czwartek, 14 lipca 2011

Znaki czasu


Bywa że rano słucham Trójki. To było kiedyś naprawdę dobre radio. Dzisiaj jak sądzę cienko przędzie, nie tylko za sprawą oficerów politycznych, wziętych na etaty osób prowadzących poranne dyskusje. Także za sprawą bzdetów, które wygadują zaproszeni goście. Nikt na to nie reaguje. Leci w eter na żywca, bez komentarza, bez riposty.

Dzisiaj krótka „gadułka” o ostatnim wyczynie instytucji badających co tylko da się zbadać. Albo co każą… Długość glizdy zabieranej na ryby, satysfakcję seksualną Polek w piątej minucie „po”, stopień miłości do koloru rudego i tak dalej. Zbadano stopień szczęśliwości Polaków. I oto okazało się, że Polacy są bardziej szczęśliwi dzisiaj, niż byli dajmy na to pięć lat temu. Oczywiście nie trzeba w tym gronie tłumaczyć jak diaboliczna jest to konstrukcja badawcza już w chwili startu – za rudego bijemy się piętami w zadki ze szczęścia, za kartofla było nam gorzej i czekaliśmy z niepokojem każdej porannej godziny szóstej. Ale dwóch zgromadzonych w studio facecików wie dobrze, ze choć badanie prostackie, to ich komentarz taki być nie powinien. I nawijają: zapewne ankietowanym chodzi o to, że dzisiaj znacznie większa liczba Polaków jest w stanie dożyć od pierwszego do pierwszego. Jakieś dwadzieścia pięć procent, kiedyś było gorzej…

Szósta rano w dawnym Leningradzie. Łomot do drzwi. Iwan Wasilewicz decyduje się otworzyć. Trzech uzbrojonych drabów, jeden wsadza nogę między drzwi i framugę pytając podstępnie: Kopytkow to wy? Nie – Iwan czuje jak strach odpływa, a jego miejsce zajmuje ciepła fala szczęścia. Kopytkow mieszka piętro wyżej…

W ten sposób będziemy badać szczęście Polaków? Jeżeli jeszcze nie dzisiaj – to może jutro? Trójko – zrób coś ze sobą. Niedługo padniesz na pysk jak padły inne radioszczekaczki. Nie szkoda ci chociaż historii?

M.Z.

środa, 6 lipca 2011

Janosik dzisiaj



Dla większości Czytelników zda się to sprawą incydentalną. Postanowiłem ją jednak opisać jako przestrogę. Zwłaszcza dla tych, którzy często i chętnie dokonują zakupów internetowych w największym bodaj serwisie Allegro. Oto bowiem parę allegrowych głów myślało aż wymyśliło - współczesną odmianę Janosika.

Przez wiele lat mojego istnienia w tym serwisie po dokonaniu zakupu wybierało się sposób płatności za kupiony towar. Płatność z góry oznaczała, że należy pieniądze przesłać na wymienione konto czy adres. Kontrahent kwitował odbiór, wysyłał paczkę, szlus. Teoretycznie proste. Za sprawą powolności poczty i nawet elektronicznie działających banków wszystko poczęło jednak leniwieć z dnia na dzień. Nie wspominam tu rzecz jasna o nieuczciwych sprzedawcach, którzy po zainkasowaniu forsy milkli na długo, bywało że na zawsze. Tęgie allegrowe głowy oczywiście szybko zauważyły problem. I wymyśliły Doskonałe Narzędzie Szybkiej Realizacji Transakcji – „płać z Allegro”. Pewnie ludzie z natury nieufni ominęli by ten system – gdyby nie nowa pułapka. Na stronie sprzedających przestały się pojawiać informacje o ich numerach kont. Płać z Allegro – albo pocałuj się w nos!

Dzisiaj postanowiłem zaryzykować. Najpierw dyspozycja skonfigurowania konta. Siedzę przy komputerze kilka ładnych lat - ale ta instrukcja do jasnych nie należy. Niepokój budzi też żądanie podania takich wrażliwych informacji, jak numer konta, bank, telefon, adres i tak dalej. Szczerze mówiąc trochę mnie to zezłościło. No ale co robić, zakup dokonany, trzeba go zrealizować... Potem konto działa, wystarczy kliknąć. Kliknąłem dwa razy. Pierwsza wpłata rzeczywiście szybko dotarła do adresata, u którego kupiłem szczęki hamulcowe do swego auta. Druga trafiła niewłaściwie, zaksięgowana została na koncie Allegro i utknęła. 52 złote, teoretycznie niedużo. Tyle że akurat ten zakup powiązany był z pierwszym – auto stoi w warsztacie na podnośniku i bez OBU elementów naprawić się nie da. Płacę za unieruchomienie stanowiska pracy. A Allegro na pisemną reklamację trzykrotnie do nich wysłaną odpowiada: ticket taki a taki(?, kwitujemy odbiór, nasz konsultant odpowie jak szybko to możliwe, 48 do 72 godzin. Bo pewnie zależy ci na tempie...

