O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
niedziela, 14 sierpnia 2011
Mamy elity?
W poprzedniej notce: byłem na Ekranie. Byłem, ale nie jestem. Jednym z wielu powodów niżej opisana blogerka Circ. Krakówek, po mężu Rostworowska. Zaczynała od tego, że każdą nie pasująca jej teorię kwitowała krótko – bredzisz, jesteś niedoukiem, ja mam rację, bo za mną stoi Legion.
Szybko okazało się, że nikt nie stał. Mąż nie, dzieci nie, wyznawcy też kurczyli się ekspresowo. To wiadomo z autorskich notek. Potem trochę żałowałem – ta kobita miała charakter, bywało że pisywała z sensem, celnie kwitowała popisy wielu politycznych osób. Walnięta religijnie? Niespecjalnie mi to przeszkadzało, ze mnie marny religiant, ale nie ganię pasji u innych. Niestety „wróciło nowe”. Ponownie zaczęły się teksty „jemu wolno więcej, on artysta”. Dzisiaj kwiatek… jakby to powiedzieć… Do sześcianu? W każdym razie wyjątkowy, niepowtarzalny. Przeczytajcie proszę, niczego nie uroniłem:
„…Czartoryski, chodź do pomocy.
Będziemy tu robic za elitę.. Ja i Pan. Pąstwo wołajom, że brak elit i same sie wybierajom. I my sie wybierzmy.
ja Pana, Pan mnie. I popierajmy nas i tych, ktorych sobie dobierzemy do towarzystwa.
Przedstaw proszę Łaskawco Narodowi, czem jest elita, a czem nie jest. By Naród wiedział z czym się utożsamia lub nie i jakie są tego koszty, zyski, ryzyko i prognozy sukcesu, lub klęski…”
Ładne, prawda? Oglądałem od strony ironii, wodewilu, kabaretu – nie da się, idiotyzm to jest idiotyzm. Nie komentuję na Ekranie, zapytam stąd: Pani Circ, Pani tę Lepszość i Arystokratyczność to jak rozumiem drogą płciową, czyż nie?
Coś nam się na prawicy kiełbasi. Ktoś nam odwala kawał paskudnej roboty. No ale – artystom ponoć wolno więcej, może się tylko czepiam… Może zazdraszczam (użyte celowo), jakże często mówiąc, że na pewnym rozdrożu dawno temu ominąłem ścieżkę „Poectwo” i twardo wszedłem na tę reklamowaną jako „Łajdactwo”... Tu jestem kiepski - tam byłbym żałosny. Więc może tak jest lepiej i uczciwiej?
M.Z.
sobota, 13 sierpnia 2011
Głupota plus bezczelność - Nowy Ekran dzisiaj
Tak, pisywałem tam na początku jego istnienia. Czy dlatego, że nadzieja umiera ostatnia? To możliwe. Ba, nawet byłem na spotkaniu założycielskim. Nomen omen w starym sraczu na Krakowskim Przedmieściu, wejście od Dziekanki. Czy to był znak? Nie zarzucam organizatorom złej woli, może istotnie nie było innego miejsca na spotkanie. A to, w którym rzecz cała się dokonała nie było w końcu takie najgorsze.
Niestety później były już tylko schody. Szeremietiew, Mech, Korwin Mikke, jakieś brednie, jakieś insynuacje, Rada Programowa zdechła zanim powstała, więcej ludzi odchodziło, niż zaczynało pisarskie kariery. Dzisiaj BOMBA! Proszę obejrzeć fotkę. Podpis pod nią brzmiał: „…12.08.11 r. W konferencji w NE udział biorą: Romuald Szeremietiew (RS PwP), Janusz Korwin Mikke (NP), mjr Michał Fiszer…”
Czy trzeba więcej? Błazen Mikke, ostatnio głośny z powodu chęci wytoczenia pokazowego procesu dowódcom Powstania Warszawskiego. Szeremietiew gotów zaprzyjaźnić się i wystąpić z każdym, kto zapewni mu na tyle rozgłosu, by ponownie dostać się do politycznego koryta. I Fiszer, o którym sieć powiada krótko: ruski agent. Oto nowa prawica zdaniem dowódców Nowego Ekranu. Pierwszy negatywny komentarz blogera podpisującego się jako Ewidentny Oszust: „…Ciekawy jestem zdania ministra Szeremietiewa, jako wojskowego - jak mu się siedziało koło agenta plującego na Powstanie Warszawskie ??? Jak się czuł kiedy wymieniał z tą kreaturą grzeczności? Nie miał ochoty napluć mu w twarz ???...”
Na co zabrzmiał głos panienki, która kręciła całość, niejakiej Carcinki:
„…Konferencja była NP - M. Fiszer, jeśli się dobrze orientuję, przywędrował z JKM…” Koniec, kropka, dama usprawiedliwiona. Ona tylko wykonuje polecenia. Znaczy się – kręci. Nie musi myśleć.
I głos durnia wyjątkowego: „…Janusz Korwin-Mikke to jeden z niewielu najporządniejszych, najuczciwszych, najmądrzejszych, najbardziej patriotycznych polskich polityków. Takie ciągłe chamskie komentarze dotyczące jego osoby tylko obniżają poziom dyskursu politycznego na Nowym Ekranie.
Moim zdaniem nE nie stanie się porządnym i liczącym się portalem dopóki będą tu przysrywać najlepszym politykom różne internetowe mendy epatujące swoim chamstwem i prymitywizmem. Najlepsza metoda eliminacji tych mend to po prostu częstsze zapraszanie polityków takich jak Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, Artur Zawisza czy Krzysztof Bosak…”
GPS.65
No więc panie GPS.65 i mnie nazwał pan internetową mendą. Nawet nie mam ochoty dać panu w pysk, ludzi bez honoru każe się oćwiczyć służbie, nie tyka się ich pysków.
