poniedziałek, 12 września 2011

Co to jest socjalizm – i dlaczego unikać go jak diabeł unika święconej wody?




Dzisiaj o przedwyborczym marzeniu niektórych współobywateli, o powrocie do stabilnej spokojności na przykład lat siedemdziesiątych. Innymi słowy – o powrocie do socjalizmu. Od razu powiem, że dla mnie to marzenie obrzydliwe. I wcale nie o spokój tu chodzi, to nie jest stan naganny.


Wiele razy wymieniałem nie tylko w tym miejscu istotne wady sowieckiego myślenia, które dopuszcza rozważania o socjalizmie jako o systemie rzekomej sprawiedliwości społecznej. Tymczasem ludziom marzy się po prostu stabilne, chude, ale i ciepłe bajorko, ponieważ sądzą, że to jedyny ratunek przed tym, co nas otacza dzisiaj – i co nam grozi w najbliższej przyszłości. Nieporozumienie! Po stokroć nieporozumienie! Zanurzając się głębiej w to błotko już wkrótce stracimy możliwość oddychania. Niektórzy zapewne przeżyją. Jako niewolnicy po wsze czasy. Trudne są z tymi marzycielami rozmowy. Ja to co wyżej. Oni o bezpieczeństwie za Gierka. Ja o degeneracji całych pokoleń – oni o awansie cywilizacyjnym, który jakoby dokonał się w Polsce od 1944 roku. Ja pytam o wymordowane elity i powody zablokowanego rozwoju – oni mi wskazują na ciecia, który awansował kiedyś na sekretarza gminnego, a dzisiaj jest prezesem jakiejś badziewnej firmy ochroniarskiej. Jak się porozumieć? I czy w ogóle warto lub trzeba?

Socjalizm to system, w którym państwo dba o ludzi pracy? O obywateli i lokatorów, z których socjalistyczni urzędnicy tak naprawdę żyją? Bzdura – nie dbają! Więc może to system, w którym każdy ma równy dostęp do dóbr wszelakich i spokojną starość? No nie rozśmieszajcie mnie. Podobno Szwecja jest socjalistyczna. I cała Unia też. Tak gadają. Jak daleko nam do Szwecji wiedzą nawet dzieci. Do Unii już dopłacamy. Skutki stopniowego likwidowania państwowości jeszcze nie do oszacowania w pełnym zakresie, ale już widoczne.

A ekonomia? Ta socjalistyczna z grubsza polega to na tym, że ktoś osadzony prawem kaduka na decyzyjnym stanowisku wydaje nie swoje pieniądze w celu uszczęśliwienia kogoś nieznanego i paru przyjaciół królika. To dość ścisła definicja. Jak widać nie ma w niej mowy o sensie wydawania wspomnianych pieniędzy, żadnej czynności z tym związanej nie osadza się ani w czasie, ani w logice.

Dom ogólny, państwo polskie, marnieje. Mechanicznie i w ludzkiej materii. Za dużo tu dzisiaj sobków, mądrali, wyniosłych arogantów, linoskoków udających profesorów i snujących się zawsze pod murem ponuraków. No i złodziei za dużo. Nikt nie poświęca sąsiadom więcej czasu, niż wymagało by ustrzelenie ich z dubeltówki. Oj, spokojnie, tu jest jedna z nielicznych oaz. Ale wokół pustynia. Zaprowadzona kiedyś przez czynniki zewnętrzne destrukcja zrobiła swoje: destruktorzy pozałatwiali swoje interesy i mają resztę w doopach. Nie tylko u nas tak się dzieje, inne kraje byłego bloku sowieckiego mają w mniejszym czy większym stopniu podobną sytuację. Coraz więcej osób szuka wyjścia – i coraz mniej o dobrym wyjściu wiadomo. Łatwo powiedzieć: przekleństwo magdalenkowe. Niestety niczego ta konstatacja nie rozwiązuje. Lemingi właśnie zbliżają się do urwiska. Idą na śmierć, ale nie wiedzą o tym i idą spokojnie. Tylko dlaczego ich tłum porywa także mnie? Jak się zasadzce wymknąć? Jak ten zgłupiały tłum zawrócić znad przepaści?

Reszta, ta politycznie nieruchawa reszta pilnuje tego, co ma. Legalnie ma – i nielegalnie pewnie też. Licho z wami, pilnujcie swojego urobku życia, dorobkiem trudno to nazwać. Dzisiaj żałuję, że kiedyś dla wspólnego dobrego pobytu w sieci powycofywałem przywoływanie nazwisk. W końcu co mi szkodziło: jak twierdzi Stanisław Michalkiewicz pojawiają się poważne głosy, iż naukowcy opracowali już szczepionkę powodującą wzrost posłuszeństwa. Pewnie byłbym pierwszy w kolejce… Bo Umiłowani Przywódcy tylko czekają, by nawet grubą igłą zastrzyknąć pokorę w obywatelskie zadki. Na co im wrzeszczące podczas egzekucji stado? Cicho, po cichutko, sza, karnie, do dziury – ale już!

I chcę powiedzieć młodszym, że socjalizm wcale nie był taki sielski. Owszem, mniej było służb tajnych i dwupłciowych, chyba na zasadzie, że jeden bandyta nie będzie na tym samym podwórku tolerował drugiego bandyty – ale te, które były działały sprawnie i bezwzględnie. Dzisiaj też? No pewnie! Tyle że trzeba było kilkunastu lat, by wrócili do bezczelnych i zbójeckich metod w pełnej krasie. Przerżnęliśmy socjalistyczną denazyfikację – to i mamy. A przy okazji okazało się, że biologiczna i naturalna degradacja niczego nie załatwia – powstały komuchowate dynastie, klany, organizacje mafijne i takież rodziny. W sieci działają już wnuczkowie stalinistów. Wkrótce i oni przystąpią do procesu rozmnażania. Bredzić o dobrodziejstwach socjalizmu będzie im łatwiej – nikt nie będzie jego grozy pamiętał. Ja też nie. Będę przecież już po drugiej stronie lustra…

M.Z.
++++++++

DOKOŃCZENIE: tekst ukazał się również na www.Polacy.eu.org I tam zaczęła się rozmowa, którą pozwolę sobie przytoczyć W CAŁOŚCI, oczywiście ze swoimi odpowiedziami.

"...Re: Co to jest socjalizm – i dlaczego unikać go jak diabeł unika święconej wody?
Paweł Tonderski, 2011.09.12 o 20:39
Nie jestem zwolennikiem realnego socjalizmu, zawsze byłem zawziętym i zagorzałym wrogiem tamtego systemu, jestem gotowy oddać swoje życie w walce z komunizmem i światowym internacjonalizmem, który w dzisiejszym świecie zamienił się w Unię Europejską, globalizm i NWO, jednak trzeba sobie wreszcie zdać z tego sprawę, że nie wszystko co wiązało się z tamtą epoką było złe i trzeba było to niszczyć i dewastować. Przykład pierwszy z brzegu, stowarzyszenie Grunwald i Bohdana Poręba.

Polacy powinni moim zdaniem zrozumieć, że jeżeli teraz się nie połączymy i nie zapomnimy o pewnych animozjach i niechęciach wobec siebie oraz czasem nawet o słusznej nienawiści do tamtej epoki oraz do ludzi kojarzących się nam z tamtą epoką, to jako naród, jako Polacy zginiemy! A czy teraz w Polsce nie mamy socjalizmu tylko w wydaniu liberalnym i niby wolnorynkowym, który objawia się w wolności zohydzenia wszystkich wartości i zasad, w którym wolność polega na zniewoleniu i na sterroryzowaniu wszystkich ludzi bandyckim systemem bankowym, technologicznym i ekonomicznym?

Pozdrawiam.

Polecam na koniec wysłuchać i obejrzeć, co w tej sprawie ma do powiedzenia pan Poręba.

