sobota, 8 czerwca 2024

 

Z cyklu KOMENTARZE ZŁOŚLIWE: seks i skandale-czyli czym jest tyłek dla celebryty

 

Kiedyś słuchałem radia, niektórych audycji – „wpadła mi w ucho” i taka ciekawostka, jak rozmowa o rzekomej celebrytce Natalii Siwiec. Temat dyżurny: seks i skandale… Może precyzyjniej: skandaliki. Cna ta dama relacjonuje swą pierwszą miłość. Ona lat czternaście, on dwadzieścia kilka. Wstrząsające, prawda? Chyba musiała uciekać z lekcji matematyki. Tylko kogo to dzisiaj rusza? Może prokuratora – o ile zarzut pedofilii dla „narzeczonego” jeszcze się nie przedawnił.

 

Więc czym jest zadek, popularnie zwany dupą dla artysty lub celebryty? Twierdzę, że ostatnią deską ratunku.

I to jest sprawa, o której nie tylko ja pisałem na innych forach, chodziło wówczas o to, że zaszczepianie nam na siłę wzorów „paryskich”, w których starszy wiekowo facet i młodsza od „mistrza”, wchodząca „w towarzyski obieg” panienka staje się zjawiskiem powszechnym, niestety dość życzliwie odbieranym i promowanym.

 

Potem pojawiło się zjawisko tzw. galerianek, nakręcono o tym jeden film polski i kilka zagranicznych, z których dwa (te obce) dostępne były do niedawna w kinach. Nie podaję tytułów, ponieważ od razu wyjaśnię, iż nie zajmuję się promowaniem młodocianej prostytucji. Dobra, dobra, panie i panowie oponenci: zawsze to było, wiem. Ale nigdy nie było tak chętnie nagłaśniane – filmowane, analizowane i w gruncie rzeczy popierane.

 

Tymczasem wzorzec paryskiego seks-skandalu od wielu lat był biologicznie dosadny i tym się różnił od innych skandali, czym różnią się filmy instruktażowe dla początkujących ginekologów od filmów erotycznych. Nie wdaję się w szczegóły, tego po prostu niesposób nie zauważyć nawet nie będąc filmowym koneserem. W dziejach literatury i filmu Francuzi seks-skandalizując, czyli opowiadając o okolicach zadka osiągnęli prawdziwy szczyt idiotyzmu – do dzisiaj pamiętam książkę jakiegoś paryskiego frustrata, który długo i namiętnie opisywał swój problem towarzyski. Otóż ilekroć coś go zainteresowało w wieloosobowej rozmowie natychmiast odczuwał potrzebę podrapania się w swą… rurę wydechową. Dzieło ponoć szokowało współczesnych pisarzynie czytelników i zachwycało krytyków. Mnie brzydziło. No ale ja nie jestem paryskim koneserem i chyba już nigdy nie będę…

Jeden z blogerów Nowego Ekranu, przedtem Salonu24, Coryllus, zajmując się problemem seks-skandali pisał o tym wszystkim swojego czasu tak: „…wokół Paryża, kawiarni, hoteli i łóżka ze zmiętą pościelą krążą myśli pisarki Gretkowskiej, której wynurzenia przeczytałem w kolejce do dentysty. „Wynurzała” się ona na okoliczność wydania kolejnej książki pod tytułem „Trans”, która opowiada o romansie autorki z reżyserem Żuławskim. Od razu powiem, że Żuławski to jest ten gorszy z dwóch peerelowskich skandalistów robiących filmy. Borowczyk nie pieprzył takich okropnych truizmów i w ogóle miał tę zaletę, że mówił mało. Niestety Pan Bóg postanowił zabrać ich do siebie w odwrotnej kolejności. Żuławski miał w PRL pozwolenie na skandalizowanie, a jego filmy miały tę samą funkcję co dziś programy Wojewódzkiego, były też tak samo gówniane. Chopin rzygający krwią na białą klawiaturę fortepianu, i temu podobne utensylia. Miało to przekonać widza, że ma do czynienia ze sztuką. I przekonywało. Synowie prokuratorów i dyplomatów czynnych w ZSRR mogli w takie rzeczy uwierzyć. Mogli nawet uwierzyć w to, że Chopin był w Tatrach, bo tak to się reżyserowi kiedyś w filmie „Błękitna nuta” chlapnęło. Nie jest to jednak, prawda, towarzysze, szczegół ważny. Ważna bowiem i istotna jest sztuka i ekspresja…”

