sobota, 10 stycznia 2015

PANNA DEMOKRACJA I TAKIE TAM REFLEKSJE...



Demokracja, demokracja… Bardzo delikatnie, ale poruszałem ten wątek w poprzednich wpisach, oczywiście wyrażając swój zdecydowanie negatywny stosunek do tej pozornej formy rządów, czy ogólniej: sprawowania władzy. Reakcja do przewidzenia: głos zabierają ci, którzy niewiele maja do powiedzenia o czymkolwiek, ale już o świętej krowie demokratycznej owszem. Wiedzą, że jest najwspanialej. Pytam na początku czy najedli się szaleju – czy naoglądali za dużo amerykańskich filmów. No i wtedy zaczyna się jazda…

Okazuje się, że prawdziwym przedmiotem kultu jest demokracja typu zachodniego, zwłaszcza model amerykański z okręgami jednomandatowymi, systemem dwupartyjnym, bezpośrednimi wyborami prezydenta itp. Transmitowanie tego mitu na polski grunt, nawet w porównaniach, idzie już opornie. Owszem, mamy bezpośrednie wybory prezydenckie, czekają nas w tym roku – ale okręgi jednomandatowe praktycznie nie istnieją. Oczywiście nie wybieramy żadnych szeryfów, żadnych sędziów, ba, jako się już uprzednio rzekło na większość bezpośrednio nas obsługujących samorządowców i ich urzędników nie mamy kompletnie żadnego wpływu. Partie zwycięskie w systemie d”Hondta (a tylko ten u nas obowiązuje) biorą praktycznie wszystko – co oznacza, że rządzą nami w bezpośrednim kontakcie ludzie znani od lat i od lat jak najfatalniej oceniani. Czy możemy coś demokratycznego z tym uczynić? Absolutnie NIE!

Przy bliższym oglądzie nasza „wspaniale demokratyczna” rzeczywistość okazuje się być  ustrojem wielopoziomowym. I tylko ten podstawowy, związany z wrzuceniem jakiejś kartki do ciemnej skrzynki da się z grubsza mianować quasi-demokratycznym. W wyniku tych nie zawsze jasnych i uczciwych czynności wybiera się i konstytuuje władza jawna.

Reszta skryta jest co najmniej w cieniu. Większość specjalistów ów cień określa mianem NADWŁADZY. Obywatel oddając głos na tę czy inną partię najczęściej nie ma w ogóle świadomości, że nie istnieją żadne narzędzia, dzięki którym już następnego dnia nowy wybraniec wytłumaczy się z czegokolwiek swojemu wyborcy. Praktycznie ów wyborca równy jest honorowemu krwiodawcy: oddał ćwiartkę czerwonego płynu, zjadł czekoladkę, więc wio do domu, żadnych dalszych odpowiedzi czy wyjaśnień nie przewidziano. Dziwią kogoś egzotyczne, pozornie nigdy nie przewidywane sojusze międzypartyjne? No cóż, szanowny elektoracie, wczoraj byłeś nam potrzebny, dzisiaj proszę nie zadawać kłopotliwych pytań, odpowiedzi i tak nie będzie. Jesteśmy bardzo zajęci: wszak trzeba poobsadzać stołki przynoszące naszym znajomym prawdziwe pieniądze. Gdzie? W spółkach Skarbu Państwa, w zarządach, radach, miastach i gminach. Wszędzie, gdzie tylko się da – bo jak powiadał klasyk „raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy”. Tak, wiem, młodsi nie pamiętają. Więc może czas zacząć słuchać starszych?

Rzeczywista władza wkrótce po wyborach przenosi się na poziom inny, instytucjonalny. To świat, w którym rządzą banki, media, sądy, organizacje pozarządowe i rzekomo samorządowe. Mianowani przez świeżo „wybranych” polityków dowódcy tych instytucji nie mają już nic wspólnego z demokracją, ich władztwo nie pochodzi z wyboru, ale zwykłego, właściwie mafijnego nadania. Tego nie przeczytacie w żadnej gazecie, nie usłyszycie w żadnym radio, czy stacji telewizyjnej. Media utrzymują, że ich rolą jest informowanie. Znacznie dosadniej, ale też bardziej prawdziwie wyrażał się o tym ktoś o przydomku Ojciec Narodów i Słoneczko Wolności: Józef Stalin. Za jedyną rację bytu mediów uznał ich organizatorską rolę – we wskazywaniu kierunków propagandowego natarcia, zmiany i kształtowania postaw, wreszcie i po prostu zwykłej indoktrynacji. Jeden z blogerów, Bogusław Jeznach (Neon24) problemy z sytuacją mediów opisuje  tak:

„…Innym rodzajem instytucji, do których przeniosła się realna nadwładza polityczna są media. Dziś to media i ich decydenci są w stanie wpływać na opinię publiczną i sterować nią w dowolnym kierunku: z jednych ludzi zrobić „moralne autorytety”, a z drugich „sprzedajne kanalie”. O tym, że media o wiele bardziej manipulują niż informują wie bodaj każdy, ale najlepiej ten, kto się z nimi zetknął od wewnątrz…”

Mylę się? Jak w  takim razie spoglądacie na informację, że oto Polakom statystycznie znowu się polepszyło? Wzrosła płaca przeciętna. Wszyscy kochamy panią premier. Już dzisiaj wiadomo kto zostanie po raz kolejny naszym prezydentem. Jest tak dobrze, że nic tylko położyć się na wznak i bić piętami w dupę, przepraszam za kolokwializm…

Jan Marek Chodakowski, zresztą autentyczny amerykański profesor, w jednym ze swoich wykładów w Polsce powiada, że tutaj, na miejscu, jest więcej do zrobienia, niż uczyniliśmy kiedykolwiek ograniczając się do narzekania na resztę świata. Dlaczego nie mówimy o naszych prawach naturalnych i dlaczego dalej w rzekomym „państwie prawa” OBOWIĄZUJĄ KLASYCZNIE KOMUNISTYCZNE PRZEPISY? Dlaczego w najbliższym otoczeniu dalej tolerujemy durniów, marnotrawimy czas na polemiki z nimi – miast każdą głupotę natychmiast zaskarżać do sądów i skargę w razie niepowodzenia przeprowadzając przez wszystkie instancje, ze Strasbourgiem włącznie – skoro już istnieje taka możliwość? Czemu zbiorowo nie domagamy się realizacji tych obietnic, które grupom ludzkim składano, niestety później się tego wypierając? Mamy zbyt mało świadków, nie chce nam się, czekamy na rycerza na białym koniu?

