Pisuję w tym miejscu o różnych rzeczach, sprawach i ludziach. Z powodu poczucia bycia wolnym – i z tej przyczyny, że wszystko to zdaje mi się ważne. Członkowie Stowarzyszenia „Po Drugiej Stronie” dawno to zaakceptowali. Co było dla mnie ostatnio ważne – wynika wprost ze spisu treści, każdy może sobie obejrzeć i przeczytać co mu się podoba. A potem oczywiście cieszyć się lub zgrzytać zębami, co woli lub uzna za stosowne… W sprawach domu Abramowskiego 9 najważniejsza ostatnio była zmiana warunków najmu. W dwóch tekstach wyraziłem swoje zdanie na ten temat, paru osobom wręcz i osobiście powiedziałem co mógłbym im w tym przedmiocie zarekomendować (podpisanie nowej umowy) – więc raczej nikt nie powinien myśleć, że utopiony w polityce i filozofii nie zauważam życia wokół. W swoim podpisanym komentarzu moje zdanie potwierdziła P. Anna Stach, formalna przedstawicielka drugiej organizacji lokatorskiej. Albo powiedzmy dyplomatyczniej: okazało się, że oboje mamy na ten temat tę samą opinię, pisemnie zostało to potwierdzone. Cieszę się, ponieważ oznacza to, że wbrew kolportowanym opiniom moich „wielbicieli” te strony nie kipią wcale totalną negacją wszystkiego, ergo wystąpienie na nich nie jest automatycznie tożsame z infamią, opryszczką i innymi plagami.
O psach już pisałem. O „psiej akcji” również. Tu dodam tyle, że psie odchody przeszkadzają mi nie mniej, niż autorom „kampanii”. Niestety sposoby jej prowadzenia uważam za głęboko idiotyczne, a pewne elementy za wręcz nieprawne. Poniżej pokrótce postaram się to wyjaśnić. Otóż w odpowiedzi na pismo drugiej organizacji lokatorskiej znalazły się następujące fragmenty:
• ponieważ warunki Umowy z Firmą Ochroniarską zostały już zatwierdzone i podpisane- DOM „Wierzbno" w najbliższym czasie przekaże Ochronie UNIWERSUM Państwa sugestie w kwestii nadzoru przypadków wyprowadzania psów na pobliskie trawniki.
• zlecono także zakup odrębnych pojemników na psie odchody, oraz przekazano dozorcy Państwa uwagi w tym względzie,
• skwer od strony ulicy Domaniewskiej jest ogrodzony i zamknięty. DOM „Wierzbno" wymienił także zamek od furtki, który powinien uniemożliwić mieszkańcom wstęp na ten teren.
Z poważaniem
Z-ca Kierownika ds Eksploatacji
Anna Hertyk
„Jedźmy” teraz po kolei, najpierw passus o „warunkach umowy z firmą ochroniarską już zatwierdzonych i podpisanych”. Warunki te, proszę Państwa, limitowane są obszarem działki przynależnej do domu Abramowskiego 9. Właściciel terenu może sobie podpisywać umowy z kim chce i jakie chce – pod warunkiem, że ich treść nie dotyczy terenu innego, jak tylko należącego do owego właściciela! Granica naszej działki przebiega mniej więcej na wysokości nosów samochodów parkujących na placyku do tego przeznaczonym, na zewnątrz budynku. Ulica i trawnik po jej drugiej stronie, wzdłuż płotu Instytutu Budownictwa, NIE NALEŻY do naszej działki, żadna umowa dotycząca czegokolwiek, a podpisana przez administratorów nie miała by więc mocy prawnej. W tym miejscu proszę sobie przypomnieć śnieżną zimę sprzed kilku lat – domagaliśmy się wówczas systematycznego odśnieżania parkingu i ulicy. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, że „to nie jest teren administracji i proszę zwracać się do Zarządu Dróg Miejskich”. W świetle prawa można zatem apelować do dowolnej osoby, by dbała o swoje zwierzę – ale zupełnie nie można czynić za to odpowiedzialnymi ochroniarzy. Ci bowiem działają na terenie działki, a nie poza nią. Mogę się jedynie domyślać, że zmiana umowy z nimi podpisanej może dotyczyć różnych spraw – ale tej akurat nie. Przy okazji: podczas tegorocznej śnieżnej zimy dzielni administratorzy ANI RAZU nie zadbali o to, by Zarząd Dróg Miejskich choć raz przysłał przed nasz dom pług śnieżny czy inną maszynę. Czy dzieje się tak dlatego, że najwięksi domowi „reformatorzy” parkują swe pojazdy w garażach wewnętrznych i w nosie mają resztę „pospólstwa”?
