piątek, 3 czerwca 2011

Tak to drzewiej bywało...


Pozwoliłem sobie wczoraj napisać kilka słów, które w pierwszym planie były delikatnym uzupełnieniem tego, co powiedział Coryllus w Nowym Ekranie, dalej niosły już treść, która jest w całości moim zdaniem i pomysłem. Prócz opublikowanych komentarzy (naprawdę publikuję WSZYSTKO co mogę opublikować, brzydkie wyrazy też!) otrzymałem jak zwykle kilka takich, których autorzy nie życzyli sobie przywoływania ich wprost. W porządku, Państwa wola… W każdym razie moi polemiści stwierdzili, że fragment

„…w systemie zatrudniania nie istnieje taki twór, jak samodzielny dziennikarz. Są tacy nawet, którzy twierdzą, że nigdy nie istniał, a rzekomo niezależni posiedli sztukę migania się od serwitutów w stopniu gwarantującym co najwyżej przeżycie na etacie. Niestety nie sądzę, by kiedykolwiek było to możliwe w organie Michnika…”

jest niejasny i gdzieś tam w podtekście wnosi, że za takiej na przykład komuny można było jednak to i owo niezależnie powiedzieć. W przywołanym fragmencie nie ma takiej sugestii, proszę czytać uważnie – co nie znaczy, że o problemie nie można porozmawiać. Tu pozwolę sobie odwołać się ponownie do własnego doświadczenia, przecież jest jasnym, że przy tym stażu, jaki mam i przy tym wieku, którym niestety się charakteryzuję publikowałem teksty również za ancien regime’u. Oświadczam przeto, że niezależność, sam ją sobie niekiedy przypisuję, istniała o tyle, o ile była tłem dla „słusznych”, a powstałych zaraz potem spostrzeżeń. Albo na przykład służyła do odpowiedniego rozprowadzenia narracji: najpierw wypowiadał się X o ułomnościach władzy terenowej, robił to starannie i uczciwie, potem jechał na miejsce Y i dawał „złemu wrażeniu” z pierwszego tekstu należyty odpór. Zgodnie z pryncypiami o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem… Generalnie jednak od żurnalistów a priori wymagano posłuszeństwa, wywalenie z jednej redakcji równało się wywaleniu z zawodu – nie istnieli praktycznie inni pracodawcy, niż słynna Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza. A nawet jeśli kto by na coś takiego trafił – to czy jego szef ryzykował by zatrudnienie kogoś trefnego, z wilczym biletem?

Czy więc mówienie o niewinnych z dawnych lat ma jakikolwiek sens? Moim zdaniem ma. Znam wielu niezłych rzemieślników, którzy latami migali się od złożenia partyjnego hołdu, sam nigdy czegoś takiego też nie uczyniłem. Lista tematów możliwych do podjęcia była oczywiście niezmiernie ograniczona, bodaj na jej czele znajdowało się opisywanie przyrody, niektórym nawet nieźle to wychodziło i jako miłośnicy ptaków przetrwali lata całe. Ja akurat zajmowałem się aferami, albo nowinkami technicznymi w administracji terenowej. Konsekwencjami były też mniejsze zarobki, mniejsze wyceny wierszówkowe, a na koniec brak gratyfikacji typu przydział na Poloneza czy innego grata, który opylony na wolnym rynku przynosił pokaźny zysk. Mówi się trudno i nie kocha się dalej…

„…Szefowie dążą tu do ideału – a jest nim sytuacja, w której nie muszą już wydawać żadnych poleceń i wskazówek, te bowiem rodzą się w głowach podwładnych samoistnie. Za to im się płaci, a najzdolniejszych , to jest, pardon, najgłębiej wchodzących bez przerywania snu - awansuje…”


Skąd ja to wziąłem? Mój Boże – z obserwacji i doświadczenia! Selekcja negatywna, tak dogłębnie dzisiaj ćwiczona, nie wzięła się znikąd, istniała i w minionych latach. Nieco inaczej ją pojmowano, nie weszły jeszcze do Polski wzorce zachodnie, głównie niemieckie, w tej materii mam takie zdanie, że lepiej, bym siedział cicho, inaczej za powiedzenie mojej prawdy dowolnie wymieniony szwab natychmiast wytoczył by mi proces sądowy o naruszenie. Albo jakoś tak… Czy wyobrażają obie Państwo, by na przykład dyrektorem wydawniczym, zwierzchnym nad wszystkimi redaktorami naczelnymi w danym wydawnictwie, była niemota po zasadniczej zawodowej szkole hotelarskiej? A tak u pewnego Niemca było. Nadto klient ów w myśl zasady multi-kulti zatrudniał Rumunkę źle mówiącą po polsku i Bułgarkę fatalnie liczącą. Ta pierwsza zajmowała się reklamą, druga finansami. Obydwie wszakże opanowały sztukę zgadywania co Mistrz sobie życzy w stopniu dla mnie niepojętym. To było po prostu mistrzostwo świata z maślanymi oczkami i pokorną postawą, nie będę mówił dalej. I trwały w najlepsze, pewnie jako kaganek oświaty w tym marnym polskim otoczeniu… Bo oni, zachodni inwestorzy są uber alles. Cóż można powiedzieć prócz nieśmiertelnego „Ja, ja Trabant ist gute auto!”…

A z tym wydmuchaniem kolegi, który „dmuchającą” ściągnął do pracy i tam zatrudnił jako swoją zastępczynię to nie żadna bajka, ale fakt. Tak, mnie to się właśnie zdarzyło. Mam nadzieję, że męczy ją nieuleczalna czkawka, gorsze znacznie życzenia już mi minęły. Nie, wolę dzisiaj nie wymieniać imienia i nazwiska, choć w tym akurat wypadku wytoczenie mi procesu skończyło by się źle dla wytaczającej, jednak ktoś „spisał czyny i rozmowy” i nie byłem to ja.