W 2007 roku napisałem w odpowiedzi na pismo pochodzące z Biura Polityki Lokalowej (sprawa sprawiedliwego wykupu naszych mieszkań), że świat to nie jest betonowy, niewzruszalny twór tożsamy z życzeniem respondentki. Jej opinia padnie pewnego dnia jak padły ustalenia Jałty i Teheranu. Nawet smród po tych bzdetach nie pozostanie – to dodaję dzisiaj. I co? Co wrażliwsi sąsiedzi obrazili się, ruszyłem parlamentarnymi słowy ich sacrum niewolnika. Reszta zamilkła, zresztą wodzona za nos przez gościa, którego dzisiaj mogę śmiało nazwać współczesnym szczurołapem, wyprowadzającym gryzonie z miasta rzekomo cudowną muzyką „spokoju i rozwagi”. OK., szkodnicy wyprowadzeni. Szczurołap zniknął. I co: poddajecie się? Dożynanie nie jest takie straszne, zwłaszcza gdy dożynają wszystkich wokół?

No cóż: niezły zestaw tematów do przemyślenia. Nowy rok dopiero się zaczął – może skończy się lepiej, niż poprzedni?

M.Z.


piątek, 9 stycznia 2015

DLACZEGO NIE WARTO BYĆ ŻADNĄ EKSTREMĄ



To, że w sieci od lat straszą upiory wiemy nie od dzisiaj. Tradycyjnie, na pierwszym miejscu w zestawie „upioralnym” królowali do tej pory lewacy. Nie spotkałem się jeszcze z demonami islamu, pojawiała się za to życzeniowa ciemnota intelektualna: „mnie się zdaje i mam prawo o tym gadać…” Sprawa paryskiego morderstwa dokonanego na zespole lewacko-orgiastycznego pisemka „Cherlie Hebdo” otworzyła jednak wrota do świata piekieł przeciwnego końca listy ekstremistów. Ale po kolei, oto w portalu Ekspedyt.org ukazał się tekst blogera Migorr, oryginał tutaj: http://www.ekspedyt.org/migorr/2015/01/08/32488_je-ne-suis-pas-charlie.html#comment-50014. Na swojej stronie przywołam tylko kluczowe fragmenty tego tekstu z 8 stycznia tego roku, nie krzywią wymowy reszty. Autor zatytułował go
 
Szanowni Państwo. Francuskie miasta przeżywają żałobę po zabitych przez islamskich bandytów satyryków pisma Charlie Hebdo. Hasłem przewodnim stało się „Je suis Charlie”, czyli „jestem Charlie”. Potępiając ten bestialski mord, nie przyłączam się jednak do chóru i stwierdzam: „Nie jestem Charlie”.
Będąc nim, wyrażam zgodę na opluwanie religii. Mogę nie lubić Muzułmanów i uznawać ich za wrogów, ale to nie znaczy, że mogę ranić ich uczucia religijne. Tak samo, jak od wszystkich innych, domagam się szacunku wobec Boga i nie profanowania symboli katolicyzmu.
Będąc Charliem obrażam nie tylko Muzułmanów, ale i Chrześcijan. Bo redakcja tego pisma w grubiański sposób, coś na podobieństwo urbanowskiego „Nie”, szydziła sobie z naszej wiary…”
…Europa chyba upada na naszych oczach. Na własne życzenie. Europejczyk zamiast wyciągnąć gnata i obronić ofiary, nagrywa na komórce, jak giną na jego oczach. Rewolucja lewacka pożera własne dzieci…”

I tak to wszystko widzi autor wpisu. Uznaję jego zdanie za rozsądne i w miarę spokojne – o ile w ogóle spokój w tej sytuacji da się zachować. Tak, zgadzam się z tezą, że francuscy „satyrycy” od lat przeginali pałę, każdy za sprawa wujka Google może zobaczyć jakie rysunki szmatławczyk publikował i że muzułmanie wcale nie byli jedynym celem ataku. Ba, może nawet bardziej byli nim katolicy czy ogólnie chrześcijanie. Kilkadziesiąt godzin po zamachu realizuje się to, co wczoraj przewidywałem: spektakl pościgu, publicznych rewizji, zapewne z finałem solidnej strzelaniny i publicznego rozwalenia sprawców. O ile to rzeczywiście będą sprawcy... Już więc pojawiły się głosy, że cała rzecz może być typową akcją „false flag”: Europa zna już sprawców, publikowane są ich portrety, jeden z domniemanych zamachowców widząc w co go wkręcono zgłosił się sam na policję twierdząc, że jest niewinny i nie brał udziału w masakrze. Czy w ten sposób uratował życie – czas pokaże. Machina publicznego „czynienia sprawiedliwości” ruszyła i nie będzie łatwe jej zatrzymanie czy modyfikacja zachowań uzbrojonych grup pacyfikacyjnych.

Migorr przedstawia swoje racje jak najspokojniej. Powiem tak: nie da się zaprzeczyć żadnemu zdaniu zawartemu w tekście. A jednak…

A jednak ruszyła do ataku „ekstrema drugiego końca listy”. Przeczytajcie proszę ten oto pierwszy komentarz:

 Circ, 8 stycznia 2015 godz. 22:00
Zacytuję Panu coś, co może wpłynie na Pana by przestał pisać do nas ciągle to samo, to co wiemy dawno. Potrzebna nam jest jakaś odmiana w końcu.

I co Państwo na to? Macie jakąś własną opinię na temat zdarzeń paryskich? No to krótko: porzućcie ją czym prędzej! Dzielna Pastereczka studzi emocje na bazie ponad godzinnej przywołanej rekolekcji jednego z jezuitów. Pisze w objaśnieniu między innymi tak:

Nie ma innej możliwości przemiany zła w dobro jak na krzyżu. Jezus zrobił już za nas wszystko, teraz trzeba z tego skorzystać. Jeżeli dam się ukrzyżować to pozornie przegram, ale tak naprawdę przemieniam zło w dobro.

Wszyscy rozumieją i się zgadzają? Ależ skąd! Pluszowe krzyże nie istnieją! Niecałe trzy godziny później pojawia się ta oto odpowiedź blogera Czarna Limuzyna:  

„…wiem, że na poziomie duchowym to prawda, ale skłamałbym gdybym się nie przyznał, że uważam, że chrześcijanin ma prawo bronić się, bronić życia (swoje może poświęcić w ramach indywidualnego męczeństwa, swoje życie, lecz nie innych)… Zamiana zła na dobro jest chyba najpiękniejsza kiedy nawraca się człowiek czyniący zło. Dlatego nie życzę śmierci lub choroby moim wrogom, życząc im nawrócenia, ale w obronie swojego, a na pewno cudzego życia zabiłbym – w samoobronie..”

Dyskusja teologiczna? Tak, coś w tym rodzaju. Ani nie znam dalszego jej ciągu – ani znać nie zamierzam. Circ szaleje na różnych portalach od lat, kiedyś nazwałem ją damską odmiana hunwejbina – i dzisiaj nie wycofał bym się z tej opinii nawet na milimetr. Siłowo promuje BIERNOŚĆ. Nie widzi, że może niekoniecznie przy tej okazji – ale generalnie Francuzi, ich rządy przede wszystkim, jak najpełniej zastosowali się do jej wskazówek. Palą auta: nadstawić drugi policzek, w niebie to będzie policzone na plus. Mordują sąsiadów, pal sześć, że nie do końca czystych: nie wyrywać zła, Siła Wyższa to przemieni. Circ już dzisiaj żyje w wymiarze Wieczności. Większość jej czytelników jest aż nazbyt doczesna, planuje i komentuje w wymiarze „od narodzin – do biologicznej śmierci”. Zapewne lada moment Czarna Limuzyna dostanie w łeb aż się zakurzy – jakimś teologicznym wykładem, albo wręcz kategorycznym rozkazem „Przestań natychmiast!”