Zwróćmy teraz uwagę na passus o „skwerze od strony Domaniewskiej”. Został trwale zamknięty, zamki stalowej furty wymienione. Dlaczego? Czy ktoś inny poza OGÓŁEM lokatorów nabył do tego terenu jakieś szczególne prawa? Czy lokatorzy tzw. parteru stali się pewnego dnia ważniejsi od reszty sąsiadów – i wymogli uznanie tego stanu na administratorach? Na podstawie jakiego to przepisu uniemożliwia mi się przechadzki po terenie działki, na której stoi dom, w którym mieszkam? Nieśmiało dodaję, że nie mam psa, a kotów, moich współlokatorów, nie planuję wypasać na tym wewnętrznym skwerku. Oświadczam przeto, że ilekroć będę chciał tam wejść – to wejdę. Mam prawo to uczynić (w czynszu zawarty jest także podatek gruntowy za CAŁOŚĆ terenu, oczywiscie w odpowiedniej proporcji na jeden lokal), a każdy, kto w celu ograniczenia tego prawa wezwie na pomoc na przykład Straż Miejską okaże się prostym idiotą. Którego zresztą natychmiast potem oskarżę formalnie o ograniczanie moich praw lokatorskich i obywatelskich.
Przy okazji: w sieci od pewnego czasu toczy się dość żywa dyskusja o najnowszym pomyśle „polityków” PO. Dotyczy zamiaru sterylizacji zwierząt domowych. Jeśli obywatelu nie urżniesz swemu ulubieńcowi tego czy owego – będziesz potraktowany jako nielicencjonowany hodowca. Co oczywiście skutkuje odpowiednimi podatkami… To dziwne – ale domowa kampania z psami związana jakoś tak zbiegła się w tym domu w czasie z pomysłami wyżej wymienionymi. ADM natychmiast na „postulat lokatorski” zareagował, pisma krążyły jak błyskawice, choć przedtem ten obieg był nieco… ospały. Są ludzie, którzy twierdzą, że nie ma w formalno-prawnym życiu przypadków, a wszystkie rzekome improwizacje zostały starannie zaplanowane. Są też tacy, którzy dzisiaj widzą nonsens i niebezpieczeństwo planistycznego sterylizowania domowych ulubieńców, ponieważ ich zdaniem jutro będzie to dotyczyło… może ludzi? Inaczej myślących, niepokornych, krzywych, kulawych czy garbatych?
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
niedziela, 22 lutego 2009
piątek, 6 lutego 2009
Festiwal piosenki żołnierskiej
Trwa od przedwczoraj i dotyczy mebla zwanego okrągłym stołem. Oficjele postanowili uroczyście obejść dwudziestą rocznicę tego wydarzenia. Oczywiście przedstawiając je jako triumf… pal sześć czego, chodzi o pojęcie TRIUMF. Były wieczory wspominkowe, wystąpili najwybitniejsi artyści scen polskich z Adamem M. na czele. Oczywiście jak to w świecie bywa pojawiły się głosy niekoniecznie wpisujące się w urzędową euforię. Ba, wspomniano coś o wielkim kancie, którego naród zupełnie jest w całości nieświadomy. Zaprzyjaźniona prasa i równie zaprzyjaźnione stacje telewizyjne natychmiast dały tej niesłusznej teorii należyty odpór. Posłużono się najprostszym zabiegiem: nie wyznających oficjalnej linii wrzucono do wora z napisem „Spiskowcy”. Mając rzec jasna na myśli to, że oponenci reprezentują głęboko niesłuszną linię spiskowej teorii dziejów, zatem nie ma co z nimi poważnie gadać. „Spiskowcy” do wora, wór do jeziora… Uwaga: to już mój dopisek, uczyniony zresztą na podstawie doświadczenia i pamięci o metodach, którymi drzewiej rozprawiano się z niejakim Długim Romkiem Giertychem, jeszcze za czasów gdy był Ministrem Oświaty.
W festiwalu głosów ewidentnie chwalących nieszczęsny mebel, co do którego nie ma już pewności czy był okrągły, czy kanciasty pojawiły się elementy martyrologiczne: krew, która nie została jakoby rozlana (czyżby zamordowani tuż przed ustawieniem tego mebla w Magdalence nie mieli krwi w żyłach?), sowieckie tanki, które nie weszły, choć wejść mogły… I takie tam różne jeszcze wyznania pożytecznych idiotów, dla których to, co być mogło lub nie mogło, a to, co było to jedna magma, w której nie warto się babrać, bo nie daj Boże wyjdzie jeszcze coś niebezpiecznego i stanie się wstyd. W tym więc zakresie festiwal okrągłostołowy jako żywo przypomina stare, dobre festiwale pieśni żołnierskiej, partyzanckiej i miłosnej z Kolobrzegu. Jak wiadomo – a pieśni tam wykonywane tego dowodzą - żołnierz nadchodzący „ze wschodniej strony” pukał kwiatem w okienko, panienka otwierała i było git. Pod warunkiem, że nie miala zegarka... Zas ludowi partyzanci z wyciętych lasów cieszyli się jak dzieci, gajowy był akurat na urlopie i nie musieli się obawiać, że ktoś ich wygoni z tych wykrotów i wądołów…
M.Z.
