O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
środa, 25 maja 2011
Ze snu na jawę
Jak to się dzieje, że oto ja, wychowany w socjalizmie tegoż socjalizmu ni w ząb nie cenię? Coś mi się tam co prawda roi z czasów młodości, ale niestety to nie Plena KC, nie żadne pięciolatki czy inne „sukcesy” gospodarcze czy polityczne – ale raczej osiemnastolatki, czyli ładne dziewczyny, jacyś koledzy dawno zapomniani, szkolne czasy i pierwsze podróże w świat. Świat dwa województwa dalej – by sobie kto nie pomyślał. No ale to też było bardzo daleko.
Rozmawialiśmy o zmienianiu świata. Jedni mądrzej, inni mniej mądrze. Tych drugich szybko odsiewało się. Nikt potem nie wiedział gdzie się podziewają. Nikogo to już nie interesowało. Prawda wyszła na jaw wiele lat później. I była to niestety prawda bardzo zagmatwana. Okazało się bowiem, że pozorni głupcy wcale tak źle na swojej głupocie nie wyszli. Uprawiają intratne zawody, rozmnożyli się na potęgę, na imieninach seniorów spotykają się w kilkadziesiąt osób minimum. Cenią te związki, wcale się im nie dziwię. Dziwne jest to tylko, że przy dowolnej tak zwanej politycznej rozmowie głupota z lat minionych przebija wszystkie warstwy pozłoty. I znów zapada milczenie – bo nie bardzo wypada zmieszać z błotem panią doktor nie widzianą lat grubo ponad trzydzieści…
„No a w latach osiemdziesiątych to już prawie doganialiśmy…” Wymienieni wyżej ludzie nie bardzo potrafią powiedzieć kogóż to mianowicie doganialiśmy, może zbyt skomplikowane nazwy nie przechodzą im przez usta: jakieś Burundi, jakąś Botswanę? No bo ja mam ekstremalne zdanie, niewielu je podziela… Serio? To proszę spojrzeć na niżej przywołane fragmenty tekstu, Maciej Eckardt, wicemarszałek woj. kujawsko-pomorskiego, samorządowiec. Tekst zamieszczony na stronie „Salon24” (www.salon24.pl) dnia 25 września 2008 r. Niby dawno. Ale jakże aktualne!
Kim Ir Napieralski
…Wcale, a wcale nie żal mi Kiszczaka, Jaruzelskiego, Kani, Siwickiego oraz innych chodzących trucheł, nad losem których wzrusza się czerwona gawiedź, gdyż czy się to gawiedzi podoba czy nie, truchła te mają polską krew na rękach, co niestety nie trafia do zakutych czerwonych łbów dawnego aparatu oraz kibicującym im, wypranych przez różowe media, poputczików. Dlatego, mam nadzieję, stosowna ustawa w tej sprawie przejdzie przez parlament, bo wymaga tego zwykła obywatelska i społeczna higiena.
Ja oczywiście poszedłbym dalej i za jednym zamachem pokroił emerytury partyjnym funkcjonariuszom (szczebel do uzgodnienia), bo swoim „pierdzeniem” w czerwony stołek legitymizowali całe to draństwo, zwane dla zmyłki „demokracją ludową”, stwarzali pozory legalizmu czegoś, co z natury legalne być nie powinno i - co nietrudno przewidzieć - trwało by dalej w najlepsze przy ich udziale, gdyby się po prostu nie zawaliło pod ciężarem własnej nieudolności i tępoty.
Paść to całe draństwo musiało, bo było aberracją i intelektualnym skrzywieniem. Na tyle jednak mocnym, że znajdowało oparcie w pseudonaukowym bełkocie i całym systemie filozoficznym, który generował z siebie dialektyczne roboty w randze profesorów, szczekające na poczekaniu o wyższości socjalizmu demokratycznego, gospodarki planowej, zmierzchu kapitalizmu, internacjonalizmie czy innych semantycznych gniotach.
PRL padła, bo musiała. Na szczęście. Padła, bo odbierała ludziom wolność i inicjatywę. Sczezła, bo firmowały ją buraczane, nie skażone żadną myślą tępe i nalane twarze partyjnego betonu, którym rytm życia wyznaczały egzekutywy i zjazdy. PRL padła, bo była atrapą państwa, niezdolną do przetrwania w międzynarodowej rywalizacji, skłóconą na dodatek z własnymi obywatelami, którzy stanowią o kondycji i żywotności państwa.
Natomiast wszystko to, co można by dobrego o PRL-u powiedzieć dotyczy niektórych tylko ludzi. Oni tworzyli, pisali, odkrywali ważne dla nauki rzeczy nie dlatego, że szansę dała im PRL - oni czynili właściwy użytek ze swoich talentów, pomimo że żyli w PRL-u. Bo cały okres tzw. Polski ludowej, był okresem marnotrawstwa na niespotykaną skalę. Był czasem wypychania najzdolniejszych za granicę, tłumienia przedsiębiorczości i samoograniczaniem się w imię chorej doktryny. Był czasem, per saldo, bezpowrotnie dla Polski straconym. I ktoś za to ponosi winę.
Bo kiedy na pięć lat przed upadkiem PRL-u, cały zachodni świat nabierał niesamowitego impetu i przyspieszenia cywilizacyjnego, nad Wisłą towarzysz generał Jaruzelski przyjmował z należnymi honorami towarzysza Kim Ir Sena. Pal licho, można by powiedzieć, całował się przecież w usta z Breżniewem, Kadarem, Honeckerem i Ceausescu, to co tam jakaś wizyta egzotycznego brata komunisty. Nie takie cudaki nad Wisłą bywały.
A jednak, warto ten fakt przypomnieć i pokazać, jakie też umysły jeszcze niedawno sterowały nawą 40 milionowego narodu. Dlatego też przytaczam poniżej, nie po raz pierwszy zresztą, fragmenty psychicznej aberracji, która zwała się „demokratycznym socjalizmem”. To toast i przemówienie, jakie towarzysz generał Jaruzelski wzniósł (wygłosił) na cześć Kim Ir Sena. To naprawdę miało miejsce, to naprawdę działo się 23 lata temu. Nie wierzycie państwo, popytajcie na lewicy.
Szanowni towarzysze!
Zbliża się czterdziestolecie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Pod przewodnictwem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dokonała się rewolucyjna odmiana, historyczny postęp w życiu naszego narodu. Okres budownictwa socjalistycznego przyniósł nam ogromny awans cywilizacyjny, kulturalny, oświatowy, unowocześnienie, uprzemysłowienie oraz urbanizację kraju.
Na tej drodze nie zabrakło trudności, bolesnych i dramatycznych doświadczeń. Broniąc socjalizmu przegrodziliśmy drogę kontrrewolucji. Urzeczywistniamy konsekwentnie przyjęty na IX Zjeździe partii i potwierdzony na Krajowej Konferencji Delegatów program socjalistycznej odnowy, linię porozumienia i walki. (…)
Powrót Polski na drogę harmonijnego, pomyślnego rozwoju jest jednak sprzeczny z rachubami, zwłaszcza amerykańskiego imperializmu. Jego nacisk na Polskę trwa nadal. Tak jak Wy, drodzy koreańscy przyjaciele, doświadczamy prób bezczelnej ingerencji Stanów Zjednoczonych w nasze własne wewnętrzne sprawy. Tym naciskom nie poddaliśmy się i nie poddamy nigdy. Nie jesteśmy przy tym sami. Mamy niezawodnych sojuszników i przyjaciół - bratni Związek Radziecki, państwa socjalistycznej wspólnoty. Solidaryzuje się z nami światowy, antyimperialistyczny nurt lewicy i postępu społecznego. (…)
No i jak, smoki milusie? Jak się czytało, jak się teraz patrzy na „incydentalne zdanie” niżej podpisanego? Wiem, śnicie o minionej młodości, o tamtych uniesieniach i klęskach. Pora się obudzić. Jawa była taka właśnie!
M.Z.
poniedziałek, 23 maja 2011
Nie mam trupa, ale...
Podobno nic tak nie podnosi poziomu czytelnictwa gazety czy blogu, jak trup na pierwszej stronie. Można się śmiać – ale jest coś w tym powiedzeniu. Mój problem polega jednak na tym, że trupa wygenerować w tym miejscu nie jestem w stanie. Nie znam ani jednego, przykro mi. Dlatego dzisiaj postanowiłem powiedzieć słów kilka o poczuciu humoru. Nie ma trupa – ale są za to fajerwerki. Takie jak na zdjęciu.