Za PRL-u Żuławski nakręcił film „Trzecia część nocy”. Jedna ze scen przedstawia tam poród kobiety, jak twierdzili wtajemniczeni rodziła ówczesna żona reżysera Małgorzata Braunek i robiła to ponoć naprawdę, nie jak ryży aktor Olbrychski, który grając u Hoffmana Azję Tuhaj-Bejowicza nabijany był na pal pod narkozą (sam tak twierdził, podobno ironicznie i w odpowiedzi na dociekliwe pytania wiernych wielbicielek). Skandalizująca para nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, proszę pamiętać, że w latach 60- i 70-tych nie było TVN-u. A jednak zadziwiać też się dało…


I pisze dalej Coryllus: „…Jak tylko komuna się skończyła zaczął się Żuławski produkować w telewizji i robił tam mniej więcej to samo co Wajda – opowiadał o wyższości kultury i sztuki rosyjskiej nad polską. Potem zaś wrócił do swoich ulubionych tematów, czyli do – jak to malowniczo nazywa młodzież – dymania. I o tym właśnie napisała książkę Gretkowska. O tym, że będąc młodą i niewinną poznała starego satyra, który ją uwiódł w paryskiej kawiarni opowiadając o sztuce i współistnieniu duchowym bytów wyższych, do których oboje się zaliczali, a utwierdziła ich w tej wyższości władza ludowa wydając im paszporty…”

Tu niestety różnimy się z autorem (nie po raz pierwszy zresztą), jako realista uważam mianowicie, że Gretkowska otrzymując w tamtych latach paszport z całą pewnością nie była już taką niewinną, jaką dzisiaj chciała by się przedstawiać – decydenci paszportowi też lubili młode artystki trochę polansować, zanim przekazywali je w szpony krwiożerczego, paryskiego kapitalizmu. I starzejących się, choć najwidoczniej nieźle jeszcze zachowanych satyrów, przesiadującym w paryskich kawiarniach i z tego żyjących.

 

Nad Wisłą zawsze zostawały panie, które z kolei uwielbiały młodych artystów. To było bodaj trudniejsze, znaczy się panom było trudniej, proszę pamiętać, że czasy były takie, iż nikomu nie śniło się o wynalezieniu Viagry. I jak to powiadał pewien aspirujący do wyższej pensji młody kamerzysta na Woronicza: miał z tego powodu nieustający problem hydrauliczny. Ilekroć bowiem spojrzał na swą potencjalną protektorkę – to siadało mu ciśnienie w układzie. Skąd wiem to wszystko? Stąd, że byłem w tamtych czasach studentem, ale też na pół etatu pracownikiem zajmującym się wywózką śmieci i taśm kursów językowych dla jakichś tajnych szkół pod Warszawą. W gmachach TVP właśnie. Przez co brać robotnicza zakwalifikowała mnie jako swojego, piękne hostessy prezesa Szczepańskiego uznały, że nie muszą przed „ziomalem” gryźć się w język – i było wspaniale. Co prawda dzięki hostessom kariery nie dało się zrobić… Za to nie było najmniejszej potrzeby, by opowiadać im o „bytach wyższych” czy jakichś tam współistnieniach duchowych. Kobitki były bowiem bardzo cielesne.

 

Zatem już bez ogródek: zdecydowanie pani Natalia Siwiec może zadziwiać głupszych od siebie. Bo nie z nami te numery…

M.Z.

 

czwartek, 18 kwietnia 2024

STRACHY NA LACHY?


