czwartek, 14 lutego 2013

STAN WOJNY

Dokładnie tak właśnie: wypowiedziałem wojnę Polakom.eu.org  Za manipulanctwo właściciela, za przymus intelektualny stosowany wobec reszty zgromadzonych, za coś, co uważam za zwykłą głupotę i polit-poprawną gramotę. Wycofuje stamtąd wszelkie zobowiązania, obietnice i plany. Błędem było sądzenie, panie właścicielu, że jesteś najbardziej upartym człowiekiem na tej planecie i że możesz realizować każde plany. Ze mną nie. Nie będziemy wspólnie uprawiać pro-żydowskiej propagandy w warunkach narzuconego milczenia owiec - bo nigdy się na to nie godziłem i nie godzę nadal. Nie mam poglądów na kartki jak z ilustracji. I tego sobie wrzucić nie dam.

M.Z.
====================================
Jako PS: otrzymałem w komentarzach istotne pytanie o co tu w ogóle chodzi. Odpowiadam w tym miejscu, jest bardziej widoczne. Chcę powiedzieć:

Z tak zwanymi „prostymi pytaniami” jest zawsze ten kłopot, że trzeba na nie obszernie odpowiadać. Nie inaczej z tym pytaniem. Zatem po pierwsze MT w bardzo sprytny sposób galwanizuje ostre wystąpienia w sprawie żydów – po czym piętnuje je bez litości. Tworząc tym samym pewne ramy, w których blogerzy występujący na tej płaszczyźnie mają prawo się poruszać. Te ramy rodzą naturalny odpór. Bo jakże to tak, miała być wolność wypowiedzi i pełna swoboda, a jest kaganiec?! Taka polityka w bardzo prosty sposób odpowiada po wielokroć w sieci przywoływanej zasadzie, że nawet gdy antysemityzm (ten w ujęciu żydowskim) gdzieś nie występuje, to należy czym prędzej go stworzyć, ożywić. Z czego rodzą się kolejne nieporozumienia. Taki na przykład Michalkiewicz powiada od dawna, że ludzka spostrzegawczość polegająca na dostrzeżeniu 80-procentowej mniejszości w MSZ-cie jest utożsamiana z antysemityzmem. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że są takie czynności intelektualne, które choć same w sobie niewinne u podłoża są antysemickie. No bzdura, totalna, bezczelna bzdura! Nie myśleć, nie widzieć, żadnych teorii spiskowych – bo jeśli nie to przypniemy wam stosowną łatkę i nawet obrzezanie nic nie pomoże. To do jakiego poziomu jesteśmy spychani? Do zwierzęcego? No tak: krowa nie jest spostrzegawcza, nie popełnia żadnej myślozbrodni, więc w uznaniu jej „zasług” może się jeszcze kilka miesięcy popaść na polu…

Po drugie: te działania oglądane z pewnej odległości w zadziwiający sposób przypominają zestaw czynności, jaką wobec „ludności tubylczej” stosuje Gazeta Kłamliwa. Przywoływany tu Michalkiewicz opisuje to tak: „…to trzeba zepchnąć ich do poziomu zwierzęcego, promując gorszość natury ludzkiej. I „Gazeta Wyborcza” to właśnie robi - oczywiście w imię „postępu” i „nowoczesności”. Tak michnikowszczyna modernizuje nas, mniej wartościowy naród tubylczy, podobnie jak michnikowszczyna w innych państwach europejskich - inne europejskie narody. To nie szaleństwo - to metoda…”

Więc jak w tym świetle wygląda działanie administratora portalu Polacy.eu.org? Zakreślono użytkownikom dozwolone pola pisemnej penetracji rzeczywistości, postawiono strażnika – i dalej jazda, do działania drogie dzieci! Szukajcie wad i przywar w sobie, na zewnątrz spoglądać nie wolno, o pewnych oczywistościach wspominać „nie nada”, kara za odstępstwa będzie nieuchronna i surowa! Chrzań się sam, chłopczyku!

Dla mnie to czysty Ciemnogród. Nie da się w jego ramach prowadzić żadnych pertraktacji. Z takimi ludźmi układać się nie wolno. Stąd stan wojny.

M.Z.


środa, 13 lutego 2013

Czeski trójkąt



Motoryzacja dla wielu jej komentatorów od zawsze miała ścisłe związki z seksem. Powiadają, że w Ameryce większość seksualnych inicjacji dokonywała się na tylnej kanapie długiego na sześć metrów sedana rodziców. W Europie, a zwłaszcza tak zwanej socjalistycznej jej części, na początku lat 80-tych kłopoty metrażowe wnętrz samochodowych skutecznie blokowały rozwój potęgi przedszkolnej tych państw. No bo niby jak „to” zrobić w Trabancie? Maluchu? Albo które z naszych rodziców pożyczało nam Poloneza do wyczynów koedukacyjnych?
 
A jednak to w bloku socjalistycznym poznałem dżentelmena, dla którego motoryzacja, nadto francuska, zawsze już będzie mieć zabarwienie erotyczne.
Zacznijmy jednak od narysowania pewnego tła opowieści. Praga czeska, rok 1981, sierpień. Czasopisma młodzieżowe, pracowałem wtedy w jednym z nich, wymieniały się z sąsiadami załogą dziennikarską. Bo niby byliśmy w jednym obozie - tyle że w sąsiednich barakach. Przyjeżdżała do Warszawy z Pragi dajmy na to Jana, dostawała jakieś pieniądze za rzekomo wydrukowane u nas jej testy i akceptowała program turystyczny, jaki moja redakcja dla niej wymyśliła. Był więc Toruń, Malbork, Gdańsk, a potem festiwal piosenki w Sopocie. Zachwyt Jany nieopisany: ile u was wolno, ale macie dobrze i tak dalej. Potem krótko w Warszawie i obydwoje wsiadaliśmy do samolotu, leciałem na drugą zmianę do Pragi.