Zawsze obawiałem się ekstremistów i hunwejbinów bez względu na ich barwę ideologiczną i rzekomo święte zamiary. A oni zawsze podnosili łby i głosy w chwili, w której o czym innym winno się dla bezpieczeństwa Europejczyków dyskutować i zupełnie inne zasady postępowania stosować. Im bardziej chrześcijanie pokorni czy dbający o swe życie wieczne – tym chętniej przedstawiciele innych religii gotują im los marny. W Syrii gazu i noży. Kiedyś na dzisiejszej Ukrainie - wideł i siekier. W co ty kobito do cholery grasz?

M.Z.

czwartek, 8 stycznia 2015

AKCJA I REAKCJA



Weszli do redakcji i wystrzelali wszystkich rysowników, dziennikarzy i redaktora naczelnego. Plus dwóch policjantów, którzy nawinęli im się pod rękę. Francja zdaje się płacić za lata zduraczenia i wpuszczania w swe granice wszystkich, którzy mieli śniade rysy, brody i ochotę na pięć żon i dwadzieścioro dzieci. To w okolicach Sekwany wystarcza do niezłego życia ze zsumowanych zasiłków. Wczoraj okazało się, że gości nie satysfakcjonuje już podpalanie paryskich samochodów. Zaopatrzyli się w kałachy i poszli realizować swoją „sprawiedliwość”. Czy to oznacza, że dalej przeczytacie lament nad losem lewackiego, obrzydliwego pisemka? NIE! Od lat dowodzę w tym miejscu, że lewactwo jest postawą groźną dla otoczenia, ale groźną także dla siebie samego. No i stało się… Czy więc opowiadam się za wojującym islamem? Po stokroć NIE!

Na początku była urokliwa dla wielu redakcyjna manipulacja: mówimy to, czego mówić nie powinniśmy. Po początkowych trudnościach, gazetka „Charlie Hebdo” miała zrazu inny tytuł, później sądownie zakazany – machina ruszyła i zaczęło się obrażanie wszystkich i wszystkiego. Pech chciał, że wzięto się i za islamistów, najwyraźniej pozbawionych poczucia humoru. Raz coś tam w redakcji podpalono, innym razem do kogoś wysłano kilka maili z pogróżkami. Służby specjalne i wywiad francuski miały co prawda na oku późniejszych sprawców masakry – ale poprawność polityczna najwyraźniej zakazywała słuchania przestróg fachowców. Trzeba było islamistów kochać – to i kochano, ogromne pieniądze z odszkodowań ubezpieczeniowych za spalone auta zdawały się drobnostką. Więc lewactwo „Charliego” kwitło w najlepsze, opierając się zresztą na sympatii żabojadów do wszelkiej satyry politycznej i religijnej. Kto i gdzie przegiął jak to się powiada pałę – dzisiaj nie wiadomo. Czy zresztą owo przeginanie w ogóle może być skwitowane zbiorową egzekucją w kraju było nie było białym i europejskim? Tu odpowiedź jest jasna jak słońce – NIE! To jest bowiem „tradycja” nie z tej części świata. Nie z tej kultury. Dlaczego więc od lat starano się wdrukować barbarzyństwo w puste europejskie łby? Kto stoi za forsowaniem tego obyczaju?

W wielu miejscach sieci pojawiają się już przestrogi wobec świata wojujących wyznawców proroka: statki w portach na was i na wasze rodziny czekają, wrócicie ciupasem tam, skąd przybyliście! Coś w tym jest, choć moim zdaniem reakcja nie będzie ani tak szybka, ani tak dramatyczna. Raczej stanie się to, z czego Francuzi znani są od lat: kilku czy kilkunastu islamistów żandarmeria i służby odstrzelą w spektakularnych akcjach dla przykładu i zastraszenia. Być może trafią na właściwych – być może nie. Co dalej? Eskalacja konfliktu? Nie wiadomo. Jeszcze nie zrozumiano, że dwie, a może nawet więcej kultur nie może pokojowo współegzystować na kurczących się zasobach bogatej niegdyś Europy. I już wiadomo, że granice obrazy też istnieją. Nawet jeśli w lewackim języku utożsamiane są z wolnością słowa…

M.Z.


środa, 7 stycznia 2015

STATKI, BARKI i słów kilka o smutku i dumie



Otrzymałem od znajomej zdjęcie olbrzymiego statku. Dziób wbity w piach jakiejś płytkiej zatoki, dodatkowa informacja, że to port ostatni, dalej będzie już tylko demontaż. „Więcej nie popłynie…” Smutny widok. Zwłaszcza gdy sięgnie się do sieci i zobaczy co będzie „potem”. Potem obiorą go z pokładów, maszyn, silnika i całej tej skomplikowanej armatury, którą konstruktor w brzuchu Machiny poutykał. Pozbawią setek metrów rur, zaworów i złączek. W końcu przyjdzie czas na blachy. Wyłoni się spod nich rodzaj szkieletu, jak u przedpotopowego smoczego potwora. I to też pewnego dnia zapadnie się w nicość, miejscowe huty połykają wszystko. Żadnych już podróży, żadnych portów, ot, walizka banknotów na stole i nawet pozorów nagrobka…

Wiele lat temu, pojechałem wtedy po raz pierwszy do Holandii, obserwowałem coś zupełnie odwrotnego. Z dna mulistego kanału wydłubano kilkumetrowy kształt rybiego kręgosłupa. Pojawiło się jak spod ziemi kilku zadumanych ekspertów i okazało się, że to nie żaden śmieć, ale najprawdziwszy drewniany kil i wręgi bodaj XVIII-wiecznej holenderskiej barki. Na brzeg podjeżdżały migające żółtym światłem radiowozy straży wodnej, morskiej i licho wie jakiej jeszcze. Wieczorem miejsce znaleziska oświetlono silnymi reflektorami, pod wodę zeszli nurkowie i dobrych kilka godzin taplali się w oleistym błocku w poszukiwaniu elementów wyposażenia barki. Niestety niczego już nie znaleziono, reporterka telewizyjna bulgocząca coś tajemniczego po flamandzku wyglądała jak zrozpaczona wdowa gangstera na pogrzebie, na który przypadkowo wpadła ostatnia przyjaciółka zabitego męża.

