O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
piątek, 3 lutego 2012
Dupki hop do kupki
W sieci pojawił się znakomity felieton St. Michalkiewicza pt. „Parada bęcwałów”. Sygnalizuję – warto przeczytać. Dzisiaj i z tej okazji słów tylko kilka o wzorach, które kupowane są „w dół”. To znaczy o tym, jak mali i niekoniecznie we wszystkim zorientowani urzędaskowie patrząc na manewry wykonywane przez Przywódców doznają dyskomfortu zgłupienia. Oczywiście z tego tylko powodu, iż niewolniczo chcą naśladować coś, czego nie pojmują w całości i do końca…
W jednym z poprzednich tekstów napisałem kilka gorzkich słów o urzędnikach, którzy małpując „górę” ochoczo rzucili się do udowadniania, że czynsze w domach komunalnych muszą wzrosnąć. Tu poniosła ich fantazja i wymieniono wzrost nawet o pięćset-sześćset procent. „Bo inaczej nie ma pokrycia kosztów…” Nieuważnym nawet słuchaczom tych banialuk natychmiast staje przed oczyma grubo wydrukowane pytanie: to skąd do diabła brano do tej pory pieniądze na rzekome dopłaty, skoro nawet dziecko widzi, że żaden dom komunalny nie sczeznął sam z siebie, choć oczywiście nie kwitnie, a brud na nim narasta w rytm dziejowej zawieruchy? Istnieje taka teoria, mieliśmy w moim domu kiedyś z nią do czynienia, że przedtem to był raj, Marsjanie dosyłali worki z banknotami w dowolnych ilościach – ale przestali. Dlaczego? Nie wiadomo. A ponieważ nie wiadomo – to i teorię szlag trafił, Marsjan odłożono ad acta i już nikt się z nimi nie wydurnia. Pozostało tylko pytanie jak daleko mogą posunąć się bęcwały pośledniego autoramentu, zapatrzywszy się w Bęcwałów Naczelnych. Na razie nikt nie wie. Zatem mój postulat, że niektórych zaczadzonych należy do wiosny wywiesić na mróz za okno, może jak zające skruszeją – pozostaje jak najbardziej aktualny.
A trawestując Michalkiewicza chyba trzeba powiedzieć, że wszystko wzięło się stąd, że czary, jakie Miłościwie Panujący wyprawiali do tej pory w Sejmie i wszędzie, gdzie w szlachetny sposób bywają, uderzyły na rozum samym czarownikom. Owszem, można urządzać parady michalkiewiczowskich bęcwałów – pod tym wszakże warunkiem, że bęcwalstwo na oczach oszalałego z radości tłumu maszeruje mniej więcej zgodnie i w jednym kierunku. Kiedy jednak mniejsi z powodu wiernopoddańczego zapału zaczynają hasać, nie trzymają szyku, a nawet decydują się iść w poprzek, przez zachwycony tłum kibiców – może się okazać, iż wszystko szlag trafił. Na fotce ilustrującej tamten tekst znajduje się nie żaden mudżahedin z obcego kraju, ale staruszka, której nie pozwala się ani zapłacić zwielokrotnionego czynszu, ani kupić lekarstwa na artretyzm, czy zagotować na drożejącym gazie wody na rozpuszczalną, też drożejącą zupkę. Nie pozwala - bo jej renta czy emerytura nie wystarcza nawet na opłatę jednego z tych elementów, co dopiero mówić o wszystkich. Więc se leży i grozi swym "dobroczyńcom"…
Palcem na spuście.
M.Z.
PS. Doprawdy zadziwiające jest to, że ostatnio najpopularniejszym moim tekstem spośród ponad czterystu tu się znajdujących jest ten właśnie o czynszach z roku 2007. Wrogowie mi się nawracają? A może po tylu latach ktoś postanowił przyznać mi rację? No to rychło w czas…
Fot.hotmoney.pl
Się porobiło…
Prawie zaczynam żałować, iż w ogóle o mojej szkolnej koleżance Hani cokolwiek pisnąłem. Bo to jak jedni twierdzą próba ogrzania się przy Majestacie. Inni wnoszą, że po prostu kłamię, oni wiedzą lepiej, bo kiedyś Mistrzyni inaczej to opisała, czy opowiedziała. Odpowiadam przeto: jeszcze żyję, jeszcze mam pamięć, ponoć dobrą, jeszcze jakaś tam wewnętrzna temperatura istnieje, przy nikim ogrzewać się ani muszę, ani chcę. Dalej: co i jak mam pamiętać to moje i nikomu nie dam do poprawki!
No - dawka złości za mną… O pamięci: tak naprawdę żadna nie jest idealna i pewnie każdą da się poprawić albo uzupełnić. Dobrze, gdy fragmenty wspomnień da się porównać do platońskiej jaskini – to cienie, które coś realnego wywołało. Gorzej gdy to chiński teatr – tam przecież walczące ze sobą smoki są tylko odpowiednio złożonymi chińskimi łapkami. Opisane zdarzenia naprawdę miały miejsce i przedstawiłem je tak, jak pamiętam. Ale też tak, by broń Boże nie wyjść na herosa, którym w żadnym wypadku nie byłem… Dzisiaj patrząc wstecz – mieliśmy swoje małe i duże sprawki, dzisiaj bez znaczenia, ale to one absorbowały nas po uszy. Część z nich została opisana, mam w tym swój udział choćby tutaj, Hanka przetworzyła swoje reminiscencje w cykl książkowy, nie znam całego, szczerze mówiąc jej rozważania o samcach alfa interesują mnie dość mało. Kiedy po latach spotkaliśmy się nie tak dawno na jakimś jublu z okazji stulecia naszej szkoły – okazało się, że tych panów alfa jest wokół tylu, że aż dziw bierz, iż żar ich jestestw nie roztopił jeszcze ziemi na wylot, do Australii. Wyniosłem się z imprezy dość szybko, temperatura powietrza podgrzewanego jakąś demoniczną istotą machismo i czystą gorzałą rosła w takim tempie, że lada moment musiał bym wybić komuś trzy zęby i stracić wszystkie swoje. W tej aurze kwitną wyłącznie kobiety, normalnym chłopom to nie pasuje. Nie spotkałem tych, których chciałem spotkać, bez dalszych dialogowych zamiarów, później wyszło, że albo wszystko olali, albo mają się za tak zakompleksionych lub wspaniałych, że aż dziw bierze. Pojawiła się też – niestety – Pani Śmierć, machnęła kosą na niektórych byłych uczniów i zrobiło się głupio i pusto. Dalej powiem tylko tyle, że ja chciałem pomachać bliźnim łapą bez złych zamiarów – niestety zbyt wiele osób pojawiło się wyłącznie po to, by olśnić i zadziwić. Zobaczymy co będzie dalej, kolejna rocznica za progiem, wybieram się, a jakże, tym razem z innym nieco nastawieniem… Bo skoro wszyscy przemijamy – to ja przynajmniej chciałbym czynić to świadomie.
