O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
środa, 10 sierpnia 2011
A jednak są skuteczni…
Mój kontakt z blogami politycznymi nie jest najdłuższy w świecie i liczy pewnie nie więcej, jak siedem lat. Najpierw były to jakieś niewydarzone grupy „dyskusyjne”, taki rodzaj podmiejskiego podwórka, na którym uczniów szkolono jak mają się lać przy użyciu wszelkich dostępnych narzędzi – a gdy tych zabraknie to sztachet, pałek i płyt chodnikowych. Zdaje się, że byłem pojętnym abiturientem. Mocno w każdym razie musiałem potem hamować temperament, w tej „uczelni” uważany za powód do dumy i za jedyną szansę przetrwania.
Później przyszedł czas cudzych, bardzo lokalnych stron. To znaczy: stron zakładanych w interesie nie wiadomo kogo przez też nie wiadomo kogo. Na pewno nie chodziło na przykład o interesy kamienicy, w której mieszkam i ludzi, którzy ją zaludniają – choć takie było początkowe założenie. I teoretycznie tego to miało dotyczyć… Właściciele stron sądzili, że ich monopol na zakładanie mini-portali i umożliwianie mi „wyzłaszczania się” na administratorów, a później na polityków i politykierów będzie trwał wiecznie. Przez co rzecz jasna wzdęciu ulegnie ich prestiż oraz znaczenie – którego żadną miarą bez tych stron by nie mieli. Złudzenie prysło bardzo szybko. Najpierw donatorzy stron załatwili co mieli prywatnie do załatwienia. Potem usiłowali skanalizować „złość ludu” – co im zupełnie nie wyszło, niestety nie potrafili ani pisać, ani redagować, ani może nawet logicznie myśleć. A i mnie po pierwsze nadymanie bańki prestiżu zwykłych niedouków przestało interesować, po drugie zaistniała możliwość zakładania własnych stron. Założyłem. Właśnie na jej mutacji jesteście. A potem zacząłem pisywać na Salonie24. Własna strona nieco ucierpiała, ale niech tam. I tak dorobiłem się na niej opinii, że robię rzeczy kontrowersyjne, a czytanie moich tekstów grozi śmiercią lub kalectwem. Pewien nadęty burak wolał nawet, by pisać o nim per „on - anonimowy”, niż pozytywnie wymieniać jego nazwisko. Zespół tych zdarzeń odebrałem jako największy komplement od czasów, gdy piszę za darmo. Myślę, że ludziom inteligentnym nie muszę tłumaczyć dlaczego tak jest.
Salon minął. Dla mnie z powodu nadmiaru obecnego tam lewactwa i niemożliwego do zniesienia restrykcyjnego traktowania blogerów przez dowództwo. Przemyślenia posła Celińskiego, bydlaka czerwonego do imentu, ale z tak zwaną „dysydencką” przeszłością to nie jest dobra płaszczyzna do toczenia jakichkolwiek sporów. A obrona człowieka, który po pijaku wjeżdża w słup, ucieka, by następnego dnia, już na trzeźwo, pojawić się na najbliższej komendzie z opowieścią o szoku, który kazał dać mu nogę – to szczyt bezczelności sprawcy i zwykłego cipielstwa tych, którzy takie brednie kupują. Nie można było tam dalej wytrzymać…
Nowy Ekran… Ładnie się zaczynało, znacznie gorzej toczyło, teraz jak jest każdy zainteresowany winien przekonać się sam – ale mnie coś kazało się stamtąd wynosić. Bez publicznych deklaracji nienawiści po grób, po prostu i normalnie. Powody oficjalne i prawdziwe przywołałem i na tej stronie, nie będę się powtarzał. Niedawno jeszcze trwało polowanie na agenturę WSI. Powodzenia, Panie i Panowie! Nic mi już do tego.
Tymczasem gdzieś w zaciszu opisywanych spraw dokonują się rzeczy niezbyt miłe. I tu nie chodzi o mnie, o mój odbiór przekazów, tu chodzi o odbiór tzw. większości. W sieci naprawdę działa agentura wpływu. Metodą masy: bo nie jeden i nie dwóch, ale wielu. Tu kamyczek wrzucony do ogródka, tam jakaś mała „wątpliwość”, ówdzie niedowierzanie sformułowane tak mętnie, by w razie czego natychmiast móc się wycofać. Co ciekawsze agenciaki zaczynają zwykle jako osoby dość dalekie od polityki, to etap budowania zaufania do nich. Później jest już śmielej: konkretne propozycje, ostre opinie łatwo kupowane przez grupę, wreszcie przełom i bomba, od której zęby wypadają. Agentura liczy na jedno: na totalne zdemoralizowanie odbiorców, na ich po prostu skurwienie umysłowe. Ponieważ te metody powstały na wschodzie warto tu przywołać niejakiego Bezmienowa, starego dysydenta sowieckiego, który powiada wprost:”… Osoba, która została zdemoralizowana nie jest w stanie ocenić prawdziwej informacji. Fakty nic jej nie mówią. Nawet jeśli obsypię ją informacjami, przedstawię autentyczne dowody z dokumentami i zdjęciami, nawet jeśli na siłę zawiozę ją do Związku Radzieckiego i pokażę obozy koncentracyjne - osoba taka nie da wiary chyba, że ktoś kopnie ją w dupę. Kiedy wojskowy but ją zgniecie...Wtedy zrozumie. Nie inaczej. To jest prawdziwa tragedia demoralizacji…” Ktoś długo mnie swojego czasu przekonywał, że takie deklaracje są nic nie warte, ponoć wytworzyła je ta sama czarna strona mocy, która najpierw szponów produkowała, a później już jako dysydentom kazała uciekać na Zachód. Kiepski argument! Po prostu dlatego, że opinia zgadza się ze zjawiskiem, faktem wcale nie medialnym. Aż tak to całe KGB czy GRU nie jest mocne, by stworzyć byt równoległy i odbierany przez resztę świata w założony przez twórców sposób.
I co z tym zrobić? Co zrobić z naszymi bliskimi i nieco dalszymi znajomymi, którzy demoralizacji opisywanej przez Bezmienowa już ulegli? To często sąsiedzi, czy jeszcze odleglejsi współrodacy w różnym wieku, młodość nie jest tu synonimem głupoty. Średniacy wiekowi najgorsi – powołują się na swoje rzekome doświadczenie życiowe, która ma usprawiedliwiać głoszone bzdety, całą swoją prostackością trafiają bez pudła do innych prostaków, to się szerzy jak epidemia grypy. Argumentować? Nie ma sposobu. Argument trafia do określonej struktury umysłowej. Jeśli jej nie ma, bo albo nigdy nie powstała, albo zaniknęła w procesie demoralizacji – to można się wysilać ad mortem defecatum, nic z tego nie będzie. Można to wszystko z pewnego oddalenia obserwować, w założeniu trzymając się jak najdalej od już zarażonych i właśnie zarażanych. W myśl zasady, że w dowolnej populacji, dowolnym narodzie świadomie i skutecznie buntuje się od 3 do maksimum 10 procent ludzi. Po co nam zatem więcej przekonanych?
M.Z.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
A na Mazurach mgła
Do tegorocznego czerwcowego urlopu przygotowywałem się dobre dwa miesiące. Tu za daleko, tam za drogo, gdzie indziej kiepscy gospodarze, dom w środku pustego pola bez drzew albo Mazury bez dostępu do jeziora. W końcu padło na "Folwark Łękuk" – i szczerze mówiąc ani ja ani moja żona nie żałujemy. Nawet pogodę mieliśmy tego lata jak się patrzy.
Spodobało nam się do tego stopnia, że drugiego czy trzeciego dnia po powrocie zaczęliśmy snuć plany kolejnego tam wyjazdu. Tyle że wtedy benzyna kosztowała w okolicach pięciu złotych za litr. Dzisiaj jest niemal pięćdziesiąt groszy droższa. Plany, analiza kosztów – i dupa blada! Nic z wyjazdu nie będzie. Przy obecnych cenach paliwa i przy minimalnej, ale jednak podwyżce cen za usługę noclegowo-żywieniową zostajemy w domu. Albo lecimy do Turcji w ofercie wrześniowej – co jest oczywiście żartem, tu i tam za drogo. Na Mazurach po prostu ktoś przekroczył cieniutką czerwoną linię, poza którą jest już albo rozpusta i kolejne pożyczki, albo zwykły idiotyzm.