+www.youtube.com

+www.youtube.com

Mam nadzieję, że po zaproponowaniu przeze mnie tego filmiku do obejrzenia na pańskim blogu nie usłyszę, że jestem ubekiem i byłym pezetpeerowcem albo, że ktoś z mojej najbliższej rodziny miał coś wspólnego z tamtym systemem od tej właśnie najgorszej strony.
odpowiedz zgłoś naruszenie
Re: Co to jest socjalizm – i dlaczego unikać go jak diabeł unika święconej wody?
Marek Zarębski, 2011.09.12 o 21:58
Panie Pawle: na moim blogu usłyszy Pan tyle, że po pierwsze dzięki za komentarz... Skąd do licha wzięły się u Pana takie okropne obawy? Dlaczego miałbym Pana obrażać? Nie jestem aż tak wrednym potworem, naprawdę.

A dalej jadąc: dylemat pisania o tym jaki to naprawdę ten socjalizm do 1989 roku był polega i na tym, że przecież każdy rozsądny pisujący dobrze pamięta na przykład poczucie bezpieczeństwa związanego z pracą. Dzisiaj tego nie ma. Dzisiaj można człowieka skazać na niebyt, a niebyt to najpierw śmierć. Mnóstwo wokół przykładów. Ale czy to oznacza, że socjalizm był zły, a dzisiejszy rzekomy... no właśnie, co? Kapitalizm? Demokracja? By nie gmatwać: wtedy było dobrze dzisiaj jest źle? Nieporozumienie! To po prostu fałszywe równanie. Oświadczam przeto, że dla mnie, dla mojego pojmowania świata wokół socjalizm się nie skończył! Mamy jego karykaturalną mutację. Rodzaj zbójeckiego okresu przejściowego pomiędzy pożarem w burdelu, a zamachem, napadem na znajdujący się poniżej dochodowy saloon. Uznaję dalej, że oto ja, człek w pewien statystyczny sposób winien spędzenia młodości i pierwszych lat dorosłych w socjalizmie nie czuję się za socjalizm odpowiedzialny - ponieważ udało mi się z tego dołka wyjść bez nawyków socjalistycznego, sowieckiego myślenia. Powiada Pan o siłowo wprowadzanej "wolności" zohydzania wszystkich wartości i zasad, mówi Pan o bandyckim systemie ekonomicznym i bankowym - i ma Pan całkowitą rację. Ma Pan również rację, niestety mniejszą, mówiąc o ogólnym połączeniu. Zapewniam Pana, że z niektórymi w obecnym stanie rzeczy połączyć się nie wolno, trzeba drani zdenazyfikować, wpakować do pudła, odebrać łupy, może w szczególnych przypadkach potraktować jeszcze okrutniej. Przecież słyszał Pan o niemieckim systemie rozliczania się z pozostałościami po NRD - czy tam stalinowscy sędziowie i prokuratorzy zostali na stołkach? Nie. I Niemcy się nie zawaliły. Przybyło za to adwokatów i listonoszy. Czy od ujawnienia agentury w Czechach przestali kupować Skody? Nie. Dranie nie deprawują już innych, przybyło dozorców i kamieniarzy. A u nas cisza, u nas feta, u nas coraz więcej "człowieków honoru", talmudystów, pieczeniarzy, rozgrzanych sędziów i prowincjonalnych bożków. Za klasycznego socjalizmu była choc kolejność dziobania, Za obecnego socjalizmu jest prawo silniejszego, bardziej obrotnego przez znajomości, układy i wspólne przestępstwa.

Długo by gadać... Może kiedyś przy okazji i osobiście, to temat-rzeka, nie da się opisac i w trzech felietonach.
Z pozdrowieniami!

Re: Co to jest socjalizm – i dlaczego unikać go jak diabeł unika święconej wody?
Adam39, 2011.09.12 o 23:17
Panie Marku, szarżujesz pan, i strzelasz trochę na oślep. Od kiedy to marzenie do spokojnego i dostatniego życia nazywa się socjalizmem. A dobra, twórcza i uczciwa praca przynosi poprawę bytu rodziny.
Porównywanie tego co społeczeństwo wypracowało w czasach gierkowskich do obecnej sytuacji całkowitego rozkładu Państwa Polskiego, uważa pan za tęsknotę za socjalizmem. Zawsze ludzie chcieli i chcą żyć w normalnym państwie.
Zablokowany rozwój mamy od czasów rozbiorów. Frymarczono nami przed IIWŚ, w czasie i po niej.
Jaki mieliśmy wpływ na Teheran, Jałtę, Poczdam, gdzie tak zachód jak i wschód, bez naszej zgody i wiedzy ustalili do czyjej strefy wpływów mamy przynależeć. Mimo ogromnej powojennej biedy, zniszczeń wojennych, wybitych (ale mimo wszystko nie całkowicie), przez wszystkich okupantów polskich elit, pomału podnosiliśmy się z kolan, by znów, tym razem bez wojny, w sposób prawie pokojowy Polskę i większość Polaków rozłożono na łopatki. Uważa pan że obecna logika władzy jest lepsza od gierkowskiej, to winszuję.
Porębę zawsze szanowałem i uważam go za prawdziwego i mądrego polskiego patriotę. Poza tym znakomitego reżysera, któremu żydzi cały czas postawiali nogę i robią to do dziś, przypisując mu różne gęby.
Ja również chcę powiedzieć młodzieży, że tamten ustrój był i zakłamany, i posiadał wiele wad, stwarzał ludziom wiele problemów, ale wtedy działo się również wiele dobrego i mimo wszystko dawał szansę zachowania polskości i rozwoju polskiej kultury, w przeciwieństwie do obecnego.

Re: Co to jest socjalizm – i dlaczego unikać go jak diabeł unika święconej wody?
Marek Zarębski, 2011.09.13 o 00:04
"...Innymi słowy – o powrocie do socjalizmu. Od razu powiem, że dla mnie to marzenie obrzydliwe. I wcale nie o spokój tu chodzi, to nie jest stan naganny..."
-----------------
Napisałem tak? Ano napisałem. Może za mało wyraźnie, ale pokazałem pewną opozycję. Zatem Pański wniosek o moim szarżowaniu... nieco szarżujący. Toż jest rzeczą oczywistą, że marzenia o spokojnym i dostatnim życiu nie są naganne, a praca przynosić powinna poprawę bytu rodziny. Tyle że ja miałem na myśli nie ludzi tak marzących i tak pracujących, ale tych, dla których bajorkowaty spokój gierkowskiego socjalizmu, ze wszystkimi jego niedogodnościami jest czymś, co jednak lepiej znosić od dzisiejszego... nawet nie wiem jak to nazwać. I to jest właśnie to całe poplątanie: marzący o tamtym socjalizmie, godzący się na jego polityczno-milicyjne niedogodności nie bardzo wiedzą, że można marzyć o spokoju i dobrobycie bez tego partyjnego bajora, które niejako automatycznie przypisane zostało w ludzkiej podświadomości do na przykład lat 70-tych. To jest właściwy dramat: albo dzisiejszy rozkład albo ówczesna niedoskonałość połączona z pewnością zatrudnienia, ale też wiecznym czekaniem na jakiś talon, na dostawę do sklepu, na możliwość dorobienia do symbolicznej pensyjki.

Czy logika dzisiejsza jest lepsza od gierkowskiej? Trochę Pan tu uprawia propagandę. Bo niby jaka to była logika gierkowska? Nie mistyfikuje jej aby Pan? Ja ją pamiętam jako ciemnogród w żywe oczy. Jako fałsz wcielony. Jako oszustwo na wielką skalę. Były dwa światy: ten dumny i odświętny z wielkiej płyty i ten prawdziwy ze wszystkimi niedoborami, z wmawianiem Polakom jak to ich dziki Zachód niszczy, jak im odmawia szans i tak dalej. Tylko przepraszam czemu Pan to chce przeciwstawić? Dzisiejszej logice zbója? Polityce mistyfikatorów niszczących naród, państwowość i indywidualną nadzieję? To jest złe porównanie, między dżumą, a cholerą. Powiada Pan, że podnosiliśmy się z kolan i dorabialiśmy. Odpowiem Panu, że oczywiście tak - z tym wszakże zastrzeżeniem, że jedno podnoszenie się z kolan było zarezerwowane dla wskazanych, inne dla reszty. Obydwa zaś i tak tłumione były przez tego, który nam tu za pomocą wędrownych plemion zaprowadził porządek wcale nie polski, obcy polskiej tradycji, ba, wręcz jej wrogi. Więc zapytam w tym miejscu: jak szybko podnosilibyśmy się, gdyby nie wybito elit, nie zmarnowano morza ludzkiej energii, nie pakowano tyle paliwa w komunistycznego golema? Ile można by zrobić lepiej i więcej?