I tak to w sobotnie popołudnie wygląda nasza rzekoma prawica zdaniem twórców i właścicieli Nowego Ekranu. PKP. Pięknie, Kurwa, Pięknie. Przepraszam Admina i Czytelników, to jeden z niewielu momentów, w których środkowe słowo zdało mi się jedynym możliwym do wyartykułowania.
M.Z.
piątek, 12 sierpnia 2011
Złość i kłótnie
Jak pewnie szanowni Czytelnicy wiedzą - publikuję również w witrynie Polacy.eu.org. Tekst „Złość” także tam się znalazł. U Polaków zwykle zaczyna się pod taką enuncjacją żywa dyskusja. Pozwolę sobie przywołać w tym miejscu jej początek. Po resztę, zabawną, ale też pełną nieporozumień, odsyłam pod wskazany adres. Daję słowo, że warto.
w.red, 2011.08.11 o 21:08I na tym polega nieszczęście "naszych roczników", że nie potrafimy bezkrytycznie przyjmować wszystkiego "jak leci". Zatem skutki tresury były mierne. Obecnie nie ma z tym kłopotów, gdyż "masowa edukacja" skutecznie wyeliminowała kształcenie podobnych jednostek. Uznając je za zbytnie "obciążenie budżetu". Zresztą czy może to dziwić znając metodologię podboju zananą z "wyznań szpiega" ? "Zachód" już przegrał w wojnie ze "wschodem". Tyle tylko że jeszcze tego "nie załapał". Co śmieszniejsze "wschód" także przerżnął z kretesem, gdyż dał się wciągnąć w realizację planów "starszych i mądrzejszych". I dlatego słusznie ktoś kiedyś zauważył. Gdzie dwóch się bije , tam trzeci korzysta ;)
Nie wiem czy ktoś tak też ma, ale już jeśli słucham radia to za każdym razem jeśli przestaje grać w nim muzyka. A zastępować mają w nim jej miejsce "gadające głowy". Automatycznie, albo zmieniam "kanał", albo też po prostu je wyłączam ;)
Dzięki czemu mam o jeno oczko więcej możliwości by uniknąć złego nastroju.
Marek Zarębski, 2011.08.11 o 23:28
No mam tak - na swoje usprawiedliwienie - że zanim rano połapię się co jest w czym grane to brzęczy niemiłosiernie gdzieś w kącie. A mnie do ucha samo wpada, pewnie zrazu czyniąc tam szkody bezwiedne. Zgasić... Jako raptus użyłem rzeczonego kapcia. Zresztą co ja się głupi czepiam jakiegoś bełkotka... Ten typ tak ma - i już. Ale a propos skojarzeń: nie wiem czy pamiętają Panowie pewien dialog z czasów, gdy rzeczniczką rządu była niejaka Niezabitowska. Ktoś ja zapytał ilu też tak naprawdę żyje w Polsce tych starozakonnych. Oj, niewielu, prychnęła Piękna Blondi - może ze dwa, trzy tysiące. To czemu - ripostuje ciekawski - ja ich wszystkich widzę co wieczór w telewizji? teraz jest ich pewnie znacznie więcej. Może dlatego co uruchomię dzisiaj radio to znów śpiewa niejaki Cohen...
Pozdrawiam!
w.red, 2011.08.11 o 23:44
On przynajmniej nie mówi bredząc, ale śpiewa. A że głos ma niczego sobie, oraz że niejako jego "nuta" siedzi " w moim typie" to można posłuchać. Czasem tak mam "nostalgiczno lirycznie i na słodko :)
Marek Zarębski, 2011.08.12 o 00:03
To racja. Też tak mam, że z krainy złości schodzę czasami do krainy łagodności. Staje się przez to pewnie nieuważny i nie rejestruję, że to Cohen. Ale mniejsza... No i moja córka ma na imię Zuzanna…
czwartek, 11 sierpnia 2011
Złość
Jest ich niewiele, ale są – dni, w których powoduje mną wyłącznie złość. Wcale nie zaczyna się od jakiegoś niesprzyjającego mi zdarzenia, co to - to nie. Wystarczy, że posłucham przy śniadaniu kolejnej lekcji bełkotu w wykonaniu niejakiego Dorna, propagowała to dzisiaj Trójka. Później mam kontakt z jakimś urzędnikiem, jeszcze później dowiaduję się ile to pieniędzy ktoś teoretycznie mi bliski jest winien światu – i już jest tylko ta złość.