Piszę o tym od lat, przekaz adresując do właścicieli mazurskich domów, stanic, hoteli i gospodarstw agroturystycznych: nie przesadzajcie z cenami, bo będziecie mieli plażę, ale we własnych finansach! I to jest wołanie na puszczy. Nadal obowiązuje zasada, że coś, co zostało zainwestowane w postawienie na nogi starej stodoły, zabudowań gospodarczych nie istniejącego poniemieckiego pałacu czy własnego podupadającego domu ”musi zwrócić się jak najszybciej”. Najlepiej w ciągu jednego sezonu. Tegoroczne deszczowe lato stało się katalizatorem kolejnej fali narzekań. „Nigdy od 1993 roku nie było tak słabo!”. „Nieudany sezon, turyści nie dopisali, ponosimy straty!”. Oczywiście turyści nie chcą przyjeżdżać tam, gdzie nie tylko drogo, ale też daleko od szosy, bo to znakomicie podnosi koszty całości urlopu. Oczywiście pogoda ma tu pewien wpływ na decyzje o rezerwacji miejsc. Ale metoda stałego podnoszenia kosztów pobytu po to, by zysk sezonowy nie spadał nadmiernie jest największą głupotą, jaką popełniają właściciele wszystkich wymienionych przybytków. Nie tędy droga!
Kalkulacja, jaką robiłem w czerwcu przed wyjazdem do Łękuku, to właśnie poniemieckie doskonale odbudowane pomieszczenia gospodarcze, sporządzana była dla dwóch osób. Wynajem pokoju plus dojazd, plus wyżywienie poza śniadaniem (wliczonym w cenę pokoju), obiadokolacja płacona osobno, plus jakieś tam rozrywki. Na przykład w postaci kawy w Mikołajkach, do których też trzeba dojechać. Nie ma tu żadnych „półlitrów”, mnogości piw czy sensacji typu wieczorna sauna – zatem każdy chyba przyzna, że wszystko wygląda co najmniej skromnie, jeśli nie ubogo. Wyszło jakieś 230-240 zł dziennie. Jak było tak było – my byliśmy zadowoleni. Obejrzeliśmy co chcieliśmy obejrzeć, byliśmy w miejscach ciekawych i niezwykłych. Ale oto kolejne podejście, sierpniowe czy już nawet wrześniowe, dowodzi, że trzeba będzie na dokładnie to samo wydać dziennie kilkadziesiąt złotych więcej. Może i stówę więcej... Wpadamy do kategorii „wysoki sezon”. To jakiś dziwoląg w deszczowy dzień, prawda? W związku z tym REZYGNUJEMY.
Kilka tygodni temu także przedstawiając na piśmie jakieś tam kalkulacje postawiłem wniosek, że właściciele mazurscy chyba zmówili się – jeżeli gdzieś jest parę złotych taniej to za różne przyjemności typu rower wodny czy kajak trzeba dopłacać. Albo: taniej jest tam, gdzie psy dupami szczekają i na podróż do jakiejkolwiek cywilizacji trzeba słono płacić, zresztą za parking samochodowy też. Słowem: jak się człowiek nie obróci dupa zawsze z tyłu. I to jest tak widoczne, że tylko głupi nie zauważy. Pytam więc właścicieli mazurskich pensjonatów i wszelkich innych noclegowych domów: wy tego nie widzicie? Nie potraficie zrobić przyzwoitej kalkulacji, z której wyjdzie, że do sąsiada trzymającego stare ceny nie warto jechać, do was warto i należy?
Starania o klienta jednak są. Moim zdaniem śmieszne. Chwalą się coraz liczniejsi właściciele dbałością o ekologię i pięknymi krajobrazami. Rozumiem, że to modne, że w obejściu nie ma zbyt wielu śmieci, a puste butelki usuwane są wczesnym rankiem. Nie? To może chodzi wam o to, że polakierowaliście podłogi wodnym roztworem bezbarwnego lakieru, nie węglowodorowym? Prawdę powiedziawszy mam to w nosie. Krajobrazy zaś to już zupełnie nie wasza zasługa, są, zawsze były, stanowią podstawę decyzji, że jedziemy tam właśnie, a nie w opolskie, jakim prawem pobieracie za to dodatkową kasę? Kompletnie już was pogięło?
W czerwcu Łękuk prócz nas jakąś tam klientelę miał. Powiedzmy jedna trzecia pełnej obsady – a i to też wyłącznie chwilami. Nie tak odległa „Helena” w Jeziorowskich, kiedyś pełna w tym samym okresie, anno 2011 świeciła pustkami. „Helena” droższa tylko o 25 zł od osoby, za to rowery wodne w cenie pokoju. Oto miara tego, co czeka zbyt pazernych.
M.Z.
piątek, 5 sierpnia 2011
"Świat za pięć lat"? Ależ to JUŻ!
W sieci, czyli najpierw na Salonie24, a następnie na Nowym Ekranie cyklicznie ukazują się opowiastki Marcina Brixena. Świetne opowiastki! Tak, wydane już pod takim tytułem, jak i w moim tytule: Świat za pięć lat. Dzisiaj, w dniu, w którym do jakiegoś pokoju wszedł jakiś policaj, spojrzał na nieboszczyka i zadecydował „samobójstwo”, oczywiście nie przeprowadziwszy przedtem żadnych badań znanych choćby z najpodlejszych kryminałów – szczególnie polecam fragment z najnowszego odcinka. Mama Łukaszka postanawia przed nadchodzącym rokiem szkolnym zaopatrzyć syna w podręczniki szkolne. Co z tego wynika? Odsyłam do Nowego Ekranu. Ale u siebie chcę zacytować końcowy fragment. Dziwnie jakoś brixenowe treści korespondują z czasem obecnym:
- A ja ci mówię, że kupimy - odparła mama, sięgnęła na chybił trafił do przewróconego regału, wybrała jakąś pozycję i pociągnęła Łukaszka w stronę kas.
- To jest oszustwo! - kłócił się Łukaszek. - Wzięłaś pierwszą lepszą książkę tylko po to, żeby wygrać ze mną! A potem będzie ona leżeć w domu i niepotrzebnie wydane pieniądze...
- Wszyscy w domu będą ją czytać, zobaczysz - odparła z przekonaniem mama Łukaszka. - To największa księgarnia, nie może być tak, że mają w ofercie coś, co by nie pasowało społeczeństwu!
Jednak w domu nikt z Hiobowskich nie chciał nawet wziąć jej do ręki.
- Dlaczego??? - pytała zrozpaczona mama Łukaszka.
- Przecież już sam tytuł odrzuca - westchnął dziadek.
- Co wam się w tytule nie podoba? - zdumiała się mama biorąc swój zakup do ręki. Na okładce był napis: "Polskie lotnictwo sprawcą Holocaustu. Przypadki ostrzeliwania ludności żydowskiej z samolotów polskich, Zamojszczyzna 1942 rok. Relacje świadków, zdjęcia, filmy nagrane telefonem komórkowym". Wydawnictwo: "Hańby i sromoty polskie".
M.Z.
czwartek, 4 sierpnia 2011
Dlaczego
Same tu ostatnio drobiazgi, mało rzeczy ogólniejszej natury, zniknęła polityka, raporty i przygotowania do wyborów. Pogięło mnie czy osłabłem? Ani jedno ani drugie. Nie chcę po prostu powielać w nieskończoność tego, co już powiedzieli inni, na innych blogach czy dużych witrynach politycznych. Co mam na przykład powiedzieć durnowatemu ministrowi spraw zagranicznych na jego opinię o Powstaniu Warszawskim? Że powinien zarobić od jakiegoś weterana w pysk? Jak komentować raport ministra, któremu rzeczy takie, jak logika wywodu są kompletnie obce: samolot w Smoleńsku raz był dobry na piętnastu metrach, innym razem stracił zasilanie, czyli był, jak to opisywałem w poprzednich felietonach, tylko „trochę dobry”? Przecież by wyprodukować taką banialukę trzeba być nieuleczalnym idiotą. Nie mam czasu na wojowanie z idiotami. Wolę zająć się jakim pożytecznym drobiazgiem.
Tymczasem z manewrów politycznych coraz wyraźniej widać, że wszystko jest przygotowane do wychynięcia ze strefy cienia Grzegorza Schetyny, obecnego marszałka Sejmu. Mówił o tym reżyser Braun i parę innych jeszcze osób. Przewidywali, iż pewnego dnia objawi się nowy-stary zbawca narodu, teatralnie zetnie kilka głów z własnej partii – po czym nie zmieni się dokładnie nic, a zdegradowani szybo wrócą do obiegu z dyplomatycznych placówek gdzieś na antypodach. Teatr marionetek nadal ma tego samego animatora i reżysera. Plan działania przedsięwzięto kilka lat temu, zresztą podejrzewam, iż nie u nas – i gra muzyka. Zgrzyty w postaci brykania kibiców sportowych, którzy okazali się w pewnym momencie jedyną zorganizowaną siłą spacyfikowano przy pomocy policji jawnej, tajnej i dwupłciowej. Przywódcom przyszyto jakieś dęte zarzuty, opisującym prawne przekręty dziennikarzom zafundowano po pół roku pierdla za krzywy uśmiech piętnaście lat temu – i jest spokojnie. To znaczy: im się tak wydaje. Im – pacyfikatorom polskości, niezależności, praw człowieka i paru innych nieważnych dla lewaków detali.