W festiwalu głosów ewidentnie chwalących nieszczęsny mebel, co do którego nie ma już pewności czy był okrągły, czy kanciasty pojawiły się elementy martyrologiczne: krew, która nie została jakoby rozlana (czyżby zamordowani tuż przed ustawieniem tego mebla w Magdalence nie mieli krwi w żyłach?), sowieckie tanki, które nie weszły, choć wejść mogły… I takie tam różne jeszcze wyznania pożytecznych idiotów, dla których to, co być mogło lub nie mogło, a to, co było to jedna magma, w której nie warto się babrać, bo nie daj Boże wyjdzie jeszcze coś niebezpiecznego i stanie się wstyd. W tym więc zakresie festiwal okrągłostołowy jako żywo przypomina stare, dobre festiwale pieśni żołnierskiej, partyzanckiej i miłosnej z Kolobrzegu. Jak wiadomo – a pieśni tam wykonywane tego dowodzą - żołnierz nadchodzący „ze wschodniej strony” pukał kwiatem w okienko, panienka otwierała i było git. Pod warunkiem, że nie miala zegarka... Zas ludowi partyzanci z wyciętych lasów cieszyli się jak dzieci, gajowy był akurat na urlopie i nie musieli się obawiać, że ktoś ich wygoni z tych wykrotów i wądołów…
M.Z.
wtorek, 3 lutego 2009
INFO – ciąg dalszy poprzedniego wpisu
Wspominane wczoraj pismo dotarło ponownie do podpisu. Na dole dokumentu podkreślony fragment: obowiązują poprzednie zniżki związane z usterkami w lokalu. Nie wdając się w szczegóły – podpisałem. W przekonaniu, że czynię właściwie i że nie kryje się za całością żaden podstęp.
Od innych centrów informacyjnych żadnego odzewu. Moje zdanie kolportuję wyłącznie na tej stronie – i telefonicznie w kilku rozmowach z zaprzyjaźnionymi lokatorami. Stowarzyszenie „Po Drugiej Stronie” zawiadomione. To wszystko co mogłem dla Państwa zrobić w tym przedmiocie.
M.Z.
Od innych centrów informacyjnych żadnego odzewu. Moje zdanie kolportuję wyłącznie na tej stronie – i telefonicznie w kilku rozmowach z zaprzyjaźnionymi lokatorami. Stowarzyszenie „Po Drugiej Stronie” zawiadomione. To wszystko co mogłem dla Państwa zrobić w tym przedmiocie.
M.Z.
poniedziałek, 2 lutego 2009
Idzie „nowe”
Dzisiaj, 2 lutego 2009 r. w godzinach wieczornych odwiedziła mnie pani z administracji. Chciała wręczyć dokument mówiący o wypowiedzeniu poprzednio sygnowanej umowy najmu i ustaleniu nowej stawki czynszu na poziomie 9 zł za metr kwadratowy. Odmówiłem przyjęcia – mam prawo do rozwagi, a zgodnie z literą prawa dokument ten winien być przesłany do każdego lokatora listem poleconym. Nadto jak większość lokatorów korzystam ze zniżki wynikającej z komisyjnego i wielokrotnego stwierdzenia w moim mieszkaniu licznych usterek. Ponieważ miła skądinąd doręczycielka nie była w stanie wytłumaczyć na gorąco jak te dwie sprawy zostaną połączone (stawka bazowa 9 zł i obniżka z powodu usterek) – czekam na list polecony.
By zaś nie tracić czasu sięgnąłem od razu do podstawy prawnej, na którą powołuje się wspomniane wyżej, a nie odebrane pismo. Okazało się nią
ZARZĄDZENIE NR 2437/2008
PREZYDENTA MIASTA STOŁECZNEGO WARSZAWY
z dnia 23 grudnia 2008 r.
Proponuje Państwu odszukanie tego dokumentu na stronie internetowej. W tym miejscu przywołam fragment, który dotyczy(moim zdaniem) naszego domu. Brzmi on:
... za najem lokali znajdujących się w budynkach wybudowanych po 1995 r. o powierzchni powyżej 80 m2 oddawanych w najem w drodze przetargu ograniczonego do osób, które opróżniły samodzielny lokal wynajmowany z mieszkaniowego zasobu m.st. Warszawy lub przeniosły na rzecz m.st. Warszawy prawo własności lokalu znajdującego się na terenie m.st. Warszawy, /nalicza się – dop. autora/ odpowiednio dla strefy:
1) peryferyjnej – 8,10 zł (słownie złotych: osiem dziesięć groszy),
2) miejskiej – 9,00 zł (słownie złotych: dziewięć),
3) centralnej – 10,00 zł (słownie złotych: dziesięć)…
Nie specjalizuję się w opiniowaniu aktów prawnych, publicystycznie dałem już wyraz swojemu stosunkowi do podobnych działań. O ile jednak rozumiem dokonano w stosunku do lokatorów domu przy Abramowskiego 9 OBNIŻKI STAWKI BAZOWEJ CZYNSZU KOMERCYJNEGO z 10 zł za metr kwadratowy do 9 zł za tenże metr.
Pozostaje pytanie: a co z usterkami i wynikającymi z ich istnienia obniżkami stawek bazowych? Na to jak wiadomo lokatorzy również przechowują stosowne i formalne dokumenty. Czy procedura weryfikacji usterkowej będzie powtórzona? Jak będzie miała się do nowej stawki bazowej?
Zapraszam do wymiany poglądów w tej sprawie formalną reprezentantkę drugiej grupy lokatorskiej. Bo jak mi wiadomo tylko po dzisiejszym wieczorze – inni sąsiedzi też chcą wiedzieć. A ja być może mam rację – a być może nieco się mylę. Tak czy siak warto porozmawiać choćby na płaszczyźnie strony sieciowej.