Nie wiem co się stało. Być może to idiotyczny system, być może ja popełniłem błąd i na przykład wstrzymałem transakcję. Dlaczego jednak automat tak jest ustawiony, że kasa nie wraca na moje konto, tylko trafia do kogoś, kto zapewne będzie się tłumaczył, że nie był stroną transakcji? Nie byłem winien Allegro ni złotówki, wszystkie minione rachunki zawsze opłacałem w terminie. Co przez tych kilkadziesiąt godzin będzie działo się z moją prywatną gotówką? Czyje konto zasilając przyniesie mu korzyść? Czy wreszcie sprzedawca, u którego zamówiłem konkretną część nie zdenerwuje się, nie przylepi mi paskudnej opinii oszusta internetowego i nie zażąda zwrotu straconej korzyści? Allegro będzie wówczas miało z czego płacić. Forsa na moje konto zwrócona nie została. Do właściwego adresata też nie dotarła...

I teraz część czepialska. Otóż we „współpracy” z taką firmą nie życzę sobie, by ktoś nieupoważniony mówił do mnie na „ty” i przysyłał mi podobne maile. Dla Allegro jestem Panem Markiem Zarębskim, kropka! Słyszysz, Automacie? Po drugie właśnie wyjaśnia mi się pod kopułą, jak to łatwo zarobić pieniądze nie na doskonałości czegoś, ale właśnie na niedoskonałości. Systemu lub człowieka, to bez znaczenia, pomyłka ZAWSZE okazuje się korzystna dla jednej i tej samej strony. Setki lat temu Janosik również czekał na idiotów, którzy mieli nieszczęście podróżować tą, a nie inną drogą. Napadał, łupił i zwiewał do lasu. A ewentualnie niedobitym mógł powiedzieć: przecież nie musieliście tędy jechać! Przecież sami ponosicie skutki swego wyboru! Oczywiście i na Janosika była metoda - trzeba było udać się do lasu z większą bandą, lepiej uzbrojoną i bardziej zdeterminowaną.

PS. Wysłałem faxem pisemne żądanie przesłania na moje konto moich pieniędzy. Cisza trwa, 52 złote jak tkwiły nie w tej przegródce Allegro, tak tkwią nadal. Powoli, powoli zbliżamy się do sformułowania jasnych określeń: bezprawne dysponowanie, przywłaszczenie, może nawet kradzież. O taką wam reklamę chodziło, Allegrowi dowódcy?

M.Z.

wtorek, 5 lipca 2011

Spowolnienie z powodu przyspieszenia


O kolei napisano już kilka tomów samych gorzkich słów. Niepunktualna, dziadowska, wydawało się, że nic już w jej obrębie nie można popsuć – ale udało się, odpowiedni minister i podlegli mu urzędnicy są najwyraźniej geniuszami. Oczywiście geniuszami destrukcji. Ceny z kosmosu i Księżyca, w połowie dnia na jednej z ważniejszych linii Warszawa Katowice nie ma biletów drugiej klasy po sto kilkanaście złotych. Wyłącznie pierwsza, 157 złotych. Pewnie w zamian spory luksus – powie ktoś. Dla Dżingis Chana może tak. Dla Europejczyka zdecydowanie nie.
Wracam z powrotem nie najoszczędniejszym Fordem Mondeo benzyna, zużywam paliwa za dokładnie 98 złotych. Za te pieniądze mógłbym przewieźć jeszcze trzech pasażerów. W warunkach zdecydowanie lepszych, niż ta cała zasmarkana pierwsza pociągowa klasa. Niestety na przeszkodzie znów ten sam minister: nakazał rozkopać sto kilkadziesiąt kilometrów trasy do stolicy. Jedna nitka, zbyt wąska dla Tir-ów, nawet samochód osobowy jadący powyżej czterdziestki ma kłopoty z utrzymaniem kierunku. We wszystkich ideologicznych przekaziorach jeden ton: przyspieszyliśmy! Pytam się: dokąd, głąby, dokąd? Do nieszczęścia?

Komputeryzacja urzędów, instytucji i banków. Mam konto, pewnego dnia klikam polecenie wysyłki niewielkiej kwoty pieniędzy tuż po szesnastej. Kiedy będzie u adresata przekazu? Nie wiadomo. Po 24 godzinach jeszcze nic nigdzie nie doszło. Pytanie zasadnicze: co w tym czasie dzieje się z moimi pieniędzmi i kto z nich korzysta? Pytanie oczywiście retoryczne, nikt mi nigdy na podobne nie odpowiedział. Kiedy forsa dotrze gdzie powinna, firemka-adresat przekazu zapakuje zamówioną część i wyśle kurierem. Koniecznie kurierem, taką mają z firmą kurierską umowę! Jeśli komuś się to opłaca – to na pewno nie mnie. Harmonogram wygląda mniej więcej tak: zamówienie w środę, wysyłka kurierem nie w piątek (wszelki pośpiech od diabła pochodzi…), ale wtorek następnego tygodnia, kurier telefonicznie pyta w czwartkowe południe gdzie jestem. W pracy, kurwa twoja mać! Moja praca to między innymi delegacje. Jestem akurat pod Poznaniem. Przecież dziadygo cholerna nie wyskoczę z pociągu, z tej w mordę szarpanej pierwszej luksusowej klasy (też nie było drugiej) i nie przetransportuję się odrzutowcem do domu! Firma, w której chciałem coś zakupić śle skargę na mnie: nierzetelny klient. Odpisuję krótko: pocałujcie mnie w dupę! Staję się nie tylko „nierzetelny” ale też „chamski”.

