Tak napisałem wczoraj. Teraz chcę coś do tego dodać: otóż nie będąc autorem wywieszki w kabinie windy w całej rozciągłości POPIERAM jej treść i podpisuję się pod nią. Dlaczego? To proste. Dzisiejsza wizyta ekipy naprawiającej dźwigi osobowe dowiodła, że nad ekipami remontującymi mieszkania w naszej klatce schodowej NIKT i nigdy nie miał żadnej kontroli – a jeśli chce powiedzieć, że miał to łże jak pies. Wnętrze szybu gruntownie zasypane jest miałkim gruzem pochodzącym z tychże remontów (no chyba że Marsjanie gruz przywieźli nocą…) Uszkodzone zostały drzwi wejciowe do kabiny pasażerskiej, w skórę dostały prowadnice tejże kabiny, cała elektronika i drobne detale mechaniczne, sterujące przesuwem urządzeń wewnątrz szybu. Serwisanci nie potrafili podać nawet przybliżonych kosztów tej naprawy, będą jednak spore. Nikt nie może oszacować strat, jakie ponieśli lokatorzy górnych pięter nie mogąc wybrać się do pracy, lekarza, sklepu, czy choćby tylko na spacer (bo taka ich wola).
Gdyby zleceniodawca remontu lub ktokolwiek inny chciał tłumaczyć się, że nie ustaliłem ponad wszelką wątpliwość pochodzenia zanieczyszczeń w szybie windy oświadczam: osobiście widziałem jak robotnicy wsypywali gruz do kabiny, raz bezpośrednio na podłogę, następnym razem na cienką folię położoną na podłodze – co oczywiście guzik dało, folia wyciągana z ładunkiem na parterze natychmiast pękła i wszystko wysypało się gdzie popadnie. Zatem to, co tu pisze ma walor ŚWIADECTWA.
Za nadzór – a za brak nadzoru w szczególności – odpowiada inwestor, którego obowiązkiem jest uczynić to samodzielnie, albo poprzez wskazaną, a kompetentną osobę czy firmę. Pracownicy administracji, pośród których są także inżynierowie budowlani wiedzą to doskonale. Wiedzą, co im za zaniechanie wykonywania swych obowiązków grozi. Jesli zas inwestorem byl inny lokator - to jego odpowiedzialnosc obejmuje rowniez, choc inny na to jest paragraf.
I na koniec, bo pisanie o takich rzeczach doprowadza mnie do szewskiej pasji (ileż to durnoty, samozadowolenia i bezmyślności kręci się wokół…) sprawa dopisku do oryginalnego tekstu, który sfotografowałem i zamieściłem przy tekście poprzedniej notatki - pewien MUNDROL dopisał tam „tchórz”. Wielce „szanowny” autorze dopisku! Skoroś taki mądry, skoroś taki piekielnie odważny to po pierwsze ujawnij się sam. Po drugie zabierz wszystkie śmieci, brudy i huk elektrycznych młotków w soboty i niedziele do swojego oddzielonego od otoczenia domu – i tam trwajcie w wiecznej szczęśliwości, sam będziesz wiedział najlepiej do czego tych rzeczy można użyć i co sprawi ci przyjemność. Nas natomiast zostaw w jako takich cywilizowanych warunkach, to nasze prawo.
PS. Na konkurencyjnej stronie domu Abramowskiego 9 ukazal sie wpis lokatora "oburzonego" nieporzadkiem na sasiedniej posesji Instytutu Techniki Budowlanej. Prosze Czytelnikow o zestawienie obu tych informacji: zamieszczonej dwukrotnie przeze mnie na tej stronie, a traktujacej o skrajnej ludzkiej bezmyslnosci - i tamtej, dowodzacej jakoby wysokiego poczucia estetyki. Kolega "Lokator z naruszonym poczuciem ladu" zupelnie nie chce przy tym przyjac do wiadomoci, ze nie burdel za parkanem jest tym, z czym powinnismy wojowac - ale trucizny lotne, wydzielane przez kominy podczas spalania roznych materialow budowlanych w tymze Instytucie. Gdyby spalali zwiazki cyjanku, ale dbali o okoliczne krzewy i nowa farbe na plocie - to byloby wszystko OK, prawda?
Marek Zarębski (też lokator)
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
środa, 26 listopada 2008
wtorek, 25 listopada 2008
REMONCIK czy raczej MANDACIK?

Wyłożę to wprost: do tej pory miałem nieszczęście rozmawiać tylko z tymi sąsiadami, którzy generalnie remonty w naszej klatce traktowali jako pewne zło, ale zło konieczne. Ja twierdziłem, że to, co dzieje się przez ostatnie tygodnie to zwykłe barbarzyństwo, chamstwo i burdel na kółkach. Szkodliwy dla otoczenia, a jakże, proszę wjechać windą na dowolne piętro, łoskot zanieczyszczonych prowadnic kabiny może przyprawić o drobne stany lękowe. Pisałem już o tym. Zwracałem uwagę ochroniarzom, ci zwracali uwagę remontowcom – NIC! Jedynym odzewem był raz tylko ten, że „zleceniodawcy płacą i wymagają tempa”. Naszym do cholery kosztem?
Dzisiaj wywieszka w windzie. Cieszę się, że nie jestem już jedynym „opozycjonistą”. Jeszcze bardziej będę się cieszył, jeśli przy powtarzających się hukach elektrycznych młotów w niedzielę i tumanach gipsowego kurzu każdego dnia na korytarzach i w pomieszczeniach wspólnych zleceniodawcy i wykonawcy poczęstowani zostaną przez Straż Miejską solidnym mandatem. Gdyby zaś jeszcze wpisano im do długu koszt czyszczenia windowych prowadnic (spory, oj spory!) – moje zadowolenie nie będzie miało granic. I daję słowo, że nie chodzi mi tu o żadne osobiste animozje, ale o poczucie sprawiedliwości w mikro-społeczeństwie, jakie żyje na każdej klatce schodowej i w całym domu. Bo dalej tak trwać w huku i kurzu nikt nie zamierza, coraz więcej osób w nosie ma prywatne plany tego lub owego. Jeśli bowiem chce się coś realizować, to nie kosztem bliźnich, których owe plany interesować nie muszą.
