O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
poniedziałek, 16 maja 2011
I znowu o .... Maryni
Najbardziej zadziwiającą właściwością pisywania w sieci – a może pisywania w ogóle? – jest to, że autor nigdy nie jest pewien co zaciekawi łaskawych Czytelników. A ostatnio zaciekawiło ich moje rozważanie na temat paryskich mód uwodzenia i erotycznych zabaw z tegoż miasta. Korespondencja na podanego maila, ale z zastrzeżeniem, by nie publikować… No jakżebym mógł! Ale ponieważ pewna przemiła Czytelniczka zarzuca mi tam lekkie mijanie się z prawdą – chyba mam prawo do obrony? Przy czym chcę jak najmocniej zastrzec, że podstawowa myśl tamtego tekstu dotyczyła manipulacji w ogóle, nie wyłącznie erotycznej, paryskiej i kawiarnianej. Szczerze mówiąc guzik mnie pani Gretkowska i jej romans z Żuławskim obchodzi…
Poszło otóż o pary w wieku mieszanym. Napisałem tak : „…zaszczepianie nam na siłę wzorów paryskich, w których starszy facet i młoda (albo młodsza od „mistrza”), wchodząca w obieg panienka jest zjawiskiem znanym od wielu lat, to prawda, że ostatnio znów dość życzliwie odbieranym. A w ogóle wzorzec paryskiego seks-skandalu zawsze był biologicznie dosadny i tym się różnił od innych skandali, czym różnią się filmy instruktażowe dla początkujących ginekologów od filmów erotycznych…” I powiem wprost: PODTRZYMUJĘ TĘ TEZĘ! Nie jest bowiem prawdą, że w tej metropolii, tak bardzo oponentce się podobającej, liczy się tylko młodość. To znaczy – ona się liczy, ale zdecydowanie jako paliwo dla wieku nieco stateczniejszego. Tak – od lat! Dowód? Proszę bardzo: rok 1969, utwór muzyczny „Je t’aime moi non plus” Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin. Nie będę opisywał, łatwo znaleźć w sieci, sugeruję dokładnie przesłuchać (na przykład na YouTube) mając przed oczyma tę właśnie parę z okładki płyty. Takie są realia, proszę Państwa. Niczego sobie nie zmyślałem. A że młodzi lubią też z młodymi? No lubią, przecież nie zaprzeczam. Tyle że to już inna bajka, ja się raczej w takich opowieściach nie specjalizuję.
Nieco rozbawiony
M.Z.
niedziela, 15 maja 2011
Coryllus i skandale - czyli część druga wczorajszego dnia
Napisałem wczoraj na swoim blogu i w witrynie Polacy.eu.org tekst pod tytułem „Seks i skandale - czyli czym jest dupa dla artysty”. To swojego rodzaju uzupełnienie wobec tekstu Coryllusa „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego” opublikowanego w Nowym Ekranie.
I rozpoczęła się na Ekranie rozmowa, może lepiej powiem: spór. Jedni tak – drudzy siak. Dzisiaj autor oryginału wpuścił w sieć kolejny felieton poświęcony tej tematyce – „O pisarzach zdradzających żony i obszarach znaczeń”. Tłumaczy w nim rzeczy, które jego zdaniem wymagają doprecyzowania. A robi to tak:
„…Pod wczorajszym tekstem doszło do wymiany zdań pomiędzy Orlandofurioso a Toyahem. Wymiana ta dotyczyła istoty mojej notki, jej właściwej treści oraz reakcji czytelników na to co napisałem. Od razu powiem, że w tym lekkim sporze przychylam się do opinii Toyaha. Orlnadofurioso bowiem uznał, że temat notki nie licuje z powagą blokowiska. Nie licuje? No to jedziemy…
…Mogłem wczoraj napisać; kolorowe gazety tak samo jak inne wprzęgnięte są do antysmoleńskiej propagandy. Wykorzystują do tego celu nazwiska tak zwanych celebrytów, ach jakie to okropne. Mogłem tak zrobić, ale nie zrobiłem. Postanowiłem nieco rozbudować formę, nadać jej charakter obsceniczny, skandalizujący, według najlepszych wzorów lansowanych przez modnych pisarzy. Stąd właśnie „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Pomyślałem jednak, że publiczność tutejsza jest jednak trochę szlachetniejsza niż ci, co kupują Gretkowską i dlatego napisałem „tyłek”, a nie inaczej. Orlando zaś zarzucił mi, że przenoszę na NE tematy z Pudelka. Powiem ci w tajemnicy Orlando, że są tacy, którzy przenoszą tu tematy wprost z „Trybuny Ludu” i „Żołnierza wolności”, ale to jest trudniejsze do wykrycia dla nieuważnego czytelnika…”
I w tym momencie - przyznam się - nieco zgłupiałem. Do Coryllusa: żadną miarą Twój wczorajszy tekst nie akcentował w pierwszym planie antysmoleńskiej funkcji przywoływanych tytułów, zdarzeń i zjawisk! Nawet jeśli była taka intencja – to rozłożenie akcentów tekstu skutecznie ją zamazało. Powiem, że ja odczytałem całość jako dość płomienny manifest przeciwko zgłupianiu odbiorców, ba, jako opowieść o sposobach manipulacji uwagą zbiorowości poprzez ukazywanie rąbka rzekomej tajemnicy pochodzącej z tak zwanych artystycznych sfer. Które to czynności służą rzeczy, o której rozmawialiśmy po wielokroć, wtedy, gdy pisywałem dla Ekranu i jeszcze wcześniej, gdy obydwaj pisywaliśmy do Salonu 24. Celem tej manipulacji jest odwrócenie ludzkiej uwagi od rzeczy ważnych, znaczących dla bytu rodzin, może nawet całego narodu. W tym sensie oczywiście Smoleńsk wpisuje się na listę zdarzeń zamazywanych. Ale przecież nie tylko Smoleńsk – także drożyzna, rządowe łgarstwa, arogancja i kłamstwa każdej formy władzy, grabienie majątku narodowego, wyprzedaż polskich interesów, moglibyśmy długo tak poszerzać tę listę.
Dlatego by jeszcze jaśniej przedstawić mój pogląd na „włochaty tyłek pewnego reżysera”: sugeruję przeczytanie mojego tekstu „Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!” Jest bowiem dokładnie jak w opisywanym tam incydencie – władcy dusz (za takich się przecież mają!) uznali, że rozedrgany tłum, może nawet znaczna część narodu ulega swoistej nudzie, nierozważnie poczyna kombinować co by tu zmienić, kogo mianować, a kogo usunąć – w związku z czym należy im „przylutować”. I nie raz wcale, ale całą serią! Rzecz jasna nie można narodowi zmajstrować nocnego marszobiegu – co stało się w oryginale i co było owym "lutowaniem". Można natomiast najpierw naszczać mu do zniczy przynoszonych na Krakowskie, a dalej i niejako wzamian zachęcić do zastanawiania się kto kogo i kiedy zdradził, z kim spał i za co, jak wyglądają paryskie romanse w polskim wydaniu. A nawet pokazać jak wyglądają schaby (bo w końcu dupa znajduje się niżej, prawda?) artystki X i włochaty tors artysty Y. Przypomnij sobie, Coryllusie, czy to aby nie przypomina tych zdarzeń z lat 80-tych, sam je opisywałeś, kiedy to zasugerowano części młodych idiotów mianowanie swych domostw strefami bezatomowymi? I w tych strefach nie można było jeszcze oglądać gołych bab – ale można było podniecać się romansami i pijaństwami zagranicznych i krajowych szarpidrutów podłej jakości. Tudzież głosować na lokalne listy przebojów, wtedy na piśmie, płynął cenny czas i nikomu kiełbie we łbie się nie zalęgały…
A co się tyczy polemiki wymienionych na wstępie Panów: nie uważam jak Orlandofurioso by istniały tematy szlachetne i godne omawiania, oraz mniej szlachetne i godne magla. Wszystko jest bowiem kwestią stylu, w jakim uprawia się polemiki i opowieści, ba, nawet człowieka, który to czyni. Odpowiedź Toyaha jako proszącą się o awanturę pominę, sądzę, że prędzej czy później zdarzy się coś, co sam autor określi mianem „wpierdolu”. Po prostu, cny Toyahu, którego szanuje za stworzenie unikalnej narracji – dostaniesz od kogoś potworny słowny wpierdol. I słusznie – ponieważ prosisz się o to od dłuższego czasu, moim zdaniem bezsensownie.
M.Z.
I rozpoczęła się na Ekranie rozmowa, może lepiej powiem: spór. Jedni tak – drudzy siak. Dzisiaj autor oryginału wpuścił w sieć kolejny felieton poświęcony tej tematyce – „O pisarzach zdradzających żony i obszarach znaczeń”. Tłumaczy w nim rzeczy, które jego zdaniem wymagają doprecyzowania. A robi to tak:
„…Pod wczorajszym tekstem doszło do wymiany zdań pomiędzy Orlandofurioso a Toyahem. Wymiana ta dotyczyła istoty mojej notki, jej właściwej treści oraz reakcji czytelników na to co napisałem. Od razu powiem, że w tym lekkim sporze przychylam się do opinii Toyaha. Orlnadofurioso bowiem uznał, że temat notki nie licuje z powagą blokowiska. Nie licuje? No to jedziemy…
…Mogłem wczoraj napisać; kolorowe gazety tak samo jak inne wprzęgnięte są do antysmoleńskiej propagandy. Wykorzystują do tego celu nazwiska tak zwanych celebrytów, ach jakie to okropne. Mogłem tak zrobić, ale nie zrobiłem. Postanowiłem nieco rozbudować formę, nadać jej charakter obsceniczny, skandalizujący, według najlepszych wzorów lansowanych przez modnych pisarzy. Stąd właśnie „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Pomyślałem jednak, że publiczność tutejsza jest jednak trochę szlachetniejsza niż ci, co kupują Gretkowską i dlatego napisałem „tyłek”, a nie inaczej. Orlando zaś zarzucił mi, że przenoszę na NE tematy z Pudelka. Powiem ci w tajemnicy Orlando, że są tacy, którzy przenoszą tu tematy wprost z „Trybuny Ludu” i „Żołnierza wolności”, ale to jest trudniejsze do wykrycia dla nieuważnego czytelnika…”
I w tym momencie - przyznam się - nieco zgłupiałem. Do Coryllusa: żadną miarą Twój wczorajszy tekst nie akcentował w pierwszym planie antysmoleńskiej funkcji przywoływanych tytułów, zdarzeń i zjawisk! Nawet jeśli była taka intencja – to rozłożenie akcentów tekstu skutecznie ją zamazało. Powiem, że ja odczytałem całość jako dość płomienny manifest przeciwko zgłupianiu odbiorców, ba, jako opowieść o sposobach manipulacji uwagą zbiorowości poprzez ukazywanie rąbka rzekomej tajemnicy pochodzącej z tak zwanych artystycznych sfer. Które to czynności służą rzeczy, o której rozmawialiśmy po wielokroć, wtedy, gdy pisywałem dla Ekranu i jeszcze wcześniej, gdy obydwaj pisywaliśmy do Salonu 24. Celem tej manipulacji jest odwrócenie ludzkiej uwagi od rzeczy ważnych, znaczących dla bytu rodzin, może nawet całego narodu. W tym sensie oczywiście Smoleńsk wpisuje się na listę zdarzeń zamazywanych. Ale przecież nie tylko Smoleńsk – także drożyzna, rządowe łgarstwa, arogancja i kłamstwa każdej formy władzy, grabienie majątku narodowego, wyprzedaż polskich interesów, moglibyśmy długo tak poszerzać tę listę.