M.Z.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Opowiastki motoryzacyjne: Prezenterzy tworzą świat równoległy
W cyklu już powstałych, a przecież niedokończonych historyjek motoryzacyjnych opowiadam o różnych markach i modelach - dość staranie wystrzegając się wydawania ogólnych opinii typu „Toyota jest OK., a Ford do bani”. Nie wiem czy wszystkie Toyoty są godne tego miana i czy wszystkie Fordy ze wszystkich roczników są tak żałosne blacharsko. Myślę, że raczej nie – zatem uwagi dotyczące marek i modeli ograniczam do tych egzemplarzy, które miałem na własność, remontowałem za własne pieniądze, którymi podróżowałem zdecydowanie dłużej, niż tydzień. To jest trochę inaczej, niż czynią motoryzacyjni prezenterzy pisujący do różnych periodyków czy wdzięczący się przed kamerą i twierdzący, iż wszystko to w trosce o dobro odbiorcy – albowiem posiedli wiedzę tajemną na temat marek i modeli. To jest oczywista nieprawda.
Kłamią jak najęci! Produkują się najczęściej dla kolegów, producentów samochodów albo dla własnej renomy - klientelę salonów moto mając w głębokim poważaniu. I uznając te napędzające koncernom kasę tłumy za motłoch bez pojęcia o technice, ekonomii, własnej wygodzie czy wreszcie pięknie. Tak właśnie jest. Niektórzy z nich wielokrotnie próbowali zostać Jeremym Clarksonem – ale żeby nie wiem jak się gimnastykowali nadal byli tylko starszym Zientarskim, Mikosem czy Iwaszkiewiczem (ten ostatni upadł tak nisko, że wziął się za politykę w „Szkle kontaktowym”). A pewnie nie będę oryginalny jeśli powiem, że są to ludzie, których nikt poza nimi samymi nie lubi…
Jak to zatem jest naprawdę z tą skalą ocen, która porusza się pomiędzy „OK”, a „do bani”? Otóż skala ta zawsze była (i jest nadal) właściwa TYLKO I WYŁĄCZNIE dla indywidualnego kierowcy czy użytkownika pojazdu. Opinie wynikające z weekendowych podróży wypożyczonym autem są funta kłaków warte! Przez tydzień także nie da się ustalić w jakim tempie będzie w przyszłości korodowała karoseria pojazdu, jaka jest trwałość elementów zawieszenia, jakie utrudnienia wystąpią przy wymianie przegubu, klocków hamulcowych, nawet oleju silnikowego z filtrem. Opiniowanie na podstawie przelotnego romansu jest zwykłym oszustwem! Tyle że ta fałszywa opinia idzie w świat, trafia do niezorientowanych, wpada podświadomie w czyjeś uszy – i kłopot gotowy. Jaki kłopot? Posłużę się tutaj przykładem, dotyczy mnóstwa osób, niektóre do szczątkowej wiedzy nie chciały zrazu przyznać się za skarby świata. Problem wyboru marki i modelu w trakcie kupowania auta używanego: zaczyna się zawsze od wymienienia kilku modeli, niekoniecznie jednego producenta. I opisania powodów, dla których ma być właśnie tak, nie inaczej. Dalej na ogół idzie zastrzeżenie, że tego i tego samochodu kupić ABSOLUTNIE NIE ZAMIERZAJĄ – bo coś tam i jeszcze coś tam. Tu padała najczęściej słowa-klucze żywcem wzięte z telewizyjnych wypowiedzi ekspertów. Towarzyszenie takim osobom jest swoistym kabaretem. Na początku napuszone i pewne siebie – raptem w salonach z używanymi pojazdami, na giełdach samochodowych czy u prywatnych ogłoszeniodawców tracą pewność siebie, popadają w rodzaj śpiączki na jawie, można do nich mówić, ale nie należy spodziewać się jakiejkolwiek reakcji. Po czym ŁUP! Wsiadają do auta wymienianego jako kompletnie nieprzydatne i niechciane –i nie chcą już zeń wysiąść. Miłość od pierwszego wejrzenia! I natychmiastowa racjonalizacja wyboru: wsiadłem i poczułem się w tym aucie doskonale. Wsiadłam i już nie chcę innego. Nie wiedziałem, że tak dobrze jeździ. Nie miałem pojęcia o jego zaletach, zdezorientowano mnie… Można tak bez końca wymieniać używane tu usprawiedliwienia. Zawsze i tak okazuje się, że ktoś oglądał jakiś program w telewizji czy czytał wstrząsający tekst Eksperta rodzaju wyżej wymienionych – i poprzestawiały mu się klepki pod kopułą. A teraz właśnie, podczas pochłaniania zapachu niechcianego zrazu auta nie mogli się powstrzymać przed jego urokiem, chcą mieć całość, najlepiej zaraz. No ale miły panie, miła pani, przecież wczoraj twierdziliście, że zgodnie z wykładnią tego i tego prezentera dokonaliście wyboru ostatecznego… On nie miał racji! To dureń! Nie opowiadaj nam pan już o tym dupku więcej!
Dobrze, nie będę opowiadał. Prawdę mówiąc i mnie ich wynurzenia guzik obchodziły, od lat mam takie podejrzenie, że „klienci” nie wiedzą o czym gadają, a nawet jeśli wiedzą, to tyle, że żadnej decyzji na tej podstawie podejmować nie wolno. Póki trwała produkcja na Żeraniu takie na przykład Daewoo chętnie użyczało na mniej więcej tydzień kolejne wypuszczane modele aut. Pracowałem wtedy w gazetach nie związanych z motoryzacją – ale że w każdej z nich zakładałem kącik motoryzacyjny i ja wszedłem na listę uprawnionych do przejechania się nowym produktem koreańskim. W kolejce „dziobania” tkwiłem pewnie na jakiejś piętnastej – dwudziestej pozycji, przede mną wóz używany był intensywnie przez „specjalistów” z periodyków zajmujących się wyłącznie samochodami. Gdyby człowiek mógł opisać mizerię tych testowych egzemplarzy… Trzeba wręcz pióra poety, by oddać grozę tapicerki poprzepalanej petami, stosów gum do żucia poprzyklejanych gdzie się da, kruchych ciasteczek wtartych w wykładziny podłogowe… Nie wspominam o takich mechanicznych detalach, jak nadwerężone przeguby napędowe i amortyzatory, poobijane karoserie czy zalane olejem silniki. Czy tak się testuje auta? Zapewne tak również. Na przykład w programach Clarksona, gdzie pogardzane auta spadają z dachu, płoną i są topione. Nikt mi jednak nie wmówi, że przypalanie fotela kierowcy czemukolwiek służy, a jazda w poprzek bruzdy po świeżo zaoranym polu samochodem, który w założeniu był autem miejskim odkrywa walory trakcyjne przedmiotu.
Jeden z modeli wycofano z testu. Prosty powód: wszystkie trzy egzemplarze rozbito podczas „prób”. W dwóch wypadkach kierowcy – jak twierdzili świadkowie – ledwo wytaczali się z pojazdów. Można rzec: zwykłe opilstwo. Sprawy wyciszono. W macierzystych gazetach tych durniów ukazały się przedruki niemieckie.