To na razie!

M.Z.

czwartek, 2 czerwca 2011

Smaczki


Przeczytałem właśnie w Ekranie nowy tekst Coryllusa o dziennikarskich naborach, tym razem do Wyborczej. Kto ciekaw znajdzie oryginał samodzielnie, ukazał się 1 czerwca. To skądinąd kilka oryginalnych obserwacji, kiedyś miałem nadzieję, że kwestię zasilania areopagu piszących omówimy spokojnie i w jakiejś wieczornej rozmowie, rzecz jest naprawdę tego warta. No ale niestety nie wyszło i dzisiaj nic nie wskazuje na to, by sytuacja w najbliższym czasie się zmieniła.

Ludzie o dziennikarskiej kuchni nie mają pojęcia – albo mają pojęcie bardzo mgliste i kolportowane dla zmylenia przeciwnika. Ale też tu muszę narazić się samemu Autorowi – i on bowiem wydaje się mieć doświadczenie zbyt wąskie, by na jego tylko podstawie wyrokować o całości. Dlaczego? Z prostej przyczyny: selekcja negatywna odbywa się dokładnie od lat, właściwie wszystko, co zdarzyło się po roku 1989 da się podciągnąć pod ten model działania, skąd wnioskuję, że Coryllusowa samodzielność w dziale kultury GazWybu nie potrwała by dłużej, jak do pierwszego odrzuconego przez kierownictwo jego tekstu. Bo – Szanowny Autorze – w systemie zatrudniania nie istnieje taki twór, jak samodzielny dziennikarz. Są tacy nawet, którzy twierdzą, że nigdy nie istniał, a rzekomo niezależni posiedli sztukę migania się od serwitutów w stopniu gwarantującym co najwyżej przeżycie na etacie. Niestety nie sądzę, by kiedykolwiek było to możliwe w organie Michnika.

Nie istnieje coś takiego jak samodzielny dziennikarz… Więc co istnieje? Odpowiem krótko: na etacie istnieje tylko i wyłącznie PODWŁADNY. Czyli ktoś, kto mniej lub bardziej udolnie ma wykonywać polecenia Szefa. Szefowie dążą tu do ideału – a jest nim sytuacja, w której nie muszą już wydawać żadnych poleceń i wskazówek, te bowiem rodzą się w głowach podwładnych samoistnie. Za to im się płaci, a najzdolniejszych , to jest, pardon, najgłębiej wchodzących bez przerywania snu - awansuje. Istnieje właściwie tylko jeden wyjątek od tej reguły, od razu powiem, że znam to bardzo dokładnie z własnego doświadczenia: kiedy dziennikarza o jakimś już stażu najmuje się do rekonstrukcji tytułu lub założenia go od podstaw. Ponieważ wydawcy najbardziej na świecie zależy nie na informowaniu kogokolwiek o czymkolwiek, ale na forsie lub prestiżu, najlepiej na jednym i drugim – wtedy właśnie gotów jest obiecać nowo najętemu złote góry. Ze swobodą działania i możliwością uczciwego informowania włącznie! Ta sytuacja nie trwa oczywiście zbyt długo, podskoki i harce nowego trzeba w końcu okiełznać. Z zasady nie trwa to dłużej, jak pół roku. Sześć pensji, sześć miesięcy ułudy, że tak będzie wiecznie i gwałtowny koniec… Od wielu lat jest to wręcz złota zasada gry w dziennikarskiego kotka i myszkę, perfekcjoniści-wydawcy podpisują nawet półroczne umowy, wykrętnie tłumacząc, że później, na te „święte nigdy” będzie musiała nastąpić podwyżka, więc nie ma sensu już dzisiaj przesądzać jej wysokości i „blokować się jakimś papierem”. Tu zresztą aż się prosi, by dodać jeszcze jedno uwarunkowanie tego półrocznego tańca-połamańca: wybraniec nie może zgodzić się na dwie rzeczy. Pierwszą w postaci kuzyna prezesa, którego trzeba będzie doszkalać w rzemiośle „na wszelki wypadek”. I drugą w postaci pokusy przyjęcia do współpracy prywatnych znajomych dziennikarza, zwłaszcza kobiet. Ci bowiem wcale nie będą stanowić wiernej drużyny, stającej w razie konieczności za „reformatorem”. Przeciwnie, podszkolą się nieco w subtelnych meandrach służbowych zależności, po czym wydmuchają kolegę w biały dzień i na środku ulicy.