Czy ludzie powinni w ogóle tęsknić do dawnych czasów? Nie wiem. Miło jest niekiedy o nich pomyśleć. Gorzej gdy zaczynamy teatr mistyfikacji. Rozmawialiśmy kiedyś w dawnym szkolnym kręgu o tym, czy szkoła opisana przez moją koleżankę Hanię i pozostająca w innej pamięci – to ten sam budynek, ci sami ludzie. Zapewne tak. Każdy pamięta swój fragment – i tyle. Żaden zatem nie może być ani dobry, ani zły. Właściwy lub niewłaściwy. Nie byłem królem samby, jeśli Hania uważa, iż była jej królową – to była.
Można o tym ciepło? Można. Lata całe temu napisałem tekst o Leunie Zawodowcu. Żył sobie na tej Pradze, która po części przynajmniej chodziła do szkoły, w której bywaliśmy ja i Hania B.
„…Na Pradze wyginęli tapicerzy, dekarze, pielęgniarze letnich ogórków i prywatni dystrybutorzy nocnych napojów wyskokowych - nikt już nie potrzebuje ich cennych umiejętności. Właściciele biznesów w postaci polowego łóżka na Stadionie zdołali nagromadzić nieco grosza - akurat tyle, by przed ostateczną likwidacją "polówek" kupić mieszkanie, oczywiście na Pradze, i łaskawie odejść w niepamięć.
Inni pracują w pocie czoła. Niekoniecznie w swoich "specjalnościach". Sprzedawca butów usiadł za kółkiem i "robi za cierpiarza", choć sam przyznaje, że cienko przędzie. Nie spotyka się już ze mną – żona mu zakazała. Koniec importu tureckich skór spowodował trzęsienie ziemi w rodzinie innego sąsiada - zamiast podróżowania w okolice Bosforu zajmował się najpierw się gotowaniem obiadków dla całej rodziny, później wywiało go bodaj do Szwajcarii. Rozpełzło się bractwo po całym mieście i świecie…
Tak, spotykamy się czasem w jednym miejscu. Po prawej stronie rzeki. I gdzieś po godzinie od rozpoczęcia sesji pada sakramentalne: a jak to miało być naprawdę? Komu wyszło na jego, czyli dokładnie spełniły się marzenia?
Głupio: nikomu! Wszyscy we własnej imaginacji byliśmy dobrzy w wykonywanych zajęciach, ba, wszyscy byliśmy w nich mistrzami!
No ale jakoś tak… Może marzyliśmy zbyt abstrakcyjnie albo za wysoko?
Ty, Leun Zawodowiec, polej jeszcze po jednym…”
Nic dzisiaj nie chcę zmieniać w tym fragmencie. W cudzych opisach tamtych lat – tym bardziej.
M.Z.
środa, 1 lutego 2012
Czasem mam wrażenie…
Nie tak dawno opisywałem metody manipulacji młodymi ludźmi z czasów komuny. Manipulowano za pomocą dostępu do muzyki (limitowanego dostępu!), wrzucaniem jakichś idiotycznych apeli o ogłaszanie nie swoich (bo rodziców!) domostw strefami bezatomowymi, czy przebieraniem się latem za „rodowitych Indian”. Więc zaistniał Marek Niedźwiecki ze swoją Lista Przebojów, ale zaistniała też młoda Olejnik ze swoją chorą dzisiaj głową. Było tego mnóstwo – a wszystko polegało na jednym. Żeby tylko nie zajmowali się politykowaniem! Żeby tylko nie przyszło im do głowy kpienie z nieporadnych władców! Mam wrażenie, że to wszystko wróciło w nowszej formie. I jest obok nas, nie chcemy tylko tego widzieć, bo widzenie skłania do myślenia, a myślenie męczy.
ACTA… I protesty tak szerokie, że znaczna część komentatorów poczyna zadawać bardzo usprawiedliwione pytanie: kto za tym stoi? Od razu powiem, że ja nie wiem. Kto i czy w ogóle. Bo jest gdzieś taki punkt krytyczny, po przekroczeniu którego buntują się także ci, których do tej pory o bunt nikt nie podejrzewał. Młodzież zdawała się spacyfikowana. Dzisiaj wrzeszczy, że kto nie podskakuje, ten za złą ustawą. Oczywiście pojawiły się komentarze, iż podobne zachowania nie tak wiele miesięcy temu animował na Krakowskim Przedmieściu niejaki Taras, wynajęty ćwierćgłup rozpędzający obrońców krzyża – zatem coś tu nie tak. I trzeba uważać. Też sądzę, że coś tu nie tak, skoro na podobnych manifestacjach pojawia się inna „gwiazda”, czyli Palikmiot z wyznawcami. Sądzę jednak, że tym razem to próba przejęcia czegoś, co w tym kmiocim łebku nie zalęgło się jako pierwsze, najpierw. Więc trzeba zagospodarować, czytaj przejąć. Kupił, nie kupił, potargować można, a już pokazać się - trzeba. No i działa...
Ale pojedźmy też dalej. Od wielu miesięcy spotykam się z przestrogami, że jeśli cokolwiek staje się w podejrzany sposób masowe - to można domniemywać, iż tzw. władza chce tym przykryć rzeczy daleko ważniejsze. Oj, powie ktoś, ta władza naprawdę aż tak wiele nie może. Aż tak wiele, to znaczy ile? Sądzę, że akurat podskoki jest w stanie wytworzyć. Ale nawet gdyby nie – to jest w stanie je sprowokować. Więc nie patrzmy na to, czym nas tak obficie częstują, nie patrzmy na te niezrozumiałe kwity wyrzucone na stół – zajmijmy się raczej spodnią tego stołu stroną. Bo coś tam jest ukryte. Czegoś nie chcą nam pokazać.