No więc jak to jest z tym Fordem i Toyotą? I jedna i druga marka w konkretnych modelach ma swoje mocne i słabe punkty. Na podstawie długich okresów eksploatowania produktów obu firm (za własne pieniądze!) powiem tyle, że w historii Toyoty zdarzały się modele starsze, ale mocne i modele nowocześniejsze, ale słabsze, bardziej awaryjne, z utrudnioną obsługą serwisową. U Forda długie lata wszystkie produkty miały skłonność do korodowania w ściśle określonych punktach: Eskort w punkcie mocowania elementów tylnego zawieszenia, Mondeo na progach i tylnych nadkolach, tu Eskort nie ustępował mu pola. Poważnie przyłożono się do tego problemu dopiero w Fokusie – ale też nie w pierwszych dwóch latach produkcji. Toyoty nawet w „mocnych” modelach, na przykład E11, zastawiały na warsztatowców spore niespodzianki. Corolla tej epoki łatwo gubiła gumowe osłony przegubów napędowych, ich wymiana wiązała się z większą demolką zawieszenia, niż w innych samochodach. Ukochane auto młodzieży, Honda Civic hatchback serii V, to nieszczęście blacharskie w tyle pojazdu, zobaczyć wóz bez „rudej” to jak wygrać milion w totka, oczywiście niektórym się zdarza, większości nie. Mazdy od najmniejszej do największej mają kłopoty z układem olejenia motoru, koncepcja zmniejszonego nacisku pierścienia tłokowego na ścianki cylindra zaowocowała tym, że należy używać wyłącznie określonych olejów, drogich jak diabli i trudno dostępnych (zalecanej Dexelii w życiu nie widziałem na żadnej stacji benzynowej!). Prezenterzy i sprawozdawcy milczeli o tym konsekwentnie, założenie było po prostu takie, że przedstawia się Polakom auto najwyżej kilkuletnie – absurd w kraju, w którym samochód ma najczęściej grubo powyżej lat dziesięciu. Rubryka „5-10-15” zajmująca się kiedyś starszymi pojazdami w niemieckim „Auto-Świecie” bardzo szybko została skasowana, domyślam się, że z powodu protestów producentów nowych aut. Tymczasem niemieckie firmy zajmujące się gromadzeniem danych na temat pojazdów używanych dalej klasyfikują te pojazdy. Niemiec ma wiedzieć wszystko – Polak kupować co mu podsuflują opłacani sprawozdawcy. Tym Jasio różni się od Helmuta. A na temat cen chętnie wypowie się słynna firma „Samar” – i udowodni, że nawet ząb trzonowy da się wyrwać od strony ogonkowej…
Problem warsztatów poruszałem już w jednym z poprzednich felietonów, prawda że fragmentarycznie – ale jednak. Prezenterzy wymieniani jako zło konieczne, choć nie zasłużone raczej unikają tych tematów. Nie wiem dlaczego. Może za mało kasy do kieszeni, może zbyt marna mołojecka sława? Od siebie tyle mam do powiedzenia, że goszcząc w tych przybytkach naprawczych spotkałem takich, którzy gdy im się patrzyło na ręce potrafili naprawić auto poprawnie. To bardzo rzadkie przypadki, większość rękodzielników samochodowych to albo zwykłe papraki i niedojdy, albo wyjątkowej klasy aroganci, brudasy i fajtłapy nie ceniące ludzkiego czasu, a zwłaszcza pieniędzy. Niektórzy na moich oczach i na samochodach klientów dopiero uczyli się zawodu, niechętnie zresztą, więc i bez większego powodzenia. Zawsze po skręceniu naprawianego elementu zostawało im jeszcze parę śrubek i nakrętek, ba, to oni pokusili się o wprowadzenie do obiegu nowego kwantyfikatora jakości: „trochę dobry”. To znaczy taki, którym z warsztatu po naprawie da się wyjechać, choć nikt nie zagwarantuje szczęśliwego powrotu do domu. Poetów klucza dynamometrycznego i regulacji rozrządu jeszcze nie spotkałem – co nie znaczy, że ich nie ma. Jeśli tylko trafię na takiego – natychmiast rzecz opiszę.
M.Z.
środa, 27 lipca 2011
Opowiastki motoryzacyjne: Chyża Honda
Wielbicielom Civiców - a zwłaszcza pewnemu Bartkowi dedykuję
Giełda Żerań dopiero się rozkręcała. Środowisko magazynów motoryzacyjnych optowało ostro za Słomczynem, mieli zdaje się z miejscowymi niezłą siuchtę - i żadne zdroworozsądkowe tłumaczenia, że warszawska giełda samochodowa nie może być oddalona od stolicy o ponad czterdzieści kilometrów do posiwiałych i krótko ostrzyżonych łbów nie docierały.
Trochę z tej przyczyny, a trochę z powodu dziecinnego raczkowania - na Płochocińskiej z samego rana interesy szły niemrawo. I ożywały tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na placu pojawiali się pierwsi szaleńcy ze Słomczyńskiego eldorado, spod Grójca. Wściekli i spoceni. Bardzo szybko utarło się powiedzenie, że dobrze kupić w Słomczynie to i owszem, można – traktor, ciężarowego Stara albo przyczepę do obornika. Bo na początku podgrójeckie chłopstwo jeszcze się ziemią i gospodarkami zajmowało i takich sprzętów było w okolicy sporo. Potem im przeszło. Żyli już tylko z wynajmowania obejść na parkingi i składowiska używanych opon samochodowych… Uprawa roli jest taka nudna i monotonna...
Civiki pojawiały się na Żeraniu rzadko, nie budząc w potencjalnych klientach żywszego rytmu serca. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych dominowała jeszcze opinia, że wszystko co japońskie to jednorazowe i z cienkiej blachy. Marnowate takie – i już! O, bez gwiazdy to nie ma jazdy – wykrzykiwali wszechwładni taryfiarze, samozwańczy tytani znawstwa samochodowego. I wsiadali do cieknących ropą i brudnym olejem Mercedesów. „No poci się, normalne w dieslu, nie?”. Rzęcholot z wdziękiem kombajnu oddalał się na najbliższy postój. Młodszym tłumaczę: nie było innych taksówek, jak tylko te z postojów. To pewnie nie do uwierzenia, ale nie było też komórek, radio taxi i agencji towarzyskich. Wszystko miało inne nazwy: zamiast komórki do wezwania taryfy wystarczył banknot w ręku, czy dobre ubranie. A agencje nazywały się po prostu burdelami. O dziwo żaden z ich klientów nie miał nigdy kłopotów z wezwaniem dieslowskiej „taryfy”. Materializowały się jak spod ziemi. Dzisiaj tez – co podobno jest żywym dowodem na ciągłość czasu i politycznych epok.
Metalicznie niebieski Civic pojawił się w którąś giełdową niedzielę jeszcze na niemieckich tablicach rejestracyjnych. Cenę miał z górnej półki. Ale nie ona przerażała, raczej pakiet czynności, jakie wówczas trzeba było wykonać w urzędach celnych i komunikacyjnych. Klientela kręciła się wokół i nie mogła wyjść ze zdumienia, że w motorku Civica nic się nie poci, nic nie cieknie, a komorę silnika swobodnie da się przetrzeć rękawem czystej koszuli bez szkody dla rękawa. Właściciel wysiadał i wsiadał, każdy chętny kupiec chciał obejrzeć jak „toto chodzi” – i oczywiście pierwsze co robił to przy działającym silniku odkręcał korek wlewu oleju. Wałek rozrządu umieszczony bezpośrednio pod nim robił swoje i kolejny ciekawski odchodził z twarzą upstrzoną tłustymi kropelkami. Miałem wielką ochotę na ten samochodzik - ale na razie był poza zasięgiem rażenia.
Mijały następne giełdowe niedzielę. Coś kupiłem, coś sprzedałem, ciągle nawalały jak nie silniki to sprzęgła, urywały się tłumiki, puchł lakier na nie odtłuszczonej blasze nowych-starych pojazdów. Gdzieś tak pod koniec lata Żerań stwarzał wrażenie mocno zmęczonego. Ludzi wracali z wakacji i urlopów, zaczynała się szkoła i ani kto myślał o nowych motoryzacyjnych zakupach. Siadły ceny. Metalicznie niebieski Civic wjechał na giełdę późno, około dziesiątej, miał już polską rejestrację i całkiem dla mnie atrakcyjną cenę. Z rozmowy z właścicielem wynikało, że pojazd służył przed ocleniem jako materiał ćwiczebny na jakiejś wojskowej uczelni. Rozebrano go do gołego, zabezpieczono blachy, położono nowy lakier odpowiadający oryginałowi. Potem zarejestrowano poprzez jakąś wojskową komórkę administracyjną, ci zdaje się nie musieli czekać miesiącami w długaśnych kolejkach. Proces decyzyjny trwał jakieś piętnaście sekund. „Biorę, płacę, proszę zapakować!...” Niedokładnie tak się to odbyło, ale po dwóch godzinach Honda stała już pod domem. Jechała cichutko i całkiem żwawo, wnętrze nie porażało przestronnością, ale sprawiało wrażenie przytulnego i dobrze zagospodarowanego. No tak, bagażnik nadawał się w sam raz do zapakowania dwóch aktówek, to wyszło przy pierwszej służbowej delegacji, w którą Civic pojechał z trzyosobową załogą. Do Olsztyna kawałek drogi i pasażerowie tylnej kanapy trzymali część bagaży na kolanach. Ale poza tym było wesoło i niezawodnie. Do powrotu. A dokładniej: do punktu na mapie w okolicach Płońska.
Pierwszy raz "coś" zaświeciło się w trakcie podjeżdżania pod jakieś wzniesienie. Bez zmiany tonacji pracy motoru, ot, zaświeciło się na czerwono i natychmiast zgasło. Na bok, maska do góry – co jest do cholery? Okazuje się, że poziom oleju na wskaźniku nie sięga nawet do dolnej kreski. Ktoś tam z parkingu miał zapasową butelkę Selektolu, sprzedał z niewielką górką, sprawa załatwiona. Tyle że od tego dnia dolewki były coraz częstsze. Pół litra, trzy czwarte, potem litr. A dalej już tradycyjne poranne dymienie. Zaprzyjaźniony fachman posłuchał i wydał wyrok: uszczelniacze zaworowe. Tylko przez Pewex, 32 dolary. Dla porównania: pół litra Żytniej kosztowało w tamtych czasach 72 centy. Jednym słowem ogólny koszt naprawy równał się trzeciej części wartości samochodu w dniu zakupu. Niech to diabli!