Wspomnę też o jednym wyjątku, był tak kuriozalny, że wręcz należy o nim powiedzieć. Otóż zdarzyło mi się pracować dla szaleńców 21 miesięcy w wyżej opisanych układach. Ale wynikało to tylko i wyłącznie z tego, że dokładnie raz w tygodniu sam prezes firmy ponawiał obietnicę usunięcia głuchego, kompletnie nie kontaktowego i nie operującego komputerem personelu lat 85. Nigdy rzecz jasna obietnicy nie dotrzymał. Z równą częstotliwością zapewniał o braku konieczności zdobywania reklam – jednocześnie domagając się za nie coraz większych pieniędzy, zresztą wbrew pisemnej umowie o pracę, która takie lansady wykluczała. A niżej podpisany każdego dnia tłumaczył sobie, że póki kłamać nie musi – dobrze było by zaliczyć jakiś stały epizod pracowniczy tuż przed emeryturą. Rozwiało się gwałtownie – ale to już mniej istotne w tym wywodzie szczegóły, opisałem je w innym tekście. W wydawanym przez tę bandę cudaków tytule bzdety i kłamstwa ukazują się już całkiem swobodnie, a włazidupstwo wobec każdej formy władzy kwitnie na pełen gwizdek. Pozostał tylko jeden niesmak: otóż każdy z tych durniów nadal uważa, że dziennikarstwo jako takie jest usługą dworską i w razie potrzeby oni jako wcielone ideały potrafią zastąpić choćby i samego Pulitzera… Od tamtej pory na dźwięk słów „inżynier budowlany” dostaję gwałtownego napadu drgawek. Bo nie jest tak, panowie inżynierowie od siedmiu boleści, że już sam fakt mówienia po polsku czyni z was mówców. A umiejętność podpisania się na druku – dziennikarzy. Podobnie jak notoryczne kłamanie to nie uprawianie polityki branżowej…

A co się tyczy Coryllusowego fragmentu:
„…Wydział ten jest bowiem od dawnych czasów, od samego chyba roku 1945, ulubionym wydziałem dzieci partyjnych kacyków i wszelkiego establishmentu… (…) Mogę się oczywiście mylić, ale polonistyka w Warszawie to nie jest normalny wydział. Każdy lub prawie każdy „w mieście” zdaje sobie z tego sprawę…” mam do powiedzenia tyle, że nie jest to do końca prawda. Chyba że założymy, iż narodowość handlowa to właśnie ten wieczny establishment. Ale i tak wówczas pozostają do wytłumaczenia studia moje i wąskiej grupki na wspomnianym wydziale – niestety nie reprezentowałem żadnej wymienionej przez Autora kategorii studenckiej braci. Mam się iść zastrzelić do kąta?

M.Z.

środa, 1 czerwca 2011

Po drugiej stronie zamętu


Jak rozpocząć nowy miesiąc? Czymś nieskończenie dobrym? Ba, ale skąd wziąć... I wtedy ja głupi sięgam do przyjaciela, Kamiuszka, który nie raz tu gościł. Kamiuszek jak wiecie jest Poetą. Cholernie dobrym poetą - jeśli tak wulgarnie można wyrazić skomplikowaną, a ważną treść! Zresztą poczytajcie dwa ostatnie wpisy. I niech mi kto powie, że nie rozumie!

Gorsze wygrywa!

Porównanie. Pani Kopernik
Problem:
Miał Twardowski Twardowską,
miał też Curie Skłodowską,
więc samo się zagaja:
Co z muzą Mikołaja?!

Pani Kopernik, Pani Kopernik!
w strumieniu bystrym głupi ciernik
wie, gdzie jest Słońce, a gdzie Księżyc,
że wokół gniazda czas się kręcić.
Nie mogła Twoja mniej czułą być dusza
od lineału Ptolomeusza.
Pani Kopernik, Pani Kopernik!
Skąd między wami wciąż październik?
Dlaczego nocą w środku maja
przy Tobie nie ma Mikołaja?
Nie mogłaś przecież mieć mniej powabu
od drewnianego astrolabium.
Pani Kopernik, Pani Kopernik!
Musimy przyjąć więc za pewnik,
że nasz Mikołaj bardzo skromnie
zainwestował w astronomię,
bo nie mógł oddać Twej piękności... chciwus!
więc pisał „De revolutionibus...”

Dowód:
z prawa Kopernika-Greshama
- pieniądz dobry wypierany jest z rynku przez gorszy.
Co było do okazania.


wróble
albo o tym, co liczy się w życiu.


pierwsza dama
druga thatcher
trzecia siła
czwarta władza
piąta kolumna
szósta z minutami
wracam do domu. wita mnie cichutkie szczebiotanie pod skosem ganku. A więc wykluły się! Delikatnie zamykam drzwi. Już zza uchylonej zasłonki liczę powroty starych wróbli z ciszą w dziobach. Przysiadają na telefonicznym drucie, rozglądają się i gdy są już pewne, że nikt ich nie śledzi, znikają w gnieździe. O trzepocząca naiwności. Bez was powietrze byłoby o wiele bardziej robaczywe.

Przywołał Kamiuszka
M.Z.

wtorek, 31 maja 2011

Jak chór...


Przyznaję: jestem jak chór grecki. Jak banda starców poprzebieranych w białe prześcieradła, która krzyczy na scenie „Jedziemy, pędzimy, wiatr świszczy w uszach, biegniemy, doganiamy…” I oczywiście żaden tyłka nie ruszy z miejsca, taka jego rola, że ma stać i wrzeszczeć o pędzie. Ale licznik stuka, moje dni przedurlopowe gwałtownie kończą się, jazda za progiem… Będę usprawiedliwiony!

