wtorek, 10 maja 2011

Lutowanie - czyli nuda wrogiem twym śmiertelnym!



W poprzednim felietonie napisałem, że niby planuję spędzanie urlopu. I że nie umiem się z tym problemem uporać, przyczyny różne, odsyłam do poprzedniego tekstu. Teraz by było tradycyjnie powiem tak: kiedyś to było prościej! Nie było żadnych urlopów, ale prawie trzymiesięczne wakacje.

Skąd kasa? Przed laty, za tak zwanych studenckich czasów te wakacje spędzałem jako wychowawca kolonijny. Pieniądze – i pobyt w jakimś atrakcyjnym miejscu. Niby potrzebny był do tego odpowiedni świstek mówiący o predyspozycjach i krótkim szkoleniu – ale tak naprawdę potencjalni pracodawcy największą uwagę zwracali na referencje, jakie dostawało się po każdym turnusie. Świstek posiadałem, referencje niezłe, więc i z pracą kłopotów żadnych. Zwiedzałem zatem góry, morze, Mazury i co kto tam jeszcze chce.

Grupy od lat ośmiu do osiemnastu, te pierwsze najtrudniejsze, drugie związane z największym ryzykiem wypadku, zagubienia itd. Jak to: zagubienia? Ano tak! Koledze-wychowawcy pewnego dnia zniknęły nad morzem trzy dziewczyny. Były – a rano nie ma, bagaży również brak. Znaleziono komplet w pobliskim obozie studentów ASP, specjalność rzeźba. Kolega nie poszedł siedzieć tylko dlatego, że wszystkie „zaginione” były pełnoletnie i żadna do rzeźbiarzy z powodu rzeźbienia nie wnosiła pretensji. Chciałoby się nawet rzec – przeciwnie… Ale to już inna historia.

Ważniejsze to, że do naszego obozu zjechał „mądry starszy pan” z jakiegoś kuratorium, który wszystkim wychowawcom postanowił zafundować prelekcję, jak to z młodzieżą postępować należy, a nawet niekiedy trzeba. Zaparkował swego szarego Trabanta z fasonem przed stołówką, napił się z dyrekcją – i otworzył salę wykładową.

Zaczął od wyjaśnienia, że on praktykę ma przebogatą, ponieważ obsługiwał już grupy wojskowe, więzienne, harcerskie i szkolne. By jednak nie gmatwać sprawy – referował – należy za podstawową zasadę przyjąć tę, że od wolnego czasu dzieciom lub wychowankom ZAWSZE przewraca się w głowie. Ale jeśli bystry instruktor, dowódca czy wychowawca taki stan zauważy odpowiednio wcześnie, to pozostaje mu już tylko jedno: „przylutować”. Jeśli spostrzeżenie nastąpi nieco później: dwa razy „przylutować”. „I to by było, proszę zgromadzonych, na tyle…” Ktoś tam z boku chciał podjąć spór, że niby to wakacje, czas wolny, a i dzieci mają swoje prawa, ale spotkał się tylko z pytaniem „A pani też przylutować?”. I wykład w naturalny sposób dobiegł końca.

Pan z kuratorium przejął opiekę nad grupą męską na następne dwanaście godzin. Co z chłopakami wyprawiał nie wiadomo, wrócili mocno zmordowani i wściekli nad ranem, podobno był jakiś marszobieg. Po śniadaniu kuratoryjny geniusz ze zdumieniem stwierdził, że na miejscu jego Trabanta w kolorze szarej ściery puszy się elegancka, czarna limuzyna, też zresztą marki Trabant. Ktoś tam napomykał półgębkiem, że nawet nie miał pojęcia jak mocno czarna pasta do butów wgryza się w duroplast, to było tworzywo, z którego w NRD produkowano samochody. "I co ja mam teraz zrobić?". Wyglansować skurczymisia! - chór był spontaniczny i radosny. A potem "przylutować"...

No tak, dawno to było, bo za socjalizmu w pełnej krasie – ale było. Śmiem nawet twierdzić, że dzisiaj niewiele przyszło zmian. Jeśli jako grupa kolonijna, obozowa czy lokatorska zbiesimy się za bardzo, czegoś tam odmówimy, jakiegoś pisma nie przyjmiemy – to się nas „lutuje” i już. Pewnie że nie ręcznie. Raczej jakimś maleńkim zakazem dyscyplinującym, jakimś przepisikiem wyciągniętym z przepastnego worka przepisików upierdliwych i na każdą okazję, jakimś pogrożeniem. I jest nam fajniej, niż było przedtem, prawda? Żadne tam kiełbie we łbie – tylko czysta, socjalistyczna dyscyplina.

M.Z.