Zacznę jednak od pewnego zwierzenia. Otóż większość Sylwestrów mojego życia spędziłem w domu. I jak to tego dnia, lepiej – tej nocy – bywa oglądamy z żoną telewizję. To jest dla mnie pewien szok, nie lubię telewizji i oglądam ją wyłącznie w szczególnych przypadkach. Jak ten właśnie… No bo coś trzeba zrobić przed zwyczajowym wydojeniem flaszki pseudo-szampana i ewentualnie odrobiny jakichś mocniejszych trunków. Gdzieś tam szaleńcy ze zwałami chińskich rakiet pod pachą maszerują w zimową noc – a my lecimy po kanałach. Polskich oglądać się nie da. Ostatnio występował tam bowiem facet przebrany w damskie futro. No pal sześć, że wyglądał jak stary pedał. Gorsze to co gadał i co promował. W głupich słowach dawno przebrzmiałe gwiazdy i kiepskie polskie przeboje z komunistycznych czasów. Tego się po prostu nie dało znieść… A, jeszcze gdzieś mignęły mocarne uda i schaby pani Rodowicz. Czarna rozpacz!
No to my ciach, jedziemy do Francuzów. Znacznie mniejsza sala, kilka osób przy centralnym stole, sądził by ktoś, że zaraz będzie paryski szyk i w ogóle elegancja – Francja. Nic z tego. Gość w kaszkiecie opowiada dowcipy sprzed drugiej wojny światowej, pręży się dama, której młodość minęła jeszcze za Amenhotepa, grubas pokazuje karciane sztuczki, a dwoje szaleńców wspina się na drążek zawieszony pod sufitem. Tyle mają do pokazania? Widać tyle. A ponieważ co rok jest mniej więcej to samo – znaczy publice podoba się. Cholera z nimi. Chcę coś weselszego!
I tu trafiamy do Niemców. Sala duża, stroje specjalnie niechlujne, część gości poprzebierana za prosiaczki albo ptaszki, wszystko zależy od roku. Muzyka za to prostsza. Ktoś powiedział by: prostacka. No ale takie przeboje minionych lat bywały, nic się nie poradzi. Niemcy cieszą się jak dzieci, są wspólne śpiewy, staruszki maślanymi oczyma wpatrują się w byłych młodzianków, staruszkowie stroją miny do jakichś małolatek. Wprost orgia zrozumienia i dobrego samopoczucia. Zwykle zostajemy tam do północy, potem flaszka już pusta, czas spania.
Brzmi to jak pochwała niemieckiej otwartości, prawda? Szczerzy są tacy, cieszą się spontanicznie i bez skrępowania… No cóż, obrazek przy tytule pochodzi z ich programu rozrywkowego. Tak mają w środku roku. Chciał facet zdobyć miłość publiki, włożył racę w dupę, wyszedł przed kamery, odpalił ładunek i było śmiesznie. Sylwestrowy opis jest wyjątkowy. Fajne mają poczucie humoru, prawda? No Wojewódzki się nie umywa! Nawet ten szaleniec Ącki nie ma szans. Choć przynajmniej widać w jakim kierunku podążają.
M.Z.
niedziela, 22 maja 2011
Awanse
Pisuję tu o różnych sprawach, intencja w każdym razie jest taka, by monotematyczny blok „Dupa Maryni” nie stał się najważniejszy. Jest więc blok „Kupić – nie kupić”, wszystko jedno czy samochód, czy mieszkanie, są też inne cykle. Oczywiście nie zawsze wiem co powiedzieć, po prostu nie na wszystkim się znam, choć gdy idzie o „wybory na wyborach” to z wielbicielami PO gadać mi się po prostu nie chce. Już wyjaśniałem dlaczego. W materii kupowania ostatnio jednak zaciekawił mnie dżentelmen uparcie twierdzący, że kłopotów nie ma, bierze się dowolnej wysokości kredyt i już. A ludzie, którzy tego nie potrafią należą do grupy złamasów, więc najwyraźniej sami zasłużyli na swój los.
Teza jest śmiała, ale też znana od lat. Pod koniec starego reżimu, czyli przed rokiem 1989 rozpowszechniana szczególnie chętnie, ponieważ wokół odbywał się wielki ruch uwłaszczania się nomenklaturowych gwiazd – no i jakoś tak zwykle wychodziło, że objawy zewnętrzne nowego bogactwa jednak wymagały pewnego usprawiedliwienia. Wprost: kradzież nie była tak straszna, gdy zdaniem złodziei znalazło się dobre jej usprawiedliwienie. I tak ci, którzy za czasów ostatniego PRL-owskiego Sejmu dostali z jego kancelarii przydziały na świeże Polonezy twierdzili, że to w końcu nic takiego, ot, przeciętny samochód, każdy może poprosić o talon. Co oczywiście wielu czyniło, z wiadomym negatywnym skutkiem. A grać było o co, nie wszyscy pewnie pamiętają, że kupno dwóch Polonezów po cenie państwowej i sprzedanie ich natychmiast po cenie wolnorynkowej gwarantowało zakup w Warszawie dwupokojowego mieszkania własnościowego.
Inni, może mniej doskonale ustawieni w „Robotniczej i Jedynej” mieli nad szarym tłumem tę przewagę, że wiedzieli gdzie i kogo słuchać – oraz od kogo na krótko pożyczyć worek kasy. Wystarczyło tylko działać jak niespieszny myśliwy, pilnie obserwujący otoczenie, a potem naciskający spust strzelby bez najmniejszego wahania. Posłużę się konkretnym przykładem: oto znany mi kierownik sklepu wielobranżowego zauważył, że na sąsiedniej posesji, u sprzedawcy samochodów pewnej japońskiej marki, pod koniec roku ruch zamarł niemal całkowicie. Naiwni sądzili, że auta po prawie 7 tysięcy dolarów zaraz po Sylwestrze stanieją, będą wszak o rok starsze – więc ich na razie nie kupowali. Zupełnie nie interesowały ich polityczne spory, pośród których coraz częściej pojawiało się ciche stwierdzenie, że oto dostaliśmy się (Polacy) do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i obieg naszego pieniądza tudzież jego wartość MUSZĄ być urealnione. Tak też się stało – tyle że informacja odpowiednio wcześniej wyciekła gdzie wyciec miała i oto mój kierownik dostał przed świętami wspaniały prezent. Wiedział mianowicie, że niezagospodarowane auta z sąsiedniego placu podrożeją. Wiedział też kiedy to się stanie.
Przyszedł więc czas na działanie. Przemyślny a dobrze zorientowany pożyczył wspominany worek kasy, udał się do sprzedawcy japończyków i na pniu kupił wszystko, co na placu stało. Nie tykając broń Boże palcem ani jednej maszyny! Stały nadal gdzie stały przedtem. Tyle że następnego dnia warte były już nie 7, ale 13 tysięcy dolarów za sztukę. Różnica jak łatwo policzyć wynosiła 6 tysięcy upragnionych przez rodaków zielonych papierków. Wziął je do kieszeni? Jeszcze nie.
Więc może przyszła Izba Skarbowa i puściła drania w skarpetkach? Nic podobnego. Proszę słuchać dalej: oto legalny właściciel nowej motoryzacyjnej floty widząc potworne zamieszanie przed siedzibą dealera udał się do kierownika i zaproponował mu prosty interes. „Odsprzedam ci wszystko jak stoi po... powiedzmy 12 tysięcy”. „Coś ty, chory! Dam ci po dychu i spadaj...” Targ w targ stanęło na 11 tysiącach. Dealer zarobił po dwa tysiące, przemyślny po cztery tysiące na jednym aucie – bo oczywiście zaciągniętą pożyczkę spłacił natychmiast. Samochody poszły na pniu – przyszli właściciele obawiali się kolejnych podwyżek. Skądinąd słusznie. Sprytnych inwestorów tez nikt nigdy o nic nie pytał. Powszechnie wiadomo było, że jeden ma chody w prokuraturze, a ciotka drugiego sama w sobie jest Izbą Skarbową. Rozeszło się po kościach.
Samochodów na placu było dwadzieścia dwa. Resztę rachunków pozostawiam wiernym Czytelnikom. Odpowiedź na pytanie czy wszyscy mogli robić podobne interesy – również.