 Chyba  straszę Czytelników. Dlaczego? Bo może takim straszny? Nic bardziej mylnego. Dzieje się tak ponieważ jak już wiem prościej do mnie zatelefonować, niż cokolwiek napisać. OK., mnie ta forma nawet odpowiada, telefonują ci, którzy znają numer, więc wszystko służy pewnej formie uaktywnienia kontaktów. No dobrze – ale w czym rzecz? Niestety znowu chodzi o Mazury, a dokładniej o pewne zachowania mieszkających tam ludzi. Otóż ludzie owi właśnie po raz kolejny podnieśli wyraźnie ceny mieszkań z drugiej ręki sprzedawanych w takich dziurach, jak Olecko czy Świętajno. Czy ja to rozumiem albo czy potrafię wytłumaczyć?

Otóż nie rozumiem i nie potrafię objaśnić. Powiem nawet więcej – te działania budzą moje najwyższe zdumienie, a nawet rodzą przekonanie, że właściciele lokali do sprzedania czarują realia albowiem nie mają pojęcia gdzie żyją i jaki może być koniec tej egzystencji.

Dlaczego tak? Pierwszy i podstawowy powód to istnienie tak zwanego Przesmyku Suwalskiego, czyli teoretycznie możliwej drogi sowieckiego ataku na Polskę – gdyby kiedyś miał nastąpić. Zakłada to oczywiście użycie także broni pancernej. A  że teren trudny, pocięty jeziorami, lasami i ciekami wodnymi – nawała może pójść i pewnie pójdzie dokładnie tą trasą, na której lokale mieszkalne sprzedawane naiwnym właśnie osiągają swoje apogeum cenowe. Spotkałem się już z kontr-argumentem, że gdyby tak było to pewien deweloper olecki nie budował by mieszkań w Gołdapi, miasteczku było nie było granicznym. Odpowiadam – to było dawno temu, w innych realiach politycznych, które w sumie sprowadzały się do tego, że lokalsi kupowali pewien model Volkswagena Passata ze stulitrowym bakiem paliwa i zarabiali kasę na szmuglu benzyny z ówczesnego obwodu kaliningradzkiego, dzisiaj zwanego Obwodem Królewieckim. Pozatem kto komu gwarantował, że ów deweloper to najmądrzejszy gość w okolicy… W każdym razie nie wiem za bardzo jaki był finał tych inwestycji, pamiętam natomiast, że na sprzedawaniu lewego i ryzykownego towaru poległa spora grupka osób.

No i proszę Szanownych tak to się w Polsce dzieje obecnie, anno 2024. Ceny w górę - co nie ma związku z rozumem i możliwościami nabywców. Propaganda reklamowa trąbi najgłośniej jak potrafi „Kupujcie teraz bo jutro będzie drożej!” Rudy zbawca obiecuje nieoprocentowane kredyty mieszkaniowe, co zdaniem bywalców rynku i fachowców rodzi wyłącznie wzrost cen. A jak to ostatnio tłumaczył mi to pewien 30-letni amator podobnego kredytu na wymarzony lokal trzypokojowy musiałby zapożyczyć się na jakieś sto lat – co czyni inwestycję lekko ryzykowną – więc raczej da sobie spokój.

M.Z.

