czwartek, 21 lutego 2013

PORSCHE GANGSTERA



To była stara, pozornie rozsypująca się szopa, w Polsce pełno takich na obrzeżach magazynów wielkich firm budowlanych. W belgijskim, schludnym krajobrazie raziła oczy. Ale jej właściciel zdawał sobie nic z tego nie robić. Odsunął potężny skobel, ponaciskał ze cztery piloty czymś sterujące, nad wejściem zapaliła się solidna halogenowa lampa i coś stuknęło po drugiej stronie zadziwiająco grubych drzwi. Jeszcze tylko jeden pilot – i wrota odjechały na bok ciągnięte elektrycznym silnikiem. Pod dachem powoli zapalały się kolejne rzędy jarzeniówek i z mroku wyłaziły w jasność te potwory jeden po drugim.

Siedemnaście. I coś wielkiego pośrodku, przykrytego płachtą czarnego plastiku. John pociągnął nas do trzeciego w prawym rzędzie. „To jest moja duma i niemal przyczyna bankructwa. Czujecie to? To pierwszy kawalerski Rolls księcia Karola! Piękny, prawda?” Nie wiem. Twór przede wszystkim absurdalny. Wielki jak stodoła, abstrakcyjnie kanciasty, w środku skórzany i drewniany, z kierownicą dla pasażera. Pewnie kosztował majątek. Ale czy nasz gospodarz wie, że w Polsce królowa Elżbieta, i dalej jej siostra Małgorzata to tak, nasze mamy tym się kiedyś fascynowały. Ale Karol? Ten wymoczkowaty, z wiecznie podbitymi oczyma glut bez odrobiny wdzięku? Włożony w tę stodołę na kołach, jadący do jakiejś wyimaginowanej księżniczki o równie pięknym wyglądzie… Brr!

Coś wielkiego pośrodku zobaczyliśmy tylko do połowy. Oryginalny amerykaniec, nawet nie wiem jakiej marki, należał do Al Capone’a. Ktoś go ostrzelał i gospodarz chce zakonserwować ślady po kulach. Pokaże jak skończy zabiegi, będzie jego zdaniem bomba.

Najciekawsze tkwiło przed szopą. W pewnym sensie jeszcze ciepłe. To był zupełnie współczesny, metalicznie zielony Porsche 944. Jeżeli jest na świecie jakaś przywiązana do miejsca czy przedmiotu energia – to Porsche pluło tą energią co najmniej na pięć metrów wokół. Nie miało przedniej szyby, w środku kłuły oczy pozdejmowane płaty wykładzin drzwiowych. „Możecie oglądać, szybę wstawię jutro, wymienię fotel kierowcy, jest naprawdę tanio do sprzedania. Albo wiecie co? Ja was już znam, ja wam ufam, zabierajcie go bez pieniędzy, jak sprzedacie podzielimy się zyskiem. Jeden warunek: opowiem wszystko, co mu się zdarzyło, dobrze?”

Zielonego jak się okazuje fabryka wypuściła w świat w 1983 roku. To nie były dobre lata dla Porsche. Rynek amerykański od lat domagał się coraz czystszych ekologicznie samochodów, chłodzona powietrzem sześciocylidrowa jednostka napędowa z modeli 912 miała moc, brzmiała jak muzyka dla uszu fanów – ale paliła jak smok, wydzielając z rur wydechowych zbędne trucizny. I kosztowała majątek, przez co zawalał się i rynek europejski. Inżynierowie wpadli na pomysł skojarzenia nadwozia Porsche z mechaniką Audi. Powstała hybryda – model 924, a później 944. Pierwsze auta Porsche z silnikiem z przodu i oczywiście napędzanymi tylnymi kołami. Były bardziej ekologiczne, paliły mniej – a rwały do przodu jak oszalałe dzięki dużej mocy i zmyślnemu rozłożeniu ciężarów silnika i skrzyni biegów. Ta ostatnia bowiem mieściła się pod tylna kanapą. A z motorem łączył ją niezbyt gruby, dwudziesto- albo dwudziestopięciomilimetrowy pręt pracujący w szczelnej obudowie. Dzięki takiemu układowi wóz świetnie trzymał się nawierzchni nawet przy pokonywanych z szaleńczą prędkością zakrętach. Idealna maszyna dla gangstera?

A potem potoczyła się opowieść o losach ostatniego właściciela zielonego Porsche. Był nim niejaki Alain, zapisany we wszystkich danych policyjnych jako „szczególnie niebezpieczny”. Po części była to prawda: Alain zaliczył dwie tury w Legii i doskonale dawał sobie radę tak w ulicznych bójkach, jak i bardziej skomplikowanych działaniach siłowych. Mówiono, że najlepiej jednak zbiera informacje. Nikt, ale to nikt nie potrafił mu odmówić odpowiedzi na zadawane pytania.  A nieliczni oporni wyglądali zdecydowanie gorzej od pozostałych – co zresztą nie miało większego znaczenia, rozmówcy Alaina znajdowani byli na ogół ze zgrabną dziurką w żywotnej części swej ziemskiej powłoki.

A po części policyjny zapis nic nie mówił o Alainie. Bo nie opisywał prawdziwej jego miłości do dobrych samochodów, jak najlepiej uszytych garniturów, dobrego żarcia i pięknych, długonogich kobiet. Jedna z nich towarzyszyła mu przez ostatnie dwa miesiące w licznych podróżach, jakie odbywał pomiędzy Brukselą a Barceloną w Hiszpanii. Alain wiedział co wozi i że nie jest to najbezpieczniejsze zadanie. Ale wiedział też, że zatrzymany przez jakiś pojedynczy wóz policyjny, choćby i z czteroosobową załogą wyjdzie z tego co najwyżej lekko potarmoszony.

Ostatnia podróż była nieco dziwna. Zaczęły się owe dziwy już na granicy hiszpańsko-francuskiej. Alain ze swoją kobietą zatrzymał się na wezwanie karabinierów, grzecznie sprawdzili dokumenty i byłoby po kłopocie – gdyby kierowca Porsche nie zauważył kątem oka innego bolidu na belgijskiej rejestracji, Alpiny A 310, którą trzymano w głębi przydrożnej zatoczki. Okazało się, że jego właścicielowi wlepiono spory mandat za przekroczenie prędkości i do zapłacenia brakuje mu kilkuset franków. Alain bez słowa wyjął banknoty i wręczył je zdenerwowanemu chudzielcowi. Umówili się nawet, że jeśli to on pierwszy dojedzie do paryskiej Periferique – to dług ulega automatycznej kasacji. Albo dwukrotnemu wzmocnieniu – jeśli sztuka uda się Alainowi.

