sobota, 27 kwietnia 2013

FABRYKA PARIASÓW?



 Swojego czasu sporo pisałem o tym, że dla współczesnych, mentalnych sowietów stabilność ludzkiego trwania, a zwłaszcza stabilność oparta o własność jest kategorią wrogą - do natychmiastowego, brutalnego unicestwienia. Własność to metafizyczny, niechciany twór, który czyni właściciela niezależnym od kaprysów aktualnej władzy – a więc czyni kimś, kto nie ma prawa w ogóle istnieć. Dlaczego? Ponieważ istotą władzy współczesnego polskiego typu jest mieć kaprysy i nie znosić względem nich sprzeciwu! W mieście stołecznym Warszawa wprowadzono w roku 1944 (na Pradze) i w 1945 (w reszcie ruin miasta) na ruską modłę pojęcie kwaterunku (mało kto pamięta dzisiaj, że to pojęcie wojskowe). I to  się władcom tak spodobało, że w różnej formie trwa do dzisiaj. Będziesz grzeczny, będziesz głosował jak ci każemy, nie będziesz bruździł: pozwolimy ci żyć i cierpliwie znosić kolejne upokorzenia. Nie będziesz - POD MOST! Do kanałów, albo jeszcze lepiej na cmentarz! Porzuć wszelką myśl o nadziei, sterowaniu własnym losem, planowaniu rodzinnym, przyszłości. Nie masz do tego żadnego prawa! WYDZIEDZICZAMY CIĘ PO WSZE CZASY!!!

W roku 2001 podpisaliśmy z władzami miasta stołecznego Warszawy umowy dotyczące najmu lokali o zwiększonym metrażu i podniesionym komforcie. To były umowy o charakterze cywilno-prawnym. Ale bodaj ważniejsze jest to, że zanim do parafowania dokumentu doszło każdy nowy lokator domu Abramowskiego 9 zobowiązany był do zdania innego lokalu. Położonego w ściśle określonym obszarze miasta. Wypieszczonego, odbiór należał do szczególnie rygorystycznych (moje „zdawanie” kosztowało mnie wówczas 11 tysięcy złotych, zażądano doprowadzenia mieszkania do stanu, w jakim NIGDY PO WOJNIE się nie znajdowało!). Dodatkowo kaucja, opłata przetargowa i już tylko czekanie czy zmieścimy się na liście, mogli nas przecież wyprzedzić inni „zdający”, oferując miastu coś o większym metrażu. Skracając: niżej podpisanemu udało się. Nadludzkim wysiłkiem zdał stare mieszkanie,ponad czterdzieści parę metrów kwadratowych. To nowe na Abramowskiego było piękne, przestronne, zdawało się też przyjazne. Wtedy jeszcze nie słyszałem pękających tynków, paczącej się podłogi i odpadających kafelków. Gdzie? Wszędzie, gdzie je położono. Pewnie dlatego w następnych latach DWUKROTNIE naprawiano „niedociągnięcia”. Niestety bez skutku – co się działo wtedy dzieje się nadal. Ktoś wybrał firmy dyletantów i nierobów, ktoś nie dopilnował swoich obowiązków, zadbał za to o skuteczne dojenie lokatorów. Standard nie poprawił się. Dom wpada w ruinę, nie ma stałego dozorcy, ma za to bezsensowną „ochronę”, która rzecz jasna nie chroni niczego przed niczym. Za mniej więcej 10 tysięcy złotych miesięcznie.

Czy umowa cywilno-prawna jest źródłem prawa? Zdaniem biegłych jurystów jak najbardziej. Wiąże strony w sposób trwały i nie dopuszcza jednostronnego wypowiedzenia. Ale to dla miłośników sowieckiego kwaterunku pryszcz… Lokatorzy w jednym tylko roku 2013 DWUKROTNIE otrzymali podwyżkę czynszów, która nie wynika z umowy najmu. Bo ta reguluje możliwe podwyżki precyzyjnie: raz w roku o stopień inflacji zgodny z ustaleniami GUS. Kropka.

Tymczasem kolejne pismo podwyżkowe zawiera dodatkowo rzecz po prostu groźną: mianowicie sformułowanie takiego rozwiązania, że jeśli komuś większa płatność się nie podoba to może opuścić lokal BEZ ODSZKODOWANIA i bez prawa do zwrotu chociażby tego dobra, które zdane zostało na rzecz miasta przed zasiedleniem mieszkania na Abramowskiego. Jak to rozumieć? Po prostu: my, miasto, bierzemy co nieopatrznie dałeś, ty maszerujesz pod most. Bez ceregieli, bez ogródek, jasno i w duchu reinterpretowanego podstawowego obowiązku samorządnej gminy, która nie wysiedla lokatorów do nikąd, ale dba o ich podstawowe potrzeby mieszkaniowe. Z tym że umówmy się – to tylko jakaś tam teoria czasu dawno minionego…

Tak więc wydziedziczanie trwa dalej. W najlepsze. Ot taka sobie niewielka w perspektywie Świata polska fabryczka hinduskich pariasów. To znaczy ludzi tkwiących tak nisko w hierarchii społecznej, że już wręcz bez praw…

M.Z.

sobota, 20 kwietnia 2013

CHARAKTERKI?




