sobota, 3 sierpnia 2013

KU ROZWADZE!



Dzisiaj kolejny tekst, który nie tylko można, ale TRZEBA jak najszerzej rozkolportować. Oryginalnie ukazał się tutaj: http://3obieg.pl/jestescie-jak-doktor-mengele-tyle-ze-dzisiaj-w-eleganckim-garniturze-nie-przykryjecie-przeszlosci-zadna-europejskoscia-i-zadnym-salonem-odnowy
Doradzam uważna lekturę.
=================================
Jesteście jak doktor Mengele, tyle że dzisiaj w eleganckim garniturze. Nie przykryjecie przeszłości żadną "europejskością" i żadnym salonem odnowy.


"Śmierć pojedynczego człowieka jest tragedią. Śmierć milionów tylko statystyką"

- wasz wspólnik w zbrodniach, Józef Wissarionowicz Stalin


W sześćdziesiątą dziewiątą rocznicę Powstania Warszawskiego, w którym byli oboje moi Rodzice.


/recenzja z filmu made in Germany/


Mordowaliście. Wieszaliście. Z okien domów wyrzucaliście niemowlaki i inwalidów. Wyłapywaliście na ulicach ludzi i rozstrzeliwaliście ich pod ścianą. Staliście się wtedy hańbą Europy. Także świata, choć komunistycznych Chin nie udało się Wam w zbrodniach przegonić. Kim był brat dziadka niemieckiego ambasadora w Polsce, mordując na przedpolach Warszawy w 1939 roku? Nazista? Czy może Niemcem, którego przodkowie uczestniczyli w spaleniu Kalisza? Tyle, że wcześniej. W czasie pierwszej wojny światowej. Nazistów wtedy nie było. A może po prostu nie wiecie, gdzie jest ta Calisia? Nie wiecie też pewnie, co działo się tam w upalne sierpniowe dni 1914 roku? Zamierzacie obchodzić w zbliżającym się roku rocznice w związku z waszymi pradziadami? Może tez film byłby dobrym pomysłem? Tadzio miał sześć lat, kiedy go wtedy mordowaliście. Nie. Nie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Wcześniej o jedną wojnę.


Kim była rodzina kanclerza Schroedera i Eriki Steinbach, która dzisiaj obściskuje aktywistka DDR-Jugendverbandes – dla niewtajemniczonych: organizacja będąca w komunistycznych Niemczech odpowiednikiem Hitlerjugend – Angela Merkel? Czy byli to naziści? Czy byli to Niemcy? Schludni. Lejący łży przy skaleczonym piesku i zasłuchani w muzykę jednego z klasyków. Jak czynił to komendant obozu w Auschwitz Rudolf Hoess. Kim są dogorywający dziś Niemcy, którzy brali udział w wymordowaniu milionów ludzi różnych ras i różnych narodowości? Rozpłynęli się? Czy może jak zastępcy Hitlera admirałowi Doenitzowi odpowiedzialnemu za strzelanie do marynarzy statków zatapianych przez niemieckie – bo przecież trudno o łodziach podwodnych powiedzieć “nazistowskie” – u-booty, dajecie im rentę zapraszając, podobnie jak i kiedyś jego, na… wykłady!


Mieszkałem w Niemczech w Monachium – jako uchodźca z Polski, ale już obywatel USA – blisko dziesięć lat. Mówię waszym językiem i rozumiem wiele z waszej kultury. Kultury Goethego i Beethovena. Kultury światłych umysłów i niepojętego zdziczenia waszych ojców i dziadów. Mieszkając w Niemczech, jako pisarz i syn profesora literatury (jego brata Henryka – i brata także wcześniej zamordowanego Tadka – torturowaliście na Pawiaku, a potem zamordowaliście w Mauthausen. NIGDY, odwiedzając księgarnie, nie zobaczyłem ANI JEDNEJ KSIĄŻKI na temat waszych obozów zagłady. A szukałem ich. Uważałem za oczywiste, że gdzieś można je dostać. Owszem. Znalazłem publikację dotyczącą wojny, ale przedstawiającą zdjęcia niemieckich ofiar w Bydgoszczy w roku 1939, jak informował podpis, ofiar polskich fanatyków. Tak oto wygląda stan rzeczy. Krajobraz wymieciony, jak wymiecione zostały archiwa dotyczące takich, jak zbrodniarz wojenny Weizsaecker. Nie, nie mam na myśli byłego prezydenta. Chodzi o prezydenckiego tatusia – tak, tak, zbrodniarza wojennego – i jego akta wykradzione z tych archiwów. Takich akt wykradziono zresztą dziesiątki tysięcy! Pisała o tym amerykańska prasa.


Oburzacie się, że was podsłuchujemy? Że nie zasługujecie na to? Więc powiem wam coś z mej amerykańskiej perspektywy. Ameryka nie ma do was zaufania. A nie ma dlatego, że próbujecie wtłaczać setki kłamstw w ładnie wyglądającym opakowaniu. Są one niczym zatrute cukierki, jakie zrzucali dzieciom piloci Luftwaffe w czasie nalotów na Polskę we wrześniu 1939 roku. Ameryka nie ma i nie będzie miała do was zaufania, dopóki wszem i wobec nie powiecie, że wasi ojcowie i dziadkowie (nazizmu wtedy nie było) byli mordercami. Że pławili się we krwi tysięcy ofiar. Milionów ofiar. Że Kalisz, Ravensbruck i Auschwitz to wasze dzieło!


Okazuje się, że wy nie chcecie wiedzieć, co wasi ojcowie wyprawiali. Nie chcecie wiedzieć, jak wasze matki witały niemieckich żołnierzy w czeskich Sudetach. Nie chcecie wiedzieć, że wasi ojcowie i dziadkowie wyprawiali na tamten świat setki tysięcy ludzi, bynajmniej nie tylko Żydów. Dlatego wasza współczesna mowa jest mową kłamstwa. Jest taką samą mową – mówię to w odniesieniu do filmu, który propagujecie – jaką posługiwaliście się, kiedy mieliście w dłoni bat i drug kolczasty.


To u was żyli i żyją zbrodniarze z Wehrmachtu – udowodnił to Jochen Boehler – którzy uczestniczyli w masakrze jeńców wojennych w Ciepielowie czy masakrze ludności cywilnej, jak miało to miejsce w Złoczewie we wrześniu 1939 roku. To u was pobierają rentę dogorywające resztki komanda, które wymordowało w ciągu paru dni kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców warszawskiej Woli! Czy zdajecie sobie sprawę, ile osób trzeba zatrudnić, żeby w kilka dni zabić kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Zabiliście ich w czasie powstania warszawskiego w 1944 roku. Córka hitlerowskiego oficera (czyli z definicji bandyty) tamtych lat pogardy, Erika Steinbach o tym powstaniu dopiero się niedawno dowiedziała. A czy wielu z was w ogóle wie, co zrobiliście w 1939 roku z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, tego samego, w którego murach studiował Mikołaj Kopernik?


To u was zakwitł intelektualny muchomor w rodzaju Gunthera Grassa. Członka Waffen SS, który przez lata okłamywał świat wspierany przez wasze media. Wspierany także przez tych, którzy obudzili się dopiero, kiedy Grass postanowił wypowiedzieć się, co myślą jego rodacy na temat Izraela i Żydów. Gdyby powiedział to w odniesieniu do Polaków czy Czechów, to śmielibyście się w głos, jak zaśmiewał się przez lata przy piwie Horst Ruppert, morderca francuskiego pisarza o dziwacznym nazwisku Saint-Exuperry.