Ale naprawiłem! Bolało – lecz rozgrzana Hondzina chodziła wspaniale. Niestety poranne dymienie jakby nie ustało do końca. Coś tam się w motorku działo niedobrego, niestety żadne pretensje do diagnozy majstra nie były przezeń przyjmowane. Mechanicy za socjalizmu byli królami. Król wskazywał na czarne i mówił „zielono mi” – a czarne pokornie zieleniało. On błąd w ocenie? O czym pan gadasz? Ja zęby na tym zjadłem…
Najwidoczniej nie zjadł. Zostawił dwa przednie do otwierania kapsli piwa "Królewskie". Wskazania prawdziwej usterki były różne, ale jedno ponawiało się stale: zapieczone albo mocno zużyte pierścienie tłokowe. Zagadnięty o to poprzedni właściciel przyznał, że i jemu takie przypadłości się zdarzały. Tyle że zadaniem numer jeden była blacha – i na blasze się skupiono podczas odnawiania pojazdu. Coś z mechaniczną resztą trzeba było jednak zrobić. Ocena kosztów pełnego remontu: nie ma sensu w to wchodzić. Szła zima i rozruchy z dymiącą rurą wydechową to była już norma. Więc znowu Żerań.
O szóstej rano na zimowym giełdowym placu podstawowy trzonu handlarzy zajmował się piciem piwa. Sprzedawcy egzotyki pociągali coś przezroczystego wprost z flaszeczki - do końca imprezy daleko, wywietrzeje… Civic chodził niemal cały czas, rzecz polegała na tym, by motorek nie wystygł do temperatury otoczenia i nie dymił podczas testu, jaki zapewne zafunduje mu pierwszy potencjalnie chętny. W środku autka było przyjemnie i ciepło, motor był może i na coś tam chory, ale grzanie pozostało prawdziwie japońskie. Na krótko. Klient spadł na Hondę jak piorun z nieba.
Cudak wyłonił się z mgiełki spalin i skrzypiącego mrozu jakoś tak po siódmej. Po prostu szedł sobie i nie przejmował się zdumionymi spojrzeniami. Szalik powiewał mu w okolicach paska od spodni, lekkie paletko rozpięte do samego końca eksponowało wielką, ozdobną klamrę paska. A na górze już tylko cienki t-shirt i nic. No po prostu Artysta! Malarz! A może nawet sam Pan Reżyser z Telewizji? Chuchnął wytworną gorzałą i nieśmiało zagaił: Masz pan kurwa żaru? Bo ja wiesz pan po południu wezmę tę gablotę, mnie się podoba! Masz tu stówę zadatku i spadaj do domu. Acha, kolego, daj adres, wpadnę koło szóstej, przyniosę resztę szmalu… No bo teraz to ja z Nieporętu jadę, balowaliśmy tam trochę z ludźmi z Woronicza, głowa mnie napierdala…
Przyniósł pieniadze. Bez targów, z prośbą tylko, by mu pokazać gdzie się włącza światła i do czego służą „te inne prztyczki”. Umowa, kasa na stół i odjazd. Bardzo łyse opony? Nie, pięć milimetrów bieżnika. No to jadę… Panie, litości uważaj pan, jesteś wczorajszy, a zrobiła się ślizgawica! Człeniu – ja sto lat już jeżdżę i miałem tylko pięć wypadków, będzie git! Nie bój bidy! A to że ten Civic taki chyży to jest OK. Lubię żwawe toczydełka!
Sto metrów przed domem wpadł najpierw na krawężnik, odbiło pojazd, słup, samochód sąsiada, drugi, nie ma jazdy. Z opisu ubezpieczeniowego, który wkrótce nadszedł wynikało, że kompletnie skasowane zostało zawieszenie obu osi lewej strony, silnik wypadł z punktów mocowania, poszła przednia i tylna szyba. Karoseria straciła punkty pomiarowe – albo jakoś tak. Pełna kasacja. Kierowca wygramolił się ponoć jeszcze przed przyjazdem radiowozu, a kiedy ten nadjechał wrzeszczał na jego załogę: ja tu kurwa marznę, szlugi mnie się skończyły, a wy się opierdalacie w robocie! Prędzej panowie, prędzej, mróz idzie… Cenne uszczelniacze zaworowe, źle pracujące pierścienie tłokowe, wszystkie te liczone w półlitrach, dolarach i centach dobra poszły pod prasę złomowiska. Ale nowy właściciel nie miał do nikogo pretensji. Przecież motorek w chwili odbioru chodził jak marzenie! Pewnie tylko w tym Nieporęcie czegoś było za dużo…
M.Z.
Giełda Żerań dopiero się rozkręcała. Środowisko magazynów motoryzacyjnych optowało ostro za Słomczynem, mieli zdaje się z miejscowymi niezłą siuchtę - i żadne zdroworozsądkowe tłumaczenia, że warszawska giełda samochodowa nie może być oddalona od stolicy o ponad czterdzieści kilometrów do posiwiałych i krótko ostrzyżonych łbów nie docierały.
Trochę z tej przyczyny, a trochę z powodu dziecinnego raczkowania - na Płochocińskiej z samego rana interesy szły niemrawo. I ożywały tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na placu pojawiali się pierwsi szaleńcy ze Słomczyńskiego eldorado, spod Grójca. Wściekli i spoceni. Bardzo szybko utarło się powiedzenie, że dobrze kupić w Słomczynie to i owszem, można – traktor, ciężarowego Stara albo przyczepę do obornika. Bo na początku podgrójeckie chłopstwo jeszcze się ziemią i gospodarkami zajmowało i takich sprzętów było w okolicy sporo. Potem im przeszło. Żyli już tylko z wynajmowania obejść na parkingi i składowiska używanych opon samochodowych… Uprawa roli jest taka nudna i monotonna...
Civiki pojawiały się na Żeraniu rzadko, nie budząc w potencjalnych klientach żywszego rytmu serca. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych dominowała jeszcze opinia, że wszystko co japońskie to jednorazowe i z cienkiej blachy. Marnowate takie – i już! O, bez gwiazdy to nie ma jazdy – wykrzykiwali wszechwładni taryfiarze, samozwańczy tytani znawstwa samochodowego. I wsiadali do cieknących ropą i brudnym olejem Mercedesów. „No poci się, normalne w dieslu, nie?”. Rzęcholot z wdziękiem kombajnu oddalał się na najbliższy postój. Młodszym tłumaczę: nie było innych taksówek, jak tylko te z postojów. To pewnie nie do uwierzenia, ale nie było też komórek, radio taxi i agencji towarzyskich. Wszystko miało inne nazwy: zamiast komórki do wezwania taryfy wystarczył banknot w ręku, czy dobre ubranie. A agencje nazywały się po prostu burdelami. O dziwo żaden z ich klientów nie miał nigdy kłopotów z wezwaniem dieslowskiej „taryfy”. Materializowały się jak spod ziemi. Dzisiaj tez – co podobno jest żywym dowodem na ciągłość czasu i politycznych epok.
Metalicznie niebieski Civic pojawił się w którąś giełdową niedzielę jeszcze na niemieckich tablicach rejestracyjnych. Cenę miał z górnej półki. Ale nie ona przerażała, raczej pakiet czynności, jakie wówczas trzeba było wykonać w urzędach celnych i komunikacyjnych. Klientela kręciła się wokół i nie mogła wyjść ze zdumienia, że w motorku Civica nic się nie poci, nic nie cieknie, a komorę silnika swobodnie da się przetrzeć rękawem czystej koszuli bez szkody dla rękawa. Właściciel wysiadał i wsiadał, każdy chętny kupiec chciał obejrzeć jak „toto chodzi” – i oczywiście pierwsze co robił to przy działającym silniku odkręcał korek wlewu oleju. Wałek rozrządu umieszczony bezpośrednio pod nim robił swoje i kolejny ciekawski odchodził z twarzą upstrzoną tłustymi kropelkami. Miałem wielką ochotę na ten samochodzik - ale na razie był poza zasięgiem rażenia.
Mijały następne giełdowe niedzielę. Coś kupiłem, coś sprzedałem, ciągle nawalały jak nie silniki to sprzęgła, urywały się tłumiki, puchł lakier na nie odtłuszczonej blasze nowych-starych pojazdów. Gdzieś tak pod koniec lata Żerań stwarzał wrażenie mocno zmęczonego. Ludzi wracali z wakacji i urlopów, zaczynała się szkoła i ani kto myślał o nowych motoryzacyjnych zakupach. Siadły ceny. Metalicznie niebieski Civic wjechał na giełdę późno, około dziesiątej, miał już polską rejestrację i całkiem dla mnie atrakcyjną cenę. Z rozmowy z właścicielem wynikało, że pojazd służył przed ocleniem jako materiał ćwiczebny na jakiejś wojskowej uczelni. Rozebrano go do gołego, zabezpieczono blachy, położono nowy lakier odpowiadający oryginałowi. Potem zarejestrowano poprzez jakąś wojskową komórkę administracyjną, ci zdaje się nie musieli czekać miesiącami w długaśnych kolejkach. Proces decyzyjny trwał jakieś piętnaście sekund. „Biorę, płacę, proszę zapakować!...” Niedokładnie tak się to odbyło, ale po dwóch godzinach Honda stała już pod domem. Jechała cichutko i całkiem żwawo, wnętrze nie porażało przestronnością, ale sprawiało wrażenie przytulnego i dobrze zagospodarowanego. No tak, bagażnik nadawał się w sam raz do zapakowania dwóch aktówek, to wyszło przy pierwszej służbowej delegacji, w którą Civic pojechał z trzyosobową załogą. Do Olsztyna kawałek drogi i pasażerowie tylnej kanapy trzymali część bagaży na kolanach. Ale poza tym było wesoło i niezawodnie. Do powrotu. A dokładniej: do punktu na mapie w okolicach Płońska.