Jak wyjść z codziennego kieratu, z tego radiowego, telewizyjnego i wszelkiego innego prania mózgu? Przyjąłem jedyną znaną mi metodę: drobnych prac fizycznych w separacji od przekaziorów. Tu dokręcić śrubkę, tam coś przyszyć (tak, tak, umiem nawet wodę rozgotować na miękko!), ówdzie przykleić. Głównie prace przy samochodzie. Najlepiej gdzieś w krzakach – nie mogę już słuchać ulubionej kiedyś Trójki, agitator Strzyczkowski jest po prostu nie do zniesienia, poranna Beata Michniewicz jeszcze gorsza. Nad szklanym ekranem pastwiono się już tak dokładnie, że nie ma co dodawać. I dzisiaj tylko wpadła mi do głowy myśl przewrotna: a co będzie, kiedy po powrocie zechcę usystematyzować wiedzę o otoczeniu? O rany, będzie się działo!

Niemcy do 2022 roku zamykają wszystkie swoje elektrownie atomowe. A w Polsce nowe prawo będzie je wspierać i jak rozumiem otwierać. Zapewne słusznie sąsiedzi wpadną na pomysł, że skoro ten cholerny atom jest już tylko u nas, to celowym będzie urządzenie tu także składowisk pozostałości po atomistyce europejskiej. Gdzie? Znów w Międzyrzeckim Regionie Umocnionym, były już w przeszłości takie pomysły, były demonstracje, wtedy pomogło? A dzisiaj? Pomoże? Bo na dnie tych umocnień cały czas przemieszcza się masa wody, nie wiadomo skąd wypływającej i dokąd podążającej. Rozwlecze atomowe śmieci jak amen w pacierzu…

Włoski Gigi Amoroso, pardon, Silvio Berlusconi przepadł w wyborach lokalnych, nawet w rodzinnym Mediolanie. To znaczy – na razie to jego partia dostała tęgie lanie. Aż chciało by się napisać, że słusznie, że dość już tego farbowanego dziada. No bo w końcu on tę partię firmuje. Ale czy my mamy lepszych? Coryllus na Ekranie słusznie zwraca uwagę na porządki w sąsiedniej Austrii, kraju trochę zapomnianym i niedocenianym – w tym sensie, że faktycznie potęga głupoty austriackiej poraża. Jak się oczywiście dokładniej przyjrzeć to i zboczeńców mają w dużych ilościach, i faszystów, i wrednych policajów, tudzież celników. Strach się bać, a tymczasem wycieczki do Wiednia tanieją, chciałbym kiedyś zobaczyć to miasto porządnie, a nie tak, jak w 1980 roku na wycieczce z socjalistycznej jeszcze Czechosłowacji. Wtedy autokar podjechał pod drzwi samolotu i nie wypuścił klienteli ani razu. Aż do operacji ponownego załadowania na pokład. Jeśli więc ktoś pyta czy byłem w stolicy tego zapomnianego mocarstwa – odpowiadam, że byłem. Ale jakby nie było mnie wcale, toć to takie lizanie cukierka przez szybę… W każdym razie parę gazet austriackich miałem w ręku najdalej dwa lata temu. Przetłumaczono mi parę tytułów, spojrzałem z niedowierzaniem na layouty… No aż trudno uwierzyć, że można żyć bogato i szczęśliwie (a tak zdaje się żyją) uprawiając taką amatorszczyznę. Nawet kryminałów nie potrafią kręcić, ostatni jaki widziałem był z Szarikiem, pardon, Rexem, w roli głównej. No i ten kundel jednak okazał się lepszy od komisarza, któremu rzekomo podlegał. Austriacy! Zróbcie coś z tym, ja wam dobrze radzę!

M.Z.

poniedziałek, 30 maja 2011

Spacery terapeutyczne


Raz do roku normalny człowiek powinien wyprowadzić zwierza na spacer. Inaczej ten zwierz w człowieku wścieknie się i pewnego dnia ugryzie w sposób nie kontrolowany. Raz na jakiś czas człowiek winien się upodlić. Przeczytać na siłę co najmniej dwie strony stałego biuletynu Ministerstwa Prawdy z Czerskiej, iść na obiad do makdonalda, albo pożreć wczorajszego kota u miejscowego Wietnamczyka. Jeśli przeżyje - to jest gość, nic mu już do następnej próby nie grozi i może zachowywać się jak zaszczepiony. Ale, ale… Gdyby kto chciał GW czytać u makdonalda to niechaj ma świadomość, że igra ze śmiercią! Dwie trucizny wzmacniają się wcale nie podwójnie, ale co najmniej poczwórnie. Mało kto wytrzyma…

Teraz dwie dość stare wiadomości, które moim zdaniem są ważne, nie wiem dlaczego je zapisałem, ukryłem i odszukałem dopiero teraz. Otóż po pierwsze pasy bezpieczeństwa w samochodach zgodne są… z konstytucją. Tak przynajmniej stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Jak moi Czytelnicy wiedzą interesuję się samochodami, ale nigdy bym nie pomyślał, że może zajmować się ich wyposażeniem tak znakomite gremium. Przed zimą ten grecki chór ma się zająć konstytucyjnym obowiązkiem ciepłego ubierania się rodaków podczas zamieci. To oczywiście możliwe sugestie komentatorów wyroku. Łażenie w slipach będzie więc niezgodne z konstytucją. A jeśli ktoś obszyje je futerkiem?