Śmiesznostka: w pociągu dostaję kawę, którą idiotka siedząca obok potrącając mnie wylewa na czyste me spodnie. Pal sześć, są gorsze nieszczęścia. Obok kawy mała czekoladka jakiejś firmy, tekturka z reklamowymi napisami, sreberko i tak dalej. Jeden z wersów reklamy: „Dotknij ją, a poczujesz doskonale gładką fakturę, która jest oznaką jedwabistej konsystencji”. Uśmiecham się lekko i na pytanie współtowarzysza kolejowego znoju odpowiadam, że jakoś to dziwnie erotycznie brzmi. Głos damy z boku: bo wszystkie chłopy to erotomany. Tak jest, proszę pani! Ale proszę wytrzeć wąsy!

M.Z.

niedziela, 3 lipca 2011

Karnawał trwa!


To prawda, obserwuję świat z pozycji mrówki. Kroplę wody widzę jako niemal nieskończoność. I dostaje po uszach za to właśnie: że niby z tak marnej perspektywy nie dostrzega się rzeczy wielkich, wzniosłych, albo politycznie na skalę kraju marnych. To nieprawda! Polityka, ludzkie zachowania i wybory materializują się nie na Olimpie, ale tutaj, na tym marnym padole łez, u dołu. W sąsiednim mieszkaniu, klatce schodowej, w pobliskim sklepie, gdzie rzekomo niewielka podwyżka skutkuje dla niektórych sąsiadów całkowitą zmianą przyzwyczajeń żywieniowych. Po prostu jedzą mniej, jakby na przekór twierdzeniom tego rudego drania, że wzrost cen paliwa nie ma nic wspólnego ze wzrostem cen kurczaków. Dramat ludzkiej grupy, jakiejś nieokreślonej i być może wielkiej jest abstraktem. Dramat Kowalskiego, który nie ma co jeść to konkret.

Kiedyś pisywałem o tym, że ramiona nożyc pomiędzy ubóstwem, a zamożnością rozwierają się każdego roku coraz bardziej. Ale to też rodzaj abstrakcji. Po jakimś czasie zauważyłem, że ów dualizm finansowego postrzegania realiów, zachowań nawet, przeniósł się na wszystkie płaszczyzny ludzkiego życia. W poprzednich odcinkach felietonowych wspominałem o zakupach motoryzacyjnych i pogaduchach z ludźmi, którzy siedzą wewnątrz tego zamkniętego światka. To dobry przykład, by pokazać w czym rzecz: auto sprzedawane na zewnątrz kosztuje trzy i pół tysiąca. Ale parę tygodni wcześniej pewien cwaniak zapłacił za nie gdzieś na krańcach Polski tylko tysiąc złotych. Wczoraj wyjmuję zza wycieraczki zafoliowaną karteczkę: korzystnie kupię twoje auto, nawet uszkodzone. Moje nie jest wadliwe – ale co mi szkodzi zatelefonować. Marka, model, rocznik, stopień korozji – dwieście złotych. Tyle daje ten cholerny biznesmen! Przedwojenny złodziej sprzedawał kradziony towar za pół ceny. Współczesny handlowiec daje dwadzieścia razy mniej. Czy to skala upadku między II i III Rzeczypospolitą?

A „ulubiony” mój sąsiad znów wpada w trans opowieścią o inteligencji Wojewódzkiego. Ale pięknie zainaugurował polską prezydencję w Unii… Głupieję, po prostu głupieję. Naczelny Baran Medialny nadal ma swych wyznawców! To wielkie intelektualne zero rozpoczyna okres karnawału, o którym Michalkiewicz pisze, że zawsze po jednodniowej zamianie ról króla i błazna przychodzi moment otrzeźwienia. I błazen drży – tak narozrabiał, że po prostu nie wie za co zaraz dostanie w mordę upierścienioną królewską ręką. Ludzie tez drżą: bo niby czemu uwierzyli, iż piękno to owa pani z ilustracji? Będą alimenty?

Zostaję na mojej płaszczyźnie mrówczanej. Tu jest ciekawiej. Tu się dzieje że hej!

M.Z.

sobota, 2 lipca 2011

Poważne rozmowy




Tak się ostatnio składa, że poważne rozmowy toczę nie z ludźmi zajmującymi się sprawami ducha, ale rzemieślnikami dłubiącymi coś tam w motoryzacji. Zaczyna się od ogólnej wymiany zdań na co choruje ten czy ów pojazd, ale potem bardzo szybko rozmowa przechodzi na płaszczyznę znawstwa. Tak, tego na czym kto się zna i dlaczego wyniósł ze szkoły co najwyżej starą kredę na pamiątkę, a nie dajmy na to gruntowną znajomość elektryki.
I na podstawie tych właśnie rozmów stwierdzam z prawdziwym smutkiem: w Polsce nie tylko nie szkoli się już mistrzów ducha (co wiem na przykład po kłótniach z psychologami), ale też nie naucza się rzemieślników prostych czynności, które by takim dajmy na to filozofom usprawniły ich stojący na poboczu drogi pojazd. To jest naprawdę dramatycznie smutne.