Oczywiście wiem dlaczego tak się stało i kto za to w swojej części odpowiada, kto nas sprzedał w Jałcie i Teheranie i sprzedaje do dzisiaj. Tu ma Pan rację: frymarczono nami i tak się dzieje nadal.

Incydentalnie: naprawę sądzi Pan, że tamten ustrój dawał takie wielkie szanse zachowania polskości i rozwoju polskiej kultury? Zatem różnimy się tu w opiniach. To nieprawda na przykład, ze manipulowano nami mniej, niż dzisiaj. Inne po prostu były środki i inna skala - ale manipulowano ze wszystkich sił, starając się to zrobić jak najskuteczniej i najszybciej. Dzisiaj (choć jak już wiadomo stan dzisiejszy jest przedmiotem mojej niezwykle ostrej krytyki nie tylko w tym felietonie) ma Pan - przynajmniej na razie - medium, gdzie choć podglądają i w wielu portalach tłamszą to jeszcze możemy o tym pogadać. Pewnie niedługo - ale jeszcze tak...

Powiada Pan, że "wtedy działo się wiele dobrego". Tu zatem moje krótkie pytanie: za sprawą ustroju CZY WBREW USTROJOWI? Otóż ja twierdzę, że wbrew. W niektórych wypadkach OBOK.

O Porębie nie popełniłem ani słowa, tu raczej rozmawia Pan sam ze sobą.

Z ukłonami prawie nocnymi


w.red, 2011.09.13 o 14:29
Panie Marku
Wydaje mi się, że Adam bardzo słusznie zauważył. To nie jest gloryfikowanie uprzedniego systemu co raczej stwierdzenie faktów. Mówienie zaś o tym wcale nie oznacza tęsknoty za nim ;)
Inna sprawą jest, że gdyby się nie zawalił. To na pewno zmutowałby w podobnym kierunku co dziś obecny. Upadek poprzedniego był zaś spowodowany czystym pragmatyzmem sprawujących na onczas władzę.
Co ich ograniczało skoro posiadali totalną władzę ? Przede wszystkim ideologia uniemożliwiająca im przejęcie rzeczywistej własności.
No i brak możliwości spożywania fruktów owej władzy w podobny sposób co na "zachodzie".
Brak możliwości swobodnego wydawania gotówki powodował frustrację i lęk (bo pamiętać trzeba że u władzy była część ludzi zakręcona "ideolo" i ci tępili odstępców - nie jeden "generał" czy inny bonza został odarty z atrybutów i stracony).
Gdyby nie te zależności nie pojawiłaby się Solidarność w Polsce i "piriestrojka" w Rosji. A że i tam znane nam towarzystwo miało znaczący wpływ (tak jak i na "zachodzie") to i nic dziwnego że dążyli do "wspólnego celu".
odpowiedz zgłoś naruszenie
Re: w.red
Adam39, 2011.09.13 o 15:08
Szanowny w.redzie, bardo dobrze mnie zrozumiałeś, dziękuje również za rozwinięcie:
No i brak możliwości spożywania fruktów owej władzy w podobny sposób co na "zachodzie"...takie są również i moje przemyślenia.
Pozdrawiam

Re: MZ
Marek Zarębski, 2011.09.13 o 15:09
Ależ Panie W.redzie: myślę, że doskonale rozróżniam co jest gloryfikacją, a co nią nie jest. Przynajmniej starałam się to naszkicować, może zbyt drżącą kreską. Co do różnic w pojmowaniu tamtych realiów już pozwoliłem sobie Panu Adamowi odpowiedzieć jak najlepiej potrafiłem. Oczywiście podzielam Pańską opinię, iż manewry roku 1989 i lat go poprzedzających powodowane były czystym pragmatyzmem, sztukę ubrano w stosowne stopniowanie napięcia i dekoracje - ale to była tylko sztuka, spektakl. Tu pozwolę sobie wtrącić spostrzeżenie, że przecież żaden autor utworu o cierpieniach Misia Uszatka nigdy nie był misiem i nie ma pojęcia o bólu pluszowej łapki. A jednak rzecz całą potrafi ubrać w przekonujące szatki, publika na widowni szlocha prawdziwie... Nie inaczej było z "przełomem 1989". Czasem zdarzały im się kiksy, nie wiem czy pamięta Pan to monstrualne pióro, w które wyposażono podczas podpisywania umów sierpniowych Wałęsę. Zły reżyser dyżurny? Z daleka śmierdziało tanią dekoracją... Słusznie porusza Pan moim zdaniem problem własności, tego mistycznego dla czerwonych pojęcia, z którym (też tak uważam) nigdy nie potrafili się uporać do końca. Dzisiaj mają to już za sobą.

Ale w tym wszystkim dla mnie przynajmniej inna sprawa stanowi wątek główny. Chodzi o wytwory ludzkiej imaginacji, czy nawet praktycznego inżynierskiego zmysłu, które socjalizm sobie po prostu przywłaszczył. Uznając, że nigdzie indziej coś podobnego by nie powstało. Ale jeśli dobrze się na przykład w materii literatury przyjrzeć temu, co dla socjalistycznej Polski ponoć było oficjalnym szczytowym osiągnięciem - to odnajdziemy wyłącznie socrealizm. Ktoś powiedział, że to twórczość zdesperowanych ćwierćinteligentów, jak mucha do niczego nie służąca, nie dająca się ani przeżywać, ani do garnka włożyć. I ja mam takie samo o tym zdanie. Co powstało w takim razie wartościowego? Ot, na przykład Dzienniki 1954 Tyrmanda. OBOK socjalizmu, PRZECIW socjalizmowi i wcale nie dla jego chwały. Myślę, że dzisiaj nadal zbyt słabo zdajemy sobie sprawę z tego ileż to problemów nie istniejących nigdzie indziej na świecie socjalizm naprodukował (Kisiel) po to tylko, by z nimi bohatersko walczyć i beznadziejnie przegrywać. Tamta epoka w ogóle stwarzała tyle przeszkód do pokonania, że jak pisze w jednym z fragmentów Dziennika Tyrmand samo demistyfikowanie fałszu mogło zająć człowiekowi całe życie, fałsz oblepiał go ze wszystkich stron - a przecież ta walka była bez sensu, jak wszystkie czerwone teorie społecznej inżynierii.

No i ja o tym głównie...
Pozdrawiam!

Re: MZ
Adam39, 2011.09.13 o 15:33
Wybaczy pan, ale nie lubię przekonywać przekonanego, ponieważ nie mam czasu ani chęci do pisania całych rozpraw na temat czyjegoś postrzegania. To była tylko moja subiektywna uwaga do pańskiego tekstu. I tekstu kolegi Pawła Tonderskiego, ponieważ wcześniej napisał o panu Porębie.
Na pana krótkie pytanie: czy wiele dobrego działo się za sprawą ustroju, czy wbrew ustrojowi, lub obok, odpowiem równie krótko: Moim zdaniem wiele dobrego działo się jednocześnie i za sprawą ustroju, wbrew niemu i obok, co wcale nie oznacza, że było jednocześnie okrutnie, żle i niesprawiedliwie za sprawą ustroju i obok. Ale przede wszystkim dzięki pracowitości i twórczej mobilizacji Polaków mieliśmy znaczące osiągnięcia w gospodarce i nauce. O wysokiej kulturze nie będę się wypowiadał, ale pewno i tam by się coś znalazło. Chcę tylko dodać, że skrajność w ocenianiu jest często osobnicza i bywa, iż nie jest zbyt odkrywcza. A może również utrudniać wyciąganie prawidłowych wniosków.
Pozdrawiam pana ciepło.