Dlatego by jeszcze jaśniej przedstawić mój pogląd na „włochaty tyłek pewnego reżysera”: sugeruję przeczytanie mojego tekstu „Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!” Jest bowiem dokładnie jak w opisywanym tam incydencie – władcy dusz (za takich się przecież mają!) uznali, że rozedrgany tłum, może nawet znaczna część narodu ulega swoistej nudzie, nierozważnie poczyna kombinować co by tu zmienić, kogo mianować, a kogo usunąć – w związku z czym należy im „przylutować”. I nie raz wcale, ale całą serią! Rzecz jasna nie można narodowi zmajstrować nocnego marszobiegu – co stało się w oryginale i co było owym "lutowaniem". Można natomiast najpierw naszczać mu do zniczy przynoszonych na Krakowskie, a dalej i niejako wzamian zachęcić do zastanawiania się kto kogo i kiedy zdradził, z kim spał i za co, jak wyglądają paryskie romanse w polskim wydaniu. A nawet pokazać jak wyglądają schaby (bo w końcu dupa znajduje się niżej, prawda?) artystki X i włochaty tors artysty Y. Przypomnij sobie, Coryllusie, czy to aby nie przypomina tych zdarzeń z lat 80-tych, sam je opisywałeś, kiedy to zasugerowano części młodych idiotów mianowanie swych domostw strefami bezatomowymi? I w tych strefach nie można było jeszcze oglądać gołych bab – ale można było podniecać się romansami i pijaństwami zagranicznych i krajowych szarpidrutów podłej jakości. Tudzież głosować na lokalne listy przebojów, wtedy na piśmie, płynął cenny czas i nikomu kiełbie we łbie się nie zalęgały…
A co się tyczy polemiki wymienionych na wstępie Panów: nie uważam jak Orlandofurioso by istniały tematy szlachetne i godne omawiania, oraz mniej szlachetne i godne magla. Wszystko jest bowiem kwestią stylu, w jakim uprawia się polemiki i opowieści, ba, nawet człowieka, który to czyni. Odpowiedź Toyaha jako proszącą się o awanturę pominę, sądzę, że prędzej czy później zdarzy się coś, co sam autor określi mianem „wpierdolu”. Po prostu, cny Toyahu, którego szanuje za stworzenie unikalnej narracji – dostaniesz od kogoś potworny słowny wpierdol. I słusznie – ponieważ prosisz się o to od dłuższego czasu, moim zdaniem bezsensownie.
M.Z.
sobota, 14 maja 2011
Seks i skandale - czyli czym jest dupa dla artysty
W Nowym Ekranie pisuje mój dobry znajomy, Coryllus. Mam pewne kłopoty z jednoznacznym zakwalifikowaniem gatunkowym tekstów, doradzam lekturę samodzielną, daję słowo, że warto. W każdym razie w coryllusowych rozważaniach przewija się wątek roli artystów w życiu publicznym, znaczeniu skandalu, jaki od czasu do czasu urządzają, by publika o nich nie zapomniała. I elementów, akcesoriów, które są wykorzystywane dla podbicia rangi tego skandalu.
Ostatni tekst Coryllusa zatytułowany był zaciekawiająco: „Włochaty tyłek reżysera Żuławskiego”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: w ogóle nie jestem ciekaw pana Żuławskiego, a szczegółów jego anatomii to już całkiem nie. Zwrócił wszakże moją uwagę pewien fakt, który zdaje się nieco umknął coryllusowej uwadze w treści wywodu: otóż zaszczepianie nam na siłę wzorów paryskich, w których starszy facet i młoda (albo młodsza od „mistrza”), wchodząca w obieg panienka jest zjawiskiem znanym od wielu lat, to prawda, że ostatnio znów dość życzliwie odbieranym. A w ogóle wzorzec paryskiego seks-skandalu zawsze był biologicznie dosadny i tym się różnił od innych skandali, czym różnią się filmy instruktażowe dla początkujących ginekologów od filmów erotycznych. Nie wdaję się w szczegóły, tego po prostu niesposób nie zauważyć nawet nie będąc filmowym koneserem. W dziejach literatury i filmu Francuzi osiągnęli tu prawdziwy szczyt idiotyzmu – do dzisiaj pamiętam książkę jakiegoś paryskiego frustrata, który długo i namiętnie opisywał swój problem towarzyski. Otóż ilekroć coś go zainteresowało w wieloosobowej rozmowie natychmiast odczuwał potrzebę podrapania się w swą rurę wydechową. Dzieło ponoć szokowało współczesnych pisarzynie. Mnie brzydziło. No ale ja nie jestem paryskim literatem i chyba już nigdy nie będę…
Pisze tedy Coryllus tak: „…wokół Paryża, kawiarni, hoteli i łóżka ze zmiętą pościelą krążą myśli pisarki Gretkowskiej, której wynurzenia przeczytałem w kolejce do dentysty. „Wynurzała” się ona na okoliczność wydania kolejnej książki pod tytułem „Trans”, która opowiada o romansie autorki z reżyserem Żuławskim. Od razu powiem, że Żuławski to jest ten gorszy z dwóch peerelowskich skandalistów robiących filmy. Borowczyk nie pieprzył takich okropnych truizmów i w ogóle miał tę zaletę, że mówił mało. Niestety Pan Bóg postanowił zabrać ich do siebie w odwrotnej kolejności. Żuławski miał w PRL pozwolenie na skandalizowanie, a jego filmy miały tę samą funkcję co dziś programy Wojewódzkiego, były też tak samo gówniane. Chopin rzygający krwią na białą klawiaturę fortepianu, i temu podobne utensylia. Miało to przekonać widza, że ma do czynienia ze sztuką. I przekonywało. Synowie prokuratorów i dyplomatów czynnych w ZSRR mogli w takie rzeczy uwierzyć. Mogli nawet uwierzyć w to, że Chopin był w Tatrach, bo tak to się reżyserowi kiedyś w filmie „Błękitna nuta” chlapnęło. Nie jest to jednak, prawda, towarzysze, szczegół ważny. Ważna bowiem i istotna jest sztuka i ekspresja…”
Za PRL-u Żuławski nakręcił film „Trzecia część nocy”. Jedna ze scen przedstawia tam poród kobiety, jak twierdzili wtajemniczeni rodziła ówczesna żona reżysera Małgorzata Braunek i robiła to ponoć naprawdę, nie jak ryży aktor Olbrychski, który grając u Hoffmana Azję Tuhaj-Bejowicza nabijany był na pal pod narkozą (sam tak twierdził, podobno ironicznie i w odpowiedzi na dociekliwe pytania wiernych wielbicielek). Skandalizująca para nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, proszę pamiętać, że w latach 60- i 70-tych nie było TVN-u. A jednak zadziwiać się dało. Wtedy w podwarszawskiej wsi letniskowej Urle, gdzie skandaliści spędzali część urlopu. Pamiętam to dobrze, miałem jadać obiady w prywaciarskiej stołówce, a nie bardzo mogłem, bo właścicielka uważała, że Artysta nie zniesie podczas wtranżalania schabowego obecności młodocianych idiotów. Żarli więc na osobności, a zgromadzona pod płotem gawiedź nie miała innego wyjścia: ZAZDRASZCZAŁA z piszczącymi z głodu brzuchami. Wiem, to trudna czynność, ale wszyscy ją wtedy dzięki artyście Żuławskiemu posiedliśmy w stopniu mistrzowskim.
I pisze dalej Coryllus: „…Jak tylko komuna się skończyła zaczął się Żuławski produkować w telewizji i robił tam mniej więcej to samo co Wajda – opowiadał o wyższości kultury i sztuki rosyjskiej nad polską. Potem zaś wrócił do swoich ulubionych tematów, czyli do – jak to malowniczo nazywa młodzież – dymania. I o tym właśnie napisała książkę Gretkowska. O tym, że będąc młodą i niewinną poznała starego satyra, który ją uwiódł w paryskiej kawiarni opowiadając o sztuce i współistnieniu duchowym bytów wyższych, do których oboje się zaliczali, a utwierdziła ich w tej wyższości władza ludowa wydając im paszporty…”
Tu niestety różnimy się z autorem, jako realista uważam mianowicie, że Gretkowska otrzymując w tamtych latach paszport z całą pewnością nie była już taką niewinną, jaką dzisiaj chciała by się przedstawiać – decydenci paszportowi też lubili młode artystki trochę polansować, zanim przekazywali je w szpony krwiożerczego, paryskiego kapitalizmu. I starzejących się, choć najwidoczniej nieźle jeszcze zachowanych satyrów, przesiadującym w paryskich kawiarniach i z tego żyjących. Nad Wisłą zawsze zostawały panie, które z kolei uwielbiały młodych artystów. To było bodaj trudniejsze, proszę pamiętać, że czasy były takie, iż nikomu nie śniło się o wynalezieniu Viagry. I jak to powiadał pewien aspirujący do wyższej pensji młody kamerzysta na Woronicza: miał z tego powodu nieustający problem hydrauliczny. Ilekroć bowiem spojrzał na swą potencjalną protektorkę – to siadało mu ciśnienie w układzie. Skąd wiem to wszystko? Stąd, że byłem w tamtych czasach studentem, ale też na pół etatu pracownikiem zajmującym się wywózką śmieci i taśm kursów językowych dla jakichś tajnych szkół pod Warszawą. W gmachach TVP właśnie. Przez co brać robotnicza zakwalifikowała mnie jako swojego, piękne hostessy prezesa Szczepańskiego uznały, że nie muszą przed „ziomalem” gryźć się w język – i było wspaniale. No, nie idealnie, dzięki hostessom kariery nie dało się zrobić… Za to nie było najmniejszej potrzeby, by opowiadać im o „bytach wyższych” czy jakichś tam współistnieniach duchowych. Kobitki były bowiem bardzo cielesne.