Pośród głosów opisujących mizerię państwa polskiego pojawia się obszerny wątek upatrujący w naszych specjalistach poziomu podstawowego tanią siłę roboczą dla ościennych krain. Początkowo obserwując polityczne gry gabinetu nieudaczników PO przychylałem się do tej opinii. Dzisiaj powoli bo powoli, za to zdecydowanie kształtuje się we mnie przekonanie, że to w ogóle nie o to chodzi. Bardziej bowiem komuś zależy na totalnym odmóżdżeniu współrodaków, ubezwłasnowolnieniu ich i ogłupieniu, niż na wyprodukowaniu rzeszy zdolnych rzemieślników. Bo niby jak to jest możliwe, by taki absolwent technikum samochodowego nie miał pojęcia o pracy silnika spalinowego? Jak może istnieć sytuacja, w której podłączeniem radia samochodowego zajmuje się były prawnik, ponieważ od lat nie może zatrudnić na tyle zdolnego ucznia zawodówki, by ten potrafił prawidłowo podpiąć pięć czy osiem kabelków? Komu w takim razie absolwenci kursów zawodowych mają służyć, jeśli niczego nie potrafią?

I to był dla mnie dylemat nierozwiązywalny aż do chwili, w której zupełnie przypadkiem poznałem właściciela złomowiska w okolicach stolicy. Były ów wojskowy (ale nie zupak) stwierdził jasno: produkuje się nową pseudo-szlachtę finansową, tak, panie, my tu proporcjonalnie zarabiamy naprawdę sporo, niestety rodzaj pracy spowalnia myślenie. Tym ludziom będzie w przyszłości dokładnie wszystko jedno jak nazywa się ich kraina, kto formuje rząd, kto stoi na jego czele i kogo ma za przyjaciół. Tak ma być i nic pan na to nie poradzisz. Trzeba jeść póki można, póki pozwalają…

Smutne, prawda? Tak zgnoić ludzi, by liczyła się tylko micha… Tak ich zdegenerować, by gładko łykali ostatnio powtarzane przez Michnika kłamstwo, że Gazeta Kłamliwa jest fundamentem polskiej demokracji… Wkrótce pewnie przykręcona zostanie śruba. By poza wspomnianą michą nie było już na nic. Jeden z drugim zasmuci się na chwile – ale zaraz potem dojdzie do wniosku, że jednak żyje. Nikt mu łba jeszcze nie urżnął.

Albo nic mu o tym nie wiadomo…

M.Z.

czwartek, 30 czerwca 2011

Wzór chama mazowieckiego, seks wyobrażony – i deszczowe Katowice




Zamierzałem opisać moje przygody motoryzacyjne – no cóż, po raz kolejny uległem pokusie i zapragnąłem zmienić auto. Stara wierna Honda Accord dzisiaj ma nową właścicielkę, w to miejsce wszedł parę lat młodszy Mondeo. Zamierzałem wylać to wszystko na klawiaturę – i szczerze mówiąc nie wiem jak. Jak opisać chamstwo pozornie prywatnych właścicieli nie potrafiących złożyć jednego zdania po polsku, by poinformować o towarze potencjalnego nabywcę? I czy w ogóle stawiać taki pomnik chamowi, dla którego jedynym miejscem jest słoik z formaliną eksponowany w muzeum wzorców w Sevres pod Paryżem, zaraz za wzorcem metra? Burak małorolny z ambicjami i najwspanialszym sądzie o własnej męskości? Innej etykietki po prostu sobie nie wyobrażam…

Albo „idealiści”… Polacy jak jeden mąż są najwspanialszymi kochankami, kierowcami, lekarzami i znawcami motoryzacji. Więc niby jaki mieli by mieć pojazd, jeśli nie „idealny”? Pal sześć, że skorodowany jak ich mózgownice, z rzężącym silnikiem i słabą szansą na dojechanie do złomowiska. Fotografuje się w słabej rozdzielczości i wio, do sieci, „wyjeżdżam i potrzebuję gotówki…” A jedź na złamanie karku dźbąglu jeden! Gdybym wierzył w tę podróż powiedział bym: mam nadzieję, że ten zmywak w Irlandii zda ci się równie „idealny”…

Jeszcze niedawno w internetowych ogłoszeniach królowały inseraty o właścicielach reklamujących się jako „niepalące kobiety odwożące autem dzieci do przedszkola”. Wyśmiano to na tyle skutecznie, że mało już tych idiotyzmów. Dzisiaj zmieniło się, choć w pozornie prywatnych licytacjach sprzedają pojazdy też kobiety - ale to pic, pod spodem kryje się najczęściej komis samochodowy albo krótko strzyżony „sportowiec” spod Gąbina czy Płocka. Takie odniosłem wrażenie słysząc męskie głosy udające „Marzenę 123” czy „Anitę-bnl”. Proponowane miejsce spotkania: stacja benzynowa możliwie daleko od domu sprzedawcy. Elokwencja oczywiście większa od wyżej opisanego modelu buraczanego – ale też szczegółów żadnych, raczej wyniosłe milczenie lub gadki o tym, że „stare to są dobre skrzypce i wino”, a w ogóle to „trzeba se samemu obejrzeć”. Tak, najwidoczniej to był wybitny „entelegent”, w starych polskich kryminałach Zeydlera-Zborowskiego opisywano go jako gorącego i płatnego wielbiciela „Loli sto dolarów”. Dzisiaj dolar staniał. A samochody sparszywiały. Kobiety też jakby mniej uwodzicielskie. Ciekawe zjawisko, prawda?

I aż się łezka w oku kręci na wspomnienie cudotwórców, którzy na warszawskiej giełdzie samochodowej spokojnie tłumaczyli stadkom „znawców”, że znak wodny w fahrzeugbriefie, czyli niemieckiej książce wozu pozostawionej przez nieuwagę w kieszeni dżinsów wyprał się, no, to normalne, czyż inaczej nazywał by się ów znak „wodnym”? Gdzieście wy dzisiaj, o Mistrzowie Słowa Kłamanego?

