środa, 10 października 2007

Fragmenty różnych całości



W natłoku myśli różnych, procedur wyborczych (mini-procedur, bo Stowarzyszeniowych) nie zapominamy o tym, co jest głównym przedmiotem naszej uwagi – o losach kamienicy. Jedna z naszych wytrwałych przeglądaczek internetowych dotarła dzisiaj do ciekawych materiałów, które rzucają jakby więcej światła na problem wykupu takich lokali, jakie zamieszkujemy. I nie jest to prosta sprawa, w grę wchodzą ogromne pieniądze, równie wielka odpowiedzialność ze strony władz samorządowych Warszawy za ich pozyskanie – lub jak się okazuje NIE POZYSKANIE. Innymi słowy: ktoś gra mecz, w którym nagrodą może być order. Ale karę w innej sytuacji zaproponuje prokurator, a wymierzy sąd. Precyzyjniej powiadając: nagrodą MÓGŁBY BYĆ ORDER, ale już wiadomo, że nie będzie.

We wrześniu 2004 r. (sic!) na warszawskim Żoliborzu problem lokali w dwóch budynkach wybudowanym na tych samych zasadach, co nasz (Marii Kazimiery 18-26 i Mickiewicza 65) nabrzmiał już do tego stopnia, że rzecz stała się powszechnie w mieście znana. Chodzi o to, że DWADZIEŚCIA JEDEN lokali od chwili wybudowania domu stało pustych, obawiano się podjęcia decyzji o ogłoszeniu przetargu na ich zasiedlenie, mimo że chętnych było naprawdę wielu. Dlaczego wstrzymano procedury przetargowe, zachowując się dokładnie jak przysłowiowy pies ogrodnika? Nie mnie przesądzać, to jest w rzeczy samej sprawa dla prokuratury, przy czym zastosowanie paragrafu o niegospodarności nie wyczerpuje kwestii. Pozostają paskudnie pogmatwane ludzkie losy, bezsensowne oczekiwania w lokalach przeludnionych, wielopokoleniowych, po prostu za małych. I pozostaje problem odpowiedzi na pytanie: ileż trzeba mieć w sobie buty i arogancji, by pogardzać ludźmi, ich problemami, ich życiem.

23 czerwca 2006 r. ogłoszono wyniki przetargu na wspomniane lokale. Zasiedlono je, ustalając uprzednio odpowiednią kolejność wyboru. Problem w pewnym sensie zniknął. Podkreślam: W PEWNYM SENSIE. Okazuje się bowiem, ze straty policzone tylko dla roku 2003 wynosiły 330 tysięcy złotych w kosztach utrzymania NIE EKSPLOATOWANYCH lokali – PLUS NIE POBRANE CZYNSZE!!! We wrześniu 2004 r. niewielka naonczas, kanapowa partyjka UPR wpadła na pomysł, by przedstawić władzom miasta w związku z tą sytuacją plan... SPRZEDAŻY tych lokali w drodze przetargu ustnego. Za bazę wyceny powierzchni mieszkalnych przyjęto kwotę 6.500 zł za metr kw. Pomysł upadł – lub nie został przyjęty, powiem szczerze, że niespecjalnie podnieca mnie myśl o studiowaniu losów inicjatyw UPR-u (jestem prawicowcem, ale nie lubię przedstawiania bliskich mi racji w formie kabaretowej). Tak czy inaczej to właśnie UPR głośno powiedział, iż Uchwała Rady Gminy Warszawa-Centrum (na bazie której mieszkamy gdzie mieszkamy) winna być czym prędzej uchylona. Nie on pierwszy, nie on ostatni.

Policzmy w tej chwili co wyżej powiedziano: roczne straty z tytułu utrzymania nie wynajmowanych lokatorom 21 mieszkań na Żoliborzu wynosiły 330 tysięcy złotych w roku 2003. W następnych latach do września 2006, uwzględniając liczne podwyżki cen energii elektrycznej, wody, odprowadzenia ścieków itd. wyniosły więc w sumie MILION DWIEŚCIE DWADZIESCIA TYSIĘCY złotych. Liczę również rok 2002, w którym lokale już były gotowe. Plus NIE POBRANE CZYNSZE!!