M.Z.
piątek, 13 maja 2011
Sprzedaję choć cierpię – wybór OBIEKTU …czyli gdzie są kupcy z tamtych lat
Różne są tego powody – ale właśnie sprzedaję swój samochód. Oczywiście stosowne ogłoszenia, fotki z zimy i z lata, silnik, wnętrze i takie tam. To porządne auto, ale szybkie, duże i nie bardzo nadające się do ujeżdżania na przykład przez kobietę w mieście.
Na fotografiach widać to jak drut: nisko osadzona, długa i drapieżna Honda Accord, rocznik 1991 i stan bardzo zbliżony do kolekcjonerskiego. Lub jak kto woli fabrycznie idealnego. Z drugiej strony łatwość prowadzenia tego samochodu kwalifikuje go do ogródka przedszkolnego. Kierownica jednym palcem kręcona, sprzęgło też na wspomaganiu, wyrośnięty pięciolatek daje radę bez kłopotu. Gdyby nie ten rozmiar…
No więc powinni się zlecieć jak muchy do miodu, prawda? Tymczasem co klient, co oglądający to przyznanie się do czegoś, co może świadczyć chyba tylko o mongolizmie kupujących. Owszem, tak – ale za pół ceny… Owszem, chętnie – ale gdyby to była wielkość Smarta… Nie tak ustawione drzwi, otwierają się za szeroko. Teściowa będzie miała kłopot z wsiadaniem na tylna kanapę. Nie ma automatycznych rolet przeciwsłonecznych. Odpowiadam: w takim razie proszę przynieść piłę, lub prasę. Za pół ceny sprzedam bowiem pół samochodu, niech stracę, resztę wstawię do pokoju. Prasą zmniejszę tę moją Hondzinę nawet do wymiarów lodówki – choć uprzedzam, że będą kłopoty z wsiadaniem do wnętrza. Odpowiadam cokolwiek, bo przecież wiem, że z dalszej rozmowy nic nie będzie. Klienci idą sobie. Może i obrażeni, guzik mnie to obchodzi…
Obserwuję motoryzacyjny rynek już ponad trzydzieści lat. Gram na nim, jako sprzedawca i jako kupiec. Bywało różnie: raz preferowano określone marki, więc Mercedes i Opel, innym razem użytkowość pojazdu, więc królowały kombiaki. Lata miłości do wozów czerwonych i lata miłości do koloru volkswagenowskiej brudnej ściery… Producenci też nie spali: są samochody typu liftback, które nie ustępują użytkowości kombi. I są kombi, które nie nadają się do przewożenia niczego. Cokolwiek by ludzie nie wymyślili, cokolwiek by się potem nie wystawiało na sprzedaż – przychodzą nie ci, których dany typ i model pociąga. Czasem nie wiedzą jak się z ambarasu wycofać. „Wie pan, ja myślałem, że będzie niebieski, a pan ma czerwony, nie lubię czerwieni…” Lub: szyberdach, konieczny jest szyberdach, przecież był na zdjęciach…” Nie było, nie mogło być, nie mam dziury w dachu, fotografie były dokładne i kolorowe, monitory nie przekłamują tak bardzo, by z czerwieni zrobić błękit.
Opowieści wypowiadane przez potencjalnych kupców, te ogłoszeniowe i te mówione już podczas spotkania też jak się okazuje kłamią. „W życiu nie wsiądę do czegoś tak niskiego…” Ale wsiada, wyciąga nogi i nie może dosięgnąć nimi ścianki działowej. „Kurcze, ale to wygodne, możemy się przejechać?”. Jedziemy, wolno, potem prędzej, klient zaczyna trzymać się łapkami siedzenia. Ja: proszę się nie obawiać, jest pusto, klocki hamulcowe świeżo wymienione. On: a jakiej marki? Ja: oryginał japoński. Wtedy słyszę: e, panie, to marność nad marnościami, ja bym chciał Jurida, albo Lucasa…
Dzisiaj rekordzista – właśnie wymieniam pompę sprzęgła i dokręcam ostatnie połączenie śrubowe. Ale klientowi to nie przeszkadza – domaga się „szacunku i uwagi”. Poczekaj pan, mówię, zaraz wystawię łeb spod kierownicy, pogadamy swobodnie. A ten nic, nawija dalej, że niby winienem być przygotowany, on to w ogóle chciałby zobaczyć moje papiery mechanika, bo wszystko pod Łukowem ma być jak należy, trzeba dociągnąć nakrętki właściwym momentem. Dobra, działa, możemy przejechać się. Ale on chciałby sam, bez pasażera, zostawi mi tu dowód osobisty i ruszy na przejażdżkę. Facet, wrzeszczę, pogięło cię!? Z czym się na łby pozamieniałeś!? No bo on widzi, że to niepewny pojazd… Ile lat gwarancji mu dam?
Na niepewny pojazd to się daje, drogi kliencie, kopa w dupę, a nie gwarancję. Jedź na giełdę, tam ci specjaliści tak przetrzepią skórę w niewybrednej mowie, że to najgorsze, co właśnie powiedziałem zda ci się czystą poezją dla samotnych kobiet…
Spsiał rynek prasowy, a właściwie może nie tyle spsiał (choć to też!), co wrócił do starej roli. Leninowskiej – stanowi organizatorską emanację woli partii miłości. W telewizji komunistyczne rupiecie nauczają mnie jak mam myśleć, co lubić, nawet w co się ubierać. Z ostatniej przemowy rudego co to udaje premiera wynika, że Polacy to paskudny naród, wrzeszczą kiedy mają mieć zadowolone miny, najlepiej byłoby ich wszystkich wymienić na jakichś bardziej spolegliwych ludzików. Starsi ludzie skądś znają takie teksty. I mnie się kojarzy to i owo. Skąd jednak na rynku samochodowym tak przerażająca dominacja złodziejskiego myślenia? Tak, złodziejskiego i to sprzed drugiej wojny światowej: chyba tylko wtedy kradzione było za pół ceny. Niestety mam legalne.
M.Z.
Na fotografiach widać to jak drut: nisko osadzona, długa i drapieżna Honda Accord, rocznik 1991 i stan bardzo zbliżony do kolekcjonerskiego. Lub jak kto woli fabrycznie idealnego. Z drugiej strony łatwość prowadzenia tego samochodu kwalifikuje go do ogródka przedszkolnego. Kierownica jednym palcem kręcona, sprzęgło też na wspomaganiu, wyrośnięty pięciolatek daje radę bez kłopotu. Gdyby nie ten rozmiar…
No więc powinni się zlecieć jak muchy do miodu, prawda? Tymczasem co klient, co oglądający to przyznanie się do czegoś, co może świadczyć chyba tylko o mongolizmie kupujących. Owszem, tak – ale za pół ceny… Owszem, chętnie – ale gdyby to była wielkość Smarta… Nie tak ustawione drzwi, otwierają się za szeroko. Teściowa będzie miała kłopot z wsiadaniem na tylna kanapę. Nie ma automatycznych rolet przeciwsłonecznych. Odpowiadam: w takim razie proszę przynieść piłę, lub prasę. Za pół ceny sprzedam bowiem pół samochodu, niech stracę, resztę wstawię do pokoju. Prasą zmniejszę tę moją Hondzinę nawet do wymiarów lodówki – choć uprzedzam, że będą kłopoty z wsiadaniem do wnętrza. Odpowiadam cokolwiek, bo przecież wiem, że z dalszej rozmowy nic nie będzie. Klienci idą sobie. Może i obrażeni, guzik mnie to obchodzi…
Obserwuję motoryzacyjny rynek już ponad trzydzieści lat. Gram na nim, jako sprzedawca i jako kupiec. Bywało różnie: raz preferowano określone marki, więc Mercedes i Opel, innym razem użytkowość pojazdu, więc królowały kombiaki. Lata miłości do wozów czerwonych i lata miłości do koloru volkswagenowskiej brudnej ściery… Producenci też nie spali: są samochody typu liftback, które nie ustępują użytkowości kombi. I są kombi, które nie nadają się do przewożenia niczego. Cokolwiek by ludzie nie wymyślili, cokolwiek by się potem nie wystawiało na sprzedaż – przychodzą nie ci, których dany typ i model pociąga. Czasem nie wiedzą jak się z ambarasu wycofać. „Wie pan, ja myślałem, że będzie niebieski, a pan ma czerwony, nie lubię czerwieni…” Lub: szyberdach, konieczny jest szyberdach, przecież był na zdjęciach…” Nie było, nie mogło być, nie mam dziury w dachu, fotografie były dokładne i kolorowe, monitory nie przekłamują tak bardzo, by z czerwieni zrobić błękit.
Opowieści wypowiadane przez potencjalnych kupców, te ogłoszeniowe i te mówione już podczas spotkania też jak się okazuje kłamią. „W życiu nie wsiądę do czegoś tak niskiego…” Ale wsiada, wyciąga nogi i nie może dosięgnąć nimi ścianki działowej. „Kurcze, ale to wygodne, możemy się przejechać?”. Jedziemy, wolno, potem prędzej, klient zaczyna trzymać się łapkami siedzenia. Ja: proszę się nie obawiać, jest pusto, klocki hamulcowe świeżo wymienione. On: a jakiej marki? Ja: oryginał japoński. Wtedy słyszę: e, panie, to marność nad marnościami, ja bym chciał Jurida, albo Lucasa…
Dzisiaj rekordzista – właśnie wymieniam pompę sprzęgła i dokręcam ostatnie połączenie śrubowe. Ale klientowi to nie przeszkadza – domaga się „szacunku i uwagi”. Poczekaj pan, mówię, zaraz wystawię łeb spod kierownicy, pogadamy swobodnie. A ten nic, nawija dalej, że niby winienem być przygotowany, on to w ogóle chciałby zobaczyć moje papiery mechanika, bo wszystko pod Łukowem ma być jak należy, trzeba dociągnąć nakrętki właściwym momentem. Dobra, działa, możemy przejechać się. Ale on chciałby sam, bez pasażera, zostawi mi tu dowód osobisty i ruszy na przejażdżkę. Facet, wrzeszczę, pogięło cię!? Z czym się na łby pozamieniałeś!? No bo on widzi, że to niepewny pojazd… Ile lat gwarancji mu dam?