PS. Nie jestem autorem windowej wywieszki. Moje inseraty zawsze podpisuje pelnym imieniem i nazwiskiem.
M.Z.
niedziela, 9 listopada 2008
Swobodne myślenie
Jest to kategoria delikatnie abstrakcyjna, ponieważ polega na tym, że owo myślenie nie jest ograniczane zasadami doraźnie wybranych praw, czy innych kodeksowych bzdur, jakich namnożyło się u nas ostatnio bez liku, więc każdą głupotę da się jakoś uzasadnić. Swoboda jednak nie może być pozbawiona rozsądku – wówczas takie myślenie byłoby nie swobodnym, ale po prostu głupim.
A o czym ja tak naprawdę? Najpierw o politycznych meandrach, które każą coraz większej grupie polskich polityków nawoływać do rychłego wprowadzenia w Polsce waluty euro. Że jest to czynność głupia można się przekonać czytając te same gazety i słuchając tych samych stacji radiowych i telewizyjnych. Wszystkie donoszą otóż, że strefa euro jeśli nie obumiera, to na pewno ma kłopoty większe od innych stref. Czemu więc zatem swobodnie myśląc dochodzę do wniosku, że rząd rżnie głupa i zachowuje się jak banda małolatów, którym tyle rozumowo brakuje do matury, ile mnie do wczesnej młodości? Jak pożenić jedno z drugim nie obrażając rozumu? Po grzmota włazić tam, gdzie bez dania racji biją? Po co ściągać na siebie i bliskich kłopoty?
Kolejny problem wynika z analizy pewnego ogłoszenia, które uparcie od wielu dni przewija się przez wszystkie stacje radiowe. Słuchaczy namawia się otóż do systematycznego jedzenia ryb. Samo w sobie głupie to nie jest, lubię i solę i łososia. Reklama zestawione z unijnym nakazem likwidacji dwóch dużych polskich stoczni każe się jednak zastanowić nad wymową całości. Bo niby jak to: ryby bez statków, które je złowią? A może tylko ryby złowione przez Niemców i Francuzów nadają się do jedzenia, przez co zakład produkujący takie wypasione kajaki, jak trawlery Polakom wcale nie jest niezbędny? Coś tu wyraźnie zgrzyta, stocznie mają zwrócić państwowe dotacje ino migiem, to jest do czerwca przyszłego roku. Pewien publicysta, Stanisław Michalkiewicz rozsądnie przeto wpadł na pomysł, by natychmiast stocznie przemianować na banki – te bowiem chętnie i za pozwoleństwem wielkich unijnych komisarzy dotacje mogą połykać. Nikt nikogo za to nie gani.
W drzwiach mojej klatki schodowej kolejny żywy dyskurs na temat porządków, pardon, burdelu, jakie ekipa remontująca „jedynkę” zarządziła w windzie i jej okolicach. Oczywiście natychmiast znajduje się ten upierdliwy facet, który twierdzi, że żadne prawo nie zostało naruszone, ”jakoś” i „kiedyś” trzeba to robić – więc się robi. To jest trzecia forma prawdy, czyli gówno prawda. Bo istnieje jeszcze coś takiego, jak zasady współżycia społecznego, przyznaję, że kodyfikacja jest tu mętna – ale jest. Nie można zatem najmować ekip remontowych, które kują i wiercą bez zmiłowania co najmniej do dziewiętnastej (ale częściej do dwudziestej), gruz wsypują żywcem na windową podłogę, a o przetarciu ścian z cementowego pyłu nigdy pewnie nie słyszały. I nie ma znaczenia, że przyszły lokator chce mieć marmurowe parapety (jeśli chce) i brylantowy salon, zaś administracja udaje, że nic złego się nie dzieje. Robole psują reszcie lokatorów dni powszednie i niedziele, tych lokatorów jest więcej, niż wielbicieli elektrycznego młota, nikt brudny być nie musi w piętnaście sekund po wyjściu z własnego domu. Więc może już dość tych manewrów?
M.Z.
A o czym ja tak naprawdę? Najpierw o politycznych meandrach, które każą coraz większej grupie polskich polityków nawoływać do rychłego wprowadzenia w Polsce waluty euro. Że jest to czynność głupia można się przekonać czytając te same gazety i słuchając tych samych stacji radiowych i telewizyjnych. Wszystkie donoszą otóż, że strefa euro jeśli nie obumiera, to na pewno ma kłopoty większe od innych stref. Czemu więc zatem swobodnie myśląc dochodzę do wniosku, że rząd rżnie głupa i zachowuje się jak banda małolatów, którym tyle rozumowo brakuje do matury, ile mnie do wczesnej młodości? Jak pożenić jedno z drugim nie obrażając rozumu? Po grzmota włazić tam, gdzie bez dania racji biją? Po co ściągać na siebie i bliskich kłopoty?
Kolejny problem wynika z analizy pewnego ogłoszenia, które uparcie od wielu dni przewija się przez wszystkie stacje radiowe. Słuchaczy namawia się otóż do systematycznego jedzenia ryb. Samo w sobie głupie to nie jest, lubię i solę i łososia. Reklama zestawione z unijnym nakazem likwidacji dwóch dużych polskich stoczni każe się jednak zastanowić nad wymową całości. Bo niby jak to: ryby bez statków, które je złowią? A może tylko ryby złowione przez Niemców i Francuzów nadają się do jedzenia, przez co zakład produkujący takie wypasione kajaki, jak trawlery Polakom wcale nie jest niezbędny? Coś tu wyraźnie zgrzyta, stocznie mają zwrócić państwowe dotacje ino migiem, to jest do czerwca przyszłego roku. Pewien publicysta, Stanisław Michalkiewicz rozsądnie przeto wpadł na pomysł, by natychmiast stocznie przemianować na banki – te bowiem chętnie i za pozwoleństwem wielkich unijnych komisarzy dotacje mogą połykać. Nikt nikogo za to nie gani.