Zaczęło się oczywiście wiele lat temu. Kiedy to jakiś spasły sekretarz partyjny uznał, że należy mój rozum niebacznie wyćwiczony w szkole średniej i potem na niezbyt lubianych studiach poddać tresurze i rozlicznym ćwiczeniom. Kiedy dzisiaj zastanawiam się jaka to właściwie była tresura automatycznie przychodzi mi do głowy niemieckie Hitlerjugend. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie jest. To oczywiście stoi w jawnej sprzeczności ze szkolna nauką, że Hitler był prawicowym zboczeńcem, a lewicowe prądy umysłowe są słuszne i piękne. Jak jest naprawdę wszyscy wiemy – te zbrodnicze systemy miały wspólne korzenie. W żadnym wypadku prawicowe. I wyobrażam sobie, że tam, na tym obozie, jak i w socjalizmie za czasów mojej młodości wszystko zaczyna się od prostych ćwiczeń. Dwa plus dwa? Siedem! Jawohl, Zarębski, właściwa odpowiedź. Co wolisz: mieć czy być? Być! Pięknie, socjalistyczny młodzianku, ominął cię nocny marszobieg… I tak dalej, koniecznie w tym stylu. W ramach tak zwanych pełnych wypowiedzi. Wyobrażam sobie jednak, że taki dajmy na to mękolący uszy Dorn w ogóle na podobny obóz by się nie dostał, raz że starozakonny, dwa że bełkotliwi uczniowie szkół średnich nie mieli szansy zdać matury bez umiejętności płynnego wypowiedzenia co najmniej dwóch zdań. „Ale ma kota. Kot jest stworzeniem futerkowym.” No, panie Dorn, szybko i płynnie, proszę powtórzyć.
Nic z tego, nie powtórzy. Skąd prosty wniosek, że tacy jak były marszałek sejmu na żaden obóz reedukacyjny nie musiał by jechać także z tego powodu, że bełkotliwych i mętnych logicznie nie brali. Po co? Wystarczyło ich zostawić jakimi byli, kariera polityczna pewna.
Co jeszcze wybełkotał dzielny były młodzian, późniejszy parlamentarzysta? Szczerze mówiąc nie wiem, rzuciłem twardym kapciem w radio w szóstej czy siódmej minucie. I trafiłem celnie, nie gra do tej chwili. Co w ogóle należy robić z takimi klientami, którzy jako zasobni posłowie, pasibrzuchy bez pojęcia o czymkolwiek krzywią nam obraz świata już z samego rana? Pierwsza myśl była okrutna, musiałem ją porzucić. Ale druga zdaje mi się już całkiem do przyjęcia: zapakować w ostatni istniejący samolot serii Tu 154 i wysłać jako doradców ekonomicznych i politycznych do takiej na przykład Somalii. Myślę, że już trzeciego dnia światowe agencje pełne były by sensacji typu „raz Murzyni na pustyni złapali białasa…”
Dlaczego niemota, głupota, bełkot i mętne myśli kwalifikują ludzi do najwyższych państwowych zaszczytów? Dlaczego te wszystkie polityczne durnie, jak już się do tych zaszczytów dorwą, nie mogą nauczyć się przynajmniej mówić z sensem. O robocie nie wspominam, bo to zdaje się w ogóle przerasta możliwości polskiej klasy politycznej… Dlaczego radiowcy nie poradzą swoim rozmówcom, by przed wejściem na antenę wypluli z gęby kluski – a jeszcze wcześniej przygotowali się do było nie było publicznego wystąpienia?
Człowiek, od którego dowiedziałem się o długu osoby teoretycznie mi bliskiej, ale absolutnie nie pozostającej ze mną w jakichkolwiek związkach ekonomicznych oświadczył, że pewnie i mnie będą ścigać, no bo przecież „ktoś to musi zapłacić”. To jest fajne stwierdzenie, ponieważ jasno definiuje punkt, w którym jesteśmy wszyscy razem: otóż jest to punkt zbiorowej odpowiedzialności. Ciotka pożyczyła milion – ciebie powieszą za długi. Albo zabiorą ci samochód, telewizor i puszkę szprotek w oleju, które odłożyłem na jeszcze cięższe czasy. Ja nie wiem tylko czy ten urzędnik państwowy, który wybełkotał (no bo przecież płynnie nie umie mówić!) powyższy tekst myśli tak naprawdę, czy tylko straszy. Ja bym wolał to drugie, świadczyło by to o jakiejś tam jego przebiegłości. Bo to pierwsze wyłącznie o piramidalnej, nieokreślenie wielkiej głupocie. A z takim państwowymi urzędnikami nie należy mieć do czynienia, są gorsi od absolwentów tego wyżej opisywanego obozu Hitlerjugend…
Myślę, że dzisiaj mam prawo być zły. Wściekły! Wkur…ony! To i jestem.
M.Z.
środa, 10 sierpnia 2011
A jednak są skuteczni…
Mój kontakt z blogami politycznymi nie jest najdłuższy w świecie i liczy pewnie nie więcej, jak siedem lat. Najpierw były to jakieś niewydarzone grupy „dyskusyjne”, taki rodzaj podmiejskiego podwórka, na którym uczniów szkolono jak mają się lać przy użyciu wszelkich dostępnych narzędzi – a gdy tych zabraknie to sztachet, pałek i płyt chodnikowych. Zdaje się, że byłem pojętnym abiturientem. Mocno w każdym razie musiałem potem hamować temperament, w tej „uczelni” uważany za powód do dumy i za jedyną szansę przetrwania.