Podróż minęła szybko, wygrał Alain, w barze przy autostradzie umówili się, że resztę trasy pokonają wspólnie i na miejscu dług zostanie uregulowany. Miało to stać się w Antwerpii,  przy Falconrui, prowadzącej wprost do znanej dzielnicy uciech. Kilkadziesiąt metrów cześniej znajdował się tam mały, zaciszny placyk, niewidoczny z okiem pobliskiego Domu Marynarza. Właściciel Alpiny miał wskoczyć do hotelu, podjąć gotówkę i oddać Alainowi. Tuż przy wjeździe w wąską uliczkę Alpina na chwilę kichnęła i zatrzymała się, Porsche minęło ją z rozpędu, Alain widział w lusterku wstecznym, że dłużnik odpalił silnik i jedzie tuż za nim. Nie zauważył tylko, że musi ostro hamować. Wylot ulicy zastawiała spora ciężarówka do przewozu mebli. Właśnie uchylała się jej zawieszona na hydraulicznym siłowniku tylna ściana skrzyni ładunkowej.

To co stało się później niektórzy opisują jako piekło. Kiedy metalowa rampa dojechała do poziomu okazało się, że stoi za nią co najmniej czterech policjantów w kuloodpornych kamizelkach i z automatami w ręku. Piąty przez metalową tubę wydał krótkie polecenie: wysiadaj, masz trzy sekundy.

Trzy sekundy to bardzo mało czasu. Alain prawą ręką odpiął pas bezpieczeństwa swej współpasażerki. Wychylił się mocno i otworzył drzwi po jej stronie. Wypchnął dziewczynę na jezdnię. Kiedy prostował się by samemu wyskoczyć z drugiej strony - trafiła go pierwsza kula. Wypchnęła z płuc całe powietrze, ale nie zabiła. Stary łobuz ze zdziwieniem stwierdził, że jego serce zaczyna bić w szalonym, nieludzkim tempie, które urywa się nagle, w fali czerwonego i fioletowego mroku. Coś gwizdało w uszach, przeraźliwie, męcząco, oczy nie słuchały poleceń by nie patrzeć w stronę, z której nadlatują kule, ale nie widziały ich. A potem była już tylko przeraźliwa cisza.

John nie dowiedział się nigdy co przewoziło zielone Porsche. Dziewczyna gangstera przeżyła, zaraz po ustaniu strzałów aresztował ją kierowca Alpiny, ale żadne przesłuchania nie mogą z nikogo wyciągnąć tego, czego on nie wie. Porsche po gruntownym przeszukaniu trafiło na policyjny przetarg. Było dziwnie mało chętnych, jedyny amator kupił je po prostu za psie pieniądze.

Nie przywieźliśmy zielonej żaby do Polski. To już były czasy, kiedy nad takimi krokami należało się dobrze zastanowić. Wyszło nam, że nie warto ryzykować. Powiedzmy – za dużo było w tym samochodzie złej energii…

M.Z.

wtorek, 19 lutego 2013

Raport wojenny



Szczerze mówiąc nie sądziłem, że wpis o wojnie z portalem Polacy.eu.org przyniesie taką ilość różnych komentarzy, znaczna ich część zresztą nie ujrzała światła dziennego, ponieważ poproszono mnie o nie publikowanie tych treści. Więc jak to mam w zwyczaju – zastrzeżonych nie publikuję. I dobrze: w sumie ani mam ochotę na dalsze boksowanie się z niektórymi durniami, ani chcę być arbitrem w ich pojedynkach. O pojedynkach zresztą za chwilę.

Tak czy siak to co się tam dzieje przypomina prawdziwą rewolucję, w której argumenty stron dawno przestały się liczyć, liczy się natomiast desperacja i łatwość ferowania wyroków. Plus długie noże. Jednym słowem strony ucinają sobie głowy aż furczy, właściciel portalu zdaje się nad niczym już nie panować, co gorsza - sam popełniając liczne kiksy logiczne nie darowuje ich wrogom. Co prostą drogą prowadzi do sytuacji, w której pewnie i od jutra przemawiał będzie już tylko on, właściciel, oraz niejaki Szmidt, ponoć narodowiec i niepodległościowiec. Ważny – dodaję – ponieważ jest depozytariuszem Tajnego Archiwum. Przechowuje je za granicą. To dopiero musi być BOMBA! Coś jak czarna teczka Tymińskiego? Może tak, może jeszcze gorzej.

Twardy facet, nie ma co… Jeśli tylko nie zgadzasz się z jego obsesyjnie zapisywanymi i w sumie prostackimi poglądami natychmiast otrzymasz polecenie spotkania osobistego. Pieluszki Szmidt deklaruje dostarczyć na miejsce pojedynku. Ponieważ w tak zwanym „międzyczasie” Szmidt zarobił etykietkę agenta izraelskiego, kogoś na miarę Eli Barbura z Salonu24 – to po prostu strach się bać. No bo gdzie proszę Państwa zostaną zakopane trupy, pewny skutek tego pojedynku? To jest stresująca sytuacja. Jeśli nie wierzycie porównajcie proszę konterfekciki obu postaci. Grozą wieje! Wróżę przeto już wkrótce dwuosobową obsadę dyskutantów portalowych. Szmidt i Mufti. Ten ostatni jak to wprost zarzuca mu już dzisiaj bloger Zenon Jaszczuk - dziwnie głuchy. A jaki ma być w obliczu majestatu swej rychłej cywilnej śmierci? – należało by Zenka zapytać. No ale ja już nie mogę. Co tłumaczę starym kabaretowym powiedzonkiem z roku bodaj 1970: „jadą goście jadą koło mego sadu. Do mnie nie zajadą – bo ja już tam kurwa nie mieszkam”… Pardon za wulgaryzmy, tak było w oryginale.

Dzieje się zatem na „prawicy”, oj dzieje! Teoretycznie powinno mi to sprawiać pełną satysfakcję: wypowiedziałem wojnę, nie odpaliłem ani jednej rakiety, a w obozie przeciwnika trup i tak ściele się gęsto. Wyszło mi oszczędnie… A jednak szkoda detalu: tradycyjnej wiosennej wycieczki do Zenka pod kwitnące jabłonki. Było uroczo, a trunki o właściwej mocy.

M.Z.

sobota, 16 lutego 2013

I MAMY ZA SWOJE...



Od kilku lat porobiło się tak, że dzwonek do drzwi zawsze oznacza jakiś trud, a jeszcze częściej nadchodzące kłopoty. Nie wpadnie żaden znajomy z butelką dobrego wina, albo po prostu posiedzieć i pogadać. Przecież byłby to zbytek łaski od losu… Wpadnie za to urzędnik z zawołaniem „Podpisz pan!” Dzisiaj wersja łagodna i uprzejma. Prawie zacząłem machać piórem – ale coś mnie tknęło i zapytałem „A co to?”. A to podwyżka czynszu.