Mnóstwo ludzi ma taki właśnie „zasłużony los” – kibiców zdarzeń. Szczerze mówiąc nie cierpię z tego powodu, niestety innym męka niezaspokojenia sen z oczu spędza stale. Po drugiej stronie barykady, po stronie tych zapobiegliwych też nie ma świętego spokoju. Co i raz któryś weźmie przypadkiem jakąś książkę do ręki, otworzy i czyta, a włos staje mu dęba na głowie: „Spisane będą czyny i rozmowy...” Myślicie że cieszy się z lektury noblisty Miłosza? A skądże! Natychmiast zaczyna kombinować, że może jednak naprawdę ktoś coś tam zapamiętał albo i zapisał, nieopatrznie chlapnie gdzieś jęzorem i diabli wzięli spokojne i dostatnie życie. W ten prosty sposób stres towarzyszy i jednym i drugim, wzbogaconym i golasom. To może być ciekawa mieszanka w niebie – bo że z powodu cierpień wszyscy pójdziemy do nieba to chyba nikt nie ma wątpliwości?
M.Z.
środa, 18 maja 2011
Rozterki
Ostatnio rozpisałem się o ogonkowych stronach ludzkiej niedoskonałości. Dzisiaj o polityce i innych przypadłościach.
Brytyjski pisarz, dziennikarz i autor programów telewizyjnych Malcom Muggeridge zauważył kiedyś i tę uwagę zapisał: “Człowiek w naszym stuleciu uruchomił przepotężną machinę wyobraźni, jakiej dotychczas nie znano. Gdziekolwiek się obrócić, wszędzie wmawiają ci, że szczęście można osiągnąć za pomocą ciała, pełnię życia zaś – przez sukces (...). Człowiek wzniósł pomnik najstraszliwszego bożka, przed którym pada na twarz i którego jedynie uwielbia: siebie samego”.
Właściwie nie wiem dlaczego tę skądinąd słuszną obserwację przypisuje się Brytolowi. Może dlatego, że utarło się, iż coś, co pochodzi stamtąd jest pewniejsze, niż gdyby powstało tutaj? A tutaj, w Polsce, podobne treści słyszałem na własne „ucha dwa” po wielokroć. Nic to… Widzę tu pewne podobieństwo z innym znanym, może nawet bardziej znanym w Polsce dziennikarzem brytyjskim. Jeremy Clarkson prowadzi telewizyjny program Top Gear i wypowiada różne „prawdy”, niekoniecznie słuszne, tonem tak napuszonym i pewnym siebie, że większość widzów łyka to bez popicia i wyje z radości. Gdyby ktoś zadał sobie jednak trud obejrzenia kilku po kolei wystąpień Clarksona bez wątpienia dostrzeże, że dowcipy są stosunkowo płaskie, a obserwacje z drugiej lub trzeciej audycji już nie zwalają z nóg tak jak z pierwszej. Po prostu inny styl – ale w sumie normalka i standard. Przy czym skoro nie ma takiego uniwersalnego prawa, które nie obejmowało by rodaków twórcy tego prawa – łacno zauważyć, że Clarkson poziom samouwielbienia ma naprawdę wysoki. Co oczywiście zasadę Muggeridge’a tylko potwierdza.
No dobra, popastwiłem się nad dżemojadami, pora na polską merytorykę. Chodzi mi o arogancję jako zjawisko. Nie tylko tę znaną z ulicy czy biura – ale też tę, której doświadczamy pisząc komentarze pod niektórymi wpisami zakochanych w sobie blogerów. Aroganci blogerscy dzielą się w gruncie rzeczy na dwie grupy: tych, którzy świetnie piszą na różne tematy, mają specyficzną i nie do podrobienia frazę. I tych, którzy piszą kiepsko, ale mają rozległą wiedzę w jakiejś tajemnej dziedzinie. Na przykład biblistyce.
Właściwie winno się ich cenić. Choćby z powodu zdefiniowanego kiedyś przez takich psychologów, jak Fromm czy Maslow: nie będziesz umiał lubić innych jeśli nie polubisz, nie zaakceptujesz siebie. Jest w tym jakaś racja, prawda? Ale już następna teza musi być tak postawiona, by próbować wyznaczyć rozsądne granice tej samoakceptacji. Bo samoakceptacja to wcale nie samouwielbienie. A to drugie nie jest żadną legitymacja do twierdzenia: tu i teraz ja rządzę, reszta ma się dostosować. Tak to sobie może pogadywać paru zakapturzonych szczyli, silnych w grupie i molestujących samotną panienkę na przystanku. Ale pisać takie teksty… Wstyd, po prostu wstyd!
Źle się czuję w towarzystwie takich osób, na ogół staram się unikać miejsc, gdzie bywają. I to nie ze strachu czy obawy – raczej z powodu tego, że do pewnej chwili jestem niesamowicie cierpliwy, potem wybucham. Płomiennie – i dość nieprzyzwoicie. Po cóż więc w życiu pełnym zasadzek narażać się na dodatkowe tego typu atrakcje?
Sukces z pierwszego akapitu to rozpaczliwa pogoń niektórych blogerów za tzw. klikalnością. Co im to daje, jeśli z góry można przyjąć, że pieniędzy nie? Władzy też nie. Sławy? Może trochę. W dość wąskim środowisku, nie oszukujmy się, platformy typu Salon24 czy Nowy Ekran to dość skromne narzędzia wpływu. Reszty nie potrafię przekonująco wyjaśnić. Ludzie najwidoczniej lubią spalać się w płomieniach własnych odbić w lustrze. Narcystyczne natury bardzo szybko zapominają, że winni Czytelnikom Prawdę, nadto smacznie podaną. Liczą się już tylko oni sami. Niektórzy podstępnie utrzymują, że wydalany z własnych trzewi bełkot jest właśnie tą Prawdą – i tylko idioci oraz mali duchem nie potrafią się połapać. Powiem wprost: sądzę, że tacy właśnie blogerzy są większym zagrożeniem dla Polski, niż wszyscy tajni agenci razem wzięci. Bo oto potrafią porwać za sobą określoną grupę. Bo wytwarzają wokół siebie aurę nieomylności i niemal działania w imię Boże. Po czym prowadzą tę swoją grupę na skraj urwiska – i jazda w dół, cóż z tego, że to bolesna podróż?
I plan kolejny: upadek fałszywych bożków rodzi najczęściej niechęć do autorytetów w ogóle. Do prawdy serwowanej na odkrytym talerzu. Zawiedzeni mają prawo odczuwać dyskomfort psychiczny: poprzedni przewodnik też mówił smacznie i pozornie do rzeczy, po czym jak to się powiada uwiódł i porzucił… Kto dzisiaj jest w stanie prócz niewielkiej grupki wysłuchać uważnie tego, co mówi Nigel Farage? O Unii, o rządach narodowych, o klasie politycznej, równie zepsutej u nas, jak w każdym innym państwie europejskim… Czy nie jest przypadkiem tak, że bezsensowne popisy Clarksona deprecjonują Farage’a? Czy nie jest tak, że „elokwentni” od Kluzik-Rostkowskiej zrobili co zrobili tylko dlatego, by posiać zamęt w ludzkich głowach i rozumach? Po cóż nam dzisiaj niekończące się dysputy o możliwości powrotu do PiS-u Bielana, człowieka bardziej znanego z tego, co spieprzył, niż z tego co zbudował? W panopticum politycznym Polski stale te same twarze, coraz pulchniejsze lub wręcz nalane, te same durnowate miny i lekko wypowiadane brednie rzekomo podnoszące słupki. Jakie słupki? Przecież już dziecko wie, że leninowska organizatorska funkcja prasy najdzielniej podtrzymywana jest właśnie w tak zwanych ośrodkach badania opinii publicznej. Zatem: oni niczego nie badają, oni organizują, kształtują i wskazują. Słupki są życzeniami. Może dosadniej: rozkazami, które durnowaty wyborca ma wykonać. Bo jeśli nie to zamknie mu się stadion, wylegitymuje, zatrzyma, osadzi, skarze na grzywnę. Albo sądownie nakaże powielanie kłamstwa – jak to się właśnie przydarzyło Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Na marginesie – bardzo ciekawi mnie jakie będą losy tego sędziego (lub sędziny), który wydał kuriozalny wyrok nakazujący głoszenie za potwornie wielkie pieniądze ewidentnej nieprawdy. Czy jako urzędnik państwowy będzie musiał z własnej kieszeni pokryć straty? Czy też na tumana kazuistycznego złożymy się znowu wszyscy?
Trochę to wszystko nieskładne, wiem. Jak rozterki. Przecież nie przychodzą w rytm z góry nakreślonego planu. Wczoraj nie było, dzisiaj są. A potwory trzeba nazywać, wtedy mniej znaczą.
M.Z.