Jako pisarz i obywatel Stanów Zjednoczonych wzywam was do przyjęcia pokornej postawy wobec morza zbrodni, których dokonaliście. Na Polakach, Żydach, Cyganach, Karaimach, Czechach, i Słowakach, Tatarach, Anglikach, czy tylu innych narodowościach. Wasze były komory gazowe. Wasze było Gestapo. Wasze były obozy zagłady. Wasz był Wehrmacht i wasze było SS.


Symbolem waszego “wygnania” pozostanie na wsze czasy Józef Cyppek. Wasz produkt. Wasze dzieło w poniemieckim Szczecinie 1952 roku, w którym tylu z was musiało napędzać koniunkturę dla współczesnego muzeum “wypędzonych”. Sprawdźcie sobie, kim był ten pobratymiec tatusia Eriki Steinbach! Kim był ten z natury schludny Niemiec? Wśród was takich Cyppków były setki tysięcy. My w Ameryce wiemy o tym. Kłamać możecie tym, którzy od was zależą. Ale tutaj nie jesteście proszonymi gośćmi. Ameryka dwukrotnie w XX wieku musiała przywoływać was do porządku. Chcecie teraz wmówić nam, Amerykanom, ze Dachau i Mauthausen, to złudzenie? Przeszłość? Polskie obozy śmierci?


Ale nie wyjaśniłem, dlaczego stajecie się hańbą świata dzisiaj, współcześnie. Otóż pod przykrywką tego co “europejskie”, chwytacie za gardło wasze wczorajsze ofiary. Przykładem Grecja. Robicie to w białych rękawiczkach. Nie zdając sobie sprawy, że są one utytłane we krwi. Krwi waszych ofiar. Nie ofiar nazizmu, ale ofiar Niemiec, które dzięki tym ofiarom mogą uniknąć recesji w ten sam sposób, jak w gospodarce dzięki podbojom uniknął ich wasz poprzednik, wasz Fuehrer, który także chciał odmienić świat. Jego imię znacie dobrze. Znacie lepiej niż miliony tumanione propagandą w rodzaju filmu “Nasze matki, nasi ojcowie”. Nie, nie. Nie myślę o Bismarcku. Jego zresztą też należałoby przedstawić.


Zacytuje wam fragment swej książki, która nigdy nie ujrzy światła dziennego w waszym kraju. A nie ujrzy właśnie ze względu na to, co piszę:

Stanley Moss, który był jednym z organizatorów ruchu oporu na Krecie i współautorem słynnego porwania głównodowodzącego sił niemieckich generała Kreipego, mówiąc o okrucieństwach popełnianych na ludności cywilnej, wspomina taki przypadek: “Oto historyjka oddająca mentalność typowego Huna. Przez drogę, którą jechał z dużą prędkością samochód z niemieckimi oficerami, wypadając z niej na zakręcie, przechodził mały chłopiec. Kierowca i jednocześnie oficer nie był w stanie temu zapobiec i choć bez większych szkód, wszyscy jadący wylądowali w rowie. Przeprowadzając szybką inspekcję samochodu, kierowca zauważył, że jeden z błotników jest mocno zadrapany. Gestem przywołał chłopca do siebie i kiedy ten z nieśmiałym uśmiechem na ustach przybliżył się, porwał go i gwałtownym ruchem, na kolanie, przełamał mu w pół rękę.

Mieszkając w Niemczech tyle razy słyszałem: Idiota. Nie rozumiał… Może i chciał dobrze… I zdałem sobie wtedy sprawę, że Adolf Hitler jest dla was głupkiem, nieudacznikiem, umysłowo ograniczonym, bo… przegrał wojnę! Co by było jednak, gdyby ją wygrał? Dlatego inny morderca, ludzkie ścierwo w białych kalesonach, Bismarck, jest mężem stanu. Hitler zaś nigdy nim dla was nie będzie! Mimo tego nawet, że był wegetarianinem.


Dzisiaj wszak nie on, ale wy chcecie tę wojnę wygrać. Wygrać medialnie. Tyle, że kręcąc takie filmy jak “Nasze matki, nasi ojcowie” nie przykryjecie przeszłości żadną “europejskością” i żadnym salonem odnowy. Jesteście dla świata jak doktor Mengele. Doktor też był przekonany o swych racjach i wiedział doskonale, jak uleczyć pacjenta. Jak spojrzycie w lustro, ujrzycie jego zatroskane losami świata oblicze. Stoi tam w eleganckim garniturze, jak teraz tysiące z was w Bonn, Bremie, czy Hamburgu. W takim samym garniturze, jak wasz ambasador przechadzający się dzisiaj ulicami Warszawy.


Jemu to na zakończenie dedykuję inny fragment książki, gdzie przywołuję Tadeusza Wittlina, polskiego pisarza o żydowskich korzeniach, który wyrwał się z waszych łap i także przeżył szczęśliwie wiele lat w Ameryce. Fragment ten dotyczy września 1939 roku, kiedy to waszym zdaniem było to jeszcze dwa lata do wybuchu wojny:

Na rogu Żurawiej, przed sklepem spożywczym o zabitych deskami wystawach – olbrzymia kolejka ludzi. Wyłącznie kobiety, niektóre z dziećmi. Nagle spod białych obłoków słonecznego nieba zsunął się srebrny samolot z czarnymi krzyżami na skrzydłach i nim ktokolwiek zdążył zawołać słowo ostrzeżenia, począł prażyć ogniem karabinów maszynowych w skupione przed sklepem kobiety. Wisiał w powietrzu tak nisko, że doskonale było widać lotnika w brązowej kominiarce. Należało się skryć. Wraz z gromadą przechodniów znaleźliśmy się w bramie, którą dozorca natychmiast zamknął na klucz. Pokrótce strzelanina cichnie. Widocznie samolot odleciał. Wychodzimy na ulice. Przed zasuniętą naprędce karbowaną żaluzją spożywczego sklepu leżą w kałuży krwi zabite i poranione kobiety. Ofiary niespodziewanego nalotu zanosimy do pobliskiej bramy i układamy na ziemi. Pokotem jedna przy drugiej. Jest ich dwadzieścia dziewięć. Kilkanaście z nich żyje. Jedna z kobiet kurczowo przyciska do piersi niemowlę, które trzymała na reku. Dostała postrzał w nogi. Lecz nie jęczy, nie płacze, tylko powtarza.
- Moje dziecko… moje dziecko…
- Przecież ma je paniusia przy sobie – uspokaja ja któryś z żołnierzy.
- Nie – zaprzecza kobieta. – Mój Jurek. Gdzie on? Był przy mnie. Trzymałam go za rękę…
Rozwiera zaciśniętą dłoń i pokazuje strzep skrwawionej, maleńkiej piąstki kilkuletniego dziecka.
Napisane przez:

Przywołuje: M. Z.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Powstanie - ciag dalszy rozważań

 Dostałem dzisiaj rano maila, jego treść odtwarzam niżej, z pretensją, że jego treść nie może być zamieszczona w postaci komentarza pod tekstem powstaniowym - ponieważ z powodu objętości w konwencji komentarzowej po prostu się nie mieści. Nie szkodzi - godna jest osobnego materiału.

Autentyczne zdjęcie z Woli, z pierwszych dni Powstania. To budynek przy Żelaznej 75A. Za Wikipedią, ale treść tego passusu oparta jest na poważniejszych dokumentach: "...Podczas narady, która odbyła się wieczorem 1 sierpnia 1944 lub następnego dnia rano, Hitler wydał Himmlerowi oraz szefowi sztabu generalnego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH), generałowi Heinzowi Guderianowi, ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców. Zgodnie z relacją SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bach-Zelewskiego, którego mianowano dowódcą sił wyznaczonych do stłumienia powstania, rozkaz brzmiał następująco: „każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”[
======================================================

http://ktosmusiorac.salon24.pl/524304,gdyby-nie-powstanie-nikt-by-w-warszawie-nie-zginal

Mistrz pługa w Salonie24 ujmuje to tak:

Gdyby nie powstanie nikt by w Warszawie nie zginął.