No cóż, mieliśmy widać tanio, trzeba wyrównać. Radni zdecydowali, administracje wykonały, prezydent miasta przyklepał. To najgorsza baba na tym stanowisku jaką ziemia nosiła! Nie będę tej wrednie uśmiechniętej starej bufetowej pyzie niczego tu pisał, nawet przecinki trzeba by wykropkować dla przyzwoitości. Mało jej było ostatnich podwyżek cen komunikacji miejskiej. Mało wstydu za utopiony tunel, zamęt na ulicach, wszystkie te radary, kamery, nową pływalnię w miejsce stadionu, musiała komuś jeszcze skoczyć do gardła. No i skoczyła. Rzecz jasna do spółki z resztą tych zwyrodnialców rzekomo samorządowych, w istocie pokątnie namaszczonych i wstawionych na salę do klaskania.

Płacę niemal dziesięć procent więcej. Wkrótce kolejne pisma, to już zapowiedziano: z podwyżką cen wywozu śmieci, wody i pewnie paru jeszcze detali. Coraz więcej sąsiadów powiada wprost: mamy dość, rozwiązujemy umowy, proszę nam zwrócić to, co tu dla prawa zamieszkania wnieśliśmy. Rosną zaległości czynszowe na Mokotowie, Pradze i Żoliborzu. Nie ma ani jednego nowego chętnego na zawyżone czynsze za parkowanie aut w garażach, wkurzeni, a kiedyś naiwni wynieśli się jeszcze przed zimą. Za to nadal utrzymujemy ochronę za mniej więcej 10 tysięcy miesięcznie. Ludzie tam pracujący zarabiają coraz mniej – ale przecież ich „resortowi” szefowie co mają dostać, to biorą. Dobry dozorca całodobowy z mieszkaniem kosztował by nie więcej, jak trzy tysiące. Ale co tam sobie urzędnicze zady takimi problemami turbować… Wszystko wrzuci się w płatności tych frajerów z pięter od pierwszego w górę. Dlaczego?

Bo parteru mieszkalnego u nas nie ma…

M.Z.
=========================
PS. Podobno wczoraj w TVP Info ukazał się materiał filmowy poświęcony naszej między innymi kamienicy, część zdjęć miano nagrać przed domem na Abramowskiego. Każdego kto coś o tym wie proszę o informację. Kluczowym nazwiskiem moze być tutaj Marek Jasiński z Komitetu Obrony Praw Lokatorów, który ponoć wystapił w tym materiale filmowym.
m.z.

piątek, 15 lutego 2013

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz? NIC!



„A tuż przed świtem, gdy gospodarze spali kamiennym snem, wśliznął się do ich domu przez półotwarte okno, spakował do wora srebrne świeczniki, gotówkę zza świętego obrazu i kilka złotych monet spod sterty świeżych prześcieradeł w szafie. Wrzucił wszystko na plecy i nie niepokojony przez nikogo zniknął w zanikających powoli ciemnościach..."

Klasyczny złodziej, prawda? Jeśli już osadzony na ławie oskarżonych - to koniecznie bełkocący coś o nieletnim drobiazgu, kłopotach z pracą albo... niespełnionych marzeniach o skrzypeczkach. No wziął - ale tylko dlatego, że chciał grać... Sytuacja jest prosta: można próbować rozumieć, można nawet podjąć heroiczną próbę współczucia. Ale kara być musi, bo złodziejska czynność jak na dłoni.

A co powiecie na sytuację, w której podupadające pismo wraz z załogą dowolny ciemny typ dostaje za darmo? Tak, razem z siedzibą redakcji, na przykład gdzieś w atrakcyjnej, choć mocno zapuszczonej dzielnicy dużego miasta? I zbój bierze, parę miesięcy coś tam dzierga, mamiąc ogłupiałych żurnalistów wizją nowego początku i dopłaceniem do połówkowych pensji - po czym sprzedaje tytuł komuś innemu, oczywiście zachowując dla siebie lokal o niebagatelnej, jak się okazuje, wartości?

Albo porozumienie kilku zbójów: ty uwalisz swój zakład pracy, tak do imentu, ja zadbam o prawo, które pozwoli sprzedać całość za przysłowiową złotówkę, podstawimy rzecz jasna jakiegoś słupa, który to kupi, potem zaoferujemy na innym rynku za godziwe pieniądze. I podzielimy się resztą, wystarczy na dwa pokolenia...

 I były jeszcze kredyty, które dostawał ten łysy, ale ten z pomysłem na biznes już nie. Częstotliwości dawnych wojskowych urządzeń nadawczych. Mniejsze wyroki - bo na przykład mniejsze żądania prokuratorskie. Zezwolenia na import dla kolegów, z blokadą dla ich wrogów. Miejsca do składowania czegokolwiek, bo daleko od żywych i ludzkich zabudowań. Wreszcie szeptane na ucho bezcenne informacje: to już jutro, no wiesz, załatwiłeś co trzeba? Bo jeśli tak, to masz kasę. Jeśli nie, to wąchasz kwiatki od spodu, a w najlepszym wypadku dostałeś finansowo tak w skórę, że się nawet wnuki nie podniosą.
 

Podobnych manewrów na przełomie lat 80. i 90. było bez liku, w każdej skali i w każdym Polski miejscu. Też w każdej możliwej konfiguracji i pomieszaniu. Nie ma sensu tego wymieniać. Wymyślono nawet swoiste usprawiedliwienie: oto z porządnych przedtem ludzi wyszły jakieś pazerne na dobra zwierzęta, nauka nie potrafi wytłumaczyć skąd to się bierze, pewnie ułomność ludzkiej natury. Czy aby na pewno lata minione nie znają identycznie przeprowadzanych czynności? Nie jest tak. Wystarczy przed latem pojechać do niektórych mazurskich miejscowości i popytać o losy dawnych zabudowań po tak zwanych autochtonach. Jasne, połączono ich z rodzinami pod Hamburgiem czy Lubeką. Ale to, co zostało na miejscu, rychło znalazło swego właściciela. No i co z tego, że nie miejscowy, tylko jakiś „warszawiak" z komitetu? Zgadza się wszystko w papierach gminnych? Zgadza. Są akty własności, jest nawet stosowna umowa kupna. Nie, no pewnie, że złotówka to może i mało. Ale po co tym zaprzańcom były wtedy potrzebne złotówki w Reichu? I pościel, i garnki, i zastawy stołowe, meble też?...