Skąd ja tam? Otóż podróż dotyczyła interesów samochodowych. Najpierw we trzech pojechaliśmy samochodem do Bremerhaven, gdzie sąsiad zdejmował ze statku drugie auto kupione miesiąc wcześniej w Ameryce. Odebraliśmy dość sprawnie – później okazało się, że załoga balii, którą pojazd przypłynął do Niemiec raczyła spalić wszystkie bezpieczniki i pół instalacji elektrycznej. Tak czy siak postanowiliśmy „po drodze” poszukać czegoś wspaniałego dla mnie. Gdzie? Dobra, niechaj będzie w Holandii. Na mapie żabi skok… Nowy amerykański wynalazek odpalaliśmy w ten sposób, że jeden zwierał kablem odpowiednie styki w komorze silnika, drugi siedział za kierownicą i na hasło „Daawaaj!” kręcił kluczykiem w stacyjce. Przypadła mi rola „kablowego”, w końcu swojego auta jeszcze nie miałem i jakąś karę trzeba było dla mnie wymyślić. Tym bardziej, że żaden z młodych współtowarzyszy niedoli nie miał pojęcia czego dotykam i z jakiego powodu… Na parkingach i przy stacjach benzynowych nie budziło to specjalnego zainteresowania, każdy jechał w swoją stronę i cześć. Gorzej z podróżą promami, zaliczyliśmy ich wtedy kilka. Odpalanie odbywało się kilka metrów przed przybiciem promu do przystani. Zawsze towarzyszyło temu stado zadziwionych Holenderczyków. Cudotwórcy! Czarodzieje! Bulgotali coś tam z przyjaznymi minami, to w ogóle nacja dzisiaj jakby wyprana z agresji i podejrzliwości, co drugi poklepywał mnie po ramieniu i proponował piwo.

Dlaczego w ogóle o tym opowiadam i jaki to ma związek z pojazdami wodnymi? Otóż najpierw powiem tyle, że już drugiego dnia podróży miałem dość nie tyle horrendalnie wysokich cen na używany złom z Brabancji – co raczej moich kolegów. Żaden z nich nie potrafił na przykład otworzyć puszki z przysmakiem turysty, kolejne próby kończyły się tym, że operator wbijał sobie stalowe ostrze małego nożyka w palec i przysmak miał dodatkową czerwonawą przyprawę. Chłopcy natomiast w sposób absolutnie kategoryczny chcieli obejrzeć wesołą dzielnicę w Amsterdamie. Postanowiliśmy zatem, że tego akurat dnia wezmą sobie jedno auto i pojadą pod te wymarzone czerwone latarnie, jak natomiast zostanę w małym miasteczku, w którym właśnie dokonano epokowego morskiego „odkrycia” – i „se popatrzę na świat”. Zaparkowałem przy głównej ulicy, to był rzecz jasna kanał – i usiadłem na ławeczce.

No więc siedzę na tej ławeczce i „se patrzę”. Godzina, trzy, pięć – widać w Amsterdamie trwa wesoła zabawa. Pożarłem trzy pasztety akustyczne (pasztet za-jęczy – gdy go się otwiera), czym nadszarpnąłem okrutnie skład zaopatrzeniowy wycieczki. Chłopcy zjechali w środku nocy, rozczarowani, podobno jakiś bywały w świecie Murzyn wyjaśnił im, że oglądanie też kosztuje i nie mogą gapić się za friko na jego zupełnie białą siostrę.  Nie było sensu po ciemku szukać mojego wymarzonego auta. Spaliśmy poskręcani niemiłosiernie w samochodzie. A rano wstało bladawe flamandzkie słoneczko i na pobliskim kanale zobaczyliśmy cud wskrzeszenia.



Okazało się, że obok naszych pojazdów zacumowała barka sądząc po kształcie co najmniej dwustuletnia. Lśniła  w słońcu lakierem i pokostem, miała miedziano-złote okucia, przed niewielką nadbudówką jak dla krasnoludków stał stolik i dwa foteliki. Na blacie czysty obrusik i dwa smukłe kieliszki wina. Z wejścia statku wychynął 150-letni kościany staruszek, za nim jego pięć lat młodsza żona. Postawili między kieliszkami butelkę czerwonego wina i ponownie weszli po coś tam do kajuty. W tym momencie nadpłynął współczesny wodny stwór, wzburzył wodę i barka staruszków niebezpiecznie zakołysała się na fali. Kieliszki niczym nieobciążone zakołysały się, spadły na pokład i rozprysnęły w tysięczne kawałki. Właściciel wyjrzał, cofnął się i wyszedł już z szufelką i szczotką. Zamiótł starannie pokład, resztki szkła zawinął w szary papier i odłożył. Jego towarzyszka postawiła na stoliku dokładnie takie samo szkło – z kamienną, ale i radosną miną, jakby właśnie wygrali w holenderskiego toto-lotka, nagrody są tam spore. Możesz mi wierzyć lub nie – ale to się powtórzyło jeszcze raz. Daruję sobie opis, czynności były te same.

Potem staruszkowie opędzlowali bezstresowo butelkę wina, czymś zakąsili i poczęli rozglądać się po okolicy. Oczywiście natychmiast wpadliśmy im w oczy, młodzi amatorzy seksu po amsterdamsku (przez szybę!) właśnie się budzili i głośno domagali śniadania. Należało zatem odpalić „amerykańca”, podłączyć do gniazda zapalniczki elektryczny samochodowy czajnik i pokroić chleb lekko pleśniejący w foliowej torebce. Właściciel barki podszedł do nas, był wręcz zafascynowany sposobem uruchamiania pojazdu. Oczywiście standardowe pytania „A po co wy tu”, „Co robicie i dlaczego tak a nie inaczej” – i takie tam grzecznościowe zaczepki. Mówił trochę po francusku, więc jakoś szło się porozumieć. Po samochód? E, nie, to nieopłacalny interes… Nie ma dobrej amortyzacji finansowej. Lepiej kupcie moją barkę, właśnie jest te koop, płyniemy do miejsca, gdzie takie rzeczy się załatwia, ale możemy sprzedać i tutaj… Za pięć lat puścicie dalej z dobrym przebiciem… Z dalszego dialogu wynikało, że oba nasze samochody załadujemy na pokład (a w dzień widać było, że to jest jak najbardziej możliwe!), potem już tylko Morze Północne, najlepiej blisko brzegu, bo barka ma wyłącznie certyfikat śródlądowy – i do Gdańska. A ile ta barka kosztuje? Niedrogo, panowie, naprawdę okazyjnie: 500 tysięcy guldenów, za to z dokumentami oryginalności. Na pewno nikt takiej w Warszawie nie ma…

Oczywiście łgał jak nakręcony. Nie było mowy o wypływaniu w jakiekolwiek morskie podróże, straż przybrzeżna zwinęła by nas natychmiast po opuszczeniu kanału. Względem ceny finalnej być może udało by nam się zebrać na koło sterowe… Choć z drugiej strony kiedy obserwowaliśmy dzień później podobne pływające zabytkowe obiekty – ówczesna cena rzeczywiście była atrakcyjna. Tak mniej więcej dwa obszerne domki z czerwonej holenderskiej cegły, plus parę groszy na nowe Audi… Kuszące, prawda? Zwłaszcza że był to czas, w którym niewłaściwie rozpoznany idol Wałęsa grzmiał, iż już za moment każdy Polak otrzyma certyfikat na jedną trzydziestomilionową część majątku państwowego – i zrobi z tym co zechce. On zrobił – o reszcie kłamał, wkrótce mieliśmy się o tym przekonać…

Holandia uwielbia wszystko, co pływa – a jeśli do tego jest drewniane,  stare i ładnie zrekonstruowane to ceny szybują do nieba. Właściwie trudno im się dziwić, zwyczaj jest tu taki, że jeśli kto dostrzeże pięć większych drzew rosnących blisko siebie to natychmiast pędzi do marketu budowlanego, ogradza wszystko solidną siatką, a na bramie przybija szyld „Puszcza Księcia Alberta – zwiedzanie 5 guldenów”.