Dzisiaj fragmenty programu którejś stacji telewizyjnej: podwyżki czynszów w lokalach kwaterunkowych. No bo panoszą się te kwaterunkowe gołodupce, nie chcą płacić, a przecież muszą, za co pierwsi sekretarze będą jeździć na narty w Dolomity? W ciągu trzech minionych miesięcy kolejna wrzutka na ten sam temat, wetknięta gdzieś tak w połowie „poważniejszych” newsów. A jest akurat solidny atak mrozów, nikt na ulicę tak zaraz nie wyjdzie, ba, nawet z sąsiadami przed windą nie pogada. Może jakoś się więc przyzwyczają do myśli, że trzeba będzie pod most, że wykwaterowanie przez bandę rosłych gestapowców to nic wielkiego, innym już się to zdarzyło. Metoda salami: po plasterku, delikatnie, ale konsekwentnie. Kto weźmie opuszczone lokale? Nowa jerozolimska szlachta chcąca tu zjechać, bo z Iranem nie tak prosto, jak się na początku zdawało?
A może zbyt mało wiem i nie podejrzewam skąd nadciągnie Wielkie Zło? Może tak być. Nie wiem wszystkiego. Coś nam jednak niedługo grozi. Czuję przez skórę. Że to nie argument? A czy ja tu chcę kogoś do czegoś namówić lub przekonać?
M.Z.
PS. Dzisiaj ciąg dalszy "zabawy" w straszenie ludzi podwyżkami czynszów w mieszkaniach komunalnych. Na trzech przypadkowo włączonych podczas jazdy samochodem stacjach radiowych jedno i to samo: "SPECJALIŚCI" twierdzą, iż stawka bazowa za metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej winna wynosić minimum 15 zł. Żadnemu nie przyjdzie do głowy, że zgodnie z konstytucją podstawowym obowiązkiem gminy jest dbanie o właściwe warunki mieszkaniowe dla swych mieszkańców. Nie grabienie ich - ale dbanie o nich. Jeżeli zimowy namiot pod mostem jest czymś takim - to chyba trzeba będzie "specjalistów" wywiesić za okno dla otrzeźwienia. Niektórych sugeruję już tam zostawić do wiosny...
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Se minelo…
Wiele razy przyznawałem się, że czytam blogi ludzi, których albo znam, albo cenię. Bywa że włażę na strony i tych, których szczerze nie cierpię. To ostatnie rzadko, w końcu szkoda nerwów i czasu… Niedawno zupełnie niepotrzebnie wdałem się w rozmowę o ludziach znanych, w różny sposób znanych - którzy opowiadali dużo o sobie i twierdzili, że kiedyś to było ciekawie, dzisiaj jest niebezpiecznie i podle. I gdybym ja, wieczny malkontent, choć trochę poczytał ich wspominki – to wiedział bym co to dobra szkoła, stare przyjaźnie i w ogóle „ciekawe czasy”. Mój rozmówca zaproponował bym natychmiast wziął się na przykład za czytanie blogu Hanny Bakuły. Bo to niby może mi rozjaśnić w głowie…
Znalazłem tedy rzeczony blog. I rzeczywiście: może nie tyle mi się rozjaśniło, co przypomniało. Dowód: fotka przy leadzie. Niewiele się tego zachowało. Ale patrzę na pożółkły kartonik i uśmiecham się. Tak, wtedy było ciekawie, żart był żartem, uniesienia uniesieniami – a tak naprawdę nikt nie wiedział co go czeka za zakrętem. To było ekscytujące sto razy bardziej od dzisiejszej pewności, że jutro też może być jak dzisiaj do dupy… I pewnie będzie.
Chodziliśmy z Hanką do jednej praskiej szkoły, ba, do tej samej klasy, a bywało i tak, że siedzieliśmy w jednej ławce. Przypuszczam, że mieli z nami sporo kłopotu, zwłaszcza wiosną. Ta zdecydowanie powodowała, że właściwie dzisiaj w życiorysach możemy pisać, iż szkołę średnią z powodu mnogości wagarów kontynuowaliśmy zaocznie. I proszę sobie wyobrazić, że prócz mojej durnoty matematycznej jakoś nikomu z wiosennych wycieczkowiczów nie przynosiło to najmniejszej szkody! Oczywiście to były naprawdę inne lata, nikomu na przykład nie lęgły się pod fryzurami pomysły, by nauczycielom zakładać na głowy kosze na śmieci – choć moim zdaniem niektórych należało się to jak najbardziej. Stosowano oczywiście system kar, od prewencyjnych wezwań rodziców na spowiedź u wicedyrektora, naszego wychowawcy – po dodatkowe zadania typu „opracować referat pod tytułem stan wiedzy na temat współczesnej poezji polskiej”. Sądzę, że mieliśmy o niej dość mgliste pojęcie. Wykładnia była taka, że końcu wszystko, co robiliśmy to była czysta poezja. Po co jakiś tam zapis w poszarzałym ze wstydu tomiku... Ale mus to mus, trza było przyrządzić stosowną pracę. Czas leciał, nikomu nie chciało się spędzać coraz ładniejszych dni w bibliotekach. Rada w radę: stworzyliśmy trzódkę młodych polskich poetów sami. Od podstaw. Z nazwiskami i niemal adresami. Do wykonania pozostał tylko drobiazg: próbki twórczości.
Że co? Że niby każdy ma w ukryciu jakiś młodzieńczy poemat, wystarczy go tylko wyjąć z dna szafy i opublikować? Niestety to nie zawsze prawda. Przynajmniej w moim wypadku. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek chciał wyrażać duszę w taki właśnie sposób. Na szczęście miałem znajomego, w dzień magazynier, nocami wierszem wyjący do księżyca nieszczęśnik. Podsłuchałem ze dwie zwrotki jego najnowszego poematu epicko-lirycznego, chodziło o wejście w klimat, takie "nastrojenie się". A potem wspólnie z Hanką dorobiliśmy to i owo, tu przyznaję moja koleżanka wykazała się niezwykłą inwencją. Nieco poniosła nas ironiczna fantazja – ale zrąb rozprawy „Samotność oczyma młodości” był gotów.
