...śledzisz co się wyprawia w „Polakach”? Pewno,
jasno się na temat działań Muftiego wypowiedziałeś, poleciało kilka epitetów. I
co? Zamilczano cię na śmierć, żydowska sztuczka, ale jak widać skuteczna. I
koniec. Co dalej? Dlaczego nie ruszysz tyłka i nie zmajstrujesz podobnego
portalu? Jestem w stanie znieść cenzurę w tym kształcie, w jakim ją
przedstawiałeś i jak ją opisywałeś. Komentarze mogą wchodzić bez akceptacji, są
na to sposoby i pewnie je znasz. Jak nie w tym systemie, to na WordPressie. Dlaczego
mnóstwo mądrych ludzi typu W.reda jeszcze tam się tłucze? Co ich lub kto do
tego durnia ciągnie? Wiesz – napisz, imiona i nazwiska, albo przynajmniej
awatary…
List jest oczywiście dużo
obszerniejszy, nie ze wszystkimi treściami tam wkomponowanymi zgadzam się, ale
nie w tym rzecz. Forma, że niby oto powinienem ujawniać i wskazywać - też mi nie pasuje. Różnimy się z moim korespondentem/korespondentką przede
wszystkim w podejściu do widzenia ludzkich powinności. Dlatego niżej kilka uwag
na ten temat. Zacznę jednak od tej uwagi, że list cytuję, bo jest moją własnością
jako adresata, nie zawiera w przywołanym fragmencie niczego osobistego, czy
intymnego – przeto postanowiłem skończyć z lansadami typu „tego mi nie wolno”. Wolno.
Jeśli nie wiedziałeś/wiedziałaś – trzeba było nie pisać.
Otóż w pierwszym rzędzie
nie zamierzam spędzać reszty życia przed komputerem. BO TO NIE JEST MOJA
POWINNOŚĆ. Ani poświęcać sprawie więcej czasu, niż poświęcam. Tymczasem „zabawa”
w portal to nie mniej, jak 12 godzin pracy dziennie. Z nocami włącznie. Wprost:
nie mam na to ochoty. Lekkie odpuszczenie tego reżimu prowadzi do złych rzeczy,
współczesny Nowy Ekran jest tu najlepszym przykładem. Ni pies, ni wydra, coś na
kształt świdra… Daruj przywołanie gomułkowskiego zawołania – ale dokładnie tak
to jest. Właściciel „Polaków.eu” ma jakieś dodatkowe pieniądze na tę
działalność, nie chcę tu niczego sugerować, ale posługując się przenośnią dzieci
nie robią się same, samo tylko grzmi i się błyska. Ja nie mam takich
możliwości. Zresztą nigdy szczerze mówiąc do nich nie dążyłem. Jak nie zależało
mi na milionach wejść na skromnego bloga. Wystarczyło, że musiałem się sprężyć,
by myśl wygładzić i ubrać ją w słowa, pospierać się z jedną czy trzema osobami
i wpuścić w sieciowy przestwór jakąś kontrowersję. Widzisz więc, że to różnica
skali, środków na jej realizację i psychicznego podejścia do sprawy.
Z Muftiego tymczasem spoza
wygładzonej osłonki wyszło zwykłe bydlę. Czy sprawa to irytacji z powodu
nieskuteczności włożonej w portal pracy, czy jakieś inne powody – nie mnie sądzić.
W każdym razie w tej chwili podejrzewam osobnika o diaboliczne wręcz działania.
Stwierdziłem pewnego dnia: widzę co jest, widzę jak to działa, nie podoba mi
się, wychodzę z podłej knajpy. Pojawiły się nowe postaci, może lubią być kopane
po dupie, może przynajmniej lubią obserwować gdy dotyka to innych, nie wiem i guzik
mnie to interesuje. Już gdzieś napisałem, że stało się to dokładnie wtedy, gdy
nieco żwawiej ruszyła sprawa tworzenia rzeczywistości poza-portalowej. A może
tylko tak mi się zdaje… Któregoś też dnia zaproponowałem nauczenie paru osób
paru umiejętności stricte dziennikarskich, ale wyszło, że powinienem to uczynić
własnym kosztem, będzie szlachetniej. W nosie mam taką szlachetność, nie jadę z
nikim w teren za własne pieniądze, bo ich nie mam – a składkowiczów jak się
okazało też po prostu nie ma. Ludzie nie chcą, wyobraź sobie, nauczyć się
pisania reportaży czy przynajmniej dobrych sprawozdań! Ostatnia kilkuosobowa
wyprawa dokonała się we wrześniu ubiegłego roku nad Wiznę. W całości
sfinansowała ją jedna z blogerek „Polaków”, Esperanza, i pewnie spalił bym się
ze wstydu, gdyby nie to, że wszystko w sumie się udało, więc mój dług spłacony.
To znaczy: wyznaczono mnie do napisania całości, co też uczyniłem i co się spodobało.
Kiedyś w ten sposób zarabiałem na życie.
Mój blog raz zamiera, raz
odżywa, pochłaniają mnie różne zewnętrzne wobec niego rzeczy. Przychodzą tu
różni ludzie. Jedni szukają opinii motoryzacyjnych, inni kawałków wspominkowych,
są i tacy, którzy przegrzebują wszystko, co napisałem przed laty na temat domu,
w którym mieszkam. Dom to sprawa zamknięta, co z tego, że miałem rację, jeśli
gdy był czas nikt w nią nie chciał wierzyć,
nikt nie chciał słuchać, a do rządów dusz doszli ci, którzy publikę
doprowadzili gdzie mieli doprowadzić. Czyli do stanu totalnej bezbronności.
Prywatnie zżera mnie to złością – ale jest
jak jest i do starej wody nie włazi się po raz trzeci. O samochodach jakoś nie
chce mi się pisać, choć pewnie któregoś dnia to odżyje, do stworzenia jest
jeszcze co najmniej dwadzieścia kawałków. Jak nie więcej…
Jeden z blogerów „Polaków”,
jedyny, z którym utrzymuje jeszcze kontakt mailowy, napisał mi ostatnio, że to
wszystko przez mój upierdliwy i porywczy charakter. Może i tak… Ale raz nie
chcę zmieniać się na stare lata, dwa jeśli upierdliwością i porywczością jest
niechęć do nadstawiania tyłka – to niechaj tak to już zostanie. Trochę szkoda,
że nie będzie więcej wiosennych wypraw na Podlasie do pszczelarza, muszę pomyśleć
czym to zastąpić, pewnie jakoś się da.
No, to mam nadzieję, że
odpowiedziałem obszernie. Bo szczerze na pewno…
M.Z.