Re: MZ
Marek Zarębski, 2011.09.13 o 17:18
Ależ oczywiście wybaczam Panu (to było żartobliwe!)- jest Pan moim gościem i ma Pan pełne prawo do wyrażenia swojej opinii. Pan tak myśli, takie są Pańskie postrzegania, ani mi w głowie to zmieniać. Ja widzę rzecz całą jak napisałem w treści i odpowiedziach na komentarze. To odmienna od Pańskiej optyka. Zdecydowanie bardziej jestem krytyczny wobec tamtej epoki - co nie znaczy iż ślepy na rzeczy dobre, czasem doskonałe. Dyskusja czy wynalazek niebieskiego lasera, polski wynalazek, zawdzięczamy socjalizmowi czy geniuszowi umysłu, który nie tylko coś odkrył, ale też potrafił wdrożyć - w tym świetle taka trochę jałowa. Pięknie się kłaniając pozostanę przy swoim zdaniu.
Pzdr

niedziela, 11 września 2011

Gołodupki hop do kupki – będzie Kongres! Czyli jak starsi i mądrzejsi „wyznaczają kierunki”…




"...- Europejski Kongres Kultury nie będzie wyłącznie spotkaniem intelektualistów, akademicką debatą, ale wydarzeniem opartym na kilku filarach – artystycznym, intelektualnym i politycznym – zapowiedział minister. - Zobaczymy sztukę zrealizowaną w nieznanej do tej pory formie, niespotykane duety artystów, w sferze intelektualnej odbywać się będą dyskusje i debaty poświęcone kulturze determinującej rozwój społeczny. Do Wrocławia zjadą też ministrowie kultury państw Unii. Będzie to ich nieformalne spotkanie w czasie polskiej prezydencji w UE – dodał.

Europejski Kongres Kultury zainauguruje swoim wykładem prof. Zygmunt Bauman, którego książka "Kultura w płynnej nowoczesności" wyznacza kierunek kongresu.

WTRĘT (Z życiorysu Baumana, podaję za Wikipedią: Po rozpoczęciu wojny, we wrześniu 1939 wraz z rodzicami uszedł do Związku Radzieckiego. Tam w 1943 rozpoczął studia na uniwersytecie w Niżnym Nowogrodzie (wówczas noszącym nazwę Gorki). Wkrótce potem został zmobilizowany i przymusowo wcielony do radzieckiej milicji. Przez kilka miesięcy służył w Moskwie, regulując ruch na jej ulicach. Po wstąpieniu do LWP w 1944 pełnił funkcje oficera polityczno-wychowawczego, służąc w szeregach 4 Dywizji Piechoty im. Jana Kilińskiego. Brał udział w bitwie o Kołobrzeg (gdzie był ranny) i zdobywaniu Berlina.) Od autora: małżonka pana profesora nie przyjedzie - Helena Wolińska zmarła nie tak dawno. Uchodząc sprawiedliwości zresztą...

Debaty będą poświęcone procesom, którym podlega kultura a także zmianom zachodzącym w społeczeństwie wpływającym na kulturę. Nie zabraknie też dyskusji na temat roli kultury oraz jej finansowania na poziomie europejskim. O kulturze rozmawiać będą m.in. Zygmunt Bauman, Brian Eno, Jan Fabre, Oliviero Toscani, Azra Aksamija, Fatos Lubonja, Zbigniew Libera, Mirosław Bałka, Zbigniew Rybczyński, Krzysztof Penderecki, Krystian Lupa, Dorota Masłowska, Stefan Kaegi... i wielu, wielu innych..."

Za: http://www.wroclaw.pl/kultura_3.dhtml

No tak: Masłowska i Penderecki… Ciekawe zestawienie. A może jednak któreś z nich połapie się względem fałszu takiego występowania? Były komunistyczny politruk wyznacza kierunek Kongresu… Nic dodać, nic ująć. Że jestem antyżydowski? A skąd to się oponentowi wzięło? Za mało cytuję starozakonnych? No dobra, niżej komentarz, który wydaje mi się szczególnie właściwy. Tuwim. To chyba wystarczająco dobry autor, co nie?

++++++++++++++++++++++++++++++

Dzisiaj wielki bal w Operze.
Sam Potężny Archikrator
Dał najwyższy protektorat,
Wszelka dziwka majtki pierze
I na kredyt kiecki bierze,
Na ulicach ścisk i zator…

PS. Co to za fotka? Oj, nic wielkiego, pewien przedsiębiorca na tyle zamożny, by przyhołubić byłą faworytę Berlusconiego (bunga-bunga!) sprawił jej prezent w postaci zaproszenia na bardzo dotychczas znaczący bal w wiedeńskiej Operze. Czyż Tuwim nie był proroczy pisząc o tych kieckach na kredyt? Fundator zaproszenia starozakonny? No - na Eskimosa to mi on nie wygląda...

Scalił: M.Z.

Góra Strękowa - wrzesień 2011: patriotyzm to nie jest zajęcie wyłącznie dla staruszków!

Relacjonowanie imprez plenerowych ma to do siebie, że zamawiający podobne sprawozdania liczą na to, iż autor wymieni najpierw wszystkich świętych i ważnych, jacy zechcieli przybyć. A najwyżej potem wspomni nieśmiało o reszcie "statystów"... Dzisiaj mam swobodę - nikt niczego u mnie nie zamawiał. Kwituję krótko: byli Ważni kościelni i urzędowi, przeczytano nawet prezydencki i ministerialny list (ble, ble, ble), ta kolejka władz mnie nie interesuje.

Zaczęło się jednak od dość znamiennego spotkania.

Starszy pan, później rozrywany przez wszystkie stacje telewizyjne i radiowe, miałem okazję rozmawiać z nim zanim ktokolwiek na Górze się pojawił. Znał kapitana Władysława Raginisa, pamięta go, jako dziewięcioletni chłopak wpadał do chałupy, gdzie oficer mieszkał tuż przed wybuchem wojny. "To był zwykły, skromny człowiek. Jedno pamiętam ponad wszystko, tę jego dumę z faktu, że jest polskim oficerem, że nie pójdzie tak od razu do lasu, że skoro mu coś powierzono, to on przysięgi dotrzyma i póki będzie żył to Niemcy tędy nie przejdą..."

Szczerze mówiąc oglądałem w swoim zawodowym życiu wiele imprez organizowanych "centralnie", odgórnie, ze ściśle sformułowanym założeniem.10 września rozkaz dostała wyłącznie kompania honorowa.

Przyjechali wcześniej, rozejrzeli się, przećwiczyli komendy.To co dalej działo się na Górze Strękowej 11 września wymyka się mówieniu o jakimkolwiek przymusie. Nie było żadnych nakazów przyjścia, list obecności, tu po prostu nie było nawet śladów podobnych działań.
Przyszli z potrzeby serca. Bo chcieli. Starsi powoli i z pewnym trudem. Także z daleka i z rodzinami stojącymi pod jednym sztandarem. Wszystko na własny koszt i jak to się powiada "własnym przemysłem"...


"Duch patriotyzmu skądsiś wyłazi, patrz pan, miały iść gdzie indziej, są tutaj..." Komentarz jednej ze starszych uczestniczek. Skąd wyłazi tak starannie szlifowany i wtapiany w otoczenie ów patriotyczny duch? Nie żal dzisiaj wszystkim antypatriotycznym szkodnikom tego całego wysiłku? Przecież spalił na panewce, zginął marnie, okazał się daremny.