To naprawdę śliczne miasto! Kto nie wierzy niechaj pojedzie, nie będzie zawiedziony. Wtedy najbardziej podobały mi się oczywiście dziewczyny. Nieco mniej systemy wychowawcze, jakie stosowano wobec niesfornych politycznie… Chciałem napisać „dysydentów” – ale to wielka przesada. Kiedy poznałem Honzę pracował jako dozorca jednej ze starych praskich kamienic. Były asystent na miejscowej Akademii Sztuk Pięknych, wzięty malarz, napyskował jakiemuś partyjnemu profesorowi i dostał dwa lata takiej kary. Osiem godzin dziennie, przyozdobiony skórzanym fartuchem leniwie poruszał miotłą. Co jakiś czas popijając napój chłodzący z płaskiej butelki w papierowej torebce. Napój miał prawie sześćdziesiąt fikołków – ale Honza powiadał, że substytutów nie znosi i basta.

Wieczorem dozorca przekształcał się w rasowego playboya. Nie, dobrego auta, kupionego za pieniądze ze sprzedaży Austriakom cyklu aktów władza nie odebrała. Auto budziło mój szczery podziw, nigdy przedtem takiego nie widziałem. Była to bowiem Matra Murena. Dokładnie i bezwzględnie TRZYOSOBOWA! Tak, tak – obok fotela kierowcy mieściła się dwuosobowa konstrukcja dla pasażerów. Za plecami pierwszego i jedynego rzędu siedzeń wmontowano silnik o pojemności dwóch litrów. Mruczał pięknie, nie przeszkadzał w rozmowie, ale też jeździł jak szatan. Mógłbym powiedzieć, że była to całkowicie perwersyjna francuska odpowiedź na enerdowskiego Trabanta – karoseria Mureny była bowiem plastikowa, przymocowana starannie do kratownicowej konstrukcji nadwozia. Prawie jak Trabant – i w tym „prawie” krył się oczywiście cały urok Matry. A foteliki dla pasażerów miały jedną wadę – kusiły do przytulania się. I kiedy pierwszy raz siadłem obok tkwiącej już tam ślicznej narzeczonej Honzy (określił ją potem „model letni, trzymiesięczny”) ten przyjrzał mi się uważnie i krytycznie. No ale co niby miałem zrobić? Wystawić tyłek na zewnątrz?

Murena pokonywała praskie uliczki jak rakieta, zdaje się nie pierwszy raz, bo spacerujący tu ludzie (Praga żyje do późnej nocy!) machali na nasz widok ręką. Z tyłu jechała stale spóźniająca się czarna Wołga, pewnie sprawdzali komu to dzisiaj Honza napyskuje i jak go za to ukarać. A propos: czy ktoś wie, że czeska esbecja nazywała się „Najwyższe Bezpieczeństwo”? VB – Vezenaja Bezpecnost. Słowo daję!

Autorem pomysłu, który mojego czeskiego nowego przyjaciela zgubił byłem niestety ja sam. Otóż gdzieś dowiedziałem się, że nieopodal Pragi, mówiło się „Na Bertramce”, ma się odbyć pokaz mody uczniów szkół rzemieślniczych. Sami uczniowie poprzebierają się w swoje projekty i je zademonstrują. Bardzo chciałem mieć zdjęcia z tego zdarzenia. No i pojechaliśmy tam z samego rana, czeska redakcja nie mogąc wysłać swego kierowcy uprosiła u tajniaków zezwolenie dla Honzy. Kolekcja była… nie wiem jaka. Bo modelki, zwane tam manekinkami… Honza czując zew rzucił się natychmiast do zalotów. Kusił, biegał w tę i tamtą stronę, wymachiwał rękoma – aż wreszcie podszedł do mnie i powiedział, że bardzo przeprasza, ale muszę tu poczekać na redakcyjny wóz, on ma właśnie dwie nowe narzeczone i do Matry już się żadną miarą nie zmieszczę. Rozumiałem go.

Dwa dni później zaproszenie na wieczór do Honzy. Duże, ładne mieszkanie na parterze, mnóstwo nieznanych mi ludzi, a ci znani to wyłącznie ze szkoły rzemieślniczej. Lekko podpity gospodarz łapie mnie za ramię już w przedpokoju i melduje wprost, że to wszystko moja wina. Że on to przeze mnie z tą Jitką i Miszą – i teraz nie wie co dalej. Bo one go chyba naprawdę kochają po grób. Tak zresztą jak same siebie. I to jest miłe, ale okropnie męczące. Odpaliłem, że chyba nie po to kupował trzyosobową Murenę, żeby do towarzystwa zapraszać na przykład brata Jitki. Wzrok miał ponury, kiedy ripostował: ty Polak to masz łeb, wszystko sobie wytłumaczysz. No ale dobra, widać tak miało być. Siadaj i polej sobie, nie, nie z tej, to dla zwykłych gości, weź tę brązową butelkę zza lustra…

