pasek kafelków dziennie to ciut mało, pilnowanie takich potęg pośpiechu w ramach własnego urlopu może wkurzać (a nawet bardziej!) – co przecież przewidywałem czas jakiś temu. Nie chciano wierzyć. Dzisiaj z kimś tam się spotykam w okolicach trzepaka i słyszę: skąd pan wiedział, że tak będzie? Jak to skąd? Toż nie urodziłem się wczoraj…

Dla wątpiących w dzieło odtworzenia komercyjnego luksusu, którego jakoby dostąpiliśmy na początku tego wieku, sprowadzając się do naszej wspaniałej kamienicy: gdy po remoncie sufit w paski i fale, na ścianach plamy farby udającej białą, a kafelki nie mają równych od siebie odstępów NIE PODPISUJEMY PROTOKOŁU ODBIORU!!! Nie dajemy się zastraszyć, że kto inny podpisze – bo ten „kto inny” może sobie bazgrać autografy na ścianie własnego kibla, czynszów za nas nie płaci, więc nie ma nic do gadania.

M.Z.

niedziela, 31 maja 2009

Przedurlopowo

Remonty, terminy, zakresy prac w kolejnych mieszkaniach – to są tematy, jakie omawiamy ostatnio spotykając się przypadkowo i mniej przypadkowo, przed domem i gdzieś jeszcze. Większość moich rozmówców nie bardzo wie co z tego wszystkiego wyniknie, ten i ów w ciągu minionych lat dokonał stosownych przeróbek, powymieniał drzwi i parkiety, zainwestował w mieszkanie furę pieniędzy i teraz obawia się, że będzie musiał do interesu dopłacać kolejną kasę. Niekiedy po prostu już jej nie ma. Inni wściekają się i powiadają: tak, byli dwa lata temu, taka pocieszna komisja zaczynająca ogląd od słów „ależ pan luksusowo mieszka!”, coś tam zapisali, ale od owego czasu rusza się już nie tylko jeden kąt pokoju, ale cała w nim podłoga, a sufity pospadały wszędzie. W kilku mieszkaniach wizytująca je ekipa właścicieli ekipy remontowej miała ponoć się wyrazić, że zmianę zakresu robót należy uzgodnić z administracją. Teoretycznie słuszna postaw – niestety jak to w życiu bywa z administrację tylko niewielu ma ochotę dyskutować, a o zmianie zakresu robót to już nikt. Ma być więc tak, ze robotnicy zalepią co im szef każe, potem przyjdzie ten „radosny” z ADM-u, coś podpisze i bal za dziewięć złotych z metra kwadratowego zacznie się.

Otóż to proszę Państwa nie do końca prawda. Przypomnijcie sobie proszę swoje pierwsze godziny w tym domu: klucze do ręki, podpis na kwicie odbioru, potem przeprowadzka. Powrót do czynszu komercyjnego jest mniej więcej tym samym. Jeśli nie podpiszecie akceptacji wykonanych prac, których celem jest przywrócenie lokalowi statusu dobrego i komercyjnego – kicha z grochem, każda następna decyzja administracyjna łatwo może być zanegowana, a prawa lokatora dochodzone przed sądem. Wiem, niektórych to przeraża. Ale niestety nie będzie innego wyjścia. Na jednym z zebrań lokatorskich, jeszcze w czasach, gdy istniała jedna reprezentacja, padła propozycja najęcia adwokata pewnej grupy, sporo osób do niej się zgłaszało. Można do pomysłu wrócić, koszty nie są wówczas tak wielkie. Nadal w tym kraju jest tak, że usterek jako bytu materialnego nie da się odwołać ani groźbą, ani administracyjnym straszeniem, że tego i tego dnia i tak nastąpi podwyżka, bo „władza kazała”, więc usterek już nie ma, sufity nie spadają, a podłogi przykleiły się do betonu same.