Później przyszedł czas cudzych, bardzo lokalnych stron. To znaczy: stron zakładanych w interesie nie wiadomo kogo przez też nie wiadomo kogo. Na pewno nie chodziło na przykład o interesy kamienicy, w której mieszkam i ludzi, którzy ją zaludniają – choć takie było początkowe założenie. I teoretycznie tego to miało dotyczyć… Właściciele stron sądzili, że ich monopol na zakładanie mini-portali i umożliwianie mi „wyzłaszczania się” na administratorów, a później na polityków i politykierów będzie trwał wiecznie. Przez co rzecz jasna wzdęciu ulegnie ich prestiż oraz znaczenie – którego żadną miarą bez tych stron by nie mieli. Złudzenie prysło bardzo szybko. Najpierw donatorzy stron załatwili co mieli prywatnie do załatwienia. Potem usiłowali skanalizować „złość ludu” – co im zupełnie nie wyszło, niestety nie potrafili ani pisać, ani redagować, ani może nawet logicznie myśleć. A i mnie po pierwsze nadymanie bańki prestiżu zwykłych niedouków przestało interesować, po drugie zaistniała możliwość zakładania własnych stron. Założyłem. Właśnie na jej mutacji jesteście. A potem zacząłem pisywać na Salonie24. Własna strona nieco ucierpiała, ale niech tam. I tak dorobiłem się na niej opinii, że robię rzeczy kontrowersyjne, a czytanie moich tekstów grozi śmiercią lub kalectwem. Pewien nadęty burak wolał nawet, by pisać o nim per „on - anonimowy”, niż pozytywnie wymieniać jego nazwisko. Zespół tych zdarzeń odebrałem jako największy komplement od czasów, gdy piszę za darmo. Myślę, że ludziom inteligentnym nie muszę tłumaczyć dlaczego tak jest.
Salon minął. Dla mnie z powodu nadmiaru obecnego tam lewactwa i niemożliwego do zniesienia restrykcyjnego traktowania blogerów przez dowództwo. Przemyślenia posła Celińskiego, bydlaka czerwonego do imentu, ale z tak zwaną „dysydencką” przeszłością to nie jest dobra płaszczyzna do toczenia jakichkolwiek sporów. A obrona człowieka, który po pijaku wjeżdża w słup, ucieka, by następnego dnia, już na trzeźwo, pojawić się na najbliższej komendzie z opowieścią o szoku, który kazał dać mu nogę – to szczyt bezczelności sprawcy i zwykłego cipielstwa tych, którzy takie brednie kupują. Nie można było tam dalej wytrzymać…
Nowy Ekran… Ładnie się zaczynało, znacznie gorzej toczyło, teraz jak jest każdy zainteresowany winien przekonać się sam – ale mnie coś kazało się stamtąd wynosić. Bez publicznych deklaracji nienawiści po grób, po prostu i normalnie. Powody oficjalne i prawdziwe przywołałem i na tej stronie, nie będę się powtarzał. Niedawno jeszcze trwało polowanie na agenturę WSI. Powodzenia, Panie i Panowie! Nic mi już do tego.
Tymczasem gdzieś w zaciszu opisywanych spraw dokonują się rzeczy niezbyt miłe. I tu nie chodzi o mnie, o mój odbiór przekazów, tu chodzi o odbiór tzw. większości. W sieci naprawdę działa agentura wpływu. Metodą masy: bo nie jeden i nie dwóch, ale wielu. Tu kamyczek wrzucony do ogródka, tam jakaś mała „wątpliwość”, ówdzie niedowierzanie sformułowane tak mętnie, by w razie czego natychmiast móc się wycofać. Co ciekawsze agenciaki zaczynają zwykle jako osoby dość dalekie od polityki, to etap budowania zaufania do nich. Później jest już śmielej: konkretne propozycje, ostre opinie łatwo kupowane przez grupę, wreszcie przełom i bomba, od której zęby wypadają. Agentura liczy na jedno: na totalne zdemoralizowanie odbiorców, na ich po prostu skurwienie umysłowe. Ponieważ te metody powstały na wschodzie warto tu przywołać niejakiego Bezmienowa, starego dysydenta sowieckiego, który powiada wprost:”… Osoba, która została zdemoralizowana nie jest w stanie ocenić prawdziwej informacji. Fakty nic jej nie mówią. Nawet jeśli obsypię ją informacjami, przedstawię autentyczne dowody z dokumentami i zdjęciami, nawet jeśli na siłę zawiozę ją do Związku Radzieckiego i pokażę obozy koncentracyjne - osoba taka nie da wiary chyba, że ktoś kopnie ją w dupę. Kiedy wojskowy but ją zgniecie...Wtedy zrozumie. Nie inaczej. To jest prawdziwa tragedia demoralizacji…” Ktoś długo mnie swojego czasu przekonywał, że takie deklaracje są nic nie warte, ponoć wytworzyła je ta sama czarna strona mocy, która najpierw szponów produkowała, a później już jako dysydentom kazała uciekać na Zachód. Kiepski argument! Po prostu dlatego, że opinia zgadza się ze zjawiskiem, faktem wcale nie medialnym. Aż tak to całe KGB czy GRU nie jest mocne, by stworzyć byt równoległy i odbierany przez resztę świata w założony przez twórców sposób.
I co z tym zrobić? Co zrobić z naszymi bliskimi i nieco dalszymi znajomymi, którzy demoralizacji opisywanej przez Bezmienowa już ulegli? To często sąsiedzi, czy jeszcze odleglejsi współrodacy w różnym wieku, młodość nie jest tu synonimem głupoty. Średniacy wiekowi najgorsi – powołują się na swoje rzekome doświadczenie życiowe, która ma usprawiedliwiać głoszone bzdety, całą swoją prostackością trafiają bez pudła do innych prostaków, to się szerzy jak epidemia grypy. Argumentować? Nie ma sposobu. Argument trafia do określonej struktury umysłowej. Jeśli jej nie ma, bo albo nigdy nie powstała, albo zaniknęła w procesie demoralizacji – to można się wysilać ad mortem defecatum, nic z tego nie będzie. Można to wszystko z pewnego oddalenia obserwować, w założeniu trzymając się jak najdalej od już zarażonych i właśnie zarażanych. W myśl zasady, że w dowolnej populacji, dowolnym narodzie świadomie i skutecznie buntuje się od 3 do maksimum 10 procent ludzi. Po co nam zatem więcej przekonanych?