Marek Zarębski
By zaś nie tracić czasu sięgnąłem od razu do podstawy prawnej, na którą powołuje się wspomniane wyżej, a nie odebrane pismo. Okazało się nią
ZARZĄDZENIE NR 2437/2008
PREZYDENTA MIASTA STOŁECZNEGO WARSZAWY
z dnia 23 grudnia 2008 r.
Proponuje Państwu odszukanie tego dokumentu na stronie internetowej. W tym miejscu przywołam fragment, który dotyczy(moim zdaniem) naszego domu. Brzmi on:
... za najem lokali znajdujących się w budynkach wybudowanych po 1995 r. o powierzchni powyżej 80 m2 oddawanych w najem w drodze przetargu ograniczonego do osób, które opróżniły samodzielny lokal wynajmowany z mieszkaniowego zasobu m.st. Warszawy lub przeniosły na rzecz m.st. Warszawy prawo własności lokalu znajdującego się na terenie m.st. Warszawy, /nalicza się – dop. autora/ odpowiednio dla strefy:
1) peryferyjnej – 8,10 zł (słownie złotych: osiem dziesięć groszy),
2) miejskiej – 9,00 zł (słownie złotych: dziewięć),
3) centralnej – 10,00 zł (słownie złotych: dziesięć)…
Nie specjalizuję się w opiniowaniu aktów prawnych, publicystycznie dałem już wyraz swojemu stosunkowi do podobnych działań. O ile jednak rozumiem dokonano w stosunku do lokatorów domu przy Abramowskiego 9 OBNIŻKI STAWKI BAZOWEJ CZYNSZU KOMERCYJNEGO z 10 zł za metr kwadratowy do 9 zł za tenże metr.
Pozostaje pytanie: a co z usterkami i wynikającymi z ich istnienia obniżkami stawek bazowych? Na to jak wiadomo lokatorzy również przechowują stosowne i formalne dokumenty. Czy procedura weryfikacji usterkowej będzie powtórzona? Jak będzie miała się do nowej stawki bazowej?
Zapraszam do wymiany poglądów w tej sprawie formalną reprezentantkę drugiej grupy lokatorskiej. Bo jak mi wiadomo tylko po dzisiejszym wieczorze – inni sąsiedzi też chcą wiedzieć. A ja być może mam rację – a być może nieco się mylę. Tak czy siak warto porozmawiać choćby na płaszczyźnie strony sieciowej.
Marek Zarębski
czwartek, 29 stycznia 2009
Konsystencje
Albo po ludzku: skupienia, gęstości. Mogą dotyczyć dżemu wiśniowego, miodu czy zupy. Ale mogę też dotyczyć poczucie własnej integralności u tego lub owego osobnika. Ostatnio mam pewne kłopoty z tym właśnie problemem. Jak polemizować z kimś, kto WIE – i to WIE tak mocno, że żaden argument doń nie dociera, a wszystkie odbierane są nie jako głosy dyskusyjne, ale jako atak personalny?
Ukazał się ostatnio tomik wierszy Wisławy Szymborskiej. Tak, noblistki i byłej stalinistki, wszystko się zgadza. Moim zdaniem, nie będę go tu przesadnie forsował, jest to tomik co najwyżej marnowaty i w zestawieniu z innymi poetami noblista nie wspięła się na Mount Everest, raczej doszła do połowy wspinaczkowej trasy na Rysy. No cóż, wolno jej, osobiście nie spodziewałem się niczego lepszego, zatem i rozczarowanie żadne. W tym wieku dojście do połowy trasy na Rysy to i tak wyczyn nie lada…
W sieci zażarta polemika. Herbert kontra Szymborska. Tak, ten niedoceniany, ale piekielnie spójny poeta, którego właściwie zaszczuto na śmierć, nie drukując, poniżając i po wielokroć zdradzając. Skąd ktoś wyciągnął tak donośny (jak Herbert) dzwon zygmuntowski – dalibóg nie wiem. Ale uczyniwszy to broni swej opinii jak nie przymierzając birbant ostatniego pół litra na przyjęciu. On wie, on ma prawo, on pędzi innych gdzie wiatr poniesie, on sobie nie da niczego powiedzieć – bo jest przecież tak „głęboko konsystentnie integralny” jak nie przymierzając skała albo diament jaki. Cholera! Takiemu dyskutantowi ma się ochotę dać w pysk czymś ciężkim. Naruszyć tę jego piekielną konsystencję i zrobić z niej dżem agrestowy. Słabo konsystentny…
Ale nie – wszak to rozmowa literacka, tu takie argumenty ponoć nie uchodzą… Na pewno?
Tak, już się gdzieś z tym spotkałem, z ludźmi z tym samym poczuciem tak wielkiej własnej godności, że jej imienia nie godzi się wymieniać, przecież nie wzywa się bogów swych nadaremno. „Bogów swych”? No tak, niemal tak wysoko się umieścili, takimi bożkami mianowali. Dociekliwi znajdą rzecz całą w ubiegłorocznych zapiskach – a jeśli nie znajdą to też żadna strata. Nasycenie tkanki własnej dumy okazało się tak wielkie, że przekształciło osobnika w kamień. Tkwi gdzieś pomiędzy piętrami – albo i na piętrze – nikt sobie tym gitary nie zawraca. Kto dzisiaj słucha śpiewu kamieni? Kogo obchodzą ich bóle i choroby? Na przykład takie, że na kamienie milowe czy przydrożne wybrano kogo innego, miękkiego i łatwo sterowalnego…
M.Z.