Dla jasności technicznej: Matry Bagheery i Mureny są dzisiaj na rynku classic carów prawdziwym rarytasem. Dla porządku kronikarskiego: na Salonie 24, gdzie opublikowałem pierwszy odcinek samochodowo-historyczny, krew lała się gęsto, proszono mnie, by w kolejnym odcinku opowieści nikt do nikogo nie strzelał. No to nie strzela. Za to jest sex – a nawet może i sieben… 
To nie tak? No może i nie tak…

M.Z.

wtorek, 12 lutego 2013

ATOMIZACJA



Jak wiadomo – to rozproszenie, oddzielenie, brak kontekstu i ogólnie degrengolada. W tym świetle mnogość pączkujących platform wymiany politycznych myśli i wrażeń można oceniać tylko jak najgorzej. Z drugiej strony może nie jest tak źle, gdy o wielu portalach tego typu pomyślimy jako o firemkach zarządzanych twardą ręką przez ich właścicieli. Trudno dzisiaj założyć, że agentura ma ich wszystkich w kieszeni. Chociaż z drugiej strony…

Z drugiej strony jest tak, że niewielkie grupy ludzkie nadal nie są w stanie wypracować schematu wewnętrznej poza-internetowej komunikacji. Nie mówiąc już o czymś takim, jak współpraca międzyportalową… Stąd najpewniej zawodowym manipulatorom coraz łatwiej jest przekierowywać ludzkie zainteresowanie w kierunku, który gdyby nie był  prawdziwy – byłby śmieszny. O czym mówię? Oto na przykład dzisiaj rano, akurat wlewam wodę do kawy, na temat ustąpienia z funkcji papieża w Radiu dla Ciebie „płomienną” przemowę wygłasza niejaki Piotr Śmiłowicz. Lewak, oportunista i pieczeniarz właściwie skończony na każdym portalu nie-onetowskim. Spaślak ów stawia tezę, że to wszystko najpewniej za sprawą odrzucenia przez Kościół kierowany ręką obecnego papieża związków partnerskich. Teza jest tak porażająco głupia, ze właściwie nie ma nawet o czym gadać. A jednak ileś tam osób wkrótce po wysłuchaniu tej męskiej (?) Baby Jagi idzie do metra czy autobusu i podświadomie zastanawia się jakby tu idiocie odpowiedzieć. Ten zaciera łapki: trafiło, teraz muszą się męczyć nie z tym, co sami wymyślili, ale z tym, co im właśnie podrzuciłem! Tak, proszę Państwa – tak działa współczesna propaganda. Tak manipuluje. Z czeluści metra nikt natychmiast nie odpowie idiocie, że bredzi. Opór ujawni się nie wcześniej, jak za jakieś dwie-trzy godziny. Tyle czasu zatruta strzała będzie tkwić w ranie. Właściwie, pardon, chciałem powiedzieć: w dupie słuchacza…

I tyle trwa każdorazowo popularność celebrytów ględzących zawsze o tym, na czym się kompletnie nie znają. Pisałem kiedyś o pewnej pani malarce, która z lubością i od lat dywaguje na temat swych licznych mężów, co jeden to „piękniejszy”  i „mundrzejszy” – i posiadania oraz wychowywania dzieci. Ilość wejść na jej blog początkujących może przyprawić o zawał serca: milion, dwa miliony, już można zaproponować zamieszczanie obok bzdetów płatnych reklam. Głupota samonapędzająca się? Zapewne tak. Na dłuższą metę te wyznania burdelmamy o dziewictwie nie mają żadnego znaczenia. Ale ile krwi napsują…

Tymczasem normalni, a zaprzyjaźnieni nadal nie mają miejsca, w którym można spotkać się osobiście i chwile pogadać patrząc na interlokutora z małej odległości. Nie współpracujemy też z nikim. Ta nitka międzyludzkich kontaktów została kiedyś skutecznie amputowana. Stąd agenturze bez względu na nazwę i podległość tak łatwo jest poruszać się pomiędzy zatomizowanymi planetkami propagandowego oporu. Oni robią swoje – my swoje. Tyle że „ich” jest nie tyle więcej, co sprytniej się poruszają nie tracąc łączności z „centralą”. Szkoda…

M.Z.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Z-MARTWYCH-Wstanie?



Najpierw powinienem napisać to: każdy ma swojego gryzia, co go moli (a może to trzeba inaczej zapisać?). To znaczy sieciową postać, fizyczną osobę, sytuację, której obawia się jak diabeł święconej wody. Nie jestem tu wyjątkiem. Najbardziej boję się stanów niedo-określoności: gdy nie wiem z kim rozmawiam, nie wiem o czym i nie wiem czemu to wszystko ma służyć. Niedawno na skutek kłótni dworskiej zniknął z naszych ekraników Nowy Ekran. Dzisiaj jest w sieci ponownie, jakby nic się nie stało. Jest tam co prawda tłumaczenie R. Opary – ale jak już rzecz definiowałem w poprzednich tekstach o tej sprawie - po zupacku mętne i wykrętne. W Polakach.eu z jednej strony manieryzm, z drugiej wola konkretu. Pierwsze śmieszy, drugie cieszy…