Pierwszy raz "coś" zaświeciło się w trakcie podjeżdżania pod jakieś wzniesienie. Bez zmiany tonacji pracy motoru, ot, zaświeciło się na czerwono i natychmiast zgasło. Na bok, maska do góry – co jest do cholery? Okazuje się, że poziom oleju na wskaźniku nie sięga nawet do dolnej kreski. Ktoś tam z parkingu miał zapasową butelkę Selektolu, sprzedał z niewielką górką, sprawa załatwiona. Tyle że od tego dnia dolewki były coraz częstsze. Pół litra, trzy czwarte, potem litr. A dalej już tradycyjne poranne dymienie. Zaprzyjaźniony fachman posłuchał i wydał wyrok: uszczelniacze zaworowe. Tylko przez Pewex, 32 dolary. Dla porównania: pół litra Żytniej kosztowało w tamtych czasach 72 centy. Jednym słowem ogólny koszt naprawy równał się trzeciej części wartości samochodu w dniu zakupu. Niech to diabli!
Ale naprawiłem! Bolało – lecz rozgrzana Hondzina chodziła wspaniale. Niestety poranne dymienie jakby nie ustało do końca. Coś tam się w motorku działo niedobrego, niestety żadne pretensje do diagnozy majstra nie były przezeń przyjmowane. Mechanicy za socjalizmu byli królami. Król wskazywał na czarne i mówił „zielono mi” – a czarne pokornie zieleniało. On błąd w ocenie? O czym pan gadasz? Ja zęby na tym zjadłem…
Najwidoczniej nie zjadł. Zostawił dwa przednie do otwierania kapsli piwa "Królewskie". Wskazania prawdziwej usterki były różne, ale jedno ponawiało się stale: zapieczone albo mocno zużyte pierścienie tłokowe. Zagadnięty o to poprzedni właściciel przyznał, że i jemu takie przypadłości się zdarzały. Tyle że zadaniem numer jeden była blacha – i na blasze się skupiono podczas odnawiania pojazdu. Coś z mechaniczną resztą trzeba było jednak zrobić. Ocena kosztów pełnego remontu: nie ma sensu w to wchodzić. Szła zima i rozruchy z dymiącą rurą wydechową to była już norma. Więc znowu Żerań.
O szóstej rano na zimowym giełdowym placu podstawowy trzonu handlarzy zajmował się piciem piwa. Sprzedawcy egzotyki pociągali coś przezroczystego wprost z flaszeczki - do końca imprezy daleko, wywietrzeje… Civic chodził niemal cały czas, rzecz polegała na tym, by motorek nie wystygł do temperatury otoczenia i nie dymił podczas testu, jaki zapewne zafunduje mu pierwszy potencjalnie chętny. W środku autka było przyjemnie i ciepło, motor był może i na coś tam chory, ale grzanie pozostało prawdziwie japońskie. Na krótko. Klient spadł na Hondę jak piorun z nieba.
Cudak wyłonił się z mgiełki spalin i skrzypiącego mrozu jakoś tak po siódmej. Po prostu szedł sobie i nie przejmował się zdumionymi spojrzeniami. Szalik powiewał mu w okolicach paska od spodni, lekkie paletko rozpięte do samego końca eksponowało wielką, ozdobną klamrę paska. A na górze już tylko cienki t-shirt i nic. No po prostu Artysta! Malarz! A może nawet sam Pan Reżyser z Telewizji? Chuchnął wytworną gorzałą i nieśmiało zagaił: Masz pan kurwa żaru? Bo ja wiesz pan po południu wezmę tę gablotę, mnie się podoba! Masz tu stówę zadatku i spadaj do domu. Acha, kolego, daj adres, wpadnę koło szóstej, przyniosę resztę szmalu… No bo teraz to ja z Nieporętu jadę, balowaliśmy tam trochę z ludźmi z Woronicza, głowa mnie napierdala…
Przyniósł pieniadze. Bez targów, z prośbą tylko, by mu pokazać gdzie się włącza światła i do czego służą „te inne prztyczki”. Umowa, kasa na stół i odjazd. Bardzo łyse opony? Nie, pięć milimetrów bieżnika. No to jadę… Panie, litości uważaj pan, jesteś wczorajszy, a zrobiła się ślizgawica! Człeniu – ja sto lat już jeżdżę i miałem tylko pięć wypadków, będzie git! Nie bój bidy! A to że ten Civic taki chyży to jest OK. Lubię żwawe toczydełka!
Sto metrów przed domem wpadł najpierw na krawężnik, odbiło pojazd, słup, samochód sąsiada, drugi, nie ma jazdy. Z opisu ubezpieczeniowego, który wkrótce nadszedł wynikało, że kompletnie skasowane zostało zawieszenie obu osi lewej strony, silnik wypadł z punktów mocowania, poszła przednia i tylna szyba. Karoseria straciła punkty pomiarowe – albo jakoś tak. Pełna kasacja. Kierowca wygramolił się ponoć jeszcze przed przyjazdem radiowozu, a kiedy ten nadjechał wrzeszczał na jego załogę: ja tu kurwa marznę, szlugi mnie się skończyły, a wy się opierdalacie w robocie! Prędzej panowie, prędzej, mróz idzie… Cenne uszczelniacze zaworowe, źle pracujące pierścienie tłokowe, wszystkie te liczone w półlitrach, dolarach i centach dobra poszły pod prasę złomowiska. Ale nowy właściciel nie miał do nikogo pretensji. Przecież motorek w chwili odbioru chodził jak marzenie! Pewnie tylko w tym Nieporęcie czegoś było za dużo…
M.Z.
niedziela, 24 lipca 2011
Oto moto… świat!
Wracam do tematyki motoryzacyjnej. To znaczy – bardziej w ujęciu ludzko-motoryzacyjnym. Kilka uwag, które moim zdaniem godne są powielenia.
Od pieca: kupiłem nowe stare auto. I jak to w życiu bywa zająłem się naprawianiem niedoskonałości używanego szesnastolatka. Tu urwana korbka otwierająca szybę, trzeba jechać na złomowisko, nie ma jednej pasującej kolorem, wymieniam cztery. Piorę niemiłosiernie uświnione fotele, tylna kanapa spalona papierosami, trzeba wymieniać pokrycie w całości. Elementy hamulców (tyłu nie było w ogóle!), przedniego zawieszenia, przegląd, gdzieś w głowie kołacze się myśl, że trzeba w ciągu miesiąca coś zrobić z umową ubezpieczenia OC. Któregoś dnia w tej materii do roboty: piszę wymówienie ciągłości. I okazuje się, że ZA PÓŹNO! Nie żaden tam miesiąc, ale najpóźniej dzień przed wybrzmieniem ostatniej umowy. To w moim przypadku półtora tygodnia krócej. Więc broker ubezpieczeniowy – zawiadomiłem tego z pieczątki na kwitku - śle mi maila „Za późno”. Pytam o co chodzi, trzydzieści dni nie minęło. A gość rezonuje: no tak, ale towarzystwa ubezpieczeniowe interpretują przepisy po swojemu. Jak to tak – są w jednej sprawie stroną, sędzią i interpretatorem? Ano najwyraźniej są. Obywatel to pojęcie z innej planety. Ja jestem głupim, platfusowatym UBEZPIECZENIOBIORCĄ. Albo podobnie. Płacić i płakać. W razie czego płacić podwójnie. Za to odbiór odszkodowania już pojedynczy. Ktoś zarobi, ja stracę. No ale w końcu powinienem mieć łysiejący łeb (nie mam – znaczy łysiejącego nie mam), niech więc ten się martwi. Zaczynam nienawidzić nowy stary samochód. En bloc – razem ze sprzedającym. Ale o tym potem.
Z ubezpieczeniami mam do czynienia równie długo, co z zepsutymi motorami, sprzęgłami i kwadratowymi kołami. Powinienem wiedzieć o nich wszystko. I niby wiem, choć „wszystkiego” na pewno nie – przecież nie siedzę każdego dnia przed zaśnięciem w zacisznym kątku i nie przepowiadam sobie nowelizacji ubezpieczeniowych przepisów. Broker mówi jasno: wpadłeś pan. Pewien praktyk śmieje się. Czym ty się durniu martwisz? Siadaj i pisz antydatowaną umowę sprzedaży na mnie. Tysiąc złotych – i ani grosza więcej, bo będę musiał zapłacić podatek skarbówce. Ja sprzedam wóz temu z drugiej klatki. On za dwa dni swojemu kumplowi – a potem ten kumpel tobie. Gromadź wszystkie dokumenty i kwitki. Każdy potwierdzi co się stało, wszystko jest legalnie i formalnie. Trafią nas na jakiejś niedoskonałości postępowania? Nie trafią. Później opowiem ci jeszcze kilka patentów obronnych. Własny ogon prędzej zjedzą, niż nam cokolwiek zrobią. Chcą wojen prawnych? Będą je mieli. Będą je mieli PRZEGRANE!