 Gdzieś na marginesie spraw ważnych albo kłopotliwych istnieje wątek zdało by się śmieszny i nawet dla tematyki motoryzacyjnej marginalny: charakter kolejnych nabytków. Czy maszyna w ogóle może mieć psotną duszę? Większość ludzi automatycznie odpowie, że raczej nie, takie uczłowieczanie mechanizmów jest grubą przesadą. A jednak…

 Okazuje się, że maszyny mają wpisane w stalowe czy aluminiowe podzespoły pewne nawyki, tak zostały ujeżdżone przez poprzednich właścicieli, do takich a nie innych sposobów jazdy je ułożono. Nie przegonione na trasie silniki w mieście zachowują się niby w porządku – a jednak ich wołowaty charakter zaczyna w końcu nowego jeźdźca denerwować. Wyprowadza przeto auto na dobra drogę, wciska pedał gazu – i po godzinie okazuje się, że coś motorze się odblokowało, auto jeździ inaczej, ma w sobie nową dozę zadziorności. Czasem nawet pali mniej, niż poprzednio… A czasem ściąga na właściciela pasmo nieszczęść…

Piękny nie znaczy dobry w całości… Spójrzcie na zdjęcie obok. Corolla model E11 w fabrycznie usportowionej wersji. Cztery hamulce tarczowe, rozpórka przedniego zawieszenia, układ wydechowy o zwiększonym przelocie, rzekomo sportowe zegary z plastrem miodu w tle – słowem „ognia i w miasto!”. Niestety zaczęło się niepomyślnie już pierwszego dnia. Podczas jazdy próbnej zaciągnąłem na postoju hamulec ręczny. Który następnie żadną miarą nie chciał odpuścić… Zablokował się i już. Pomogło nieco walenie drewnianym młotkiem w śruby koła, usterka została zbagatelizowana, w końcu przy targach chodzi głównie o cenę, a nie o drobiazgi. Bardzo szybko okazało się, że ręcznego w ogóle nie należy zaciągać i właściwie nie bardzo wiadomo z jakiego powodu. Wymiana linki nic nie dała, czyszczenie i udrożnianie zacisku też. Ten typ tak miał. Przez kilka miesięcy udawałem, że nie ma sprawy, hamuję układem zasadniczym, na postoju wrzucam bieg i tak blokuję pojazd. Gorzej było z ruszaniem pod górę, jest w Warszawie kilka takich miejsc, gdzie wspomaganie ręcznym bardzo by się przydało. No ale… Ostatniego dnia przed sprzedażą kolejny demontaż zacisku pokazał, że winna była mała, pozornie nieistotna sprężynka powrotna. Tak po japońsku diabolicznie skonstruowana, że właściwie nie było jak jej naprawić. Uznaliśmy z zaprzyjaźnionym mechanikiem, że pewna ilość smaru grafitowego musi rozwiązać problem. I za mojej kadencji rozwiązała…

Toyota uzbrojona w szersze felgi i opony trzymała się drogi jak przyklejona. Na gładkim i do czasu. To znaczy do chwili, w której właściciel pojazdu nie postanowił na przykład dojechać z Warszawy do Lublina. A tam jak wiadomo królują na szosie koleiny. Podróż stawała się istną męką, nie dało się mimo dobrego systemu wspomagania utrzymać auta „na kursie”. „Fachowcy” natychmiast orzekli złe ustawienie zbieżności obu osi pojazdu. Obie osie do ustawienia, więc i opłata podwójna, 150 zł. Co fachman – to inne nastawy. Co wjazd na trasę lubelską – to coraz gorsze prowadzenie. Pewnego dnia uznałem, że już dość, że ustawienia są prawidłowe, szerokie felgi i opony nie.  A ja mam ochotę na coś spokojniejszego i jeżdżącego na wprost. Tym bardziej, że ostra jazda autem o pojemności 1332 ccm powodowało wypicie 12-13 litrów paliwa na każde sto kilometrów. I co z tego, że ktoś się za mną oglądał? Do czego mi to potrzebne?

==========================

Golf był perełką przywiezioną z Wrocławia. W środku mroźnej zimy. Na lodowej nawierzchni nie czuć było, że to wóz bez wspomagania. Miał grzanie jak się patrzy, w połowie trasy rozbierałem się niemal do podkoszulki. Wstawiony do ciepłego garażu odtajał i pokazał, że nie ma na sobie nawet grama rdzy. Wkrótce jednak wyszło szydło z worka: konieczność wymiany uszczelki pod głowicą i chłodnicy. Na szczęście wszystkie części okazały się śmiesznie tanie – kto by na przykład przypuszczał, że niezła chińska chłodnica, szczelna i pasująca jak ulał, to tylko 70 zł plus koszty przesyłki? Fabrycznie nowa klamka, dostał dwie, z kompletem kluczyków to jakieś 22 złote… Motor 1800 ccm, model RP, napędzający samochód wstawiony na szerokie aluminiowe koła (dostałem w komplecie!) zadziwiał przy ruszaniu właściwie wszystkie nowsze auta – niestety wymagał sporej siły do poruszania kierownicą. Gdzieś koło kwietnia wozidełko pokazało swój prawdziwy charakter – było prowokatorem i spiskowcem z urodzenia.