Są już ponownie w nowym wyświetleniu NE postaci dobre, bardzo dobre, średnio dobre i zupełnie kiepskie. Co mówię na podstawie arbitralnej oceny ich tekstów. Na własny użytek mam prawo dokonywać takich podziałów – i publikować ich wyniki na prywatnym blogu. No więc z niepokojem odnotowuję, że z Legionu Św. Ekspedyta (poważnie coś takiego powstało!) sfrunęła do NE Pastereczka Circ. Postać dla mnie tak obrzydliwa, że właściwie nie ma co się dalej gimnastykować w podobnym towarzystwie. Jest gość bredzący kiedyś o Syrii, paru specjalistów-nibyekonomistów i garstka zwykłych, nie napuszonych blogerów. Czytam ich z przyjemnością, sam uważam się za „zwykłego” i wyrażone na piśmie różne lęki i obawy takich ludzi przyjmuję z pełnym zrozumieniem. A względem tych „bredzących” tyle mam do powiedzenia, że się nie dziwię – konia kują, więc na dźwięk młota żabki też się muszą zlecieć. Tak mają w genach zapisane…

Co dla innych portali oznacza powrót NE? Konieczność zdecydowanego podniesienia poziomu i jasności wypowiedzi. Ba, nawet wyraźniejsze sprofilowanie tego, co ich właściciele chcą osiągnąć. Tu myślę nie tylko o Polakach.eu ale też paru innych stronach. Z jedną z nich znowu mam ostatnio kłopot, od dłuższego czasu chcę coś przekazać jej właścicielowi – ale jeszcze żadna z tych operacji nie udała mi się do końca. Facet cały czas mami się przekonaniem, że cokolwiek dobrego (ale i darmowego!) zrobię dla idiotów, przez co podniosę rangę idiotyzmów do poziomu minimum normalności. Niedoczekanie!

U Polaków.eu propozycja stworzenia działu, który ja nazywam wprost „Jak przeżyć”. To dobry kierunek myślenia! Mówiłem o podobnych treściach od zawsze – to znaczy w Polakach.eu od chwili, w której zacząłem jakąś tam swoją aktywność. Temu miały służyć prywatne kontakty i spotkania, nie wszystko da się wyeksplikować w sieci czy na konkretnym portalu. Tak, tak, służby czuwają! Latem ubiegłego roku niewiele brakowało by do takiego poważnego spotkania doszło, niestety nie udało się, właściciel miejsca, w którym mieliśmy to wszystko obgadać w szczegółach prawdopodobnie z niskich, pijackich powodów został zamordowany. Pisałem o tym w opowiastce o Ikarze, kto zechce znajdzie u mnie na stronie. Czy więc dać sobie spokój? Zdecydowanie NIE! Wielu z nas jak się okazało ma różne praktyczne umiejętności, praktyczną wiedzę nie podlegającą interpretacji (Zenek Jaszczuk zna się na miodzie, ja na mechanice samochodowej i rynku prasowym, są pomiędzy nami osoby z wiedzą farmaceutyczną, prawną, informatyczną). Z maleńkich odprysków można złożyć mniej czy bardziej udatny większy kawałek. Na razie zabrakło nie tyle może woli, co zagrały typowo polskie cechy: nadmierny indywidualizm czy chęć pokazania się od strony umiejętności przywódczych. Te ostatnie zamierają stopniowo, żegnam je bez żalu, jak pożegnałem teorię Cywilizacji Polskiej i jej autora. Bez żalu – ale też i bez wiecznego wzdychania „Jaka szkoda!”. Dzisiaj ważniejsze okazują się skuteczne sposoby leczenia przeziębień, niż dywagacje na temat zaratustrianizmu czy panslawizmu. Kiedy w roku 2012 podróżowaliśmy „Pod Ule” albo nad Wiznę okazało się, że w pierwszym wypadku mamy znakomitego kierowcę-babę, w drugim równie znakomitą i dociekliwą reporterkę – o czym obie panie zdawały się nic nie wiedzieć, albo wiedzieć mało. Z tych drobiazgów w połączeniu z innymi da się już coś ulepić. Przynajmniej na początek…

Więc może ta nadchodząca wiosna okaże się lepsza dla spełnionych nadziei, niż poprzednia?

M.Z.

Fot. http://www.google.pl/imgres?um=1&hl=pl&client=firefox-a&sa=N&tbo=d&rls=org.mozilla:pl:official&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbnid=fCy9ULc6WgotTM:&imgrefurl=http://www.garnek.pl/aolsza/4030318/idzie-wiosna&docid=uz8BpwIRB9K-WM&imgurl=http://x.garnek.pl/ga4126/1f3e30a4707ceba4030318a3/idzie_wiosna.jpg&w=640&h=480&ei=QowPUdm_KcmOswbZioD4Bg&zoom=1&ved=1t:3588,r:61,s:0,i:287&iact=rc&dur=5388&sig=108022946922180065072&page=4&tbnh=180&tbnw=259&start=56&ndsp=20&tx=41&ty=168

piątek, 1 lutego 2013

DURNIE



Natura nie znosi próżni… Po upadku Nowego Ekranu nasze małe ekraniki zalewa potop diagnoz i wskazań jak ludziom zrobić dobrze i jak zagospodarować tę przestrzeń, która po cudzej śmierci właśnie się ujawniła. Legiony świętych (na przykład św. Ekspedyta), ale też naiwnych („będę Łażącego kochać dalej”), niedowiarków, krytykantów, specjalistów inżynierii społecznej (a broń nas Panie Boże przed tą hałastrą!) – wszystko to działa, gada na wyprzódki i przepisuje darmowe recepty na szczęśliwość wiekuistą.  

Wszystkich przebił jednak pewien dureń, który gdzieś tam, już nie pamiętam gdzie, publicznie ogłosił, że póki nie wyzdychają wszyscy urodzeni w PRL-u – to „mądrzy” szansy nie mają. Masz rację w jednym, dzieciaku disco-polo: nie masz szansy. Ani wtedy – ani dzisiaj czy jutro.

