piątek, 30 maja 2008

Czy mieszkańcy powinni...

Na stronie wielbicieli ankiet (www.abramowskiego9) pojawiła się nowa: na temat przyczepy campingowej. Czy mieszkańcy powinni kupić ją dla ochroniarzy? Rozumiem, że to całkiem świeży temat, o ile mnie pamięć nie myli nikt nigdy nie występował z podobną propozycją - stąd ciekaw jestem niezmiernie kto ją wymyślił i po co. Teraz UWAGA: nie wypiłem pięciu piw za dużo i już spieszę wyjaśnić w czym rzecz. Otóż na ostatnim zebraniu lokatorów zaproponowano, by złożyć się na taką przyczepę, zarejestrować ją na lokatorów (lub dla uproszczenia procedur na zaufanego lokatora) i po dogadaniu się z ochroniarzami innej firmy, niż obecna ewentualnie ową przyczepę udostępnić czasowo i pod wieloma warunkami konkretnym osobom.

Czy już widzą Państwo różnicę? Lokatorzy chcą przyczepę kupić SOBIE, nie ochroniarzom. I dopiero po dogadaniu się WYPOŻYCZYĆ ją dobrej zmianie (zmianom) ochroniarzy w celu podniesienia poziomu bezpieczeństwa zewnętrznego naszego domu. Podstawowy warunek owego wypożyczenia zaś jest taki, że przyczepa NIGDY nie staje się częścią mienia ruchomego ochroniarzy, pozostaje w dyspozycji i władztwie lokatorów, konkretnie zaś tych, którzy się na nią złożyli. I tylko tych! W każdej chwili właściciele mają prawo zmienić zdanie, odebrać swoją własność, zabrać ją sobie na wakacje, a nawet podpalić. Podobnie jak dzisiaj mogą to uczynić z kanapami w dyżurce ochroniarskiej i szatni, telewizorem, odkurzaczem mającym służyć do tego, by panowie w granatowych ubrankach mniej łapali kurzu na epolety, ergo mniej śmierdzieli itd. Ponieważ "decydenci" z Irysowej wielokrotnie i za każdym razem równie arogancko wyłożyli nam na piśmie, co możemy zrobić z modyfikacjami umów z firmami ochroniarskimi (nic nie możemy!) - to jedyny sposób, by nie naruszając postanowień tej umowy jednak mieć wpływ na pracę kolejnych ekip, mam nadzieję, że już nie geriatrycznych, pijanych czy niezdolnych do ruchu.

Sposobiąc zatem wspomnianą ankietę jej Autor albo nie zrozumiał co mówiliśmy na ostatnim spotkaniu - albo gra w jakąś grę destabilizacyjną, uziemiającą cudze pomysły. Po co, Drogi Autorze, to czynisz?

Marek Zarębski

czwartek, 22 maja 2008

W mediach nadzieja - ciąg dalszy

Świat i otoczenie wokół nas, zdecydowanie mniej światowe, zmienia się niemal każdego dnia. Stąd zdanie sformułowane przedwczoraj dzisiaj może być uzupełnione nowymi spostrzeżeniami. Właśnie w Salonie24 ukazał się fragment blogu Ludwika Dorna. Autor postuluje powołanie do życia internetowej płaszczyzny konsolidowania się ludzi o mniej więcej podobnych poglądach, porównywalnych poziomach niezadowolenia z tego, co się wokół dzieje i celach, ku którym należy zmierzać. Słowem: rośnie zainteresowanie sieciową wymianą myśli, znacznie bardziej odporną na manipulacje dokonywane przez wielkie tytuły i ekspozytury czegoś, co Michalkiewicz nazywa "razwiedką". Racja. Mam takie samo zdanie. Nie ku zawodowej prasie winniśmy zatem dążyć - ale ku wymianie uwag na tej właśnie platformie (co nie ma nic wspólnego z oszukańczą Platformą Obywatelską!!!). Wracając wszakże do uwagi zamieszczonej na konkurencyjnej stronie: drogi autorze, czemu nie chcesz wziąć udziału w rozmowie na moim blogu? Czemu nie decydujesz się na najłagodniejszy choćby komentarz? Z jakiego powodu usiłujesz ożywić trupa, na którego już nikt właściwie nie patrzy? Czy obawiasz się, że nie puszczę tego, co mógłbyś (jeśli chciałbyś) napisać u mnie? Otóż PUSZCZĘ jak najchętniej. A jeśli nie będę się z czymś zgadzał - odpowiem w ramach parlamentarnej rozmowy, nie kastrując Twojej myśli i tekstu.