A ja bym wolał normalnie…
Ale zanim przyszły te kłopoty… Metody kontaktu – bo aby kupić samochód trzeba się najpierw jakoś porozumieć ze sprzedawcą. I tu od razu zaczynają się schody. Wyobraźmy sobie, że właściwe ogłoszenie pojawiło się przed północą. Ktoś zadał sobie trud, wstawił tekścik i zdjęcia, podał namiary mailowe i telefoniczne. Telefonować o północy przecież nie będę – piszę maila. Jednego dnia, drugiego, trzeciego. Nic. Koleś ma mnie w dupie. Dla niego internet to taka pułapka na frajerów, lep na muchy, drzewo, na którym wiesza się kartkę, ale ze świadomością, że obszczywają pieniek tylko zainteresowane zwierzaki. Któregoś dnia dzwonię: dzień dobry, jestem zainteresowany pańskim samochodem… Nooo...- to odpowiedź. „Noo” na każde pytanie, na każdą kwestię. Jak burak, który nie mówi dostał prawo jazdy? Tajemnica mundialu. Komu chce sprzedać auto? Nikt nie wie. Po którejś identycznej odpowiedzi puszczają mi nerwy. Nie będę cytował, potrafię mówić spokojnym tonem naprawdę brzydkie rzeczy. To podstęp – bo dokładnie w tym momencie wpadam w „objęcia” elokwentnego właściciela pewnego komisu samochodowego na południu Polski.
Komisy samochodowe… Namnożyło się tego co niemiara i nikt, dokładnie nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Dlaczego rodacy sprzedają auta taniej właśnie komisom? Bo to im zdejmuje kłopot z głowy? Za określone pieniądze, dzisiaj coraz pazerniej pobierane przez „komisantów”. 3 tysiące z każdych dziesięciu… Niezła rentowność, prawda? W żadnym innym kraju nie osiągnie się jej za żadne skarby. A mówią, że to nie jest cała prawda… Dlaczego nie cierpię komisów? Ponieważ ich przedstawiciele nic nie wiedzą o sprzedawanym towarze. Ba, oni po prostu nie chcą sobie swych szlachetnych główek zawracać takimi duperelami, w końcu co to za różnica, czy trzy tysiące zarobi się wiedząc coś o przedmiocie sprzedaży czy nie wiedząc? Ponieważ wreszcie mając cudem jakimś informacje o stanie sprzedawanego pojazdu podzielą się nią tylko pod tym warunkiem, że potwierdzi ona ich chęć zarobku. Gdyby mu przeczyła – kupiec nie pozna jej nigdy… Naiwni sądzą, że duża reklama „Gwarantujemy…” cokolwiek im daje. Nic z tego! Wykręcą się sianem na bardzo prostej zasadzie: widziały gały co brały. A przecież są rzeczy, których zobaczyć nie mogły – bo jazda testowa za krótka i w miejskim tłoku, bo do oleju zmieszanego z sieczką w skrzyni biegów nie zajrzysz (to jest fakt, miałem osobiście taką przygodę kilka lat temu!), bo nie przejrzysz wszystkich kabli i połączeń. Zatem pozorna gwarancja nie ma nic wspólnego z realiami. Pic na wodę i tyle. Niestety wiara w moc urzędowego stempla nadal w Polsce przeogromna. Sprzedający komisowi po wyjściu z jego biura z uszczuploną gotówką w ogóle przestaje dla tej instytucji istnieć.
I pozostają jeszcze „prywaciarze”. Byli zawsze, formalnie i nieformalnie, grasowali na giełdach, era Internetu poszerzyła im pole działania znacznie. W pewnym sensie wstydzą się swojego zajęcia – gdyby było inaczej nie zaczynali by swych inseratów od słów „pierwszy właściciel”. Oczywiście nie są żadnymi pierwszymi właścicielami, często od strony prawnej w ogóle nie są właścicielami. Zaproponują potencjalnym kupcom obniżkę ceny o 50-100 zł, jeśli rzecz jasna nabywcy zaakceptują podpis „wujka” na lewej umowie. To się może udać, żadna ze stron nie jest zainteresowana ujawnianiem prawdy, urzędy nie bardzo mają jak jej dociec, zresztą od paru lat bardziej zainteresowane są pobieraniem rosnących opłat, niż czymkolwiek innym. Interes musi się kręcić: fiskus jest pazerny jak nigdzie, miasto zżera swoje, administracje też chcą coś dostać. Polak ma jak w innych dziedzinach swego życia „płakać i płacić”.
Jak wyszedłem na moim zakupie? Jak Zabłocki na mydle. Komis, gdzie dokonałem zakupu spodziewa się, że będę go chwalił. Doprawdy: gruba przesada, mili panowie! Choć muszę przyznać, że zrobiliście wszystko tak, jak ja moim klientom sprzedającym samochody doradzam: ani jednego kłamstwa, w miejsce negatywów milczenie, akcentowanie pozytywów do monstrualnych rozmiarów. Nawet ta cholerna deszczowa pogoda wam sprzyjała. Na razie w auto weszło 1500 zł – i nie widać końca tej zabawy.
Myśl, iż będę namawiał innych do zakupów u was raczej porzućcie. Byliście na tyle mili, że jedyne co mogę dla was zrobić – to nie wymieniać waszego adresu. Zimne i deszczowe lato to też jakby wasza wygrana: wady aut nie tak widoczne, wódka nie przegrzana, a spragnione kobiety nie spocone… Może kiedyś spotkamy się na Mazurach, wiem, że i wy lubicie tam jeździć. Z cała jednak pewnością nie przyjadę tam samochodem kupionym u was…
M.Z.
niedziela, 17 lipca 2011
Czerwone dynastie i czerwone kręgi
Jak już powiedziałem w poprzednim tekście – zajmuję się czytaniem różnych treści zamieszczanych w sieci. To jest oczywiście niewyobrażalna sieczka, ale trafiają się w niej elementy cenne. Albo wspaniale opowiedziane – albo z tak ładnie postawionymi tezami, iż człek poczyna żałować, że nie posiedział wczoraj dłużej przy klawiaturze i nie wymyślił tego sam. Że co, że to niby w założeniu niemożliwe? Hol, hola, kochani sprzeciwiacze – to że ja myślę dobrze o różnych blogerach w incydentalnie produkowanych przez nich treściach to nie znaczy, że zaraz idę płakać do kąta w poczuciu własnej niedoskonałości. Przeciwnie: oni motywują mnie do intensywniejszego i lepszego działania. Po swojemu. Obok. Nie przy ich tekstach. Bo tylko raz napisałem komentarz do Toyaha – i po obcesowej odpowiedzi nie zamierzam zrobić tego nigdy więcej. No ale Toyah, choć komentuje złośliwie i niesprawiedliwie, bywa dobry. Tak, właśnie "bywa dobry". Nie jest. Jak w starym ustaleniu, że poetą się bywa, a nie jest stale. Jednak w tekście „Gdy łby czymś mocno skute” występuje właśnie ten moment poetyczny.
Oczywiście po pełen obraz odsyłam do oryginału. Tu chcę się zająć fragmentem toyahowej wypowiedzi, myślę o nowym rozmówcy „Szkła kontaktowego”, czyli Jerzym Iwaszkiewiczu. W felietonie oryginalnym został on określony dość dosadnie, niestety zapewniam Toyaha, że ten nowy „kontaktowiec” ze wstydu się nie spali, po pierwsze dlatego, że zbyt nasiąknięty, po drugie on chyba nie ma pojęcia co to jest wstyd. Doskonale natomiast wie – i pewnie będzie wiedział do setnych urodzin, zapewniam, że tacy ludzie żyją długo – pod kogo się podczepić i jakim tematem zająć, byle tylko dostać się przed szklane oko kamery telewizyjnej. I pokazać swoja niedoskonałość, którą jak każdy dureń nosi dumnie, niczym sztandar w czerwonym kolorze na pochodzie pierwszomajowym za komuny. To ostatnie zresztą to wcale nie żadna wolta felietonowa – ja to po prostu pamiętam z jakiejś telewizyjnej transmisji. Ten klient bowiem, jak powiedziałem niedoskonały, był z tej przyczyny tak charakterystyczny, że nie tylko można go było zapamiętać, ale dzieci smoczki gubiły, nawet gdy szedł dwie ulice dalej.