---------------------------------------------------------

OK,wyborami w Olecku i Świętajnie zajmę się później, w przewidzianym prawnie terminie. Teraz po pierwsze nie mam nowych informacji na ów  temat. Po drugie zaś poświęciłem mnóstwo czasu na telefoniczną rozmowę z kimś z dawnych znajomych. A wymieniane opinie poświęcone były przede wszystkim sytuacji za naszą wschodnią granicą, konkretnie na Ukrainie. To nie jest dobra sytuacja. Zdaniem wielu specjalistów, nie tylko mojego rozmówcy jest bowiem tak, że Ukraina dostaje militarne lanie. I mało kto dochodzi do przekonania, że ostatnie finansowe deklaracje amerykańskie mogą tu zbyt wiele zmienić. Napór sił rosyjskich nie zmalał, nie zdezorganizowano ani ich linii zaopatrzenia, ani naboru nowych sił ludzkich. Co więcej sposób, w jaki dyskontowany jest brak zgody na akt kapitulacji z roku 2022, kiedy to Ukraina odmówiła poddania określonych terenów na swoim wschodnim krańcu wobec zamiarów dwa lata  późniejszych wskazuje, że nasz wschodni sąsiad wbrew czarowaniu sytuacji przez rzekomych polskich ekspertów dostaje baty. I niedługo stanąć może przed wyborem czy dalej gubić tysiące żołnierzy, czy raczej podpisać coś, co taniec śmierci przerwie nawet na określony czas. Wewnętrzna sytuacja zdaje się tu jasna. Łatwo dowieść słuszności tej tezy choćby po ilościach uchodźców, uciekinierów, czy zwykłych ludzkich cwaniaków, jacy albo przebywają w Polsce, albo potraktowali ją jako pomost do transportu dalej na Zachód. Tu dodam tyle, że sytuacje zdaje się komplikować nadciągający jak czarna chmura unijny obowiązek przyjmowania migrantów, których Zachód nie chce - albo płacenia za nich zbójeckiego myta. Jakbyśmy kiedykolwiek mieli jakieś kolonie i ponosili w nich odpowiedzialność za nieszczęścia pojawiające się już po wycofaniu kolonizatorów do macierzy...

Tak czy inaczej spojrzenie na problem od strony cywilizacyjno-kulturowej zdaje się tu całkowicie uzasadnione. En bloc nic dobrego z Ukraińcami do Polski nie napłynęło, a ich obyczaje czy zakorzenione zwyczaje pozostawiają wiele do życzenia. Czy zatem będą mieli wolę i pieniądze na wykupienie tego mieszkaniowego badziewia, jakie oferują im dzisiaj okolice północno-wschodniej Polski? A jeśli nawet tak się stanie czy będą to terytoria, na których rozwinie się ukraińska przemoc, korupcja i gangsteryzm? Jak nowo konstruowane samorządy zamierzaja sytuować się wobec tych problemów? W ogóle je widzą, czy dalej pozostają w przekonaniu, że jakoś to będzie?

M.Z.

------------------------------------------------------

A propos oleckich wyborów. Zwyciężyli ci, którzy mieli zwyciężyć. W wypadku Olecka dwa tygodnie wcześniej proszono mnie o milczenie w sprawach wyborczych. Dostosowałem się. Nie przekazałem żadnych ważnych argumentów mogących wpłynąć na uzyskane wyniki. Zwyciężył trener piłki nożnej (wysokie kompetencje polityczne, prawda?), którego osobiście uważam za szkodnika. Ten osobnik dopuścił do swojej drużyny w powiecie oleckim oszczerców i krzywoprzysiężców zajmujących się podczas poprzednich wyborów siłowym uciszaniem jedynego warszawiaka, który mieszkając pośród tej masy durniów i pieczeniarzy śmiał pisać prawdę o realiach. Posłużono się jak wiadomo z innych moich wpisów fałszywym oskarżeniem prokuratorskim..

Macie zatem dokładnie to, na co zasłużyliście. Nie chcę mieć z wami więcej żadnego kontaktu.

M.Z.

 


wtorek, 16 kwietnia 2024

LABIRYNTY

 


Połowa kwietnia 2024 – postanowiłem wrócić do prowadzenia bloga. Z jednej strony nie goni mnie żadna powinność typu walki z idiotką w wyborach samorządowych. Mazur już nie ma. Tamten świat zdechł, nawet nie umarł, a właśnie zdechł. Z drugiej jakieś napięcie wewnętrzne jednak istnieje. Bo  oto stało się coś właściwie nie przewidywanego – wróciła świadomość przemijania. Kiedyś odległa teoria. Dzisiaj realia tuż obok, w wynikach lekarskich, w ich niechętnie artykułowanych opiniach, wreszcie w moim samopoczuciu. Nie, spokojnie, to nie pójdzie w kierunku smętnych żalów. Przynajmniej postaram się by tam nie skręciło.