Kiedy pewnego dnia weszło w życie prawo umożliwiające swobodny obrót walutą zagraniczną - na zachodniej granicy w piętnaście minut potem otworzyły swe podwoje kantory przygotowane przez późniejszego senatora Aleksandra Gawronika. Dobrze poinformowani dokładnie wiedzieli, którego dnia i o której godzinie roku 1991, za finansowych rządów Balcerowicza, nastąpi tak zwane urealnienie ceny dolara. Wymienili, co trzeba, na co należy w odpowiednim czasie - i odjechali, bogatsi trzy-cztery razy. Raczkujące systemy informatyzacji umożliwiły zaistnienie oscylatora Bagsika i Gąsiorowskiego, niezbyt powszechne komputery okazały się zbyt słabe wobec informacji przekazywanej bezpośrednio, od człowieka do człowieka. Trudno nawet powiedzieć, że wszyscy ci nowobogaccy pałali tak wielką miłością do sztuki, czyli tych przysłowiowych skrzypeczek, że za świeżo „zarobione" pieniądze pokupowali ileś dzieł płócien mistrzów - bo tylko naiwny nie wie, iż inwestowanie w antyki i w ogóle w sztukę jest od lat jednym z lepszych interesów. Tak się zresztą składa, że kiedy pewnego dnia imperium Bagsika i Gąsiorowskiego rozleciało się pod ostrzałem prokuratorskich listów gończych, to na stróża pozostawionych dóbr natychmiast zgłosił się właśnie Gawronik. I tak dzielnie pilnował, że wkrótce i jego oskarżono o „zagospodarowanie" kilku co cenniejszych składników zasekwestrowanego mienia. Poprzedni właściciele zdołali jednak wywieźć za granice to, co wywieźć było najłatwiej: żywą kasę. Poprzez Szwajcarię trafiła, jak wiadomo, nad Morze Śródziemne, pewnie w okolice Hajfy.

To wszystko działo się w górnych strefach chmur. Pod nimi kręcono małe i całkiem malutkie lody, ot tyle, by wystarczyło na nowe własnościowe mieszkanie plus mało używanego Jaguara. Co jest oczywiście hasłem wywoławczym, bo żaden porządny geszefciarz tamtych czasów przełomu nie zhańbiłby się i nie naraził kupowaniem czegoś tak ostentacyjnego. Mniejsi wiedzieli bowiem aż nazbyt dobrze, że będą ścigani bez zmiłowania, w imię zasady, że teren łowów dużego drapieżnika z definicji wyklucza równoległe istnienie drapieżników mniejszych. Kupowano już raczej ziemię, na szwagierki i ciotki, na kuzynów z zespołem Downa, na byle kogo, byle niezwiązanego z lewą produkcją półlitrówek, powstających na bazie paliw rakietowych przemijającego właśnie sowieckiego mocarstwa. W tym miejscu dodam tyle, że właśnie mali „biznesmeni" okazali się prawdziwymi innowatorami w dziedzinie sprowadzania i instalowania najnowszych urządzeń technicznych. Na przykład tampomatów do drukowania stosownych znaków na nakrętkach lewych butelek czy bardziej skomplikowanych maszyn, udatnie podrabiających znaki akcyzowe. Trudno się temu dziwić: jak bowiem doniosły kilka lat później policyjne raporty, w pierwszej fazie przełomu politycznego to właśnie w Polsce produkowano najdoskonalsze dolary i marki. A zdolna młodzież chemiczna opracowała tak proste metody produkcji amfetaminy, że nie śniło się o tym ludziom nawet w odległej Ameryce...

W kilku minionych latach po wielokroć wspominano - rzekomo rewolucyjne w dążeniu do swobód gospodarczych - ustawy Rakowskiego i Wilczka. Ich innowacyjność polegała w istocie na tym, że pewnego dnia pod koniec roku 1988 padło wskazanie „Bogaćcie się - już wolno!" - tyle, że zawołanie owo skierowane było nie do tak zwanego ogółu społeczeństwa, a do tych partyjnych kolesiów, którzy byli na odpowiedniej liście „znajomych i przyjaciół królika". Bo do banku po odpowiednio wysoką pożyczkę teoretycznie mogli iść wszyscy, problem polegał wszakże na tym, że pieniądze otrzymywali wybrani. Ci odrzuceni zatem metodą eliminacji niemożliwych do zrealizowania rozwiązań, łacno dochodzili do wniosku, że jak nie da się jedną drogą, to trzeba spróbować inną. A że ta inna nie była z reguły tak do końca legalna - podlegali takiej mniej więcej próbie losu, jaka spotyka lisa gonionego przez psią sforę. Niektórym lisom się udaje - większości niestety nie. Efekty myśliwskich zabiegów wiele lat opisywane były jako widomy triumf sprawiedliwości.

Tymczasem gdzieś w kącie, po cichu, wskazanym osobom udzielano pożyczek już nie bankowych, ale pochodzących z kont, o które nikt nie pytał. Coś tam komuś zostało po nieszczęsnym Pewexie, fundusz socjalny jednej czy drugiej młodzieżowej organizacji ratował skórę członkowi kierownictwa, pod stołem przekazywano sobie paczki i paczuszki za właściwe potraktowanie sprawy - słowem: gotówka krążyła, jak to krąży złoty pieniądz. I oczywiście nie miała nic wspólnego z prostą kradzieżą, o co to, to nie...

Prężne kręgi nowej, „niezależnej" prasy właśnie przystępowały do szeroko zakrojonej akcji odwracania pojęć, więc posługiwanie się takimi kwantyfikatorami, jak „nieprzyzwoity" nie wchodziło w grę. Mówiło się raczej „otwarty, z inicjatywą, przewidujący, czuły na zdrowe impulsy pochodzące ze wschodzących rynków..." A wyciągnięte spod poduszki nowe mafie, w istocie składające się ze starych współpracowników i delatorów pod równie starym dowództwem, tak długo pozostawały bezkarne, jak długo ich rzekomym liderom nie przychodziło do nisko osadzonych łbów pogrywanie na własną rękę. Wówczas jako towar sezonowy trafiali na czołówki gazet, a wkrótce potem do pierdla. I tylko od ich mołojeckiej rozwagi, dyktującej tempo rozwiązywania się języków zależało, ile jeszcze pożyją; jak wiadomo z doniesień ostatnich miesięcy „samobójstwa w polskich więzieniach zdarzały się i będą zdarzać dalej". No, chyba że któremuś udało się wyjechać do odległej Hiszpanii i tam udawać, że nie jest słowikiem... Gdybyż jeszcze nieszczęsnemu idiocie przyszło do głowy, że zwiewanie do bastionu zachodniego socjalizmu nie jest najlepszym pomysłem - wszystko do dzisiaj byłoby w porządku. A tak...

Zatem kto komu co ukradł? Oficjalnie nikt nikomu niczego nie zwinął, zadbano bowiem o to, by proste pojęcia uzależnić od... prawomocnych wyroków sądowych! Nie ma wyroku - nie ma kradzieży. Nie wolno nawet myśleć inaczej. I cóż z tego, że setki ludzi dokładnie potrafią wskazać winowajców? Na przykład w aferze FOZZ-u, mienia związkowego, upadłych rzekomo fabryk, mleczarni, zakładów produkujących śrubki, kable telefoniczne i licho wie co jeszcze. Na straży rozpyskowanych języków stoi „państwo prawa", o które kiedyś, na początku transformacji, tak skrzętnie zadbali funkcjonariusze „Mumii Wolności".