Wiadomości z linii frontu: pismo ustalone ogólnie na ostatnim spotkaniu lokatorów właśnie powstaje. Choć nie ja je pisze podpowiadam autorom co mogę podpowiedzieć. Już po zebraniu pojawiły się głosy, że jeśli coś się uda, to skorzystają na tym również malkontenci, co nie jest sprawiedliwe. Cóż, życie też nie jest sprawiedliwe, a trwa. Nie wiem jak innym, ale mnie dość łatwo jest przeboleć, że z takiej na przykład ochrony zainstalowanej w lokatorskiej przyczepie campingowej korzystać będą również ci sąsiedzi, którzy nie dołożyli się do tego finansowo, kpili z pomysłu, czy wręcz go torpedowali. Trudno. Pociesza mnie to, że wzrośnie poczucie bezpieczeństwa tych znanych z imienia i nazwiska sąsiadów, którzy jakąś tam kwotę pieniędzy jednak wyłożyli. Lubię ich jak lubię siebie - więc reszta niech siedzi cicho w kącie, licho z nimi.


Marek Zarębski

sobota, 17 maja 2008

W mediach nadzieja...

Tekst pod takim tytułem ukazał się na stronie konkurencji www.abramowskiego9. Rozumiem, że jego autor podobnie jak ja ma dość już mętnego tłumaczenia rzeczy oczywistych zarówno przez stronę administracyjną, jak przez wyżej ulokowanych sponsorów i mocodawców tych ludzi. Robienia nam wody z mózgu, pseudo-pańskich zachowań, pogrążania domu w zamęcie, z którego albo już nie można wyjść, albo wkrótce nie będzie można. Wniosek zawarty w tytule (media tylko mogą pomóc...) teoretycznie słuszny. A jednak mam dwa zastrzeżenia. Pierwsze takie, że media należą po części do tej samej bandy politycznej, która oszukała nas podczas podpisywania umowy najmu naszych lokali. Nie ma więc żadnej, ale to żadnej gwarancji, że jeśli w ogóle sprawą się zainteresują, to pociągną ją jak należy, czyli zgodnie z prawdą, a nie kłamliwie. Po drugie przed laty słusznie dokonała się introdukcja strony lokatorów, to w pewnym sensie substytut mediów. Problem polegał wszakże dalej na tym, że w domu Abramowskiego 9 niezwykle mało osób chciało pisać, jeszcze mniej publicznie się wypowiadać z sensem i logiką należytego postępowania. Po pewnym czasie nie było już zbyt wielu nawet takich, którzy chcieli czytać co kto inny napisał. Dzisiejszy głos upatrujący zbawienie i ratunek w mediach jest więc nieco... spóźniony. Mniejsza jednak o wewnętrzne wyrzuty, nie pora teraz na nie, dobrze, że taki głos w ogóle się pojawił. Ciekawi mnie bardzo co na poniedziałkowym zebraniu powiedzą ludzie, ilu ich w ogóle przyjdzie - bo to najprostszy probierz zaangażowania. Obywatelskiego i sąsiedzkiego - jeśli już kogoś boli sformułowanie "społecznego". W tym miejscu dodaję, że nie jestem ani inspiratorem, ani organizatorem spotkania, choć rzecz jasna wybieram się na nie. I nie po to, by podpierać ścianę... Kontynuując myśl: od czasu mojego odejścia z funkcji reprezentanta lokatorów (to była i jest definitywna decyzja!), poźniej przejścia do organizacji, na stronie ktorej pisuję - popełniłem ponad SETKĘ felietonów w gruncie rzeczy traktujących o nas i o tym, co się wokół nas dzieje. Co zrobili formalni reprezentanci? No tak, mieli mało czasu. Ja też mam obecnie bardzo mało czasu. Pani, Pan, wszyscy do cholery mamy mało czasu! Mnie przynajmniej wystarcza go na to, by mieć własne zdanie, artykułować je i bronić w razie potrzeby. Zamykając tę woltę myślową: lokatorom potrzeba przedstawiciela zaangażowanego, aktywnego, czy jak go (ją?) tam jeszcze nazwiemy. Podobno mieszkają tu tacy. Odważą się uaktywnić? Czy znów zostanie po staremu? I będziemy modlić się do świętego patrona żurnalistów, którzy akurat mogą mieć innego pana, więc powiedzą nam "psie głosy nie idą pod dziennikarskie niebiosy..."?