Zaczynałem chorowanie od serca i na sercu kończę. Cóż, tak to bywa. Miało być jeszcze mnóstwo różnych podróży. Pewnie będzie tylko jedna. Pokolenie tuż powojenne, klasycznie wroga dla komuchów klasa inteligencka rodziców, płacą także dzieci. No i masz co masz… Mnie akurat niespecjalnie się udało. Tak czy siak w połowie owego wymienionego na początku kwietnia dokoła krążą zagadki logiczne. Bardziej precyzyjnie – możliwe do wyjaśnienia tylko za pomocą logiki. Dlaczego socjalizm w Polsce nie mógł się udać? Zaraz pewnie zapyta ktoś co dokładniej mam na myśli. O, nie, nie dam się sprowadzić do szczegółu i konkretu, bo to zakłóci widzenia całości! A rzecz przecież nie w komunikacji zbiorowej, pojęciach własności domów i mieszkań, pracy i możliwości awansu, konstrukcji obsługi lekarskiej. To znaczy – w tym też, ale w tym jako w jednym z wielu elementów całości paskudnie barwnej i złożonej. Rzecz polega na tym, że konkretyzacja pytań prowadzi do dominacji detali i gubi całość jako podstawowy obiekt obserwacji.

Konkretnie: dlaczego większość Szwajcarów nie wie kto jest ich prezydentem? Można gadać  nieskończenie – bo to inna forma demokracji bezpośredniej. Bo najważniejszy jest kanton, nie państwo. Bo konstytucyjna zasada rotacji na tym stanowisku i tak dalej. Wiecie już coś więcej o Szwajcarii? Na pewno nie. Da się tam żyć i mieszkać? Warto podporządkowywać się nieznanym przedtem zasadom codziennej egzystencji, zakupów, podejścia do posiadania auta lub mieszkania? Dalej jedzą koty i mają najsolidniejsze w świecie banki?

Owszem, dużo ostatnio rozmawiałem. Na różne tematy. I zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że żądanie konkretyzacji moich pytań prowadziło do diabolicznego wywinięcia się od jasnych i pełnych odpowiedzi. Szkoda. Bo to w sumie strata czasu i energii…

M.Z.

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

POWROTY?

 


Połowa kwietnia 2024 – postanowiłem wrócić do prowadzenia bloga. Z jednej strony nie goni mnie żadna powinność typu walki z idiotką w wyborach samorządowych. Mazur już nie ma. Tamten świat zdechł, nawet nie umarł, a właśnie zdechł. Z drugiej jakieś napięcie wewnętrzne jednak istnieje. Bo  oto stało się coś właściwie nie przewidywanego – wróciła świadomość przemijania. Kiedyś odległa teoria. Dzisiaj realia tuż obok, w wynikach lekarskich, w ich niechętnie artykułowanych opiniach, wreszcie w moim samopoczuciu. Nie, spokojnie, to nie pójdzie w kierunku smętnych żalów. Przynajmniej postaram się by tam nie skręciło.

Zaczynałem chorowanie od serca i na sercu kończę. Cóż, tak to bywa. Miało być jeszcze mnóstwo różnych podróży. Pewnie będzie tylko jedna. Tak czy inaczej, w tym dzisiejszym mikro-realu podróżuję po krainie kłamstwa i dezinformacji. W sumie to wszystko polega na tym, że albo przekazuje mi się informacje niepełne – albo niczego nie przekazuje. Po co komu potrzebne było zastrzeżenie bym nie włączał się kampanię wyborczą w Olecku? Gdybym nie pomógł -  na pewno bym nie zaszkodził. Gdybym w sukcesie miał swoją cegiełkę – na pewno nie zwrócił bym się po zadośćuczynienie. No ale na wszelki wypadek Zarębskiego trzeba było wyłączyć. Nie stawiał oporu. Poszedł w diabły. Czy  pozostali żywi udźwigną ciężar walki? Mocno wątpię. Nie mają w sobie ni grama ducha humanistów. W przegranej też zostaną sami.