Brytyjski pisarz, dziennikarz i autor programów telewizyjnych Malcom Muggeridge zauważył kiedyś i tę uwagę zapisał: “Człowiek w naszym stuleciu uruchomił przepotężną machinę wyobraźni, jakiej dotychczas nie znano. Gdziekolwiek się obrócić, wszędzie wmawiają ci, że szczęście można osiągnąć za pomocą ciała, pełnię życia zaś – przez sukces (...). Człowiek wzniósł pomnik najstraszliwszego bożka, przed którym pada na twarz i którego jedynie uwielbia: siebie samego”.
Właściwie nie wiem dlaczego tę skądinąd słuszną obserwację przypisuje się Brytolowi. Może dlatego, że utarło się, iż coś, co pochodzi stamtąd jest pewniejsze, niż gdyby powstało tutaj? A tutaj, w Polsce, podobne treści słyszałem na własne „ucha dwa” po wielokroć. Nic to… Widzę tu pewne podobieństwo z innym znanym, może nawet bardziej znanym w Polsce dziennikarzem brytyjskim. Jeremy Clarkson prowadzi telewizyjny program Top Gear i wypowiada różne „prawdy”, niekoniecznie słuszne, tonem tak napuszonym i pewnym siebie, że większość widzów łyka to bez popicia i wyje z radości. Gdyby ktoś zadał sobie jednak trud obejrzenia kilku po kolei wystąpień Clarksona bez wątpienia dostrzeże, że dowcipy są stosunkowo płaskie, a obserwacje z drugiej lub trzeciej audycji już nie zwalają z nóg tak jak z pierwszej. Po prostu inny styl – ale w sumie normalka i standard. Przy czym skoro nie ma takiego uniwersalnego prawa, które nie obejmowało by rodaków twórcy tego prawa – łacno zauważyć, że Clarkson poziom samouwielbienia ma naprawdę wysoki. Co oczywiście zasadę Muggeridge’a tylko potwierdza.
No dobra, popastwiłem się nad dżemojadami, pora na polską merytorykę. Chodzi mi o arogancję jako zjawisko. Nie tylko tę znaną z ulicy czy biura – ale też tę, której doświadczamy pisząc komentarze pod niektórymi wpisami zakochanych w sobie blogerów. Aroganci blogerscy dzielą się w gruncie rzeczy na dwie grupy: tych, którzy świetnie piszą na różne tematy, mają specyficzną i nie do podrobienia frazę. I tych, którzy piszą kiepsko, ale mają rozległą wiedzę w jakiejś tajemnej dziedzinie. Na przykład biblistyce.
Właściwie winno się ich cenić. Choćby z powodu zdefiniowanego kiedyś przez takich psychologów, jak Fromm czy Maslow: nie będziesz umiał lubić innych jeśli nie polubisz, nie zaakceptujesz siebie. Jest w tym jakaś racja, prawda? Ale już następna teza musi być tak postawiona, by próbować wyznaczyć rozsądne granice tej samoakceptacji. Bo samoakceptacja to wcale nie samouwielbienie. A to drugie nie jest żadną legitymacja do twierdzenia: tu i teraz ja rządzę, reszta ma się dostosować. Tak to sobie może pogadywać paru zakapturzonych szczyli, silnych w grupie i molestujących samotną panienkę na przystanku. Ale pisać takie teksty… Wstyd, po prostu wstyd!
Źle się czuję w towarzystwie takich osób, na ogół staram się unikać miejsc, gdzie bywają. I to nie ze strachu czy obawy – raczej z powodu tego, że do pewnej chwili jestem niesamowicie cierpliwy, potem wybucham. Płomiennie – i dość nieprzyzwoicie. Po cóż więc w życiu pełnym zasadzek narażać się na dodatkowe tego typu atrakcje?
Sukces z pierwszego akapitu to rozpaczliwa pogoń niektórych blogerów za tzw. klikalnością. Co im to daje, jeśli z góry można przyjąć, że pieniędzy nie? Władzy też nie. Sławy? Może trochę. W dość wąskim środowisku, nie oszukujmy się, platformy typu Salon24 czy Nowy Ekran to dość skromne narzędzia wpływu. Reszty nie potrafię przekonująco wyjaśnić. Ludzie najwidoczniej lubią spalać się w płomieniach własnych odbić w lustrze. Narcystyczne natury bardzo szybko zapominają, że winni Czytelnikom Prawdę, nadto smacznie podaną. Liczą się już tylko oni sami. Niektórzy podstępnie utrzymują, że wydalany z własnych trzewi bełkot jest właśnie tą Prawdą – i tylko idioci oraz mali duchem nie potrafią się połapać. Powiem wprost: sądzę, że tacy właśnie blogerzy są większym zagrożeniem dla Polski, niż wszyscy tajni agenci razem wzięci. Bo oto potrafią porwać za sobą określoną grupę. Bo wytwarzają wokół siebie aurę nieomylności i niemal działania w imię Boże. Po czym prowadzą tę swoją grupę na skraj urwiska – i jazda w dół, cóż z tego, że to bolesna podróż?
I plan kolejny: upadek fałszywych bożków rodzi najczęściej niechęć do autorytetów w ogóle. Do prawdy serwowanej na odkrytym talerzu. Zawiedzeni mają prawo odczuwać dyskomfort psychiczny: poprzedni przewodnik też mówił smacznie i pozornie do rzeczy, po czym jak to się powiada uwiódł i porzucił… Kto dzisiaj jest w stanie prócz niewielkiej grupki wysłuchać uważnie tego, co mówi Nigel Farage? O Unii, o rządach narodowych, o klasie politycznej, równie zepsutej u nas, jak w każdym innym państwie europejskim… Czy nie jest przypadkiem tak, że bezsensowne popisy Clarksona deprecjonują Farage’a? Czy nie jest tak, że „elokwentni” od Kluzik-Rostkowskiej zrobili co zrobili tylko dlatego, by posiać zamęt w ludzkich głowach i rozumach? Po cóż nam dzisiaj niekończące się dysputy o możliwości powrotu do PiS-u Bielana, człowieka bardziej znanego z tego, co spieprzył, niż z tego co zbudował? W panopticum politycznym Polski stale te same twarze, coraz pulchniejsze lub wręcz nalane, te same durnowate miny i lekko wypowiadane brednie rzekomo podnoszące słupki. Jakie słupki? Przecież już dziecko wie, że leninowska organizatorska funkcja prasy najdzielniej podtrzymywana jest właśnie w tak zwanych ośrodkach badania opinii publicznej. Zatem: oni niczego nie badają, oni organizują, kształtują i wskazują. Słupki są życzeniami. Może dosadniej: rozkazami, które durnowaty wyborca ma wykonać. Bo jeśli nie to zamknie mu się stadion, wylegitymuje, zatrzyma, osadzi, skarze na grzywnę. Albo sądownie nakaże powielanie kłamstwa – jak to się właśnie przydarzyło Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Na marginesie – bardzo ciekawi mnie jakie będą losy tego sędziego (lub sędziny), który wydał kuriozalny wyrok nakazujący głoszenie za potwornie wielkie pieniądze ewidentnej nieprawdy. Czy jako urzędnik państwowy będzie musiał z własnej kieszeni pokryć straty? Czy też na tumana kazuistycznego złożymy się znowu wszyscy?
Trochę to wszystko nieskładne, wiem. Jak rozterki. Przecież nie przychodzą w rytm z góry nakreślonego planu. Wczoraj nie było, dzisiaj są. A potwory trzeba nazywać, wtedy mniej znaczą.