Marek Zarębski

czwartek, 8 maja 2008

Z kim mamy do czynienia

Dzisiaj około 14 do jednego z mieszkań w środkowej klatce usiłowano włamać się, podejmując nieudaną na szczęście próbę sforsowania drzwi do lokalu. Nikt niczego nie słyszał, niczego nie wiedział, prawdę mówiąc ginęliśmy zdaje się w jazgocie elektrycznych czy spalinowych kos, którymi usuwano trawę z lichych rabatek na froncie domu i z podwórka wewnętrznego. Ochrona twierdzi, że dokonała obchodu, reszta zgromadzonych twierdzi, że nie dokonała. Czy możemy dalej rozmawiać ze sobą? Czy możemy spotykać się , by ustalić jakieś rozsądne zasady współżycia? Co zrobić z ochroną, która z roku na rok jest coraz gorsza? Jak przekonać zarządców domu, że tak naprawdę najważniejszym i najcenniejszym dobrem Miasta jesteśmy my, a nie jakieś wyimaginowane bzdety, których nikt nam nawet wskazać nie potrafi? To najkrótsze komentarze z podklatkowych rozmów. A jednak wyszła podczas tych skrótowych wymian myśli rzecz jeszcze jedna, bodaj ważniejsza. Proszę uważnie przeczytać tekst notatki prasowej, jaka trzy dni temu ukazała się na łamach jednego z warszawskich dzienników. Doskonale ilustruje odpowiedź na możliwe do zadania pytanie z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Nie zwracajcie Mili Państwo uwagi na to, że w treści wymieniona jest Praga. Na Abramowskiego przeprowadzaliśmy się z różnych dzielnic - ale wszyscy dzisiaj jedziemy na tym samym wózku. Mamy do czynienia z tymi samymi oszustami - że użyję języka notatki prasowej...

Ratusz oszukał lokatorów
Mieszkańcy kamienic czynszowych z warszawskiej Pragi oddali miastu swoje mieszkania komunalne i spółdzielcze, gdyż obiecano im, że będą mogli zamieniać mieszkania czynszowe na inne. Ale nie mogą, gdyż urzędnicy zmienili odpowiedni regulamin. O sprawie pisze "Życie Warszawy". Gazeta wyjaśnia, że pomysł pojawił się za kadencji prezydenta Marcina Święcickiego. Osoby, których nie było stać na zakup mieszkania, ale miały pieniądze na płacenie komercyjnego czynszu, mogły zamieszkać w nowych, ponad 80-metrowych lokalach zbudowanych przez miasto. Po oddaniu miastu lokali, które dotychczas zajmowały, przystępowały do przetargu. Ich mieszkania były przekazywane osobom z komunalnej kolejki, za czynsz w wysokości około 2,5 złotego za metr kwadratowy. W czynszówkach był on trzy albo czterokrotnie wyższy. Ich lokatorom obiecano, że będą mogli zamieniać swoje mieszkania na mniejsze lub większe. Tymczasem teraz urzędnicy Biura Polityki Lokalowej mówią, że nie ma możliwości zamiany lokalu. Tłumaczą, że taka procedura wiązała się z wywieszaniem ogłoszeń i angażowaniem urzędników co generowało koszty. Dlatego zapadła decyzja o zmianie regulaminu. Jedynym sposobem zmiany sytuacji jest ustalenie nowych zasad najmu przez Radę Warszawy, ale - jak pisze "Życie Warszawy" - w tej kadencji samorządu Rada nie przewiduje zmiany przepisów.