A idiotka z Połomu… Wcielone nieszczęście dla każdej miejscowości, to bez dwóch zdań. Dla samego Połomu niewielkie zdziwienia, trybalizm czyli jakaś forma mafijności to rzecz tam doskonale znana. Dlaczego jednak ludzie przetarci gdzieś poza granicami Polski godzą się na pewne jak w banku rządy Wielkiego Łba, tumana z nieskończoną podstawówką? Nie potrafię odpowiedzieć. Część panienek pracuje w agencjach towarzyskich, z których korzystał. Może się zatem wstydzą „wyjść przed orkiestrę” i jasno powiedzieć „To jest fiut!”? Podobnie jak baby szyjące na wyprzódki szmaty na ryje w czasach rzekomej pandemii… Kto ich do nietrafnych decyzji namówił jeśli nie kandydatka na wójta? Pamiętacie damskie tumany?

M.Z.

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Fałszywa orkiestra

 

Fałszywa orkiestra

 



Może powinienem powiedzieć, że inspiracją był cudzy komentarz pod tym tekstem: https://dziennikzarazy.pl/27-01-dlaczego-nie-daje-na-orkiestre-wyznania-potwora  .

                                                                    Ale nie powiem – bo to nieprawda. Podobne treści publikowałem w innych swoich blogach. Być może dlatego, że tę akurat epokę przeżyłem osobiście, czytaj „jej skutków doświadczyłem na własnej skórze”. Uśmiechacie się, bo przecież każdy w moim wieku (60 i solidny plus) tę epokę personalnie przeżył i nie ma się czym chwalić? Nie do końca prawda. Ja bowiem przeżyłem ją jako dziennikarz tak zwanej prasy młodzieżowej. Konkretnie redakcji gwałtownie zlikwidowanego w połowie lat 80-tych „Świata Młodych”. Kto by nie pamiętał co to za zwierzę łatwo sprawdzi w dowolnym miejscu sieci. Polecam. Tu ważnym jest jeden element. Z mniej więcej połowy lat 70-tych, czyli czasu, w którym histeryczna linia propagandy gierkowskiej właśnie zawalała się. I „towarzysze” z Biura Politycznego KC PZPR uznali, że dusz i umysłów młodzieży nie wolno narażać na samowolę i powoli wzrastające miazmaty podskórnego opozycjonizmu. Tak, groźnego dla nich jak  diabli – w końcu przecież na przełomie dekad powstała Solidarność, która nie wzięła się znikąd. By nie komplikować historii powiem tyle, że młodzieżowe redakcje, nie było ich dużo, ale zawsze, otrzymały do rozpracowania plan działania nazwany skrótowo „Mieć czy być”. Chodziło oczywiście o to, że lepiej „być”, niż „mieć”. I każda redakcja winna zobrazować to w sposób właściwy, zrozumiały dla swoich czytelników.

 No więc „Światu Młodych” właściwie udało się! Po pierwsze ówczesny redaktor naczelny nie bardzo palił się do realizowania projektu. Być może dlatego, że jego ówczesna przyjaciółka prowadziła rubrykę „mody”, gdzie produkowała teksty jako Riuszka. A wprowadzając pogardliwe spojrzenie na fakt jakiegokolwiek posiadania, „mania”, modnego wyglądu również, należało by tę rubrykę zlikwidować. Czasopisma zgromadzone w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, ówczesny „Świat Młodych” zarabiał dla tego tworu krocie, więc w jakiś sposób mógł „dyskutować” z odgórnym obowiązkiem -  w szczególny sposób podzieliły się obowiązkiem wprowadzania „nowości” obmyślonych przez Biuro Polityczne. Padło na „Na Przełaj” i w miarę  nowy tygodnik „Razem”. Na skutki nie trzeba było długo czekać. W obiegu podskórnym MAW-u błyskawicznie utrwalił się nowy tytuł: „Na Przemiał”. A o drugim tytule powiadano, że „lepiej dziś się  otruć gazem, niż pracować jutro w Razem”. Owszem, żurnaliści z tych tytułów zarabiali lepiej od innych. Ale podobno mieli duże kłopoty z twarzami. A ich gimnastyczne wyczyny z tekstami odstręczającymi młodzież od partyjnej linii postępowania długo jeszcze nie doczekają się poważnego opracowania. Na śmieszność zarobiły od razu.