Zatem jak mając w pamięci te holenderskie reminiscencje można spokojnie patrzeć na umierający stalowy łamacz morskich fal i niewieścich serc? Nie da się – prawda?



M.Z.

wtorek, 6 stycznia 2015

RZECZY PRZEKLĘTE I KASTA SNOBÓW



Za czasów ancien regime’u oczywiście był to powód do oficjalnych kpin i śmiechów - materializm stosowany nie dopuszczał do istnienia takich przesądów jak przekleństwo. A jednak rzeczy przeklęte najzwyczajniej miały to za nic, po prostu były, istniały. Raz przybierały postać ludzką, innym razem jawiły się jako zdarzenia, gesty, zjawiska. Wszystkiego tego należało się wystrzegać. O ile rzecz jasna dało się to uczynić – bo zanim człek połapie się, że lezie nie tam gdzie trzeba upłynąć może sporo czasu…



Kiedy niemal czternaście lat temu sprowadzałem się do tego domu założyłem sobie, że do nikogo, ale to absolutnie nikogo nie będę podchodził z uprzedzeniem. Nowe mieszkanie, nowy świat – więc i nowa nadzieja. Jakiś czas uśmiechaliśmy się do siebie. Krótko. Bo zaraz potem okazało się, że nawet w najbliższym otoczeniu są miejsca, których należy po prostu unikać. I sąsiedzi, którzy choć mówią ciepło podają to wszystko w jakimś fałszywym sosie. Pieśń z pozoru przyjazna zgrzytała niemiłosiernie i raniła uszy.



I ujawniła się też grupa snobów. Powiem od razu: „snob” jest podobno pochodzenia angielskiego, ale źródłosłów tego jest łaciński i oznacza skrót dwóch słów „sine nobilitate” – bez szlachetności. Już pierwsze zebrania lokatorów ujawniły, że jest pomiędzy nami grupa ludzi co prawda zamożnych (mocno to akcentowali!), ale z mózgami nastrojonymi na tor działania kompletnie jałowy, bo nie zauważający tego, co się dzieje wokół. Obiektywnie jak i pozostali dostali w skórę – ale postanowili głosić wszem i wobec, że to jest w porządku, to jest cacy „bo przecież podpisaliśmy”… Tak twierdzili jacyś urzędnicy pośledniej rangi udzielający zgromadzonym absurdalnych porad, jacyś właściciele mniej czy bardziej szemranych interesików mniemający, że ich czar i ich szczęście będą trwały wiecznie. A w ogóle to rzecz jasna wszyscy wymienieni akceptują realia, ba, uważają, że władzy jaka by ona nie była należy się podporządkować. Bo może przyjść inna, stukrotnie gorsza… Przyznaję, że prócz furii, jaką budzą we mnie podobni osobnicy płci obojga z ich niewolniczym myśleniem – ludzie ci potrafią też skutecznie zniechęcić do jakichkolwiek działań, nawet tych podejmowanych w ich imieniu i dla ich korzyści. Snob choć na co dzień nosi się jak hrabia, a zachowuje jak dawny sekretarz POP, w tym sensie jest jak rak: nie chce przyjąć do wiadomości, że zabijając nosiciela zabija też siebie. W ich bałwochwalczej działalności nie było niczego szlachetnego…



Pewnego dnia powstała (nie istniejąca dzisiaj) strona internetowa domu. Jej właściciel dostrzegł, że jest to niezły pomysł na podłączenie się do działań, który w tym czasie okazały się już skuteczne – ale jemu samemu nie przynosiły żadnego osobistego splendoru. Problem polegał na tym, że dla strony wymyślił strukturę i właściwie nic ponadto. A struktura jak wiadomo jest plastrem miodu – ale bez miodu. I trzeba było to wszystko zacząć wypełniać… Przez czas jakiś starałem się jak mogłem, może nie tyle całkowicie wypełniałem, co dopełniałem. Później były już tylko schody.



Tamta strona działała czas jakiś, zajmowała się pierdołami i wkrótce okazało się, że tak naprawdę prowadzona jest nie w interesie sąsiadów, ale w interesie administratorów. Co ci ludkowie nie wymyślili – było dobrze. Co nie powiedzieli – było jeszcze dobrzej. Sprawy miejscowe załatwiały jakoby tworzone ad hoc ankiety: co myślicie o twórczości niejakiego Zarębskiego (mój blog istniał już wtedy), w jakim procencie Zarębski nie ma racji – i tak dalej. Właściwie gdyby to były inne czasy mógłbym się spodziewać już tylko głosowania czy lepiej drania od razu wieszać - czy łamać kołem, a wieszać potem. Podstawowym po wielokroć podnoszonym zarzutem była „jadowitość” i „arogancja”, jakie moi Czytelnicy mogli odnaleźć na tym właśnie blogu. Co ciekawsze za analizy „literackie” kolejnych felietonów brali się ludzie nie potrafiący poprawnie sklecić zdania złożonego po  polsku. No cóż, jak śpiewał przed laty starszy Stuhr podobno „nie ma takiej rury, której nie można odetkać”… A tych nieporadnych „komentatorów” było więcej niż „sztuk jeden”…



Dzisiaj zajmuję się domem coraz bardziej niechętnie, musi mnie naprawdę coś zacząć uwierać, by zwróciło uwagę. Nawiązany ze Stowarzyszeniem „Warszawiak na swoim” kontakt okazał się taki sobie (choć ciągle mam nadzieję, że to się zmieni), ze znaczną częścią podnoszonych tam postulatów nie mam nic wspólnego, nie obchodzi mnie na przykład restytucja mienia czy problemy z tzw. dekretem Bieruta. Bo lokatorzy takich domów, jak nasz mają pilniejsze sprawy do załatwienia: przywrócenie czynszów realnych czy wykup zajmowanych lokali zgodnie z obietnicą daną ludziom przed laty. Tak, tak, kochana władzuchno: w Polsce obowiązują też umowy ustne, to wam powie byle aplikant prawny! Oczywiście można założyć, że was nic i nigdy nie obowiązuje – ale wtedy wasza legitymacja prawna do zarządzania czymkolwiek staje się co najmniej wątpliwa i gówniana. Skąd już tylko krok do konstatacji, że jak na razie stosunek władz miejskich i dzielnicowych do ludzi, którymi jakoby zarządzają to właśnie tytułowa RZECZ PRZEKLĘTA. Czy uwierzycie mi kiedy powiem, iż jako taka wiecznie trwać nie może?