I teraz dwie uwagi, w pewnym sensie stanowiące odpowiedź na pytanie „A jak to się ma do naszej sytuacji?”. Pierwsza: czyjaś głupota, indolencja, brak wrażliwości, pieczeniarstwo, niechęć do oderwania tyłka od wygodnego stołka – spowodowały, że cała gra wymierna jest w MILIONACH ZŁOTYCH STRAT. Możliwym jest więc myślenie, że miasto okopuje się na swoich pozycjach i w innej dzielnicy (naszej, Mokotowie, na którym stoi tylko jeden taki nasz dom!) rozmawia z nami ostrzej. Tudzież czyni wszystko, by jakiekolwiek inicjatywy lokatorów Abramowskiego 9 czym prędzej wrzucić do kosza. Druga: w zamęcie UPR-owcy nie zauważyli, że cena 6.500 za metr kw. na Żoliborzu może być zawyżona, skoro na Mokotowie podobne budynki wybudowano zdecydowanie taniej, wartość tzw. odtworzeniowa metra kwadratowego w naszym budynku wynosiła w 2001 roku ok. 3.500 zł. Wnioski? Liczne – od stwierdzenia, że być może Mokotów budowany był już w założeniu jako budynek normalny, a nie o podwyższonym standardzie, po myśl, że bardzo komuś zależy na tym, by lokatorzy naszego domku tak zgłupieli, że nie będą w stanie poprawnie podać swego przybliżonego wzrostu...

Tak czy siak 7.50 za metr kwadratowy w pierwotnie zaproponowanym piśmie przedstawiciela lokatorów do władz miasta i w ankiecie opublikowanej na stronie www.abramowskiego9.waw.pl uważam tym mocniej za niemądry i szkodliwy dla społeczności domu.

Marek Zarębski







Karykatury



Wdałem się ostatnio w dość dziwną, ale też pouczającą rozmowę na temat tego, co Stowarzyszenie czy dowolna inna obywatelska organizacja może zmajstrować dla bliźnich dzisiaj – a co mogła teoretycznie za ancien regime’u. Wyszło z tego ni mniej ni więcej, że kiedyś było łatwiej. Przyznaję, że po części to prawda. Co jest smutne, szczególnie dla kogoś kto jak ja uważa się bardziej za prawicowca, niż centrystę. Niestety wiem również dlaczego tak się stało i kto temu zawinił.

Do roku 1989 obywatel „robotniczej” ojczyzny przypisany był do zakładu pracy. Zakład organizował mu domy wypoczynkowe latem czy zimą, przedszkola i kolonie dla dzieci, miejsca zamieszkania, ba, nawet czas wolny. Mało kto już pamięta wesołe wycieczki zakładowe na grzyby lub ryby, cel nieważny, istotne było podróżowanie, oczywiście pod narkozą, bo autokary nie należały do luksusowych. Narkoza powodowała zresztą, że lepiej niż dzisiaj zachowana była dbałość o ekologię – któżby tam po dotarciu na miejsce łaził po mokrych krzaczorach w poszukiwaniu grzybów, zwłaszcza gdy wzrok mętny, a krok niestabilny... Więcej osób wie pewno o Nowej Hucie, osiedlu stricte zakładowym, a nie samorządowym. Gdy w hucie „się rypło” – w Nowej Hucie też. I mamy taki skansen jaki mamy... Samorząd jako taki oczywiście istniał na papierze – ale też tylko w zakładach pracy. Z reguły suwerennie przydzielał nadwyżki nie wyeksportowanego nie wiadomo gdzie papieru toaletowego, mydełka w czasie, gdy ich w sklepach brakowało, rajstopy damskie i goździki na Święto Kobiet. No i oczywiście odpowiadał za lepsze lub gorsze pokoje w domach FWP, tu jednak owa suwerenność była już nieco okrojona, wiadomo, że organizacja partyjna do apartamentów miała pierwszeństwo.