M.Z.
poniedziałek, 16 maja 2011
I znowu o .... Maryni
Najbardziej zadziwiającą właściwością pisywania w sieci – a może pisywania w ogóle? – jest to, że autor nigdy nie jest pewien co zaciekawi łaskawych Czytelników. A ostatnio zaciekawiło ich moje rozważanie na temat paryskich mód uwodzenia i erotycznych zabaw z tegoż miasta. Korespondencja na podanego maila, ale z zastrzeżeniem, by nie publikować… No jakżebym mógł! Ale ponieważ pewna przemiła Czytelniczka zarzuca mi tam lekkie mijanie się z prawdą – chyba mam prawo do obrony? Przy czym chcę jak najmocniej zastrzec, że podstawowa myśl tamtego tekstu dotyczyła manipulacji w ogóle, nie wyłącznie erotycznej, paryskiej i kawiarnianej. Szczerze mówiąc guzik mnie pani Gretkowska i jej romans z Żuławskim obchodzi…
Poszło otóż o pary w wieku mieszanym. Napisałem tak : „…zaszczepianie nam na siłę wzorów paryskich, w których starszy facet i młoda (albo młodsza od „mistrza”), wchodząca w obieg panienka jest zjawiskiem znanym od wielu lat, to prawda, że ostatnio znów dość życzliwie odbieranym. A w ogóle wzorzec paryskiego seks-skandalu zawsze był biologicznie dosadny i tym się różnił od innych skandali, czym różnią się filmy instruktażowe dla początkujących ginekologów od filmów erotycznych…” I powiem wprost: PODTRZYMUJĘ TĘ TEZĘ! Nie jest bowiem prawdą, że w tej metropolii, tak bardzo oponentce się podobającej, liczy się tylko młodość. To znaczy – ona się liczy, ale zdecydowanie jako paliwo dla wieku nieco stateczniejszego. Tak – od lat! Dowód? Proszę bardzo: rok 1969, utwór muzyczny „Je t’aime moi non plus” Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin. Nie będę opisywał, łatwo znaleźć w sieci, sugeruję dokładnie przesłuchać (na przykład na YouTube) mając przed oczyma tę właśnie parę z okładki płyty. Takie są realia, proszę Państwa. Niczego sobie nie zmyślałem. A że młodzi lubią też z młodymi? No lubią, przecież nie zaprzeczam. Tyle że to już inna bajka, ja się raczej w takich opowieściach nie specjalizuję.
Nieco rozbawiony
M.Z.
niedziela, 15 maja 2011
Coryllus i skandale - czyli część druga wczorajszego dnia
Napisałem wczoraj na swoim blogu i w witrynie Polacy.eu.org tekst pod tytułem „Seks i skandale - czyli czym jest dupa dla artysty”. To swojego rodzaju uzupełnienie wobec tekstu Coryllusa „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego” opublikowanego w Nowym Ekranie.
I rozpoczęła się na Ekranie rozmowa, może lepiej powiem: spór. Jedni tak – drudzy siak. Dzisiaj autor oryginału wpuścił w sieć kolejny felieton poświęcony tej tematyce – „O pisarzach zdradzających żony i obszarach znaczeń”. Tłumaczy w nim rzeczy, które jego zdaniem wymagają doprecyzowania. A robi to tak:
„…Pod wczorajszym tekstem doszło do wymiany zdań pomiędzy Orlandofurioso a Toyahem. Wymiana ta dotyczyła istoty mojej notki, jej właściwej treści oraz reakcji czytelników na to co napisałem. Od razu powiem, że w tym lekkim sporze przychylam się do opinii Toyaha. Orlnadofurioso bowiem uznał, że temat notki nie licuje z powagą blokowiska. Nie licuje? No to jedziemy…
…Mogłem wczoraj napisać; kolorowe gazety tak samo jak inne wprzęgnięte są do antysmoleńskiej propagandy. Wykorzystują do tego celu nazwiska tak zwanych celebrytów, ach jakie to okropne. Mogłem tak zrobić, ale nie zrobiłem. Postanowiłem nieco rozbudować formę, nadać jej charakter obsceniczny, skandalizujący, według najlepszych wzorów lansowanych przez modnych pisarzy. Stąd właśnie „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Pomyślałem jednak, że publiczność tutejsza jest jednak trochę szlachetniejsza niż ci, co kupują Gretkowską i dlatego napisałem „tyłek”, a nie inaczej. Orlando zaś zarzucił mi, że przenoszę na NE tematy z Pudelka. Powiem ci w tajemnicy Orlando, że są tacy, którzy przenoszą tu tematy wprost z „Trybuny Ludu” i „Żołnierza wolności”, ale to jest trudniejsze do wykrycia dla nieuważnego czytelnika…”
I w tym momencie - przyznam się - nieco zgłupiałem. Do Coryllusa: żadną miarą Twój wczorajszy tekst nie akcentował w pierwszym planie antysmoleńskiej funkcji przywoływanych tytułów, zdarzeń i zjawisk! Nawet jeśli była taka intencja – to rozłożenie akcentów tekstu skutecznie ją zamazało. Powiem, że ja odczytałem całość jako dość płomienny manifest przeciwko zgłupianiu odbiorców, ba, jako opowieść o sposobach manipulacji uwagą zbiorowości poprzez ukazywanie rąbka rzekomej tajemnicy pochodzącej z tak zwanych artystycznych sfer. Które to czynności służą rzeczy, o której rozmawialiśmy po wielokroć, wtedy, gdy pisywałem dla Ekranu i jeszcze wcześniej, gdy obydwaj pisywaliśmy do Salonu 24. Celem tej manipulacji jest odwrócenie ludzkiej uwagi od rzeczy ważnych, znaczących dla bytu rodzin, może nawet całego narodu. W tym sensie oczywiście Smoleńsk wpisuje się na listę zdarzeń zamazywanych. Ale przecież nie tylko Smoleńsk – także drożyzna, rządowe łgarstwa, arogancja i kłamstwa każdej formy władzy, grabienie majątku narodowego, wyprzedaż polskich interesów, moglibyśmy długo tak poszerzać tę listę.
Dlatego by jeszcze jaśniej przedstawić mój pogląd na „włochaty tyłek pewnego reżysera”: sugeruję przeczytanie mojego tekstu „Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!” Jest bowiem dokładnie jak w opisywanym tam incydencie – władcy dusz (za takich się przecież mają!) uznali, że rozedrgany tłum, może nawet znaczna część narodu ulega swoistej nudzie, nierozważnie poczyna kombinować co by tu zmienić, kogo mianować, a kogo usunąć – w związku z czym należy im „przylutować”. I nie raz wcale, ale całą serią! Rzecz jasna nie można narodowi zmajstrować nocnego marszobiegu – co stało się w oryginale i co było owym "lutowaniem". Można natomiast najpierw naszczać mu do zniczy przynoszonych na Krakowskie, a dalej i niejako wzamian zachęcić do zastanawiania się kto kogo i kiedy zdradził, z kim spał i za co, jak wyglądają paryskie romanse w polskim wydaniu. A nawet pokazać jak wyglądają schaby (bo w końcu dupa znajduje się niżej, prawda?) artystki X i włochaty tors artysty Y. Przypomnij sobie, Coryllusie, czy to aby nie przypomina tych zdarzeń z lat 80-tych, sam je opisywałeś, kiedy to zasugerowano części młodych idiotów mianowanie swych domostw strefami bezatomowymi? I w tych strefach nie można było jeszcze oglądać gołych bab – ale można było podniecać się romansami i pijaństwami zagranicznych i krajowych szarpidrutów podłej jakości. Tudzież głosować na lokalne listy przebojów, wtedy na piśmie, płynął cenny czas i nikomu kiełbie we łbie się nie zalęgały…
A co się tyczy polemiki wymienionych na wstępie Panów: nie uważam jak Orlandofurioso by istniały tematy szlachetne i godne omawiania, oraz mniej szlachetne i godne magla. Wszystko jest bowiem kwestią stylu, w jakim uprawia się polemiki i opowieści, ba, nawet człowieka, który to czyni. Odpowiedź Toyaha jako proszącą się o awanturę pominę, sądzę, że prędzej czy później zdarzy się coś, co sam autor określi mianem „wpierdolu”. Po prostu, cny Toyahu, którego szanuje za stworzenie unikalnej narracji – dostaniesz od kogoś potworny słowny wpierdol. I słusznie – ponieważ prosisz się o to od dłuższego czasu, moim zdaniem bezsensownie.
M.Z.