W tych peregrynacjach trafiłem do Katowic. I ta przygoda wymaga właściwie osobnej opowieści. Jaki jest kupiony tam Ford? Dzisiaj już wiem, że nie taki, jaki miał być dobry i nie taki zły, jak w pewnej chwili mi się wydawało. Spędziłem tam blisko godzinę – i poznałem kilka wątków, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Jak sprzedawca słowem, podczas krótkiej przejażdżki sprzedawanym autem, może skutecznie uwieść potencjalną klientkę? Bo może... Co wynika ze zbytniej znajomości kobiecej duszy? I czym to się może skończyć - a kłopoty to mało powiedziane… UWAGA! Nie byłem sprawcą tego zamieszania!

Ale pozwólcie: to się musi uleżeć, tu trzeba znaleźć właściwe słowa i dobrą frazę tej mikro-fabułki…

M.Z.

niedziela, 26 czerwca 2011

Wojny domowe


Ze szkoły znamy tę w Hiszpanii z roku 1936. Hemingway w „Komu bije dzwon” opowiada o jej okropnościach, ale literackie to bardzo i mało współczesne. „Guernica” Picassa szokuje jako kakofonia rysunku, nie migawka czy synteza zbrodni. To są wszystko wzorce odległe od Bejrutu, czy innych nie tak dawnych wojen bliskowschodnich, Bejrut zresztą też jest tak egzotyczny, że trudno się odwołać do wspomnień znajomych z wczasów w tym mieście. Wojny domowe są dla nas czymś mitycznym: podobno bywały, a nawet są i dzisiaj, ale kto by tam sobie tym głowę zawracał.

Nie odróżniamy stron konfliktu, nie wiemy kto zaczął i czy w słusznej, czy niesłusznej sprawie. Talmudyczne „mądrości etapów” miały swój niemały udział w mąceniu obrazu. Raz sprawozdają tak – innym razem inaczej. Co dzisiaj właściwe – jutro naganne i karalne. A ludzki umysł wyrzuca na śmietnik te informacje, których albo nie ma do czego przypiąć, albo są zbyt skomplikowane. Więc nie wiemy czym są wojny domowe.

Choć mamy je już u siebie, każdego dnia i w coraz intensywniejszym rozmiarze.

W Nowym Ekranie wczoraj czy przedwczoraj ukazała się informacja i film o likwidacji nielegalnego rzekomo punktu sprzedaży truskawek. Obejrzyjcie proszę, warto, ponieważ tak się wojny domowe zaczynają i tak przebiegają: od zanegowania prawa własności w imię jakiegoś innego urzędniczego prawa czy przepisu, od przemocy w majestacie operetkowych czapek straży miejskiej, od zniszczenia dobra, które mogło służyć komuś, przede wszystkim właścicielowi i jego klientom. Tym razem siła zdominowała jednostkę, tak, sprzedawcy truskawek są piekielnie szkodliwi i niebezpieczni, trzeba było wykręcać ręce i stosować inne pieszczoty w trzech na jednego, niechaj wie przestępca jeden! Pewnego dnia w bardzo podobnej sytuacji z tłumu padnie strzał. Najpewniej pierwszy polegnie umundurowany spaślak. I potoczy się lawina… A może kula poleci w przeciwnym kierunku? Gumowe już tak latały, ba, zdołały wybić oko pewnemu fotoreporterowi…

Dzieci osób uważanych za ważne i nietykalne w tym państwie nabrały wigoru. Potomkowie sędziów, prokuratorów, policjantów czy nawet pewnego wędrownego plemienia (Szoszonów?) organizują kilkudziesięcioosobowe prywatki z narkotykami na klatce schodowej, pijaństwem jakiego świat nie widział, rzyganiem wszędzie, na przykład na lokatorów wchodzących do domu. I nic, nie wolno uderzyć, nie wolno dać w mordę, bo ruszy Najsłuszniejsze Prawo w Europie, sprawca zostanie związany i dostarczony przed oblicze kata. Skarga do urzędu czy administracji? Proszę bez kpin – taka skarga powoduje prywatną zemstę jednego czy drugiego gnoja, jakaś wybita szyba w prywatnym samochodzie, jakieś inne małe zniszczonka… Jeśli wiadomo, że policja nie pomoże, reszta dróg formalnych też nie – to dusić, czy użyć tęgiego kija?

Wojny domowe nie znają pojęcia linii frontu. To znaczy: ona jest, a jakże, tylko dzisiaj tu, jutro tam. Wojsko po obu stronach jest bez mundurów i jakichkolwiek oznak przynależności. Dzisiaj rozmawiamy ze sprawcą zamieszania, burdy, czy przemocy, bo nie mamy pojęcia kto to – jutro będziemy musieli dać mu w łeb. Sprawcy liczą na to, że nikt jako tako bywały w polskim cholernym systemie „sprawiedliwości” nie zaatakuje intruza pierwszy, bo nie będzie się to zgadzać z polską wykładnią obrony koniecznej. A w większości wypadków atak wyprzedzający to jedyna skuteczna obrona, minimalizująca ofiary i zapewniająca bezpieczeństwo potencjalnej ofierze ataku szaleńca, czy zbyt pewnego siebie gnoja. Sprawcy liczą na bezruch ofiary – ale pewnego dnia stanie się inaczej, krew jest czerwona nawet gdy tata prokurator. I ból: złamana ręka boli jak cholera. Liczysz się z tym, wypierdku?