Po roku 1989 „reformatorzy” wpadli na pomysł, które sprzedano pospólstwu jako triumf „nowego” podejścia do reformy państwa: ludzi oderwano od zakładów pracy i przyszpilono do miejsca zamieszkania. Pojawiły się co prawda głosy, że tak ostro to raczej nie należy, zakład pracy był również skarbcem, kasą – ale mało rewolucyjną krytykę zdławiono błyskawicznie i zamieciono pod dywan. Cicho ktoś pisnął, że nowa forma redystrybucji podatków przyniesie teraz więcej twórcom tych podatków. Cicho – bo też jakby z góry wiedziano, że nie wolno dawać zbytniej nadziei, a nuż ktoś wyciągnie rękę po to, co mu w chwili słabości obiecano publicznie. I jeszcze ciszej, bo gdy władca raz przyzwyczai się do zbioru złotych dukatów od podwładnych, to bez względu na kolor sztandaru, pod jakim łaskawie pełni swe rządy – dukatów nie odda i basta! A władcą samorządów postanowili zostać właśnie nowi panowie: w skrócie mówi się o nich UW-ole. Tak, Unia Wolności właśnie. Ta sama, której ludzie stanowili nowe prawa samorządowe, później gmatwali je bez końca, by w końcu wyszło na to, że jest dzisiaj jak jest, czyli kiepsko. O tym zresztą niżej. W tym miejscu dodam tyle, że na początku lat 90-tych w samej UW walczyły ze sobą dwie koncepcje samorządowe, obie zresztą importowane: niemiecka i francuska. UW-olskim „wkładem w rozwój” stało się niechlujne połączenie ze sobą obydwu. Złośliwi powiadali, że to k... skrzyżowana z helikopterem. Jak wiadomo takie coś nie ma prawa latać, nawet w miasto.

Więc kto dzisiaj „trzyma kasę”? Teoretycznie organ ustawodawczy. Powstaje w wyniku ogłoszonych i przeprowadzonych wyborów w samorządzie terytorialnym, na przykład gminnym u podstawy. Jakie te kampanie wyborcze były wie już dziecko. Dostawali się więc na radnych ludzie przypadkowi lub namaszczeni przez możne partie współczesnego świata. Ordynacja wyborcza jest jaka jest, na szczeblu samorządowym także. Wybrańcy znali się na różnych rzeczach i sprawach, rzadko jednak na dynamicznym zarządzaniu gminną kasą. Ta pozostawała w rękach „fachowców” osadzonych w organach wykonawczych. Krótko mówiąc starych cwaniaków, którzy niejednego króla przeżyli i z niejednego pieca chleb jedli. A właśnie dostali do ręki Uniwersalny Wytrych Każdej Swej Decyzji – pojęcie ZYSKU. Z zysku bowiem byli rozliczani, zyskiem tłumaczyli wszelkie swe kroki, nawet te nieudane. Cóż, nie myli się tylko ten, który nic nie robi... A że podczas licznych pomyłek znakomicie zarabiali szwagrowie i znajomi królika było tajemnicą poliszynela. Dzisiejsze ględzenie, że jednak kiedyś to byli fachowcy, pal sześć że partyjni, jest kompletną bzdurą. Podstawową, a bywało że jedyną kwalifikacją tych rzekomych geniuszy strategicznego myślenia była
bowiem psia wierność. Ktoś sądzi, ze to się nadaje np. do zarządzania bankiem?

Miał być bieg płaski, zrobił się bieg z przeszkodami. By nie gmatwać wywodu powiem tyle, że moim zdaniem dzięki starannie zaplanowanym posunięciom dyżur nad gminnymi skarbcami pełnią ci, którzy mieli dyżur pełnić. Wielu tzw. fachmanów pochodzi jeszcze z naboru przed 1989 rokiem, wielu było przez starych fachowców szkolonych i ugniatanych. Skutecznie... Spróbujcie dzisiaj napisać do ZBK-u o darmowy przydział niewykorzystanych miejsc parkingowych. NIEDASIE!! Nie da się, bo miasto straciło by zysk. To że traciło minione pięć czy sześć lat NIE MA ZNACZENIA! Nie mamy dobrego dozorcy, chociaż płacimy masę pieniędzy na firmę, która miała nam takowego dostarczyć – prawo bowiem przez dzielnych, a wyżej wspomnianych UW-oli zostało tak skonstruowane, że konieczny jest przetarg. Który oczywiście do niczego dobrego nie prowadzi, choć procedury zostały zachowane. W ostatnio zwolnionych przestrzeniach handlowych na parterze winien powstać na przykład miejscowy barek – ale nie powstanie, bo ZYSK podpowiada, że lepiej wynająć to fikcyjnym ludziom z fikcyjną deklaracją wysokiego czynszu, zresztą nie płaconego przez rok, niż rzecz pozostawić decyzji tych, którzy mieszkają na miejscu.