Zaczynało się od opisu sytuacji, w której podmiot liryczny płci obojętnej przemieszcza się bez parasola w ulewnym deszczu. Po pustej ulicy, samotnie, w końcu normalni ludzie rzadko snują się w deszczu i bez potrzeby, więc samotność jest tu zrozumiała sama przez się – zwłaszcza za socjalizmu. Oczywiście "podmiot" nie ma pojęcia co ją – jego czeka na końcu tej podróży. Pewnie kolejne rozczarowanie, po którym przyjdzie już tylko wypowiedzieć znamienne słowa: „I znów czuł się jak samotne, puste pudełko zapałek porzucone pośród obojętnej czerni asfaltu…”
Wygłosiliśmy, a jakże. Tyle że pośród zamieszania jakie nastąpiło już nie bardzo pamiętam, czy zacna nasza polonistka dostała szału, ataku nerwowego, czy tylko osłabła. Bo na wszystko ją było stać. W każdym razie skoro sztuka też się liczy – referat nam zaliczono. Rodzice na wszelki wypadek również zostali do szkoły zaproszeni. Tak bywa. Ktoś później skwitował rzecz całą, że ze sztuk pięknych przyjemniej jest się zajmować łajdactwem, niż poectwem. Ale to pewnie zazdrosny nieuk był… Albo niedobra kobieta.
Hania lubi do Zakopanego. Też lubiłem, kiedyś. Do dzisiaj w każdym razie pamiętam nazwisko gazdy, u którego nocowałem po raz pierwszy w życiu prywatnie: Kubiniec. Dom pracy twórczej Radziejowice… Owszem Haniu, bywałem, oczywiście nie jako pisarz, raczej nieudaczny amant w zalotach do kogoś z obsługi, choć właśnie tam miałem okazję poznać Hoffmana i Barańską, ba, nawet samego Jerzego Waldorffa. Co z tego wynika? Z jednej strony nic. Z drugiej pewnie tylko konstatacja, że świat potrafi być piekielnie okrągły. Spotykamy się, mijamy, a potem wychodzi na to, że wiemy coś, niezbyt dokładnie i nie zawsze w tym samym znaczeniu… Ale refleksje dotyczą o dziwo tych samych miejsc.
Tyle że to se już minelo.
M.Z.
niedziela, 29 stycznia 2012
Pogarda 2
W pierwszym tekście tego mini-cyklu odwoływałem się do rzeczy i zdarzeń współczesnych. Nic tu dodawać nie trzeba. Rząd czy ogólniej: władza gardząca wyborcami nadaje się do natychmiastowego usunięcia. Do tej pory gwarantem ich nietykalności były albo służby i wojsko, albo bandy specjalnie kształconych idiotów, pilnie strzegących pozorów tej własności, która zdołali zagrabić czy nielegalnie kupić, na przykład w postaci lewych prac magisterskich. Te gwarancyjne weksle można oczywiście mieszać ze sobą, przemyślność idiotów u żłoba jest tu praktycznie nieograniczona, w końcu znajdują się na ich usługach specjaliści kształceni jeszcze za komuny. I to nie na tych prywatnych uczelniach, które za z góry ustaloną kwotę wpłacaną na ich konto przez trzy czy cztery lata gotowe są wystawić „abiturientom” nawet świadectwo „kwalifikowanego Marsjanina”. Nie – Mistewicze, Tymochowicze i inne ćwiczyły na większych zbiorowościach i pod czujniejszym wojskowym okiem zdecydowanie wcześniej. Jest z nimi trochę tak, jak z wojskowymi chirurgami – rozkwit tej sztuki zawsze związany jest z jakąś wojną. Czyli czasem, który materiału do ćwiczeń dostarcza w bród…
Pogarda władzy wobec ludzi ćwiczona była właściwie odkąd cokolwiek świadomego pamiętam. Zostawmy czas socjalizmu, to już tęższe pióra opisały po wielokroć. Szokiem była lata następne. I był to szok wynikający z absolutnej niezgodności oczekiwań, nadziei i zastanych realiów. W pierwszych dwóch, trzech latach po sztuczce roku 1989 z cała premedytacją „lewą ręką” ogłaszano, że co nie jest zakazane – jest dozwolone. Prawą jednocześnie napuszczając ludzi na siebie nawzajem. A na skłóconych służby, których w istocie nikt i nigdzie nie kocha. Na polskich granicach byli to celnicy. Wolno było już przywozić auta kupione gdzieś na Zachodzie, oczywiście z pełną dokumentacją i wszystkimi formalnymi bajerami. Mało kto jednak wiedział, że w takim na przykład Świecku naiwnemu klientowi przyjdzie czekać na wizytę u Jaśnie Pana Celnika i dwadzieścia godzin. Kiedy wreszcie baba o posturze armaty przestała żreć kajzerkę, palić papierosa i popijać wszystko Colą (jednocześnie!), przystawiła stempel – nieszczęsny klient nie miał pojęcia, że jego droga krzyżowa właśnie się rozpoczęła. W stanie ostatecznego zmęczenia miał po pierwsze dojechać do domu. Po drugie w takiej na przykład Warszawie oczekiwanie na odprawę ostateczną trwało i trzy miesiące, każdego dnia dwukrotnie trzeba było zgłosić się do klienta trzymającego kolejkową listę społeczną w urzędzie na Gdańskiej. Pamiętam, że po miesiącu tej mitręgi ozłocił bym kogoś, kto wskazał by mi sposób, gdzie bez czekania mógłbym oddać kolejne moje pieniądze przekupnym bydlakom… Tak się sprowadzało „wyzwolonych” obywateli do parteru.
Z innej beczki: likwidacja PGR-ów, łącznie ze skutkami ubocznymi.
I moje ulubione Mazury. Żadnemu z rządowych durniów nie przyszło do głowy, że majątek niezabezpieczony ulegnie anihilacji – a co się na złodziejski wózek nie da zapakować będzie spalone, zniszczone, zakopane i zapomniane. Obejrzyj, Szanowny Czytelniku, dwie fotki przedstawiające pałac w Mieduniszkach. To kiedyś była siedziba PGR-u właśnie. Między pierwszym zdjęciem, a drugim widać bezmiar dewastacji. Brakuje trzeciego: jakaś łajza podpaliła całość w 2004 roku, zostały właściwie zgliszcza. Co to ma do pogardy z tytułu? Ano to, że gardzono nie tylko ludźmi, ale też wszystkim, co w istocie wymagało opieki: TEN PAŁAC BYŁ WPISANY DO REJESTRU ZABYTKÓW! Jakiś urzędnik zań odpowiadał. Ale to przecież koń ma duży łeb, niech koń się martwi, a nie przedstawiciel nowej „waadzy”, prawda?