Na niepewny pojazd to się daje, drogi kliencie, kopa w dupę, a nie gwarancję. Jedź na giełdę, tam ci specjaliści tak przetrzepią skórę w niewybrednej mowie, że to najgorsze, co właśnie powiedziałem zda ci się czystą poezją dla samotnych kobiet…
Spsiał rynek prasowy, a właściwie może nie tyle spsiał (choć to też!), co wrócił do starej roli. Leninowskiej – stanowi organizatorską emanację woli partii miłości. W telewizji komunistyczne rupiecie nauczają mnie jak mam myśleć, co lubić, nawet w co się ubierać. Z ostatniej przemowy rudego co to udaje premiera wynika, że Polacy to paskudny naród, wrzeszczą kiedy mają mieć zadowolone miny, najlepiej byłoby ich wszystkich wymienić na jakichś bardziej spolegliwych ludzików. Starsi ludzie skądś znają takie teksty. I mnie się kojarzy to i owo. Skąd jednak na rynku samochodowym tak przerażająca dominacja złodziejskiego myślenia? Tak, złodziejskiego i to sprzed drugiej wojny światowej: chyba tylko wtedy kradzione było za pół ceny. Niestety mam legalne.
M.Z.
czwartek, 12 maja 2011
Jest sobie...
...w Nowym Ekranie człowiek, którego mam przyjemność zaliczać do wąskiego grona dobrych znajomych, Kamiuszek. No tak, ma swoje imię i nazwisko, na razie występuje jako Kamiuszek i niechaj tak zostanie... Jest Kamiuszek poetą. Lepszym od tysiąca pisujących tam ludzieńków, czułym na słowo, wiatr zmiany, zapach wieczoru. Nie mogę komentować pod kolejnymi wpisami, ponieważ wycofałem się z tej witryny. Ale przywołac chyba mam prawo. Przeczytajcie ostatni wiersz-wierszyk:
O żesz
Etiuda. Dla Molier.
O! Pani, rzekłaś, że ja ściemniam,
że nie ma żab, że to nie rechot
być może, racja, rzecz poniekąd
bezbrzeżnież warta rozpatrzenia.
Czy zdarzeń płaz dmuchane łoże
może rozpostrzeć ponad rzęsą,
żeby pacierze zwierzeń rzężąc
aż w stratosferze gasił zorze?
Może. Brzemienna żab lamentem
tak się wywrzeszcza żalu przestrzeń
że w to nie wierzę, wrzeszczeć szczerze
ciężko przez żęby zaciśnięte.
Szczęście! Jak szpilka złotopsotka
i balon mroku, Furk!... Oddychaj.
Pękł rozerwany w strzępki z cicha.
Łopianem chwieje cień rzekotka.
Cytował Kamiuszka
M.Z.
O żesz
Etiuda. Dla Molier.
O! Pani, rzekłaś, że ja ściemniam,
że nie ma żab, że to nie rechot
być może, racja, rzecz poniekąd
bezbrzeżnież warta rozpatrzenia.
Czy zdarzeń płaz dmuchane łoże
może rozpostrzeć ponad rzęsą,
żeby pacierze zwierzeń rzężąc
aż w stratosferze gasił zorze?
Może. Brzemienna żab lamentem
tak się wywrzeszcza żalu przestrzeń
że w to nie wierzę, wrzeszczeć szczerze
ciężko przez żęby zaciśnięte.
Szczęście! Jak szpilka złotopsotka
i balon mroku, Furk!... Oddychaj.
Pękł rozerwany w strzępki z cicha.
Łopianem chwieje cień rzekotka.
Cytował Kamiuszka
M.Z.
wtorek, 10 maja 2011
Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!
W poprzednim felietonie napisałem, że niby planuję spędzanie urlopu. I że nie umiem się z tym problemem uporać, przyczyny różne, odsyłam do poprzedniego tekstu. Teraz by było tradycyjnie powiem tak: kiedyś to było prościej! Nie było żadnych urlopów, ale prawie trzymiesięczne wakacje.
Skąd kasa? Przed laty, za tak zwanych studenckich czasów te wakacje spędzałem jako wychowawca kolonijny. Pieniądze – i pobyt w jakimś atrakcyjnym miejscu. Niby potrzebny był do tego odpowiedni świstek mówiący o predyspozycjach i krótkim szkoleniu – ale tak naprawdę potencjalni pracodawcy największą uwagę zwracali na referencje, jakie dostawało się po każdym turnusie. Świstek posiadałem, referencje niezłe, więc i z pracą kłopotów żadnych. Zwiedzałem zatem góry, morze, Mazury i co kto tam jeszcze chce.
Grupy od lat ośmiu do osiemnastu, te pierwsze najtrudniejsze, drugie związane z największym ryzykiem wypadku, zagubienia itd. Jak to: zagubienia? Ano tak! Koledze-wychowawcy pewnego dnia zniknęły nad morzem trzy dziewczyny. Były – a rano nie ma, bagaży również brak. Znaleziono komplet w pobliskim obozie studentów ASP, specjalność rzeźba. Kolega nie poszedł siedzieć tylko dlatego, że wszystkie „zaginione” były pełnoletnie i żadna do rzeźbiarzy z powodu rzeźbienia nie wnosiła pretensji. Chciałoby się nawet rzec – przeciwnie… Ale to już inna historia.
Ważniejsze to, że do naszego obozu zjechał „mądry starszy pan” z jakiegoś kuratorium, który wszystkim wychowawcom postanowił zafundować prelekcję, jak to z młodzieżą postępować należy, a nawet niekiedy trzeba. Zaparkował swego szarego Trabanta z fasonem przed stołówką, napił się z dyrekcją – i otworzył salę wykładową.
Zaczął od wyjaśnienia, że on praktykę ma przebogatą, ponieważ obsługiwał już grupy wojskowe, więzienne, harcerskie i szkolne. By jednak nie gmatwać sprawy – referował – należy za podstawową zasadę przyjąć tę, że od wolnego czasu dzieciom lub wychowankom ZAWSZE przewraca się w głowie. Ale jeśli bystry instruktor, dowódca czy wychowawca taki stan zauważy odpowiednio wcześnie, to pozostaje mu już tylko jedno: „przylutować”. Jeśli spostrzeżenie nastąpi nieco później: dwa razy „przylutować”. „I to by było, proszę zgromadzonych, na tyle…” Ktoś tam z boku chciał podjąć spór, że niby to wakacje, czas wolny, a i dzieci mają swoje prawa, ale spotkał się tylko z pytaniem „A pani też przylutować?”. I wykład w naturalny sposób dobiegł końca.
Pan z kuratorium przejął opiekę nad grupą męską na następne dwanaście godzin. Co z chłopakami wyprawiał nie wiadomo, wrócili mocno zmordowani i wściekli nad ranem, podobno był jakiś marszobieg. Po śniadaniu kuratoryjny geniusz ze zdumieniem stwierdził, że na miejscu jego Trabanta w kolorze szarej ściery puszy się elegancka, czarna limuzyna, też zresztą marki Trabant. Ktoś tam napomykał półgębkiem, że nawet nie miał pojęcia jak mocno czarna pasta do butów wgryza się w duroplast, to było tworzywo, z którego w NRD produkowano samochody. "I co ja mam teraz zrobić?". Wyglansować skurczymisia! - chór był spontaniczny i radosny. A potem "przylutować"...
No tak, dawno to było, bo za socjalizmu w pełnej krasie – ale było. Śmiem nawet twierdzić, że dzisiaj niewiele przyszło zmian. Jeśli jako grupa kolonijna, obozowa czy lokatorska zbiesimy się za bardzo, czegoś tam odmówimy, jakiegoś pisma nie przyjmiemy – to się nas „lutuje” i już. Pewnie że nie ręcznie. Raczej jakimś maleńkim zakazem dyscyplinującym, jakimś przepisikiem wyciągniętym z przepastnego worka przepisików upierdliwych i na każdą okazję, jakimś pogrożeniem. I jest nam fajniej, niż było przedtem, prawda? Żadne tam kiełbie we łbie – tylko czysta, socjalistyczna dyscyplina.
M.Z.
Reminiscencje przed- i po-urlopowe
Nie jest tajemnicą, że co roku na krótki, coraz krótszy urlop jadę na Mazury. Długo by opowiadać czemu to taka ulubiona kraina – ale jest ulubiona i tyle. Ci co mają wiedzieć to wiedzą. Odstawiam komputer, pakuję jakieś bagaże i jazda… Gdzieś tam nad jezioro. Albo rzeczkę. Bez wędek (bo zapomniałem), grzybów (bo nie umiem zbierać!) i bez pogaduszek o odpadających w warszawskim mieszkaniu sufitach. W ośrodkach, gdzie spędzałem czas przez minione dwa lata nic nie odpadało. Okna trzymały się murów, tynk podkładu, a w jednym z ośrodków ogrodnik strzygący co rano żywopłot czynił to normalnymi nożycami, mechaniczne zakłócają spokój gości. Okazuje się, że istnieją jeszcze takie enklawy luksusu, zresztą wcale nie za kosmiczne pieniądze! Gdzie kelnerka czeka na chwilę, w której właśnie kończę zupę (natychmiast podaje mięsiwa!), kajak należy się gościom jak psu buda, a barman potrafi wyczyniać różne łamańce alkoholowe, choć i tak większość bywalców zamawia najdoskonalszy na świecie miejscowy bimber. No więc w takich miejscach chce się żyć – a im bardziej człek żyje, tym smutniejsze jest otrzeźwienie post-powrotne. To był rok 2009.
Jeden wątek okazał się wszakże wspólny dla mazurskich peregrynacji i warszawskiej rzeczywistości. Mazury pełne są Niemców, obok mieszkali i tacy turyści, cała trzypokoleniowa szóstka. Okazało się, że dziwnie zadumani, kompletnie nie hałaśliwi i raczej z ciekawością przyglądający się obecnym tubylcom, niż cokolwiek im narzucający. Senior przyjechał na grób swojego ojca. Jak zginął (bo zginął), z czyich rąk – nie chciał powiedzieć. Ot, wojna, co tu gadać… Wydukał tyle, że możemy rozmawiać po… rosyjsku, ponieważ jako nastolatek nauczył się tego języka podczas kilkuletnich przymusowych robót, na jakie krasnoarmiejcy „zaprosili” go po wejściu na ten teren. I gdzieś tam w trakcie dość oględnej, choć uprzejmej rozmowy wyszło, że starszy pan najbardziej na świecie obawia się sytuacji, w której ktoś ogłosi oto, że już czas na "Ein Staat, ein Fuehrer, eine Partei" – jedno państwo, jednego wodza i jedną partię. Bo – jak stwierdził - zbyt dobrze poznał socjalizm niemiecki i sowiecki, by do dzisiaj nie śniły mu się po nocach.
Wtedy, w roku 2009 było jeszcze bogato w felietony najwyższej klasy. Po powrocie do Warszawy ekran komputera i ciekawość: co też się nie stało podczas mojej nieobecności. Tekst Macieja Rybińskiego: zamurowało mnie kompletnie. Aby jednak nie psuć języka i stylu oryginału poniżej obszerne fragmenty.