Po drugie dziennikarzy izraelskich wywalono na zbitą mordę z organizacji międzynarodowej grupującej przedstawicieli tego zawodu. Oficjalnie pod pretekstem nie płacenia składek. Niby mała rzecz, powie ktoś, dawno zapomniana – ale jeśli już izraelitów wywalają na twarz z powodu takiego marnego geszeftu to coś musi być na rzeczy. Bo u nas w sieci internetowej wytrwale za to propagują. Co propagują? Ano na przykład książkę jakiegoś chorego na umysł profesora z Kanady, który utrzymuje, że Niemcy podczas drugiej wojny światowej na terenie okupowanej Polski nie byli w stanie odróżnić Żyda od nie-Żyda. I gdyby nie wydatna pomoc chłopów polskich – którzy te umiejętności fizjonomiczne posiedli zdaniem profesora w stopniu mistrzowskim - to Auschwitz po prostu by się nie udał. Podobno autor tego cennego odkrycia historycznego specjalizował się kiedyś w historii Indian kanadyjskich. Musiał często pomiędzy nimi bywać, pewnie nie zawsze w przyjaznych celach. Bo chyba mu w zadku utkwiła ostra i zatruta strzała. W każdym razie jad działa, na rozum już padło…

Zatem w ramach corocznego wyprowadzania zwierza z siebie mam ochotę powiedzieć dzisiaj, że z obu tych odgrzebanych wiadomości jestem niezmiernie rad. Wściekle i po zwierzęcemu. Zapiski wskazują bowiem durniów tak kosmicznych, że gdyby (jak powiadał Napoleon, a co przywoływałem już wielokrotnie) nie wyniesiono ich odpowiednio wysoko - nikt by się na ich durnowatości nie poznał. A tak mamy jak na tacy…

M.Z.

niedziela, 29 maja 2011

Spiski


Ponieważ nigdzie nie należąc reprezentuję już tylko samego siebie – mogę mówić o rzeczach, o których inni muszą milczeć. Z przyzwoitości, albo z przezorności – no w każdym razie takie informacje, jakie za chwilę tu ujawnię nie są kolportowane powszechnie. Tymczasem mnie żadne kierownictwo nie skarci, po prostu nie istnieje coś takiego – zgodnie ze starym dowcipem kabaretu Elita. „Jadą goście jadą koło mego sadu. Do mnie nie zajadą - bo ja już tu kurcze nie mieszkam…”

Otóż w pewnym ogródku, wśród zacisza zieleni i grilowego dymku odbyła się ostatnio tajna narada międzyportalowej części blogerów. To w skrócie polega na tym, że spotykają się ludzie, którym chce się ze sobą rozmawiać, choć niekoniecznie w duchu pełnej zgody i akceptacji do słów poprzednika. Jako że niejaki Obama właśnie odlatywał z naszego pięknego, choć nieszczęśliwego kraju pozamykano ulice, a nad jaskinią spiskowców krążyło tyle helikopterów, ile kiedyś pokazywano jedynie w filmie „Apokalipsa” Coppoli. Zagłuszały się wzajemnie i o podsłuchach nie mogło być mowy. No to my dalej do radosnego spiskowania!

Tylko trzeba było wybrać przedmiot spiskowania…

A z tym same niestety kłopoty. Bo tak: jeden wydał dwie książki i chciał koniecznie powiedzieć coś na ich temat. Trochę powiedział. Ale drugi miał problemy w uprawianej witrynie sieciowej – i to było dlań najważniejsze. Reszta zdania podzielone: a to kawałki obyczajowe, a to wspominkowanie, a to wycieczki osobiste. Rzecz jasna ci, którym osobiście przykładano byli nieobecni. I dobrze – bo pewnie helikoptery na górze miały by sensację. Bójka na działkach, a obok jedzie Obama… Dostalibyśmy rakietą jak amen w pacierzu! Skończyło się szczęśliwie – gospodarz podał hasło i rozległo się już tylko miarowe kłapanie paszcz, grill działał jak oszalały. Zajadły zdążył tylko zauważyć, że jak zwykle nie przyszli ci, którzy byli zapowiedzeni. A pewna dama stała się jeszcze bardziej nieznana, czy domyślna, nikt nie wie kim jest i zaczynają krążyć pogłoski, że w realu to wąsaty facet. Może i tak być…

Potem jednak rozmawialiśmy. Najpierw o sieciach dystrybucji książek. Okazało się, że niewielu wie coś konkretnego na ten temat, zaś najbardziej zainteresowany, autor, ma tak oryginalne zdanie, że ani się sprzeciwić, ani potwierdzić. W każdym razie księgarze to sukinsyny. Nie ustaliliśmy tylko czemu mówią jak mówią, czyli jednym głosem. No i kto tym wszystkim steruje. Czerska? Po części pewnie tak. Ale czy Czerska ma aż tak długie rączki, by sięgać nimi do maleńkiej księgarni w jednak zapapędziałym Grodzisku Mazowieckim? Osobiście wątpię. Więc jakoś to sukinsyństwo musi się roznosić. Droga płciową czy kropelkową?