Nie ma kasy na zapomogi dla bezrobotnych, trwale niezdolnych do pracy fizycznej, dla dzieci małych i tych nieco starszych, dla sierocińców i domów noclegowych. Odwrócono najprostsze pojęcia dając w zamian „Taniec w kisielu”. I dokupiono nowe amerykańskie destruktory słuchu i pewnie wzroku, setki kamer i mikrofonów. Mamy cię, godny pogardy frajerze! Podczas ubiegłorocznego Marszu Niepodległości stał taki LRAD na terenowym Nissanie na Placu Konstytucji. Rozmawiałem później z jakimś starszym panem, który podśmiewał się nieco z mojej złości. Panie – mówi – ile pana zdaniem trzeba butelek z benzyną by to świństwo zniszczyć? Bo w mojej opinii jedna, półlitrowa, byle celnie rzucona. Ale oni tak bardzo nami gardzą, że nie wierzą, by ktokolwiek się na to odważył…
M.Z.
PS. Dzisiaj zareagowano bardzo szybko - zwracając mi uwagę, że mylę pojęcia wspominając o pałacu w Mieduniszkach, jego stanie, jako o pogardzie urzędów wobec obywateli. Bo niby pałac był pruski, więc nie ma o co kopii kruszyć. BZDURA! Pałac znajdował się i znajduje nadal na terenie RP, STANOWI WŁASNOŚĆ POLSKĄ. Jest gdzieś w sieci mocno głupawe tłumaczenie konserwatora, że sprzedając całość w 1997 roku jakiemuś anonimowemu właścicielowi nie sprawdzono niczego - bo gość płacił gotówką, a takich się nie sprawdza. Ja bym na miejscu tego urzędasa raczej skorzystał z prawa do milczenia...
PPS.
Znalazłem fotkę, moje autorstwo, zrobioną w 2011 roku. Tak to wyglądało w czerwcu ubiegłego roku. Ile trzeba mieć w sobie sowieta, by to wszytko zmajstrować?
czwartek, 26 stycznia 2012
O niezrozumieniu
Czytam Toyaha. Już wyjaśniałem dlaczego i to da się sprowadzić do jednego: bo warto. Czytam też jego kolegę Coryllusa. Cokolwiek kto by o tym nie myślał – na pewno nie z powodu zazdrości. Piszemy inaczej, ale też zupełnie inaczej podchodzimy do kwestii warsztatu, obrabianej tematyki i tak dalej. Z obu panami raz się zgadzam, raz nie, to chyba normalne. Wszystko opisuję na swojej stronie, o niczym jednak zainteresowanych (czy aby na pewno?) nie zawiadamiam, ponieważ liczę się z ripostą tyleż szybką, co dość prostą: spierdalaj. Musiałbym odpowiedzieć - a niestety należę do tych nerwowych. Po co się więc wtrącam? Bo mi wolno. Bo ich teksty pokazują się w domenie publicznej, a póki co mam prawo przeglądać ją do woli. I niekiedy obaj mówią o rzeczach i sprawach, które i mnie żywotnie interesują.
„Niepokornym truchtem, czyli czemu kłamią?” To ostatni tekst Toyaha, daję słowo, że wart uwagi. Nie będę tu niczego opowiadał, zainteresowani na pewno przeczytają i wyrobią sobie na temat określone zdanie. Muszę jednak powiedzieć, że pytanie zawarte w tytule w retoryczny sposób Toyah zadaje niejakiemu Karnowskiemu. I to pytanie właściwie sprowadza się do prostszej jeszcze wykładni: czemu ty Karnowski dalej rżniesz głupa? Nie znajduję u Toyaha pełnej dla mnie odpowiedzi. Pewnie wynika to z faktu, iż przez minione lata robił co robił, czyli nauczał angielskiego. Ja też robiłem co robiłem: siedziałem w zawodzie, który bliższy jest Karnowskiemu, niż Toyahowi. Tu ważne zastrzeżenie: nie udawałem idioty, polityką i jej opisywaniem zajmuję się wyłącznie prywatnie, a moje macierzyste redakcje pisały z zapałem o bakteriach w mleku, projektach linii kolejowych, czy betonowej kanalizacji, tam nie ma szczególnych politycznych wzruszeń. I Bogu dzięki politycznego szalbierstwa. Niemniej jednak pozostając przez naprawdę wiele lat w tym środowisku obecną postawą Karnowskich jestem jak najmniej zdumiony. Oni tak po prostu mieli zawsze, zawsze brali za to spore pieniądze i najpewniej o własnym honorze gadali jak dziwka o dupie: nie mydło, nie wymydli się. Nie, nie słyszałem osobiście, to po prostu taka supozycja… Ale innego wytłumaczenia nie widzę.
W tym fachu mnóstwo jest zresztą ludzi, którzy sami osobiście, „własnymi ręcyma” lata całe budowali własną sztuczną wspaniałość posadowiona na sztucznie wykreowanych "realiach", arogancko reagowali na próbę jakiejkolwiek polemiki, o krytyce nie wspominam, nakazywali i zakazywali, no byli po prostu małymi bożkami. Bez kija do żadnego nie podchodź! Toyah niektórych z nich wymienia, znam ich, to jest zresztą epoka, w której i ja zaczynałem pisać na Salonie24, gdzie bywało że i kilkadziesiąt razy dziennie natykałem się na bzdety, jakie z pełnym namaszczenie wypisywał niejaki Leski, młodszy, tak go nazywam, ponieważ miałem okazję i niewątpliwy zaszczyt znać osobiście Seniora Kazimierza. Nigdy o tym nie pisałem, z nieznanych mi powodów młodszy dostawał wściekłych spazmów na wspomnienie Starszego. Jakby ta akurat postać, przecież publicznie znana z czynów, o jakich autorom Bonda nawet się nie śniło była jego wyłączną własnością. Więc po co mi kontakt z jakimś wściekłym ratlerkiem? A jego, młodszego, udziału w zakładaniu „Wyborczej” absolutnie nie uważam za coś, czym dzisiaj można się chwalić…
No więc, cny Toyahu, tych namaszczonych i wskazanych zawsze w dziennikarskim salonie było od groma i ciut-ciut. To był taki rodzaj świętych krów. Kiedyś nazywali się Toeplitz, Baczyński, Passent i jeszcze inaczej, publikowali w pisemkach uchodzących za „nieuczesane” typu „Polityka”, niektóre ich teksty co bardziej naiwni pokazywali mi mówiąc „Zobacz, ale czerwonym dopieprzył!” A ja się wtedy śmiałem i pewnie nieudolnie tłumaczyłem, że całe to dopieprzanie jest częścią scenariusza, za bardzo ktoś napompował rowerową dętkę i trzeba spuścić trochę powietrza. Więc wzywa się dyżurnego „fachowca”, oczywiście tylko z właściwej listy – i dalej jazda, niechaj dowala, ciśnienie ma być w normie! W obecnym PRL-u bis jest nie inaczej. Są stosowne listy, ustala się obszary, w których ciśnienie wzrosło niebezpiecznie, wzywa fachowca – i dalej jak w scenariuszu socjalistycznym. Dyżurny dowala. Całe zawodowe życie miał ręce ubabrane w politycznym klawiaturowym pozorze – a teraz wydziera mordę „Czemu kłamali?” A paszła ty won, wywłoko!