„…Tydzień wcześniej wpadły mi w ręce rezultaty badań nad skutkami całodobowej, 24-godzinnej, kultury informacyjnej dla ludzkiego mózgu przeprowadzone przez Instytut Mózgu i Kreatywności Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Dwa artykuły na ten temat zostały opublikowane w specjalistycznym piśmie "Archives of General Psychiatry". To, że wszyscy, korzystając z nieustannego, nieprzerwanego i nie podlegającego żadnej segregacji dostępu do informacji, czyli żyjąc w kulturze informacyjnej – powiedzmy, wiadomościowej, aby jej nie mieszać z informatyczną – będziemy się już wkrótce kwalifikować do psychiatry, zawsze było dla mnie oczywiste…
…Pierwsze objawy masowej utraty równowagi umysłowej już są – jak chociażby wybór do Parlamentu Europejskiego drukarza ze Śląska – Adama Kazimierza Marcinkiewicza – tylko dlatego, że wyborcy pomylili go z tym Kaziem Marcinkiewiczem, o którym wiedzą z informacji, że sypia z Izą.
…Jak się ten trend umocni, jak się to stanie modne, ludzie zaczną zmieniać nazwiska także z innych pobudek. Na przykład Cenckiewicz i Gontarczyk następną książkę mogliby wydać jako Adam i Michnik. Zobaczylibyście, jakie entuzjastyczne byłyby recenzje…
…Wracając do psychiatrii medialno-społecznej. Kalifornijscy psychiatrzy uważają, że stały natłok informacji, ich błyskawiczny przepływ, piętrowe paski telewizyjne, alerty są zbyt gęste i zbyt szybkie dla ludzkiego mózgu, a ich obfitość przekracza możliwości przetwórcze naszych neuronów. Jesteśmy i niezdolni do analizy, i zestresowani, zwłaszcza że większość dostarczanej nam informacji jest, jeśli niedramatyczna z istoty rzeczy, to udramatyzowana redakcyjnie.
…Jeden z uczestników tego projektu badawczego prof. Dilip Jeste powiedział Emmie Barnett, specjalistce brytyjskiego dziennika "The Daily Telegraph" od digitalnej technologii i mediów, że neurony odpowiedzialne za takie cnoty ludzkie jak mądrość i empatia działają powoli, wobec czego te obszary mózgu są omijane, kiedy świat zaczyna być zbyt stresujący. Górę bierze i dyktuje zachowanie prymitywny instynkt przetrwania. Nasz mózg nie ma po prostu w warunkach potopu informacyjnego czasu na segregację wiadomości ani na odpowiednią reakcję.
…Zdaje się, że bez żadnych badań, bez pomocy psychiatrów, bez całego naukowego instrumentarium szefowie wszystkich naszych telewizji i ich programów informacyjnych instynktownie wiedzieli to wszystko od dawna. Dlatego nie zostawiali i nie zostawiają Polaków samych ze strumieniem informacji i niedoskonałym, powolnym mózgiem. Nie pozwalają na lekceważenie i stępienie wrażliwości.
Każda wiadomość jest od razu, jeśli nie expressis verbis, to przynajmniej językowo, opatrzona wykładnią moralną. Polak nie musi sobie przegrzewać mózgu myśleniem, nie musi uruchamiać obszarów pozainstynktownej refleksji, bo wszystko ma wyłożone jak na talerzu.
Nie tylko, co się wydarzyło, ale także dlaczego, po co, co z tego wynika i jak się do tego ustosunkować.
…Wicepremier i sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wyraził przekonanie, że po przyszłorocznych wyborach premier Donald Tusk, zostawszy prezydentem, będzie także nadal przewodniczącym partii.
Donald Tusk istotnie może – jeśli będzie chciał – być równocześnie prezydentem i szefem partii. Taka jest dzisiejsza Polska, co trudno zauważyć w natłoku informacji, a zwłaszcza niełatwo jakoś to sobie uporządkować w zaśmieconej głowie. Chciałbym tylko zwrócić uwagę Grzegorzowi Schetynie, że jeśli Tusk może być prezydentem i szefem partii jednocześnie, to może też zatrzymać urząd premiera, a nawet – jeśliby ojczyzna go wezwała w potrzebie – zająć fotel ministra spraw wewnętrznych. Może też przyjąć tytuł Generalissimusa, na co czekam z niecierpliwością. Moje neurony mózgowe domagają się bowiem nazywania rzeczy po imieniu.
źrodło:http://www.rp.pl/artykul/2,319965_Rybinski__Generalissimus_Donald_Tusk_.html
------------------
Potem był rok 2010. Po dwunastu miesiącach urlop częściowo „odbył się” w tym samym miejscu. Po wspomnianych Niemcach ani śladu, inni ludzie, inne rozmowy, inne skojarzenia. Jedna rzecz wspólna: przerażenie refleksją, jaka rodzi się po zestawieniu kilku faktów, tych leżących na wierzchu. Tak, Rybiński nie żyje, następców najwyraźniej brak. Jest z tym brakiem jak u A.A. Milne’a (Kubuś Puchatek): im bardziej na następcę czekamy tym bardziej go nie ma. Tusk odsunięty od prezydentury nadal udaje, że rządzi jako premier, teraz bez zahamowań, bo po zbrodni z 10 kwietnia banda wzięła wszystko, z prezydentem i szefem parlamentu na czele. I co? Bać się przepowiedni starego Niemca już, teraz-zaraz, czy za chwilę? Znaki na niebie i ziemi, te ostatnie może bardziej, wskazują, że tak, po stokroć tak! Pokazali nam już, że można wygonić na ulicę złodziei, gwałcicieli i alfonsów, można inwigilowac ludzi przy pomocy sprzętu, za który inwigilowani sami zapłacili (komórki!), można też naszczać do przyniesionego przez sąsiadów znicza, można właściwie wszystko – a ludzie jak to ludzie, spokojnie wrócą z urlopów do domów, kupią dzieciom nowe szkolne zeszyty, a telewizja będzie dalej gadała o tolerancji i zrozumieniu. Tym głośniej, im wyższe kroją się nam podwyżki. Wszystkiego, od chleba i benzyny po czynsze i opłaty wszelkiej maści.
W sieci, do której zawsze uciekałem mając dość prasy nachalniejszej od dawnej Trybuny Ludu wolność coraz trudniejsza. Dwa podstawowe powody: obawa przed fizycznym i namacalnym już gnojeniem niektórych nieprawomyślnych blogerów i ta przerażająca poprawność, która dławi ekspresję. Rzecz nie w brzydkich wyrazach, choć jako żywo nie potrafię pojąc dlaczego nie wolno powiedzieć szmacie, że jego (jej?) argumenty są szmatławe… Przypomina mi się fragment opinii Cata Mackiewicza bodaj z 1927 roku o pewnym jego przeciwniku posądzonym o szpiegostwo na rzecz Rosji sowieckiej. Brzmiało to tak, że niby ów przeciwnik Polak z Polaków, za to należy mu się szacunek, ale jako ruskiemu szpiegowi trzeba czym prędzej klientowi wystawić szubienicę i powiesić jak prawo przykazuje. Więc 83 lata temu można było wyrażać swój pogląd wprost i bez ogródek – dzisiaj już nie?
Wątek „Różnimy się” – a podobno nie powinniśmy. Bo to niby wojna polsko – polska. Ależ różnimy się od zawsze, zawsze byliśmy rudzi lub łysi, chudzi i grubi, myślący normalnie albo w chory sposób. Dlaczego miałbym być podobnym do jakiegoś tam Zbigniewa N., specjalisty od napadów na burdele i gwałcenia burdel-mam? Co mam wspólnego z jakimś zaćpanym Tarasem, młodym durnowatym z kucharskiej obsługi ASP? Jaki będzie efekt tej postulowanej unifikacji, tego jednego głosu „narodu” chóralnie popierającego jednego przywódcę z jednej partii, przecież równie demokratycznie sprawującej władzę, jak tamten prawzór?
Powroty po-urlopowe są też trudne z powodu innej perspektywy, którą umysł niejako automatycznie przykłada do rzeczy i spraw przedtem zwykłych, codziennych. Piszę o tym po wielokroć: wyszkoleni agenci usiłują coraz skuteczniej wpływać na nasze postrzeganie. Chcą wkleić się gdzieś pomiędzy dyskutantów, znaleźć swoje stałe miejsce w krzywieniu poglądów, perspektyw, systemów odbioru. Stale, bez przerwy apelują o „normalność” – bez historii, bez pamięci jednostkowej i zbiorowej. A potem bezczelnie sugerują, że podczas otwierania puszki z groszkiem dokopali się… Kaczyńskiego! Leczyć się, świrki, leczyć czym prędzej! Bo historia, którą tak postponujecie już pokazała gdzie wasze miejsce…
Skąd te wszystkie skojarzenia? Proste: właśnie rysuję na mapie trasę tegorocznego urlopu. Gdzie by się nie obejrzeć : dupa zawsze z tyłu. Tyle samo per saldo kosztują okolice Mikołajek, Mrągowa, Giżycka i Węgorzewa. Tu taniej obiady, ale droższy nocleg, ówdzie odwrotnie, biorą za żarcie ile wlezie. Najlepsze atrakcje obiecują miejsca, w których do jeziora dwa kilometry, w promieniu 500 metrów ani jednego drzewa, za to podobno „zwierzęta gospodarskie i domowe”. Krowę to ja już kiedyś widziałem, nie jestem ciekaw. Pan właściciel wystudiowanym głosem najpierw opowiada o atrakcjach, potem pyta kiedy zjadę, na koniec twierdzi, że pierwszy tydzień czerwca to już sezon, więc ceny u niego większe. Bo widzisz pan – mówi – ja muszę zarobić na resztę roku… Wstrząsające! Dramatyczne! Ktoś trzy czwarte roku chce leżeć wentylem do góry, więc w pozostałą część musi się nachapać ile wlezie. A pies z tobą tańcował, hotelarzu od siedmiu boleści!
M.Z.
czwartek, 5 maja 2011
Sprzedaję choć cierpię – problem CENY
Dzisiaj w roli głównej tytułowa CENA. Ile jest wart mój samochód? Więcej, niż średnia ogłoszeniowa – czy mniej? Czy jeśli dodam nawigację satelitarną i CB radio to podniosę cenę dwukrotnie? Prać pokrowce, czy raczej je zdejmować? Doinwestowałem auto – czy musi mi się zwrócić?
Czyli: jak kombinować zysk, by nie przekombinować. I czy w ogóle będzie zysk, czy raczej jak najmniejsza strata? Uwagi wynikają z osobistego doświadczenia, powie ktoś, że to incydentalne. Dobra – incydentalne. Ale z ceną jest jak z demokracją: najgorszy z możliwych ustrojów, choć na razie nie wymyślono nic lepszego. Sugeruje przyzwyczaić się. A ja zmieniłem dostatecznie dużo samochodów, by mieć pełne prawo do pokuszenia się o wywiedzenie pewnych prawidłowości.