 Mocne? Mocne. Grunt to postawić jakąś tezę. Im bardziej kontrowersyjną tym lepiej.

Takie odnoszę wrażenie po przeczytaniu kilku autorów z Salonu24. Czytałem sobie spokojnie i najbardziej kuriozalne wypowiedzi mnie nie ruszały bo wiem, że ludzie mają różne poglądy, a część ma pewnie zwyczajnie płacone za wyrażanie poglądów egzotycznych.

Gdy jednak dotarłem do poniższych pytań postawionych przez autora najważniejszej notki dnia (bo na samym szczycie strony) nie wytrzymałem. Oto te zdumiewające pytania:

"Naprawdę, 200 tys. mieszkańców by zginęło, gdyby Niemcy się bronili w Warszawie? Prosze podać przykład takiej bitwy. Ilu zginęło w Budapeszcie, ilu we Wrocławiu?"

Miał to być argument na to ilu ludzi zginęło w wyniku bezmyślności decyzji o wybuchu powstania. Jak rozumiem teza brzmi, jeśli nie byłoby powstania ludzie ci by nie zginęli.

Po pierwsze obrona jakiejś tezy przez pytania świadczące o niewiedzy jest metodą zadziwiającą. Czy nie należałoby najpierw sprawdzić faktów a potem budować tezę?

Być może to moje zboczenie zawodowe ale jako były analityk nie powołuję się na swoją niewiedzę. Jeśli mam jakiś pomysł to sprawdzam fakty a nie zadaję zadania domowe moim adwersarzom. Pan Rybitzky najwyraźniej zachęcony pozycją na górze strony uznał, że stał się nieomylny i może rzucać teoryjkami których nie trzeba udowadniać ani argumentować na prawo i lewo.

Skoro się Panu Rybitzkiemu nie chciało to zapewne ucieszy go fakt, że mam trochę czasu i mogę to dla niego sprawdzić.

Mówisz, masz:

"Hanke finally lifted a ban on the evacuation of women and children when it was almost too late. During his poorly organised evacuation in January 1945, 18,000 people froze to death in icy snowstorms and −20 °C (−4 °F) weather. By the end of the Siege of Breslau, half the city had been destroyed. An estimated 40,000 civilians lay dead in the ruins of homes and factories"

tako rzecze wikipedia

A więc masz we Wrocławiu 40 000 cywilnych trupów po ewakuacji cywilów kilka miesięcy wcześniej, a wraz z nieudaną ewakuacją około 60 000. I to swojaków. Z polaczkami by się Niemcy nie patyczkowali.

Jeśli jednak zajrzymy na wiki polskojęzyczną to mamy tam taki kwiatek:

“19 stycznia 1945 na rozkaz gauleitera Śląska Karla Hankego dokonano przymusowej pieszej ewakuacji większości pozostającej jeszcze w mieście ludności cywilnej. Jak się ocenia, podczas ewakuacji z zimna i przemęczenia zginęło aż 90 tys. osób”

W tej wersji mamy więc 130 000 ofiar cywilnych.

Porównywania z Budapesztem to naprawdę mógłby sobie Pan darować. Jakie znaczenie strategiczne miała utrata Budapesztu w połowie lutego 1945? Ale nawet tam zginęło wg. wiki ponad 38 000 cywili („More than 38,000 civilians lost their lives during the conflict”).

Pamiętajmy jednak, że Budapeszt nie był stolicą aliantów. A my byliśmy podobno czwartą siłą militarną po stronie sił światła. Gdyby więc Rosjanie wyzwolili Washington albo Londyn to mielibyśmy co porównywać. I to też pod warunkiem, że stolice te znajdowałyby się pomiędzy ZSRR i Berlinem, a ich zdobycie było konieczne do wzięcia Berlina.

Tak więc zarówno w przypadku Budapesztu jak i Wrocławia zginęło po 40 000 cywilów mimo iż byli to cywile zaprzyjaźnieni z obrońcami. Myślę, że w ewentualny gdybaniu można śmiało założyć, że straty w przypadku ludności wrogiej czyli polskiej w Warszawie byłyby większe.

Jakie?

To oczywiście można estymować. Najprościej odwołać się do przykładów. Wiemy więc że wartość 40 000 jest wartością minimalną.

Porównajmy jednak ewentualną obronę Warszawy przez Niemców do obrony Leningradu. Leningrad bronił się przez prawie 29 miesięcy i zginęło w tej obronie „około 1,5 miliona ofiar po stronie radzieckich mieszkańców miasta”. Miesięcznie ginęło więc ponad 50 000 ludzi mimo iż była to ludność zaprzyjaźniona czyli swoja.

Jak długo mogłaby się bronić Warszawa? Powstanie trwało 2 miesiące, obrona Budapesztu miesiąc (samo oblężeni czyli odcięcie od zaopatrzenia 1,5 miesiąca). Wychodzi więc, że w ewentualnej obronie Warszawy która powinna trwać przynajmniej 2 miesiące, zginęłoby minimum 80-100 000 polskich cywili i to tylko tylu pod warunkiem, że Niemcy byliby do nich pozytywnie nastawieni i dzielili się z ‘bronioną’ przez siebie ludnością zaopatrzeniem.Dwa miesiące obrony to termin bardzo realny skoro Niemcy mogli bronić Wrocławia przez 4miesiące. Obrona Warszawy byłaby nie mniejszym priorytetem niż obrona Wrocławia.

Omijanie bronionej przez Niemców Warszawy jest mało prawdopodobne. Niby jak by mogli ją ominąć. Transportowaliby zaopatrzenie na Berlin dookoła przez Słowację, bo chyba nie przez Królewiec skoro Niemcy trzymali się tam do końca wojny? Proponuję zobaczyć atlas, choćby w wersji dla szkoły podstawowej.

Przy okazji jak już jesteśmy przy Królewcu to wikipedia rzecze:

"9 kwietnia 1945, po wielotygodniowym oblężeniu, miasto zostało zdobyte przez Armię Czerwoną. Oblężenie doprowadziło do zrujnowania substancji miasta i śmierci ponad 100 tys. cywilów."

Tak więc pomysł, że Rosjanie by szli na Berlin transportując paliwo i amunicję przez Białystok pomiędzy silnie obsadzonymi przez Niemców Królewcem i Warszawą jest nawet przy gdybaniu mało rozsądny.

 Myślę, że w przeciwieństwie do dyskutantów wyjmujących pseudoargumenty z rękawa udowodniłem czarno na białym, że Warszawa nie zrujnowana, byłaby przez Niemców broniona. I to broniona zaciekle bo Hitler generalnie nie miał żadnych problemów z rozkazami obrony do ostatniego żołnierza. Ot po prostu wstawał, zjadał na śniadanie rogalik, czy co tam jedzą na śniadanie wegetarianie i pierwszemu adiutantowi który mu przynosił złą wiadomość o jakiejś armi odciętej przez bolszewików wydawał rozkaz obrony do końca. Niemcy zaś te rozkazy wykonywali dość sumiennie.

Oczywiście ja wiem, że tu zaraz wyskoczy jakiś mędrek który zacznie mi dowodzić że Budapeszt czy Wrocław broniły się w zimie.