Tak przy okazji: ci PRL-owcy z urodzenia to faktycznie niezła banda! Oportuniści, pieczeniarze, zdrajcy i anty-patrioci… No bo przecież gdyby było inaczej to zastrzelili by Gomułkę, nie uwierzyli Gierkowi i wysłali z powrotem do Moskwy Jaruzelskiego. A nie zrobili tego. Ba, oni nawet usiłowali jakoś tam przeżyć w tych ciemnych czasach. Zapisywali się do spółdzielni mieszkaniowych i czekali na swoje M-ileś. Cieszyli się jak dzieci z kupna wyrobu motoryzacyjnego czekoladopodobnego Fiat 126, słuchali Skaldów i Czerwonych Gitar, ba, nawet szczypali socjalistyczne koleżanki i próbowali następnie rozmnażać się! Istne horrendum, prawda? Ale czyż Najmilszy Durniu istniał byś dzisiaj i wypowiadał swe głębokie przemyślenia bez tego wszystkiego?

Niektórzy powiadają, że nie mogą brukać wspomnień własnej młodości, więc w owym peerelu doszukują się wyłącznie miłych rzeczy i zdarzeń. Ja tę młodość tam właśnie mam ulokowaną, wspomnień nie da się przecież przenieść ani za granicę, ani w inny czas. Kiedy jednak rozmarzę się ponad stan z ciemności obok wychodzi jedna z typowych dla epoki postaci - na przykład tłusta zalotnica ze sklepu mięsnego – i już jestem gotów pisać podanie do Pana Boga o przyznanie mi tytułu kombatanta. Z powodu niezliczonych cierpień natury moralnej i egzystencjalnej. A także – tu ukłon w stronę zalotnicy – doznań estetycznych, które wyłącznie za sprawą niezwykle silnej woli nie uczyniły ze mnie impotenta lub zboczeńca. Bo prawić karesy takiej damie to nawet coś więcej, jak zboczenie. To po prostu zbrodnia! Zaś za czynienie z nią jakichkolwiek manewrów prokreacyjnych sprawców winno się publicznie łamać kołem...

Ale jest jeszcze coś, o czym chciałem tu opowiedzieć. Coś trudno opisywalnego wprost. Posłużę się zatem przykładem. Wiele lat temu miałem pojechać zimą do Zakopanego po żonę i córkę, które właśnie zakończyły dwutygodniowy pobyt w domu wypoczynkowym.

Pojechać w podróż 400 kilometrów to nie było wtedy takie hop-hop. Należało pożyczyć od sąsiada z piętra wyżej dwie mniej łyse opony do Fiata 126. Od tego z trzeciej klatki pasek klinowy, miał kilka od pralki Frani, świetnie się nadawały. Akumulator przywiózł szwagier, złamany fotel wzmocniłem starym paskiem od spodni. I w drogę!

Wyjechałem w środku nocy. Gdzieś tak około piątej nad ranem gimnastyczne wyczyny na nie rozkładanym foteliku zmęczyły mnie na tyle, że zjechałem z gierkówki gdzieś, gdzie było jasno i cicho. W pobliże ogrodzonego i sowicie oświetlonego kompleksu magazynów. Posiedzę sobie trochę, odpocznę – i jedziemy dalej. Silnik kaszlnął i zatrzymał się, powoli otworzyłem skrzypiące drzwi. Wokół zupełna cisza, buczał pobliski słup oświetleniowy i skrzypiał śnieg, jakby na mróz. Po kilku sekundach wszystkie te dźwięki stały się niesłyszalnym tłem, niczym. Nic nie jechało po pobliskiej drodze, nic nie leciało, nie szczekało i nie piszczało. Było absolutnie pusto.

Dla mnie ten cały cholerny peerel bywa taką właśnie pustką. Albo lepiej: maszyną do wytwarzania pustki. Ktoś oszukiwał, kradł, puszył się, bogacił na zielonych wędlinach, uprawiał dla korzyści aprowizacyjnych seks z paskudnymi ekspedientkami, kupował im deficytowe rajstopy – ale to właśnie była ta pustka. Taka jak w kuchni przy lodówce – chwila, w której silnik już nie działa, ale w przewodach coś się porusza. Ni to buczy, ni to syczy… Pustka w krystalicznie czystej formie. Niestety wtedy żyłem realnie. Nie jako winny pustki - ale jako w niej przemocą zanurzony.

Dzisiaj mogę wrócić przed klawiaturę. Wtedy nie było wyjścia. Nie było klawiatur – ale nie było też tylu durniów wymienionych na wstępie.

M.Z.

środa, 30 stycznia 2013

JA, WARSZAWIAK NAPIĘTNOWANY - czyli o wszechmocy lokalnego "systemu"



Jak to po lekturze kilku ostatnich wpisów widać dowodnie – jako Polacy wojujemy ze sobą na różnych płaszczyznach. A gdy tylko można – „wyświadczamy” sobie najrozmaitsze świństwa. Ot tak, dla zasady, albo by pokazać „kto tu rządzi”. Niżej historyjka o drobiazgu. O nienawiści do ludzi, których los umieścił kiedyś w Warszawie, miejscu ich urodzenia, a później pobytu. Z tego powodu są najwyraźniej winni. Czemu winni? A bo to ma jakieś znaczenie? Winni, godni odtrącenia - i kropka!