Definicja podstawowa: dobra cena transakcyjna to kwota, którą daje największy szaleniec, a którą zgadza się przyjąć sprzedawca. Kiedy kto czyta te słowa kiwa ze zrozumieniem głową, tak, mówi, to się zgadza. Po czym na własny sprzęt wywala nie tylko absurdalnie wysoką cenę, ale też w najlepsze upiera się przy niej do końca, czyli do „nie sprzedania”. Wolno mu? Pewnie że wolno. Wolno mu podejmować każdą próbę, by zaczarować rzeczywistość. Czasem to się udaje. W większości wypadków niestety nie. Ale - to ważne: ta uwaga nie dotyczy prawdziwych rodzynków, aut tak oryginalnie zachowanych, że niesposób to opisać w prostym ogłoszeniu. Te samochody mają cenę jaką mają. Nic się na to nie poradzi...
Samochody wbrew powszechnemu mniemaniu są towarem sezonowym. Zimą nie idą kabriolety, przed latem większy popyt panuje na auta typu kombi, wozów trzydrzwiowych nie radzę sprzedawać jako „rodzinnych”, a kombiaków podstawiać znajomym w sezonie ślubów, czyli grudniu i czerwcu. Już same te stwierdzenia zdają się wystarczające do potwierdzenia tezy wstępnej – to towar sezonowy. W inny oczywiście sposób, niż ogórki czy wakacje w Grecji – ale SEZONOWY. Oczywiście istnieją typy i modele, które pójdą zawsze – i podczas zawiei śnieżnej. Każdy może tu wytypować model i markę swoich marzeń. Pogoda i czas roku nie miały by znaczenia, gdyby tylko pieniędzy wam wystarczyło, prawda? Wspaniale – bo wędliny też kupuje się jak rok długi…
Z czego płynie jeden, ale ważny wniosek: KAŻDA POTWORA ZNAJDZIE SWEGO AMATORA. W określonym czasie, niekoniecznie dzisiaj, może za tydzień.
W polskich warunkach na cenę nakłada się też obyczaj, może lepiej tu powiedzieć: stan ducha i wiary w pieczęć. Poważnie – są ludzie, którzy kupią każde zło, byle na umowie widniała pieczęć na przykład komisu samochodowego. Pokazują później nad trupem nowego nabytku jakiś papier i krzyczą: „Ale mam gwarancję, zwrócą mi!” Nie, misiu, historia nie zna przypadku, w którym nietrafiony zakup wraca na komisowy plac, a gotówka w pełnej wysokości do kieszeni nieuważnego nabywcy. Podobnie jest zresztą z salonami dilerskimi, to oczywiście inny temat, osobiście znam ludzi, których takie salony nabrały na SETKI tysięcy złotych. I nic, i już tylko proces sądowy…
W opisie sposobów sprzedawania samochodu już nie chcianego mówiłem o prawidłowościach dotyczących ogłoszeń prasowych czy internetowych. Tu nie chcąc się powtarzać powiem jeszcze tyle, że ze sprzedawanym autem jest jak z zamkiem typu Yale: można doń włożyć tylko jeden klucz. Jako sprzedającym pojazd potrzebny jest nam zatem jeden zdecydowany nabywca. I teraz jadąc dalej: ze zdecydowanym zupełnie inaczej wygląda rozmowa o cenie finalnej, niż z kimś, kto metodą złodziej podwórkowego chce kupić, wszystko jedno co, byle najwyżej za pół ceny. Ile byśmy nie powiedzieli – on pół ceny. Taką ma mentalność, taki charakter, dalsze pertraktacje mijają się z celem.
Wzbogacanie oferty: możliwe, znam ludzi, których w moim byłym pojeździe uwiodło oryginalne radio z wysuwanym ekranem wyświetlacza, innym podobała się nawigacja satelitarna, model podrzędny, ale działający prawidłowo. Brak radia, sygnalizowany na zdjęciach internetowych widokiem wdzięcznej dziury, nie oznacza klęski sprzedażnej, ale też nie zachęca. Natomiast zwracanie uwagi, że oto we właściwym miejscu pojazdu jednak jakieś radio się znajduje nikogo już nie przekonuje – ono tam po prostu winno być i już. Podobnie jak trójkąt, gaśnica i apteczka.
Konkrety: kilka dni temu w ogłoszeniach internetowych ukazał się inserat dotyczący sprzedaży wdzięcznego pojazdu francuskiego, Renault 19, rok 1995, wersja trzydrzwiowa, silnik 1721 ccm, czyli jednostka stara, ale sprawdzona i długowieczna.
Proponowana cena: 2 tysiące złotych. Ponieważ było już niedaleko północy napisałem do właściciela maila. Następnego dnia rano oddzwoniła matka sprzedawcy i w skądinąd sympatycznej rozmowie poinformowała mnie, że ogłoszenie zostało wycofane, syn właśnie jest w warsztacie, gdzie wymieniają rozrząd pojazdu i montują instalację gazową. Ogłoszenie zostanie wznowione, ale już z nową ceną - pewnie jakaś rodzina zechce kupić pojazd, tani na wakacje i do pracy. A jeśli nie – to autko zostanie w domu, ktoś nim będzie jeszcze jeździł.
Podziękowałem miłej rozmówczyni bez zbędnych komentarzy. Za chwilę weszło do sieci nowe ogłoszenie. Z ceną, UWAGA, 4.500 zł!! Tu powiem tyle: zawiedziecie się drodzy państwo srodze! 3-drziowy pojazd nie jest rodzinną limuzyną. Instalacja gazowa nie podnosi automatycznie ceny samochodu o koszt jej zainstalowania. Oczywiście jak wyżej: wolno wam próbowac, nic mnie do tego. Natomiast stopień powodzenia tego ataku cenowego oceniam na ZERO.
PS. Ta sprawa wyszła dzisiaj, przy okazji ogłoszenia, jakie dałem w przedmiocie sprzedaży własnego auta. Poważny klient, miła rozmowa, dobry kontakt, samochód podobał się... Czego zabrakło? Decyzji kupującego. Szybkiej i jednoznacznej. Otrzymałem odpowiedź, że klient musi mieć czas na zastanowienie się czy złożyć mi konkretną ofertę. Ani słowa o wysokości tej oferty. Czy miałem kruszeć jeszcze dzień dłużej? Tymczasem moje auto sprzedawane było z konkretnego powodu: chęci wejścia w posiadanie innego, o konkretnych parametrach, osiągach i cenie. Rozstaliśmy się z niedoszłym kupcem w pełnej zgodzie - ale kilkadziesiąt minut później okazało się, że wóz, który chciałem nabyć właśnie został sprzedany. Pozbycie się mojego, sprawdzonego, objeżdżonego i stuprocentowo sprawnego w tej sytuacji mija się z celem, jest bezsensowne. Wycofałem ofertę, mam takie prawo, nie było żadnych zobowiązań, żadnego zadatku. Wnioski: jeżeli zdarza ci się coś dobrego KUPUJ NATYCHMIAST! Jeżeli przegapisz właściwy moment - okaże się co wyżej opisałem. I żadne wyceny tego nie zmienią. Tak jest z pojazdami, w których nie jest ukryta podstępna mina czy inny wybuchowy materiał. Sorry Winnetou...
M.Z.
Czyli: jak kombinować zysk, by nie przekombinować. I czy w ogóle będzie zysk, czy raczej jak najmniejsza strata? Uwagi wynikają z osobistego doświadczenia, powie ktoś, że to incydentalne. Dobra – incydentalne. Ale z ceną jest jak z demokracją: najgorszy z możliwych ustrojów, choć na razie nie wymyślono nic lepszego. Sugeruje przyzwyczaić się. A ja zmieniłem dostatecznie dużo samochodów, by mieć pełne prawo do pokuszenia się o wywiedzenie pewnych prawidłowości.
Definicja podstawowa: dobra cena transakcyjna to kwota, którą daje największy szaleniec, a którą zgadza się przyjąć sprzedawca. Kiedy kto czyta te słowa kiwa ze zrozumieniem głową, tak, mówi, to się zgadza. Po czym na własny sprzęt wywala nie tylko absurdalnie wysoką cenę, ale też w najlepsze upiera się przy niej do końca, czyli do „nie sprzedania”. Wolno mu? Pewnie że wolno. Wolno mu podejmować każdą próbę, by zaczarować rzeczywistość. Czasem to się udaje. W większości wypadków niestety nie. Ale - to ważne: ta uwaga nie dotyczy prawdziwych rodzynków, aut tak oryginalnie zachowanych, że niesposób to opisać w prostym ogłoszeniu. Te samochody mają cenę jaką mają. Nic się na to nie poradzi...
Samochody wbrew powszechnemu mniemaniu są towarem sezonowym. Zimą nie idą kabriolety, przed latem większy popyt panuje na auta typu kombi, wozów trzydrzwiowych nie radzę sprzedawać jako „rodzinnych”, a kombiaków podstawiać znajomym w sezonie ślubów, czyli grudniu i czerwcu. Już same te stwierdzenia zdają się wystarczające do potwierdzenia tezy wstępnej – to towar sezonowy. W inny oczywiście sposób, niż ogórki czy wakacje w Grecji – ale SEZONOWY. Oczywiście istnieją typy i modele, które pójdą zawsze – i podczas zawiei śnieżnej. Każdy może tu wytypować model i markę swoich marzeń. Pogoda i czas roku nie miały by znaczenia, gdyby tylko pieniędzy wam wystarczyło, prawda? Wspaniale – bo wędliny też kupuje się jak rok długi…
Z czego płynie jeden, ale ważny wniosek: KAŻDA POTWORA ZNAJDZIE SWEGO AMATORA. W określonym czasie, niekoniecznie dzisiaj, może za tydzień.
W polskich warunkach na cenę nakłada się też obyczaj, może lepiej tu powiedzieć: stan ducha i wiary w pieczęć. Poważnie – są ludzie, którzy kupią każde zło, byle na umowie widniała pieczęć na przykład komisu samochodowego. Pokazują później nad trupem nowego nabytku jakiś papier i krzyczą: „Ale mam gwarancję, zwrócą mi!” Nie, misiu, historia nie zna przypadku, w którym nietrafiony zakup wraca na komisowy plac, a gotówka w pełnej wysokości do kieszeni nieuważnego nabywcy. Podobnie jest zresztą z salonami dilerskimi, to oczywiście inny temat, osobiście znam ludzi, których takie salony nabrały na SETKI tysięcy złotych. I nic, i już tylko proces sądowy…
W opisie sposobów sprzedawania samochodu już nie chcianego mówiłem o prawidłowościach dotyczących ogłoszeń prasowych czy internetowych. Tu nie chcąc się powtarzać powiem jeszcze tyle, że ze sprzedawanym autem jest jak z zamkiem typu Yale: można doń włożyć tylko jeden klucz. Jako sprzedającym pojazd potrzebny jest nam zatem jeden zdecydowany nabywca. I teraz jadąc dalej: ze zdecydowanym zupełnie inaczej wygląda rozmowa o cenie finalnej, niż z kimś, kto metodą złodziej podwórkowego chce kupić, wszystko jedno co, byle najwyżej za pół ceny. Ile byśmy nie powiedzieli – on pół ceny. Taką ma mentalność, taki charakter, dalsze pertraktacje mijają się z celem.