Kto roznieca ogień, kto go podsyca, kto tym wszystkim steruje? Pisze już o tym tyle osób, że nie ma co powtarzać argumentów. Spsili nam naród, zdegenerowali, wbili w dług i poczucie winy, zastraszyli mnogością służb, których nawet w PRL-u ze świecą by szukać. No ale wtedy jedna z najpotężniejszych mafii świata, SB, dusiła konkurencję w zarodku. Dzisiaj nieco osłabła i pozwoliła na noszenie pistoletów i kajdan nawet policji skarbowej. W zamęcie lepiej wychodzą mętne interesy. Do czasu niestety. Zgodnie z carska zasadą: ludzi można podduszać, wówczas wojują o przeżycie, o zachowanie majątku, o lepsze wegetowanie. Ale nie wolno ich dusić wprost – walka o życie bywa krwawa i agresorowi też się dostaje.

M.Z.

wtorek, 21 czerwca 2011

Gry i zabawy „elit”


Dzisiaj dzień „dyskusyjny” – spotkaliśmy się przy ławeczce i dawaj, opowieści z dawnych lat. A ten złowił taaaką rybę, tamten nazbierał pół tony grzybów, inny pędził trzysta na godzinę wiejską dróżką swym wiernym Trabantem. No bo – mówią – młodsi co prawda byliśmy, ale to były smutne czasy, niewielu potrafiło się bawić, zaś te cholerne komuchy to już w ogóle…

O nie, nie! Ja się nie zgadzam! I dla zilustrowania tej niezgody ucieszna historyjka chyba dobrze opisująca zwyczaje starych, komunistycznych „elit”.

A było tak, że trafiłem kiedyś do pewnego PGR-u znanego jako przodujący i takie tam – słowem do Osowej Sieni. Jazda kilkaset kilometrów i cały czas przekonanie, że właściwie nie warto, czym w połowie lat 70-tych mógł różnić się jeden PGR od drugiego? Na miejscu zdziwienie ogromne: zamiast rozpadających się klocków z odpadów wielkiej płyty, w jakich mieściły się biura innych znanych mi PGR-ów sympatyczny pałacyk, solidnie utrzymany i z wypielęgnowanym podjazdem. Przed wejściem wielkie jakieś chłopisko macha przyjaźnie łapą, twarz kompletnie inna od spodziewanego buraka pod krawatem do flanelowej koszulki – słowem dziwy. By nie przedłużać tego opisu, tekst w zamiarze jest bowiem o czymś zupełnie innym, powiem tyle, że poznałem osobiście dyrektora Edmunda Apolinarskiego. To była postać, o której bywali w świecie wiedzą to i owo – i to był rozmówca, jakiego chciało by się mieć w pobliżu w długie zimowe wieczory. Przede wszystkim dlatego, że nie tylko wszystko co w życiu zobaczył to i pamiętał – ale i z tej przyczyny, że potrafił o tym naprawdę ciekawie opowiedzieć.

Dyrektor Apolinarski objął swoje stanowisko natychmiast po zakończeniu działań wojennych i jako zawodnik wagi ciężkiej, to jest facet po gruntownych studiach rolniczych jeszcze w przedwojennych Niemczech, postanowił wszystko, to jest kilka scalonych, ale zrujnowanych majątków ziemskich utrzymać w pionie, ba, nawet udoskonalić i rozbudować. Późniejsze lata pokazały, że udało mu się z bydłem zarodowym, końmi i owcami, udało też z substancją materialną PGR-u, to jest choćby sześcioma zabytkowymi pałacykami, jak się okazało ten dyrekcyjny nie był wcale jedynym. Tu trzeba dodać, że w chwili, w której poznałem człowieka był on właściwie kimś w rodzaju nietykalnego – członek chyba nawet KC, odznaczony czym tylko można, krótko mówiąc gość, do którego podejście bez kija i zbroi mogło grozić śmiercią w męczarniach lub trwałym kalectwem. I ten oto ktoś dwie godziny później, już przy solidnej miejscowej „nalewce” rozpoczął opowieść o swojej wojnie z pewnym dzielnicowym, partyjnym księciem (tacy w istocie byli sekretarze wojewódzcy), który postanowił u niego właśnie, w Osowej Sieni, obchodzić jakiś swój jubileusz. Najpierw tedy zjechał ze świtą do Apolinarskiego, by ustalić co może mu on zaoferować i jak świetną zabawę przystroić. Dyrektor Edmund pamiętając jednak o poprzednich dewastacjach, do jakich partyjne zabawy doprowadziły oświadczył, iż oddaje mu niewielki pawilonik wybudowany nad miejscowym stawem czy jeziorkiem – a o resztę to już niech się sam zainteresowany martwi. Była jeszcze jakaś kłótnia, sekretarz nie ustępował, powoływał się nawet na swój świeżo zdobyty „akademicki” dyplom i kontakty w centrali – odpuścił w chwili, w której wściekły gospodarz zaproponował mu, by ten swój „dyplom” zeżarł przed kominkiem, przecież nawet nie pamięta tytułu pracy, którą mu ktoś w „komitecie” napisał. Stanęło na tym, że określonego dnia Osowa Sień ma czekać, towarzysze sami załatwią resztę.