Jak to możliwe? Ano po prostu. Wokół autka kręcił się mój dobry znajomy, przerabiał Volkswageny od zawsze, zawsze też potrafił znaleźć w oglądanych jakąś niedoskonałość. Tu gaźnik, tam zawieszenia, ówdzie szpachlowana blacha. W moim samochodzie nie odkrył niczego, co wprawiało go w coraz gorszy nastrój. Bo – jak twierdził przewrotnie – albo wada ukryta jest tak głęboko, że bez totalnej rozbiórki nie da się jej zdiagnozować, albo wady nie istnieją. Co oczywiście jest jeszcze bardziej podejrzane. Wsiadał do wozu, kazał się wozić z prędkościami czasem przekraczającymi rozsądek, szarpał kierownicą w zakrętach, hamował gwałtownie i bez sensu – nic. Nic się nie działo, Golf nie dał się wyprowadzić z równowagi. No to znajomek zaczął „od innej mańki”. Jako że miałem wówczas dwa pojazdy począł dopytywać się na co mi to, czy nie mogę mu przekazać jednego. Owszem, odrzekłem, mogę, za jakąś umówioną kwotę Golf przechodzi w twoje ręce. Zdaje się że nie o to mu chodziło – ale pal sześć, zebrał się pewnego dnia w sobie i zadeklarował odkupienie. Oczywiście były targi, idiotyczne propozycje, w końcu stanęło na tym, że bez uwzględniania licznych napraw, udoskonaleń i z kompletem kół zima-lato i bagażników sprzedam mu pojazd za cenę zakupu. Pieniądze dokładnie tego i tego dnia, umowa, dokumenty, wszystko pewne jak w szwajcarskim banku. Dobra nasza, myślę sobie, sprzedam w takim razie obydwa pojazdy i kupię coś nowszego, lepszego… Co też zacząłem czynić aktywnie – internetowe ogłoszenia, wybór, przesłanie właścicielowi zaliczki (kilkaset złotych), wisz pan – rozumisz pan, będę za trzy dni, proszę zachować auto w stanie, w jakim jest na zdjęciach i w opisie. No bo jutro przecież kumpel ma przynieść gotówkę…

Nie przyniósł. Zatelefonował rano i grobowym głosem oznajmił, że się rozmyślił. Nie dosłuchałem wywodu do końca, pękło coś we mnie i zmieszałem z błotem gościa jak nikogo dotąd. Zaliczka na kolejny pojazd przepadła. Golfa wkrótce sprzedałem z niewielkim zyskiem, znajomego już nie mam. Od tamtych dni nie działam jako życzliwy właściciel tego czy owego pojazdu – pokazuję, owszem, krótko i prawdziwie odpowiadam na pytania, podaję kwotę sprzedaży i nie wchodzę w targi nawet o złotówkę. Nie podoba się – wolna wola i skrzypce, tam są drzwi…

M.Z.

czwartek, 18 kwietnia 2013

CZY NIE CZAS...



Sądziłem, że nie będę musiał do tego wracać. A jednak… Kilka tygodni temu ja i moi sąsiedzi otrzymaliśmy piśmidła wieszczące podwyżki czynszowe w naszym domu. Dzisiaj, zanim jeszcze zaczęła obowiązywać ta poprzednia podwyżka – ludzie przedstawiający się jako pracownicy administracji roznoszą następne podwyżki. Zażądałem przesłania mi tych „dokumentów” pocztą, listem poleconym. Zapewne to nie koniec festiwalu, pozostały jeszcze śmieci, a przy braku oporu – właściwie co miesiąc mogą nam podnosić koszta. Ad mortem defecatum... Coraz więcej osób dochodzi do przekonania, że te czynności są bezprawne, ponieważ w jawny sposób przeczą treściom tkwiącym w podpisanych przez nas przed laty umowach. Coraz więcej osób… I nic z tego nie wynika.

Czy nie czas porozmawiać o tym publicznie? Czy nie czas podjąć próbę przeciwstawienia się przemocy? Dom stacza się coraz szybciej w kierunku slumsów, cieknie, zarasta grzybem, brudem, kwitnie wesołymi napisami na ścianach wewnętrznych ciągów komunikacyjnych. Ci, którzy mogli głosować portfelami na przykład przy wynajmie kosmicznie kiepskich i równie drogich miejsc parkingowych w garażach już powiedzieli urzędnikom miejskim DOŚĆ! Wynieśli się na ulicę. Czy niedługo to czeka również lokatorów?

M.Z.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

LUDZIE LISTY PISZĄ...