Ukazał się ostatnio tomik wierszy Wisławy Szymborskiej. Tak, noblistki i byłej stalinistki, wszystko się zgadza. Moim zdaniem, nie będę go tu przesadnie forsował, jest to tomik co najwyżej marnowaty i w zestawieniu z innymi poetami noblista nie wspięła się na Mount Everest, raczej doszła do połowy wspinaczkowej trasy na Rysy. No cóż, wolno jej, osobiście nie spodziewałem się niczego lepszego, zatem i rozczarowanie żadne. W tym wieku dojście do połowy trasy na Rysy to i tak wyczyn nie lada…
W sieci zażarta polemika. Herbert kontra Szymborska. Tak, ten niedoceniany, ale piekielnie spójny poeta, którego właściwie zaszczuto na śmierć, nie drukując, poniżając i po wielokroć zdradzając. Skąd ktoś wyciągnął tak donośny (jak Herbert) dzwon zygmuntowski – dalibóg nie wiem. Ale uczyniwszy to broni swej opinii jak nie przymierzając birbant ostatniego pół litra na przyjęciu. On wie, on ma prawo, on pędzi innych gdzie wiatr poniesie, on sobie nie da niczego powiedzieć – bo jest przecież tak „głęboko konsystentnie integralny” jak nie przymierzając skała albo diament jaki. Cholera! Takiemu dyskutantowi ma się ochotę dać w pysk czymś ciężkim. Naruszyć tę jego piekielną konsystencję i zrobić z niej dżem agrestowy. Słabo konsystentny…
Ale nie – wszak to rozmowa literacka, tu takie argumenty ponoć nie uchodzą… Na pewno?
Tak, już się gdzieś z tym spotkałem, z ludźmi z tym samym poczuciem tak wielkiej własnej godności, że jej imienia nie godzi się wymieniać, przecież nie wzywa się bogów swych nadaremno. „Bogów swych”? No tak, niemal tak wysoko się umieścili, takimi bożkami mianowali. Dociekliwi znajdą rzecz całą w ubiegłorocznych zapiskach – a jeśli nie znajdą to też żadna strata. Nasycenie tkanki własnej dumy okazało się tak wielkie, że przekształciło osobnika w kamień. Tkwi gdzieś pomiędzy piętrami – albo i na piętrze – nikt sobie tym gitary nie zawraca. Kto dzisiaj słucha śpiewu kamieni? Kogo obchodzą ich bóle i choroby? Na przykład takie, że na kamienie milowe czy przydrożne wybrano kogo innego, miękkiego i łatwo sterowalnego…
M.Z.
sobota, 24 stycznia 2009
Naukowe dowody
W różnych polemikach, wszystko jedno czego dotyczą, spotykam ludzi coraz sprawniej posługujących się aparatem myślowym. Ich argumenty bywają poważne, bardzo poważne, a nawet tak bardzo poważne… że aż śmieszne. Cóż, umysł ludzki nie jest tworem doskonałym, a ćwiczony po łebkach okazuje się szczególnie niedoskonały. Pozwolę sobie przejść do przykładów.
Pewien klient przekonuje mnie, że polityka miasta polegająca na podnoszeniu czynszów regulowanych jest słuszna, ponieważ w efekcie przynosi korzyści mieszkańcom. Pomijam na dzień dobry fakt, że ktoś kiedyś regulację wprowadził i pewnie nie uczynił tego wyłącznie z nudów, ale na przykład przekonania, ze wyżej być nie może, bo ludzie nie zdzierżą. Skupiam się na dalszej argumentacji interlokutora. A ten rozpędza się coraz bardziej i bardziej – w końcu dochodząc do wniosku, że najlepiej pieniądze publiczne zgromadzić w jednym miejscu, a by się szczęśliwie mnożyły podnieść podatki jeszcze wyżej, rzecz jasna dla ogólnego dobra. Nieśmiało zauważam, że przeprowadzane kiedyś przez szaleńców próby podgrzewania wody tak bardzo, by osiągnęła temperaturę 140 stopni w warunkach swobodnych nie udały się, ponieważ zapomniano o pewnym prawie fizyki, powiada ono, że przy setce woda wrze, zmienia się jej stan skupienia, ergo 140 stopni nigdy nie osiągnie. Z obywatelami miasta rzecz ma się podobnie, co zauważyli już nawet niekompletni umysłowo komuniści, formułując prawo „mądrej śruby”. Powiadało ono, że śrubę obywatelom można dokręcać ze ściśle dozowaną siłą i nigdy do końca, bo można napotkać opór manifestujący się na przykład rzucaniem kamieniami w drogocenne socjalistyczne czołgi.