No i załatwili. Z Poznania wyruszył konwój zabytkowych pojazdów, podobno były to jakieś stare auta ocalałe po wojennej pożodze, poniemieckie, Główna Osoba siedziała w pierwszym, stosownie rzecz jasna przystrojona. Dokładnie w myśl zasady carskich oficerów: abmyt, abryt i s liogka pjanyj. Oczywistym było to, że trzeci element wzoru zachowań, pijaństwo, wcale nie było lekkie. Za to strój wspaniały – prawdziwego rzymskiego patrycjusza. To znaczy prześcieradło z dziurą wykrojoną na łeb, laurowym wieńcem na łysinie i jakimś pasem na wzdętym brzuszysku. Doradcy kwestię „co szef ma trzymać w ręku” rozstrzygnęli czerpiąc z wzorów kościelnych: pastorał i już! Ale że nikt nie chciał wypożyczyć oryginału sporządzono kopię. Solidną, z grubego drąga i metalowego zawijasa podgwiżdżonego z jakiejś zabytkowej bryczki. Dwadzieścia kilo na dwa i pół metra długie - nic dodać. Miało być widać i było widać.

Tymczasem w Osowej Sieni czekanie na początek uroczystości nieco się przedłużało, zajadle dyskutowano który z podwładnych ma dostąpić zaszczytu powitania szefa i jak naprawdę ma to wyglądać w szczegółach. Stół nad jeziorkiem już się w każdym razie uginał pod ciężarem jadła i napitków – było więc przy czym dyskutować. Ustalono, że na miejscu najbardziej zasłużony towarzysz takoż przyodziany w prześcieradło padnie przed Jasnościa na kolana i zamelduje krótko zespół Niewolników gotów do rewolucyjnego apelu. A potem się zobaczy…

Legenda mówi, że podczas podróży Pierwszego pito ostro, choć kierowcy najmniej. Oczekujący Niewolnicy też dawali sobie w pałę ile wlazło, w końcu co na stole to odżałowane. Wyszło więc tak, że kiedy już auto z pijanym szoferem podjechało nad jeziorko i wytoczył się zeń Najważniejszy – zasłużony towarzysz co to miał meldować gotowość Niewolników dostał pijackiej czkawki, nogi mu się w całun zaplątały i nieomal wpadł na głównego gościa. Ten niewiele się namyślając machnął pseudo-pastorałem, źle obliczył, trafił referenta w ciemię, po której to czułości referent na dobre dwie godziny udał się do krainy – jak to określono – Morfiniusza. I dobrze mu tak. Przez następne kilka lat w księstwie opowiadano, że to właśnie przyjątko, aczkolwiek pełne niespodzianek było udane jak nigdy przedtem. Podobno nawet dziewic nie zabrakło…

Jak tam było tak tam było, w każdym razie opowieści dyrektora Apolinarskiego wysłuchało trzech dorosłych facetów. A następnego dnia dykteryjka znalazła potwierdzenie u kilku następnych osób, pewien ryżawy twierdził nawet, że jego to jakiś aparatczyk uparł się zaliczyć do korpusu dziewic – ale udała się ucieczka wpław przez jeziorko, w którym niestety zgubił przydzieloną mu przez dyrekcję (za pokwitowaniem!) blond perukę z warkoczami. Nie, nie mieliśmy prawa opisywać tego w macierzystej gazecie. Ukazało się w niej za to barwnie ilustrowane sprawozdanie z obory. Oraz zapowiedź przyszłego Pomnika Byka Ilona. Pomnik powstał realnie kilka lat później. W ówczesnej wojnie dyrektora PGR-u z I sekretarzem wojewódzkim wygrał ten pierwszy. Dzisiaj się to już oczywiście nie zdarza. Nie ma żadnych PGR-ów. A ówczesna „elita” twierdzi, że jest już prawdziwą ELITĄ.

O ile który dożył…

M.Z.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Magnesy ludzkiej ciekawości


Przed wieloma laty wysłano mnie do Gorzowa Wielkopolskiego. Mieliśmy spotkać się… z miłośnikami nietoperzy. W czasach, kiedy to dziennikarz czasopisma młodzieżowego chcący „zrobić karierę” obowiązany był zajmować się jak najsprytniejszą polityczną indoktrynacją swoich czytelników – ja wybierałem nietoperze i inne cuda-niewidy. Szef chciał oczywiście posłać do nietoperzy kolegę Tomka, Tomek był „ptakolubem”, wszystko co lata teoretycznie wchodziło w zakres jego zainteresowania. No ale jakoś padło na mnie… Samochód służbowy, pogrożenie palcem i mocne polecenie, by wracać z co najmniej trzema kompletnymi materiałami. Fotoreporter dostał nawet film Kodaka, niemieckie Orwo właśnie kończyło u nas swój niezbyt chlubny żywot.