W drzwiach mojej klatki schodowej kolejny żywy dyskurs na temat porządków, pardon, burdelu, jakie ekipa remontująca „jedynkę” zarządziła w windzie i jej okolicach. Oczywiście natychmiast znajduje się ten upierdliwy facet, który twierdzi, że żadne prawo nie zostało naruszone, ”jakoś” i „kiedyś” trzeba to robić – więc się robi. To jest trzecia forma prawdy, czyli gówno prawda. Bo istnieje jeszcze coś takiego, jak zasady współżycia społecznego, przyznaję, że kodyfikacja jest tu mętna – ale jest. Nie można zatem najmować ekip remontowych, które kują i wiercą bez zmiłowania co najmniej do dziewiętnastej (ale częściej do dwudziestej), gruz wsypują żywcem na windową podłogę, a o przetarciu ścian z cementowego pyłu nigdy pewnie nie słyszały. I nie ma znaczenia, że przyszły lokator chce mieć marmurowe parapety (jeśli chce) i brylantowy salon, zaś administracja udaje, że nic złego się nie dzieje. Robole psują reszcie lokatorów dni powszednie i niedziele, tych lokatorów jest więcej, niż wielbicieli elektrycznego młota, nikt brudny być nie musi w piętnaście sekund po wyjściu z własnego domu. Więc może już dość tych manewrów?
M.Z.
piątek, 7 listopada 2008
Święto czy spór o bal?
11 listopada 1918… Cóż takiego stało się tego właśnie dnia? Wprawni historycznie wiedzą doskonale, że Rada Regencyjna przekazała cała władzę cywilną i wojskową w ręce Józefa Piłsudskiego. No i w Compiegne pod Paryżem, w słynnym potem wagonie kolejowym Niemcy podpisały akt kapitulacji. Dla Polaków wszakże ta data miała już zawsze znaczenie, może niekoniecznie oficjalne przez wszystkie minione lata – ale symboliczne na pewno. Pierwszy dzień prawdziwej wolności… Na Pilsudskiego naciskano podczas tworzenia pierwszego rzadu z lewa i z prawa. Skwitowal to krotko: nie chodzi o lewice czy prawice, mam to w dupie, chodzi o calosc (cytat oryginalny). Na nic zdały się pozniejsze o wiele lat manewry komunistycznych nuworyszy, udających, że w listopadzie to nic, tylko Rewolucja Październikowa, czyli masowa grabież zarządzona w Rosji przez pewnego niemieckiego agenta. Gdzieś w roku 1978 nieco odpuszczono: pamiętam z jakim zdziwieniem przyjąłem dyspozycję mojego ówczesnego szefa, który w gazetce dla dzieciaków, była taka i nazywała się „Świat Młodych”, zarządził zorganizowanie obchodów tego właśnie listopadowego zdarzenia. Się zorganizowało… Partyjni lektorzy – no bo tylko takich wolno nam było zaprosić do tłumaczenia historycznego faktu – nie mogli wyjść ze zdziwienia ile też tamta szkolna młodzież wie o tej dacie i związanych z nią okolicznościach. Niektórych „tłumaczy” za sprawą tej wiedzy wprost wdeptano w glebę. A rzecz nie działa się wcale w żadnych prywatnych, sowicie opłacanych szkołach, takowych w ogóle naonczas nie było – ale gdzieś w widłach Wisły i Sanu, w marnym dość budyneczku opodal dumnie obwieszonego transparentami PGR-u. Dzieciaki wiedziały więcej, niż to kiedykolwiek w komuszych pałach mogło się zmieścić. I potrafiły z tej wiedzy korzystać.
Minęło trzydzieści lat. Niektórzy uparcie utrzymują, że odzyskaliśmy prawdziwą wolność. Osobiście w to wątpię – ale pal sześć moje poglądy, których jak diabeł święconej wody boi się spora grupa sąsiadów. Rzecz w tym, iż wielokrotnie więcej stacji telewizyjnych, dostęp do nieznanego kiedyś medium, jakim jest Internet i w ogóle „zadekretowany postęp” doprowadziły do takiego odmóżdżenia, które na hasło „11 listopada” automatycznie wywołuje rezonans: kłótnia o bal u prezydenta! Kłócą się oczywiście ci sami, co zwykle, rację także mają wskazani. O co? A kto by tam sobie głowę zawracał takimi duperelami… Wracajac do Pilsudskiego: czy to nie on wlasnie stwierdzil z pewna ostro podana zaduma, że Polska to wielka rzecz, tylko ludzie kurwy?
Nie ma się co przejmować. Odmóżdżeni jak to odmóżdżeni – udają mądrych i szczęśliwych. Zawiadowcy rozumów mają w odwodzie poważne rozważania na temat opalenizny nowego amerykańskiego prezydenta, rajd bulteriera Pis-u za policyjnym konwojem (a propos: to w końcu w owym konwoju przewożono gangsterów, czy kolegów ministra Ćwiąkalskiego, czyli prawników?) i spór o ciążę pewnej pani wiceminister, tak szkaradnej, że aż dziw bierze, iż… no mniejsza o to. Prawdziwa niepodległość jest ciągle tematem wstydliwym. No bo jakże tu mówić o sznurku w domu wisielca?
M.Z.