A propos polityki finansowej państwa w dobie kryzysu: wspominałem kiedyś o Wielkiej Brytanii i ulgach w podatkach osobistych pod koniec roku. Spieszę donieść, że obniżono również ten cholerny VAT. Z poziomu 17,5 % do 15 %. W Polsce jest on siedem punktów wyżej. Anglicy i tak jednak odnotowują spadek sprzedaży produktów niektórych branż. W motoryzacji, słusznie uważanej przez wiele państw za przemysłową lokomotywę miejscowej gospodarki ów spadek sięgną nawet kilkudziesięciu procent. U nas takich statystyk nie podaje się do publicznej wiadomości. Można się więc tylko domyślać, że jak u developerów mieszkaniowych jest źle, a może nawet jeszcze gorzej…
To co podrożeje? Gorzała, papierosy, czy akcyza na paliwa? Lud będzie klaskał – czy jak to pod koniec zimy bywa: trzeszczał?
M.Z.
Pewien klient przekonuje mnie, że polityka miasta polegająca na podnoszeniu czynszów regulowanych jest słuszna, ponieważ w efekcie przynosi korzyści mieszkańcom. Pomijam na dzień dobry fakt, że ktoś kiedyś regulację wprowadził i pewnie nie uczynił tego wyłącznie z nudów, ale na przykład przekonania, ze wyżej być nie może, bo ludzie nie zdzierżą. Skupiam się na dalszej argumentacji interlokutora. A ten rozpędza się coraz bardziej i bardziej – w końcu dochodząc do wniosku, że najlepiej pieniądze publiczne zgromadzić w jednym miejscu, a by się szczęśliwie mnożyły podnieść podatki jeszcze wyżej, rzecz jasna dla ogólnego dobra. Nieśmiało zauważam, że przeprowadzane kiedyś przez szaleńców próby podgrzewania wody tak bardzo, by osiągnęła temperaturę 140 stopni w warunkach swobodnych nie udały się, ponieważ zapomniano o pewnym prawie fizyki, powiada ono, że przy setce woda wrze, zmienia się jej stan skupienia, ergo 140 stopni nigdy nie osiągnie. Z obywatelami miasta rzecz ma się podobnie, co zauważyli już nawet niekompletni umysłowo komuniści, formułując prawo „mądrej śruby”. Powiadało ono, że śrubę obywatelom można dokręcać ze ściśle dozowaną siłą i nigdy do końca, bo można napotkać opór manifestujący się na przykład rzucaniem kamieniami w drogocenne socjalistyczne czołgi.
A propos polityki finansowej państwa w dobie kryzysu: wspominałem kiedyś o Wielkiej Brytanii i ulgach w podatkach osobistych pod koniec roku. Spieszę donieść, że obniżono również ten cholerny VAT. Z poziomu 17,5 % do 15 %. W Polsce jest on siedem punktów wyżej. Anglicy i tak jednak odnotowują spadek sprzedaży produktów niektórych branż. W motoryzacji, słusznie uważanej przez wiele państw za przemysłową lokomotywę miejscowej gospodarki ów spadek sięgną nawet kilkudziesięciu procent. U nas takich statystyk nie podaje się do publicznej wiadomości. Można się więc tylko domyślać, że jak u developerów mieszkaniowych jest źle, a może nawet jeszcze gorzej…
To co podrożeje? Gorzała, papierosy, czy akcyza na paliwa? Lud będzie klaskał – czy jak to pod koniec zimy bywa: trzeszczał?
M.Z.
sobota, 17 stycznia 2009
Dlaczego ja, stary warszawiak nie obchodzę dzisiaj „święta wyzwolenia”
Z dwóch podstawowych powodów: ponieważ Warszawa ma również prawobrzeżną stronę, a ta została zajęta przez sowietów już we wrześniu 1944 roku. Po drugie dlatego, że 17 stycznia 1945 na stronie lewobrzeżnej nie dokonało się żadne wyzwolenie, ale objęcie morza gruzów przez tych, którzy czekali, aż Niemcy wycofają się na bezpieczną odległość. Rosjanie najbardziej zdziwieni byli tym, że nikt nie wita ich kwiatami. W wojennych pamiętnikach próżno by jednak szukać słów wyjaśnienia czemu tam W OGOLE NIKOGO NIE BYŁO.
Czy zatem we wrześniu szalałem z radości? Nie. To, co dokonało się naonczas na Pradze da się bowiem krótko opisać słowami „ z deszczu pod rynnę”. Zwycięzcy, a jak powiadają inni „nowi okupanci” zajęli się przede wszystkim miejscami własnego zakwaterowania. Zajęto budynki nadające się na biura, na pierwszy ogień poszly dzisiejsze gmachy PKP obok dworca Wileńskiego. A kadra oficerska, ta wyposażona w wojenne żony, rozlokowała się śmiało wszędzie tam, gdzie jej to pasowało. Na przykład w cudzych mieszkaniach, szczególnie w tej ich części, gdzie znajdowała się wanna. Kibelek był nieważny, istniały przecież nocniki. Wanna tak, wanna była ważna. Z wazy na zupę nie dało się jej zrobić.