Takiemu ewentualnemu wesołemu chłopcu pragnę przypomnieć, że jak zapewniają Rosjanie w lecie 1944 roku nie byli w stanie przedsięwziąć ofensywy. Mogli to zrobić dopiero w zimie. My oczywiście Rosjanom, naszym wyzwolicielom dobrodziejom  wierzymy, więc jest jasne kiedy zaczęłaby się wielka bitwa o Warszawę bronioną przez Niemców.

Medal za wyzwolenie Warszawy nadano ponad 700 000 ludzi. Tak więc była to spora armia. Wyzwoliła ona kupę gruzów zwaną Warszawą w dniach 14-17 stycznia 1945. Czyli dwa dni przed ewakuacją cywili we Wrocławiu która, przypominam zakończyła się 90 000 zamarzniętych cywili + 40 000 cywili którzy zginęli potem.

=130 000 CYWILI.

Cywili którzy byli po stronie obrońców.

Gdyby więc doszło do obrony Warszawy to zginęłoby w niej 80-100 000 cywili + dodatkowo 90 000 cywili niezdatnych do partycypacji w obronie, których by Niemcy rozpuścili tak jak we Wrocławiu.

Razem 170-200 000 cywili. I jeszcze mielibyśmy opinię kolaborantów którzy wspomagając Niemców przedłużali wojne broniąc Warszawy.

Warto o tym pamiętać.

Oczywiście jest jeszcze argument, że walk by nie było.

Co na ten temat pisze Wikipedia?

„nie można z góry zakładać, że Warszawa zostałaby zniszczona podczas zażartych walk Wehrmachtu z Armią Czerwoną (takiego losu uniknął m.in. Kraków). Co więcej, powstanie tylko zwiększyło skalę ofiar i zniszczeń, gdyż dało Niemcom doskonały pretekst, aby zrównać z ziemią znienawidzone przez nazistowskich przywódców miasto”

Porównanie z Krakowem jest chybione. Kraków co najwyżej był potrzebny Armii Czerwonej do dotarcia do  Zakopanego. Obrona Krakowa miałaby słabe przełożenie na powstrzymanie marszu na Berlin. Tak więc z tego punktu widzenia nie była dla Niemców priorytetem.

Jednak co kompletnie kuriozalne, autor z wikipedii uważa, że przewrotni naziści potrzebowali pretekstu żeby zniszczyć znienawidzone przez siebie miasto. Bez pretekstu by tego zrobić nie mogli.

Hitler by wstał, zjadł rogalik i zapytał o Warszawę.

-Straciliśmy Warszawę. –powiedziałby wystraszony kurier.

-A wysadziliśmy chociaż pałac królewski? – zapytałby zaniepokojony Hitler.

-Nie bo Polacy grzecznie współpracowali i nie dali nam pretekstu.

-A przecież mówiłem wam że ja Warszawy nienawidzę! –zdenerwowałby się Hitler, po czym by posmutniał i przyznał – Ale bez pretekstu to faktycznie nie było jak.
====================================
Moim wiec zdaniem grupa osób, które myślą podobnie jak Ty jest znaczna - a za sprawą jasności wywodu i podanych argumentów też ZNACZĄCA. Ciepło pozdrawiam!

Przywołał: M.Z.

środa, 31 lipca 2013

ROCZNICA



Zwykle co roku o tej porze pisuję słów kilka o Powstaniu Warszawskim, o obchodzonej rocznicy jego wybuchu. I zwykle co roku muszę reagować później na „demistyfikacyjne” próby zdyskredytowania tego czynu zbrojnego – przez różnych durniów, ścierwa ludzkie i najczęściej korwinistów. Zlatują się do każdej powstaniowej notki jak hieny do padłej zwierzyny, kręcą, bzdurzą, opowiadają wszystkie możliwe do zaistnienia banialuki – bo to ich rzekome racje, ich prawo do „krzewienia wolnego słowa”, ich pogląd. Nie chcą słyszeć o planie Pabsta, o rozkazach Hitlera, o budowanym największym w Polsce obozie koncentracyjnym z gazowymi komorami wielokrotnie większymi od tych z Oświęcimia, o zamiarach zagonienia warszawiaków do budowy umocnień przed nacierającymi Sowietami. Udają, że śmierć ludności cywilnej i kwiatu inteligencji polskiej to wynik jakichś zbrodniczych, ale polskich planów, że Wehrmacht nie niepokojony przez AK miast strzelać do polskich dzieci przechadzał by się po Krakowskim Przedmieściu i rozdawał tym dzieciom cukierki…

 

Te wysiłki znalazły w  ostatnim czasie swój wyraz w wydawanych opracowaniach (celowo nie chce powiedzieć „książkach”), gdzie autorzy powołując się na swój rzekomo naukowy warsztat opowiadają rzeczy, od których najspokojniejszym jeży się futro na grzbiecie. Można polemizować – ale po co? To pułapka zastawiona na tych, którzy dadzą się uwieść zawodowym destruktorom, to ślepa dróżka, na końcu której nie ma niczego. W tym roku ograniczę się zatem do przywołania dwóch komentarzy, jakie ukazały się w Salonie24 (tak, tak, to nie bzdura!). Pierwszy odnosi się do tekstu Piotra Zychowicza. Przeczytajcie proszę uważnie. Dawno nie spotkałem tak celnych uwag.

*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *

@Autor, pan Zychowicz popełnia jeden, a właściwie dwa błędy. Pierwszy - przyjęcie założenia, że wszystkie alternatywne scenariusze po 1 sierpnia 1944 r. poza wywołaniem Powstania - BYŁYBY obowiązkowo scenariuszami LEPSZYMI dla lokalnej społeczności i dla całej Polski. Że wykluczyłyby tragedię śmierci setek tysięcy cywili, eliminację resztek elit i zachowanie substancji materialnej. Tymczasem pan Zychowicz nie jest w stanie nam ZAGWARANTOWAĆ, że krótkofalowo (dla Polski w latach 1944-1956) czy długofalowo (1944-dziś-dalej) ogólny bilans wydarzeń z punktu widzenia INTERESÓW samych uczestników wydarzeń jak i Narodu Polskiego - byłby dodatni. Jeśli Powstanie nie wybuchłoby, to ci sami stalinowscy kaci, ci sami sędziowie - mieliby tylko więcej roboty (Stalin jednakowoż miał w tym zakresie nieograniczone zasoby) ale co najważniejsze- ich oskarżenia o "kolaborację z faszystami" , o "stanie z bronią u nogi" nie byłby pogardliwie odrzucane a i społeczeństwo nie wytworzyłoby sobie w umysłach stanu DUMY, NIENAWIŚCI I POGARDY - niezbędnych, aby przechować wartości , cele, metody. Co przedstawiliby w procesach kiblowych żołnierze "niewalczącego podziemia" jako argumenty na niewinność??? I my jako Naród zostalibyśmy na wieki z piętnem "tchórzy", "kolaborantów"- dzięki czemu Stalin miałby wszelkie preteksty do wywożenia z Warszawy i wielkich miast CAŁYCH organizacji na Syberię, tak jak Litwinów, Ukraińców czy Węgrów. Co do "uratowania substancji" to dopiero komuna zniszczyła ulicę Marszałkowską i wiele innych w ramach "planu odbudowy". Powstanie jako ARGUMENT o waleczności Polaków i ich walce z bronią w ręku przeciwko Niemcom jest potrzebne Polakom jako ochrona przed zapędami i Niemców i Rosjan. To dlatego pewne środowiska tak niepokoją się "kibolami". Polacy pokazali, ze za atakowanie ich wprost- płaci się wysoką cenę. Może i Polska jest bliska rozbiorom, ale potencjalni "rozbieracze" muszą wziąć pod uwagę, że są w stanie rozpalić w środku Europy normalną wojnę -posuwając się za daleko. W 1989 r. granice Rosji cofnęły się do tych z XVI w. Niemcy wycofali się po wojnie do stanu z "wczesnych Piastów". Używają innych metod dla realizacji celów z 1939 r. Natomiast czynią to drogami "pokojowymi", np. tworząc z polskich elit naukowych i gospodarczych - tanie kurtyzany. I to też ciekawy przykład na to, że tzw. zdrowy rozsądek połączony z małością , chciwością i nieuczciwością - może państwo średniej wielkości doprowadzić do całkowitego upadku. Jak Polska po 1989 r. Nie zginęliśmy na żadnej wojnie, a straciliśmy już 5 milionów TYCH NAJLEPSZYCH.I będziemy tracić dalej.