 Pisze Komentator aJ: „Jerzy Owsiak został wypromowany za schyłkowej komuny w reżimowych (innych poza podziemiem nie było) mediach – harcerskiej audycji w radiu i młodzieżowej gazecie „Na przełaj” – jako swoista pseudoopozycja, twórca happeningów pozornie uderzających we władzę, wentyl dla młodzieży. Żeby odwrócić uwagę ludzi w wieku licealnym od realnej opozycji, skanalizować naturalny, spontaniczny bunt „zmarnowanego” Stanem Wojennym pokolenia, jako alternatywę malowania na murach haseł typu „uwolnić Lecha” (to było na topie) organizował manifestacje pod hasłem „uwolnić słonia” (z warszawskiego ZOO). 

Co mogę dodać od siebie? Chyba tylko uwagę, że mowa tu o latach nieco późniejszych, po wprowadzeniu stanu wojennego. Oczywiście rozumowanie propagandystów KC typu „mieć czy być” obowiązywało może nie tyle „nadal”, co w jeszcze większym stopniu. Potrzeba posiadania przez władców PRL-u pewnej grupy swoistych wentyli bezpieczeństwa stała się paląca. A że rozumiano tam siłę ironii jako nie podpadającej pod żadem paragraf karny broni masowego rażenia – postarano się o jej czynne zagospodarowanie. Uwalniano słonia. Choć pewnie mało kto wiedział, że wkrótce i dla Lecha skończy się czas luksusowej kwarantanny…

 Skąd wzorce? Z Wrocławia. Bo to we Wrocławiu zaistniała Pomarańczowa Alternatywa Majora Fydrycha. W 1982 roku powstał pierwszy Krasnal, później zaroiło się od nich na murach i budkach telefonicznych. Z happeningami nie bardzo wiedziano jak walczyć. I czy w ogóle walczyć, bo można było ten pomysł wykorzystać. Do tego potrzebni byli jednak zaufani ludzie. Posługujący się może nie tyle wytworną elokwencją, co rodzajem  młodzieżowego slangu. Zrozumiałego dla tych, którzy myśleć specjalnie nie potrafili i nie chcieli, ale  z otaczającymi ich realiami coraz bardziej nie zgadzali się, bo każdy dzień propagandowych bredni socjalizmu oddalał ich od zdjęć zachodnich rówieśników. Pełnych życia, dobrze ubranych i jednak podatnych na pewien rodzaj konsumpcji. Zamiast Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR) zaproponowano im więc „bunt” w ramach Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników (TPChR). Wtedy Owsiak zaistniał po raz pierwszy. Syn milicjanta, ani przystojny ani mądry, z przepitym głosem menela spod budki z piwem i nieskomplikowanym obrazowaniem świata. Nie pamiętam czy obok pojawiały się już takie postaci jak Walter Chełstowski, syn szefowej pseudo-harcerskich „Motywów”. Ale gdzieś z  mroków pamięci wyłania się myśl, że to właśnie ta sama banda „inżynierów dusz”. Na pewno ujawniła się w kopiach festiwali Woodstock, jakie zaczęto później organizować dla młodych fanów „dobrej zabawy bez ograniczeń”. Róbta co chceta!... Tak czy inaczej Owsiak organizował dla młodych ludzi rodzaj błogosławionego przez państwo wentyla bezpieczeństwa. Czym go barwiono w kolejnych latach – to już odrębna historia. Fydrych i jego krasnale to był dla socjal-władców zbyt skomplikowany twór. Ale akcje „Uwolnić słonia” w miejsce „Uwolnić Lecha” – czemu nie? To gubiło młody zapał i dawało się łatwo opanować.