Czy któremukolwiek z moich Czytelników przyszło by do głowy, by na przykład samochód mieszkańca Krakowa czy Ełku podrapać ostrym gwoździem? Nie wpuścić jego ogłoszenia do miejscowego portalu, podstawić nogę albo napluć do zupy? Z całą pewnością NIE! Ale to może dlatego, że mam do czynienia z normalnymi ludźmi... W drugą stronę - albo powiedzmy precyzyjniej "obok" - to już tak łatwo nie jest. Niżej krótka historyjka. To zdarzyło się naprawdę.

Otóż postanowiłem wyprowadzić się z mojego miasta. Do Ełku. Z różnych powodów – a wszystkie niczym złym nie podszyte. Należało więc pomyśleć o zamianie mieszkania. Jak dotrzeć do potencjalnie zainteresowanych podobną zamianą? To proste: publikując stosowne ogłoszenie w portalu ełckim. Jest taki i ma adres http://ogloszenia.infoserwiselk.pl  Wypełniłem przeto odpowiedni formularz, na którym wpisałem treść ogłoszenia. Tę oto:
  
„…Powierzchnia 82,5 m kw. Trzy śliczne, ustawne pokoje dobrze doświetlone i izolowane, budownictwo 2000 r. podziemny garaż, winda, ochrona, dwie toalety, garderoba. Dom z ochroną, podziemnym garażem. Niedaleko stacji metra Wilanowska, wokół wszystkie udogodnienia. Acha, mieszkanie jest w standardzie europejskim, nie gierkowskim - stąd TRZY pokoje, a nie pięć klitek. Zamienię na mniejsze ok. 60 m kw. W EŁKU!!!, szczegóły zamiany do uzgodnienia w kontakcie osobistym. Mieszkanie NIE JEST ZADŁUŻONE, w ofercie nie kryją się żadne podstępy czy zasadzki! Poważnym gwarantuję spokojną i rzeczową rozmowę. Proszę też o wstępne sformułowanie co mają Państwo wzamian do zaoferowania, być może później nastąpi dalsze uszczegółowienie, być może nie ma co się trudzić. Oferuję do zamiany towar wyjątkowej jakości i klasy, wątpię, by na dzisiejszym Mokotowie znalazł ktoś lepszą lokalizację. Pzdr!...”

Regulamin portalu (przeczytałem uważnie, a jakże!) wyraźnie mówi, że każde ogłoszenie jest moderowane, a treść ukazuje się mniej więcej po 24 – 48 godzinach. Czekam. 24, 36, 48 – nic. Piszę zatem do opiekunów strony maila. Oto jego treść in extenso:

„…Szanowni! Kilkadziesiąt godzin temu zamieściłem na stosownym formularzu ogłoszenie dotyczące zamiany mieszkania w Warszawie na mieszkanie w Ełku. W moim przekonaniu zawodowego dziennikarza ogłoszenie spełnia wszystkie zasady regulaminu prócz jednej: dowolności w publikowaniu przez Państwa wybranych inseratów. Chcecie - to puścicie. Nie chcecie - nie puścicie. No i nie puściliście. Chcę zapytać: dlaczego? Czyżby w tym portalu istniał aż taki nadmiar podobnych ofert? Jestem osobą istniejącą realnie, przedstawiam się pełnym imieniem i nazwiskiem, nie wprowadziłem do treści swojej oferty niczego obraźliwego czy niezgodnego z prawem i zwyczajem domeny publicznej. Będę zatem wdzięczny za wyjaśnienie co się stało…”

Odpowiedź, pisownia oryginalna:

„…Ogłoszenia weryfikuje "system" , dodatkowo sprawdzane są pezez moderatora.
Najczęstrze przyczyny odrzucenia opisane są w regulaminie: kategoria, powtarzanie, błędy w treści etc.

Każdego dnia odrzucanych jest wiele ogłoszeń i nie mamy czasu, aby przyczyny każdej takiej sytuacji śledzić indywidualnie. Tym bardziej, że podobnych zapytań otrzymujemy bardzo wiele, a praca moderatora serwisu "ogłoszenia" jest pracą dodatkową, wykonywaną bezpłatnie.

Z poważaniem,
J. Zambrzycki…”

Wkurzyłem się! Naprawdę. Dawno nie czytałem podobnych banialuk, nadto podpisanych pełnym nazwiskiem. Odpisałem tak:

„… Wie Pan co: ponieważ po wycofaniu poprzedniego, zdaniem Pana błędnego (bo jak inaczej odczytać te "męki", które Pan do mnie przesłał?) ogłoszenia usiłowałem przesłać inne, prostsze. Też nie weszło. Co się dzieje? Pana zdaniem, wolontariusza, a więc faceta "co to nie musi się starać, bo pracuje za darmo" nie należy publikować ofert warszawiaków? A jeśli tak: to jest Pan rasistą, ksenofobem czy cenzorem? A propos: cała korespondencja archiwizowana. Wkrótce jako część szerszego opisu wejdzie na portal o zasięgu ogólnopolskim. Na bazie prawa, które stanowi, że cała korespondencja należy tak do nadawcy JAK ODBIORCY. Z nazwiskami, proszę Szanownego! Gratuluję! Z pozycji nieznanego urzędnika do ogólnopolskiego obiegu...”