Minęło trzydzieści lat. Niektórzy uparcie utrzymują, że odzyskaliśmy prawdziwą wolność. Osobiście w to wątpię – ale pal sześć moje poglądy, których jak diabeł święconej wody boi się spora grupa sąsiadów. Rzecz w tym, iż wielokrotnie więcej stacji telewizyjnych, dostęp do nieznanego kiedyś medium, jakim jest Internet i w ogóle „zadekretowany postęp” doprowadziły do takiego odmóżdżenia, które na hasło „11 listopada” automatycznie wywołuje rezonans: kłótnia o bal u prezydenta! Kłócą się oczywiście ci sami, co zwykle, rację także mają wskazani. O co? A kto by tam sobie głowę zawracał takimi duperelami… Wracajac do Pilsudskiego: czy to nie on wlasnie stwierdzil z pewna ostro podana zaduma, że Polska to wielka rzecz, tylko ludzie kurwy?
Nie ma się co przejmować. Odmóżdżeni jak to odmóżdżeni – udają mądrych i szczęśliwych. Zawiadowcy rozumów mają w odwodzie poważne rozważania na temat opalenizny nowego amerykańskiego prezydenta, rajd bulteriera Pis-u za policyjnym konwojem (a propos: to w końcu w owym konwoju przewożono gangsterów, czy kolegów ministra Ćwiąkalskiego, czyli prawników?) i spór o ciążę pewnej pani wiceminister, tak szkaradnej, że aż dziw bierze, iż… no mniejsza o to. Prawdziwa niepodległość jest ciągle tematem wstydliwym. No bo jakże tu mówić o sznurku w domu wisielca?
M.Z.
niedziela, 19 października 2008
No i kto ma rację?
Ale zanim o tym kto tę rację ma i dlaczego – finał treści poprzedniego felietonu. Otóż większość głosów wnosi, iż jednak przegrał premier. Powiem więcej: głosy te pojawiły się już nawet na sprzyjających mu dawniej forach sieciowych i w zaprzyjaźnionych stacjach TV. Czyżby parasol ochronny zdjęty? Mniejsza o to, mamy problem z wkraczającym powoli także do nas kryzysem finansowym. Czymże więc pozostają te polityczne kukiełki wobec problemów, jakie wyłażą z cienia każdego dnia, czy tknąć się energetyki, czy budownictwa?
A rację mają ci lokatorzy klatki pierwszej, którzy przeróbek budowlanych w lokalu „jeden” mają już powyżej uszu. I nie chodzi nawet o huk elektrycznych młotków – bardziej o brud, jaki pojawił się, gdy dzielni rękodzielnicy poczęli gruz z pierwszego piętra wywozić windą bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności tak w windowej kabinie, jak wszędzie wokół. 18 października na podłodze windy pojawiła się co prawda folia. Ale zaraz potem na tę folię najwyraźniej szuflami poczęto wsypywać pozostałości sufitów i ścian. Brud, kurz i zaraza taka, że trudno wytrzymać. Wszystko zostawiono oczywiście i na niedzielę, częste windy mycie komuś skraca życie… Co za idiota remontuje w ten sposób lokal w zamieszkałym przez ludzi budynku? Nie tak dawno niektórych zapewniano, że tym razem remonty w prywatnych mieszkaniach dokonane zostaną jak najbardziej fachowo, z zachowaniem należytej staranności wobec otoczenia. I „niektórzy” nawet w to uwierzyli. No to teraz mają jak na dłoni co znaczą podobne zapewnienia i co znaczy fachowość wzięta z przetargu, czyli za jak najmniejsze pieniądze. Nic się proszę Państwa nie zmieniło od chwili, kiedy to dzielni budowlańcy dom nasz stawiali pod nadzorem innych dzielnych budowlańców. Ciekawe co się stanie, gdy „fachowcy” wezmą się za naprawianie tynków, które odpadły z sufitu klatki schodowej pierwszej. Tak, tak, znów kilkadziesiąt kilogramów gruzu poleciało w dół, dobrze, że nie trafiło w kogoś, trup na miejscu jak amen w pacierzu.
Inwokacja do lokatorów, którzy winą za wszystko obarczyli… ochronę! Panowie: dajcie sobie spokój. To nie ochrona rzecz cała wymyśliła, nie pod jej skrzydłami rzecz owa się toczy. Zgodnie ze standardową umową ochrony (jej wzór omawiałem swojego czasu pisując jeszcze na stronę www.abramowskiego9.waw.pl) ochroniarz NIE MA PRAWA do legitymowania kogokolwiek, nadzorowania czynności remontowych i skutecznego wzywania do uprzątnięcia burdelu, jaki ktoś chce nam zaprowadzić w publicznych ciągach komunikacyjnych.
Do czego zatem służy ochrona? Cóż, nigdy jasno tego nie zwerbalizowano. Ale tak naprawdę nie służy wcale do ochrony Państwa przed zewnętrznym złym światem – bardziej już do ochrony urzędników przed potencjalnymi pretensjami lokatorów wobec tychże urzędników. „Mienie miasta” to nie Państwo. „Mienie miasta” to wszystko, na co macie płacić bez marudzenia – i co raczej z Państwem żadnego związku nie ma. Sądziłem, że jako dorośli ludzie dawno to wiecie. Nie wiecie? No cóż, szkoda…
M.Z.