"Życie Warszawy", 5 maja 2008 r./IAR/kl/MagM

sobota, 26 kwietnia 2008

O fundamentach

Będzie zarówno o fundamentach naszego domu, jak fundamentach mojego o nim myślenia. Te pierwsze zgodnie z ekspertyzą techniczną, wykonana zresztą nie na żądanie lokatorów, ale na żądanie administracji - fundamenty domu mają szczeliny, przez które przenika do wnętrza budynku wilgoć ze wszystkimi tego skutkami. Wykonawstwo niechlujne i wbrew zasadom sztuki budowlanej. Te drugie bazują na logicznym wiązaniu skutków z przyczynami - coś na kształt rozumowania, że skoro z dziury automatu wyskoczył batonik, to przedtem ktoś niechybnie musiał do innego otworu wsunąć monetę.

Z ostatnich rozmów z lokatorami wynika, że w mieszkaniach pionów narożnych w klatce pierwszej i trzeciej pojawia się grzyb. Uparcie klasyfikowany przez kolejne komisje nie jako grzyb, ale jako proste zawilgocenie. Zostawmy na razie ten spór, najwidoczniej w ADM-ie siedzą sami wybitni mykolodzy (grzyboznawcy), oczywiście specjalizujący się w rozpoznawaniu nie tego co jest, ale tego, czego nie ma. Jak to możliwe, by w mieszkaniu pełnym ludzi, ogrzewanym prawidłowo i eksploatowanym zgodnie z przeznaczeniem (czyli poza łazienką nikt w pokojach prysznica nie używa) pojawiał się grzyb czy zawilgocenie? Otóż generalnie nie jest to możliwe, gdyby nie wspomniane szczeliny w fundamentach. Publikowaliśmy już serię zdjęć z pomieszczeń znajdujących się na poziomie minus jeden, obok stanowisk garażowych, które tak hojną ręką rozdane zostały obcym. I nic, żadnej reakcji. Trudno się dziwić - w innych sytuacjach jeśli niemądremu pokażemy dowodnie, że jest niemądry najczęściej milknie. ADM dostał również serię fotek dokumentujących do czego zaniechanie odwodnienia i zaizolowania fundamentów może prowadzić. W jednym z lokali pierwszego piętra grzybek wyrósł już na suficie, ściany mu najwyraźniej nie wystarczały. Świństwo, które pojawiło się również na ścianach klatek schodowych, przy wejściach na poziomie zero, uznane zostało przez nasłanego "fachowca" także za zawilgocenie, po czym przez ekipy mistrzów pędzla zamalowane w postaci barwnych plam, które znają Państwo z codziennych wizyt we własnych domach. Gadzina wyszła znów spod tej niby "pozłoty"... No cóż, niezbadane są drogi wilgoci. Tu niestety nie można zastosować tłumaczenia, które poddane zostało innej lokatorce: tego mianowicie, że w onym mieszkaniu pierze się zbyt wiele prześcieradeł i gaci, suszących się następnie po pokojach. Nawet gdyby tak było u pani obdarowanej tym prostym wytłumaczeniem - to historia nie notuje zdarzenia, podczas którego uparci z Abramowskiego 9 suszyli by gacie na klatkach schodowych. Sugeruję nieśmiało by zatem pokrętni "tłumacze" rzeczywistości przygotowali inne wersje serwowanych nam banialuk. Poprzednie wytarły się w praniu - po czym obaliły ze wstydu. Same!

Znowu pojawiła się tajemnicza postać - weszła do kotłowni, a w kilka godzin później w naszych kranach zabrakło ciepłej wody. Kolejny geniusz hydrauliczny na dyżurze? Może tak. Oczywiście jest sobota i do poniedziałku nie ma co liczyć na naprawę. Dobra, niżej podpisany ogoli się w zimnej. A jak wygląda sytuacja z małymi dziećmi, których ci u nas dostatek?
================================================

CUD WCIELONY!!! Sobota, 26 kwietnia, ok. 22.00 - w kranach pojawiła się ciepła woda, kaloryfery ożyły. Kto wykonał właściwy telefon?