Uff… - i tyle. Żadnej odpowiedzi ani reakcji nie było. Nie mam prawa dać ogłoszenia na witrynie p. Zambrzyckiego. Inni mają – ja nie mam. Pan Zambrzycki jest Mistrzem. Ortografii, stylistyki, lokalnej polityki. Nikt mu nie podskoczy. Przeto opisuję rzecz całą już bez komentarza. Nie no, nie całkiem… Przypomniało mi się bowiem powiedzenie Napoleona: o tym mianowicie, że niektórych ludzi warto wynieść jak najwyżej.

Po to, by reszta mogła zobaczyć ich małość…


M.Z.

PS. Już po opublikowaniu całości okazało się, że miałem do czynienia nie z żadnym tam "honorowym cenzorem" czy anonimowym urzędnikiem, ale SAMYM WŁAŚCICIELEM PORTALU. Moje gratulacje, Panie Właścicielu! Trzeba resztę tego poza-ełckiego świata wziąć za mordę i pokazać kto tam rządzi!

Źródło fotki: http://www.google.pl/imgres?um=1&hl=pl&sa=N&tbo=d&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbnid=MNxM1nPGoeevKM:&imgrefurl=http://m.onet.pl/nauka/4987947,detal.html&docid=5TDyPkHUesktEM&imgurl=http://ocdn.eu/images/pulscms/Nzc7MDMsMjA4LDAsMCwx/9fa78e9b8c4294112b0ac15e3a38f586.jpg&w=520&h=779&ei=cDYJUZHPH8Kr4ATo5IFA&zoom=1&ved=1t:3588,r:52,s:0,i:246&iact=rc&dur=9986&sig=108022946922180065072&page=3&tbnh=187&tbnw=121&start=44&ndsp=29&tx=82&ty=178

Coś się stało





Zniknął z sieci Nowy Ekran. Sprzedali, obalili w drodze pełzającego zamachu, zniszczyli bo lubią niszczyć? Nie wiem. Coś się pod tamtą przykrywką działo niedobrego od dość dawna. Pisałem o odpowiedzialności redaktora naczelnego, kiedyś nawet składałem propozycje rozsądnych rozwiązań. W zamian obietnice kontynuacji rozmowy – ale bez kontynuacji. Czyli jak zwykle: pogadałeś sobie facet, a teraz do budy! Dla oceny zdarzenia ze zniknięciem za mało prawdziwych, weryfikowalnych informacji.

 Mnóstwo ludzi zostało po prostu zrobionych w konia – i to za każdym, kto w jakikolwiek sposób przyłożył rękę w złej intencji do tej operacji będzie się już ciągnęło ZAWSZE. Nie wiem czy zdają sobie z tego sprawę. Tymczasem rozbitkowie zdołali się już otrząsnąć z pierwszego szoku. Gromadzą się i porozumiewają, mają pomysły i wolę ich zrealizowania (http://www.legion-polska.h2.pl/wp/asadow/2013/01/29/191_no-i-lezy-nowy-ekran.html)  Powodzenia! Sporo dobrych piór, uważnych obserwatorów. I niestety stała „artystka, której wolno więcej” Circ. Zatem płyńcie – tradycyjnie beze mnie. Spieprzyłaś już Artystko tyle spraw, że jedna więcej bez znaczenia. Co mówię na wypadek gdyby ponownie ktoś chciał zapytać pod jakim nickiem tam działam. Pod żadnym.

Portal Polacy.eu przedrukowuje mój tekst „Żarło, żarło, aż zdechło”. Mufti: byłbym wdzięczny na przyszłość o uprzednie zawiadomienie mnie o tym, ostatnio nie zgadzamy się w paru sprawach, stąd ta ostrożność. Możliwa dyskusja, czy inna forma rozmowy oczywiście u mnie, moderuję, ale nie niszczę wpisów i nie „znikam”. Zaś problem, który zacząłeś omawiać (czy wszystkiemu winni żydzi?) starałem się pokonać w KILKU WPISACH, nie tylko tym jednym.

W najbliższym czasie wpis o rasizmie (a może tylko ostracyzmie?), jaki Polacy stosują wobec innych Polaków. Jak cudza wredność powoduje, że musiałem zawiesić realizację kilku ważnych dla mnie życiowych planów. Będzie ze szczegółami – a co, raz kozie śmierć!...

M.Z.

Adres pierwotny rysunku:  https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSGUqiaI7VfFhn_VuznZQNapHW4TDkPeG8BgQmxa3yar-Ij2SzlDA

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Poczet "żniwiarzy" polskich?




W polecanym poprzednim wpisem tekście Tad-a9 jeden z elementów szczególnie utkwił mi w pamięci. To przeciwstawienie żydowskiego poszukiwania tożsamości współczesnych Polaków w mentalności pańszczyźnianej przy jednoczesnym zaprzeczaniu, jakoby ubeccy czy stalinowscy protoplaści poszukiwaczy i współczesnych „gwiazd” mieli na nie jakikolwiek wpływ. Tad9 jasno stawia pytanie: jak można ględzić o czymś, co zostało zakończone jakieś 150 lat wcześniej (pańszczyzna) i stanowczo odmawiać poważnej rozmowy na temat ludzi, z którymi obecni celebryci mają jeszcze do czynienia – w końcu nie wszystkie te stare dziady przeniosły się na drugą stronę lustra.