M.Z.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
A na Mazurach mgła
Do tegorocznego czerwcowego urlopu przygotowywałem się dobre dwa miesiące. Tu za daleko, tam za drogo, gdzie indziej kiepscy gospodarze, dom w środku pustego pola bez drzew albo Mazury bez dostępu do jeziora. W końcu padło na "Folwark Łękuk" – i szczerze mówiąc ani ja ani moja żona nie żałujemy. Nawet pogodę mieliśmy tego lata jak się patrzy.
Spodobało nam się do tego stopnia, że drugiego czy trzeciego dnia po powrocie zaczęliśmy snuć plany kolejnego tam wyjazdu. Tyle że wtedy benzyna kosztowała w okolicach pięciu złotych za litr. Dzisiaj jest niemal pięćdziesiąt groszy droższa. Plany, analiza kosztów – i dupa blada! Nic z wyjazdu nie będzie. Przy obecnych cenach paliwa i przy minimalnej, ale jednak podwyżce cen za usługę noclegowo-żywieniową zostajemy w domu. Albo lecimy do Turcji w ofercie wrześniowej – co jest oczywiście żartem, tu i tam za drogo. Na Mazurach po prostu ktoś przekroczył cieniutką czerwoną linię, poza którą jest już albo rozpusta i kolejne pożyczki, albo zwykły idiotyzm.
Piszę o tym od lat, przekaz adresując do właścicieli mazurskich domów, stanic, hoteli i gospodarstw agroturystycznych: nie przesadzajcie z cenami, bo będziecie mieli plażę, ale we własnych finansach! I to jest wołanie na puszczy. Nadal obowiązuje zasada, że coś, co zostało zainwestowane w postawienie na nogi starej stodoły, zabudowań gospodarczych nie istniejącego poniemieckiego pałacu czy własnego podupadającego domu ”musi zwrócić się jak najszybciej”. Najlepiej w ciągu jednego sezonu. Tegoroczne deszczowe lato stało się katalizatorem kolejnej fali narzekań. „Nigdy od 1993 roku nie było tak słabo!”. „Nieudany sezon, turyści nie dopisali, ponosimy straty!”. Oczywiście turyści nie chcą przyjeżdżać tam, gdzie nie tylko drogo, ale też daleko od szosy, bo to znakomicie podnosi koszty całości urlopu. Oczywiście pogoda ma tu pewien wpływ na decyzje o rezerwacji miejsc. Ale metoda stałego podnoszenia kosztów pobytu po to, by zysk sezonowy nie spadał nadmiernie jest największą głupotą, jaką popełniają właściciele wszystkich wymienionych przybytków. Nie tędy droga!
Kalkulacja, jaką robiłem w czerwcu przed wyjazdem do Łękuku, to właśnie poniemieckie doskonale odbudowane pomieszczenia gospodarcze, sporządzana była dla dwóch osób. Wynajem pokoju plus dojazd, plus wyżywienie poza śniadaniem (wliczonym w cenę pokoju), obiadokolacja płacona osobno, plus jakieś tam rozrywki. Na przykład w postaci kawy w Mikołajkach, do których też trzeba dojechać. Nie ma tu żadnych „półlitrów”, mnogości piw czy sensacji typu wieczorna sauna – zatem każdy chyba przyzna, że wszystko wygląda co najmniej skromnie, jeśli nie ubogo. Wyszło jakieś 230-240 zł dziennie. Jak było tak było – my byliśmy zadowoleni. Obejrzeliśmy co chcieliśmy obejrzeć, byliśmy w miejscach ciekawych i niezwykłych. Ale oto kolejne podejście, sierpniowe czy już nawet wrześniowe, dowodzi, że trzeba będzie na dokładnie to samo wydać dziennie kilkadziesiąt złotych więcej. Może i stówę więcej... Wpadamy do kategorii „wysoki sezon”. To jakiś dziwoląg w deszczowy dzień, prawda? W związku z tym REZYGNUJEMY.
Kilka tygodni temu także przedstawiając na piśmie jakieś tam kalkulacje postawiłem wniosek, że właściciele mazurscy chyba zmówili się – jeżeli gdzieś jest parę złotych taniej to za różne przyjemności typu rower wodny czy kajak trzeba dopłacać. Albo: taniej jest tam, gdzie psy dupami szczekają i na podróż do jakiejkolwiek cywilizacji trzeba słono płacić, zresztą za parking samochodowy też. Słowem: jak się człowiek nie obróci dupa zawsze z tyłu. I to jest tak widoczne, że tylko głupi nie zauważy. Pytam więc właścicieli mazurskich pensjonatów i wszelkich innych noclegowych domów: wy tego nie widzicie? Nie potraficie zrobić przyzwoitej kalkulacji, z której wyjdzie, że do sąsiada trzymającego stare ceny nie warto jechać, do was warto i należy?
Starania o klienta jednak są. Moim zdaniem śmieszne. Chwalą się coraz liczniejsi właściciele dbałością o ekologię i pięknymi krajobrazami. Rozumiem, że to modne, że w obejściu nie ma zbyt wielu śmieci, a puste butelki usuwane są wczesnym rankiem. Nie? To może chodzi wam o to, że polakierowaliście podłogi wodnym roztworem bezbarwnego lakieru, nie węglowodorowym? Prawdę powiedziawszy mam to w nosie. Krajobrazy zaś to już zupełnie nie wasza zasługa, są, zawsze były, stanowią podstawę decyzji, że jedziemy tam właśnie, a nie w opolskie, jakim prawem pobieracie za to dodatkową kasę? Kompletnie już was pogięło?