Marek Zarębski

czwartek, 24 kwietnia 2008

Zapchana klozetka - część II

Czytelnik pierwszy raz wchodzący na tę stronę ze zdziwieniem konstatuje, że pewnie nikt jej nie czyta - skoro nie ma komentarzy... Albo trwa totalne olewactwo - albo złośliwy autor nie puszcza słusznych głosów krytyki, nie chcąc zakłócać swego dobrego samopoczucia. Oświadczam jak najuroczyściej, że jest to nieprawda! Komentarze nadchodzą, tyle że na prywatnego maila i zastrzeżeniem. Nigdy nie usunąłem żadnego komentarza zgłoszonego do opublikowania. Po drugie wszystkie te, które otrzymałem z wyraźną uwagą, że są do prywatnej wiadomości (a było ich wcale niemało) omówiłem bez cytowania in extenso, słowem skwitowałem w sposób prawnie dozwolony i zwyczajowo przyklepany. Treści z maili znalazły się więc w treściach, które produkuję.

Po co takie deklaracje? Otóż nie tak dawno pisałem o podziemnym garażu i o tym, że nie jest sprzątany częściej, niż raz w roku, z reguły latem lub późną wiosną. Ktoś to podchwycił: przeczytał na moim blogu, przekazał wynajmującym, wszystko jedno, jutro zmywanie. Dzisiaj natomiast członkowie komisji, która weryfikowała usterki w naszych lokalach wywiesili stosowne zawiadomienie na wewnętrznych drzwiach garażowych, tych prowadzących na klatki schodowe. Czy mam powiedzieć, że chwała im za to, iż w ciągu JEDNEGO dnia każą usunąć parkujące auta na czas kąpieli podłogi? Nie, bowiem takie wezwanie to czysta kpina, arogancja i bufonada. Jeśli komuś zdaje się, że jest inaczej - to tkwi w błędzie po uszy. Z jednodniowym wyprzedzeniem to w tym kraju działają grupy antyterrorystyczne, nie normalni ludzie.

Sprawa druga: dotarło do kogoś, iż moje informacje o losie ochroniarzy pozbawionych toalety pochodzą od zainteresowanych. Mnie przylać się nie da - trwa więc wendetta względem ludzi pozbawionych sracza. Że niby śmieli się poskarżyć... Dzisiaj etap komiczny. Poszukiwanie jakiegoś tajnego klucza. Wiem o nim tyle, że swojego czasu rozwiercono zamek do jednego ze schowków w podziemiu, wymieniono go na inny i poprzedniej ekipie ochroniarskiej klucza nie wydano. Zdaniem ochroniarzy tę przepustkę do raju miała dzierżyć sama Pani Gajewska. Dzisiejsza ekipa kontrolna wykonała do rzeczonej demonstracyjny telefon, oświadczyła po zakończeniu rozmowy, że P. Gajewska nic nie wie, po czym zapytała: może ja wiem? Bo jeśli nie - to ochroniarze będą płacili za rozwiercenie i nowy zamek.

Teoretycznie to słuszna metoda. Po łacinie divide et impera, po polsku dziel i rządź. Niestety w opisanym przypadku chybiona. Otóż ja nic w tej sprawie nie wiem! Wybierzcie jedno z dwóch możliwych rozwiązań: albo nie ma czego dzielić, albo macaliście na oślep i nie trafiliście. Odpowiadam dalej na piśmie: mam dość rubaszno-pańszczyźnianego stylu prowadzenia rozmów, jaki Państwo stosujecie od pewnego czasu, także podczas wizyty w moim mieszkaniu, także dzisiaj względem klucza. Szczególnie dotyczy to dżentelmena (?) inicjującego rozmowę. (Facet: pusz się i strosz w innym kurniku, tu na durniów nie trafiłeś!). Nie pilnuję Państwa bałaganu, nie odpowiadam za uchybienia i zamęt, w ogóle mnie wasze bóle nie interesują, zdaje się, że płacą wam niezłe pieniądze, byście je cierpieli. Nie wiem zatem co się stało z tajemniczym kluczem. Bez wątpienia natomiast byłem świadkiem niemiłej rozmowy administratorów z ekipą ochroniarską, śmiem nawet twierdzić, że podczas jej trwania padały groźby bezprawne. I nie ochroniarze je serwowali. W związku z tym jedno pytanie na koniec: kiedy przepchacie toaletę, Drodzy Specjaliści? Bo smród coraz większy i jutrzejsze mycie niczego nie załatwi.