I dlatego przestrzeń wokół coraz częściej staje się karykatura samej siebie...


Marek Zarębski














Mity i mitotwórstwo



Zasada działania tego bloga skonstruowana została nie bez kozery szeroko – ludzie stanowiący dzisiaj trzon Stowarzyszenia Lokatorów „Po Drugiej Stronie – Abramowskiego 9” uznali, że publicznie będziemy rozmawiać na tych łamach nie tylko o murach, czynszach, fundamentach i bałaganie, ale też o świecie, innych ludziach i krajach, ludzkich wyobrażeniach.

I mitach, z którymi spotkaliśmy się dawno temu, w dzieciństwie – i później. Na przykład podczas spotkań lokatorskich w garażu obu poziomów.

Mit w przeciwieństwie do legendy bywa najczęściej najgorszą cholerą, z jaką człek spotyka się na co dzień – i wcale o tym nie wie. Mitem oficjalnym moich studenckich lat było wmawianie przyszłym podróżnym za zachodnią granicę, że tam gryzą, a ich rekiny, zresztą pływające nawet w angielskich i francuskich wannach, mają szczególnie duże i ostre zęby. Bardzo byłem tedy zdziwiony podczas pierwszej podróży do tej krainy zła, że nikt, ale to kompletnie nikt nie chce mnie ugryźć, wszyscy gdzieś podążali za swoimi sprawami i kompletnie na spieszonego socjalistycznego turystę nie zwracali uwagi. Mit prywatnie rozpowszechniany mówił co prawda, że poza pracą i oficjałkami żyje się wspaniale, często na bani lub na haju – ale niestety tego potwierdzenia też jakoś nie dostąpiłem. Widać pili i ćpali w konspiracji...

Polską radośnie interesowano się też krócej, niż mówił o tym mit rozpowszechniany na miejscu w Polsce. Może pół roku, może rok gdzieś na przełomie 1990/1991. Kiedy stwierdzono, że jest u nas jak jest, prezydent nosi w klapie tandetne ozdoby, a do jego przemówień trzeba aż dwóch tłumaczy, to znaczy z jego języka na miejscowy polski i dalej na miejscowy zagraniczny - dano sobie spokój. Potem weszły w grę inne elementy, o nich może kiedyś przy okazji, trochę nas za ową granicą wyprzedano, wrócili do domów biznesmeni z wypchanymi w Polsce walizami pieniędzy, zaczęliśmy być postrzegani jako kraina wariatów o tyle dziwnych, że gołodupych na zewnątrz i bardzo zamożnych, gdy się poskrobie. Niektórzy skrobali całkiem nieźle. Dzisiaj są „ałtorytetami” gdzieżby indziej, jak nie za granicą właśnie. W każdym razie w tym rejwachu zdążyłem jeszcze zauważyć, że Holendrzy nie znoszą Belgów mówiących po flamandzku, Niemcy żrą się w pasie przygranicznym z Duńczykami, ale we własnym kraju mają „ossis” i „wessis” jako zupełnie dwa różne światy. Jakoś nasi mitotwórcy zapomnieli naród o tym poinformować – może sami z perspektywy wygodnych foteli w „kumitetach”, przekształconych w gabinety prezesów w ogóle tego nie zauważyli. W pewnym sensie rozumiem ich. Była już połowa lat 90-tych i trwało pracowite wyrabianie nowych mitów. Na przykład poprawności politycznej. Pewnie wiecie kto w tym przodował.