PINK PANTHER

=========================================================


Nie roszczę sobie pretensji do bycia Rabbim i nie mam zamiaru, jak tylu innych "wiedzących lepiej", jak np. Szanowny Autor czy Radoslaff Sikorsk'y do "nauczania". A może raczej wręcz do dzielenia się wiedzą tajemną w rodzaju: co "należało" zrobić.
Niemniej, sprowokowany, jeszcze i tym wpisem, pokuszę się o przedstawienie mojego stanowiska na tytułowy temat.
Na początek kilka uwag. W lutym 44 r. zakończyła się tzw. Konferencja Jałtańska. Ostatecznie sprzedano nas Sowietom. Dowództwo Polskiego Państwa Podziemnego wiedziało oczywiście o Katyniu, o fiasku Akcji Burza - nie będę wspominał, już Pan to zrobił, dość szczegółowo.
Pytanie, co miało robić dowództwo AK?
Samo wymaszerować do Magadanu, z pieśnią na ustach, by z wehrmachtowcami von Paulusa kopać węgiel? Popełnić masowe samobójstwo? Wycofać się z Wehrmachtem, SS i Gestapo?
A może jednak podjąć ostatnią próbę, dająca tylko promyk nadziei, na postawienie nie tyle Stalina, co naszych zdradzieckich zachodnich aliantów pod przysłowiową ścianą?
Próbuję się wczuć w ich sytuację.
Wiedzą, co robią Sowieci, z patriotycznie nastawionymi Polakami. Pamiętają, że do 22 czerwca 1941 roku NKWD w ścisłej współpracy z Gestapo, koordynowało wywózki Polaków i mordy. Jak już wspomniałem wcześniej, wiedzą co to Katyń.
Na co więc mają liczyć, Szanowny Rabbi?
Na szampańską zabawę z wyzwolicielami z Krasnoj Armii?
Dajmy na to, że Powstanie nie wybucha, a AK  w jakiś cudowny sposób zostaje ocalona. No i co, w związku z tym Szanowny "wszechwiedzący"?!
A o tzw. Procesie Szesnastu w Moskwie w czerwcu 1945 roku Szanowny Pan słyszał?
Po prostu by się odbył wobec tysiąca i zapadłoby 898 wyroków śmierci. Bo i ja i Pan Szanowny poglądy Gaspadina Stalina na statystykę znamy, prawda?
Mało tego, propaganda Sowiecka, kto wie czy w sposób nieuprawniony, głosiła by że w Polsce żadnej AK nie było, było AL i polskojęzyczny lud roboczy wypatrujący swoich wyzwolicieli od 1920 roku!
A młodzi patrioci z AK skończyli by:
1. jak już się rzekło na Magadanie,
2. W III Armii WP, pod dowództwem oczywiście że Karolka Świerczewskiego, który by ich wygubił pod Dreznem, oraz
3. w dołach, których byłoby o kilkaset więcej niż tylko jedna "Łączka" na Powązkach.
Co? Prawdopodobne?
Jak Wielce Szanowny Pan uważa?
Bo moim zdaniem efekt byłby z grubsza ten sam, a honoru ni krzty.
Przy czym nie miejmy złudzeń, że Józef Dżugaszwilii zawahałby się np. wywieźć ludność Warszawy do Kazachstanu. I to w najlepszym razie. Moim zdaniem zrobił by to, co w Budapeszcie, Wiedniu itp.

I jeszcze jeden wątek.
Nie pomińmy też roli "naszych przyjaciół" Niemców. Pardon, enigmatycznych "nazistów".
Czy Warszawa < nie-przypadkiem> leżała na najkrótszej drodze do Berlina?
To co zrobiłby z niej, z jej mieszkańcami Wielki Adolf?
Bo z Berlina, Breslau, Danzing zrobił tzw. "miasta twierdze". Czy Polaków z Warszawy potraktowałby o niebo lepiej niż Niemców?
Bo, domniemywam, że takie ma Pan przypuszczenia?

Reasumując.
Jako że we wróżeniu ze szklanej kuli jestem nie gorszy od Szanownego Autora, czy Radoslaffa Sikorsky'ego, i tylu innych "Móndralińskich" - prorokuję, że straty Warszawa poniosłaby nie mniejsze niż w trakcie Powstania, ale bez honoru (takie głupie słówko-przeżytek) i bez podjęcia rozpaczliwej próby wyrwania się z sowieckich łapsk ( o co dzisiaj wielu, w tym i ja, miałoby pretensje).
Hough! Napisałem, chociaż nie do końca chciałem.
Pozdrawiam Szanowny Autorze.


Zestawił: Marek Zarębski

czwartek, 25 lipca 2013

CIEKAWOSTKI?


 

Gdzieś w sieci toczą się rozmowy: o Indianach, o wyborze swojego miejsca na tej marnej ziemi, o ciekawostkach przyrodniczych. Nakładam je na czas, w którym powstawały, o ile rzecz jasna  jest taka komórka w mojej pamięci – i wychodzi co wychodzi.  

Indianin to gość z Radomia, niemal 10 lat „robił za Długie Pióro”. Komu to szkodziło? Nikomu. Prócz tego, że odwracało uwagę od rzeczy ważniejszych i miało być myślową „gumą do żucia” dla najmłodszych… Miejsce na ziemi słynne z najwyższego radiowego masztu nadawczego w Gąbinie okazało się dla wielu pobliskich mieszkańców czystym przekleństwem – ale postępujące odwapnienie kości dzieci i osób starszych niestety nie zostało potwierdzone przez specjalistów medycznych. Dostali polecenie – to i nie potwierdzili. Potem maszt runął – i sprawy „nie ma”. Jak nie ma problemu narastającej liczby zawałów w okolicach wiatraków energetycznych… Czyż w takim razie nie ma racji Michalkiewicz twierdząc, że nie-istnienie jest wyższą formą bytu?

A ciekawostki przyrodnicze? No cóż, o sprowadzonej pod Giżycko tołpydze pstrej słuch zaginął, amur podobno smaczny, ale na robaka nie  bierze, trzeba brać go widłami na płyciźnie, jenoty na Mazurach zdołały wytłuc mnóstwo innej zwierzyny - póki same nie trafiły na głowy przemyślnych myśliwych w postaci czapek. Jeszcze ten i ów „hoduje” jakiegoś łosia w swojej zagrodzie, zresztą pod Rucianem pokazując zwierzę za niezłe pieniądze – tyle że mało kto wie, iż to stworzenie w jakiś sposób niepełnosprawne. Zdrowe dawno dało by nogę w pobliskie lasy…

Albo dyskusja o wierze i rozumie, jest taka, toczy się w jednym z portali cały czas. Raz w lewo, raz w prawo, zwykle do tyłu. Jeżeli Bóg dał człowiekowi rozum o tak  wielkiej giętkości, że rozumowo można zakwestionować istnienie Boga - to nie lepiej skłonić się sobie, rozejść, a nie tracić czas na próżne dysputy? Wiary rozumem się nie złamie. A z drugiej strony dla rozumu przynajmniej teoretycznie wiara nie jest narzędziem poznawczym. Czyli mając tak różne przesłanki i doświadczenia wspólnego prawidłowego wniosku nigdy się nie sformułuje. To po co ten cały trud?