...śledzisz co się wyprawia w „Polakach”? Pewno, jasno się na temat działań Muftiego wypowiedziałeś, poleciało kilka epitetów. I co? Zamilczano cię na śmierć, żydowska sztuczka, ale jak widać skuteczna. I koniec. Co dalej? Dlaczego nie ruszysz tyłka i nie zmajstrujesz podobnego portalu? Jestem w stanie znieść cenzurę w tym kształcie, w jakim ją przedstawiałeś i jak ją opisywałeś. Komentarze mogą wchodzić bez akceptacji, są na to sposoby i pewnie je znasz. Jak nie w tym systemie, to na WordPressie. Dlaczego mnóstwo mądrych ludzi typu W.reda jeszcze tam się tłucze? Co ich lub kto do tego durnia ciągnie? Wiesz – napisz, imiona i nazwiska, albo przynajmniej awatary…

List jest oczywiście dużo obszerniejszy, nie ze wszystkimi treściami tam wkomponowanymi zgadzam się, ale nie w tym rzecz.  Forma, że niby oto powinienem ujawniać i wskazywać - też mi nie pasuje. Różnimy się z moim korespondentem/korespondentką przede wszystkim w podejściu do widzenia ludzkich powinności. Dlatego niżej kilka uwag na ten temat. Zacznę jednak od tej uwagi, że list cytuję, bo jest moją własnością jako adresata, nie zawiera w przywołanym fragmencie niczego osobistego, czy intymnego – przeto postanowiłem skończyć z lansadami typu „tego mi nie wolno”. Wolno. Jeśli nie wiedziałeś/wiedziałaś – trzeba było nie pisać.

Otóż w pierwszym rzędzie nie zamierzam spędzać reszty życia przed komputerem. BO TO NIE JEST MOJA POWINNOŚĆ. Ani poświęcać sprawie więcej czasu, niż poświęcam. Tymczasem „zabawa” w portal to nie mniej, jak 12 godzin pracy dziennie. Z nocami włącznie. Wprost: nie mam na to ochoty. Lekkie odpuszczenie tego reżimu prowadzi do złych rzeczy, współczesny Nowy Ekran jest tu najlepszym przykładem. Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra… Daruj przywołanie gomułkowskiego zawołania – ale dokładnie tak to jest. Właściciel „Polaków.eu” ma jakieś dodatkowe pieniądze na tę działalność, nie chcę tu niczego sugerować, ale posługując się przenośnią dzieci nie robią się same, samo tylko grzmi i się błyska. Ja nie mam takich możliwości. Zresztą nigdy szczerze mówiąc do nich nie dążyłem. Jak nie zależało mi na milionach wejść na skromnego bloga. Wystarczyło, że musiałem się sprężyć, by myśl wygładzić i ubrać ją w słowa, pospierać się z jedną czy trzema osobami i wpuścić w sieciowy przestwór jakąś kontrowersję. Widzisz więc, że to różnica skali, środków na jej realizację i psychicznego podejścia do sprawy.

Z Muftiego tymczasem spoza wygładzonej osłonki wyszło zwykłe bydlę. Czy sprawa to irytacji z powodu nieskuteczności włożonej w portal pracy, czy jakieś inne powody – nie mnie sądzić. W każdym razie w tej chwili podejrzewam osobnika o diaboliczne wręcz działania. Stwierdziłem pewnego dnia: widzę co jest, widzę jak to działa, nie podoba mi się, wychodzę z podłej knajpy. Pojawiły się nowe postaci, może lubią być kopane po dupie, może przynajmniej lubią obserwować gdy dotyka to innych, nie wiem i guzik mnie to interesuje. Już gdzieś napisałem, że stało się to dokładnie wtedy, gdy nieco żwawiej ruszyła sprawa tworzenia rzeczywistości poza-portalowej. A może tylko tak mi się zdaje… Któregoś też dnia zaproponowałem nauczenie paru osób paru umiejętności stricte dziennikarskich, ale wyszło, że powinienem to uczynić własnym kosztem, będzie szlachetniej. W nosie mam taką szlachetność, nie jadę z nikim w teren za własne pieniądze, bo ich nie mam – a składkowiczów jak się okazało też po prostu nie ma. Ludzie nie chcą, wyobraź sobie, nauczyć się pisania reportaży czy przynajmniej dobrych sprawozdań! Ostatnia kilkuosobowa wyprawa dokonała się we wrześniu ubiegłego roku nad Wiznę. W całości sfinansowała ją jedna z blogerek „Polaków”, Esperanza, i pewnie spalił bym się ze wstydu, gdyby nie to, że wszystko w sumie się udało, więc mój dług spłacony. To znaczy: wyznaczono mnie do napisania całości, co też uczyniłem i co się spodobało. Kiedyś w ten sposób zarabiałem na życie.

Mój blog raz zamiera, raz odżywa, pochłaniają mnie różne zewnętrzne wobec niego rzeczy. Przychodzą tu różni ludzie. Jedni szukają opinii motoryzacyjnych, inni kawałków wspominkowych, są i tacy, którzy przegrzebują wszystko, co napisałem przed laty na temat domu, w którym mieszkam. Dom to sprawa zamknięta, co z tego, że miałem rację, jeśli gdy był czas nikt w  nią nie chciał wierzyć, nikt nie chciał słuchać, a do rządów dusz doszli ci, którzy publikę doprowadzili gdzie mieli doprowadzić. Czyli do stanu totalnej bezbronności. Prywatnie zżera  mnie to złością – ale jest jak jest i do starej wody nie włazi się po raz trzeci. O samochodach jakoś nie chce mi się pisać, choć pewnie któregoś dnia to odżyje, do stworzenia jest jeszcze co najmniej dwadzieścia kawałków. Jak nie więcej…

Jeden z blogerów „Polaków”, jedyny, z którym utrzymuje jeszcze kontakt mailowy, napisał mi ostatnio, że to wszystko przez mój upierdliwy i porywczy charakter. Może i tak… Ale raz nie chcę zmieniać się na stare lata, dwa jeśli upierdliwością i porywczością jest niechęć do nadstawiania tyłka – to niechaj tak to już zostanie. Trochę szkoda, że nie będzie więcej wiosennych wypraw na Podlasie do pszczelarza, muszę pomyśleć czym to zastąpić, pewnie jakoś się da.