A rację mają ci lokatorzy klatki pierwszej, którzy przeróbek budowlanych w lokalu „jeden” mają już powyżej uszu. I nie chodzi nawet o huk elektrycznych młotków – bardziej o brud, jaki pojawił się, gdy dzielni rękodzielnicy poczęli gruz z pierwszego piętra wywozić windą bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności tak w windowej kabinie, jak wszędzie wokół. 18 października na podłodze windy pojawiła się co prawda folia. Ale zaraz potem na tę folię najwyraźniej szuflami poczęto wsypywać pozostałości sufitów i ścian. Brud, kurz i zaraza taka, że trudno wytrzymać. Wszystko zostawiono oczywiście i na niedzielę, częste windy mycie komuś skraca życie… Co za idiota remontuje w ten sposób lokal w zamieszkałym przez ludzi budynku? Nie tak dawno niektórych zapewniano, że tym razem remonty w prywatnych mieszkaniach dokonane zostaną jak najbardziej fachowo, z zachowaniem należytej staranności wobec otoczenia. I „niektórzy” nawet w to uwierzyli. No to teraz mają jak na dłoni co znaczą podobne zapewnienia i co znaczy fachowość wzięta z przetargu, czyli za jak najmniejsze pieniądze. Nic się proszę Państwa nie zmieniło od chwili, kiedy to dzielni budowlańcy dom nasz stawiali pod nadzorem innych dzielnych budowlańców. Ciekawe co się stanie, gdy „fachowcy” wezmą się za naprawianie tynków, które odpadły z sufitu klatki schodowej pierwszej. Tak, tak, znów kilkadziesiąt kilogramów gruzu poleciało w dół, dobrze, że nie trafiło w kogoś, trup na miejscu jak amen w pacierzu.
Inwokacja do lokatorów, którzy winą za wszystko obarczyli… ochronę! Panowie: dajcie sobie spokój. To nie ochrona rzecz cała wymyśliła, nie pod jej skrzydłami rzecz owa się toczy. Zgodnie ze standardową umową ochrony (jej wzór omawiałem swojego czasu pisując jeszcze na stronę www.abramowskiego9.waw.pl) ochroniarz NIE MA PRAWA do legitymowania kogokolwiek, nadzorowania czynności remontowych i skutecznego wzywania do uprzątnięcia burdelu, jaki ktoś chce nam zaprowadzić w publicznych ciągach komunikacyjnych.
Do czego zatem służy ochrona? Cóż, nigdy jasno tego nie zwerbalizowano. Ale tak naprawdę nie służy wcale do ochrony Państwa przed zewnętrznym złym światem – bardziej już do ochrony urzędników przed potencjalnymi pretensjami lokatorów wobec tychże urzędników. „Mienie miasta” to nie Państwo. „Mienie miasta” to wszystko, na co macie płacić bez marudzenia – i co raczej z Państwem żadnego związku nie ma. Sądziłem, że jako dorośli ludzie dawno to wiecie. Nie wiecie? No cóż, szkoda…
M.Z.
środa, 15 października 2008
Więcej kultury - do cholery!
Jest w pewnym miejscu, gdzie ostatnio często i długo bywam facet apelujący o kulturę. Samo w sobie nic złego, prawda? Ale gdy w zażartej dyskusji o polityce miast sformułować własne wnioski gość woła „Więcej kultury!” – to zupełnie nie o miłości do kultury to świadczy. Raczej o zidioceniu i braku argumentów.
Dotychczasowi gorliwi czytelnicy michnikowi („Słuszna, bo Wybiórcza”), jak zresztą większość michnikoidów większych i mniejszych wydają się ostatnio tracić grunt pod nogami. Nie wiedzą mianowicie jaka jest ostateczna i nieodwracalna wykładnia ostatnich meandrów związanych z wojną na górze i wycieczką do Brukseli dwóch postaci naczelnych polskiej sceny politycznej. TVN podaje, że Kaczyński jechać nie może, ponieważ właśnie zabrakło identyfikatorów, a bal dawno zamknięty. Chwilę potem okazuje się, że znaczki jednak są, ale z fotelami na sali obrad klapa. Taki raport składa korespondentka zagraniczna. PAP odwołuje: znaleziono dostawne krzesełko. Rządowy samolot wróci więc po Prezydenta. Ale ktoś przestrzega: a co będzie gdy nie wystartuje z powodu grypy pilota, albo awarii silników? Prezydencie – wołają – leć maszyną rejsową, ta się nie spóźni i nikt jej nie odwoła!
Coś sięgnęło bruku. Nie żaden tam ideał, używanie tego kwantyfikatora w odniesieniu do postaci polskiej sceny politycznej dawno straciło jakikolwiek sens. Wkradło się w miejsce tego sensu przedziwne ciemniactwo. I coś mi się zdaje, że wiara Tuska w omnipotentną władzę mediów tym razem zawiodła. Ludzie mają po prostu dość. Media nie są już w stanie czegokolwiek wytłumaczyć tak, by na rzecz miłośników rudego wyszło. Czyżby jego nadzieje na Pałac Namiestnikowski powoli stawały się senną marą? Coś jest na rzeczy – bo gdyby było inaczej czyż na ten temat zabierał by głos TW Must, jak wiadomo specjalista wywiadu gospodarczego, dotychczas posłusznie pozostający w cieniu?
No więc opisany na wstępie miłośnik kultury wołając o jej pojawienie się nadaje prosty sygnał: przestańcie gmatwać i mówcie do nas prostszym językiem! Nadal posłusznie będziemy wykonywali rozkazy – musimy jednak wiedzieć jakie one dokładnie są, w którym kierunku nacierać i jakie wznosić w natarciu okrzyki…
M.Z.
Dotychczasowi gorliwi czytelnicy michnikowi („Słuszna, bo Wybiórcza”), jak zresztą większość michnikoidów większych i mniejszych wydają się ostatnio tracić grunt pod nogami. Nie wiedzą mianowicie jaka jest ostateczna i nieodwracalna wykładnia ostatnich meandrów związanych z wojną na górze i wycieczką do Brukseli dwóch postaci naczelnych polskiej sceny politycznej. TVN podaje, że Kaczyński jechać nie może, ponieważ właśnie zabrakło identyfikatorów, a bal dawno zamknięty. Chwilę potem okazuje się, że znaczki jednak są, ale z fotelami na sali obrad klapa. Taki raport składa korespondentka zagraniczna. PAP odwołuje: znaleziono dostawne krzesełko. Rządowy samolot wróci więc po Prezydenta. Ale ktoś przestrzega: a co będzie gdy nie wystartuje z powodu grypy pilota, albo awarii silników? Prezydencie – wołają – leć maszyną rejsową, ta się nie spóźni i nikt jej nie odwoła!