I rozpoczęła się na Ekranie rozmowa, może lepiej powiem: spór. Jedni tak – drudzy siak. Dzisiaj autor oryginału wpuścił w sieć kolejny felieton poświęcony tej tematyce – „O pisarzach zdradzających żony i obszarach znaczeń”. Tłumaczy w nim rzeczy, które jego zdaniem wymagają doprecyzowania. A robi to tak:
„…Pod wczorajszym tekstem doszło do wymiany zdań pomiędzy Orlandofurioso a Toyahem. Wymiana ta dotyczyła istoty mojej notki, jej właściwej treści oraz reakcji czytelników na to co napisałem. Od razu powiem, że w tym lekkim sporze przychylam się do opinii Toyaha. Orlnadofurioso bowiem uznał, że temat notki nie licuje z powagą blokowiska. Nie licuje? No to jedziemy…
…Mogłem wczoraj napisać; kolorowe gazety tak samo jak inne wprzęgnięte są do antysmoleńskiej propagandy. Wykorzystują do tego celu nazwiska tak zwanych celebrytów, ach jakie to okropne. Mogłem tak zrobić, ale nie zrobiłem. Postanowiłem nieco rozbudować formę, nadać jej charakter obsceniczny, skandalizujący, według najlepszych wzorów lansowanych przez modnych pisarzy. Stąd właśnie „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Pomyślałem jednak, że publiczność tutejsza jest jednak trochę szlachetniejsza niż ci, co kupują Gretkowską i dlatego napisałem „tyłek”, a nie inaczej. Orlando zaś zarzucił mi, że przenoszę na NE tematy z Pudelka. Powiem ci w tajemnicy Orlando, że są tacy, którzy przenoszą tu tematy wprost z „Trybuny Ludu” i „Żołnierza wolności”, ale to jest trudniejsze do wykrycia dla nieuważnego czytelnika…”
I w tym momencie - przyznam się - nieco zgłupiałem. Do Coryllusa: żadną miarą Twój wczorajszy tekst nie akcentował w pierwszym planie antysmoleńskiej funkcji przywoływanych tytułów, zdarzeń i zjawisk! Nawet jeśli była taka intencja – to rozłożenie akcentów tekstu skutecznie ją zamazało. Powiem, że ja odczytałem całość jako dość płomienny manifest przeciwko zgłupianiu odbiorców, ba, jako opowieść o sposobach manipulacji uwagą zbiorowości poprzez ukazywanie rąbka rzekomej tajemnicy pochodzącej z tak zwanych artystycznych sfer. Które to czynności służą rzeczy, o której rozmawialiśmy po wielokroć, wtedy, gdy pisywałem dla Ekranu i jeszcze wcześniej, gdy obydwaj pisywaliśmy do Salonu 24. Celem tej manipulacji jest odwrócenie ludzkiej uwagi od rzeczy ważnych, znaczących dla bytu rodzin, może nawet całego narodu. W tym sensie oczywiście Smoleńsk wpisuje się na listę zdarzeń zamazywanych. Ale przecież nie tylko Smoleńsk – także drożyzna, rządowe łgarstwa, arogancja i kłamstwa każdej formy władzy, grabienie majątku narodowego, wyprzedaż polskich interesów, moglibyśmy długo tak poszerzać tę listę.
Dlatego by jeszcze jaśniej przedstawić mój pogląd na „włochaty tyłek pewnego reżysera”: sugeruję przeczytanie mojego tekstu „Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!” Jest bowiem dokładnie jak w opisywanym tam incydencie – władcy dusz (za takich się przecież mają!) uznali, że rozedrgany tłum, może nawet znaczna część narodu ulega swoistej nudzie, nierozważnie poczyna kombinować co by tu zmienić, kogo mianować, a kogo usunąć – w związku z czym należy im „przylutować”. I nie raz wcale, ale całą serią! Rzecz jasna nie można narodowi zmajstrować nocnego marszobiegu – co stało się w oryginale i co było owym "lutowaniem". Można natomiast najpierw naszczać mu do zniczy przynoszonych na Krakowskie, a dalej i niejako wzamian zachęcić do zastanawiania się kto kogo i kiedy zdradził, z kim spał i za co, jak wyglądają paryskie romanse w polskim wydaniu. A nawet pokazać jak wyglądają schaby (bo w końcu dupa znajduje się niżej, prawda?) artystki X i włochaty tors artysty Y. Przypomnij sobie, Coryllusie, czy to aby nie przypomina tych zdarzeń z lat 80-tych, sam je opisywałeś, kiedy to zasugerowano części młodych idiotów mianowanie swych domostw strefami bezatomowymi? I w tych strefach nie można było jeszcze oglądać gołych bab – ale można było podniecać się romansami i pijaństwami zagranicznych i krajowych szarpidrutów podłej jakości. Tudzież głosować na lokalne listy przebojów, wtedy na piśmie, płynął cenny czas i nikomu kiełbie we łbie się nie zalęgały…
A co się tyczy polemiki wymienionych na wstępie Panów: nie uważam jak Orlandofurioso by istniały tematy szlachetne i godne omawiania, oraz mniej szlachetne i godne magla. Wszystko jest bowiem kwestią stylu, w jakim uprawia się polemiki i opowieści, ba, nawet człowieka, który to czyni. Odpowiedź Toyaha jako proszącą się o awanturę pominę, sądzę, że prędzej czy później zdarzy się coś, co sam autor określi mianem „wpierdolu”. Po prostu, cny Toyahu, którego szanuje za stworzenie unikalnej narracji – dostaniesz od kogoś potworny słowny wpierdol. I słusznie – ponieważ prosisz się o to od dłuższego czasu, moim zdaniem bezsensownie.
M.Z.
sobota, 14 maja 2011
Seks i skandale - czyli czym jest dupa dla artysty
W Nowym Ekranie pisuje mój dobry znajomy, Coryllus. Mam pewne kłopoty z jednoznacznym zakwalifikowaniem gatunkowym tekstów, doradzam lekturę samodzielną, daję słowo, że warto. W każdym razie w coryllusowych rozważaniach przewija się wątek roli artystów w życiu publicznym, znaczeniu skandalu, jaki od czasu do czasu urządzają, by publika o nich nie zapomniała. I elementów, akcesoriów, które są wykorzystywane dla podbicia rangi tego skandalu.
Ostatni tekst Coryllusa zatytułowany był zaciekawiająco: „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: w ogóle nie jestem ciekaw pana Żuławskiego, a szczegółów jego anatomii to już całkiem nie. Zwrócił wszakże moją uwagę pewien fakt, który zdaje się nieco umknął coryllusowej uwadze w treści wywodu: otóż zaszczepianie nam na siłę wzorów paryskich, w których starszy facet i młoda (albo młodsza od „mistrza”), wchodząca w obieg panienka jest zjawiskiem znanym od wielu lat, to prawda, że ostatnio znów dość życzliwie odbieranym. A w ogóle wzorzec paryskiego seks-skandalu zawsze był biologicznie dosadny i tym się różnił od innych skandali, czym różnią się filmy instruktażowe dla początkujących ginekologów od filmów erotycznych. Nie wdaję się w szczegóły, tego po prostu niesposób nie zauważyć nawet nie będąc filmowym koneserem. W dziejach literatury i filmu Francuzi osiągnęli tu prawdziwy szczyt idiotyzmu – do dzisiaj pamiętam książkę jakiegoś paryskiego frustrata, który długo i namiętnie opisywał swój problem towarzyski. Otóż ilekroć coś go zainteresowało w wieloosobowej rozmowie natychmiast odczuwał potrzebę podrapania się w swą rurę wydechową. Dzieło ponoć szokowało współczesnych pisarzynie. Mnie brzydziło. No ale ja nie jestem paryskim literatem i chyba już nigdy nie będę…
Pisze tedy Coryllus tak: „…wokół Paryża, kawiarni, hoteli i łóżka ze zmiętą pościelą krążą myśli pisarki Gretkowskiej, której wynurzenia przeczytałem w kolejce do dentysty. „Wynurzała” się ona na okoliczność wydania kolejnej książki pod tytułem „Trans”, która opowiada o romansie autorki z reżyserem Żuławskim. Od razu powiem, że Żuławski to jest ten gorszy z dwóch peerelowskich skandalistów robiących filmy. Borowczyk nie pieprzył takich okropnych truizmów i w ogóle miał tę zaletę, że mówił mało. Niestety Pan Bóg postanowił zabrać ich do siebie w odwrotnej kolejności. Żuławski miał w PRL pozwolenie na skandalizowanie, a jego filmy miały tę samą funkcję co dziś programy Wojewódzkiego, były też tak samo gówniane. Chopin rzygający krwią na białą klawiaturę fortepianu, i temu podobne utensylia. Miało to przekonać widza, że ma do czynienia ze sztuką. I przekonywało. Synowie prokuratorów i dyplomatów czynnych w ZSRR mogli w takie rzeczy uwierzyć. Mogli nawet uwierzyć w to, że Chopin był w Tatrach, bo tak to się reżyserowi kiedyś w filmie „Błękitna nuta” chlapnęło. Nie jest to jednak, prawda, towarzysze, szczegół ważny. Ważna bowiem i istotna jest sztuka i ekspresja…”
Za PRL-u Żuławski nakręcił film „Trzecia część nocy”. Jedna ze scen przedstawia tam poród kobiety, jak twierdzili wtajemniczeni rodziła ówczesna żona reżysera Małgorzata Braunek i robiła to ponoć naprawdę, nie jak ryży aktor Olbrychski, który grając u Hoffmana Azję Tuhaj-Bejowicza nabijany był na pal pod narkozą (sam tak twierdził, podobno ironicznie i w odpowiedzi na dociekliwe pytania wiernych wielbicielek). Skandalizująca para nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, proszę pamiętać, że w latach 60- i 70-tych nie było TVN-u. A jednak zadziwiać się dało. Wtedy w podwarszawskiej wsi letniskowej Urle, gdzie skandaliści spędzali część urlopu. Pamiętam to dobrze, miałem jadać obiady w prywaciarskiej stołówce, a nie bardzo mogłem, bo właścicielka uważała, że Artysta nie zniesie podczas wtranżalania schabowego obecności młodocianych idiotów. Żarli więc na osobności, a zgromadzona pod płotem gawiedź nie miała innego wyjścia: ZAZDRASZCZAŁA z piszczącymi z głodu brzuchami. Wiem, to trudna czynność, ale wszyscy ją wtedy dzięki artyście Żuławskiemu posiedliśmy w stopniu mistrzowskim.