No, to mam nadzieję, że odpowiedziałem obszernie. Bo szczerze na pewno…

M.Z.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Technologia wyprzedza rozum?



Gdzieś do polowy lat 60-tych uczono mnie w szkole, że przełom wieku XIX i XX był okresem technologicznej rewolucji, o której przedtem ludzkości się nie śniło... Nikt nie przypuszczał, że przełom kolejnych stuleci przyniesie taki wysyp nowinek technicznych, które tamte definicje rozwoju po prostu obrócą w pył. Niby McLuhan coś tam przebąkiwał o globalnej wiosce – ale traktowano to bardziej jako opowieści science-fiction, niż realia stające się na oczach niezorientowanej gawiedzi. 

Ta oczywiście kupowała coraz doskonalsze telewizory i komputery, gadała przez komórki, jeździła szybszymi samochodami – ale nadal tkwiła mentalnie w wiekach dawno minionych, ich specyficznym tempie, leniwym toku rozmów i pertraktacji. Zalew informacji docierających do jednostki ludzkiej zbywany był właściwie wzruszaniem ramiom: chce im się wylewać taki potok słów to niech wylewają. A nasza chata i tak z kraja…

Przesadzam? Ależ skąd! Opisywane tu ostatnio czynności, w jakie wdawałem się z chęci albo konieczności (kupno pojazdów, zamiana mieszkań) złożone do kupy i wzięte pod lupę dowodzą, że można mieć w kieszeni najnowszego smartfona, w domu najszybszy graficzny komputer – i nadal nie rozumieć, że za tempem przepływu informacji musi nadążyć także tempo podejmowania decyzji. Tempo reagowania. Inaczej cała ta skomplikowana współczesna struktura zacina się, a potem wali. I człowiek dochodzi do wniosku, że na dawnym targu końskim klepiąc się po rękach kupcy szybciej dochodzili do jakże modnego dzisiaj konsensusu, niż współcześni geniusze dogaduję się ze sobą w Internecie. Albo poprzez Internet. Dziwne to nieco, ale skłania też do wyciągnięcia innej refleksji: a może wszystkie te innowacje psu na budę są zdatne, może mózg ludzki nie jest w stanie dostosować się do nowego tempa – i posiadacze najnowszych gadżetów niczym nie różnią się od ruskiego sołdata z pięcioma zegarkami na każdym ręku? Ma ich tyle bo ma – a po co zastanowi się później… Czy nie podobnie jest ze współczesnymi wynalazkami?

Za sprawą tych przeżuwaczy współczesności wiele godzin nie mogłem się dogadać z nikim. Z perspektywy czasu widać, że to i dobrze, zawsze w końcu pojawiał się ktoś, kto potrzebował dokładnie tego, co miałem na zbyciu. Wpadał, oglądał i transakcja dochodziła do skutku bez przeszkód. Gdzieś w tle pozostawały niepotrzebny myślowe kalki pozostawione przez idiotów: moralne jest to, co oni sobie postanowili, dobre co im pasuje i wstrętne co ja chciałbym mieć. To głupie. To nawet żałosne - owo wchodzenie w skórę kogoś, kto stwarza światy, pisze moralne zasady, mówi ludziom co dobre, a co złe i jak powinni wobec barana się zachowywać.  Ale tak trzymać, Milusie: dureń winien być wyniesiony tak wysoko, by reszta świata nawet z oddali nie miała wątpliwości kto jest kto, z kim ma do czynienia!

M.Z.

wtorek, 26 marca 2013

Mąciciel





 W Salonie24 ukazał się tekścior Coryllusa pod tytułem „Rotmistrz Pilecki czyli o fetyszach patriotycznych” (http://coryllus.salon24.pl/496318,rotmistrz-pilecki-czyli-o-fetyszach-patriotycznych Jak to już wielokrotnie zeznawałem znam autora osobiście, był nawet czas, kiedy rozmawialiśmy często – o ile rozmową można nazwać długie Coryllusowe przemówienia, których należało słuchać w postawie kolankowej. Ale… Ale miał on naonczas wiele bardzo trafnych uwag dotyczących wydawnictw, kultury czy ruchów, które dokonują się w każdej zbiorowości zwanej niezbyt ładnie społeczeństwem (bo to takie „socjalistyczne” określenie). Kuluary spotkań aż kipiały od domysłów „Skądże on to wszystko bierze, jaki przenikliwy umysł i niepokorna natura, może czyta jakieś nieznane dzieła?”. Kuluary, podkreślam - ponieważ na „salę główną” dostać się było niepodobieństwem, Coryllusa z każdym spotkaniem coraz szczelniej otaczał wianuszek „gorliwych wielbicielek” i wkrótce dojście do Mistrza okazało się czymś kompletnie niemożliwym.