Dwa powody tych wszystkich działań, przynajmniej ja widzę dwa powody. Dym w oczy, dla osłabienia, oślepienia, zamętu. I powód drugi: pokażę wam kto tu rządzi! Udowodnię swoją dociekliwość, wiedzę i władzę!

Dlatego najbardziej na świecie nie lubię manipulatorów i prowokatorów…

M.Z.

środa, 24 lipca 2013

Ciąg dalszy już na Górze?

Informacja o obchodach rocznicy bitwy nad Wizną, patrz tekst niżej, spotkała się z dużą życzliwością Czytelników, liczba wejść imponująca - choć tym razem akurat nie o statystyki chodziło autorowi. Skądinąd wiem, że swoją obecność zapowiedzieli  blogerzy z portalu Polacy.eu.org, dziękuję znajomemu Christophorosowi, nota bene jedynemu, z którym utrzymuję żywy kontakt, za nagłośnienie sprawy. W 3Obiegu komentarzowa cisza, ale to dzisiaj nie oznacza jeszcze niczego złego, podobne notki komentuje się trudno - bo lepiej ubrać się turystycznie i przyjechać, a nie gadać.

Dzisiaj na dobrą sprawę najważniejsze jest wyznaczenie daty spotkania, mogą to uczynić wyłącznie członkowie Stowarzyszenia Wizna 1939, zwłaszcza zaś Pan Dariusz Szymanowski, honorowy Prezes. Ktoś zapytał: a czemu nie my, co właściwie stoi na przeszkodzie by tę datę ustalić na niedzielę 8 września? Nic - prócz przyzwoitości. Zasługi Stowarzyszenia w organizacji minionych obchodów, ekshumacji szczątków Władysława Raginisa i Stanisława Brykalskiego, ceremonialnego ich pochówku w roku 2011 i wystąpień, które doprowadziły w sumie do pośmiertnych awansów obu bohaterów - są nie do podważenia. I pewnie nie tylko moim zdaniem nie ma sensu zmieniać tej sytuacji. Pan Dariusz jest doskonale zorganizowanym i rozsądnym człowiekiem, wątpię by miał zamiar przenosić termin imprezy tydzień wcześniej czy tydzień później. Roboczo proponuję zatem nastawić się właśnie na ten dzień. Droga z Warszawy zajmuje jednak jakieś trzy godziny, sugeruje wpisać to do planów podróżnych.

Teksty... Jak to już w komentarzach pod poprzednim wpisem mówiłem: ja robię swoje, inni swoje. Za chwilę podejmę próbę namówienia zawodowego fotoreportera do wybrania się na Strękową Górę i wykonania serii fotek, może nawet klasycznego fotoreportażu. Jakiego próżno by szukać we współczesnych wydawnictwach...

M.Z.

PS. Wszystkie maile nadchodzące na adres z.marek@autograf.pl uległy dzisiaj rano, 27 lipca, zniszczeniu (po raz czwarty!), provider nie reaguje. Zatem proszę ewentualne treści przesyłać jeszcze raz, także korzystając ze skrzynki castillon@wp.pl

sobota, 20 lipca 2013

GRANDA NA STRĘKOWEJ GÓRZE




Co to jest legenda? Opowieść o prawdziwym zdarzeniu przetworzona tak, by zaciekawić jak największą grupę osób. Przyciągnąć ich w jedno miejsce, opowiedzieć o zdarzeniu sto jego prawdziwych wersji, nabudować wokół historii milion pozytywnych myśli i skojarzeń. Legendy bazując na czymś, co było prawdziwe i dokonało się naprawdę rychło stają się tworem niematerialnym. Opowieścią, dymem, iluzją unoszącą się nad jakimś wzgórzem – ale też tworem o potężnej sile rażenia. Kto nie wierzy niechaj pomyśli czym było i jest Słowo. Czyż nie początkiem Wszechrzeczy?

Na Strękową Górę zjechał swojego czasu nawet Sabaton. Ze specjalnym, poświęconym obronie umocnień Wizna utworem. Jest na YouTube, można zobaczyć i sprawdzić. Kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, koncert całkowicie darmowy, sprężyną przedsięwzięcia było Stowarzyszenie Wizna. Temu i owemu już naonczas „się nie spodobało”. W 2011 roku miejscowe władze spotkanie wrześniowe po prostu olały. Mógł być ambasador ten czy ów, mogli być przedstawiciele ministerstw, miejscowa hierarchia kościelna – ale wójtowi gminy tyłka ruszyć się nie chciało. Takie przynajmniej mam informacje. To samo rok później, bohaterskiemu kapitanowi Władysławowi Raginisowi nadano pośmiertnie stopień majora, awansowano również jego nieżyjącego zastępcę Stanisława Brykalskiego. Zero zainteresowania miejscowych władz. Zero dofinansowania. Wszystkie koszta pokryli entuzjaści z własnej kieszeni.

Ale w tym roku kieszeń już pusta. Nie ma na plakaty, na ogłoszenia, nie ma na konieczną podczas takich spotkań infrastrukturę. Krecia robota, zaraz dokładniej ją opiszę, przyniosła pierwsze efekty. Dureń mieniący się białostockim historykiem napisał nagłośnioną rozprawkę, która jakoby „demistyfikuje” obronę bunkrów i umocnień Wizna. Kilku, może nawet kilkunastu młodych ludzi, rzekomo reprezentujących „archeologiczne kręgi naukowe” i wpuszczonych w tłumy roku 2011 i 2012 z opowiastkami, że „to wszystko było inaczej, że to kłamstwa, że to manipulacja kręgów ultra-prawicy” wykonało swoją robotę. Mam nadzieję, że przynajmniej jeden dostał w dziób, ten indoktrynujący mnie samego zjechał na dupie po piaszczystej skarpie i stracił nieco zapału do gadania głupot. Tak czy siak: demontaż patriotycznych spotkań i imprez trwa. Stąd apel:

- nie pozwólmy, by destrukcja powiodła się!

- przyjedźcie do Strękowej Góry prywatnie, na rodzaj towarzyskiego, zamkniętego spotkania przy kawie z własnego termosu i własnych kanapkach!

- zawiadomcie o spotkaniu wszystkich znajomych i przyjaciół, przywieźcie dzieci!

- opiszcie to później wszędzie tam, gdzie zamieszczacie swoje teksty!

M.Z.

sobota, 13 lipca 2013

To coś, co nas podnieca...