Z tego zresztą czasu pochodzi też mit neo-pokory, jaką winien obywatel Rzplitej żywić względem urzędów i licznych wyklutych tam urzędników. Niby to podobne było do trendu socjalistycznego, zmieniła się jednak nieco obrzędowość, mieliśmy już nie „państwo sprawiedliwości społecznej”, ale „państwo praw”. Urzędnicy stali rzecz jasna na straży tego prawa, stąd liczne ich przywileje, mnożone tym chętniej, im więcej było nowych, kompletnie niezrozumiałych przepisów. Jednym z nich jest na przykład ten mówiący o obowiązku organizowania przez administracje przetargów nawet na najmniejszą duperelę, stanowisko i usługę. Nie mamy dozorcy, ale mamy w drodze przetargu firmę, która obiecała na piśmie załatwić tego dozorcę – gdyby zaistniała taka potrzeba. I co tam komu gadać, że potrzeba wpisana jest w definicję domu mieszkalnego jako takiego... Płacimy gorzej, niż na przedwojennych żydowskim targu, tam z reguły był tylko jeden pośrednik, tutaj kilku. Skąd wiem? Z odwiedzin w odległym od Warszawy niewielkim Jadowie, gdzie żyją jeszcze ludzie pamiętający tamten system sprzedawania koni, krów i dozorców, czyli parobków.

Z urzędnikami zawsze i w każdym kraju jest niezła polka, choć wszędzie tańczy się ją inaczej. Jak to wyżej powiedziałem w połowie lat 90-tych urzędnicy stwierdzili, że są jedynymi strażnikami, ale też interpretatorami obowiązującego, choć zmiennego i chwiejnego prawa. To był mocny, chciałoby się powiedzieć – powalający - argument. Niektórzy wszakże sięgali z przyzwyczajenia do starych argumentów, rozpowiadając dyskretnie gdzie to nie pracuje rodzina i że ten akurat budynek na Puławskiej czy Rakowieckiej „strasznie ważny jest”. Po co to czynili? Z powodu uwielbienia do głębokich skłonów wykonywanych przez petentów. Zastraszali ich dodatkowo stwierdzeniem, że takie na przykład świeżo dostarczone podanie o wymianę parapetów napisane jest niezrozumiałym językiem, proszę jeszcze raz, powołując się na paragraf i przepis... Nauka poszła w naród – i nie trzeba było długo czekać na rozpowszechnienie się przekonania, iż do urzędnika należy mówić w jeżyku, który on rozumie. Prywatnie uznałem to za kolejny MIT, tyleż ważny, że godzien jak najgorliwszego zwalczania. Stąd dzisiaj równo nie cenię urzędników domagających się podań w odpowiedniej formie na papierze proszalnym i ludzi, którzy mit ten czynnie podtrzymują, twierdząc wbrew logice i własnemu interesowi, że tak być musi, „jak wlazłeś między wrony kracz jak i ony...” Otóż to są ludzie małego ducha. I szkodliwi mitotwórcy! Niby na co dzień funkcjonują normalnie – ale daję słowo, że elektrycznej maszynki do golenia nie wynajdą, jak uczynił to radziecki uczony Golarkow, oczywiście na śmietniku ambasady amerykańskiej w Moskwie.

PS. Oczywiście wiem, że to kawał stary jak świat – ale dziwnie tu pasuje.

Marek Zarębski








Po Drugiej Stronie

BLOG-FORUM „Po Drugiej Stronie – Abramowskiego9” - dla kogo, co, po co i dlaczego

Dla tych, których interesują sprawy tego domu i jego mieszkańców. O wszystkim, o czym kto będzie chciał reszcie powiedzieć. W efekcie ma powstać formalnie ukonstytuowane i zarejestrowane Stowarzyszenie Lokatorów. Już powstaje. Zajmie się sprawami tego domu, jego przyszłością, wykupem lokali, postawą wobec administratorów i zarządców. Stowarzyszenie ma reprezentować swych członków i ich opinie – a więc NIE WSZYSTKICH, lecz NIEKTÓRYCH. Formuła Stowarzyszenia otwarta z jednym wszakże zastrzeżeniem: nowych członków musi zaakceptować już istniejące gremium.