Później pojawili się też wielbiciele. Ci z kolei celowali w wydawaniu jasnych i nie znoszących sprzeciwu poleceń: nie gadaj jak sam o tym nie napisałeś, weź się do roboty, milcz w obliczu geniuszu – i tak dalej. Sytuacja stawała się nie do zniesienia, co w sumie przy moim „kontrowersyjnym charakterze” doprowadziło do pełnej separacji. I dobrze. Mistrz produkuje kolejne dzieła, wprowadza wątki, które już dzisiaj onieśmielają nawet profesorów kulturoznawstwa (spalenie Rzymu) czy literatury („Hans” Kochanowski). W wielu wypadkach nie mam zdania na temat prowokacji coryllusowych, po prostu nie moje małpy, nie mój cyrk, nie ma przymusu posiadania opinii na każdy temat. Kiedyś komentowałem to zdecydowanie złośliwie – wlazł świeżaczek z lasu do fabryki porcelany, oj, będzie się działo… To nie jest takie do końca pozbawione sensu, niewielu wie, że bohater rozważań jest leśnikiem, ale takim, który za czasów naszej znajomości nie bardzo wiedział w której jamie samochodu żony znajduje się silnik. Może w bagażniku? Mniejsza - ponoć wybitni intelektualiści tak mogą mieć. Ktoś mi naonczas dopowiedział: pierdoły też. Pozwólcie, że jeszcze dzisiaj wybierał słuszniejszego określenia nie będę...


Cykl coryllusowych baśni liczy już kilka tomów, w sumie masa roboty, prywatnie nie oceniam jej najwyżej, to są dywagacje dla wąskiego grona, choć autor nie kryje, że chciałby, aby żyła tym ulica. Metody autopromocji też znane, w sieci jest w tej chwili dwóch specjalistów poruszających się w krainie mgieł i półtonów, którzy w istocie są wyjątkowej klasy chamami: bohater felietonu i Toyah. I niechby sobie byli, i tak znam większych – niestety obaj panowie są dodatkowo zakochani w sobie z wzajemnością. To znaczy – każdy w sobie samym. A to już nie rokuje nawet śladu nadziei… Promocja więc dokonuje się we własnym sosie, jest jako się rzekło chamska wyjątkowo i niestety w wielu przypadkach po prostu głupia.

I oto Coryllus w linkowanym wyżej tekście zamieścił taki passus:

„…Co jakiś czas zgłasza się do mnie ktoś z pytaniem: dlaczego ja nie pisze nic o Pilcekim. Przecież to taka fantastyczna postać, w sam raz do Baśni jak niedźwiedź. Otóż nie Kochani, to wcale nie tak. Żeby zrozumieć Pileckiego trzeba by sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie: po co oni go tu przysłali. Ja już to pisałem, ale jeszcze powtórzę: po co wysłać do kraju ogarniętego terrorem najważniejszego świadka oświęcimskiego? Tuż przez procesem norymberskim. Na to pytanie nie odpowiada nikt, za to wszyscy z niezrozumiałą radością liczą zerwane Pileckiemu w śledztwie paznokcie. I to właśnie nazywam obłędem, a także pułapką…”


Są tam oczywiście i inne głupoty, ta jednak w szczególny sposób zwróciła moją uwagę na mechanizm, jakim przy tworzeniu swych „dzieł” posługuje się omawiany autor. Pal sześć, że jest to metoda szokowania, takie wieczne zadawanie pozornie niewygodnych pytań, czy pokazywanie gołej dupki na publicznym spotkaniu. Bo kto niby kogo miał tu przysyłać? Gdyby autor żył trochę dłużej, a może bardziej starał się zrozumieć co wokół się dzieje i działo, pojmował choćby w setnej części meandry myślenia tamtych ludzi, ich tęsknotę za Ojczyzną – wiedział by ponad wszelką wątpliwość, że tacy na przykład żołnierze wracający do Polski z Anglii doskonale wiedząc co tu się wyprawia kwitowali powrót krótko: wolę by mnie zastrzelili w Parku Praskim, a nie w londyńskim Hyde Parku! Coryllus nie ma o tym pojęcia – bo i niby skąd. A jednak z pełną dezynwolturą bierze się za pałowanie tematów, które winien omijać szerokim łukiem nie chcąc narazić się na śmieszność. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy na coś tam, co zdarzyło się w przestrzeni publicznej reaguje natychmiast, ale bez zastanowienia i pojęcia: tak było przecież z jego tezą, iż młodzieży nie należy wychowywać, lepiej zostawić ją samą sobie. Jakoś to będzie, a w każdym razie nie tak nudno, jak podczas procesów wychowawczych. Koleżka Coryllusa, Toyah, ta sama taśma produkcyjna, także popisał się już rewolucyjnym stwierdzeniem, że ofiary przemocy ukraińskiej wobec Polaków to betka, pestka, należy zapomnieć, bo liczy się porozumienie między narodami. Jakimi narodami, skoro większość badaczy przedmiotu nie potrafi wskazać dowodów na istnienie czegoś takiego, jak naród ukraiński? Za jaką cenę, Osiejuk, nosicielu nazwiska było nie było wschodniego, jeśli nie wprost ukraińskiego? Taki już z ciebie, katowicki grubasie, Pan Bóg i Demiurg, że masz moc przebaczania i zapominania?