W czerwcu Łękuk prócz nas jakąś tam klientelę miał. Powiedzmy jedna trzecia pełnej obsady – a i to też wyłącznie chwilami. Nie tak odległa „Helena” w Jeziorowskich, kiedyś pełna w tym samym okresie, anno 2011 świeciła pustkami. „Helena” droższa tylko o 25 zł od osoby, za to rowery wodne w cenie pokoju. Oto miara tego, co czeka zbyt pazernych.
M.Z.
piątek, 5 sierpnia 2011
"Świat za pięć lat"? Ależ to JUŻ!
W sieci, czyli najpierw na Salonie24, a następnie na Nowym Ekranie cyklicznie ukazują się opowiastki Marcina Brixena. Świetne opowiastki! Tak, wydane już pod takim tytułem, jak i w moim tytule: Świat za pięć lat. Dzisiaj, w dniu, w którym do jakiegoś pokoju wszedł jakiś policaj, spojrzał na nieboszczyka i zadecydował „samobójstwo”, oczywiście nie przeprowadziwszy przedtem żadnych badań znanych choćby z najpodlejszych kryminałów – szczególnie polecam fragment z najnowszego odcinka. Mama Łukaszka postanawia przed nadchodzącym rokiem szkolnym zaopatrzyć syna w podręczniki szkolne. Co z tego wynika? Odsyłam do Nowego Ekranu. Ale u siebie chcę zacytować końcowy fragment. Dziwnie jakoś brixenowe treści korespondują z czasem obecnym:
- A ja ci mówię, że kupimy - odparła mama, sięgnęła na chybił trafił do przewróconego regału, wybrała jakąś pozycję i pociągnęła Łukaszka w stronę kas.
- To jest oszustwo! - kłócił się Łukaszek. - Wzięłaś pierwszą lepszą książkę tylko po to, żeby wygrać ze mną! A potem będzie ona leżeć w domu i niepotrzebnie wydane pieniądze...
- Wszyscy w domu będą ją czytać, zobaczysz - odparła z przekonaniem mama Łukaszka. - To największa księgarnia, nie może być tak, że mają w ofercie coś, co by nie pasowało społeczeństwu!
Jednak w domu nikt z Hiobowskich nie chciał nawet wziąć jej do ręki.
- Dlaczego??? - pytała zrozpaczona mama Łukaszka.
- Przecież już sam tytuł odrzuca - westchnął dziadek.
- Co wam się w tytule nie podoba? - zdumiała się mama biorąc swój zakup do ręki. Na okładce był napis: "Polskie lotnictwo sprawcą Holocaustu. Przypadki ostrzeliwania ludności żydowskiej z samolotów polskich, Zamojszczyzna 1942 rok. Relacje świadków, zdjęcia, filmy nagrane telefonem komórkowym". Wydawnictwo: "Hańby i sromoty polskie".
M.Z.
czwartek, 4 sierpnia 2011
Dlaczego
Same tu ostatnio drobiazgi, mało rzeczy ogólniejszej natury, zniknęła polityka, raporty i przygotowania do wyborów. Pogięło mnie czy osłabłem? Ani jedno ani drugie. Nie chcę po prostu powielać w nieskończoność tego, co już powiedzieli inni, na innych blogach czy dużych witrynach politycznych. Co mam na przykład powiedzieć durnowatemu ministrowi spraw zagranicznych na jego opinię o Powstaniu Warszawskim? Że powinien zarobić od jakiegoś weterana w pysk? Jak komentować raport ministra, któremu rzeczy takie, jak logika wywodu są kompletnie obce: samolot w Smoleńsku raz był dobry na piętnastu metrach, innym razem stracił zasilanie, czyli był, jak to opisywałem w poprzednich felietonach, tylko „trochę dobry”? Przecież by wyprodukować taką banialukę trzeba być nieuleczalnym idiotą. Nie mam czasu na wojowanie z idiotami. Wolę zająć się jakim pożytecznym drobiazgiem.
Tymczasem z manewrów politycznych coraz wyraźniej widać, że wszystko jest przygotowane do wychynięcia ze strefy cienia Grzegorza Schetyny, obecnego marszałka Sejmu. Mówił o tym reżyser Braun i parę innych jeszcze osób. Przewidywali, iż pewnego dnia objawi się nowy-stary zbawca narodu, teatralnie zetnie kilka głów z własnej partii – po czym nie zmieni się dokładnie nic, a zdegradowani szybo wrócą do obiegu z dyplomatycznych placówek gdzieś na antypodach. Teatr marionetek nadal ma tego samego animatora i reżysera. Plan działania przedsięwzięto kilka lat temu, zresztą podejrzewam, iż nie u nas – i gra muzyka. Zgrzyty w postaci brykania kibiców sportowych, którzy okazali się w pewnym momencie jedyną zorganizowaną siłą spacyfikowano przy pomocy policji jawnej, tajnej i dwupłciowej. Przywódcom przyszyto jakieś dęte zarzuty, opisującym prawne przekręty dziennikarzom zafundowano po pół roku pierdla za krzywy uśmiech piętnaście lat temu – i jest spokojnie. To znaczy: im się tak wydaje. Im – pacyfikatorom polskości, niezależności, praw człowieka i paru innych nieważnych dla lewaków detali.