M.Z.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

I WY CHCECIE ODE MNIE ABONAMENT?



Optymista1930 - Piszę co chcę, z kompromisami słabo.
ŚWIAT   05.01.2015 19:01
Chroń mnie Panie od nienawiści
W tej chwili miałem zabrać się za moją, że tak powiem pracę naukową, jako że terminy gonią. Zapewne to zrobię, jednak nie teraz, bo...włączyłem TVP 1...
Nie ma przypadków, są znaki tylko, choć przyznać muszę, iż siła oddziaływania niektórych z nich, wymaga ode mnie stalowych nerwów, tudzież chłodnej oceny sytuacji. Tyle na wstęp. Włączyłem telawizję.
Dokładnie - telawizję, co w pełni odpowiada przenoszonym treściom. Na ekranie widzę film, a tam grupkę ludzi chroniących się przed jakimś dinozaurem po drugiej stronie płytkiej przepaści. Jeden z ludzi mówi: Ten gad ma dobrze rozwinięte zmysły, ale mały mózg, nie jest więc w stanie rozpoznać głębokości zagłębienia i boi się przeskoczyć – jesteśmy uratowani!
Kontynuuje do swych towarzyszy:
CO TAM POLACY – TO JEST PRAWDZIWY GŁUPEK!
Musiałem sobie pięć razy przemyśleć co usłyszałem, jednak w końcu moje zmysły przekonały mnie, że takie właśnie stwierdzenie padło!
CO TAM POLACY – TO JEST PRAWDZIWY GŁUPEK!!!
Polacy są idiotami, ale oto dinozaur o móżdżku piłki tenisowej, jest jednak głupszy...Nawet od Polaka, w co – w domyśle – trudno uwierzyć!
Taki przekaz pojawił się w przeddzień Święta Trzech Króli na antenie 'polskiej' telawizji.
Proszę zapoznać się z ekipą produkującą ten film, krajem produkcji, itd.
We wszystkich krajach parszywego Zachodu i barbarzyńskiego Wschodu, prowadzona jest wieloletnia kampania obrażania i zniesławiania narodu polskiego i polskości, o czym wiemy od dawna. Nie wiem kto z Was wierzy w te tzw. 'błędy', 'pomyłki', brak wiedzy ze strony tytułów prasowych, firm showbiznesu, innych mediów i rządów, które co jakiś czas w niewinnym tonie 'przepraszają' za określenia typu 'polskie obozy śmierci', 'polskie mordy na Żydach', itd. Ja wszystko niestety już wiem na temat genezy, celów, założeń i taktyki tej grupy nacisku i wpływu, która zwie siebie Żydami, choć tak naprawdę Bóg Jeden Wie kim oni są?
Czy to są odszczepieńcy od 'narodu wybranego', Chazarzy, czy tzw. smocze plemię, podszywające się pod Żydów celem budzenia nienawiści wśród ludzi? Nie wiem tego akurat, natomiast przy analizie wszystkich obrzydliwości, kłamstw, potwarzy, niegodziwych pomówień i prób oszukania, jakie mają miejsce przeciwko Polsce na świecie, niestety fakty ujawniają się takie, iż nienawistni wiarołomcy je tworzący, mają najczęściej korzenie żydowskie. Ma ktoś problem z zauważeniem Prawdy tutaj...? Jeśli ktoś ma, to do dzieła, róbcie co tam trzeba.
Zadałem sobie małą fatygę poszukania w internecie i otóż mamy podłą gnidę, reżysera tego faszystowskiego filmiku.
Brad Silberling...Nazwisko budzące skojarzenia takie jak zawsze, a tu poniżej małe info:
Jak widzicie, 'członkowie plemienia' czynią swoje, a Hollywood jest ziemską imaginacją Talmudu – czyli zaprzeczeniem Biblii.
Zło, kłamstwo, wszelkie podłości, chciwość, pogarda, zbrodnie, degeneracja, antymoralność. W sumie to za bardzo nawet nie chce mi się opisywać tych nienawistników, tworzących krąg zakłamania wokół Polski. Oni są, nienawidzą nas, kłamią, pragną zguby Polski i Polaków. Cóż, takie fakty i trzeba się do nich odnosić. Jest faktem, że dziś wbrew swojej woli, zostałem obrażony tak bardzo, iż powstała w moim sercu zimna nienawiść, o której tak bardzo chciałbym zapomnieć.
Oni widocznie służą innemu panu, nie Bogu, skoro celem jest budzenie zła i nienawiści.
Najgorsze i najbardziej wymowne jest, iż ja tę obrzydliwą obelgę usłyszałem 'przed Dobranocką', w paśmie najwyższej oglądalności, na antenie 'telewizji polskiej'...Zresztą, w jakimkolwiek paśmie to brudne gówno nie miałoby prawa ukazać się w telewizji, która rzeczywiście polską by była. Także macie Ludzie wniosek wyprowadzony po raz milionowy i to znowu z całkowitą pewnością: Nie mamy żadnej władzy nad naszą Ojczyzną. Jesteśmy pod okupacją, poddawani każdego dnia procesowi wynarodowienia, oraz pogardy. Jesteśmy opluwani, mordowani, poniżani, wywłaszczani – przez państwo, które siebie nazywa Rzeczpospolitą Polską!!!
I co? I gówno!!!
Bo nawet nie to jest najgorsze, a fakt, iż wiedząc o tym, każdego dnia doświadczając takich nieludzkich skurwysyństw, my nie wtargniemy do ich szklanych biur w Warszawie, nie wyciągniemy i na kopach nie pogonimy poza granice Polski!!!
Siedzimy jak te wykastrowane pizdy i tylko jeden przez drugiego, przepisują się, lub przegadują, coraz to kolejni 'prawicowi' pyszałkowie w szarych marynarkach.
Słuchajcie – szczególnie się zwracam do dziennikarzy, oraz ludzi mediów. Czy naprawdę nie ma szansy na zorganizowanie jakiejś akcji zdecydowanego oporu przeciwko takim stałym kurewstwom, jak emisja zwyrodniałego filmiku, w którym Polaków porównuje się do niedorozwiniętych gadów...?!!!
To się przecież dzieje codziennie i w biały dzień, na pewno nie jest dziełem przypadku, a kurwy, które świadomie promują takie obrzydlistwa, powinny z kraju zostać wydalone, lub osadzone w karnym obozie pracy po kres swych psich dni.
Tym, którym się teraz wydaje, iż napisałem 'ohydny tekst antysemicki'...Oni nie obchodzą mnie, powinni się zastanowić, jak ma się występowanie przeciwko Prawdzie i brak obrony krzywdzonej godności 40 milionowego narodu...Zresztą, mniejsza o ilość.
Jeden pogardzony i poniżony człowiek, jest już wyrzutem dla całej, obojętnej ludzkości.
„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”
Zastanówcie się, Wy, którzy zaciekle i bezkompromisowo bronicie tych Prawd, które są 'dozwolone' i trendy, stale zaś, konsekwentnie i bezdusznie, 'zakrzykujecie ciszą', bądź posądzeniami, w stosunku do 'Prawd zabronionych'. Cóż, trudno. Ja jako zwykły człowiek z wieloma wadami, jakże często upadający pod ciężarem własnych słabości, nie będę w murze zmowy milczenia. Nie chcę pogarszać swojej sytuacji w Wieczności. Co mogę, to mówić Prawdę...
                                                                                                           Optymista1930
P.S.
Nadal nie mogę uwierzyć i nadal okrutnie mnie boli to, co usłyszałem godzinę temu z 'telewizji polskiej'!
Polacy to bezrozumne gady – zapamiętajcie to sobie Rodacy, bo tak o Was myślą, ci co Wami 'rządzą'.
...A przecież bezrozumnych gadów nie żal, można je zabijać...Może to i wskazane by było...?
'Tylko Chroń mnie Panie od nienawiści...'.
+  +  +  +  +  +  +  +  +  +  +
Gdyby ktoś nie wierzył, był zainteresowany oryginalnym tekstem – proszę bardzo, jest tutaj: http://optymista1930.neon24.pl/post/117388,chron-mnie-panie-od-nienawisci Niestety i ja oglądałem ten fragment filmu, potwierdzam, że takie właśnie padły słowa.
M.Z.