Dzisiaj jest „kariera” komentatora politycznego, wcześniej jednak Iwaszkiewicz specjalizował się w produkcjach motoryzacyjnych. Dobrał się z drugim takim, mniejsza o nazwisko, i wymądrzali się na temat rozwoju polskiej i obcej motoryzacji. To były czasy, gdy każdy, kto robił to tylko o milimetr inaczej, niż na przykład ówczesny redaktor naczelny „Motoru” (nie żyje to mu wstydu nie będę robił), zmierzał w stronę bajd opowiadanych przez starszego Zientarskiego – karierę miał jak w banku. Oczywiście następcy nie spali, wkrótce pojawiły się młodsze odmiany wymienionych panów, myślę, że o niebo lepiej mówili w obcych językach, wszedł w użycie powszechne Internet i banialuki opowiadane przez Iwaszkiewicza i jego kompaniona przestały bawić. W świat poszła też informacja, że znawstwo obydwu jest o tyle niepodważalne, iż jeden naprawdę specjalizuje się w wyrobach z górnej półki, niestety w sklepie monopolowym – drugi natomiast jako absolwent szkoły cyrkowej wykonując salta potrafi wszystko zobaczyć tak, jak mu każą, nawet jeśli rzecz jest wywalona do góry nogami. No ale to jest dla w miarę pospolitego odbiorcy po prostu nie do przyjęcia, czyli nudne. Wyobrażacie sobie, Drodzy Czytelnicy – nie wywalili ich z anteny za głupstwa, które opowiadali, tylko za nudę, jaką rzekomo siali! A skąd to określenie „pospolity”? Ano stąd, że miałem okazje poznać obydwu wymienionych i zaręczam, że to byli Nadludzie. W każdym razie tak się prezentowali, pewnie czuli i usiłowali sprzedać. Gówno prawda z modelu prawd stworzonych przez księdza Tischnera? Tak. Ale to należy powiedzieć nie mnie, ale tym właśnie panom.
Ale Iwaszkiewicz nie wziął się znikąd. Za komuny istniał bowiem jego pra-wzór, Nadredaktor Sportowy Piłkarski Ciszewski. Wielbiciele tego sportu twierdzą co prawda, że menel to był nad menele, jednak co jak co, ale piłkę kopaną miał w małym palcu – i tu im muszę wierzyć na słowo. O ile rzecz jasna był w stanie określić który to jest ten mały palec i czy aby na pewno ma wszystkie. Tak, chodzi o hobby, któremu oddawał się z lubością niedościgłą. Mam na myśli sztukę kiperską – czynnego ustalania ile procent wódy jest w wódzie i dlaczego to wszystko tyle kosztuje. Są ludzie, którzy twierdzą, że Nadredaktor był też koneserem sztuk plastycznych. W pewnym sensie to się zgadza z dość odległym moim wspomnieniem, jest zabawne, więc je opowiem. Pewnego dnia jakiś mój kolega mieszkający bodaj na Żoliborzu zatelefonował do mnie tak jakoś przed północą z pytaniem co ma robić, bo właśnie napadł go Nadredaktor, wciska mu jakiś zabytkowy obraz i domaga się stanowczo stówy natychmiast, no chyba, że koleś ma pod ręką litra, na którego ta stówa i tak pójdzie. Chwilę pogadaliśmy, nie bardzo wiedziałem czy to jest już paserstwo, czy jeszcze przysługa towarzyska – i mój rozmówca w pewnej chwil mówi „e tam, nie ma już sprawy, właśnie komuś to monidło ożenił”. Kilka dni później przygodni miłośnicy futbolu rozmawiają o ostatniej aferze. Podobno Ciszewskiemu jakiś oszust dał stówę za oryginalnego Fałata. I właściciel wyobraźcie sobie uległ! Czyż więc nie miał racji nieco późniejszy piosenkarz, który twierdził „Kawa się nadawa – lecz gorzała szybciej działa”? Nie pamiętam niestety autora tekstu.
A pod koniec życia Ciszewski też chciał się ponoć zająć komentowaniem polityki. Nie wątpię, że znając jej bufetową stronę wiele miałby do opowiedzenia.
Skąd dzisiejszy tytuł? Ano stąd, że korzenie niemal wszystkich zjawisk, które opisujemy drwiąc i szydząc – mają swój początek w komunie właśnie. I we wzajemnym popieraniu się ludzi wtedy zakładających dynastie, kręgi i koła. Jak twierdzi jeden z blogerów Nowego Ekranu dynastia Kraśków liczy „tylko” ponad sześćdziesiąt osób. I na jej usprawiedliwienie dodaje, że oczywiście z przyległościami: dziećmi, wnukami, byłymi mężami i zonami tudzież kochankami. Cóż to za wielkie aj-waj…
A wracając do Iwaszkiewicza: niestety nie wróżę mu nowej kariery politycznej. Raz dlatego, że dziadek ma pewnie ponad osiemdziesiątkę i demencja MUSI go pewnego dnia dopaść ostatecznie, teraz to tylko napady sporadyczne. A po drugie „Szkło” to moim zdaniem audycja jak papieros z reklamy: do dupy i już! Kto tam wpadnie i nawet uda mu się wyjść – będzie brzydko pachniał.
źródło ilustracji: mikoo2.pinger.pl
M.Z.
piątek, 15 lipca 2011
Odpryski
Czego nie oglądam, nie czytam i nie słucham – to już moi bliżsi i dalsi znajomi wiedzą. Nie ma się czym chwalić, to jest w szanujących się kręgach normalne i naturalne. Nie bawią mnie na przykład gazety czy stacje polskojęzyczne. Luksusowe dziennikarki różnych kanałów telewizyjnych nie budzą we mnie ni podziwu ni pożądania, ot, mocno przekwitnięte i przecenione aroganckie dupy lat minionych z małymi móżdżkami. Gdybyż to jeszcze wdzięczne było… Ale nie. Więc ich oglądanie i słuchanie to zabawa dla schyłkowych masochistów. Szczycę się nie należeć do nich.
Ale też nie jest – i nie może być - tak, że nie czytam nikogo, nie słucham niczego i niczego nie widzę. Podstawowe źródła: sieć. Ostrożnie, nieufnie, sprawdzając tak fakty, jak wrażenia. I nie dowierzając idealistom. Idealista dzisiaj to najgorszy gatunek szkodnika, trzeba sypać azotoxem i już! Idealista rozpuszcza zawziętość, upór, twarde dążenie do celu. Zawsze ma na podorędziu jakieś usprawiedliwienie, by być łagodnym, koncyliacyjnym, dyskusyjnym, a w efekcie nijakim i bezbronnym. Napisałem niedawno o wojnach domowych. Dramat, tragedia na niewyobrażalną skalę. Ale gdyby już stało się, gdyby trzeba było bronić rodziny, czy domu – to bez dyskusji i zbędnych rozmów, te bowiem prowadzą prostą drogą na cmentarz. Opowiadał mi jeden z dawnych sąsiadów w innej dzielnicy o swoim sporze z lokatorem wyższego piętra. Panowie nie mogli dogadać się w sprawie nocnych hałasów. I mój znajomy któregoś dnia zwrócił hałaśliwemu sąsiadowi uwagę. Nie minęło chwil parę, gdy do jego drzwi ktoś zadzwonił. Duże chłopisko, silne jak byk, ale też i łagodne jak dziecko nie spodziewając się niczego - otworzył. W tym momencie dostał w nos czymś twardym i stracił czucie na kilka dobrych chwil. Później okazało się, że to rozsierdzony hałaśliwiec, pewnie czymś naćpany, zdzielił znajomego kawałkiem metalowego pręta trzymanego w dłoni. Podczas interwencji tak zwanych „organów” oczywiście wyparł się, miał wielu świadków, że „to nie on to Leon”, kicha. Policaj patrząc na posturę poszkodowanego i jego potencjalne możliwości nie mógł wyjść ze zdumienia. I półgębkiem zapytał czy w ogóle trzeba było wzywać patrol, w końcu na tego awanturującego się, kurduplowatego i spedalonego agresora wystarczył by jeden cios ofiary.
Czy to jedyna recepta postępowania z opornymi durniami? Oczywiście nie. Są miejsca i płaszczyzny, gdzie konieczna jest wymiana zdań, spór, nawet rodzaj słownej awantury w dobrym stylu. Cywilizacja… I są miejsca, gdzie albo ty, albo on. Jestem agresywnym idiotą? To kim w takim razie był pewien Rzymianin, które ze dwa tysiące lat temu wypowiedział słynne słowa „Si vis pacem para bellum”? Chcesz pokoju – szykuj wojnę…
No ale idealiści odparują, że odpowiadało to ówczesnej doktrynie wojennej, czasy się zmieniły i trzeba gadać. Gadajcie. Piszcie protesty, postulujcie, manifestujcie. Wiecie w jakim silny czy trzymający władzę ma to poważaniu? Wzgardliwe milczenie i „luksusowe dziennikarki”, które wywrócą na nice coście kiedykolwiek powiedzieli, wyśmieją i prychną dumnie wypełnionymi botoxem podstarzałymi wargami. Ich małe, a wspomniane wyżej móżdżki idealnie nadają się do takich czynności.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