A propos sensacji obyczajowych: dzisiaj na blogu wczorajszych dyskutantów ukazał się kawałek o tym, co winna zawierać książka dobrze sprzedawalna, co zawiera, co jest kiepskie i dlaczego. Wielkie nazwiska: Ziemkiewicz, Wildstein, Łysiak. Jak twierdzi autor panowie ci popełniają wielkie błędy w opisywaniu rzeczy typu sekscesy, czy inne płciowe wyczyny. No popatrzywszy na Ziemkiewicza pewnie jest w tym jakaś racja. Osobiście mam do tego pana wiele zastrzeżeń już od czasów „Polactwa”. Pisze tam jasno, że linia jego rodziny wywodzi się wprost z chłopstwa, po czym obrabia to chłopstwo ile wlezie. Po części słusznie, po części nie wiem – ale podejrzenie, że jeden z ziomali najpierw ziomalom obrabia dupę, by następnie stwierdzić, że on jest wyjątkiem od reguły - i ze to w którymś miejscu jest konstrukcja fałszywa - jest wielce prawdopodobne. Bo niby dlaczego właściwie miałby być inny? Skoro w życiu formalnym równie cwany czy przebiegły, równie bezwzględny i monotematyczny. Każda następna książka potwierdza przecież istnienie w głowie jej autora wątków i elementów zdecydowanie pszenno-buraczanych. I strzyżenie tego łba na rekruta, to samo zresztą zrobił inny mędrek polityczny, Ponton Kamiński, nie czyni z obu panów dzieci miejskich salonów. O Wildsteinie nie chce mi się nawet gadać. Zaś życie seksualne Łysiaka w ogóle mnie nie interesuje, jego projekcja na karty powieści czy tworów publicystycznych również. Podejrzewam tylko, że ten akurat autor mając takie rozeznanie w źródłach jakie ma – na temat seksu mógłby powiedzieć sporo…

Odszedłem od ujawniania spisków… Ale by nie być nudnym powiem tyle, że zakończyło się pokojowo. Gospodarz o ile jeszcze nie umarł ze zmęczenia (a napracował się wczoraj okrutnie!) pewnie zarządzi kolejne spiskowanie jeszcze tego lata. Czy znów nie przyjadą zapowiedzeni? Nie wiem. Bo też i nie wiem, czy mnie ktoś o obecność poprosi. Zobaczymy… Prośba jest tylko taka: rozumiem, ze macie dzieci. Ja też mam. Przyprowadzić następnym razem? Brutalnie: będziecie mieli okazję zobaczyć co się dzieje z młodym człowiekiem, który już od kołyski uczestniczy w życiu dorosłych.

M.Z.

piątek, 27 maja 2011

Spór z Nowo-ekraniczanami


Napisałem dzisiaj kilka słów o postaciach z Nowego Ekranu. Kiedy jeszcze tam pisałem jedną z moich ulubionych blogerek-komentatorek była madame Molier. I jako się rzekło: losy Ekranu nie są moimi losami, ale ulubionych czytam. Dzisiaj Molier opublikowała swój tekst pod tytułem „Najnowszy ranking wyborczy”.
I tam mówi kilka rzeczy o procentowym rozkładzie sił. PO tyle, PiS tyle, SLD tyle. Nie przywołuję tu wartości przytoczonych przez dawną moją komentatorkę, bo nie ma to żadnego znaczenia. Gdybyś Szanowna czytała co publikuję tutaj, na swoim blogu, wiedziała byś doskonale, że te słupki to żadne realia, tylko z lekka zakamuflowana forma polecenia dla wiernych. Tak ma być. A jak będzie naprawdę – to się okaże. Być może coś trzeba będzie skorygować. No to się skoryguje, w końcu nie po to zaufani siedzą i liczą – albo siedzą i udają, że właściwie policzyli, bo ma być jak przykazano.

Jest wszakże w tym tekście inny wątek, przyznam, że wzbudził we mnie sporą złość. Molier napisała tak:
„…Część blogerów wyniosła się z Nowego Ekranu, żeby przeczekać i zobaczyć, jak Nowy Ekran będzie działać. Część podobno bezpowrotnie. Czy taka postawa nie jest przypadkiem sprzyjaniem powyższym sondażom? …”

I natychmiast w to miejsce wszedł Carcajou pisząc: „…Oni są pewni, że NE padnie - wiem co mówię, to skoordynowana akcja…”

Aż się zapieniłem! Carcajou, ty niegrzeczny chłopcze! Mylisz się! I pewnie począł bym natychmiast mnożyć kolejne epitety, gdyby nie przytomny komentator Katron. Tak oto odpalił:

„… Mi jest przykro, że tak się stało z NE. Od początku wyraziłem moją dezaprobatę dla pomysłu ŁŁ i zaufaj, wynikało to z głębi serca. A Twoja postawa może budzić wątpliwości. Bardzo zniechęcasz ludzi do powrotu na NE. Zastanawiam się czy takie działanie z Twojej strony jest celowe? Zapewne znasz "I Ty Brutusie przeciwko mnie". Pozdrawiam i życzę Ci byś zaprzestał szkalować blogerów, którzy "oddalili się" od NE. Jest coś takiego jak rozum i wewnętrzna intuicja. I dla niektórych to jest wskaźnikiem podejmowania decyzji…”

No! Tak, tak, droga Molier i szanowny Carcajou: Katron ma rację! Może trochę przesadza z tym „szkalowaniem”, nie odczytuje tego aż tak dramatycznie. Po prostu mylicie się, wyciągacie złe wnioski, stawiacie złe diagnozy. Będziecie leczyć na tej podstawie? To ciemno widzę. Podbiła tę kwestię kolejna komentatorka, Mysz-Drobnicowiec, mówiąc:

„…Chyba oboje przesadzacie, albo oboje nie rozumiecie, bo coś przegapiliście. Carcajou, na pewno, tym razem, nie "wiesz, co mówisz", chyba, że jako "skoordynowaną akcję" uznamy co innego, a odpływ blogerów tylko jako jej skutek. Pozdrawiam Was serdecznie…”