Marek Zarębski

środa, 23 kwietnia 2008

I wyszedł letki z zapchanej klozetki?

Polityka polityką, a pospolitość w kącie skrzeczy... Jak już pisałem od kilku tygodni w podziemiach trwa wojna. Nerwów i zwieraczy - chodzi o zapchaną toaletę, z której korzystali ochroniarze. Tak, ci od 24-godzinnych dyżurów. Ile razy dorosły człowiek normalnej budowy w ciągu doby odwiedza toaletę? Łatwo wykonać obliczenia prywatne. Tym łatwiej, że skoro toaleta zapchana, to rzeczony człowiek nie może jej odwiedzić ANI RAZU! Cóż ma więc czynić, skoro konieczność goni? Ano oszukać fizjologię - twierdzi nasza "ukochana Pani Administratorka", łaskawie zechciała nas dzisiaj odwiedzić i podzielić się swymi przemyśleniami z cierpiącymi na realne wzdęcie. Cierpiącym jakoś nie ulżyło. Ponoć zamierzają wyciąć dziurę w siatce, oddzielającej ich od najbliższych krzaków. Oj, coś mi się zdaje, że sprawa dotrze do Najjaśniejszej Telewizji. Bo jakże to tak: wolno obsrywać krzaczki ukochanej TVP z powodu nieudolności ADM?

Cóż my możemy zrobić, widząc jak administratorska świadomość kształtuje proletariacki byt? Ja przynajmniej oświadczam: cofam ciepłe przyjęcie, ongiś wyrażone dla Pani Krystyny Dominiak na tych łamach. Niczym się Pani nie różni od swych poprzedniczek. Albo inaczej: jest Pani równie arogancka i nieudolna. Chcecie Państwo siłowo remontować nasze mieszkania, a sracza przepchać nie potraficie? Notuję rzecz jasna zdarzenie jako ciekawy przyczynek do zbliżającej się publicznej dyskusji co jest komercyjne, a co komercyjnym żadną miarą być nie może. Na marginesie: nie są wam potrzebni żadni wrogowie zewnętrzni. Sami dla siebie jesteście największym wrogiem. I tak proszę trzymać - wówczas komu innemu będzie łatwiej...

Marek Zarębski

Notatniki czasów wojny

Dawno nie zajmowałem się polityką w szerszym, niż blokowe znaczeniu - ale też i prawda taka, że nieustanne manewry wykształciuchów i mikro-dupków, którzy za polityków się podają mogą być nudne, a nie jestem zwolennikiem ekscytowania się własnym odruchem wymiotnym. Był więc kąt, prace u podstaw i inne prace fizyczne. Śruba ma bowiem to do siebie, że albo jest przykręcona - albo nie jest. I nic się tu nie da zinterpretować, zaczarować czy wmówić.