Czy z takimi ludźmi można było wejść na jakiś stopień zażyłości, możliwej do spełnienia na przykład etatem gdzieś tam, wskazaniem mniej doświadczonego kolegi w fachu jako kogoś, kto na piśmie częściej od innych miewa rację? Albo zgrabniej tka słowa? Absolutnie NIE! Bo to jest trochę jak ze znajomością matki przełożonej żeńskiego klasztoru: co z tego, że ją poznałem kiedyś w sklepie z jarzynami, gdzie wymieniliśmy kilka uprzejmych uwag? Żadna protekcja zakonna wyniknąć z tego nie mogła, nasze światy były odrębne, definitywnie i na zawsze. Zakonnicą nigdy być nie mogłem.
Z Coryllusem tym razem sprawa jest prosta, Toyah ujął to esencjonalnie: „…
Ostatnio mam wrażenie, że on z ograniczania sobie pola manewru uczynił wręcz zabawę i w momencie kiedy nagle jest szansa, że ktoś gdzieś zechce podać mu życzliwą dłoń, to on ją natychmiast zaczyna gryźć…” Cóż dodać? Że niestylistycznie „cholernie się zgadzam”? Dobrze, niechaj tak to zostanie ujęte. Może kiedyś napiszę jak ta choroba – bo to akurat uważam za chorobę – się zaczęła. I czemu facet, który z dziennikarstwem akurat kontakt miał… powiedzmy przelotny - niektórych prawidłowości widzieć nie chce. Bo nie musi? Ależ oczywiście: nic nie musi.
M.Z.
Fot. konradknapik.com
środa, 25 stycznia 2012
Pogarda
Nie będzie wbrew pozorom o słynnym filmie z BB. Raczej o dwóch gestach rządu, który od dawna i przez wielu nazywany jest okupacyjnym. Pierwszy to „dezaprobata” wobec obywatelskiej niezgody dotyczącej sprzedaży naftowego koncernu Lotos. Drobiazg: podpisało ów akt niezgody ledwie 150 tysięcy osób, więc dla Rozkosznego Donaldinho to rzecz bez znaczenia. Co mu tam jakieś „nieliczne grupki oszołomów” będą psuły interes… Druga sprawa: oczywiście powszechna dezaprobata dla ACTA. Rozlana dokładnie po całym kraju, liczebna, a co więcej wyrażana przez obie skrajne organizacje polityczne Polski: lewaków i prawicę. Stała się rzecz niesłychana! I jedni i drudzy doszli do wniosku, że koleżka premier jest dla nich większym zagrożeniem, niż oni dla siebie nawzajem. Wobec każdego z opisywanych zjawisk władza zachowuje się w sposób, który da się określić jednym mianem: pogardy właśnie. Dzisiaj pogardliwy gest skupia się na protestujących wobec rzekomo antypirackiej ustawie ludziach. W istocie zdaje się już całkiem pewnym, że ta sama postawa dotyczy każdego innego rządowego działania. Tak – recept również.
Wojciech Cejrowski w swoim tekście (http://rebelya.pl/post/707/cejrowski-trzeba-obalic-rzad-ktory-chce-podpisa) pisze o tym tak:
„…Nawet lewacy zaczynają się orientować, że Tuski to zagrożenie. Nawet lewacy zaczynają się orientować, że wrogiem nie jesteśmy my katole, narodowcy, homofoby, tylko władza. Z lewakiem mogę żyć na jednym osiedlu; nie lubię go, nie cenię jego poglądów ani stylu życia i tu się kończy konflikt. Wojna między nami zaczyna się dopiero wtedy, gdy ponad nami pojawia się władza. To władza napuszcza ludzi na siebie. To władza jest inżynierem konfliktów. To władza wydaje zezwolenia na dwie manify na tej samej ulicy o tej samej porze…”
Zanim pozwolę sobie na wyrażenie własnego zdania jeszcze jeden cytat, z Michalkiewicza (http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/49508,st-michalkiewicz-logofagowie-atakuja-internet)
„… Tym razem na świecie pojawiła się reakcja; na razie słaba – ale jak wiadomo – omnia principia parva sunt, więc ani jedna, ani druga strona nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Ciekawe, że reakcja pojawiła się również w naszym nieszczęśliwym kraju, chwiejącym się w posadach od wojny na górze między okupującymi go bezpieczniackimi watahami. Anonimowi hakerzy zablokowali strony wszystkich konstytucyjnych organów władzy tubylczej. Umiłowani Przywódcy w osobie ministra Grasia udają, że nic się nie stało i robią z siebie idiotów, ale pewnie dlatego, że jeszcze nie wiedzą, co na ten temat myślą - mogli sobie przeciez pomyśleć, że skoro tak, to może ci sami hakerzy wcześniej weszli sobie niepostrzeżenie na różne strony, pozostawiając tam bomby z opóźnionymi zapłonami?...”