Gdzie w Gorzowie najwięcej nietoperzy? Okazało się, że w okolicach Międzyrzecza i Kaławy. Wtedy po raz pierwszy padły słowa o dawnych poniemieckich umocnieniach i o tym, że nie zawsze udaje się do nich wejść, niektórych miejsc pilnują „ruscy”. No ale jak się uda – to fotki gacków mamy takie, że mózg w poprzek. Bo ponoć jest tych zwierząt tam zatrzęsienie… Wyprawa zapowiedziana na dzień następny, wieczorem chcemy się dowiedzieć gdzie w ogóle jedziemy i czemu nic nigdzie nie da się o tych umocnieniach przeczytać. Wyjaśnienie jest krótkie i dosadne: klub „Gawra” z tymi całymi nietoperzami powstał jako usprawiedliwienie oficjalne. Tak naprawdę grono młodych ludzi kusi poznawanie tego, co ukryte i co jak się z ich opowiadania okazuje jest jakimś cudem techniki wojskowej III Rzeszy. Skąd ruscy? Ano niektórzy powiadają, że mają tu swe tajne instalacje wojskowe, być może nawet atomowe… A pod ziemią jeździły pełnowymiarowe pociągi i działały kompletne fabryki remontujące broń ciężką…

To był rok 1977. Dzisiaj system umocnień zwany Międzyrzeckim Rejonem Umocnionym opisany jest już dość dokładnie, każdy ciekaw tego świata znajdzie w sieci mnóstwo na ten temat materiałów – stąd i nie przywołuję technicznych szczegółów z moich pierwszych odwiedzin. Wtedy wchodziliśmy w krainę absolutnej tajemnicy. I wrażenia były iście piekielne! Były pancerne wieże na szczytach sztucznych wzgórz, specjalne gatunki akacji o długaśnych kolcach, tajemne przejścia i tereny, które w razie potrzeby można było jednym pociągnięciem dźwigni zalać wodą. Ruscy? Pojawił się jeden, wylazł z krzaków niespodziewanie cicho, miał długi kożuch, kałmuckie rysy twarzy i po rosyjsku potrafił tylko „Nie lzia!”. Znaleźliśmy więc drugie wejście. I wtedy okazało się, że ten cholerny fotoreporter celowo i świadomie nie wziął ze sobą aparatu fotograficznego! Torba, którą dźwigał na ramieniu była pusta! Ta świnia nie chciała po prostu robić niczego, co w jego przekonaniu mogło stać się groźne dla partyjnego pracownika frontu ideologicznego. Za takiego się uważał. Lazł – bo pewnie miał zdać relację. Lazł ze mną zresztą po raz pierwszy i ostatni…

Dolny Śląsk, Wielkopolska, Mazury – ale też południe Polski aż po Rzeszów, wszędzie ślady inżynierskiej wojennej obecności Niemców istnieją do dzisiaj. Niektóre ostały się w całości, inne, jak słynny Gierłoż, czyli kwatera Hitlera zostały przez sowiecka armię zdewastowane, zniszczone w jakimś napadzie szaleństwa i zemsty. Inaczej nie da się wytłumaczyć trudu wniesienie do głównego bunkra kilku (niektórzy przewodnicy powiadają, że kilkunastu) ton materiałów wybuchowych, które jakimś cudem rozsadziły betonowo-pancerną konstrukcję od środka. Dzisiaj walą tam tłumy turystów, w czerwcu tego roku istne szaleństwo niemieckich motocyklistów, naliczyłem ich ponad dwie setki, a sezon dopiero się rozpoczął. Na marginesie: co najmniej połowa z tych „dzielnych chłopców” wyglądała tak charakterystycznie w swych hełmach, ze można było film wojenny kręcić z ręki, bez zbędnych przygotowań. To jakaś nowa niemiecka moda? W każdym razie kiedy jeden z nich w Mamerkach, ocalałym kompleksie umocnień nad jeziorem Mamry, przy kasie wziął do ręki replikę karabinu maszynowego – dziwny mróz począł chodzić mi po grzbiecie. Hans czy Helmut miał tak szczęśliwą i morderczą razem minę…

Po co wszędzie tam włażę? Banalne – ale z ciekawości. Nie szukam skarbów, ukrytych przejść i szczątków broni. Słucham tych miejsc i uruchamiam wyobraźnię. Nie mam pojęcia czy na Dolnym Śląsku konstruowano w tajemnicy nową cudowną niemiecką broń w kształcie latających spodków, lepsze od V-2 rakiety, czy może pracowano nad inną bronią masowego rażenia. Wyobrażam sobie tylko ile też ludzkiej pracy, konstruktorskiej przemyślności, a może niekiedy i geniuszu trzeba było zużyć, by te wszystkie budowle powstały. Von Braun rozbudował w końcu po zakończeni II wojny światowej amerykańską technologię kosmiczną, połapani przez sowietów jego uczniowie i współpracownicy to samo czynili w Rosji. O ilu rzeczach nie wiemy? Lata całe o bunkrach, umocnieniach, tajnych miastach i podziemnych korytarzach nie pisało się wcale. Kto w latach 70-tych słyszał o Bornem Sulinowie? Komuś do czegoś te miejsca były potrzebne, miał na tyle mocy, by zastrzec sobie tajemnicę. Dzisiaj tak naprawdę niewiele się zmieniło. Pod Międzyrzeczem kilka lat temu ktoś zapragnął zainstalować składowisko odpadów popromiennych. Protestowano, wówczas skutecznie, ze śmietnikiem atomowym nie wyszło. Na szczęście – bo też do dzisiaj nikt nie wyjaśnił skąd bierze się żwawy strumyczek na dnie umocnień, skąd wypływa i dokąd zdąża.

Czy to wszystko trzeba zbadać? Moim zdaniem tak. Ale też moim zdaniem co ważniejsze dla militarnych interesów naszych sąsiadów – już zbadano. Tyle, że nie ogłoszono wyników.

M.Z.