Gdy zatem po kilku tygodniach niemal całkiem bez telewizji i obserwowania zmagań mistrzów dętej frazy i bałamutnego argumentu włączyłem w końcu pudełko - zdumienie moje nie miało końca. Bo okazuje się oto, że żyjemy w czasach wojny! O zapłodnienie in vitro, o miłość zadekretowaną do pedałów i innych zboczków, o uznanie czarnego za białe i odwrotnie. To oczywiście tematy zastępcze, wojenka wokół nich ma być zażarta nie dlatego, że coś tu można ugrać istotnego - ale dlatego, że niedawne wyprzedanie niepodległości Rzeczypospolitej winno roztopić się w dźwięku trąb bojowych, nawołujących do ataku na Ciemnogród, jego wojów i tabory. By stan pożądany osiągnąć reanimowano, ewentualnie odkurzono Wielkich Epok Minionych, najpierw Wałęsę Lecha. Jeden z programów telewizyjnych przedstawił go jako intelektualistę. Stop, spokojnie, jeszcze proszę bez protestów! Stanisław Michalkiewicz w felietonie objaśnił, w czym rzecz, gdyby oczywiście ktokolwiek miał wątpliwości. Otóż dzielny Lech to właśnie taki intelektualista czasów wojny. Świeżo po regeneracji w Ameryce, bieżnik jeszcze nie ostygł, a bateryjka w sterowniku nowa - więc po prostu jak znalazł. A że argumenty Lecha marne, wypowiedzi pokrętne, poziom zaś ustawiony w pionie gwałtownie umykającym w dół - nie szkodzi, wojna to wojna, nie ma co się spodziewać filozoficznych rozpraw. Wielki Elektryk pogadał krótko na tematy "ogólne", po czym pochwalił publicznie swą progeniturę i zapowiedział, by jej obecni opiekunowie z PO strzegli się, Jarosław może dużo, a nawet jeszcze więcej, niech no tylko przyjdzie ta właściwa chwila, orzeł skrzydła rozwinie niechybnie. Są co prawda głosy, że kurica nie ptica, ale kto by się tam złośliwcami przejmował, rodzinną głębię rozumów już poznaliśmy, niektórzy nawet twierdzą, że na własnej dupie...

Kto promuje i wprowadza na szklane salony Wielkich Czasów Wojny? Oczywiście dziennikarze czasów wojny: Sekielski i Morozowski, Olejnik Monika, Żakowski Jacek i grupa specjalna z Kłamliwej. Są podejrzenia, iż ci ostatni kreślą nocami plan ogólny ataku, reszta tylko rzecz całą realizuje, spijając wzamian co słodsze konfitury. Mniejsza... Żurnaliści wymienieni są tak dobrze przygotowani do nieustannych wojennych kampanii, że właściwie wojna jako taka jest im już zbędna, gdyby nawet jej nie było to wywołają, rozjarzą i zintensyfikują. I oczywiście natychmiast ostrzelają przeciwników seriami z automatów, granatników i co tam jeszcze mają w intelektualnych wojennych plecakach.

Tu aż prosi się wtrącenie: otóż różne "wynalazki czasów wojny" znane są w naszym niespokojnym kraju od lat, do prawobrzeżnej Warszawy we wrześniu 1944 roku zjechała wszak śmietanka sowieckich oficerów, wyposażonych w tak zwane wojenne żony. Twór był to nieco różny od zwykłej "ślubnej", jak przez mgłę (wczesne lata pięćdziesiąte...) sam jeszcze pamiętam, że z grubsza ciosany, mrozoodporny i nie wymagający francuskich perfum przed użyciem. Wielbiciele gatunku długie lata jeszcze twierdzili, że wspomniane damy były tak gorące, że dawanie na śniegu nie sprawiało im żadnych kłopotów, przeciwnie, było czynnością naturalną i pożądaną. Dziennikarze czasów wojny nieco przypominają tamtą zapomnianą konstrukcję - wszystko u nich bardziej rubaszne, toporne, ze skłonnością do zabawy przy solidnej szklance. No ale w okopach jak wiadomo nie ma czasu na duperele...

No więc dziennikarze czasów wojny za zezwoleństwem swych pryncypałów hasają w najlepsze, polemiki intelektualne z nimi i ich gośćmi z góry skazane na niepowodzenie, jak wojna to z siekierą, a nie argumentem. Tematów zastępczych potrafią wprowadzić mnóstwo. Na przykład materię zapłodnienia in vitro. Ponoć pasjonują sie tym damy z towarzystwa, ba, rzecz miała stać się modną i dowodzącą pełnego wyzwolenia. Ktoś zauważył, że w ferworze wojennych zapałów całkiem niepotrzebnie do sprawy wprowadzono takie postaci, jak słynny Biedroń. Ten jak wiadomo w ataku wyzwolenia totalnego promuje stosunki męsko-męskie. Gdyby moda na nie rozpowszechniła się tak, jak to sobie biedronio-podobni wyobrażają - to jasnym jest, że żadne zapłodnienia dokonywane w sposób naturalny nie będą mogły mieć miejsca, panowie zajęci zostaną inną działalnością. Jeżeli w ogóle mamy się rozmnażać, za jedno czy z przyczyn patriotycznych, czy ekonomicznych - to coś w tej sytuacji trzeba będzie uczynić. Wibratory damskie jak wiadomo opcji prokreacyjnej nie posiadają, dzieworództwo w fazie prób laboratoryjnych. No i in vitro zostało na placu boju!