Kilka stacji telewizyjnych, kilkanaście uwijających się z mikrofonami panienek. Dlaczego rozmawiają wyłącznie ze starszymi? Takie było zlecenie? Pokazać to, co jest dla kogoś "słuszne" i "nie do zakwestionowania"? Jak to pogodzić z tą całą gadaniną o "europejskości"? Dwa lata wcześnie w tym samym miejscu występował zespół Sabaton. Śpiewali i o tych polskich Termopilach.Utwór "40:1"(link: http://www.youtube.com/watch?v=peoQ5GCc37Q&feature=related). Nie wzięli za wystep ani złotówki - tak przynajmniej twierdzą wszyscy miejscowi. Na koncert przyszedł kto chciał. Na okolicznych polach słuchało Skandynawów dwadzieścia, może trzydzieści tysięcy ludzi. Jak to przykroić do moherowych beretów? Czy w ogóle o tym mówić? Ale jednak warto. Bo po polskich telewizjach panoszy się na przykład niejaki Nergal. Żałosna postać kreowana na piosenkarskiego lidera. Biedak nie mający nawet pojęcia czym satanizm, o którym opowiada właściwie jest...

Motocykliści... Jak i kiedy się skrzyknęli? Nie wiadomo. Przyjechało kilkadziesiąt maszyn, praktycznie z całej Polski. W tle część grupy rekonstrukcyjnej na koniach. Ktoś powiedział, że mieli nie takie jak trzeba ładownice i kulbaki. Nie wiem, nie znam się na tym. Wiem natomiast, że byli przekonujący. I że to zestawienie ryczących współczesnych maszyn z końskimi dobrze przećwiczonymi ruchami wzbudza ciekawość - coś ich jednak łączy. Z jakiegoś wspólnego powodu tutaj się pojawili...

Stara tablica, wmurowana u wejścia do ruin schronu. Szczerze mówiąc brakuje mi na niej imienia i nazwiska porucznika Stanisława Brykalskiego.






Oficjele odjechali, pozostało wmurowanie nowej tablicy... Chwila spokoju, można przebić się pośród tłumu i zrobić jakąś fotkę. Nie komentuję dalej, nie ma sensu, obraz jaki jest każdy widzi.

I tablica, która zaraz zostanie wmurowana na ścianę czołową grobowca. Pytanie: dlaczego tym razem nie ma tu dwóch nazwisk: kapitana Władysława Raginisa i porucznika Stanisława Brykalskiego? Msza w pobliskim kościele i pochówek w tym miejscu na wzgórzu dotyczył tych dwóch oficerów. Znów ktoś wziął się za ociosywanie patriotyzmu? Ale może się tylko czepiam...


Za całość: M.Z.

sobota, 10 września 2011

Ich miejsce na Górze


Dzisiaj tylko sygnalizuję: byłem na uroczystościach złożenia do miejsca stałego pochówku szczątków oficerów Raginisa i Brykalskiego, obrońców spod Wizny. Jutro pełne arbitralne sprawozdanie tekstowo-fotograficzne - dzisiaj po przejechaniu niemal 400 km po polskich sobotnich drogach mam dość. Zdjęcie przedstawia przygotowany do uroczystości grób w schronie obserwacyjnym. Tym razem to nie symboliczna mogiła. Czekali 72 lata - ale wreszcie doczekali się...

M.Z.

piątek, 9 września 2011

Order Platynowej Pipy


Brytyjski pisarz, dziennikarz i autor programów telewizyjnych Malcom Muggeridge zauważył kiedyś i tę uwagę zapisał: “Człowiek w naszym stuleciu uruchomił przepotężną machinę wyobraźni, jakiej dotychczas nie znano. Gdziekolwiek się obrócić, wszędzie wmawiają ci, że szczęście można osiągnąć za pomocą ciała, pełnię życia zaś – przez sukces (...). Człowiek wzniósł pomnik najstraszliwszego bożka, przed którym pada na twarz i którego jedynie uwielbia: siebie samego”.

Właściwie nie wiem dlaczego tę skądinąd słuszną obserwację przypisuje się Brytolowi. Może dlatego, że tak się utarło, iż jak coś pochodzi stamtąd to jest pewniejsze, niż gdyby powstało tutaj. Widzę tu pewne podobieństwo z innym znanym w Polsce dziennikarzem brytyjskim. Jeremy Clarkson w swoim „Top Gear” mówi najczęściej o motoryzacji, uważany jest za bezkompromisowego i walącego wprost autora rozmaitych wiców. Gdyby ktoś zadał sobie jednak trud obejrzenia kilku po kolei wystąpień Clarksona dostrzeże bez wątpienia, że dowcipy są stosunkowo płaskie (te dotyczące Polski zwłaszcza), a obserwacje z drugiej lub trzeciej audycji nie wydają się tak świeże jak z pierwszej. Po prostu inny styl – ale w sumie normalka i standard. Przy czym skoro nie ma takiego uniwersalnego prawa, które nie obejmowało by rodaków twórcy tego prawa – łacno zauważyć, że Clarkson poziom samouwielbienia ma naprawdę wysoki. Co oczywiście zasadę Muggeridge’a tylko potwierdza.

No dobra, popastwiłem się nad dżemojadami, pora na merytorykę krajową. Muggeridge to bardzo celny opis tego, co się wokół dzieje u nas, na miejscu. Przypominam to sobie zawsze kiedy spotykam w windzie sąsiadkę, nieodmiennie tak zachwyconą sobą, że szkło lustra pęka. Nie, piękna ni mądra to ona nie jest. Więc dlaczego? Nikt nie wie z jakiego powodu. Może ma co jej się należało? I czeka na więcej? W sieci kilku miłośników statystyki uważa, że jeśli ujmie w ten właśnie statystyczny sposób dowolnie opisany problem polityczny to nikt ich nie zaatakuje – bo niby jak przeczyć oczywistościom? I są po prostu wniebowzięci, że udało im się dołożyć innym, meandrycznie myślącym blogerom. A to, że ja, moja żona i dwa koty mamy średnio po trzy nogi jest stwierdzeniem nie do obalenia, co nie?

Albo mazurska respondentka Voit, z którą wojowałem miesiące całe podczas pobytu na Salonie 24… która tak zna się na wszystkim, że od zabiegów wychowawczych wobec miejscowej ludności, później rozpraw socjologiczno-psychologicznych potrafi gładko przejść do analizy rzeźb wszelakich tudzież ich umiejscowienia na mapie stolicy. Gdzie gnasz, dzieweczko, kogo naśladujesz, w kogo pragniesz się zmienić?

I wtedy przypomniał mi się mit sprzed wielu lat, kiedy to w obiegowych legendach wczesnego PRL-u funkcjonowała tak zwana Dobra Biała Pani. Podobno dzieciom rozdała parę deko cukierków. Podobno kogoś tam pogłaskała po strapionej główce. Innemu pogroziła palcem, niedobry był i miał się naprawić. Nikt nie pisał tylko, że owa muza stalinowska miała za kołnierzem parę istotnych grzechów. Z wyznawaniem lewackich teorii na czele – ale to już pewnie bez znaczenia. Jej rolę w pewnym sensie usiłowała przejąć we współczesności pewna posłanka lewicowa o skrzekliwym głosie. Tak, ta szczera wielbicielka skóry, swobody i tego, by przez kałuże zawsze ktoś ją przenosił, na fotce jest to Murzyn. Czy wymienione damy mogą budzić czyjąś zazdrość i wolę naśladownictwa? Widać, że tak.

No i zawsze się to wszystko intensyfikuje, gdy demony szeroko pojętego lewactwa dochodzą formalnie do głosu. Dzisiaj moda, by anarchiści słali do komendanta policji prośby o zaprowadzenie porządku. Sataniści wykładają maluczkim teorię krzyża, a durnie twierdzą, że rozum to zbędne obciążenie jednostki. Mało-mało, a odnajdziemy w sieci czy prasie papierowej deklaracje, że impotentom i złodziejom należy obniżyć podatki. W pierwszym wypadku za szeroko pojętą niemoc. W drugim dla majestatu prawa – bo przecież wiadomo, że złodziej nie złapany niczego nie zapłaci, a złapany nie ma już z czego płacić. W sprawie sztuki tyle mam do powiedzenia, że niedaleko Rucianego Nidy należy postawić ten pomnik, który swojego czasu stał w centrum Rzeszowa i chyba rzeszowianie chcieli go zlikwidować. Czy to naprawdę odpowiadało encyklopedycznemu rysunkowi damskich organów płciowych? Podobno należały do kochanki miejscowego satrapy. Ale tak mówią miejscowi – może z zemsty?