Dawne przewiny zostały do dnia dzisiejszego tak skrzętnie zagmatwane, że ci, którzy „załatwiali", „organizowali" i wprost kradli, wiedzą, o co chodzi. Oczywiście wiedzą - ale nie powiedzą. Nie ma co się dziwić: człowiek nawet „nie do końca uczciwy" działa racjonalnie, a pobyty w polskich zakładach karnych do przyjemności nie należą. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że sprawiedliwość nie zna granic murów i krat, dosięga winowajców wszędzie - ale czy aby na pewno to właśnie „sprawiedliwość" taka, o jakiej stare pokolenia uczono w szkołach?

M.Z.
Ilustr. pixmac.pl 





czwartek, 14 lutego 2013

STAN WOJNY

Dokładnie tak właśnie: wypowiedziałem wojnę Polakom.eu.org  Za manipulanctwo właściciela, za przymus intelektualny stosowany wobec reszty zgromadzonych, za coś, co uważam za zwykłą głupotę i polit-poprawną gramotę. Wycofuje stamtąd wszelkie zobowiązania, obietnice i plany. Błędem było sądzenie, panie właścicielu, że jesteś najbardziej upartym człowiekiem na tej planecie i że możesz realizować każde plany. Ze mną nie. Nie będziemy wspólnie uprawiać pro-żydowskiej propagandy w warunkach narzuconego milczenia owiec - bo nigdy się na to nie godziłem i nie godzę nadal. Nie mam poglądów na kartki jak z ilustracji. I tego sobie wrzucić nie dam.

M.Z.
====================================
Jako PS: otrzymałem w komentarzach istotne pytanie o co tu w ogóle chodzi. Odpowiadam w tym miejscu, jest bardziej widoczne. Chcę powiedzieć:

Z tak zwanymi „prostymi pytaniami” jest zawsze ten kłopot, że trzeba na nie obszernie odpowiadać. Nie inaczej z tym pytaniem. Zatem po pierwsze MT w bardzo sprytny sposób galwanizuje ostre wystąpienia w sprawie żydów – po czym piętnuje je bez litości. Tworząc tym samym pewne ramy, w których blogerzy występujący na tej płaszczyźnie mają prawo się poruszać. Te ramy rodzą naturalny odpór. Bo jakże to tak, miała być wolność wypowiedzi i pełna swoboda, a jest kaganiec?! Taka polityka w bardzo prosty sposób odpowiada po wielokroć w sieci przywoływanej zasadzie, że nawet gdy antysemityzm (ten w ujęciu żydowskim) gdzieś nie występuje, to należy czym prędzej go stworzyć, ożywić. Z czego rodzą się kolejne nieporozumienia. Taki na przykład Michalkiewicz powiada od dawna, że ludzka spostrzegawczość polegająca na dostrzeżeniu 80-procentowej mniejszości w MSZ-cie jest utożsamiana z antysemityzmem. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że są takie czynności intelektualne, które choć same w sobie niewinne u podłoża są antysemickie. No bzdura, totalna, bezczelna bzdura! Nie myśleć, nie widzieć, żadnych teorii spiskowych – bo jeśli nie to przypniemy wam stosowną łatkę i nawet obrzezanie nic nie pomoże. To do jakiego poziomu jesteśmy spychani? Do zwierzęcego? No tak: krowa nie jest spostrzegawcza, nie popełnia żadnej myślozbrodni, więc w uznaniu jej „zasług” może się jeszcze kilka miesięcy popaść na polu…

Po drugie: te działania oglądane z pewnej odległości w zadziwiający sposób przypominają zestaw czynności, jaką wobec „ludności tubylczej” stosuje Gazeta Kłamliwa. Przywoływany tu Michalkiewicz opisuje to tak: „…to trzeba zepchnąć ich do poziomu zwierzęcego, promując gorszość natury ludzkiej. I „Gazeta Wyborcza” to właśnie robi - oczywiście w imię „postępu” i „nowoczesności”. Tak michnikowszczyna modernizuje nas, mniej wartościowy naród tubylczy, podobnie jak michnikowszczyna w innych państwach europejskich - inne europejskie narody. To nie szaleństwo - to metoda…”

Więc jak w tym świetle wygląda działanie administratora portalu Polacy.eu.org? Zakreślono użytkownikom dozwolone pola pisemnej penetracji rzeczywistości, postawiono strażnika – i dalej jazda, do działania drogie dzieci! Szukajcie wad i przywar w sobie, na zewnątrz spoglądać nie wolno, o pewnych oczywistościach wspominać „nie nada”, kara za odstępstwa będzie nieuchronna i surowa! Chrzań się sam, chłopczyku!

Dla mnie to czysty Ciemnogród. Nie da się w jego ramach prowadzić żadnych pertraktacji. Z takimi ludźmi układać się nie wolno. Stąd stan wojny.

M.Z.


środa, 13 lutego 2013

Czeski trójkąt



Motoryzacja dla wielu jej komentatorów od zawsze miała ścisłe związki z seksem. Powiadają, że w Ameryce większość seksualnych inicjacji dokonywała się na tylnej kanapie długiego na sześć metrów sedana rodziców. W Europie, a zwłaszcza tak zwanej socjalistycznej jej części, na początku lat 80-tych kłopoty metrażowe wnętrz samochodowych skutecznie blokowały rozwój potęgi przedszkolnej tych państw. No bo niby jak „to” zrobić w Trabancie? Maluchu? Albo które z naszych rodziców pożyczało nam Poloneza do wyczynów koedukacyjnych?
 
A jednak to w bloku socjalistycznym poznałem dżentelmena, dla którego motoryzacja, nadto francuska, zawsze już będzie mieć zabarwienie erotyczne.
Zacznijmy jednak od narysowania pewnego tła opowieści. Praga czeska, rok 1981, sierpień. Czasopisma młodzieżowe, pracowałem wtedy w jednym z nich, wymieniały się z sąsiadami załogą dziennikarską. Bo niby byliśmy w jednym obozie - tyle że w sąsiednich barakach. Przyjeżdżała do Warszawy z Pragi dajmy na to Jana, dostawała jakieś pieniądze za rzekomo wydrukowane u nas jej testy i akceptowała program turystyczny, jaki moja redakcja dla niej wymyśliła. Był więc Toruń, Malbork, Gdańsk, a potem festiwal piosenki w Sopocie. Zachwyt Jany nieopisany: ile u was wolno, ale macie dobrze i tak dalej. Potem krótko w Warszawie i obydwoje wsiadaliśmy do samolotu, leciałem na drugą zmianę do Pragi.