Dlaczego? Ponieważ formuła dotychczasowego reprezentowania dużego gremium okazała się mocno kulawa. Ponieważ ktoś postanowił działać w kierunku, który nie wiadomo kto wyznacza, który nie uzyskał akceptacji wstępnej, które nie wiadomo komu służy. Ponieważ udokumentowano to projektem tekstu, którego powstanie nie jest oparte o żadną powszechną konsultację, publicznie wyrażoną prośbę czy wolę zdefiniowanej grupy lokatorskiej. Stanęliśmy pewnego dnia PO DRUGIEJ STRONIE - bo do tego doprowadziły sygnalizowane wcześniej kłopoty i kontynuowane podziały.

Wszyscy podlegamy rygorom prawa, ustaleniom przepisów, normom i zwyczajom. Teoretycznie życie winno toczyć się w rytmie tych skodyfikowanych kanonów. Problem polega jednak na tym, że się w stu procentach nie toczy. Gdyby przestrzegano ściśle dziesięciorga przykazań zbędnym stało by się tworzenie kodeksów karnych. Ale takowe istnieją. Gdyby nikt nie kradł - na miejscu więzienia na Rakowieckiej stało by nowe osiedle. A o aborcji nie pyskowali by najzajadlej ci, którzy jakimś cudem żyją, więc jednak jej nie podlegli... Nie, to nie moje, to jeden z bon-motów Ronalda Reagana, fałszywie u nas kreowanego na kiepskiego aktora i jeszcze gorszego wroga nowości. A był to człowiek po prostu mądry.

Będąc jeszcze reprezentantem lokatorskim powiedziałem na jednym z zebrań, że cała walka o nasze racje oparta jest w gruncie rzeczy na podstawowej konstatacji, że pewnego dnia popełniono wobec lokatorów oszustwo. Przedłożono nam mianowicie do podpisania dokument, w którym stało czarno na białym, że za ponadnormatywne wobec innych pieniądze najmujemy lokale w domu komercyjnym, o podwyższonym standardzie. Podpisaliśmy dokumenty W DOBREJ WIERZE. Rychło okazało się, że kamienica, może i sympatyczna z zewnątrz, nie spełnia wymogów komercji i podwyższonego standardu – bo nie spełnia nawet standardu PODSTAWOWEGO. Jakim zatem cudem może być KOMERCYJNA? Uczestnicy zebrania zgodzili się na to ustalenie.

Nie mnie przesądzać, czy oszustwo dokonało się świadomie, czy nieświadomie. Są od tego odpowiednie służby i instytucje. Do spółki z grupą przyjaciół i ludzi o podobnym patrzeniu na domową rzeczywistość chcemy dzisiaj dokonać weryfikacji tego, z czym spotykamy się każdego zwykłego dnia. Chcemy pewne realia zmienić, inne zmodyfikować łagodniej, jeszcze inne stworzyć od podstaw. Zrobimy to – i opowiemy o tym. W różnej formie, niekoniecznie tak solennej, jak powyższa.

Jest pięknie - ktoś powie - tylko banda frustratów czepia się jak pijany płotu drobnych niedoróbek i detali bez znaczenia... Odszukajcie własne wrażenia z licznych remontów, sporów z ADM-em o odpadające sufity, paczące się podłogi, odklejające kafelki. A potem, jeśli tych wrażeń nie mieliście lub ich nie pamiętacie czy nie chcecie pamiętać, sięgnijcie do powszechnie dostępnej ekspertyzy budowlanej. Wynika z niej (między innymi!), że fundamenty wylano bez zachowania zasad prawidłowego wylewania. Że woda podskórna przecieka do najniżej położonych kondygnacji budynku, ponieważ jeden idiota źle wykonał swa pracę, a drugi idiota to zaakceptował i opinię o „niezawodności” podpisał. Ktoś „nie zauważył”, iż kanał odprowadzający spaliny przebiega w okolicach kilku mieszkań bez właściwej izolacji cieplnej – więc wygląda na to, ze właśnie kupiliście auto, w którym rura wydechowa poprowadzona jest nie pod podwoziem, ale wewnątrz kabiny pasażerskiej. Smród i upał... Nie martwcie się: źle położona izolacja dachowa uwolni deszczówkę, ta przegrzanych ochłodzi.