Nowy Ekran podważył – a uznał to Sąd Najwyższy – zasadę działania Państwowej Komisji Wyborczej. Pokazał dowodnie jej durnotę i dyspozycyjność. Zero o tym informacji gdziekolwiek poza siecią. To, co zniosło by dowolny rząd w dowolnym kraju – u nas jest normą nie do zauważania. Order z wizją pomnika z Rzeszowa! Najwyższa Pipa Platynowa! Człowiek uwielbia siebie – a komisja wyborcza nie może? No jakże to tak!

M.Z.

wtorek, 6 września 2011

Moi celebryci




Po szalonych i często skomplikowanych rozmowach w sieci o tym kim jest, a kim nie jest polski celebryta jedno dało się ustalić: otóż jest to taki sobie przygłup, który już w szkole był znany z tego, że potrafił wejść na drabinki sali gimnastycznej i zdjąć majteczki. Poza tym nie znał się na niczym, a jeśli nawet coś mu w życiu wyszło, to później okazywało się, że to coś ukradł albo przywłaszczył sobie w inny sposób.


Istnieje też grupa celebrytów, która odwołuje się do swej egipskiej minionej wspaniałości. Mało kto pamięta Amenhotepa Pierwszego – więc twierdzenie, że ta i ta piosenkarka porywała wtedy miliony jest równie dobre, jak to że ziemia jest płaska. Co każdy na co dzień podobno widzi… To a propos takich postaci, jak Hołdys, czy Rodowicz. Ja miałem jednak do czynienia osobiście z innymi celebrytami środowiskowymi - to znaczy "uświęconymi" w danym środowisku. Podstarzały albo wręcz demencjalnie stary piosenkarski pasztet zbiera jakieś z góry ustalone oklaski, inny celebryci kłaniają się przed nią – i po ptokach. Obowiązek spełniony.

Z prezesami jest gorzej - trzeba im czapkować bezustannie. I to nieprawda, że oni są mali i nic nie znaczą. Oni są bowiem ulokowani wszędzie tam, gdzie przebiegają nerwy państwowości, zwłaszcza ustroju gospodarczego.

Moi celebryci dawali mi czas jakiś pracę. Tak przynajmniej twierdzili. I za diabła nie mogli zrozumieć, że tak naprawdę to ja tę pracę, swoją pracę, świadczyłem dla nich - więc logicznie było odwrotnie. Pierwszy jako towarzysz sekretarz partyjny nie sprzedał tego, co inny rozkradli w radosnym szale, trochę ze strachu, trochę z wyrachowania – i po paru latach okazało się, że może już mówić o sobie, że jest zbawcą pewnej gałęzi przemysłu spożywczego. Na wszelki wypadek nie chodził po tym padole łez, ale skradał się, nigdy nie było wiadomo o której przyjedzie swoim najnowszym Volvo i gdzie stanie, jego totumfacki narzekał czasem, że już go to męczy, w końcu nigdy nie wiadomo o której i gdzie ma poluzować pasek w celu zdjęcia spodenek. Oczywiście mówię to z pewnym przekąsem, pierwszy był za stary na seksualne harce, drugi w razie potrzeby pedałem by został – no ale skoro nie musiał to podlizywał się w inny sposób.

Kolejny o którym myślę „podwaliny podwalał swemi ręcyma”, przez co zasłużył się okropnie, niestety do dzisiaj nie ustalono na jakim polu, kiedy i w których konkretnie przypadkach. Młodość jego wzniosła przypadała na czas stalinowski, kobiety ponoć były wtedy tak gorące, że dupy dawały i na śniegu, no ale ważniejsze było oczywiście pozycjonowanie się partyjne. To się i wypozycjonował. Nie został tylko ministrem, inne głąby były – a on nie. Stąd kompleks „małego ministra” – lubił przymilać się do tych prawdziwych i wielkich. Jak pies. Najbardziej kochał sam siebie i przemówienia, lśnił w blasku tej miłości tak długo, że wszyscy wokół uznali, iż nie ma sensu dociekać o co tu w ogóle chodzi. Męczące to bowiem i do niczego dobrego nie prowadzi.

Długi czas miałem kłopot z zaliczeniem dwóch wyżej wymienionych wspanialców do którejś z grup: kradli i byli li tylko przygłupami, czy też sto lat temu faktycznie przez zaniechanie, strach lub nieuwagę przyczynili się do czegoś dobrego? Powiem prawdę: do dzisiaj nie wiem. Dlatego staram się jak najszybciej wyrzucić z głowy wszystkie informacje, które jak mi się zdawało mogły w przeszłości rozjaśnić choć trochę problem. A pies z nimi tańcował!

Bo potem moi Mili Czytelnicy okazało się, że wymienieni to w ogóle mały pikuś przy tych, którzy weszli jeszcze wyżej. Jako strażnicy żyrandola, premierzy, nominowani ministrowie, posłowie i senatorowie. Z ich ramienia jeszcze większe dupki i popaprańce pytaja mnie dzisiaj ile ja biorę za jeden felieton. Otóż, proszę waszej durnowatości, nic nie biorę. Od ponad roku jestem bezrobotny, nie mam już zasiłku i pisuję całkowicie bezpłatnie. Z potrzeby serca i resztek rozumu. Nikt mnie nie chce do żadnej pracy, ponieważ dla jednych „pluję jadem”, dla innych jestem za stary na ręczne wyrobienie ze mnie garnka do kiszonych ogórków, jeszcze inni wolą „dziurawe wojsko”, a do gazet najmuje się świeżaków, którzy być może kiedyś nauczą się pisać – ale dzisiaj jeszcze nie. Celebryci uwielbiają głupszych od siebie. Po prostu. Widać świat tak jest urządzony, że pracownik nie może być ani starszy, ani „doświadczeńszy” od pryncypała.

Postanowiłem jednak tkwić w grzechu dalej. I nie prosić o finansowe wsparcie jak czynią to niektórzy moi koledzy – blogerzy, zresztą zawsze uważający się za gwiazdy wcielone. Kiedy już odwalę to moje piekiełko na ziemi pewnie będę miał niewielką bo niewielką, ale jakąś szansę pójść do nieba.

I tam wam dopiero pokażę, cholerni celebryci!

M.Z.

niedziela, 4 września 2011

Dlaczego warto?



Po ostatnim moim tekście dotyczącym spotkania, jakie przewidziane jest na 10 września w Strękowej Górze, przy pasie umocnień nad Wizną - dostałem kilka maili. Niektóre ustalają trasę dojazdu, to dzisiaj nie wydaje się trudne, wrzucam mapę Targeo, zadaję komputerowi obowiązek wytyczenia trasy – i mam ją jak na dłoni. Ode mnie 173 kilometry, plan przewiduje wszystkie zakręty i utrudnienia drogowe. Łatwizna…

Ale dostałem też kilka pytań, których sens zdaje mi się mętny, wszystko zaś dowodzi absolutnego niezrozumienia miejsca i czasu, w którym respondentom przyszło żyć. Po co jechać nad Wiznę? Dlaczego świętować kolejną klęskę? Postaram się odpowiedzieć w tym miejscu, po prostu jestem przekonany, że pewne treści winne być publicznie znane, a nie zamknięte w prywatnej korespondencji.