NIECH ŻYJA TEORIE SPISKOWE



Tutaj: http://jackmaclase.neon24.pl/post/117363,klewki-szymany-lepper-i-talibowie ukazał się tekst, który nie tylko z powodu Mazur wzbudził moje ogromne zainteresowanie. Okazuje się bowiem, że rzeczy i zdarzenia jeszcze kilka lat temu obśmiewane, ludzie traktowani jak wariaci pierwszej klasy (niektórzy wręcz zapłacili za to głową) – to wszystko jest całością bardziej spójną, niż jakakolwiek teoria oficjalna. Ta ostatnia bowiem niczego nie tłumaczy. Spiskowa układa się jak puzzle w bardzo barwny, choć mocno dramatyczny obraz.


Neonowy autor zaczyna tak: „…Ostatnio przeczytałem artykuł, że w 2015 roku ma się zakończyć budowa lotniska regionalnego w Szymanach, zaś pierwsi pasażerowie mają stamtąd latać w 2016 roku. Lotnisko to jest znane z transportu talibów przez CIA do pobliskich Starych Kiejkut, gdzie byli torturowani. Za zgodę na ten proceder Kwaśniewski z Millerem prawdopodobnie wzięli niezłą dolę z 15 milionów dolarów przekazanych władzom Polski przez Amerykanów. Pewnie stąd pochodziły oszczędności Kwaśniewskiego przeznaczone na zakup domu w Kazimierzu Dolnym, który to dom agent Tomek usilnie próbował odkupić, za co do tej pory ma problemy. Podniósł rękę na niewłaściwą osobę, to teraz ma za swoje…” 


No właśnie: podniósł rękę na niewłaściwą osobę… Stały polski element krajobrazu. Przynajmniej od kilkudziesięciu lat. Kto pójdzie tą drogą – marnie skończy. Lepper jakoby wybrał sznur, choć są tacy, którzy twierdzą, że to sznur wybrał jego. Sumliński naciął się na wojskowych. Wiernikowska idąc tropem talibów w Klewkach skazała się na zamilczenie na śmierć. Agent Tomek jak wyżej, plecie marnie. Co ciekawe sprawców takiego, a nie innego końca wymienionych osób najczęściej trudno wskazać po nazwisku. Gdzieś to wszystko się rozmywa, staje winą bezosobową. Realne są tylko konta beneficjentów tych wszystkich operacji. Nie dość, że włos z głowy im nie spadł, to manewr kolejnej transformacji, wyjazdu na ciepłe wyspy, wejścia w jakieś ukraińskie spółki – możliwy, a nawet stosowany.


Jak to ma się do sieci, w której działa mnóstwo osób? Ano tak, że na rynku pojawiają się serwery, których utrzymanie dokonuje się w zupełnie niewyjaśniony sposób. W każdym razie ich właściciele deklarujący galopujące ubóstwo nie potrafią odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób doją „złoto z powietrza” by cała ta ich elektronika jednak działała. No jakoś im się udaje… Wzamian destrukcja ośrodków dawnej dyskusji, kierowanie większości rozważań na manowce, przyzwyczajanie ludzi do wielbienia masonerii, sekowanie niepokornych i skazywanie na milczenie przypadki uznane za kliniczne. Jak to wszystko jeszcze żyje? Jak zombi na bateryjkę. Był przecież rozkaz, by się ruszało – to się rusza. Przypominam sobie opowieści znajomego o pracy w pewnym wydawnictwie niemieckim przed wieloma laty: nie ma listów czytelników? No to ruszcie dupy, w końcu czytacie sami co produkujecie, nie? To do pisania, czytelnicy, najlepiej od razu z redakcyjną odpowiedzią… Gdzież ach gdzież te czasy mojej dziennikarskiej praktyki w „Świecie Młodych”, gdzie co rano koleżanki z działu listów prosiły męską część załogi o pomoc w przeniesieniu kilku worków korespondencji, jaka tego dnia nadeszła do redakcji… No cóż, dzisiaj nie ma co gadać, „fachowcy” z rzekomego harcerstwa zmarnowali co im dano już w połowie lat 80-tych…


M.Z.

niedziela, 4 stycznia 2015

KOCHAJMY "WYBITNYCH EKONOMISTÓW"?



W poprzednim felietonie słów kilka o sporze na linii Ministerstwo Zdrowia – lekarze. Nie podaję mojej wersji rozstrzygnięcia – ponieważ nie jestem tego w stanie generalnie rozwikłać. Księżycowa ekonomia, jaką posługuje się obecny i poprzedni rząd tudzież jego ministrowie być może zrozumiała jest dla specjalistów, którzy tworzyli, a później tak ochoczo zmieniali przepisy regulujące te kwestie. Czy aby nie takich jak w tym tekście, który niżej przywołuję we fragmentach? Bo oto (tutaj: http://3obieg.pl/miejsce-w-szeregu) jego autor dowodzi, że owych „wybitnych ekonomistów” należy wysłać na jakieś długie wakacje, na przykład przy budowie autostrad (tak ja to przynajmniej zrozumiałem) – ale nie wolno im ufać i nie wolno ich słuchać. A kto tak czyni – sam sobie szkodzi. Przyjrzyjmy się bliżej w czym rzecz.

„…22 grudnia, na portalu forsal.pl pojawia się obszerny wywiad z dr hab. Jerzym Cieślikiem, ekonomistą, pod znamiennym tytułem:

Polska nie potrzebuje już przedsiębiorców? Jest ich zbyt wielu.