Nie ujmując niczego takiemu postawieniu sprawy – nawet poważna publicystyka z konieczności winna posługiwać się pewnym uogólnieniem, skrótem myślowym. Pod lupą widać jednak dodatkowe półtony i półcienie problemu. Uwaga: w sumie trafnie ujętego problemu…

Jak to już wyjaśniałem także w poprzednich swoich tekstach pojęcie „pańszczyźniany” nie ma ścisłego związku z wsią czy pracą na roli. Ta robocza nazwa dotyczy także części urzędników, barwnej menażerii dozorców, milicjantów i sb-ków, obiboków, niestety również dziennikarzy, właścicieli prywatnych biznesików, wszelkiej maści prezesów, dyrektorów, doradców i inżynierów. Podkreślam: CZĘŚCI, nie wszystkich. Rzecz w określonej strukturze umysłowej, dość dobrze opisuje ją powiedzonko powszechnie używane „z chama pan – a i tak cham”. Ale rzecz też w pewnej sytuacji, która jak katalizator albo zainicjowała pewien proces „chemiczny”, albo wyraźnie go przyspieszyła. W Polsce pierwszych lat po II wojnie światowej to wejście na  nasz teren sowietów. Wprowadzone przez nich prawa i zasady działania starannie rozwijane przez wszystkie następne lata, tworzenie klik pochodzenia czy przynależności, selekcja negatywna czy w końcu świadoma likwidacja pozostałości polskiej substancji narodowej i państwowej – to jest środowisko, w którym dokonują się nasze „procesy chemiczne”. W ich następstwie nie tylko zatarte zostały naturalne podziały czasu minionego (na przykład metafizyczna własność czy jak najbardziej realne pochodzenie), ale przede wszystkim wprowadzono kompletnie nowe. Ponieważ w danym momencie masa narodowej substancji jest mniej więcej określona - aby lepiej miał ktoś kto inny musi ekonomicznie dostać w skórę. Lub jak kto woli „trzeba ukraść cudze”, a następnie zalegalizować w majestacie jakiegoś pretekstu czy doraźnie wydanego zbójeckiego prawa. Okradzeni nie maja prawa głosu. Tad9 ironizuje, że na tej zasadzie Wawel mógłby zostać uznany za mienie poniemieckie, w końcu Hans Frank spędził tam kilka lat całkiem legalnie w świetle niemieckiego prawa.

 Co się zaś proweniencji i zależności osobistych tyczy niemal wszyscy współcześni celebryci pochodzenia żydowskiego doskonale wiedzą o swoich korzeniach, natomiast starannie dbają o to, by nie była to wiedza powszechnie dostępna. Starają się to osiągnąć wmawiając otoczeniu, iż każdy żyje na własny rachunek i rodzice czy dziadkowie nie mają tu nic do rzeczy. Dopiero po jakimś czasie ujawnia się logiczny fałsz takiej postawy: na przykład w chwili, w której Polaków zaczyna się na siłę przyszywać do zależności pańszczyźnianych sprzed minimum 150 lat, ale już potomków Żydów, milicjantów i ubeków starannie separuje od związków z własnymi rodzicami. Najczęściej nadal żyjącymi i mającymi się co najmniej świetnie… Tak, tak, proszę Państwa: dwie „resortowe” emeryturki po minimum 3 tysiące każda dla „starszych”, własnościowe mieszkanko pozyskane „po Niemcach” – i można uwierzyć, że socjalizm ma i ludzkie oblicze. A ręka, która się przeciw niemu wyciąga winna być po cyrankiewiczowsku odrąbana…

Ile jest takich przypadków? Jak może rozrastać się sieć, pajęczyna podobnych zależności? Ta świadomość budzi po prostu lęk. Prawdopodobnie każdy analizując najbliższe otoczenie jest w stanie wskazać podobne przypadki. A wskazując dojdzie też do wniosku, że bez ujawnienia nie metryk, ale ksiąg wieczystych i hipotek można się dokopać do rzeczy po prostu strasznych. Stąd histeryczna, konwulsyjna obrona przed takimi zabiegami, stąd kolejne „grube kreski” i rozgrzeszenia dla tez, iż „pierwszy milion trzeba obowiązkowo ukraść”. I zaraz potem wyjaśnienie: luuuudzie, nie ma czym się martwić, wszyscy jesteśmy złodziejami! I każdy Polak ma w sobie coś z Żyda…”

Na pewno?

M.Z.

Rys. buntskrzata.blogspot.com


sobota, 26 stycznia 2013

Prawdziwe złote żniwa



W styczniu tego roku w Salonie24 ukazał się ABSOLUTNIE ZNAKOMITY tekst blogera tad9. Oryginał tutaj: http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/481556,nie-wstydz-sie-swojego-komucha

To syntetyczne, precyzyjnie napisane i skonstruowane rozliczenie z przeszłością pewnych poczynań czerwonej hałastry, komunistycznych i post-komunistycznych grabieżców tkwiących dzisiaj w najgłębszych pokładach organizmu zwanego Polską.

 POLECAM – wręcz uważam, że przeczytanie tego tekstu jest OBOWIĄZKIEM współczesnego inteligenta. Przy okazji materiał ten zdaje się niżej podpisanemu najcięższym ciosem zadanym autorom bzdur w rodzaju „Złotych żniw” Grossa czy - per analogiam - innych nawoływań do poszukiwania przyczyn obecnego upadku Ojczyzny w materii wyłącznie polskich wad narodowych. Tak, okres „złotych żniw” istniał naprawdę. Tyle że nie wskazani grabili, ofiarami również nie okazali się promowani. Wiec kto, od kogo i za co winien domagać się finansowego i moralnego zadośćuczynienia? Przeczytajcie sami. WARTO!!!

M.Z.