 Wspominany Komentator aJ pisze: „…Z takim kapitałem (Owsiak) wszedł w PRL-bis, przepraszam, w wolną Polskę. Już skracając, robił to samo, stał się listkiem figowym III RP. Ludzie zamiast się buntować przeciw systemowi, gdzie skandalicznie brakuje pieniędzy nawet na Służbę Zdrowia, brakuje z powodu karuzel vatowskich (to oczywiście po wprowadzeniu VAT) czy innych wad strukturalnych niejako wpisanych w chroniący postkomunistyczne układy i inne patologie system, cieszyli się, że mogą udowodnić swoją szlachetność, wspierając szpitale z własnej kieszeni. Wentyl, spuszczający powietrze z naturalnego buntu antysystemowego hasłem „Pomożecie?”. Nic nowego… Może tylko to, że kto jest przeciw, ten jest zwyrodnialcem i wrogiem chorych dzieci. A na dodatek zabiera ludziom najpiękniejsze złudzenie o „spontanicznej solidarności”. Majstersztyk. Wykorzystano najszlachetniejsze ludzkie uczucia do obrony III RP. Akcja była pompowana potężnym wsparciem władców mediów III Rp (jak poprzednio zdychającego pierwszego PRL-u, tylko tym razem na poziomie wręcz histerii), oraz obowiązkowymi datkami darczyńców instytucjonalnych, żeby co roku był rekord…”

 Sto procent racji! Dzisiaj nie mówić o Owsiaku jest nie tyle złem, co po prostu zbrodnią. Ile by nie powstało prawicowych, czy pseudo-prawicowych portali – wszystkie uważają za swój obowiązek eksploatowanie tego tematu. Bez Owsiaka marli byśmy na ulicach jak muchy, daremno czekając na lekarską pomoc. Nic to, że nawet największe z zebranych (a moim zdaniem wyżebranych) sum to ledwie promil czy kilka promili rocznego budżetu Ministerstwa Zdrowia. Na  proporcje nikt nie zwraca  uwagi, liczy się medialny hałas. Giną gdzieś wyroki sądowe nakazujące właścicielowi Złotego Melona czy innej Mrówki rozliczenie się z kolejnych zbiórek pieniędzy – choć już teraz wiadomo, że mniej więcej 50 procent tych kwot idzie nie na dobroczynność, ale na rozbudowę prywatnego imperium Owsiaka. Coś, co stanowi ledwie drobny ułamek kwot przeznaczanych przez państwo na ochronę zdrowia, jak powszechnie wiadomo kwot albo niewystarczających, albo źle adresowanych – dla prywatnej osoby stanowi prawdziwą fortunę. Dla darczyńców zaś jest wystarczającym rozgrzeszeniem - dałem do puszki, okazałem się kimś o wysokim stopniu humanizmu, teraz mogę zająć się działem „Róbta co chceta”… I Miszcz Zbiórki, jak zwykle w czerwonych portkach, może już skupić się jawnej drwinie ze swego największego wroga: Kościoła. Caritas jako fundacja kościelna zbiera rocznie parokrotnie więcej pieniędzy. W całkowitej medialnej ciszy i bez orkiestrowych telewizyjnych fajerwerków. Dzieciom wygnanym pod świątynie zdaje się nie przeszkadzać atakowanie największych chrześcijańskich symboli, ostatnio Matki Boskiej. Podobnie jak nie wadzi im podjęta przez owsiakową Orkiestrę współpraca z Kongresem Kobiet głośno promującym aborcję. Ilu z tych jednak szczerych młodych zapaleńców mogło by stanąć w tych właśnie miejscach z proszalnymi puszkami - gdyby aborcja stała się tak powszechna, jak domagają się tego szalone „kongresmenki”?

Zatem: kiedy wreszcie prawdziwy koniec ze śmierdzącymi dmuchami komunistycznych działań propagandowych? Czemu właściwie dzisiaj służą? Co na to tak zwana Zjednoczona Prawica forsująca działania czerwono-pomarańczowego szaleńca i darczyńcy-uzurpatora?

M.Z.

Fot. natemat.pl

==================