Wzbogacanie oferty: możliwe, znam ludzi, których w moim byłym pojeździe uwiodło oryginalne radio z wysuwanym ekranem wyświetlacza, innym podobała się nawigacja satelitarna, model podrzędny, ale działający prawidłowo. Brak radia, sygnalizowany na zdjęciach internetowych widokiem wdzięcznej dziury, nie oznacza klęski sprzedażnej, ale też nie zachęca. Natomiast zwracanie uwagi, że oto we właściwym miejscu pojazdu jednak jakieś radio się znajduje nikogo już nie przekonuje – ono tam po prostu winno być i już. Podobnie jak trójkąt, gaśnica i apteczka.
Konkrety: kilka dni temu w ogłoszeniach internetowych ukazał się inserat dotyczący sprzedaży wdzięcznego pojazdu francuskiego, Renault 19, rok 1995, wersja trzydrzwiowa, silnik 1721 ccm, czyli jednostka stara, ale sprawdzona i długowieczna.
Proponowana cena: 2 tysiące złotych. Ponieważ było już niedaleko północy napisałem do właściciela maila. Następnego dnia rano oddzwoniła matka sprzedawcy i w skądinąd sympatycznej rozmowie poinformowała mnie, że ogłoszenie zostało wycofane, syn właśnie jest w warsztacie, gdzie wymieniają rozrząd pojazdu i montują instalację gazową. Ogłoszenie zostanie wznowione, ale już z nową ceną - pewnie jakaś rodzina zechce kupić pojazd, tani na wakacje i do pracy. A jeśli nie – to autko zostanie w domu, ktoś nim będzie jeszcze jeździł.
Podziękowałem miłej rozmówczyni bez zbędnych komentarzy. Za chwilę weszło do sieci nowe ogłoszenie. Z ceną, UWAGA, 4.500 zł!! Tu powiem tyle: zawiedziecie się drodzy państwo srodze! 3-drziowy pojazd nie jest rodzinną limuzyną. Instalacja gazowa nie podnosi automatycznie ceny samochodu o koszt jej zainstalowania. Oczywiście jak wyżej: wolno wam próbowac, nic mnie do tego. Natomiast stopień powodzenia tego ataku cenowego oceniam na ZERO.
PS. Ta sprawa wyszła dzisiaj, przy okazji ogłoszenia, jakie dałem w przedmiocie sprzedaży własnego auta. Poważny klient, miła rozmowa, dobry kontakt, samochód podobał się... Czego zabrakło? Decyzji kupującego. Szybkiej i jednoznacznej. Otrzymałem odpowiedź, że klient musi mieć czas na zastanowienie się czy złożyć mi konkretną ofertę. Ani słowa o wysokości tej oferty. Czy miałem kruszeć jeszcze dzień dłużej? Tymczasem moje auto sprzedawane było z konkretnego powodu: chęci wejścia w posiadanie innego, o konkretnych parametrach, osiągach i cenie. Rozstaliśmy się z niedoszłym kupcem w pełnej zgodzie - ale kilkadziesiąt minut później okazało się, że wóz, który chciałem nabyć właśnie został sprzedany. Pozbycie się mojego, sprawdzonego, objeżdżonego i stuprocentowo sprawnego w tej sytuacji mija się z celem, jest bezsensowne. Wycofałem ofertę, mam takie prawo, nie było żadnych zobowiązań, żadnego zadatku. Wnioski: jeżeli zdarza ci się coś dobrego KUPUJ NATYCHMIAST! Jeżeli przegapisz właściwy moment - okaże się co wyżej opisałem. I żadne wyceny tego nie zmienią. Tak jest z pojazdami, w których nie jest ukryta podstępna mina czy inny wybuchowy materiał. Sorry Winnetou...
M.Z.
środa, 4 maja 2011
Sprzedaję choć cierpię – wersja aut nietypowych
Czy podział świata motoryzacyjnego na auta współczesne i oldtimery opisuje całość tego świata? Otóż nie. Pozostaje niszowa grupa samochodów, które znajdują się dokładnie „w połowie”. To auta nietypowe. Na tyle młode i sprawne, by nie móc przydać im żółtych tablic - i na tyle oryginalne, by nie próbować wyjeżdżać nimi na giełdy samochodowe. Te bowiem zajmują się masówką. Dalej niż masówka wątpliwy wdzięk zawodowych giełdowych handlarzy po prostu nie sięga.
Różnica pomiędzy sektorami samochodów typowych, wszystko jedno czy starych, czy młodych i nietypowych jest niezwykle delikatna, chciałoby się rzec: cienka. Citroen DS to classic car, rok produkcji jest tu bez znaczenia. Citroen SM z silnikiem Maserati to już coś więcej: i classic car i auto nietypowe. Cena rośnie, podobnych samochodów jest po prostu mało. A jeżdżących i sprawnych jeszcze mniej. Wymienione mają (lub mogą mieć!) cechę użytkowości – ale tak naprawdę żadnym z nich nie da się jeździć na co dzień. Poszukajmy auta nietypowego – ale nadającego się do zwykłej eksploatacji.
Wbrew pozorom jest ich bez liku, przy czym jedyne zastrzeżenie dotyczy ich codziennej użytkowości. Albo żadnej czy mocno wątpliwej – to na przykład częste ostatnio przypadki Fordów Fiest z silnikami 1800 ccm – albo pełnej, ten przypadek Nissana omówię osobno, wart jest grzechu. W obu przypadkach im młodszy właściciel tym większym uczuciem darzy obiekt pożądania. Raz słusznie – innym razem kompletnie niesłusznie.
W historii firm motoryzacyjnych w Europie i na kontynencie amerykańskim zdarzały się modele samochodów, które albo dostosowane zostały do miejscowych warunków i upodobań klienteli – albo były rodzajem składanek z pozostałych po wielkoseryjnej produkcji modelach. Tak jest w wypadku wspomnianej Fiesty.
Samochód skonstruowany jeszcze w latach siedemdziesiątych nigdy nie miał służyć ani do dalekich podróży, ani forsownych wyścigów. Karoseria opracowana komputerowo – co było w tamtym czasie istotnym novum – była lekka i w kilku płaszczyznach niezwykle wytrzymała. Na przykład w wypadku kolizji z przodu i z tyłu pojazdu. Strefy zgniotów prawidłowo spełniały swą rolę, auto uderzone w komorę silnika składało się zgodnie z założeniem, pochłaniając energię kolizji i pozostawiając nietkniętą kabinę pasażerską. Jest tu jednak kilka zastrzeżeń: otóż po pierwsze konstrukcja obliczona została na silniki mniej więcej o pojemności do 1400 ccm i mocy nie większej, niż jakieś 80 KM. Z takimi jednostkami napędowymi pracowały układu zawieszenia, hamulce, przeguby napędowe i odpowiednie skrzynie biegów. To wreszcie była w stanie znieść płyta podłogowa. Tymczasem wieczne poszukiwanie nowych klientów, zwłaszcza młodych, doprowadziło do sytuacji, w której te skądinąd sympatyczne skorupki musiały dźwigać silniki o mocach zdecydowanie większych. A motor żywcem wzięty z serii modeli Mondeo o pojemności 1800 ccm był też znakomicie cięższy.
Co dzieje się z takim pojazdem w codziennej eksploatacji? Na początku sprawia swemu właścicielowi mnóstwo radości. Wilk w owczej skórze… Znakomicie przyspiesza, nieźle się prowadzi na większych kołach i oponach o niskim profilu, po prostu kusi do ostrej jazdy. Wkrótce ujawniają się wady takiej mieszanki gatunkowej: szybszej wymiany domagają się elementy układu hamulcowego, nie wytrzymują wahacze i amortyzatory, nawet te rzekomo wzmocnione, zacierają się łożyska kół. A cała karoseria powoli, ale skutecznie mówiąc po ludzku rozłazi się w szwach. W Niemczech czy Holandii, skąd pochodzi większość importowanych pojazdów używanych takie auto po niewielu latach albo idzie na złom, albo z niską ceną trafia w polskie ręce. Tu pozornie dostaje drugą młodość: nowe lampy w miejsce rozbitych, wyklepane błotniki przednie, nową przednią szybę, tradycyjnie spękaną od ruchów karoserii, kubełkowe fotele (jeśli nie było ich w aucie importowanym). Giełda, a ostatnio ogłoszenie klubowe lub internetowe, spora cena transakcyjna, żadnych pertraktacji cenowych (bo „ma buta”) – i złudne nadzieje nowego właściciela.
Opowieść z ostatniej chwili: dwóch młodych ludzi wybrało się tak spreparowaną Fiestą z Warszawy do Kalisza. Wrażenia po powrocie: „mam dość, wytrzęsło nas jak cholera, na tych niskoprofilowych oponach można tylko po autostradzie – no ale może prawie dwieście…” W tej chwili trwa poszukiwanie odpowiednio tanich zamienników sworzni wahaczy przednich. Nie wytrzymały intensywnego używania – i nie ma się co dziwić. Koszty tej podróży zatem parokrotnie przekroczą koszty pokonania tej trasy pojazdem „dorosłym”. Szyba przednia w okolicach przyklejonego do niej lusterka wstecznego właśnie zaczęła pękać.
Nissan Sentra. Lub jak kto woli Sunny B-12 w wersji coupe.