Są w sieci oczywiście inne opinie, nawet podpisani z imienia i nazwiska blogerzy twierdzą tu i ówdzie, że protesty są o tyle niemądre, iż decyzje już podjęto i wyjście na ulicę w słusznym czy niesłusznym oburzeniu może przynieść co najwyżej duże sińce od policyjnych pał. Tak jak dzisiaj przyniosło w Kielcach, mieście raczej mało znanym z ulicznych demonstracji. Powiem wprost: staram się nie słuchać i nie czytać podobnych banialuk, ponieważ nie dowodzą one (jak utrzymują ich autorzy) sokolego wzroku i przenikliwego umysłu, raczej niewolniczej mentalności. Nie chcesz bratku iść – to nie idź, wolna wola, zaparkuj dupsko w jakim wygodnym miejscu, odgryź kapsel flaszki i nie zawracaj innym głowy! Siłą bowiem nie znających się ludzi nie jest popieranie twojego zdania, ale wyrażanie własnego! Ostatni Marsz Niepodległości pokazał to dowodnie – żeby nie wiem jak kłamać, zniechęcać do uczestnictwa, kręcić na temat przebiegu, prowokować przy pomocy tajniaków podpalających specjalnie ustawione auta - rzecz się stała i pokazała siłę spokojnej zbiorowości.
Co dalej? Słoneczko Peru wydaje się mocno wierzyć w siłę pancernych dywizji, które jakoby za nim stoją, szwadronów przebiegłych agenciaków i policyjnych prowokatorów (niektórych znamy już z licznych fotek) – i wreszcie braku woli tych, co to muszą spłacać kredyt i wolą pilnować świeżo zagrabionego, niż dbać o cokolwiek publicznego. Proszę bardzo, trawestując pewne powiedzenie tyle mam od siebie, że pycha zawsze idzie o krok przed upadkiem. Tuba Czerskiej już nie działa w tym stopniu, co jeszcze kilka lat temu, ramiona finansowych nożyc rozwarły się zbyt szeroko i nawet „idioci adamowi” widzą, że coś tu nie pasuje, nie gra, brzmi fałszywie. A i reszta zdaje się potwierdzać inne powiedzenie: mów mi do ręki, nie do ucha. Przemówiono im do ręki - mocno tę rękę kalecząc, a portfel grabiąc.
M.Z.
PS. Ostatnia informacja, przeczytana 26 stycznia: Wanda Nowicka, wicemarszałek Sejmu, lewaczka pełną gębą, właśnie wystosowała do Boniego żądanie, by ten wyjaśnił skąd wziął się pomysł dyspozycji rządowej, by podpisać coś, co może być niezgodne z polską konstytucją. To mówię a propos twierdzenia zawartego w tekście wyżej, iż nawet lewacy zorientowali się kto jest dla nich większym zagrożeniem. I że to nie jest żadna tam prawica, ale Słoneczko Peru właśnie...
poniedziałek, 23 stycznia 2012
A propos ostatniego wpisu
Czy to już ekshibicjonizm? Twierdzę, że nie. Oczywiście w cyklu wspominkowym, to przecież nie tylko Urle, także praca dla „branżowców” - dźwięczą osobiste emocje. Nie ma ich tylko w opisach norm dla betonu kanalizacyjnego. Kto by chciał o tym czytać w pełnym uniesieniu? No właśnie… Zamieściłem ten betonowy tekst z lekko złośliwą premedytacją. Więcej podobnych nie będzie, to obiecuję solennie.
Poważni w tym czasie sporządzają rozprawy na przykład o tożsamości ludzkiej. Że niby czasem ona taka nie do końca zidentyfikowana. Może i tak – ale wtedy podobno to da się leczyć, prostować, naprawiać, nie wiem jakiego użyć tu pojęcia. Rozumiem, że sytuacja w której ktoś nie wie czy jest dziewczynką czy chłopczykiem dla samego zainteresowanego jest wysoce kłopotliwa i stresująca. Czy jednak należy o tym zawiadamiać zaraz cały świat? Że niby co, że mam prostackie pojmowanie takich spraw? A niby dlaczego? Niby z jakiego powodu czyjś niewątpliwy trud podzielenia zapałki na czterdzieści części miałby mnie przejmować poważniej? I w końcu który z nieszczęśników tak przez los potraktowanych opowiadając o swojej dolegliwości, poddając ją naukowej analizie zechce stwierdzić, że to właśnie o to chodzi, że on chce pozostać w tym nieszczęśliwym miejscu, a sytuacja, kiedy wszyscy się nim interesują, poświęcają mu naukowe elaboraty bardzo mu pasuje? Przecież w jakimś sensie durnowaty przeczył by sam sobie…
W kolejce czeka mnóstwo opowieści o ludziach, ich dość prywatnych sprawach i losach. Nie mam zahamowań w materii publikowania tego wszystkiego: zdjęcia jakich zamierzam użyć należą do mnie, niektóre sam robiłem. Generują we mnie jakieś określone myśli, refleksje, mam ochotę je zwerbalizować, moje prawo. Ale jeśli ktoś chce poczytać na przykład mało osobiste protokoły z oficjalnych posiedzeń komisji sejmowych to po odblokowaniu odpowiedniej strony może to czynić całą noc. Jeśli znajdzie u mnie coś o sobie i pomyśli, że znów napisze „Jak nie zdejmiesz to puszczę cię z torbami…” – niech już da spokój. Nie zdejmę. I nikt nie puści mnie z torbami – raz dlatego, że nie mam już żadnych toreb pełnych bogactwa do przywłaszczenia sobie, dwa że mam dość ciągłego ustępowania i łagodzenia. Do niczego dobrego mnie przynajmniej to nie doprowadziło.
W Polsce w ogóle ostatnimi czasy jakoś tak się porobiło, że im bardziej państwo ogranicza swobody i prawa obywatelskie – tym częściej obywatele straszą innych obywateli możliwym sądowym rozstrzygnięciem spraw wszelakich. Są już tematy tak zakazane w różnych kręgach, że niedługo nawet o komunikacji miejskiej i dostawach pieczywa nie da się pisać bez lęku o proces. Bo Kowalskiemu się podoba jak jest… Co zostanie? Pisanie o roli państwa i Kościoła? Też nie, przecież w sieci grasuje potężna banda dewotów, którzy i to oprotestują, zresztą w języku tak chamskim, iż trudno im odpowiedzieć inaczej, jak krótkim „spierdalaj”. Dalszy dialog po podobnym dictum oczywiście nie jest możliwy. W ten sposób ucina się ważne wątki. Jeżeli bowiem taki na przykład Grzegorz Braun twierdzi, iż jedyną nadzieją na ostanie się polskości jest Kościół, a bloger Coryllus pyta, bardzo moim zdaniem słusznie, czy Kościół o tym wie i czy jest w stanie sprostać zadaniu – to co z tym wszystkim zrobić? Udawać, jak pewna Pastereczka z Krakowa, że wszystko jest git i malinowo, bo ona to wie? No ja jej akurat nie wierzę…
Ataki w cyberprzestrzeni… Właściwie nikt nie ma na ten temat ostatecznego zdania, z publikowanych doniesień wynika wprost, że ci, którzy tak chętnie chcieli by cenzurować moje na przykład wypowiedzi – w ogóle nie zadbali o bezpieczeństwo swoich. Albo też wydawało im się, że zadbali, niestety przeciwnik okazał się sprawniejszy umysłowo. To dobrze. Po raz kolejny widać, iż ten, który nadyma się i puszy ponad miarę w istocie jest goły jak król ze znanej przypowieści o królewskich szatach. I teraz bierze w ten goły zad, tu i ówdzie wygrażając zaprowadzeniem stanu wojennego. Generał Koziej wyłączy z zemsty TVN? Nie dadzą jakiegoś Teleranka? A cholera z wami! Śmiało i do przodu! Macie już gotowe kartki na masło i mięso? Na benzynę? Wszystkie trzy czołgi wyprowadzicie na ulicę? Zablokujecie konta bankowe? A co zrobicie z masą niepłaconych czynszów i podatków? Oczywiście doskonale wiem, że rząd się sam wyżywi. Tylko który z was pamięta czym to się wszystko skończyło?