Otóż nad Wiznę jechać TRZEBA, ponieważ zły byłby to kraj, słabe państwo i źli obywatele, którzy nie chcą lub nie potrafią dać świadectwa obecności i szacunku swoim bohaterom. Nie jedziemy tam świętować żadnej klęski, ale po to, by dać dowód uznania dla triumfu ducha nad materią. Chcę też powiedzieć, że podobne spotkania, przecież organizowane tytanicznym wręcz wysiłkiem nie żadnej władzy centralnej, ale miejscowej społeczności obywatelskiej są być może ostatnim bastionem emanacji patriotycznej. Tej najprawdziwszej. Nie kontrolowanej przez oficjalne czynniki czy instytucje, wymykającej się manipulacjom „Słusznych Tytułów” i „Najprawdziwszych Telewizji”. Na przekór wrzutom pseudo-historycznym, choćby tym związanym z fałszywą oficjalną wizją Jedwabnego. W dniach rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej tak właśnie chciano urządzić Polakom te dni pamięci… Pisze o tym ten autor: http://polacy.eu.org/1297/nastepna-rocznica-wybuchu-ii-ws-przemilczna-/

Zatem: nie musicie jechać tam ze mną ani za mną. Nie musicie wydawać pieniędzy na paliwo dla mnie, czy jakiejś utopijnej wizji mojego świata – ale dla pamięci własnych korzeni i własnej dumnej historii. Wrzesień bywa piękny, mam nadzieję, że 10 września nad Wizną będzie piękny szczególnie.

PS. Ilustracja odwołuje się do znaku sprzed dwóch lat, nie znalazłem tegorocznego - ale myślę, że nie ma to większego znaczenia dla sprawy.

PPS. Jako dodatek do wyżej zamieszczonych informacji – być może niektórym dopiero to zestawienie przemówi do wyobraźni. Info zebrał i podał do wiadomości bloger Nowego Ekranu, jest zgodne z moją wiedzą, spieszę zatem podać te wartości:
„…Pod Wizną Polacy w sile około 20 oficerów i 700 szeregowych
oraz 6 dział 76 mm, 24 CKM, 18 RKM i 2 karabiny przeciwpancerne
zablokowali:
ok. 42 tys. żołnierzy szwabskich
3 dywizje, 1 brygadę,
350 czołgów,
657 moździerzy, dział i granatników, wsparcie lotnictwa Luftwaffe…”
CzarnaLimuzyna


M.Z.

sobota, 3 września 2011

Ja rządzę i ja dzielę, taka wasza mać!



Kiedy swojego czasu ocierałem się o pozarządową instytucję związaną z projektowaniem budowlanym miałem okazję poznać wielu „specjalistów” uparcie grzebiących w bredni zwanej prawem budowlanym. Pomijam już fakt, że były to postaci mętne, że niemal wszystkich interesowało nie to, jak Polacy mieszkają i gdzie kupują czy spędzają czas wolny – ale ich wpływ na udzielanie koncesji i pozwoleń. Twierdziłem wówczas – i twierdzę tak dzisiaj – że ich wysiłki oparte o stalinowskie mózgownice i takież przekonania dobre są dla bandy dokonującej napadów na drogach, do normalnego świata nie nadają się wcale.

Dostałem w odpowiedzi kilka pogróżek i wiele prób tak zwanej polemiki – która z powodu mnogości w niej inwektyw polemiką w żadnym wypadku nie była. Koronny, możliwy do zacytowania argument był zaś taki, że skoro żadna, ale to ponoć żadna europejska instytucja nie widzi w skodyfikowanej bredni niczego nagannego – to mam zamknąć dziób i siedzieć już zawsze cicho. A niedoczekanie wasze! Niedawno u Michalkiewicza znalazłem ten oto fragment:

„…Czesław Stoma zwrócił moją uwagę na informację Banku Światowego o niedowładzie państwa polskiego w segmentach, gdzie jest niezastąpione oraz stopniu zbiurokratyzowania naszej gospodarki. Okazuje się, że zwykły spór sądowy wymaga przejścia przez 38 procedur, a średni czas trwania tej drogi krzyżowej wynosi 830 dni, czyli co najmniej dwa lata i trzy miesiące. Uzyskanie pozwolenia budowlanego wymaga przejścia przez 32 procedury, co średnio trwa 311 dni, a więc - prawie rok. Rejestrowanie własności wymaga przeprowadzenia sześciu procedur, co średnio trwa 152 dni, zakładanie firmy - również sześciu procedur, co średnio trwa 32 dni. Import towarów wymaga sporządzenia 5 dokumentów, co trwa przeciętnie 25 dni, zaś eksport - również 5 dokumentów, co przeciętnie trwa 17 dni. Trudno się temu dziwić, skoro liczba urzędników na przestrzeni ostatnich 20 lat wzrosła ze 159 tys. w roku 1990 do pół miliona w roku bieżącym (niektórzy twierdzą, że jest ich więcej, bo aż 633 tysiące). Ponieważ średnie wynagrodzenie w administracji publicznej jest półtora raza większe od średniej krajowej i wynosi prawie 5 tys. złotych, każdy urzędnik chce się czymś zajmować - i to jest właśnie najgorsze. Na przykład tylko rolnikom „doradza” aż kilkanaście państwowych instytucji. No to czegóż chcieć więcej? Jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej!...”

No i co szanowni oponenci? Jak się macie w świetle tego doniesienia? Dobra, wiem, macie to w starych dupach, w końcu nigdy wam nie chodziło o to, by złapać króliczka, ale by gonić go… Przy okazji swoją przydatność mogą udowodnić inne rzekomo polskie instytucje, na przykład tak zwane „rozgrzane sądy”. Niżej fragment wzięty z Gazety Prawnej. Opisuje coś, co zdaniem filozofów podobnie jak żyrafa nie ma prawa istnieć – a jednak istnieje.

„…Dużą pomysłowością wykazał się przedsiębiorca z okolic Kalisza. Gdy nadzór budowlany wszczął postępowanie w sprawie przystawionego do jego sklepu zaplecza na kołach, zarejestrował obiekt jako przyczepę. Następnie wykupił na nią ubezpieczenie komunikacyjne.
Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego nakazał rozbiórkę przybudówki. Wskazał, że obiekty na kołach, barakowozy, są zaliczane do tymczasowych obiektów budowlanych. W przypadku takich budowli konieczność uzyskania pozwolenia na budowę albo dokonania zgłoszenia zależy od tego, jak długo inwestor zamierza użytkować obiekt w danym miejscu. Jeżeli zamierza robić to w okresie krótszym niż 120 dni, to może wybudować go na podstawie zgłoszenia. Z kolei, gdy będzie to okres dłuższy, to należy uzyskać pozwolenie na budowę.
Powołane przez inwestora argumenty nie przekonały Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu. Uznał on, że orzeczeniu i wykonaniu nakazu rozbiórki obiektu budowlanego na kołach nie stoi na przeszkodzie zarejestrowanie tego obiektu jako pojazdu i zawarcia umowy ubezpieczenia OC. Ważne są fakty. Z tych wynikało, że czynności związane z rejestracją obiektu zostały podjęte dla pozoru, tj. w celu uniknięcia nakazu rozbiórki. Rzeczywistym przeznaczeniem tego pojazdu pozostawał w dalszym ciągu użytek niemobilny…”

Ciekawi mnie już tylko jak w takim razie potraktowano by dzisiaj niejakiego Drzymałę. Jako szkodnika budowlanego? Jako szpiona działającego na niekorzyść unijnego prawa?

I czy sprawca dostał by wyrok dożywocia, czy też tylko nakaz udania się do inżynierów budowlanych, którzy jak mniemam w swych eleganckich fioletowych garniakach i brązowych koszulach w kratkę (to ich standardowy strój - moim zdaniem pasuje jak ulał do tej ekipy błaznów)do krawatu w unijne gwiazdeczki siedzą przy każdym gminnym urzędzie? Rozumiecie teraz czemu tak bardzo nie znoszę tego towarzystwa i czemu po wielokroć dawałem temu wyraz? No bo oni rządzą i oni dzielą, taka nasza mać!

M.Z.