I zaczęły się nowe obyczaje. Radosne? W pewnym sensie tak – o ile ktoś potrafi śmiać się z ruskich dam, które na pierwsze spektakle w teatrze Powszechnym na Zamojskiego przychodziły w nocnych koszulach mojej babci. Widać były wystarczająco ozdobne… Po niewielu latach, kiedy już sowieccy „specjaliści” wzywani byli po kolei do powrotu na ojczyzny łono ich miejsca zakwaterowania przejął socjalistyczny kwaterunek. I zainstalował tam swoich. Dziwnych ludzi. Mówili, że pracują ciężko w fabryce na 11-Listopada. Niedawno odkryto w tym miejscu NKWD-owską i UB-cką katownię, nikt nie jest w stanie policzyć ilu tam zginęło bez wieści ludzi.
No więc co tu proszę Państwa obchodzić?
M.Z.
Czy zatem we wrześniu szalałem z radości? Nie. To, co dokonało się naonczas na Pradze da się bowiem krótko opisać słowami „ z deszczu pod rynnę”. Zwycięzcy, a jak powiadają inni „nowi okupanci” zajęli się przede wszystkim miejscami własnego zakwaterowania. Zajęto budynki nadające się na biura, na pierwszy ogień poszly dzisiejsze gmachy PKP obok dworca Wileńskiego. A kadra oficerska, ta wyposażona w wojenne żony, rozlokowała się śmiało wszędzie tam, gdzie jej to pasowało. Na przykład w cudzych mieszkaniach, szczególnie w tej ich części, gdzie znajdowała się wanna. Kibelek był nieważny, istniały przecież nocniki. Wanna tak, wanna była ważna. Z wazy na zupę nie dało się jej zrobić.
I zaczęły się nowe obyczaje. Radosne? W pewnym sensie tak – o ile ktoś potrafi śmiać się z ruskich dam, które na pierwsze spektakle w teatrze Powszechnym na Zamojskiego przychodziły w nocnych koszulach mojej babci. Widać były wystarczająco ozdobne… Po niewielu latach, kiedy już sowieccy „specjaliści” wzywani byli po kolei do powrotu na ojczyzny łono ich miejsca zakwaterowania przejął socjalistyczny kwaterunek. I zainstalował tam swoich. Dziwnych ludzi. Mówili, że pracują ciężko w fabryce na 11-Listopada. Niedawno odkryto w tym miejscu NKWD-owską i UB-cką katownię, nikt nie jest w stanie policzyć ilu tam zginęło bez wieści ludzi.
No więc co tu proszę Państwa obchodzić?
M.Z.
sobota, 10 stycznia 2009
Wyznanie
Tak, to prawda, rzadko ostatnio zajmowałem się sprawami domu. Nie wojowałem z administracją, nie gromiłem sprzątających, na temat nie odśnieżanej ulicy też nie pisałem - nie ma już po co pisać, mają nas w nosie jak mieli wszystkie minione lata. Srające pieski? Co czyniły czynią dalej. Żadnemu właścicielowi powieka nawet nie drgnie na widok lubieżnie naprężającego się ulubieńca. Niektórzy pieski wysyłają rano na trawnik pod opieką dzieci: defekacja czterołapego pupila pod czujnym okiem dziesięciolatka (a nawet młodszych właścicielskich delegatów…) przebiega ponoć mniej konfliktowo... I gdyby nie rozczulająco naiwne pisemko (a może raczej wzór pisemka), które ukazało się na stronie konkurencji, a później apel któregoś z sąsiadów do sygnowania tej bzdurki – nie odzywał bym się wcale. A tak mam do powiedzenia co następuje: nie zajmuję się już pierdołami, faks zaś za taką właśnie pierdołę uważam. Dokument nawołujący do sprzątania po psach podpisany przez kogoś, kto w życiu się sprzątnięciem psiego gówna po swoim zwierzęciu nie zhańbił jest… żałosny, śmieszny? Cała reszta równie bez sensu. Skoro jednak ktoś chce coś napisać na swojej stronie – to oczywiście może. Propozycję podpisania się pod tym „wspólnym manifestem” zdecydowanie natomiast odrzucam. Pewnie to niektórych zdziwi – ale uważam się za poważnego faceta, a poważni takiego „czegoś” w życiu nie podpiszą.
Pamiętacie tekścik „Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”? Jerzy Stuhr, Opole sprzed wielu lat. Ależ to wiecznie żywe!
M.Z.
Pamiętacie tekścik „Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”? Jerzy Stuhr, Opole sprzed wielu lat. Ależ to wiecznie żywe!
M.Z.
czwartek, 1 stycznia 2009
I po świętach… A Nowy Rok jest już…
Jak było? Cicho i spokojnie, czy raczej kłótliwie i burzliwie? Tak naprawdę nikt nie musi odpowiadać, co widziałem to wiem. Kto miał wyjechać – ale nie wyjechał. Do kogo pełen skład rodzinny, ale może nie taki do końca pełen. Kto się powinien odezwać – ale się nie odezwał. No cóż, ciekawią mnie ludzie, ich losy i dzieje. Także legendy, które wokół siebie rozsiewają. Nie mogę zatem zastosować się do starego wezwania jednego z Czytelników, bym pisał wyłącznie o sobie. To dopiero była by nuda!