To naprawdę śliczne miasto! Kto nie wierzy niechaj pojedzie, nie będzie zawiedziony. Wtedy najbardziej podobały mi się oczywiście dziewczyny. Nieco mniej systemy wychowawcze, jakie stosowano wobec niesfornych politycznie… Chciałem napisać „dysydentów” – ale to wielka przesada. Kiedy poznałem Honzę pracował jako dozorca jednej ze starych praskich kamienic. Były asystent na miejscowej Akademii Sztuk Pięknych, wzięty malarz, napyskował jakiemuś partyjnemu profesorowi i dostał dwa lata takiej kary. Osiem godzin dziennie, przyozdobiony skórzanym fartuchem leniwie poruszał miotłą. Co jakiś czas popijając napój chłodzący z płaskiej butelki w papierowej torebce. Napój miał prawie sześćdziesiąt fikołków – ale Honza powiadał, że substytutów nie znosi i basta.

Wieczorem dozorca przekształcał się w rasowego playboya. Nie, dobrego auta, kupionego za pieniądze ze sprzedaży Austriakom cyklu aktów władza nie odebrała. Auto budziło mój szczery podziw, nigdy przedtem takiego nie widziałem. Była to bowiem Matra Murena. Dokładnie i bezwzględnie TRZYOSOBOWA! Tak, tak – obok fotela kierowcy mieściła się dwuosobowa konstrukcja dla pasażerów. Za plecami pierwszego i jedynego rzędu siedzeń wmontowano silnik o pojemności dwóch litrów. Mruczał pięknie, nie przeszkadzał w rozmowie, ale też jeździł jak szatan. Mógłbym powiedzieć, że była to całkowicie perwersyjna francuska odpowiedź na enerdowskiego Trabanta – karoseria Mureny była bowiem plastikowa, przymocowana starannie do kratownicowej konstrukcji nadwozia. Prawie jak Trabant – i w tym „prawie” krył się oczywiście cały urok Matry. A foteliki dla pasażerów miały jedną wadę – kusiły do przytulania się. I kiedy pierwszy raz siadłem obok tkwiącej już tam ślicznej narzeczonej Honzy (określił ją potem „model letni, trzymiesięczny”) ten przyjrzał mi się uważnie i krytycznie. No ale co niby miałem zrobić? Wystawić tyłek na zewnątrz?

Murena pokonywała praskie uliczki jak rakieta, zdaje się nie pierwszy raz, bo spacerujący tu ludzie (Praga żyje do późnej nocy!) machali na nasz widok ręką. Z tyłu jechała stale spóźniająca się czarna Wołga, pewnie sprawdzali komu to dzisiaj Honza napyskuje i jak go za to ukarać. A propos: czy ktoś wie, że czeska esbecja nazywała się „Najwyższe Bezpieczeństwo”? VB – Vezenaja Bezpecnost. Słowo daję!

Autorem pomysłu, który mojego czeskiego nowego przyjaciela zgubił byłem niestety ja sam. Otóż gdzieś dowiedziałem się, że nieopodal Pragi, mówiło się „Na Bertramce”, ma się odbyć pokaz mody uczniów szkół rzemieślniczych. Sami uczniowie poprzebierają się w swoje projekty i je zademonstrują. Bardzo chciałem mieć zdjęcia z tego zdarzenia. No i pojechaliśmy tam z samego rana, czeska redakcja nie mogąc wysłać swego kierowcy uprosiła u tajniaków zezwolenie dla Honzy. Kolekcja była… nie wiem jaka. Bo modelki, zwane tam manekinkami… Honza czując zew rzucił się natychmiast do zalotów. Kusił, biegał w tę i tamtą stronę, wymachiwał rękoma – aż wreszcie podszedł do mnie i powiedział, że bardzo przeprasza, ale muszę tu poczekać na redakcyjny wóz, on ma właśnie dwie nowe narzeczone i do Matry już się żadną miarą nie zmieszczę. Rozumiałem go.

Dwa dni później zaproszenie na wieczór do Honzy. Duże, ładne mieszkanie na parterze, mnóstwo nieznanych mi ludzi, a ci znani to wyłącznie ze szkoły rzemieślniczej. Lekko podpity gospodarz łapie mnie za ramię już w przedpokoju i melduje wprost, że to wszystko moja wina. Że on to przeze mnie z tą Jitką i Miszą – i teraz nie wie co dalej. Bo one go chyba naprawdę kochają po grób. Tak zresztą jak same siebie. I to jest miłe, ale okropnie męczące. Odpaliłem, że chyba nie po to kupował trzyosobową Murenę, żeby do towarzystwa zapraszać na przykład brata Jitki. Wzrok miał ponury, kiedy ripostował: ty Polak to masz łeb, wszystko sobie wytłumaczysz. No ale dobra, widać tak miało być. Siadaj i polej sobie, nie, nie z tej, to dla zwykłych gości, weź tę brązową butelkę zza lustra…

Dla jasności technicznej: Matry Bagheery i Mureny są dzisiaj na rynku classic carów prawdziwym rarytasem. Dla porządku kronikarskiego: na Salonie 24, gdzie opublikowałem pierwszy odcinek samochodowo-historyczny, krew lała się gęsto, proszono mnie, by w kolejnym odcinku opowieści nikt do nikogo nie strzelał. No to nie strzela. Za to jest sex – a nawet może i sieben… 
To nie tak? No może i nie tak…

M.Z.

wtorek, 12 lutego 2013

ATOMIZACJA



Jak wiadomo – to rozproszenie, oddzielenie, brak kontekstu i ogólnie degrengolada. W tym świetle mnogość pączkujących platform wymiany politycznych myśli i wrażeń można oceniać tylko jak najgorzej. Z drugiej strony może nie jest tak źle, gdy o wielu portalach tego typu pomyślimy jako o firemkach zarządzanych twardą ręką przez ich właścicieli. Trudno dzisiaj założyć, że agentura ma ich wszystkich w kieszeni. Chociaż z drugiej strony…

Z drugiej strony jest tak, że niewielkie grupy ludzkie nadal nie są w stanie wypracować schematu wewnętrznej poza-internetowej komunikacji. Nie mówiąc już o czymś takim, jak współpraca międzyportalową… Stąd najpewniej zawodowym manipulatorom coraz łatwiej jest przekierowywać ludzkie zainteresowanie w kierunku, który gdyby nie był  prawdziwy – byłby śmieszny. O czym mówię? Oto na przykład dzisiaj rano, akurat wlewam wodę do kawy, na temat ustąpienia z funkcji papieża w Radiu dla Ciebie „płomienną” przemowę wygłasza niejaki Piotr Śmiłowicz. Lewak, oportunista i pieczeniarz właściwie skończony na każdym portalu nie-onetowskim. Spaślak ów stawia tezę, że to wszystko najpewniej za sprawą odrzucenia przez Kościół kierowany ręką obecnego papieża związków partnerskich. Teza jest tak porażająco głupia, ze właściwie nie ma nawet o czym gadać. A jednak ileś tam osób wkrótce po wysłuchaniu tej męskiej (?) Baby Jagi idzie do metra czy autobusu i podświadomie zastanawia się jakby tu idiocie odpowiedzieć. Ten zaciera łapki: trafiło, teraz muszą się męczyć nie z tym, co sami wymyślili, ale z tym, co im właśnie podrzuciłem! Tak, proszę Państwa – tak działa współczesna propaganda. Tak manipuluje. Z czeluści metra nikt natychmiast nie odpowie idiocie, że bredzi. Opór ujawni się nie wcześniej, jak za jakieś dwie-trzy godziny. Tyle czasu zatruta strzała będzie tkwić w ranie. Właściwie, pardon, chciałem powiedzieć: w dupie słuchacza…