M.Z.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Opowiastki motoryzacyjne: Prezenterzy tworzą świat równoległy
W cyklu już powstałych, a przecież niedokończonych historyjek motoryzacyjnych opowiadam o różnych markach i modelach - dość staranie wystrzegając się wydawania ogólnych opinii typu „Toyota jest OK., a Ford do bani”. Nie wiem czy wszystkie Toyoty są godne tego miana i czy wszystkie Fordy ze wszystkich roczników są tak żałosne blacharsko. Myślę, że raczej nie – zatem uwagi dotyczące marek i modeli ograniczam do tych egzemplarzy, które miałem na własność, remontowałem za własne pieniądze, którymi podróżowałem zdecydowanie dłużej, niż tydzień. To jest trochę inaczej, niż czynią motoryzacyjni prezenterzy pisujący do różnych periodyków czy wdzięczący się przed kamerą i twierdzący, iż wszystko to w trosce o dobro odbiorcy – albowiem posiedli wiedzę tajemną na temat marek i modeli. To jest oczywista nieprawda.
Kłamią jak najęci! Produkują się najczęściej dla kolegów, producentów samochodów albo dla własnej renomy - klientelę salonów moto mając w głębokim poważaniu. I uznając te napędzające koncernom kasę tłumy za motłoch bez pojęcia o technice, ekonomii, własnej wygodzie czy wreszcie pięknie. Tak właśnie jest. Niektórzy z nich wielokrotnie próbowali zostać Jeremym Clarksonem – ale żeby nie wiem jak się gimnastykowali nadal byli tylko starszym Zientarskim, Mikosem czy Iwaszkiewiczem (ten ostatni upadł tak nisko, że wziął się za politykę w „Szkle kontaktowym”). A pewnie nie będę oryginalny jeśli powiem, że są to ludzie, których nikt poza nimi samymi nie lubi…
Jak to zatem jest naprawdę z tą skalą ocen, która porusza się pomiędzy „OK”, a „do bani”? Otóż skala ta zawsze była (i jest nadal) właściwa TYLKO I WYŁĄCZNIE dla indywidualnego kierowcy czy użytkownika pojazdu. Opinie wynikające z weekendowych podróży wypożyczonym autem są funta kłaków warte! Przez tydzień także nie da się ustalić w jakim tempie będzie w przyszłości korodowała karoseria pojazdu, jaka jest trwałość elementów zawieszenia, jakie utrudnienia wystąpią przy wymianie przegubu, klocków hamulcowych, nawet oleju silnikowego z filtrem. Opiniowanie na podstawie przelotnego romansu jest zwykłym oszustwem! Tyle że ta fałszywa opinia idzie w świat, trafia do niezorientowanych, wpada podświadomie w czyjeś uszy – i kłopot gotowy. Jaki kłopot? Posłużę się tutaj przykładem, dotyczy mnóstwa osób, niektóre do szczątkowej wiedzy nie chciały zrazu przyznać się za skarby świata. Problem wyboru marki i modelu w trakcie kupowania auta używanego: zaczyna się zawsze od wymienienia kilku modeli, niekoniecznie jednego producenta. I opisania powodów, dla których ma być właśnie tak, nie inaczej. Dalej na ogół idzie zastrzeżenie, że tego i tego samochodu kupić ABSOLUTNIE NIE ZAMIERZAJĄ – bo coś tam i jeszcze coś tam. Tu padała najczęściej słowa-klucze żywcem wzięte z telewizyjnych wypowiedzi ekspertów. Towarzyszenie takim osobom jest swoistym kabaretem. Na początku napuszone i pewne siebie – raptem w salonach z używanymi pojazdami, na giełdach samochodowych czy u prywatnych ogłoszeniodawców tracą pewność siebie, popadają w rodzaj śpiączki na jawie, można do nich mówić, ale nie należy spodziewać się jakiejkolwiek reakcji. Po czym ŁUP! Wsiadają do auta wymienianego jako kompletnie nieprzydatne i niechciane –i nie chcą już zeń wysiąść. Miłość od pierwszego wejrzenia! I natychmiastowa racjonalizacja wyboru: wsiadłem i poczułem się w tym aucie doskonale. Wsiadłam i już nie chcę innego. Nie wiedziałem, że tak dobrze jeździ. Nie miałem pojęcia o jego zaletach, zdezorientowano mnie… Można tak bez końca wymieniać używane tu usprawiedliwienia. Zawsze i tak okazuje się, że ktoś oglądał jakiś program w telewizji czy czytał wstrząsający tekst Eksperta rodzaju wyżej wymienionych – i poprzestawiały mu się klepki pod kopułą. A teraz właśnie, podczas pochłaniania zapachu niechcianego zrazu auta nie mogli się powstrzymać przed jego urokiem, chcą mieć całość, najlepiej zaraz. No ale miły panie, miła pani, przecież wczoraj twierdziliście, że zgodnie z wykładnią tego i tego prezentera dokonaliście wyboru ostatecznego… On nie miał racji! To dureń! Nie opowiadaj nam pan już o tym dupku więcej!