No cóż, panowie piszą kolejne książki, liczba wielbicielek i wielbicieli rośnie, są i spotkania autorskie i promowanie autorów przez wielkich typu Grzegorz Braun – ale jakoś nikt do tej pory nie zauważył, że idzie za fałszywymi prorokami i że ta podróż nie może skończyć się dobrze. Czy zawsze kłamią? Nie, to było by prostackie i nieuczesane! Oni produkując w kolejnych odsłonach coś na kształt beczki z marmoladą, przecież da się zjeść w kryzysie, nie zapominają nasrać do niej gdzieś z boku. Głupcy powiedzą, że jeśli nawet - to reszta jest przecież trochę dobra…

M.Z.

piątek, 22 marca 2013

MEDIA




 Wielu twierdzi dzisiaj wprost, że media to najdoskonalsza broń masowego rażenia, ponieważ nie niszcząc substancji materialnej paraliżuje umysły. To dbanie o zewnętrzną sukienkę ludzkich bytów jest tu nie bez znaczenia: podatnik tak długo daje się golić, jak długo żyje. Potem można mu już tylko nagwizdać. Zanim to się jednak stanie sparaliżowany medialnie umysł wmawia ciału stale: przecież to dla twojego dobra, przecież tak trzeba, popatrz na innych, też tak mają… No i ciało nie broni się przed przemocą. Czyż nie jest to genialne?

Kiedy swojego czasu zaczynałem cykl rozważań o roli i znaczeniu wydawców czy właścicieli mediów z komentarzy wynikało, że znaczna część osób w ogóle nie pojmuje ani skali zagrożenia, ani jego struktury. Zdawało im się, że taki gość jak ja czy ktokolwiek inny idąc do jakiejś gazety, stacji radiowej czy telewizyjnej i podpisują angaż czyni to jako niezależny dziennikarz. Póki nie podpisał – może i tym niezależnym był. Gdy na dole strony z umową pojawił się jego autograf całe rozumowanie szło do kosza. Bo oto przede wszystkim przestawał być dziennikarzem, stając w tej samej chwili podwładnym. Innymi słowy: miał iść w kierunku, który mu wyznaczono. Wyznaczył właściciel firmy, w której podjął pracę. Wszystko jedno czy było SB-ek, WSI-ok, czy jaki inny dureń. Zwierzchnik, właściciel, pracodawca – i tyle. Nie musiał mieć żadnych kwalifikacji moralnych czy fachowych. Wystarczało, że miał kasę i był skłonny wydawać ją na paraliżowanie bliźnich. Często-gęsto zarabiając na tym, w końcu pojawiały się reklamy od kumpli osadzonych w różnych urzędach i instytucjach, tam obraca się zawsze cudzą kasą, więc zupełnie jej nie szkoda. Front ideologicznego naporu ma być napięty jak fortepianowa struna, to zawsze tańsze od dywizji pancernych i dzielnych komandosów, za pomocą których kiedyś zdobywało się terytoria, ciała i umysły.

Krótko o wątkach moralnych zawodu oficera frontu propagandowego: czy kłamiąc w dobrej sprawie jesteśmy lepsi od kłamiących na przykład dla zysku, czyli z niskich pobudek? Nie. W finale i tak powstaje kłamstwo. A to obiektywnie dla nikogo dobre nie jest. Tyle że nie wszyscy o tym wiedzą, a niektórzy jeszcze z tego żyją…

Tylko w minionych dziesięciu latach miałem okazje poznać strukturę właścicielską przynajmniej dziesięciu medialnych przedsięwzięć, na których przejechałem się jak nie przymierzając Zabłocki na mydle. Po pierwsze dlatego, że żaden wydawca czy właściciel to nie byli ludzie w jakikolwiek sposób związani edukacją, pasją czy kwalifikacjami do zawodu mówienia prawdy i objaśniania bliźnim prawdziwego świata. To byli po prostu ludzie łasi na pieniądze, spragnieni niezasłużonej mołojeckiej sławy, proste durnie. Gotowe za niezłą pensję wpisać się w obowiązujący nurt puszczania ludziom dymu w oczy i paraliżowania ich umysłów. Co powinni zrobić żeby zdobyć sławę, uznanie i pieniądze? Świetnie opisuje to Krzysztof Kłopotowski w swoim felietonie "Porady niemoralne dla młodzieży medialnej" - Salon24.  Przekaz skierowany jest co prawda do przyszłych adeptów „sztuki dziennikarskiej” – ale nie bądźmy dosłowni, przede wszystkim tak mają postępować najpierw właściciele tej kategorii przyszłych niewolników. Gdy zdobędą już gromadkę chętnych – i oni pojmą, że dla zdobycia kasy nie ma innej drogi. Przynajmniej dzisiaj… Wyrzuty sumienia? Ależ skądże! Opisuje to przedostatni punkt porad K. Kłopotowskiego: „…jeśli w rezultacie tych porad poprowadzisz swych zwolenników na manowce, nie miej wyrzutów sumienia, skoro sami tego chcieli. Będziesz miał w głębi duszy satysfakcję, że zasłużyli na karę, a ty miałeś udział w wymiarze sprawiedliwości…”

I tak w założeniu władców Polski ma być! Właśnie w tym celu tworzy się ósmą tajną służbę pod dowództwem jakże doświadczonego generała Bondaryka. Niby ma „toto” pilnować rozwoju cyfryzacji. W istocie chodzi wprost o kontrolę Internetu – bodaj ostatniego bastionu słowa może nie tyle wolnego, co rozhasanego i na razie pozbawionego pełnej i czułej „opieki”. No – to się wkrótce zmieni! Czyż w tym świetle wolty umysłowe wyprawiane ostatnio na Polakach.eu (opisywane w poprzednich felietonach) nie stają w jaśniejszym miejscu?