A na to Molier jak piekielnica jedna:
„…poza tym można się nie zgadzać na aktywność społeczną nE (nie wiem dlaczego?), ale działalność medialna to przecież o to się biliśmy…”

Po co ja to wszystko przywołuję i dlaczego zwracam uwagę na takie drobiazgi publikowane tam, gdzie mnie już nie ma? Z prostej przyczyny: oto ktoś po moim odejściu koniecznie chce mnie wrzucić do jednego worka z jakimiś spiskowcami, dywersantami czy licho wie kim jeszcze. Chce mnie potraktować jak własnego śmiecia. Oświadczam: z nikim przed odejściem się nie namawiałem! Nikt mną nie sterował, nikt o decyzji nie wiedział – póki jej nie ogłosiłem. Powody podałem. Wchodzić z jednego obozu przemocy, to jest PRL-u i postPRL-u do drugiego, teokratycznego, może tylko dureń – a ja o sobie tak nie myślę.W każdym z wymienionych obozów tłumaczono mi po wielokroć, że niewola też może być słodka. Widziałem jak słabsi psychicznie tym bzdurom ulegali. Mnie udało się pozostać przy swoim zdaniu. Mam przedstawicieli jednej i drugiej opcji dokładnie w dupie. Nie zamierzam też nikomu tłumaczyć własnych wyborów, nadto w takim zamęcie, że każdy głos ludzki musi w nim zginąć marnie, nie mówiąc rzecz jasna o głosach słusznych.

A co się tyczy właścicieli Nowego Ekranu: moim zdaniem mogą robić co im się tylko zamarzy. Także zakładać partie, animować ruchy społeczne, produkować sodalicje i stowarzyszenia. Nic mi do tego z założenia: to ich kasa, ich wysiłek i ich namówienie kilku ludzi, by razem ciągnąć ten wózek. Dlatego nie proponowałem, by wyrzucić na zbita mordę niejaką Circ – tylko powiedziałem jej co myślę. A gdy to i usunięcie tekstów, które mogły być odebrane przez kobietę jako zbytnio aroganckie nie pomogło – wyniosłem się z tej knajpy. Chcecie się bawić w ten sposób, płacicie za gorzałę i zagrychę – proszę bardzo, nic mi do tego. Tyle że już beze mnie. Jak to w poprzednim tekście powiedziałem jasno: nie jestem demokratą. Nie odwołuję się do żadnych demokratycznych praw. Ale ta monarchia po prostu mi nie odpowiada. Wyjechałem szukać innej krainy.

M.Z.

Wstrząsy


Właściwie nie powinno mnie to obchodzić: odszedłem z Nowego Ekranu, nie piszę tam, nie komentuję, czasem tylko czytam wybranych autorów. Ale pojęcie „wybranych” to też niejasna definicja. Otóż oni są wybrani nie dlatego, iżbym ze wszystkim co napiszą zgadzał się. Przeciwnie, z większością ich treści nie zgadzam się głęboko i żarliwie. A jednak czytam, ponieważ w zamęcie ich myśli postrzegam i takie, które mnie interesują, z którymi mogę się utożsamiać albo na przykład polemizować. W tym miejscu dodam złośliwie: nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę. Trzeba tylko wiedzieć, o której jego wskazówkom należy uwierzyć…

Tymczasem cykl Ekranowych wstrząsów trwa w najlepsze. Najpierw były deklaracje polityczne, które przyniosły ewidentny spadek oglądalności. Potem wojna Łazarza ze Ściosem, Ścios to doskonały autor, ale też wyjątkowy cham komentatorski, więc mniej więcej z góry wiadomo było jak się to skończy. Dzisiaj z Rady Programowej odszedł Coryllus, w proteście przeciwko ponownemu wejściu na forum niejakiego Jarosława Kozaka, zawodowego prowokatora i wyjątkowej łajzy. Dowództwo Ekranu na to NIC. Ani słowa – przynajmniej do chwili, w której piszę ten tekst. Gdzieś w tle cały czas międlone są mantry o wolności wypowiedzi i takich tam duperelach. Tak, DUPERELACH, z żalem stwierdzam, że nadmiernie wiele osób z owej wolności wypowiedzi zrobiło kolejnego bożka, przed którym pada na twarz i przed którym nie masz dla nich obrony. To wszystko jasno pokazuje niedostatki ponoć najlepszego systemu, czyli demokracji. Tu od razu dodam, że ja nie jestem demokratą. Rozsądny człowiek nie może być bowiem chwalcą systemu, który rację przyznaje arbitralnie zorganizowanej bandzie największych idiotów ponad garstkę ludzi rozumnych. Tego po prostu nie ma sensu bronić, to przeczy jakimkolwiek wartościom – prócz rzecz jasna wartościom sztucznie wytworzonych, właśnie dla potrzeb owej „demokracji”.

Jak to wszystko rozwiązać? Wolność wypowiedzi potraktować jako dobro, którego używanie może odbywać się wyłącznie sumptem osoby zainteresowanej. Innymi słowy: chcesz Kozaku kozakować to załóż sobie swoje forum. I tam wylewaj z rury wydechowej cały ten szlam umysłowy, który twój organizm produkuje w nadmiarze, inaczej widać nie potrafi.