Druga strona doskonale o tym wszystkim wie. Druga strona zrobiła w ciągu minionych lat wiele, by określoną wspólnotę najpierw skanalizować, później rozbić, zawsze marginalizować. Tak, nadal uważam, że dokonało się to za sprawą ludzi wyznaczonych do tego celu – przy bierności pozostałych. Niektórzy niezwykle kiedyś hałaśliwi dzisiaj zamilkli. Dobrowolną zamianę dwóch lokali potraktowano jako dowód na złamanie karku opornym – co jak wiecie jest nieprawdą, rozmawiam z wieloma, ale żaden ni żadna nie przyznają się do złamanego karku.

Na razie zatem: robić swoje, dbać o logikę działań i nie dać się zastraszyć, stłamsić, czy przekonać do czegoś, co jest ewidentną bzdurą. Terminy prac w Państwa lokalach jednak zostały przyjęte – bo też i wykonawca nie miał innego wyjścia. Domagajcie się porządnego wykonania tych czynności, to wasze niezbywalne prawo. Niczego nie podpisywać i niczego na piśmie nie kwitować – jeśli nie istnieje stuprocentowa pewność, że jest jak powinno być.

M.Z.

środa, 20 maja 2009

4 czerwca – święto naiwnych czy oszukanych?

Dwadzieścia lat od… No właśnie: od czego? Sądząc po prasowych i sieciowych enuncjacjach zdania są podzielone. Jedni otóż twierdzą, że to święto pierwszych demokratycznych wyborów. Drudzy replikują, że pomysł tzw. Sejmu kontraktowego z definicji nie miał nic wspólnego z demokracją, dalsze zaś losy kraju i państwa dowiodły, że podlegliśmy zbiorowej halucynacji usilnie podsycanej do dzisiaj.

Tę drugą opinię wydaje się potwierdzać wyznanie „człowieka honoru” o imieniu Czesław. Stwierdził on bowiem w przypływie złości lub szczerości (niepotrzebne skreślić), że nieprawdą jest jakoby Solidarność w 1989 roku cokolwiek wygrała. Raczej wzięła co on, honorowy nad miarę, podarował jej na odkrytym talerzu. Jeśli więc główny macher tak stawia sprawę – chyba należy mu wierzyć. Bo potwierdzeniem tej opinii jest to choćby, że ów moment rzekomego triumfu demokracji wygrali ludkowie o czerwonym zabarwieniu duszy i pyska. Mają w końcu swoje wysokie emerytury, głód do garnków im nie zagląda, a w znacznej części tytuł „sekretarza” zamienili na „prezesa”, co oczywiście wiąże się z jeszcze lepszymi, niż za komuny apanażami.

Jeśli tak jest jak wyżej piszę – 4 czerwca nie ma czego obchodzić. O ile rzecz jasna nie jest się prezesem-post-sekretarzem… Jeżeli zaś jest się oszukanym wprost – świętować nie ma sensu tym bardziej. Bo w końcu cóż to za okazja wbijać się w świętalny ubiór z powodu dwudziestej rocznicy dostania najpotężniejszego kopa w tyłek?

M.Z.

PS. Podobno robię się już tak bardzo spiskowy, że lada dzień zaczną szukać w sąsiedztwie Szoszonów – albo jakichś innych plemiennych koczowników. Odpowiadam: bzdura! Tu posłużę się pewnym przywołaniem: autorką znanego powiedzenia o mniejszościach jest niezawodna była rzecznik rządu Mazowieckiego, Małgorzata Niezabitowska. Stwierdziła ona kiedyś autorytatywnie, że tej mniejszości jest w Polsce nie więcej, jak jakieś 3 tysiące sztuk, więc problem jest wydumany. Na co ktoś miał podobno odrzec „Jeśli tak – to czemu ja ich wszystkich widzę każdego dnia na ekranie własnego telewizora?” Nie pójdę zatem tą błędną drogą. Wolę już łapać czerwone świetliki. Te bowiem przyciśnięte dłonią tak zabawnie piszczą, że nawet jeśli należeli, to wyłącznie jako Wallenrodowie, jeśli palili, to na pewno się nie zaciągali, jeśli pili to bez połykania… A w ogóle to było tak dawno, że podobne rozważania należy zostawić archeologom, ponoć ustalili już wiek wszystkich mumii egipskich i akurat czekają na pojawienie się nowego obszaru badań…