M.Z.

niedziela, 17 marca 2013

Śmierć i narodziny



Właśnie w tej dziwacznej kolejności. Sprzecznej z naturą. Tak to jednak jest w sieci, w Internecie, że narodzin właściwie nie zauważamy. Salon24 dostrzeżono GDY JUŻ BYŁ. Nowy Ekran gdy już był, a nadto wznosił się ostro oglądalnością do nieba. Polacy.eu to inna bajka – ściągano tam ludzi, którzy „ściągaczom” zdawali się plastyczni i do urobienia, a jednocześnie na tyle wyraziści, by w ogóle zaproszenie do  nich wystosować. O innych portalach nie wypowiadam się, nigdy do nich nie pisałem, a przy okazji uważam ich administratorów za agentów wpływu. Wszystko jedno jakiego – ale jednak agentów wpływu.

Było takie stare powiedzenie, że im wyżej człek się wzniesie – tym  bardziej boli dupa po upadku. Kto obserwował dzieje Nowego Ekranu ten wie o czym mówię. „Ekranowym” meandrom działania właścicieli, redaktora naczelnego i administratorów poświęciłem dostatecznie wiele czasu, nie ma co do tego wracać. Z rozkazu czy głupoty zmarnowaliście dużą sprawę – i przecież będzie wam to zapamiętane. Salon24 trwa jako element Układu – wiec tu sytuacja jeszcze jaśniejsza. Polacy.eu natomiast okazali się jak dla mnie ciekawym przypadkiem działań, w których właściciel bierze się za niemądre dźwiganie ciężarów, choć z góry wiadomo, że go przygniotą, nawet gdyby chodził na nie wiem jak wiele wykładów docenta Kosseckiego. Ostatnie jego działania "moderujące", które wprost nadają się do Gazety Wyborczej w moich oczach dyskredytują go ostatecznie. Zakazy poruszania określonych wątków, talmudyczne wykręty przeczące zdrowemu rozsądkowi, idiotyczne pytania zadawane metodą serii i w celu ogłupiania interlokutora… O nie, panie Mufti, tak się bawić nie będziemy! Co mówię wprost nie po to, by komukolwiek zawracać głowę marginalnymi problemami i tanimi wojenkami – ale po to, by przynajmniej u mnie rzecz nazwana była po imieniu. W końcu też to zapowiadałem…
 
To są wszystko elementy ogólnego upadku czegoś, co mieniło się być „wolną płaszczyzną, swobodnym polem wymiany myśli i wrażeń” czy jak byśmy to jeszcze nazwali. Nie jest ani tym, ani tamtym. W ogóle NIE JEST – bo prócz Salonu we wszystkich innych portalach nawet coś tak prostackiego, jak liczba wejść spada na łeb na szyję i nic nie wskazuje na to, by mogło się w tej materii cokolwiek zmienić. Cieszę się? Nie. Prawdziwym władcom Polski, czyli jak to powiada Michalkiewicz „razwiedczykom”, dokładnie o to chodziło. Cel osiągnęli. Więc z czego tu się cieszyć? Z głupoty ludzkiej? Ze skutecznego działania wyznaczonych do tych celów ludzi? Z tworzenia pozorów, których ukrytym celem była identyfikacja postaci, a następnie pacyfikacja tychże?

Zatem nie wchodzić do tych jaskiń ciemnych gierek, nie ujawniać prawdziwych poglądów (innych zresztą też nie), omijać to wszystko jak w naturalny sposób omija się okolice ścieków i kanałów…  I co z tego, że temperatura wewnątrz ogólnego kotła w niewielkim stopniu się podniesie? Całego przecież nie wyleją – jak nie da się zostawić trzonu partii władzy bez obywateli. Kim będą rządzić? Kogo będą golić do żywej skóry? Siebie przecież nie…

M.Z.

Rys. myapple.pl

czwartek, 14 marca 2013

Kłopoty?



Milknę na trochę. Szczerze mówiąc problem zamiany mieszkania okazał się tak wysysający siły witalne z człowieka że… Że po prostu nie przypuszczałem. Ileś tam rozmów, ileś maili i wizyt – wszystko na nic. I żeby to jeszcze było tak, że coś sobie wyimaginowałem, coś ubzdurałem. Gdzie tam: proste i ponoć sprawdzone sposoby, wyłagodzone, ugrzecznione. Ale druga strona chce otrzymać jeszcze więcej. A dać trzy razy mniej. Parter to dla nich pierwsze piętro, oglądanie wieczorem, którego marne światło zaciera kontury i gubi paskudne otoczenie, u innych zasady niewzruszalne. W jednym z przypadków moje mieszkanie wręcz wzorcowe dla większej rodziny, spełniające ich oczekiwania chyba lepiej, niż sami przypuszczali. I nic.

Muszę chwilę odpocząć. Musi zrobić się trochę cieplej i bardziej optymistycznie…

M.Z.