Z podobnym, ale mam nadzieję już rozwiązanym problemem spotkałem się w magazynie Polacy.eu. Też przylazł nieproszony pewien Bredzisław, nie rozumiał dokładnie niczego z przekazywanych mu treści, komentował jeszcze inne, ale nie moje, słowem siał zamęt i po prostu szkodził. Wypłoszono gościa, choć pewnie on uważa, że go wywalono na zbity pysk. Trudno, niechaj tak sądzi, nic mi do tego. Efekt krótkiej działalności tego osobnika jest taki, że ja na przykład, autor w pewnym momencie bardzo produktywny, straciłem wolę tam pisania. To pewnie minie, w końcu nie chcę spowodować, by trud właścicieli forum poszedł na marne, dalej otrzymałem bardzo wiele ciepłych słów poparcia – więc do zobaczenia po urlopie.

M.Z.

czwartek, 26 maja 2011

Krecia robota




Kiedyś radio w samochodzie było wynalazkiem niemal epokowym. Już człowiek nie jechał sam, mógł posłuchać jakiejś muzyki, trafiały się tez krótkie i syntetyczne wiadomości. Dzisiaj zmieniłem zdanie – radio w samochodzie staje się zwykłym prześladowcą. Indoktrynuje, namawia, kręci i zagaduje tak, że bardzo trzeba uważać, by ze złości nie rozjechać wielkiego autobusu z przodu… Poranki bywają straszne!
W radio pracowity poseł z SLD opowiada jak to podczas długiego weekendu „nadrabiał braki” – bo bardzo pracowity jest i już. Znów jakaś przemowa starego komucha, no wcielona elegancja i wiekowa mądrość, tylko słuchać z rozdziawioną gębą i nie dyskutować. Czarzasty proponuje wyborczą współpracę PO – SLD – PSL. Znacie? Znamy?: zespół mały, ale zgrany. Rudy, Kalisz i organy. Ostatnio organy bezpieczeństwa – uwaga, uwaga, obywatelu bądź grzeczny, bo zapiszemy cię jako kibica. Albo potraktujemy jak autora antyprezydenckiej strony internetowej! I do paki! Jest dobrze! Jest wspaniale! Premier zdaniem jakiegoś generała zatracił instynkt samozachowawczy w materii śmierci Bin Ladena. Racja. Ale dlaczego mówi nam to ktoś, kto ma dość wątpliwe powiązania i niejasną pozycję? Czy to kolejna odsłona „przełożonej wajchy”? Słuchacze popierają. Przynajmniej takie głosy puszczono na antenę. Jako facet, który kiedyś został zobowiązany przemocą do produkowania listów od czytelników i czytelniczek doskonale wiem, jak to się odbywa.

Ale… można otoczenie widzieć i tak. Zapiekłym zwolennikom tej optyki właściwie nie mam nic do powiedzenia. Wspomniany nadmiar wspaniałości albo ich uśpił, albo mają tak niskie poczucie własnej wartości, że kość rzucona w powietrze sennym ruchem zdaje im się już szczytem szczęścia. Merdają ogonkami i są wniebowzięci. Powodzenia. Stójcie spokojne w kolejkach (a może was kolejki nie dotyczą?), przemieszczajcie się swymi nowymi terenowymi autami pośród tłumów łagodnych i życzliwych otoczeniu kierowców, odbierajcie przyjazne polecenia od swych światłych rozumem szefów, wilcze prawa korporacji, w których pracujecie uznawajcie za rajskie zasady, a być może te raty, które co miesiąc płacicie zdadzą wam się mniejszym obciążeniem, niż jeszcze wczoraj. Naprawdę nie mamy o czym gadać.

Z lekka w raj polski wątpiącym chcę jednak rzec pewne zdanie, które utkwiło mi w pamięci. Otóż pewien dość starawy znajomy zwykł był mawiać, że stan, w którym nadzorcy obozu przetrwania zwanego PRL-em z dnia na dzień stali się naszymi idealnymi pracodawcami w firmach prywatnych i organizacjach pozarządowych, naszymi mentorami i w ogóle dobroczyńcami – jest STANEM CHOROBY CYWILIZACYJNEJ. Bo oni, te wywłoki i zombi z tamtych struktur w swej istocie nie zmienili się ani na jotę. Rżnęli nas ideologicznie wtedy – i rżną dzisiaj. Różnica polega na tym, że ongiś widzieliśmy to jako czystą przemoc. Dzisiaj już nie. Coś rodakom w znacznej mierze kark złamało. Czyjaś krecia robota okazała się dobrze przeprowadzona. Mam nadzieję, że szlag ich za to trafi kiedyś bardzo bolesny. I tych starców mentalnych i tych zmurszałych komuszków, dla których ciągle żywe jest abstrakcyjne wspomnienie wspaniałych lat pięćdziesiątych, kiedy to damy były tak gorące, że dawały na śniegu… Uwaga, uwaga! Obwieszczenie! Te gorące poumierały na artretyzm! Wam panowie poopadały nie tylko ręce. Więc nie ma co wziąć – ani czym wziąć. Pozostały bzdety umysłowe.

No niestety tak to widzę.

I jeszcze a propos radia. Przed urlopem pożyczyłem od znajomego CB. I aby oswoić się z tym wynalazkiem pojechałam ciut poza ścisłe centrum. Raptem słyszę: czerwony japoniec, zwolnij, masz miśków w nieoznakowanym na ogonie! Faktycznie, Octavia z kamerą. A już się rozpędzałem… Może więc to jest tak, że nie należy rzucać nożem w telewizor, tylko zmienić paru redaktorów? W końcu te radiowe fale okazują się czasem nie takie znów złe…

M.Z.