Coś sięgnęło bruku. Nie żaden tam ideał, używanie tego kwantyfikatora w odniesieniu do postaci polskiej sceny politycznej dawno straciło jakikolwiek sens. Wkradło się w miejsce tego sensu przedziwne ciemniactwo. I coś mi się zdaje, że wiara Tuska w omnipotentną władzę mediów tym razem zawiodła. Ludzie mają po prostu dość. Media nie są już w stanie czegokolwiek wytłumaczyć tak, by na rzecz miłośników rudego wyszło. Czyżby jego nadzieje na Pałac Namiestnikowski powoli stawały się senną marą? Coś jest na rzeczy – bo gdyby było inaczej czyż na ten temat zabierał by głos TW Must, jak wiadomo specjalista wywiadu gospodarczego, dotychczas posłusznie pozostający w cieniu?
No więc opisany na wstępie miłośnik kultury wołając o jej pojawienie się nadaje prosty sygnał: przestańcie gmatwać i mówcie do nas prostszym językiem! Nadal posłusznie będziemy wykonywali rozkazy – musimy jednak wiedzieć jakie one dokładnie są, w którym kierunku nacierać i jakie wznosić w natarciu okrzyki…
M.Z.
niedziela, 12 października 2008
Nareszcie merytoryka!
Tak, tak, proszę Państwa, wreszcie dotarł do mnie głos merytoryczny, a związany z sytuacją na tronie prezydenta naszego miasta. Autor zastrzega jak zwykle poufność jego danych, w związku z czym skupię się na treściach, te mi ujawnić wolno. A w skrócie sprowadzają się one do tego, by miast narzekać na nieudolność Bufetowej zaproponować innego kandydata, znanego warszawiakom, budzącego ich zaufanie, nie pochodzącego z Gorzowa jak nieszczęsny Przystojny Kazimierz i gwarantującego stabilny rozwój całego miasta, nie tylko jego najbogatszych mieszkańców pracujących w TVN-ie. Pyta mnie respondent czy znam takich – bo on zna dwóch. Ja też znam dwóch doskonale nadających się do tej roboty. Myślę, że w sumie z tych czterech dało by się wybrać najlepszego.
Niestety po ustaleniu, że żaden nie jest dostatecznie wysoko w hierarchiach największych partii politycznych – opadły nam skrzydełka.
Bo otóż, proszę drogich Czytelników, obecna ordynacja wyborcza do samorządów jest tak skonstruowana, że żaden głos „ludu” wysłuchany być nie może, koniec, kropka. Kandydaci MUSZĄ pochodzić z którejś z wielkich partii politycznych! Póki zwolennicy ordynacji proporcjonalnej nie ustąpią pola pod naciskiem jakiejś nieznanej dziś, a potężnej siły można sobie w Polsce wybierać w miarę swobodnie wójta gminy tysiącosobowej – ale prezydenta dużego miasta już nie. Siła przebicia partii politycznych startujących w dowolnych wyborach i prywatnej osoby, opłacającej kampanię z własnych pieniędzy da się wyrazić stosunkiem jeden do miliona. Konstytucjonaliści, którzy na początku lat 90-tych skonstruowali i wdrożyli ten system doskonale wiedzieli, co czynią, wdzięczność partii politycznych wobec nich do dzisiaj trwa. A przez cały ten czas zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych uważani są za nieszkodliwych idiotów. Jako tacy opisywani, przemilczani i zbywani co najwyżej wzruszeniem ramion. Można pozwolić im co prawda na czasowe wypowiadanie się, zorganizowanie jakiejś niewielkiej manifestacji – byle szum nie rozszedł się zbyt daleko.
Słowem: stworzona w owych początkowych latach 90-tych ordynacja zakłada, ze można wybierać tylko tego, który zależny jest od potężniejszej siły, jest dalej łatwo sterowalny zewnętrznie i posłuszny partyjnej dyscyplinie. Przykłady z ostatnich lat dowodzą tego ponad wszelką wątpliwość. Tu oczywiście nie ma co płakać nad losem nieposłusznych: Przystojnemu Kazimierzowi Gorzowskiemu żadna krzywda po wyrwaniu spod pupy premierowskiego stołeczka się nie stała. Zaś przegrana w wyborach warszawskich też politycznie nie dobiła gościa – wałęsa się gdzieś po peryferiach wielkiej polityki ot i tyle. Moim zdaniem i na to nie zasłużył…
Co więc może uczynić człek świadomy tego wszystkiego! Niewiele – ale jednak. Może na przykład głośno mówić, że dwa lata przed wyborami najwyższy czas, by PiS wystawił już pod publiczny osąd swego kandydata. ZAAKCEPTOWANEGO przez przyszłych wyborców – a więc nie specjalistę od „filipinek” Gosiewskiego, mieszkańca miasta, które ma najwspanialszy w świecie peron, ale też miasta, o którym mało kto wie gdzie leży na mapie Polski. Dlaczego PiS – partia, której zwolennikiem nie jestem i której prezydent miasta robił wszystko, by nic nie robić, za sprawą czego takie na przykład lokale komunalne na Marii Kazimiery czekały na lokatorów kilka lat? Ano dlatego, że w obecnym systemie wyborczym nie ma innej alternatywy. W naszym mieście są bowiem tylko DWIE PARTIE LICZĄCE SIĘ W PRZYSZŁYCH WYBORACH. No chyba że ktoś z czytających uwielbia Millera, magistra Golenia, Napierniczaka et consortes… Ale wtedy zalecam leczenie, naprawdę lewactwo jest wstrętne.