I tyle trwa każdorazowo popularność celebrytów ględzących zawsze o tym, na czym się kompletnie nie znają. Pisałem kiedyś o pewnej pani malarce, która z lubością i od lat dywaguje na temat swych licznych mężów, co jeden to „piękniejszy”  i „mundrzejszy” – i posiadania oraz wychowywania dzieci. Ilość wejść na jej blog początkujących może przyprawić o zawał serca: milion, dwa miliony, już można zaproponować zamieszczanie obok bzdetów płatnych reklam. Głupota samonapędzająca się? Zapewne tak. Na dłuższą metę te wyznania burdelmamy o dziewictwie nie mają żadnego znaczenia. Ale ile krwi napsują…

Tymczasem normalni, a zaprzyjaźnieni nadal nie mają miejsca, w którym można spotkać się osobiście i chwile pogadać patrząc na interlokutora z małej odległości. Nie współpracujemy też z nikim. Ta nitka międzyludzkich kontaktów została kiedyś skutecznie amputowana. Stąd agenturze bez względu na nazwę i podległość tak łatwo jest poruszać się pomiędzy zatomizowanymi planetkami propagandowego oporu. Oni robią swoje – my swoje. Tyle że „ich” jest nie tyle więcej, co sprytniej się poruszają nie tracąc łączności z „centralą”. Szkoda…

M.Z.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Z-MARTWYCH-Wstanie?



Najpierw powinienem napisać to: każdy ma swojego gryzia, co go moli (a może to trzeba inaczej zapisać?). To znaczy sieciową postać, fizyczną osobę, sytuację, której obawia się jak diabeł święconej wody. Nie jestem tu wyjątkiem. Najbardziej boję się stanów niedo-określoności: gdy nie wiem z kim rozmawiam, nie wiem o czym i nie wiem czemu to wszystko ma służyć. Niedawno na skutek kłótni dworskiej zniknął z naszych ekraników Nowy Ekran. Dzisiaj jest w sieci ponownie, jakby nic się nie stało. Jest tam co prawda tłumaczenie R. Opary – ale jak już rzecz definiowałem w poprzednich tekstach o tej sprawie - po zupacku mętne i wykrętne. W Polakach.eu z jednej strony manieryzm, z drugiej wola konkretu. Pierwsze śmieszy, drugie cieszy…

Są już ponownie w nowym wyświetleniu NE postaci dobre, bardzo dobre, średnio dobre i zupełnie kiepskie. Co mówię na podstawie arbitralnej oceny ich tekstów. Na własny użytek mam prawo dokonywać takich podziałów – i publikować ich wyniki na prywatnym blogu. No więc z niepokojem odnotowuję, że z Legionu Św. Ekspedyta (poważnie coś takiego powstało!) sfrunęła do NE Pastereczka Circ. Postać dla mnie tak obrzydliwa, że właściwie nie ma co się dalej gimnastykować w podobnym towarzystwie. Jest gość bredzący kiedyś o Syrii, paru specjalistów-nibyekonomistów i garstka zwykłych, nie napuszonych blogerów. Czytam ich z przyjemnością, sam uważam się za „zwykłego” i wyrażone na piśmie różne lęki i obawy takich ludzi przyjmuję z pełnym zrozumieniem. A względem tych „bredzących” tyle mam do powiedzenia, że się nie dziwię – konia kują, więc na dźwięk młota żabki też się muszą zlecieć. Tak mają w genach zapisane…

Co dla innych portali oznacza powrót NE? Konieczność zdecydowanego podniesienia poziomu i jasności wypowiedzi. Ba, nawet wyraźniejsze sprofilowanie tego, co ich właściciele chcą osiągnąć. Tu myślę nie tylko o Polakach.eu ale też paru innych stronach. Z jedną z nich znowu mam ostatnio kłopot, od dłuższego czasu chcę coś przekazać jej właścicielowi – ale jeszcze żadna z tych operacji nie udała mi się do końca. Facet cały czas mami się przekonaniem, że cokolwiek dobrego (ale i darmowego!) zrobię dla idiotów, przez co podniosę rangę idiotyzmów do poziomu minimum normalności. Niedoczekanie!

U Polaków.eu propozycja stworzenia działu, który ja nazywam wprost „Jak przeżyć”. To dobry kierunek myślenia! Mówiłem o podobnych treściach od zawsze – to znaczy w Polakach.eu od chwili, w której zacząłem jakąś tam swoją aktywność. Temu miały służyć prywatne kontakty i spotkania, nie wszystko da się wyeksplikować w sieci czy na konkretnym portalu. Tak, tak, służby czuwają! Latem ubiegłego roku niewiele brakowało by do takiego poważnego spotkania doszło, niestety nie udało się, właściciel miejsca, w którym mieliśmy to wszystko obgadać w szczegółach prawdopodobnie z niskich, pijackich powodów został zamordowany. Pisałem o tym w opowiastce o Ikarze, kto zechce znajdzie u mnie na stronie. Czy więc dać sobie spokój? Zdecydowanie NIE! Wielu z nas jak się okazało ma różne praktyczne umiejętności, praktyczną wiedzę nie podlegającą interpretacji (Zenek Jaszczuk zna się na miodzie, ja na mechanice samochodowej i rynku prasowym, są pomiędzy nami osoby z wiedzą farmaceutyczną, prawną, informatyczną). Z maleńkich odprysków można złożyć mniej czy bardziej udatny większy kawałek. Na razie zabrakło nie tyle może woli, co zagrały typowo polskie cechy: nadmierny indywidualizm czy chęć pokazania się od strony umiejętności przywódczych. Te ostatnie zamierają stopniowo, żegnam je bez żalu, jak pożegnałem teorię Cywilizacji Polskiej i jej autora. Bez żalu – ale też i bez wiecznego wzdychania „Jaka szkoda!”. Dzisiaj ważniejsze okazują się skuteczne sposoby leczenia przeziębień, niż dywagacje na temat zaratustrianizmu czy panslawizmu. Kiedy w roku 2012 podróżowaliśmy „Pod Ule” albo nad Wiznę okazało się, że w pierwszym wypadku mamy znakomitego kierowcę-babę, w drugim równie znakomitą i dociekliwą reporterkę – o czym obie panie zdawały się nic nie wiedzieć, albo wiedzieć mało. Z tych drobiazgów w połączeniu z innymi da się już coś ulepić. Przynajmniej na początek…

Więc może ta nadchodząca wiosna okaże się lepsza dla spełnionych nadziei, niż poprzednia?