Dzisiaj nie dość pełna rozmowa o tym, że miasto na codzień nastawione na odwiedziny rodaków we współczesnych świątyniach raptem zamarło w oczekiwaniu na cud: nie ma życia w centrach handlowych! Mój Boże, ale zgroza! Co też ludzie będą robić pozbawieni elementu kuszenia? Teraz wyobraźcie sobie Państwo, że wyłączono telewizję i nie działają telefony. Horror. A czy uwierzycie, iż żyje pod tym naszym wspólnym niebem jeszcze paru rodaków, którzy takie czasy pamiętają i podobnych zagrożeń się nie boją? No tak, stan wojenny dla większości to jak bitwa pod Grunwaldem, od tamtej pory w dorosły świat skutecznie weszło pokolenie przecież narodzone w czasach bez TVP, TVN-u, Polsatu, telefonów, także komórkowych, Internetu i innych pokus, bez których dzisiaj podobno nie da się już żyć…
Tyle napisałem zaraz po świętach, potem przyszła potężna grypa, Nowy Rok - i właśnie obserwuję, jak to, co wyżej stoi sprawdza się w praktyce. Warszawa wymarła, można ją przed południem przejechać wzdłuż i wszerz niemal w samotności. Przy okazji: czy zauważyli Państwo jak z roku na rok o północy przy zmianie daty wychodzi przed dom coraz mniej ludzi? Gdzie te czasy, w których chałupa tętniła życiem, można było imprezę rozpocząć na czwartym piętrze, przejść przez zewnętrzny placyk i skończyć gdzieś na pierwszym, albo piątym? Pytałem dzisiaj zaprzyjaźnionych czemu tak się dzieje. Zdurnieli, spoważnieli, pozamykali się jak ślimaki w skorupach? Jedna z wersji ciekawa: to przez dzieci. Otóż ponoć kiedyś przed wspólnym domem o północy spotykali się dorośli. Dzisiaj ojcowie z dziećmi, większość (dzieci rzecz jasna) przed dziesiątym rokiem życia. „Toż to gnojstwo powinno spać o tej porze, a nie uczestniczyć w zajęciach dorosłych…” Jakaś część prawdy w tym jest. Granica uczestniczenia młodych we wszystkim niebezpiecznie przesuwa się w dół. Gdyby nie ta grypa też niekoniecznie chciało by mi się pić szampana w takim towarzystwie – jak drzewiej bywało. No ale – czas pozornej wolności, nikt niczego nie narusza, więc niby wszystko w porządku… Żaden samochód rakietą podobno tym razem nie trafiony. Duma Prezesów, Wybranych, Ważnych, a nawet Nadętych nie wzruszona. Szczęśliwego Nowego Roku!
M.Z.
Dzisiaj nie dość pełna rozmowa o tym, że miasto na codzień nastawione na odwiedziny rodaków we współczesnych świątyniach raptem zamarło w oczekiwaniu na cud: nie ma życia w centrach handlowych! Mój Boże, ale zgroza! Co też ludzie będą robić pozbawieni elementu kuszenia? Teraz wyobraźcie sobie Państwo, że wyłączono telewizję i nie działają telefony. Horror. A czy uwierzycie, iż żyje pod tym naszym wspólnym niebem jeszcze paru rodaków, którzy takie czasy pamiętają i podobnych zagrożeń się nie boją? No tak, stan wojenny dla większości to jak bitwa pod Grunwaldem, od tamtej pory w dorosły świat skutecznie weszło pokolenie przecież narodzone w czasach bez TVP, TVN-u, Polsatu, telefonów, także komórkowych, Internetu i innych pokus, bez których dzisiaj podobno nie da się już żyć…
Tyle napisałem zaraz po świętach, potem przyszła potężna grypa, Nowy Rok - i właśnie obserwuję, jak to, co wyżej stoi sprawdza się w praktyce. Warszawa wymarła, można ją przed południem przejechać wzdłuż i wszerz niemal w samotności. Przy okazji: czy zauważyli Państwo jak z roku na rok o północy przy zmianie daty wychodzi przed dom coraz mniej ludzi? Gdzie te czasy, w których chałupa tętniła życiem, można było imprezę rozpocząć na czwartym piętrze, przejść przez zewnętrzny placyk i skończyć gdzieś na pierwszym, albo piątym? Pytałem dzisiaj zaprzyjaźnionych czemu tak się dzieje. Zdurnieli, spoważnieli, pozamykali się jak ślimaki w skorupach? Jedna z wersji ciekawa: to przez dzieci. Otóż ponoć kiedyś przed wspólnym domem o północy spotykali się dorośli. Dzisiaj ojcowie z dziećmi, większość (dzieci rzecz jasna) przed dziesiątym rokiem życia. „Toż to gnojstwo powinno spać o tej porze, a nie uczestniczyć w zajęciach dorosłych…” Jakaś część prawdy w tym jest. Granica uczestniczenia młodych we wszystkim niebezpiecznie przesuwa się w dół. Gdyby nie ta grypa też niekoniecznie chciało by mi się pić szampana w takim towarzystwie – jak drzewiej bywało. No ale – czas pozornej wolności, nikt niczego nie narusza, więc niby wszystko w porządku… Żaden samochód rakietą podobno tym razem nie trafiony. Duma Prezesów, Wybranych, Ważnych, a nawet Nadętych nie wzruszona. Szczęśliwego Nowego Roku!
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)