…to się nazywa kasa. Tak to kiedyś śpiewano? No więc w prasie nie tylko o kasę chodzi! Bo ona na drugim miejscu. Zaraz po zgłupieniu…

Ostatnimi czasy rzadko czytuję Coryllusa z Salonu24, denerwuje mnie facet tymi swoimi pseudo-inteligenckimi analizami ciągów historycznych. Okazuje się jednak, że czasem i u tego autora da się podejrzeć myśl, wobec której ktoś już nieco w leciech bywały nie może przejść obojętnie. Chodzi mi o głupstwa, które autor notki z Salonu dostrzegł w tygodniku „W sieci”. O te małe idiotyzmy związane z ekologią, Indianami (Tak! Właśnie z nimi!), czy po prostu odwracaniem ludzkiej uwagi od rzeczy ważnych. Pojawiają się we wszelkiej maści publikatorach coraz częściej, jak nie przymierzając za schyłkowego Gierka – i Coryllus wcale nie jest pierwszym, który to zauważa i komentuje. Przy czym tym się różnimy z wymienionym, że ja akurat miałem nieprzyjemność być działającym żurnalistą dokładnie w czasie, kiedy ta epidemia się ujawniła. I nie będę taił, że w mojej macierzystej naonczas redakcji „Świata Młodych” usiłowano przymusić mnie do zajęcia się polskim Indianinem o ksywie Sat Okh, czyli Stanisławem Supłatowiczem z Radomia, który istotnie przez całą dekadę odstawiał w telewizji wodza Indian Shawnee. I był oczywiście nadzwyczaj ekologiczny – choć z drugiej strony nie należało wówczas nadużywać tego określenia, było nieco wstydliwe, kłóciło się ze wspaniale dymiącymi kominami Huty Katowice. Jakoś się od Indiańców wykręciłem. I już nie pamiętam który z fotoreporterów zajął się gościem. Temat pozornie łatwy, model zakładał na łeb pióropusz, stawał przed kopią wigwamu albo tipi, nadymał się jak przy zatwardzeniu – i fotki gotowe. Trzeba było jeszcze dopisać niewielki, acz wzruszający kawałek tekstowy, niezbyt to autorowi fotek szło, więc zdaje się pomagał mu w tym dział kulturalny, albo listów, byli akurat na miejscu, dostawali zlecenie i szlus. Potem druk, chwila czekania – i w redakcji pojawiało się mnóstwo korespondencji, które w prosty, dziecięcy sposób wyśmiewały całość. Cóż, dzieci nie skażonych polit-poprawnością nie należy oszukiwać, a smród inscenizacji bił na milę od tych „indiańskich” enuncjacji. Redakcja dała sobie spokój, akurat przyszło nowe wskazanie myślowe dla starszych czytelników, już o tym pisałem: „mieć czy być?”. Na szczęście w żarliwości wyprzedziło nas „Na Przemiał” jak tytułowano „Na Przełaj” - i nowo powstały tygodnik „Razem” („lepiej dziś się otruć gazem, niż pracować jutro w Razem…”). Wtedy wróciliśmy do normalności.

Dzisiaj zaraza znów na miejscu. Sztuczne duperele, dymane postaci, wymyślane problemy, jakieś koszmarki myślowe... To znaczy: wraca odwracanie uwagi, te wszystkie wszechobecne opisy cierpień twórczych mistrzów kuchni czy cierpień smakoszy cygar. Magda Gessler ulepsza podrzędną knajpę w Pikutkowie Górnym (a chroń nas Siło Najwyższa przed tym pasztetem!)… Była żona Lisa opowiada „całą prawdę” (a co ta szkarada wie o prawdzie?)… Portali i pisemek plotkarskich namnożyło się co niemiara, większość programów radiowych i telewizyjnych sięga tam bez skrępowania. Oglądając to wszystko można odnieść wrażenie, że naprawdę żyjemy na zielonej wyspie głupich ludzi, tylko Rollsa brakuje niektórym, reszta jest w jak najlepszym porządku. A wszystko co rude i zza bufetu jest piękne i sprawiedliwe.

Przekaziory to w rzeczy samej potężna broń. Tym potężniejsza, że wychowywanie lemingów trwa od ponad dwudziestu lat i efekty można zobaczyć wokół gołym okiem. Leming się nie broni – nie potrafi. Załatwiono mu swoistą lobotomię, więc nie widzi powodu by się czemukolwiek sprzeciwiać. Leming powiada, że "takie jest życie, kropka". Wsiada do pociągu i coś kolorowego musi mieć przy sobie. W ten sposób ktoś te śmieci kupuje, ogląda, komentuje. Nie wiem czy podziwia, czasem przecież rodzi się pogarda – ale kasa za druk, emisję czy propagację już wpłynęła. Powoli, powoli co poniektórzy zaczynają tęsknić za "lekkością niemieckiego dowcipu", z czasów, kiedy ten chłam dopiero pojawił się na naszym rynku. "Droga redakcjo: jak nie zajść w ciążę? Mniej się p..."Stało się to, co za Gomułki, przynajmniej sądząc z jego przemówień: jeszcze niedawno staliśmy nad progiem przepaści! Ale dzięki wytężonej pracy partii sytuacja się zmieniła, zrobiliśmy znaczący krok naprzódGratulować, tylko gratulować! W końcu jak inny klasyk tamtej epoki twierdził nie można całe życie produkować półprzewodników. Pora już na całe przewodniki!

M.Z.

piątek, 5 lipca 2013

Seria "Świadkowie": FRONT




 Ryszard Rynkowski śpiewał „Za starzy na grzech – za młodzi na sen” – ale to nie jest najwłaściwsza definicja. Bo nadzieja umiera ostatnia? Zapewne… Starsi panowie piją wódkę i rozmawiają. O tym co wokół. I o czasach dawno minionych. O życiu i o babach. Starsi panowie już nie dorobią się, już nie będzie ministerialnych stołków. To o czym tu gadać jak nie o tym co było? Słucham. I staram się zapamiętać. Bo tego nie ma nigdzie – w żadnych opracowaniach, żadnych pamiętnikach…

Opowiada Wiesiek. Lipiec 1944, gdzieś pomiędzy Ostrowią Mazowiecką i Zambrowem. Kilka starych, kiedyś zamożnych, ale teraz ogołoconych przez wojnę chałup. Stoją na skraju sporego zagłębienia terenu, kilkaset metrów dalej jest w dole tylko rzeczka, kawałek pustego pola i las. Niedaleko linia kolejowa na wschód, betonowy mostek, pod którym ustawiła się bateria przeciwlotnicza. Rosjanie rozbili obóz w lesie, tam czują się bezpiecznie. W chałupach miejscowi, zjechali tu z różnych zakątków regionu, głównie kobiety i dzieci. Plus załoga niemieckiego posterunku obserwacyjnego. Dwóch starszych Wermachtowców, czują otaczającą ich nienawiść, ale nie ma mowy o znęcaniu się nad stałymi mieszkańcami domu. Niemcy rano wypijają w kuchni cienką kawę żołędziową i wychodzą „do pracy”. Na dobrze zamaskowane stanowisko poddasza ciągną lornetki i karabin snajperski. To przedmiot ich dumy, obchodzą się z żelastwem delikatnie, czyszczą je codziennie i przemawiają doń. Hundin… Znaczy się: suka. Wersja nie do strzelania seriami, uzbrojona dodatkowo w najprawdziwszą lunetę Zeissa. Zaczyna się polowanie. Ruscy prędzej czy później muszą wysłać do rzeczki załogę, która nabierze wody do wiader i pojemników. Strzał pada znienacka, potem drugi i trzeci. Ofiary niczego nie słyszą z tej odległości, nieruchomieją, przez chwilę nie dzieje się nic. Po minucie, dwóch do rzeki gna zakosami kolejna ekipa. Zza kępy roślinności obserwuje ich wysoki, starannie ubrany oficer z rewolwerem w ręku i lornetką. Kula dosięga go miękko, pomiędzy drzewami następuje potężne zamieszanie. Ekipa szeregowców zaczyna działać – ale nie w sensie pobierania wody, lecz grabienia ciał zabitych kolegów z butów, spodni i rzeczy osobistych.