M.Z.

Fot. http://www.google.pl/imgres?um=1&hl=pl&client=firefox-a&sa=N&tbo=d&rls=org.mozilla:pl:official&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbnid=fCy9ULc6WgotTM:&imgrefurl=http://www.garnek.pl/aolsza/4030318/idzie-wiosna&docid=uz8BpwIRB9K-WM&imgurl=http://x.garnek.pl/ga4126/1f3e30a4707ceba4030318a3/idzie_wiosna.jpg&w=640&h=480&ei=QowPUdm_KcmOswbZioD4Bg&zoom=1&ved=1t:3588,r:61,s:0,i:287&iact=rc&dur=5388&sig=108022946922180065072&page=4&tbnh=180&tbnw=259&start=56&ndsp=20&tx=41&ty=168

piątek, 1 lutego 2013

DURNIE



Natura nie znosi próżni… Po upadku Nowego Ekranu nasze małe ekraniki zalewa potop diagnoz i wskazań jak ludziom zrobić dobrze i jak zagospodarować tę przestrzeń, która po cudzej śmierci właśnie się ujawniła. Legiony świętych (na przykład św. Ekspedyta), ale też naiwnych („będę Łażącego kochać dalej”), niedowiarków, krytykantów, specjalistów inżynierii społecznej (a broń nas Panie Boże przed tą hałastrą!) – wszystko to działa, gada na wyprzódki i przepisuje darmowe recepty na szczęśliwość wiekuistą.  

Wszystkich przebił jednak pewien dureń, który gdzieś tam, już nie pamiętam gdzie, publicznie ogłosił, że póki nie wyzdychają wszyscy urodzeni w PRL-u – to „mądrzy” szansy nie mają. Masz rację w jednym, dzieciaku disco-polo: nie masz szansy. Ani wtedy – ani dzisiaj czy jutro.

Tak przy okazji: ci PRL-owcy z urodzenia to faktycznie niezła banda! Oportuniści, pieczeniarze, zdrajcy i anty-patrioci… No bo przecież gdyby było inaczej to zastrzelili by Gomułkę, nie uwierzyli Gierkowi i wysłali z powrotem do Moskwy Jaruzelskiego. A nie zrobili tego. Ba, oni nawet usiłowali jakoś tam przeżyć w tych ciemnych czasach. Zapisywali się do spółdzielni mieszkaniowych i czekali na swoje M-ileś. Cieszyli się jak dzieci z kupna wyrobu motoryzacyjnego czekoladopodobnego Fiat 126, słuchali Skaldów i Czerwonych Gitar, ba, nawet szczypali socjalistyczne koleżanki i próbowali następnie rozmnażać się! Istne horrendum, prawda? Ale czyż Najmilszy Durniu istniał byś dzisiaj i wypowiadał swe głębokie przemyślenia bez tego wszystkiego?

Niektórzy powiadają, że nie mogą brukać wspomnień własnej młodości, więc w owym peerelu doszukują się wyłącznie miłych rzeczy i zdarzeń. Ja tę młodość tam właśnie mam ulokowaną, wspomnień nie da się przecież przenieść ani za granicę, ani w inny czas. Kiedy jednak rozmarzę się ponad stan z ciemności obok wychodzi jedna z typowych dla epoki postaci - na przykład tłusta zalotnica ze sklepu mięsnego – i już jestem gotów pisać podanie do Pana Boga o przyznanie mi tytułu kombatanta. Z powodu niezliczonych cierpień natury moralnej i egzystencjalnej. A także – tu ukłon w stronę zalotnicy – doznań estetycznych, które wyłącznie za sprawą niezwykle silnej woli nie uczyniły ze mnie impotenta lub zboczeńca. Bo prawić karesy takiej damie to nawet coś więcej, jak zboczenie. To po prostu zbrodnia! Zaś za czynienie z nią jakichkolwiek manewrów prokreacyjnych sprawców winno się publicznie łamać kołem...

Ale jest jeszcze coś, o czym chciałem tu opowiedzieć. Coś trudno opisywalnego wprost. Posłużę się zatem przykładem. Wiele lat temu miałem pojechać zimą do Zakopanego po żonę i córkę, które właśnie zakończyły dwutygodniowy pobyt w domu wypoczynkowym.

Pojechać w podróż 400 kilometrów to nie było wtedy takie hop-hop. Należało pożyczyć od sąsiada z piętra wyżej dwie mniej łyse opony do Fiata 126. Od tego z trzeciej klatki pasek klinowy, miał kilka od pralki Frani, świetnie się nadawały. Akumulator przywiózł szwagier, złamany fotel wzmocniłem starym paskiem od spodni. I w drogę!

Wyjechałem w środku nocy. Gdzieś tak około piątej nad ranem gimnastyczne wyczyny na nie rozkładanym foteliku zmęczyły mnie na tyle, że zjechałem z gierkówki gdzieś, gdzie było jasno i cicho. W pobliże ogrodzonego i sowicie oświetlonego kompleksu magazynów. Posiedzę sobie trochę, odpocznę – i jedziemy dalej. Silnik kaszlnął i zatrzymał się, powoli otworzyłem skrzypiące drzwi. Wokół zupełna cisza, buczał pobliski słup oświetleniowy i skrzypiał śnieg, jakby na mróz. Po kilku sekundach wszystkie te dźwięki stały się niesłyszalnym tłem, niczym. Nic nie jechało po pobliskiej drodze, nic nie leciało, nie szczekało i nie piszczało. Było absolutnie pusto.

Dla mnie ten cały cholerny peerel bywa taką właśnie pustką. Albo lepiej: maszyną do wytwarzania pustki. Ktoś oszukiwał, kradł, puszył się, bogacił na zielonych wędlinach, uprawiał dla korzyści aprowizacyjnych seks z paskudnymi ekspedientkami, kupował im deficytowe rajstopy – ale to właśnie była ta pustka. Taka jak w kuchni przy lodówce – chwila, w której silnik już nie działa, ale w przewodach coś się porusza. Ni to buczy, ni to syczy… Pustka w krystalicznie czystej formie. Niestety wtedy żyłem realnie. Nie jako winny pustki - ale jako w niej przemocą zanurzony.

Dzisiaj mogę wrócić przed klawiaturę. Wtedy nie było wyjścia. Nie było klawiatur – ale nie było też tylu durniów wymienionych na wstępie.

M.Z.