Pierdoły, prawda? Nie zaprzeczam. Nigdzie nie ma ni słowa na temat przyczyn porzucenia opcji wyborów w okręgach jednomandatowych. Nikt nic nie wie o amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Co z rurą naftową pod Bałtykiem? Po co wtrącamy się do Gruzji? Czy prezydent powinien prowadzić własną politykę zagraniczna i w jakim zakresie? Dlaczego czerwoni wtrącają się w wybory biskupa u zielonych? Mnie nie pytajcie, nie wiem. Idioci rozpoczęli jakąś wojnę i jest straszny hałas bitewny

Wszystko jedno, wszystko jedno... Im strzelać kazano - to strzelają.

Marek Zarębski


sobota, 19 kwietnia 2008

Układy równowagi

Jest rzeczą oczywistą, że to, o czym pisuję na łamach swego bloga dyskutowane jest przedtem lub potem z ludźmi, którzy zadali sobie trud przeczytania moich enuncjacji. Niektórym zdaje się, że tworzę dość specyficzne realia science fiction (o ile taka sprzeczność w ogóle ma prawo istnieć...), inni sądzą, że dość dokładnie, choć w oryginalny sposób opisuję to, co wokół się dzieje i że jest moim prawem poszukiwanie prawideł, a później rozwiązań. Z tymi ostatnimi doszliśmy właśnie do wniosku, że burza w naszej kamienicy (i wokół niej) wynika z zakłócenia stanu równowagi, jaki istniał w chwili obsadzania lokatorami kolejnych mieszkań - i w założeniu urzędników miał trwać nieskończenie długo. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak właśnie miało być: zaczynamy mieszkać w formule, która przedtem nie istniała na terenie Warszawy, płacimy, nie narzekamy, nie zauważamy kolejno pojawiających się usterek, przyzwyczajamy się do nich. A łaskawcy zewnętrzni od czasu do czasu coś tam poprawiają, zamalowywują czy maskują w dowolny inny sposób. Biorą premie za wykonane czynności statutowe i w poczuciu jakże dobrze spełnionego obowiązku wypinają zwiędłe piersi ku orderom.

No ale wyszło inaczej... Zresztą wcale nie dlatego, że wspominani "łaskawcy" trafili na lokatorów szczególnie upierdliwych i wrednych. Stało się tak dlatego, że twórcy określonego układu po prostu błędnie ocenili jego stan równowagi. I źle wytypowali czynniki, które zmieniając się w czasie - ich błogi spokój mogły zakłócić. Dla ich pocieszenia powiem tyle, że to choroba dość powszechna, cierpieli na nią tacy wymieniani w encyklopediach "wspanialcy", jak Hitler czy Stalin. Nie? A ile lat trwała "Tysiącletnia Rzesza"? Dwanaście, proszę Państwa. Rzekomo wieczny komunizm rypnął się po siedemdziesięciu, niestety pogrobowcy żyją i dzisiaj, mają się nieźle, choć korzystają z innego już układu. Twórcy tamtych systemów mniemali, że ich dalekowzroczność nie zna granic. Pomylili się, straszą nimi dzieci, rzekomy geniusz militarny Hitlera wykpiła rosyjska zima i rosyjskiej odległości, wybitny językoznawca i odwracacz biegu rzek Josif Wissarionowicz skończył równie marnie.

Do pewnej grupki oponentów, specyficznie uzasadniających niechęć do tego, co piszę jasny apel: proszę nie namawiać mnie do systematycznej lektury "Gazety Wybiórczej", które to zajęcie jakoby ma mi naprawić połączenia mózgowe. Po prostu następnym razem będę mniej uprzejmy i powiem wprost, że szmatławcami się nie zajmuję, a talmudyczno-lewackimi łamańcami dość trudno mnie intelektualnie uwieść. Czy tym razem było wystarczająco jasno?

Marek Zarębski