Matka Wieśka doskonale mówi po niemiecku, to pozostałość po pracy w przedwojennej polskiej „wojskowości”. Starszy Niemiec wie jaki jest stosunek Polaków do nich, do ich narodu. Nie reaguje na żadne komentarze, żadne zaczepki. Któregoś dnia skarży się, że on sam ma już dość. Wczoraj położył pięćdziesięciu, dzisiaj pewnie nie inaczej. I ma już tylko jedno marzenie: żeby ta kula przeznaczona dla niego trafiła go tak precyzyjnie, jak on trafia tych ruskich. A wy – mówi – jak front ruszy, to będzie lada dzień, pochowajcie kobiety do piwnicy i wytarzajcie w smole. Bo inaczej zobaczycie rzeczy, o których wam się nie śniło… Ja dla was zrobię tylko jedno: zlikwiduję nasze stanowisko na górze i pozacieram ślady. Karabin zakopcie głęboko. Inaczej wyrżną wszystkich…

Tyle że nikt mu nie wierzy. Tu za dobrze pamięta się dzień wieszania. W sąsiedniej miejscowości, po ataku partyzanckim na linię kolejową. Transport amunicji, sprzętu wojskowego, nowe, coraz młodsze „mięcho armatnie” w drodze na front. Wszystko poszło do nieba w serii pomarańczowych, konwulsyjnych eksplozji. Nie pomogło wycinanie lasów po paręset metrów po każdej stronie torów, szwabskie wachy z psami i schmeisserami. Zemścili się w kilka dni później wieszając przypadkowo złapanych mężczyzn. Wiesiek nie mógł patrzeć na drgające nogi swojego wujka, był tylko młynarzem, nie znał się na materiałach wybuchowych.

A potem front ruszył naprawdę. Najpierw ruscy podprowadzili zespół katiusz i odpalili z nich dwie salwy pocisków. Na szczęście nakierowanych nie na cywilne, marniejące domy, ale na zgromadzenie szwabskiego sprzętu wojskowego wzdłuż torów kolejowych. Obserwatorom zdawało się, że to trwa wiecznie, ten piekielny jazgot po którym nie zostawało już nic, ani torów, ani podkładów, wielka mieszanina krwi, metalu i ludzkich szczątków. Pierwsza szturmowa fala ruskich przeszła po tym w ogóle nie zauważając okolicy. Do wieśkowego domu dotarli ci z drugiego rzutu. Brudni, głodni, z dzikim wzrokiem, w rozpadających się butach. Najpierw wyłapali wszystkie kury, świnie zdołali „zagospodarować” już Niemcy. Matka okutana w starą chustę zdołała uprosić oficera politycznego aby zamieszkał w ich domu, był największy w tej grupie. Kolejny wymuskany elegancik nie namyślał się zbyt długo. I już drugiego dnia pokazał co może w tej armii „polityczny”.

Było tak: rano jeden z szeregowych wywalił serię ze znalezionego gdzieś na pobojowisku przy torach szwabskiego automatu. W drzwi byłego chlewiku w ich obejściu. Domagał się żarcia, wódki i jakichś kobiet. Nie było. Dzikie wrzaski i seria zaniepokoiły politruka. Spokojnie wyszedł na zewnątrz i kazał żołnierzowi podać znaleziony automat. Potem odejść kilka kroków i odwrócić się. Trzymając schmeissera jedną ręką wywalił resztę  magazynku w  powietrze. Tuż obok głowy szeregowca. Spodnie żołnierza zrobiły się mokre. – Zrób to w mojej obecności jeszcze raz, a pójdziesz do rozminowywania. Wiesz co to znaczy? Wiesz, na pewno wiesz. Będziesz bez karabinu lazł po polu tak długo, póki mina nie oberwie ci nóg…-

Skąd Wiesiek to wszystko wie? Proste: „wojskowość” matki to była przedwojenna „dwójka”. Tam trzeba było znać języki obu wrogów…

M.Z.



czwartek, 4 lipca 2013

Bunt, panie, bunt!




Właściwie zaczęło się od kilku maili od moich dobrych znajomych, czasem kumpli i przyjaciół. Zainteresuj się tym portalem… Obejrzyj to miejsce… Może zaciekawi cię ta platforma… Wszystko w imię „Miałbyś co robić”. Wchodzę, oglądam, czytam – no tu i ówdzie ciekawie, gdzie indziej nie. Są materiały egzotyczne, jak ten o meandrach rozwoju polskiej myśli państwowej na przełomie XIX i XX wieku. Nie mam zdania. Co gorsza wcale tego nie jestem ciekaw. Dużo o Kościele, jakby nikt nigdy nie widział i nie wiedział, że odium decyzji i wypowiedzi kilku bałwanów na najwyższych stanowiskach kościelnych to fakt. I nie da się tego zamilczeć – jak nie wolno zapominać o użytych przez purpuratów wytrychach typu „mądrość etapu”. Przypominam wtedy sobie teksty partyjnych durniów, które dostawałem do edycji, ponieważ ktoś uznał, że taki bezpartyjny i nieufny jak ja, zmieszany z czerwonym błotem to będzie „nowa jakość”. Nigdy nie była, bo też moich poprawek nikt nie przyjmował. Więc proponowane miejsca, Drodzy Przyjaciele, zwijam w rulonik i lokuję w koszu na śmieci.

Ale jest też inny aspekt działania opisanych miejsc. Finansowy. Otóż każdy, dosłownie każdy ich właściciel domaga się, aby pakować mu do skrzynek pocztowych teksty, które następnie jacyś nieznani redaktorzy obrobią i wpuszczą do sieci za darmo. Tak: nic nie płacąc autorowi! Ta akurat choroba stała się w Polsce AD 2013 czymś tak normalnym, że właściwie nie wiadomo z czego żyją autorzy tekstów – bo z pisania na pewno nie. Dzisiaj byłbym mocno zdziwiony gdyby zatelefonował do mnie ktoś z informacją, że ma wolne 200 złotych, a chciałby mieć dobry felieton. Albo 400 zł za reportaż na wskazany temat. Plus rzecz jasna forsa na podróż do wskazanego miejsca i paru-godzinny co najmniej tam pobyt. Myślę więc, że przewrócił bym się ze szczęścia na wznak i obiecał rozmówcy Bóg wie co, na pewno za dużo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca co najmniej od paru lat, widać los dba o moje obolałe od rzucania się na dywan plecy…

Więc niby jak się to wszystko toczy? Nie wiem. Młodzi ogoleni z zapału nabywają doświadczenia, następnie zakładają własne portale, ogłaszają nabór „praktykantów”, rżną ich na duże pieniądze nie wypłacając żadnych wierszówek, inkasują pieniądze za jakieś bzdurne reklamy innych portali – i znikają. Niektórzy wsiadając do wypasionych, terenowych samochodów, inni tylko do metra. I jedni i drudzy zagadnięci w jakimś ciemnym zaułku przez zbója będą przysięgali, że nie mają nic, same tylko panie długi i raty. W tym sensie wrócił stalinowski socjalizm, który opisywał bodaj Sartre po powrocie z warszawskiego pobytu na początku lat 50-tych: nikt nie ma dostępu do żurnali mód, ale nie widziałem lepiej ubranych pięknych kobiet, życie towarzyskie kwitnie choć jest zakazane, a warszawscy cudotwórcy każdego dnia wydają dwa razy więcej, niż zarabiają przez miesiąc…

Dojrzałem tedy do deklaracji, którą szczątkowo można wyczytać w innych moich felietonach: nigdy i dla nikogo nie pracuję za darmo! Za darmo działam TYLKO TUTAJ. Nie oddaję tekstów do redakcji ludziom, którzy nie mają doświadczenia i wyczucia stylu, nie pracuję dla przedsiębiorców co to sa posiadaczami wyłącznie „długów i rat”. W niczym bowiem nie przypominam elegancika z rysunku przy tytule.Proszę wpisać do kajecików i podkreślić wężykiem!

M.Z.