I pisze dalej Coryllus: „…Jak tylko komuna się skończyła zaczął się Żuławski produkować w telewizji i robił tam mniej więcej to samo co Wajda – opowiadał o wyższości kultury i sztuki rosyjskiej nad polską. Potem zaś wrócił do swoich ulubionych tematów, czyli do – jak to malowniczo nazywa młodzież – dymania. I o tym właśnie napisała książkę Gretkowska. O tym, że będąc młodą i niewinną poznała starego satyra, który ją uwiódł w paryskiej kawiarni opowiadając o sztuce i współistnieniu duchowym bytów wyższych, do których oboje się zaliczali, a utwierdziła ich w tej wyższości władza ludowa wydając im paszporty…”
Tu niestety różnimy się z autorem, jako realista uważam mianowicie, że Gretkowska otrzymując w tamtych latach paszport z całą pewnością nie była już taką niewinną, jaką dzisiaj chciała by się przedstawiać – decydenci paszportowi też lubili młode artystki trochę polansować, zanim przekazywali je w szpony krwiożerczego, paryskiego kapitalizmu. I starzejących się, choć najwidoczniej nieźle jeszcze zachowanych satyrów, przesiadującym w paryskich kawiarniach i z tego żyjących. Nad Wisłą zawsze zostawały panie, które z kolei uwielbiały młodych artystów. To było bodaj trudniejsze, proszę pamiętać, że czasy były takie, iż nikomu nie śniło się o wynalezieniu Viagry. I jak to powiadał pewien aspirujący do wyższej pensji młody kamerzysta na Woronicza: miał z tego powodu nieustający problem hydrauliczny. Ilekroć bowiem spojrzał na swą potencjalną protektorkę – to siadało mu ciśnienie w układzie. Skąd wiem to wszystko? Stąd, że byłem w tamtych czasach studentem, ale też na pół etatu pracownikiem zajmującym się wywózką śmieci i taśm kursów językowych dla jakichś tajnych szkół pod Warszawą. W gmachach TVP właśnie. Przez co brać robotnicza zakwalifikowała mnie jako swojego, piękne hostessy prezesa Szczepańskiego uznały, że nie muszą przed „ziomalem” gryźć się w język – i było wspaniale. No, nie idealnie, dzięki hostessom kariery nie dało się zrobić… Za to nie było najmniejszej potrzeby, by opowiadać im o „bytach wyższych” czy jakichś tam współistnieniach duchowych. Kobitki były bowiem bardzo cielesne.
M.Z.
piątek, 13 maja 2011
Sprzedaję choć cierpię – wybór OBIEKTU …czyli gdzie są kupcy z tamtych lat
Różne są tego powody – ale właśnie sprzedaję swój samochód. Oczywiście stosowne ogłoszenia, fotki z zimy i z lata, silnik, wnętrze i takie tam. To porządne auto, ale szybkie, duże i nie bardzo nadające się do ujeżdżania na przykład przez kobietę w mieście.
Na fotografiach widać to jak drut: nisko osadzona, długa i drapieżna Honda Accord, rocznik 1991 i stan bardzo zbliżony do kolekcjonerskiego. Lub jak kto woli fabrycznie idealnego. Z drugiej strony łatwość prowadzenia tego samochodu kwalifikuje go do ogródka przedszkolnego. Kierownica jednym palcem kręcona, sprzęgło też na wspomaganiu, wyrośnięty pięciolatek daje radę bez kłopotu. Gdyby nie ten rozmiar…
No więc powinni się zlecieć jak muchy do miodu, prawda? Tymczasem co klient, co oglądający to przyznanie się do czegoś, co może świadczyć chyba tylko o mongolizmie kupujących. Owszem, tak – ale za pół ceny… Owszem, chętnie – ale gdyby to była wielkość Smarta… Nie tak ustawione drzwi, otwierają się za szeroko. Teściowa będzie miała kłopot z wsiadaniem na tylna kanapę. Nie ma automatycznych rolet przeciwsłonecznych. Odpowiadam: w takim razie proszę przynieść piłę, lub prasę. Za pół ceny sprzedam bowiem pół samochodu, niech stracę, resztę wstawię do pokoju. Prasą zmniejszę tę moją Hondzinę nawet do wymiarów lodówki – choć uprzedzam, że będą kłopoty z wsiadaniem do wnętrza. Odpowiadam cokolwiek, bo przecież wiem, że z dalszej rozmowy nic nie będzie. Klienci idą sobie. Może i obrażeni, guzik mnie to obchodzi…
Obserwuję motoryzacyjny rynek już ponad trzydzieści lat. Gram na nim, jako sprzedawca i jako kupiec. Bywało różnie: raz preferowano określone marki, więc Mercedes i Opel, innym razem użytkowość pojazdu, więc królowały kombiaki. Lata miłości do wozów czerwonych i lata miłości do koloru volkswagenowskiej brudnej ściery… Producenci też nie spali: są samochody typu liftback, które nie ustępują użytkowości kombi. I są kombi, które nie nadają się do przewożenia niczego. Cokolwiek by ludzie nie wymyślili, cokolwiek by się potem nie wystawiało na sprzedaż – przychodzą nie ci, których dany typ i model pociąga. Czasem nie wiedzą jak się z ambarasu wycofać. „Wie pan, ja myślałem, że będzie niebieski, a pan ma czerwony, nie lubię czerwieni…” Lub: szyberdach, konieczny jest szyberdach, przecież był na zdjęciach…” Nie było, nie mogło być, nie mam dziury w dachu, fotografie były dokładne i kolorowe, monitory nie przekłamują tak bardzo, by z czerwieni zrobić błękit.
Opowieści wypowiadane przez potencjalnych kupców, te ogłoszeniowe i te mówione już podczas spotkania też jak się okazuje kłamią. „W życiu nie wsiądę do czegoś tak niskiego…” Ale wsiada, wyciąga nogi i nie może dosięgnąć nimi ścianki działowej. „Kurcze, ale to wygodne, możemy się przejechać?”. Jedziemy, wolno, potem prędzej, klient zaczyna trzymać się łapkami siedzenia. Ja: proszę się nie obawiać, jest pusto, klocki hamulcowe świeżo wymienione. On: a jakiej marki? Ja: oryginał japoński. Wtedy słyszę: e, panie, to marność nad marnościami, ja bym chciał Jurida, albo Lucasa…
Dzisiaj rekordzista – właśnie wymieniam pompę sprzęgła i dokręcam ostatnie połączenie śrubowe. Ale klientowi to nie przeszkadza – domaga się „szacunku i uwagi”. Poczekaj pan, mówię, zaraz wystawię łeb spod kierownicy, pogadamy swobodnie. A ten nic, nawija dalej, że niby winienem być przygotowany, on to w ogóle chciałby zobaczyć moje papiery mechanika, bo wszystko pod Łukowem ma być jak należy, trzeba dociągnąć nakrętki właściwym momentem. Dobra, działa, możemy przejechać się. Ale on chciałby sam, bez pasażera, zostawi mi tu dowód osobisty i ruszy na przejażdżkę. Facet, wrzeszczę, pogięło cię!? Z czym się na łby pozamieniałeś!? No bo on widzi, że to niepewny pojazd… Ile lat gwarancji mu dam?