Skomplikujmy sprawę – przydając mu automatyczną skrzynię biegów. Tych egzemplarzy jest w Polsce pewnie kilka, mnie udało się taki kupić w Krakowie. Od byłego pracownika ambasady polskiej w Kanadzie. Silnik o pojemności 1600 ccm, ale mocy zaledwie 75 KM, automat z czterema przełożeniami, wersja kanadyjska, czyli ze znacznie lepiej zabezpieczoną blachą, w niektórych miejscach obustronnie cynkowaną. Wersja ta oznacza również liczniki skalowane w kilometrach – prędkościomierz, przebieg całkowity i dzienny jak w pojazdach europejskich. Podobnie światła: asymetryczne z przodu i z pomarańczowymi kierunkowskazami z tyłu. Mnóstwo pieniędzy zostaje w kieszeni, nie trzeba niczego adaptować ani wymieniać. Wrażenia ze wstępnego oglądu pojazdu i zapoznania się z danymi katalogowymi: powolne wozidełko. Nic bardziej mylnego! Obniżenie mocy silnika spowodowane zostało podniesieniem wartości momentu obrotowego w dolnym zakresie obrotów. Skutek: staruje na automacie spod świateł jak wystrzelony, zgrabnie przerzuca przełożenia w wybranej przez kierowcę strefie obrotów, rwie jak rakieta mniej więcej do 120 km/h. Później spokojnie, cztery przełożenia w wypadku gwałtownego naciśnięcia pedału gazu pozwalają niemal zawsze zredukować bieg, kick-down działa jak marzenie.
Koszty półrocznego użytkowania Sentry: klocki i tarcze hamulcowe, typowe, cena niewielka, bo komplet 250 zł. Bez konieczności ingerencji w hamulce tylne i ręczny. Wymiana oleju w silniku i skrzyni. Najkosztowniejszy okazał się wypadek awarii aparatu zapłonowego. Pozornie wyglądał jak zwykły, choćby znany z rodziny polskich Fiatów. W istocie to precyzyjnie zabudowany czujnik Halla z laserowym czytnikiem położenia wału korbowego. Zegarmistrzowska robota! Zamiennik przyjechał w dwa dni z Holandii, cena 450 zł.
Fiesta sprzedawana jest już dwa miesiące, właściciel raz kocha ją mniej, raz bardziej, waha się, nie widzi innego zamiennika, inwestuje w detale nie podnoszące wartości użytkowej pojazdu (alufelgi, nowe radio itp.), dobija i tak już zużyte zawieszenie. Na razie nie potrafię mu pomóc – bo też i nie da się nieść pomocy osobie, która jej najwyraźniej nie chce.
Sentra: drugiego dnia po ogłoszeniu jej sprzedaży w typowej internetowej witrynie samochodowej, zimą, zgłosił się właściciel warsztatu samochodowego. Kilka godzin szukał dziury w całym, w końcu przyznał się, że nie ma całej żądanej przeze mnie kwoty. W związku z czym zostawi mi zadatek i zegarek, przyjdzie po auto w ciągu trzech dni. Był z gotówką następnego dnia z samego rana. Jeszcze raz przejechał się, jeszcze raz obejrzał podwozie, podpisał umowę kupna. Do dzisiaj leczę swoje kolejne auta w jego „pracowni”.
M.Z.
Różnica pomiędzy sektorami samochodów typowych, wszystko jedno czy starych, czy młodych i nietypowych jest niezwykle delikatna, chciałoby się rzec: cienka. Citroen DS to classic car, rok produkcji jest tu bez znaczenia. Citroen SM z silnikiem Maserati to już coś więcej: i classic car i auto nietypowe. Cena rośnie, podobnych samochodów jest po prostu mało. A jeżdżących i sprawnych jeszcze mniej. Wymienione mają (lub mogą mieć!) cechę użytkowości – ale tak naprawdę żadnym z nich nie da się jeździć na co dzień. Poszukajmy auta nietypowego – ale nadającego się do zwykłej eksploatacji.
Wbrew pozorom jest ich bez liku, przy czym jedyne zastrzeżenie dotyczy ich codziennej użytkowości. Albo żadnej czy mocno wątpliwej – to na przykład częste ostatnio przypadki Fordów Fiest z silnikami 1800 ccm – albo pełnej, ten przypadek Nissana omówię osobno, wart jest grzechu. W obu przypadkach im młodszy właściciel tym większym uczuciem darzy obiekt pożądania. Raz słusznie – innym razem kompletnie niesłusznie.
W historii firm motoryzacyjnych w Europie i na kontynencie amerykańskim zdarzały się modele samochodów, które albo dostosowane zostały do miejscowych warunków i upodobań klienteli – albo były rodzajem składanek z pozostałych po wielkoseryjnej produkcji modelach. Tak jest w wypadku wspomnianej Fiesty.
Samochód skonstruowany jeszcze w latach siedemdziesiątych nigdy nie miał służyć ani do dalekich podróży, ani forsownych wyścigów. Karoseria opracowana komputerowo – co było w tamtym czasie istotnym novum – była lekka i w kilku płaszczyznach niezwykle wytrzymała. Na przykład w wypadku kolizji z przodu i z tyłu pojazdu. Strefy zgniotów prawidłowo spełniały swą rolę, auto uderzone w komorę silnika składało się zgodnie z założeniem, pochłaniając energię kolizji i pozostawiając nietkniętą kabinę pasażerską. Jest tu jednak kilka zastrzeżeń: otóż po pierwsze konstrukcja obliczona została na silniki mniej więcej o pojemności do 1400 ccm i mocy nie większej, niż jakieś 80 KM. Z takimi jednostkami napędowymi pracowały układu zawieszenia, hamulce, przeguby napędowe i odpowiednie skrzynie biegów. To wreszcie była w stanie znieść płyta podłogowa. Tymczasem wieczne poszukiwanie nowych klientów, zwłaszcza młodych, doprowadziło do sytuacji, w której te skądinąd sympatyczne skorupki musiały dźwigać silniki o mocach zdecydowanie większych. A motor żywcem wzięty z serii modeli Mondeo o pojemności 1800 ccm był też znakomicie cięższy.
Co dzieje się z takim pojazdem w codziennej eksploatacji? Na początku sprawia swemu właścicielowi mnóstwo radości. Wilk w owczej skórze… Znakomicie przyspiesza, nieźle się prowadzi na większych kołach i oponach o niskim profilu, po prostu kusi do ostrej jazdy. Wkrótce ujawniają się wady takiej mieszanki gatunkowej: szybszej wymiany domagają się elementy układu hamulcowego, nie wytrzymują wahacze i amortyzatory, nawet te rzekomo wzmocnione, zacierają się łożyska kół. A cała karoseria powoli, ale skutecznie mówiąc po ludzku rozłazi się w szwach. W Niemczech czy Holandii, skąd pochodzi większość importowanych pojazdów używanych takie auto po niewielu latach albo idzie na złom, albo z niską ceną trafia w polskie ręce. Tu pozornie dostaje drugą młodość: nowe lampy w miejsce rozbitych, wyklepane błotniki przednie, nową przednią szybę, tradycyjnie spękaną od ruchów karoserii, kubełkowe fotele (jeśli nie było ich w aucie importowanym). Giełda, a ostatnio ogłoszenie klubowe lub internetowe, spora cena transakcyjna, żadnych pertraktacji cenowych (bo „ma buta”) – i złudne nadzieje nowego właściciela.
Opowieść z ostatniej chwili: dwóch młodych ludzi wybrało się tak spreparowaną Fiestą z Warszawy do Kalisza. Wrażenia po powrocie: „mam dość, wytrzęsło nas jak cholera, na tych niskoprofilowych oponach można tylko po autostradzie – no ale może prawie dwieście…” W tej chwili trwa poszukiwanie odpowiednio tanich zamienników sworzni wahaczy przednich. Nie wytrzymały intensywnego używania – i nie ma się co dziwić. Koszty tej podróży zatem parokrotnie przekroczą koszty pokonania tej trasy pojazdem „dorosłym”. Szyba przednia w okolicach przyklejonego do niej lusterka wstecznego właśnie zaczęła pękać.
Nissan Sentra. Lub jak kto woli Sunny B-12 w wersji coupe.
Skomplikujmy sprawę – przydając mu automatyczną skrzynię biegów. Tych egzemplarzy jest w Polsce pewnie kilka, mnie udało się taki kupić w Krakowie. Od byłego pracownika ambasady polskiej w Kanadzie. Silnik o pojemności 1600 ccm, ale mocy zaledwie 75 KM, automat z czterema przełożeniami, wersja kanadyjska, czyli ze znacznie lepiej zabezpieczoną blachą, w niektórych miejscach obustronnie cynkowaną. Wersja ta oznacza również liczniki skalowane w kilometrach – prędkościomierz, przebieg całkowity i dzienny jak w pojazdach europejskich. Podobnie światła: asymetryczne z przodu i z pomarańczowymi kierunkowskazami z tyłu. Mnóstwo pieniędzy zostaje w kieszeni, nie trzeba niczego adaptować ani wymieniać. Wrażenia ze wstępnego oglądu pojazdu i zapoznania się z danymi katalogowymi: powolne wozidełko. Nic bardziej mylnego! Obniżenie mocy silnika spowodowane zostało podniesieniem wartości momentu obrotowego w dolnym zakresie obrotów. Skutek: staruje na automacie spod świateł jak wystrzelony, zgrabnie przerzuca przełożenia w wybranej przez kierowcę strefie obrotów, rwie jak rakieta mniej więcej do 120 km/h. Później spokojnie, cztery przełożenia w wypadku gwałtownego naciśnięcia pedału gazu pozwalają niemal zawsze zredukować bieg, kick-down działa jak marzenie.
Koszty półrocznego użytkowania Sentry: klocki i tarcze hamulcowe, typowe, cena niewielka, bo komplet 250 zł. Bez konieczności ingerencji w hamulce tylne i ręczny. Wymiana oleju w silniku i skrzyni. Najkosztowniejszy okazał się wypadek awarii aparatu zapłonowego. Pozornie wyglądał jak zwykły, choćby znany z rodziny polskich Fiatów. W istocie to precyzyjnie zabudowany czujnik Halla z laserowym czytnikiem położenia wału korbowego. Zegarmistrzowska robota! Zamiennik przyjechał w dwa dni z Holandii, cena 450 zł.
Fiesta sprzedawana jest już dwa miesiące, właściciel raz kocha ją mniej, raz bardziej, waha się, nie widzi innego zamiennika, inwestuje w detale nie podnoszące wartości użytkowej pojazdu (alufelgi, nowe radio itp.), dobija i tak już zużyte zawieszenie. Na razie nie potrafię mu pomóc – bo też i nie da się nieść pomocy osobie, która jej najwyraźniej nie chce.
Sentra: drugiego dnia po ogłoszeniu jej sprzedaży w typowej internetowej witrynie samochodowej, zimą, zgłosił się właściciel warsztatu samochodowego. Kilka godzin szukał dziury w całym, w końcu przyznał się, że nie ma całej żądanej przeze mnie kwoty. W związku z czym zostawi mi zadatek i zegarek, przyjdzie po auto w ciągu trzech dni. Był z gotówką następnego dnia z samego rana. Jeszcze raz przejechał się, jeszcze raz obejrzał podwozie, podpisał umowę kupna. Do dzisiaj leczę swoje kolejne auta w jego „pracowni”.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