Wizna. Legenda trwa



Szanowni! Poniższy tekst jest przedrukiem. Przywołuję go w tym miejscu, ponieważ zgodnie z wymienionymi datami wyjeżdżam na uroczystości. W sobotę, 10 września, około godziny 6 rano. Dysponuję jeszcze DWOMA miejscami w samochodzie. Proszę o uważne zapoznanie się z tekstem, zdecydowanie moim zdaniem warto wyruszyć w tę podróż. W razie potrzeby kontakt ze mną pod adresem mailowym z.marek@ autograf.pl Informuje też, że pierwotny tytuł zmieniłem świadomie: mit jest rzeczą pozorną, nietrwałą i w większości wypadków nieprawdziwą. NIE MA TO ŻADNEGO UZASADNIENIA W WYPADKU BOHATERSKIEJ OBRONY UMOCNIEŃ WIZNY!


Następna sobota (10 września) w samo południe pod Strękową Górą. Zaproszenie do wszystkich czujących potrzebę serca. Historia, pamięć, mit, przyszłość, wieczność. Takie będą Rzeczypospolite...

Wizna, 29 sierpnia 2011 r.

W imieniu organizatorów, którymi są Wójt Gminy Zawady, Stowarzyszenie „Wizna 1939”, Stowarzyszenie Weteranów Polskich Formacji Granicznych oraz Grupa Rekonstrukcyjna Centralnej Szkoły Podoficerskiej KOP w Osowcu-Twierdzy, serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w ceremonii pogrzebowej Bohaterskich Żołnierzy Września 1939 r., Obrońców Odcinka „Wizna”,
KPT. WŁADYSŁAWA RAGINISA i POR. STANISŁAWA BRYKALSKIEGO, których doczesne szczątki zostały w sierpniu b.r. ekshumowane z mogiły wojennej usytuowanej miejscowości Kurpiki k. Wizny, u podnóża Góry Strękowej.

Kpt. Władysław Raginis był oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza, któremu dowództwo SGO „Narew” powierzyło kierowanie obroną Odcinka „Wizna”. 10 września 1939r., gdy bitwa chyliła się ku końcowi, a kolumny niemieckich czołgów podążały już w kierunku na Brześcia, wciąż bronił się
schron dowódcy na Górze Strękowej. Otoczony przez niemieckie czołgi, zaszantażowany przez Niemców groźbą rozstrzelania jeoców wziętych do niewoli, kpt. Raginis zdecydował o poddaniu schronu. Podziękował swoim podkomendnym za spełnienie żołnierskiego obowiązku, rozkazał odpiąć pasy i wyjść ze schronu. On sam miał wyjść jako ostatni …

Nie wyszedł, rozerwał się w schronie granatem, wolał zginąć, niż się poddać.

Porucznik Stanisław Brykalski był dowódcą baterii artylerii, zginął w dniu 09 września 1939r., podczas obserwacji pola walki w kopule obserwacyjnej (w schronie dowodzenia) raniony odłamkiem w głowę podczas silnego ostrzału artyleryjskiego; pocisk trafił bezpośrednio w otwór obserwacyjny w kopule.
Bohaterscy dowódcy obrony odcinka „Wizna” stali się symbolem honoru polskiego oficera i żołnierza Września. Podczas walk, widząc przewagę nieprzyjaciela w sile ludzkiej i uzbrojeniu, zwrócili się z płomienną przemową do żołnierzy, zagrzewając ich do nieustępliwej walki, sami zaś złożyli wobec
swoich żołnierzy przysięgę, że żywi nie opuszczą bronionej pozycji i danego słowa dotrzymali …
Ciała dowódcy obrony odcinka, kpt. Władysława Raginisa i jego zastępcy por. Stanisława Brykalskiego za zgodą niemieckiego oficera pochowano dopiero po 2-ch dniach, w bezpośrednim sąsiedztwie schronu dowodzenia, usytuowanego na wierzchołku eolicznego wyniesienia na brzegu Narwi, zwanego Górą Strękową. Wcześniej jednak Niemcy zbezcześcili ciało kapitana podpalając je wewnątrz
schronu.

Wkrótce po przejęciu tych ziem przez okupanta sowieckiego (na mocy Paktu Ribbentrop-Mołotow) i zajęciu schronów, nowe władze zakazały miejscowej ludności przynoszącej kwiaty na mogiłę zbliżania się do schronów, nakazały wykopanie ciał i przeniesienie ich w odległe miejsce. Rozkładające się ciała przewieziono wozem konnym ok. 500m dalej, do drogi u podnóża wzniesienia. Zwłoki nakazano zakopać w przydrożnym rowie. W latach 50-tych XX w. po raz kolejny szczątki wykopano i przeniesiono w nieznane miejsce. Kto tego dokonał, kiedy, czy przeniósł je do mogiły zbiorowej? Tego nie udało się ustalić. W mogile pozostały już tylko nieliczne szczątki naszych Bohaterów.

Pod koniec lat 60-tych w tym miejscu urządzono mogiłę, pojawiały się kolejne tablice, kamienny grobowiec. Jednak napis umieszczony na tablicy grobowca w istocie dezinformował o tym, czyje ciała zostały w nim pochowane. Do tego w bieżącym roku, podczas sierpniowych ekshumacji okazało się, że był to grób tylko symboliczny, a mogiła znajdowała się zupełnie obok. Szczątki kości, guziki, resztki oficerskich mundurów i oporządzenia z 1939 roku oraz przedmioty osobistego użytku zostały odnalezione pod chodnikiem, którym przez lata tysiące uczestników wycieczek szkolnych i zakładowych podchodziły do pomnika - fragmentu żelbetowej ściany schronu przywiezionej tu z linii walk w Nowogrodzie.

W mogile, w miejscu gdzie było złożone ciało kapitana odnaleziono kilkanaście odłamków oraz „łyżkę” od granatu, którym kapitan rozerwał się w schronie. W mogile znajdował się również drut w kształcie pętli, który posłużył do wyciągnięcia ciała kapitana ze schronu. Odnaleziono także medalik z wizerunkiem Matki Bożej (Cudowny Medalik, nazywany wcześniej Medalikiem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia), który wisiał na szyi kapitana Raginisa w chwili, gdy jego ciało po zrewidowaniu chowano w mogile (o medaliku pisał w 1942r., w liście do Marii Raginis, siostry kapitana, świadek tamtych wydarzeń, miejscowy drogomistrz Józef Wiśniowski).

Ceremonia pogrzebowa, na którą polegli czekali 72 lata, odbędzie się w asyście Kompanii Honorowej WP, wystawionej przez Dowództwo Wojsk Lądowych, oraz Grupę Rekonstrukcyjną Centralnej Szkoły Podoficerskiej Korpusu Ochrony Pogranicza w Osowcu. Uroczysta Msza św. pogrzebowa, koncelebrowana przez J.E. ks. Biskupa Ordynariusza Diecezji Łomżyńskiej Stanisława Stefanka przy
trumnie z doczesnymi szczątkami Bohaterów, rozpocznie się 10 września br. o godz. 10.00 w kościele parafialnym w Wiżnie p.w. św. Jana Chrzciciela, po czym ok. godz. 11.30 kondukt uda się na Górę Strękową k. Wizny. Doczesne szczątki Obrońców w asyście honorowej żołnierzy WP zostaną złożone w mogile wojennej, Miejscu Pamięci Narodowej, urządzonej we wnętrzu rozbitego schronu, z którego
kpt. Raginis dowodził obroną Odcinka „Wizna”.

Pożegnaniem w ostatniej drodze Bohaterów będzie salwa honorowa. Pożegnanie oficerów Wojska Polskiego, żołnierzy Września 1939r., bohaterskich Obrońców spod Wizny, to wyjątkowa, niepowtarzalna uroczystość, to manifestacja naszego patriotyzmu, dlatego zapraszamy Państwa do osobistego uczestnictwa w uroczystości.

Z poważaniem:
Dariusz Szymanowski Krzysztof Szepiel
Prezes Dowódca
Stowarzyszenia „Wizna 1939” Grupy Rekonstrukcyjnej CSP KOP

Przywołał M.Z.