Najważniejsze tezy, zawarte w wywiadzie, zdaniem dr Cieślika to:

1. Polska osiągnęła poziom nasycenia przedsiębiorcami, który jest adekwatny do etapu rozwoju gospodarczego, na którym się znajduje. Problem w tym, że opinia publiczna za tym nie nadąża. Wciąż panuje przekonanie, że im więcej osób para się przedsiębiorczością, tym lepiej dla gospodarki;

2. dla każdego kraju istnieje pewne optimum nasycenia przedsiębiorczością. I jak jest poniżej, to źle. Ale i powyżej tego poziomu też niedobrze;

3. I mali i duzi mają w gospodarce bardzo ważne role do odegrania. Na dodatek kluczowym kierunkiem rozwoju mniejszych firm jest też kooperacja z firmami dużymi;

4. mały biznes to nie tylko sympatyczne firmy rodzinne, kierujące się nadrzędnymi wartościami. To też ciemniejsza strona biznesu: szara strefa albo wręcz przedsiębiorczość kryminalna.

Podsumujmy: zdaniem pana doktora przedsiębiorców w Polsce już wystarczy. Na dodatek ich zadaniem jest kooperowanie z wielkimi (99% z nich to ponadnarodowe korporacje). Mały biznes odpowiednie organa państwa muszą mocno przetrzepać, bo to siedlisko nie tylko szarej strefy, ale i czasami bandyterka zwykła.

Podatki muszą być wysokie, bo państwo potrzebuje pieniędzy na ciągle rosnący aparat biurokratyczny. Należy również uchylić preferencyjny ZUS dla tych, którzy rozpoczynają działalność, bo to ich demoralizuje I ZNACZĄCO UMNIEJSZA HARACZ PŁACONY PAŃSTWU!

Mimochodem dodajmy, że zdaniem doktora firmy wcale nie muszą być innowacyjne. Mogą oferować ten sam asortyment towarów, jaki już istnieje na rynku, tylko skuteczniej od istniejących.

I jak na te banialuki patrzeć? Ponownie autor z 3Obiegu: 

 „…tak naprawdę mówi to człowiek powiązany z doradczą korporacją reprezentującą interesy wielkich. Proponuje… przykręcenie śruby polskim przedsiębiorcom… Natura jednak nie znosi pustki. Ktoś przecież musi obsługiwać nowopowstałe montownie w RP. A więc trzeba dopuścić emigrantów, którzy nim zorientują się, że za Odrą mogą zarobić o wiele więcej, przez kilka lat będą poruszali ten ongiś tylko polski kierat.

Łącząc obie informacje w jedno dochodzimy do logicznego wniosku, że w ten oto sposób Polska stanie się już trwale Kitajem Europy.

Tak więc ekonomista Cieślik w sposób nieco zakamuflowany informuje po prostu:

- w światowym podziale pracy otrzymaliście rolę słabo opłacanych wykonawców prostych prac montażowych. Ewentualnie kooperantów wielkich korporacji, zbijających palety z resztek lasów, lada moment sprywatyzowanych.

- a jak się wam w waszych słowiańskich dupach będzie dalej przewracać, to wpuścimy wam na rynek Chińczyków, Laotańczyków czy choćby mieszkańców jakichś stanów – Uzbekistanu, Turkmenistanu itd. I płace nadal będą utrzymywane na najniższym w Europie poziomie…”

I co: uczyć się od takich ekonomistów tylko po to, by rozwikłać problem sporu rząd – lekarze? Ani mi się śni!

M.Z.

sobota, 3 stycznia 2015

WYSPY KANARKOWE I PANNA DEMOKRACJA



W nowym roku nieco nakrzyczano na mnie, że oto winienem ostrzej wziąć się do roboty, bo ilość felietonów na miesiąc, półrocze czy rok nie wzrasta. A ten i ów chciałby poczytać coś smacznego o naszych ukochanych zarządcach, tym bardziej, że cyferki 2015 wygenerowały już w pierwszym dniu Nowego Roku najpoważniejszy jak dotąd spór rządu z lekarzami – czego skutkiem jest to, że bez pieniędzy lekarza nie ma sensu szukać, wszystko publiczne pozamykane. Prywatne kliniki oczywiście kwitną, kto wie, czy nie o to właśnie chodziło. Bo korzyści obopólne: lekarze przyzwyczajają się do większych zarobków, a pacjenci do tego, że bez stosownego banknotu nie ma co się z grypą do lekarza wybierać. Czyż nie tak w planach naszego zwijającego się kraju miało być?

Chciałbym o tym napisać – ale szczerze mówiąc nie bardzo wiem jak. Po prostu nie znam problemu zbyt dokładnie, kwestia rozliczeń medyków z NFZ-em to wiedza tajemna. A prywatne obserwacje poczynione zostały jedynie na podstawie kontaktu z tymi medykami, którzy ze zdziwieniem pytają mnie przynajmniej raz w roku czemu nie jadę na Wyspy Kanarkowe, przecież tam tak  ładnie. Dalsze z nimi rozmowy mijają się jakby z sensem, słabo do tych ludzi dociera, że większość ich rodaków nie ma na podobne podróże pieniędzy. A już na pewno nie dwa razy w roku. I czuję, że lada moment padnie przecież stwierdzenie, iż mam jak sobie na to zasłużyłem, trzeba było studiować nie jakąś egzotyczną polonistykę, ale medycynę. Albo w najgorszym wypadku weterynarię… No cóż, źle wybrałem, przyznaję, dzisiaj tego już odkręcić się nie da. Choć z drugiej strony o czym bym z konsyliarzami nie chciał pogadać humanistycznie i od serca – to panie i panowie tej profesji o świecie dokoła mają raczej małe pojęcie. Czy to ułomność, która ich niepokoi? Raczej nie. Jak bowiem wiadomo nie ma w świecie ludzi, którzy byliby zadowoleni ze stanu swej kiesy – ale wszyscy zachwycają się stanem swych umysłów. I oczywiście przebiegłości – jak to już parę lat temu pisał Stanisław Michalkiewicz niektóre zawody przechodzą na dzieci drogą… no właśnie, jaką? Bo jedyne co mi przychodzi na myśl – to droga płciowa. Klany rodzinne tak przecież można nazwać, prawda?

Jeden z rozmówców komentuje: „no ale przecież mamy demokrację…” Gdzie ją chłopie widzisz? W sfałszowanych wyborach? W durnieniu wielkich grup ludzkich? Wybierałeś tych, z którymi masz na co dzień do czynienia? Masz jakikolwiek wpływ na miejscowy samorząd, partie polityczne? Nawet ci nie wolno iść do sądu z pretensjami, że ten i ów nie dotrzymuje wyborczych obietnic już trzecią czy kolejną kadencję… Tak, tak, kochani: takie zostało wyrażone stanowisko przez tych, których w aparacie sprawiedliwości (a może raczej niesprawiedliwości) nie wybierałeś nigdy, a którzy idiotycznym wyrokiem  mogą przesądzić o reszcie twojego życia. Wybieralni sędziowie i szeryfowie to bajki z amerykańskich filmów. U nas podobne gatunki ssaków nie występują!

M.Z.