Jest nerwowo i z każdym dniem coraz bardziej. Bywali w świecie twierdzą czasem, że tzw. razwiedka wszystko starannie zaplanowała. Moim zdaniem to gruba przesada, widzę tu raczej, że coś im się z rąk wymknęło, a opowieści o ich wszechwładzy są bardzo podobne do tych starych o SB. Niby wszystko wiedzieli i widzieli – ale ważniejsze okazało się dbanie o własne dupy, niż nieśmiertelny ponoć socjalizm. Dzisiaj też mamy ten słuszny ustrój, inne ubranko, inna centrala – ale chyba już się połapano, że gdy chce się żyć ze strzyżenia baranów to nie wolno wszystkich przeznaczyć na mięso, wełnę produkują tylko te żywe.
M.Z.
sobota, 21 stycznia 2012
Fanatycy „rozumu” i „wiary” – a niech was…
Ludzi mnie podobnych jest naprawdę sporo. Coś piszemy, o czymś opowiadamy – i bierzemy w skórę od obu stron ideologicznego sporu. Ortodoksi obu stron drą mordy: to nie nasi, ukamieniować, zniszczyć! Straceni dla środowisk ultra-katolickich, wrogo istniejący dla jeszcze żywych lewaków… Poruszamy się jak wampiry i złe duchy w krainie cienia.
*
Po raz pierwszy poszedłem na dywanik miejscowego sekretarza organizacji partyjnej w połowie lat siedemdziesiątych. Starannie unikałem opisywania triumfu socjalizmu nad innym świętami – więc stwierdzono, że coś trzeba ze mną zrobić. Z tamtej strony padały wzniosłe słowa: jest nas miliony, daliśmy ci pokój, prąd i telewizję, namawiamy wyłącznie do wspólnych intelektualnych działań na rzecz najdoskonalszej doktryny politycznej świata – a ty draniu nie chcesz wykrzesać z siebie dość zapału? Nie jesteś Polakiem! Politruk gadał, a im więcej bzdur mówił, tym bardziej się zapalał. W końcu wyrzucił mnie z gabinetu. Z tego co wiem wyjął flaszkę i solidnie sobie pociągnął. Oto znów dokonała się materialistyczna ewangelizacja grzesznika! Za to warto wypić…
W istocie wypił bez powodu. Nikt mi nie dał prądu i pokoju, a najdoskonalszą doktrynę świata jak miałem w dupie przed wizytą, tak i zostało po wizycie. Certyfikat socjalistycznego Polaka do dzisiaj mnie nie interesuje…
*
Stan wojenny, moja córka ma ledwie rok, brakuje mleka i dziecięcych kaszek. Wpadnij do kościoła, coś tam mają, sąsiedzi już dostali… Wpadam. Sporych rozmiarów siostra zakonna prosi o dowód osobisty. Sprawdza z jakimś zeszytem. Nie, dla ciebie nie mam! Idź sobie za żółte firanki. Ale ja nie mam uprawnień do sklepów dla partyjnych wybrańców! No to masz chłopcze problem. Pewnie znów za mało żarliwości. Trudno. Wzdłuż kościelnego muru Kowalski targa duże, metalowe puchy Milupy. Rano leje aresztantów, wieczorem jest wierzący – to ma. Odkupuję wszystko za litr dobrze pędzonego bimbru własnej produkcji. No dobra, może i nie byłem zbyt żarliwy. Mam za to różne przydatne w kryzysie umiejętności. Przeżyję jakoś…
*
Mijają lata, jest zima, dzwoni komórka. Słuchaj, jestem bardzo zaziębiona, nie mogę wyjść na śnieg, czy możesz wpaść do kiosku i kupić mi Wyborczą? Nie mogę, nie wezmę tego do ręki za skarby świata! No wiesz, jesteś po pierwsze nieuprzejmy. A dalej to ja już się nie dziwię, że ci się tak nie układa i wchodzisz bez przerwy z kimś w konflikty. Gdybyś miał w sobie więcej zrozumienia, gdybyś był bardziej otwarty na współczesność i rozum – byłoby ci na pewno łatwiej…
*
Nowy Ekran, nie tak dawno: „…Zablokowałam LCD bo to ktoś niechętny Kościołowi, a takiego kogoś nie uważam za Polaka, ani za członka cywilizacji chrześcijańskiej, ale jakieś obcej, więc szkodnika z którym nie ma mostów i każdą rozmowę rozwali, co już nieraz tu miało miejsce.
Pozdrawiam...” Kto to? Circ. W materiale z linkiem http://circ.nowyekran.pl/post/4379,rzad-i-nierzad Kto jej dał prawo certyfikacji Polaków? Pewnie leżało na ulicy - więc sobie wzięła sama...
*
Czy znów mam iść do kąta? Dobrze, pójdę. Ale nie po to by się tam zastrzelić z łuku dla huku, zasmucić na śmierć, klęczeć na grochu. Po to, by wyjąć stamtąd kij i komuś zdrowo kota pogonić. Wystarczy was, fanatyków, jak na moją cierpliwość!
M.Z.
fot. polishyourpolish.org.uk
Subskrybuj:
Posty (Atom)