W tak często polecanych przeze mnie internetowych dyskusjach na Salonie24 (różnej są one jakości, ale niech tam) najbardziej hałaśliwa jest tymczasem postawa, wmawiana ogółowi właśnie przez lewaków: zrób coś dla swego miasta, ile miastu przysparzasz dochodu, jak duże płacisz miastu podatki. Zupełnie zapominacie, lewaczki, że samorząd terytorialny, nawet w tej kulawej formie z początku lat 90-tych, to organizacja, która ma zadośćuczyniać swym członkom, nie samej sobie. Zatem jeśli w ogóle płacę podatki to mam pełne prawo głośno pytać, cóż takiego mianowicie miasto uczyniło dla mnie.
M.Z.
Niestety po ustaleniu, że żaden nie jest dostatecznie wysoko w hierarchiach największych partii politycznych – opadły nam skrzydełka.
Bo otóż, proszę drogich Czytelników, obecna ordynacja wyborcza do samorządów jest tak skonstruowana, że żaden głos „ludu” wysłuchany być nie może, koniec, kropka. Kandydaci MUSZĄ pochodzić z którejś z wielkich partii politycznych! Póki zwolennicy ordynacji proporcjonalnej nie ustąpią pola pod naciskiem jakiejś nieznanej dziś, a potężnej siły można sobie w Polsce wybierać w miarę swobodnie wójta gminy tysiącosobowej – ale prezydenta dużego miasta już nie. Siła przebicia partii politycznych startujących w dowolnych wyborach i prywatnej osoby, opłacającej kampanię z własnych pieniędzy da się wyrazić stosunkiem jeden do miliona. Konstytucjonaliści, którzy na początku lat 90-tych skonstruowali i wdrożyli ten system doskonale wiedzieli, co czynią, wdzięczność partii politycznych wobec nich do dzisiaj trwa. A przez cały ten czas zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych uważani są za nieszkodliwych idiotów. Jako tacy opisywani, przemilczani i zbywani co najwyżej wzruszeniem ramion. Można pozwolić im co prawda na czasowe wypowiadanie się, zorganizowanie jakiejś niewielkiej manifestacji – byle szum nie rozszedł się zbyt daleko.
Słowem: stworzona w owych początkowych latach 90-tych ordynacja zakłada, ze można wybierać tylko tego, który zależny jest od potężniejszej siły, jest dalej łatwo sterowalny zewnętrznie i posłuszny partyjnej dyscyplinie. Przykłady z ostatnich lat dowodzą tego ponad wszelką wątpliwość. Tu oczywiście nie ma co płakać nad losem nieposłusznych: Przystojnemu Kazimierzowi Gorzowskiemu żadna krzywda po wyrwaniu spod pupy premierowskiego stołeczka się nie stała. Zaś przegrana w wyborach warszawskich też politycznie nie dobiła gościa – wałęsa się gdzieś po peryferiach wielkiej polityki ot i tyle. Moim zdaniem i na to nie zasłużył…
Co więc może uczynić człek świadomy tego wszystkiego! Niewiele – ale jednak. Może na przykład głośno mówić, że dwa lata przed wyborami najwyższy czas, by PiS wystawił już pod publiczny osąd swego kandydata. ZAAKCEPTOWANEGO przez przyszłych wyborców – a więc nie specjalistę od „filipinek” Gosiewskiego, mieszkańca miasta, które ma najwspanialszy w świecie peron, ale też miasta, o którym mało kto wie gdzie leży na mapie Polski. Dlaczego PiS – partia, której zwolennikiem nie jestem i której prezydent miasta robił wszystko, by nic nie robić, za sprawą czego takie na przykład lokale komunalne na Marii Kazimiery czekały na lokatorów kilka lat? Ano dlatego, że w obecnym systemie wyborczym nie ma innej alternatywy. W naszym mieście są bowiem tylko DWIE PARTIE LICZĄCE SIĘ W PRZYSZŁYCH WYBORACH. No chyba że ktoś z czytających uwielbia Millera, magistra Golenia, Napierniczaka et consortes… Ale wtedy zalecam leczenie, naprawdę lewactwo jest wstrętne.
W tak często polecanych przeze mnie internetowych dyskusjach na Salonie24 (różnej są one jakości, ale niech tam) najbardziej hałaśliwa jest tymczasem postawa, wmawiana ogółowi właśnie przez lewaków: zrób coś dla swego miasta, ile miastu przysparzasz dochodu, jak duże płacisz miastu podatki. Zupełnie zapominacie, lewaczki, że samorząd terytorialny, nawet w tej kulawej formie z początku lat 90-tych, to organizacja, która ma zadośćuczyniać swym członkom, nie samej sobie. Zatem jeśli w ogóle płacę podatki to mam pełne prawo głośno pytać, cóż takiego mianowicie miasto uczyniło dla mnie.
M.Z.
czwartek, 9 października 2008
O czym mówić wolno - a o czym nie wolno
Kiedy napisalem slow kilka o pieniadzach wplaconych przez rajcow PO na rzecz stadionu Legii, jak wiadomo zarzadzanego przez ITI, wlasciciela stacji TVN - doszlo kolejne "powazne" ostrzezenie mailowe od jednego z sasiadow. Oczywiscie mam je w nosie, to parlamentarna wersja. Bardziej chodzi o to, ze nie ja jeden wiem co napisalem, nie mnie jednemu to sie nie podoba. Sladow krytycznych w sieci mozna znalezc co niemiara, dzisiaj przywolam slad najswiezszy, zamieszczony na stronie www.salon24.pl doslownie kilkanascie minut wczesniej.