Dobrze, nie będę opowiadał. Prawdę mówiąc i mnie ich wynurzenia guzik obchodziły, od lat mam takie podejrzenie, że „klienci” nie wiedzą o czym gadają, a nawet jeśli wiedzą, to tyle, że żadnej decyzji na tej podstawie podejmować nie wolno. Póki trwała produkcja na Żeraniu takie na przykład Daewoo chętnie użyczało na mniej więcej tydzień kolejne wypuszczane modele aut. Pracowałem wtedy w gazetach nie związanych z motoryzacją – ale że w każdej z nich zakładałem kącik motoryzacyjny i ja wszedłem na listę uprawnionych do przejechania się nowym produktem koreańskim. W kolejce „dziobania” tkwiłem pewnie na jakiejś piętnastej – dwudziestej pozycji, przede mną wóz używany był intensywnie przez „specjalistów” z periodyków zajmujących się wyłącznie samochodami. Gdyby człowiek mógł opisać mizerię tych testowych egzemplarzy… Trzeba wręcz pióra poety, by oddać grozę tapicerki poprzepalanej petami, stosów gum do żucia poprzyklejanych gdzie się da, kruchych ciasteczek wtartych w wykładziny podłogowe… Nie wspominam o takich mechanicznych detalach, jak nadwerężone przeguby napędowe i amortyzatory, poobijane karoserie czy zalane olejem silniki. Czy tak się testuje auta? Zapewne tak również. Na przykład w programach Clarksona, gdzie pogardzane auta spadają z dachu, płoną i są topione. Nikt mi jednak nie wmówi, że przypalanie fotela kierowcy czemukolwiek służy, a jazda w poprzek bruzdy po świeżo zaoranym polu samochodem, który w założeniu był autem miejskim odkrywa walory trakcyjne przedmiotu.
Jeden z modeli wycofano z testu. Prosty powód: wszystkie trzy egzemplarze rozbito podczas „prób”. W dwóch wypadkach kierowcy – jak twierdzili świadkowie – ledwo wytaczali się z pojazdów. Można rzec: zwykłe opilstwo. Sprawy wyciszono. W macierzystych gazetach tych durniów ukazały się przedruki niemieckie.
No więc jak to jest z tym Fordem i Toyotą? I jedna i druga marka w konkretnych modelach ma swoje mocne i słabe punkty. Na podstawie długich okresów eksploatowania produktów obu firm (za własne pieniądze!) powiem tyle, że w historii Toyoty zdarzały się modele starsze, ale mocne i modele nowocześniejsze, ale słabsze, bardziej awaryjne, z utrudnioną obsługą serwisową. U Forda długie lata wszystkie produkty miały skłonność do korodowania w ściśle określonych punktach: Eskort w punkcie mocowania elementów tylnego zawieszenia, Mondeo na progach i tylnych nadkolach, tu Eskort nie ustępował mu pola. Poważnie przyłożono się do tego problemu dopiero w Fokusie – ale też nie w pierwszych dwóch latach produkcji. Toyoty nawet w „mocnych” modelach, na przykład E11, zastawiały na warsztatowców spore niespodzianki. Corolla tej epoki łatwo gubiła gumowe osłony przegubów napędowych, ich wymiana wiązała się z większą demolką zawieszenia, niż w innych samochodach. Ukochane auto młodzieży, Honda Civic hatchback serii V, to nieszczęście blacharskie w tyle pojazdu, zobaczyć wóz bez „rudej” to jak wygrać milion w totka, oczywiście niektórym się zdarza, większości nie. Mazdy od najmniejszej do największej mają kłopoty z układem olejenia motoru, koncepcja zmniejszonego nacisku pierścienia tłokowego na ścianki cylindra zaowocowała tym, że należy używać wyłącznie określonych olejów, drogich jak diabli i trudno dostępnych (zalecanej Dexelii w życiu nie widziałem na żadnej stacji benzynowej!). Prezenterzy i sprawozdawcy milczeli o tym konsekwentnie, założenie było po prostu takie, że przedstawia się Polakom auto najwyżej kilkuletnie – absurd w kraju, w którym samochód ma najczęściej grubo powyżej lat dziesięciu. Rubryka „5-10-15” zajmująca się kiedyś starszymi pojazdami w niemieckim „Auto-Świecie” bardzo szybko została skasowana, domyślam się, że z powodu protestów producentów nowych aut. Tymczasem niemieckie firmy zajmujące się gromadzeniem danych na temat pojazdów używanych dalej klasyfikują te pojazdy. Niemiec ma wiedzieć wszystko – Polak kupować co mu podsuflują opłacani sprawozdawcy. Tym Jasio różni się od Helmuta. A na temat cen chętnie wypowie się słynna firma „Samar” – i udowodni, że nawet ząb trzonowy da się wyrwać od strony ogonkowej…
Problem warsztatów poruszałem już w jednym z poprzednich felietonów, prawda że fragmentarycznie – ale jednak. Prezenterzy wymieniani jako zło konieczne, choć nie zasłużone raczej unikają tych tematów. Nie wiem dlaczego. Może za mało kasy do kieszeni, może zbyt marna mołojecka sława? Od siebie tyle mam do powiedzenia, że goszcząc w tych przybytkach naprawczych spotkałem takich, którzy gdy im się patrzyło na ręce potrafili naprawić auto poprawnie. To bardzo rzadkie przypadki, większość rękodzielników samochodowych to albo zwykłe papraki i niedojdy, albo wyjątkowej klasy aroganci, brudasy i fajtłapy nie ceniące ludzkiego czasu, a zwłaszcza pieniędzy. Niektórzy na moich oczach i na samochodach klientów dopiero uczyli się zawodu, niechętnie zresztą, więc i bez większego powodzenia. Zawsze po skręceniu naprawianego elementu zostawało im jeszcze parę śrubek i nakrętek, ba, to oni pokusili się o wprowadzenie do obiegu nowego kwantyfikatora jakości: „trochę dobry”. To znaczy taki, którym z warsztatu po naprawie da się wyjechać, choć nikt nie zagwarantuje szczęśliwego powrotu do domu. Poetów klucza dynamometrycznego i regulacji rozrządu jeszcze nie spotkałem – co nie znaczy, że ich nie ma. Jeśli tylko trafię na takiego – natychmiast rzecz opiszę.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