Co czyni normalny człowiek widząc, że robotnicy zabierają się do prac ziemnych późną jesienią, a kończą te prace podczas trzaskających mrozów? Puka się w czoło. Bo to z jednej strony zabawne oglądać okutanych po uszy pracowników rozmrażających palnikami ziemię wrzucaną do dołów – z drugiej jednak przychodzi refleksja, że oto durnota dokonuje się na naszych oczach, za co zapłacimy z własnej kieszeni. Piszemy o tym, protestujemy – nic, głucha cisza. Czy ktoś wziął premię za gorliwość w zimowym oraniu pola?

Detali ciąg dalszy: jak reaguje umiarkowany esteta, który pewnego dnia widzi, że plamy po grzybie wchodzącym już na partery klatek schodowych zamalowane zostały jaskrawo różną farbą olejną, przez co lamperia (Boże, cóż za ohyda!) uzyskała niepowtarzalny wdzięk lamperii w koszarach armii radzieckiej? Według mnie wybitny esteta dostaje drgawek. Umiarkowanemu estecie zbiera się na wymioty. Ale chwila: są pomiędzy nami tacy, którzy chcą za to płacić! Dziesięć złotych z metra kwadratowego własnego lokalu... Brawo odważni i zamożni! Świat należy do was! Nie będzie frustrat pluł wam w twarz!

Dozorca: właściwie najkrócej można powiedzieć BRAK. Ale wejdźmy w szczegóły „dozorcowej polityki” – osoba pojawiająca się raz na jakiś czas na nie więcej, jak 40 minut dostaje miesięcznie 400 zł. Robi tyle ile w tym czasie i za te pieniądze można zrobić, choć ja akurat uważam, że robi to... nie do końca dobrze. Ta osoba zatrudniona jest poprzez firmę pośredniczącą. Firma pośrednicząca ma podpisaną stałą umowę z naszą administracją. Pamiętacie jak jeden z naszych sąsiadów twierdził, iż to prawidłowa polityka, ponieważ w razie niedoróbek firmę taką „można pociągnąć za konsekwencje”, a prywaciarza nie? Guzik prawda! Nikogo za nic pociągnąć się nie da. Pozostaje pytanie – a ile bierze miesięcznie z naszych pieniędzy firma zatrudniająca dozorcę? 1200 zł? A może raczej 1500 zł?


O sporze z obecnymi Państwa reprezentantami: a jednak najpierw starałem się przekonywać do swych racji, sprzedawać całe, dość bogate doświadczenie w sporach z urzędnikami i administracjami. Cóż, widać nie mam wystarczającej siły przekonywania... Kiedy pewnego wrześniowego dnia zobaczyłem jednak, że to wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy w materii obniżki czynszów, w materii pokazania, że z kamienicą dzieje się źle, a zarządcy nie wiedzą co czynić mądrze dalej JEST MARNOWANE – trafiła mnie jasna... choroba! Na przedstawiony wzór pisma, stworzonego teoretycznie w imieniu lokatorów – a pismo owo jest według mnie KAPITULACJĄ - nie ma zgody! Jak można podtrzymywać teorię, że chodzi o obniżenie komercyjnych stawek czynszowych jeśli PODSTAWĄ działania wspólnego jest i było stwierdzenie, że ten dom NIE MOŻE BYĆ DALEJ UZNAWANY ZA KOMERCYJNY? Dlaczego to chcecie nieproszeni zrobić i jaki macie w tym cel? Czyżby prywatny?



Na razie tyle, choć to tylko wstęp. Dzisiaj powstał zalążek nowego Stowarzyszenia Lokatorów „Po Drugiej Stronie-Abramowskiego9”. Właśnie konstytuujemy się formalnie. Jak najszybciej poinformujemy Sąsiadów o każdym następnych kroku – gdy tylko go wykonamy.
Marek Zarębski