Na niepewny pojazd to się daje, drogi kliencie, kopa w dupę, a nie gwarancję. Jedź na giełdę, tam ci specjaliści tak przetrzepią skórę w niewybrednej mowie, że to najgorsze, co właśnie powiedziałem zda ci się czystą poezją dla samotnych kobiet…
Spsiał rynek prasowy, a właściwie może nie tyle spsiał (choć to też!), co wrócił do starej roli. Leninowskiej – stanowi organizatorską emanację woli partii miłości. W telewizji komunistyczne rupiecie nauczają mnie jak mam myśleć, co lubić, nawet w co się ubierać. Z ostatniej przemowy rudego co to udaje premiera wynika, że Polacy to paskudny naród, wrzeszczą kiedy mają mieć zadowolone miny, najlepiej byłoby ich wszystkich wymienić na jakichś bardziej spolegliwych ludzików. Starsi ludzie skądś znają takie teksty. I mnie się kojarzy to i owo. Skąd jednak na rynku samochodowym tak przerażająca dominacja złodziejskiego myślenia? Tak, złodziejskiego i to sprzed drugiej wojny światowej: chyba tylko wtedy kradzione było za pół ceny. Niestety mam legalne.
M.Z.
Na fotografiach widać to jak drut: nisko osadzona, długa i drapieżna Honda Accord, rocznik 1991 i stan bardzo zbliżony do kolekcjonerskiego. Lub jak kto woli fabrycznie idealnego. Z drugiej strony łatwość prowadzenia tego samochodu kwalifikuje go do ogródka przedszkolnego. Kierownica jednym palcem kręcona, sprzęgło też na wspomaganiu, wyrośnięty pięciolatek daje radę bez kłopotu. Gdyby nie ten rozmiar…
No więc powinni się zlecieć jak muchy do miodu, prawda? Tymczasem co klient, co oglądający to przyznanie się do czegoś, co może świadczyć chyba tylko o mongolizmie kupujących. Owszem, tak – ale za pół ceny… Owszem, chętnie – ale gdyby to była wielkość Smarta… Nie tak ustawione drzwi, otwierają się za szeroko. Teściowa będzie miała kłopot z wsiadaniem na tylna kanapę. Nie ma automatycznych rolet przeciwsłonecznych. Odpowiadam: w takim razie proszę przynieść piłę, lub prasę. Za pół ceny sprzedam bowiem pół samochodu, niech stracę, resztę wstawię do pokoju. Prasą zmniejszę tę moją Hondzinę nawet do wymiarów lodówki – choć uprzedzam, że będą kłopoty z wsiadaniem do wnętrza. Odpowiadam cokolwiek, bo przecież wiem, że z dalszej rozmowy nic nie będzie. Klienci idą sobie. Może i obrażeni, guzik mnie to obchodzi…
Obserwuję motoryzacyjny rynek już ponad trzydzieści lat. Gram na nim, jako sprzedawca i jako kupiec. Bywało różnie: raz preferowano określone marki, więc Mercedes i Opel, innym razem użytkowość pojazdu, więc królowały kombiaki. Lata miłości do wozów czerwonych i lata miłości do koloru volkswagenowskiej brudnej ściery… Producenci też nie spali: są samochody typu liftback, które nie ustępują użytkowości kombi. I są kombi, które nie nadają się do przewożenia niczego. Cokolwiek by ludzie nie wymyślili, cokolwiek by się potem nie wystawiało na sprzedaż – przychodzą nie ci, których dany typ i model pociąga. Czasem nie wiedzą jak się z ambarasu wycofać. „Wie pan, ja myślałem, że będzie niebieski, a pan ma czerwony, nie lubię czerwieni…” Lub: szyberdach, konieczny jest szyberdach, przecież był na zdjęciach…” Nie było, nie mogło być, nie mam dziury w dachu, fotografie były dokładne i kolorowe, monitory nie przekłamują tak bardzo, by z czerwieni zrobić błękit.
Opowieści wypowiadane przez potencjalnych kupców, te ogłoszeniowe i te mówione już podczas spotkania też jak się okazuje kłamią. „W życiu nie wsiądę do czegoś tak niskiego…” Ale wsiada, wyciąga nogi i nie może dosięgnąć nimi ścianki działowej. „Kurcze, ale to wygodne, możemy się przejechać?”. Jedziemy, wolno, potem prędzej, klient zaczyna trzymać się łapkami siedzenia. Ja: proszę się nie obawiać, jest pusto, klocki hamulcowe świeżo wymienione. On: a jakiej marki? Ja: oryginał japoński. Wtedy słyszę: e, panie, to marność nad marnościami, ja bym chciał Jurida, albo Lucasa…
Dzisiaj rekordzista – właśnie wymieniam pompę sprzęgła i dokręcam ostatnie połączenie śrubowe. Ale klientowi to nie przeszkadza – domaga się „szacunku i uwagi”. Poczekaj pan, mówię, zaraz wystawię łeb spod kierownicy, pogadamy swobodnie. A ten nic, nawija dalej, że niby winienem być przygotowany, on to w ogóle chciałby zobaczyć moje papiery mechanika, bo wszystko pod Łukowem ma być jak należy, trzeba dociągnąć nakrętki właściwym momentem. Dobra, działa, możemy przejechać się. Ale on chciałby sam, bez pasażera, zostawi mi tu dowód osobisty i ruszy na przejażdżkę. Facet, wrzeszczę, pogięło cię!? Z czym się na łby pozamieniałeś!? No bo on widzi, że to niepewny pojazd… Ile lat gwarancji mu dam?
Na niepewny pojazd to się daje, drogi kliencie, kopa w dupę, a nie gwarancję. Jedź na giełdę, tam ci specjaliści tak przetrzepią skórę w niewybrednej mowie, że to najgorsze, co właśnie powiedziałem zda ci się czystą poezją dla samotnych kobiet…
Spsiał rynek prasowy, a właściwie może nie tyle spsiał (choć to też!), co wrócił do starej roli. Leninowskiej – stanowi organizatorską emanację woli partii miłości. W telewizji komunistyczne rupiecie nauczają mnie jak mam myśleć, co lubić, nawet w co się ubierać. Z ostatniej przemowy rudego co to udaje premiera wynika, że Polacy to paskudny naród, wrzeszczą kiedy mają mieć zadowolone miny, najlepiej byłoby ich wszystkich wymienić na jakichś bardziej spolegliwych ludzików. Starsi ludzie skądś znają takie teksty. I mnie się kojarzy to i owo. Skąd jednak na rynku samochodowym tak przerażająca dominacja złodziejskiego myślenia? Tak, złodziejskiego i to sprzed drugiej wojny światowej: chyba tylko wtedy kradzione było za pół ceny. Niestety mam legalne.
M.Z.
czwartek, 12 maja 2011
Jest sobie...
...w Nowym Ekranie człowiek, którego mam przyjemność zaliczać do wąskiego grona dobrych znajomych, Kamiuszek. No tak, ma swoje imię i nazwisko, na razie występuje jako Kamiuszek i niechaj tak zostanie... Jest Kamiuszek poetą. Lepszym od tysiąca pisujących tam ludzieńków, czułym na słowo, wiatr zmiany, zapach wieczoru. Nie mogę komentować pod kolejnymi wpisami, ponieważ wycofałem się z tej witryny. Ale przywołac chyba mam prawo. Przeczytajcie ostatni wiersz-wierszyk:
O żesz
Etiuda. Dla Molier.
O! Pani, rzekłaś, że ja ściemniam,
że nie ma żab, że to nie rechot
być może, racja, rzecz poniekąd
bezbrzeżnież warta rozpatrzenia.
Czy zdarzeń płaz dmuchane łoże
może rozpostrzeć ponad rzęsą,
żeby pacierze zwierzeń rzężąc
aż w stratosferze gasił zorze?
Może. Brzemienna żab lamentem
tak się wywrzeszcza żalu przestrzeń
że w to nie wierzę, wrzeszczeć szczerze
ciężko przez żęby zaciśnięte.
Szczęście! Jak szpilka złotopsotka
i balon mroku, Furk!... Oddychaj.
Pękł rozerwany w strzępki z cicha.
Łopianem chwieje cień rzekotka.
Cytował Kamiuszka
M.Z.
O żesz
Etiuda. Dla Molier.
O! Pani, rzekłaś, że ja ściemniam,
że nie ma żab, że to nie rechot
być może, racja, rzecz poniekąd
bezbrzeżnież warta rozpatrzenia.
Czy zdarzeń płaz dmuchane łoże
może rozpostrzeć ponad rzęsą,
żeby pacierze zwierzeń rzężąc
aż w stratosferze gasił zorze?
Może. Brzemienna żab lamentem
tak się wywrzeszcza żalu przestrzeń
że w to nie wierzę, wrzeszczeć szczerze
ciężko przez żęby zaciśnięte.
Szczęście! Jak szpilka złotopsotka
i balon mroku, Furk!... Oddychaj.
Pękł rozerwany w strzępki z cicha.
Łopianem chwieje cień rzekotka.
Cytował Kamiuszka
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