"...A pół miliarda dla ITI to nie afera? Gdybym ja chciał robic biznes to najpierw miasto zdarłoby ze mnie skórę opłatami za dzierżawę lokalu czy terenu, potem musiałbym zainwestowac w infrastrukture do robienia interesu, zatrudnic pracowników, opłacic wszystkie skladki i dopiero zacząc prace w nadziei, ze za rok czy dwa wyjdę na swoje. A Walter i spółka? Za groszę dzierżawią na 25lat teren, na którym miasto za pół miliarda wybuduje całą infrastrukturę dzieki wynajmowi której ITI bedzie zarabiało kilkanaście milionów rocznie. Do miasta trafią ochłapy a ITI zbije kokosy. Jesli to nie jest korupcja polityczna to co nią jest? TVN pompuje PO beż najmniejszej żenady, jak widac z wzajemnością. Skandal..."
2008-10-09 10:17Clark Nova11146
Raport z Międzystrefy
www.clarknova.salon24.pl
No wiec jak to jest, drogi oponencie: wolno mowic, czy nie wolno? I czemu to wlasnie ty, anonimowy barabancki duren, masz byc straznikiem czegokolwiek?
M.Z.
"...A pół miliarda dla ITI to nie afera? Gdybym ja chciał robic biznes to najpierw miasto zdarłoby ze mnie skórę opłatami za dzierżawę lokalu czy terenu, potem musiałbym zainwestowac w infrastrukture do robienia interesu, zatrudnic pracowników, opłacic wszystkie skladki i dopiero zacząc prace w nadziei, ze za rok czy dwa wyjdę na swoje. A Walter i spółka? Za groszę dzierżawią na 25lat teren, na którym miasto za pół miliarda wybuduje całą infrastrukturę dzieki wynajmowi której ITI bedzie zarabiało kilkanaście milionów rocznie. Do miasta trafią ochłapy a ITI zbije kokosy. Jesli to nie jest korupcja polityczna to co nią jest? TVN pompuje PO beż najmniejszej żenady, jak widac z wzajemnością. Skandal..."
2008-10-09 10:17Clark Nova11146
Raport z Międzystrefy
www.clarknova.salon24.pl
No wiec jak to jest, drogi oponencie: wolno mowic, czy nie wolno? I czemu to wlasnie ty, anonimowy barabancki duren, masz byc straznikiem czegokolwiek?
M.Z.
niedziela, 5 października 2008
Nowinki
W ostatni czwartek Rada Miasta podniosła czynsze minimalne w kamienicach komunalnych Warszawy. Powodów tu nie przytoczę, tradycyjnie dla tej formacji politycznej są pokrętne jak diabli, zatem w propagowaniu bzdur nie zamierzam brać udziału. Widać zdaniem dzielnych rajców miejskich dobrobyt wylewa się już z każdego komunalnego okna, w sam raz, by zagarnąć nadwyżkę przecież już zmarnotrawioną dofinansowaniem słynnego stadionu „Legii”, własności miasta, ale dzierżawionej przez kogo innego. Transmisja podwyżki do naszego domu? Myślę, że długo czekać nie będziemy, prawnicy na miejskim pasku już grzeją zwoje mózgowe, szydło wyjdzie z worka mniej więcej w kwietniu przyszłego roku. Oby nieprzygotowani nie byli mocno zdziwieni…
Oczywiście apologeci PO mają wytłumaczenie sytuacją krajową, europejską, a ostatnio ogólnoświatową. Krach na rynkach finansowych USA dotarł już rzeczywiście na Stary Kontynent. I Kontynent zareagował. Nasze państwo jak wyżej w opisie - dokręcając śrubę obywatelom dla dobra obywateli. Na Wyspach Brytyjskich, na które zdążyło zwiać mnóstwo naszych rodaków także w określony sposób skwitowano amerykańskie kłopoty z dolarem i wirtualnym pieniądzem. Królowa mianowicie obniżyła we wrześniu podatki dla swych poddanych równo o 55 funtów od łebka. Zdaniem rządu Jej Wysokości nie może być tak, by na wykup masy towarowej pozostającej na rynku nie było wystarczającej ilości pieniędzy. Mogły by przecież upaść firmy, iluś obywateli udało by się do ośrodków pomocy społecznej – słowem dokręcanie śruby okazało by się wielokrotnie większym złem, niż nadzwyczajna obniżka podatków.
W tej sytuacji pewna rozmowa, w której zasugerowano mi jakobym był za wszystko odpowiedzialny jako wyborca PO powoduje, że muszę powtórzyć jeszcze raz: i cóż takiego złego w tym, że czasami przedstawiam się jako monarchista?
M.Z.
Oczywiście apologeci PO mają wytłumaczenie sytuacją krajową, europejską, a ostatnio ogólnoświatową. Krach na rynkach finansowych USA dotarł już rzeczywiście na Stary Kontynent. I Kontynent zareagował. Nasze państwo jak wyżej w opisie - dokręcając śrubę obywatelom dla dobra obywateli. Na Wyspach Brytyjskich, na które zdążyło zwiać mnóstwo naszych rodaków także w określony sposób skwitowano amerykańskie kłopoty z dolarem i wirtualnym pieniądzem. Królowa mianowicie obniżyła we wrześniu podatki dla swych poddanych równo o 55 funtów od łebka. Zdaniem rządu Jej Wysokości nie może być tak, by na wykup masy towarowej pozostającej na rynku nie było wystarczającej ilości pieniędzy. Mogły by przecież upaść firmy, iluś obywateli udało by się do ośrodków pomocy społecznej – słowem dokręcanie śruby okazało by się wielokrotnie większym złem, niż nadzwyczajna obniżka podatków.
W tej sytuacji pewna rozmowa, w której zasugerowano mi jakobym był za wszystko odpowiedzialny jako wyborca PO powoduje, że muszę powtórzyć jeszcze raz: i cóż takiego złego w tym, że czasami przedstawiam się jako monarchista?
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)