Reminiscencje przed- i po-urlopowe




Nie jest tajemnicą, że co roku na krótki, coraz krótszy urlop jadę na Mazury. Długo by opowiadać czemu to taka ulubiona kraina – ale jest ulubiona i tyle. Ci co mają wiedzieć to wiedzą. Odstawiam komputer, pakuję jakieś bagaże i jazda… Gdzieś tam nad jezioro. Albo rzeczkę. Bez wędek (bo zapomniałem), grzybów (bo nie umiem zbierać!) i bez pogaduszek o odpadających w warszawskim mieszkaniu sufitach. W ośrodkach, gdzie spędzałem czas przez minione dwa lata nic nie odpadało. Okna trzymały się murów, tynk podkładu, a w jednym z ośrodków ogrodnik strzygący co rano żywopłot czynił to normalnymi nożycami, mechaniczne zakłócają spokój gości. Okazuje się, że istnieją jeszcze takie enklawy luksusu, zresztą wcale nie za kosmiczne pieniądze! Gdzie kelnerka czeka na chwilę, w której właśnie kończę zupę (natychmiast podaje mięsiwa!), kajak należy się gościom jak psu buda, a barman potrafi wyczyniać różne łamańce alkoholowe, choć i tak większość bywalców zamawia najdoskonalszy na świecie miejscowy bimber. No więc w takich miejscach chce się żyć – a im bardziej człek żyje, tym smutniejsze jest otrzeźwienie post-powrotne. To był rok 2009.

Jeden wątek okazał się wszakże wspólny dla mazurskich peregrynacji i warszawskiej rzeczywistości. Mazury pełne są Niemców, obok mieszkali i tacy turyści, cała trzypokoleniowa szóstka. Okazało się, że dziwnie zadumani, kompletnie nie hałaśliwi i raczej z ciekawością przyglądający się obecnym tubylcom, niż cokolwiek im narzucający. Senior przyjechał na grób swojego ojca. Jak zginął (bo zginął), z czyich rąk – nie chciał powiedzieć. Ot, wojna, co tu gadać… Wydukał tyle, że możemy rozmawiać po… rosyjsku, ponieważ jako nastolatek nauczył się tego języka podczas kilkuletnich przymusowych robót, na jakie krasnoarmiejcy „zaprosili” go po wejściu na ten teren. I gdzieś tam w trakcie dość oględnej, choć uprzejmej rozmowy wyszło, że starszy pan najbardziej na świecie obawia się sytuacji, w której ktoś ogłosi oto, że już czas na "Ein Staat, ein Fuehrer, eine Partei" – jedno państwo, jednego wodza i jedną partię. Bo – jak stwierdził - zbyt dobrze poznał socjalizm niemiecki i sowiecki, by do dzisiaj nie śniły mu się po nocach.

Wtedy, w roku 2009 było jeszcze bogato w felietony najwyższej klasy. Po powrocie do Warszawy ekran komputera i ciekawość: co też się nie stało podczas mojej nieobecności. Tekst Macieja Rybińskiego: zamurowało mnie kompletnie. Aby jednak nie psuć języka i stylu oryginału poniżej obszerne fragmenty.

„…Tydzień wcześniej wpadły mi w ręce rezultaty badań nad skutkami całodobowej, 24-godzinnej, kultury informacyjnej dla ludzkiego mózgu przeprowadzone przez Instytut Mózgu i Kreatywności Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Dwa artykuły na ten temat zostały opublikowane w specjalistycznym piśmie "Archives of General Psychiatry". To, że wszyscy, korzystając z nieustannego, nieprzerwanego i nie podlegającego żadnej segregacji dostępu do informacji, czyli żyjąc w kulturze informacyjnej – powiedzmy, wiadomościowej, aby jej nie mieszać z informatyczną – będziemy się już wkrótce kwalifikować do psychiatry, zawsze było dla mnie oczywiste…

…Pierwsze objawy masowej utraty równowagi umysłowej już są – jak chociażby wybór do Parlamentu Europejskiego drukarza ze Śląska – Adama Kazimierza Marcinkiewicza – tylko dlatego, że wyborcy pomylili go z tym Kaziem Marcinkiewiczem, o którym wiedzą z informacji, że sypia z Izą.

…Jak się ten trend umocni, jak się to stanie modne, ludzie zaczną zmieniać nazwiska także z innych pobudek. Na przykład Cenckiewicz i Gontarczyk następną książkę mogliby wydać jako Adam i Michnik. Zobaczylibyście, jakie entuzjastyczne byłyby recenzje…
…Wracając do psychiatrii medialno-społecznej. Kalifornijscy psychiatrzy uważają, że stały natłok informacji, ich błyskawiczny przepływ, piętrowe paski telewizyjne, alerty są zbyt gęste i zbyt szybkie dla ludzkiego mózgu, a ich obfitość przekracza możliwości przetwórcze naszych neuronów. Jesteśmy i niezdolni do analizy, i zestresowani, zwłaszcza że większość dostarczanej nam informacji jest, jeśli niedramatyczna z istoty rzeczy, to udramatyzowana redakcyjnie.
…Jeden z uczestników tego projektu badawczego prof. Dilip Jeste powiedział Emmie Barnett, specjalistce brytyjskiego dziennika "The Daily Telegraph" od digitalnej technologii i mediów, że neurony odpowiedzialne za takie cnoty ludzkie jak mądrość i empatia działają powoli, wobec czego te obszary mózgu są omijane, kiedy świat zaczyna być zbyt stresujący. Górę bierze i dyktuje zachowanie prymitywny instynkt przetrwania. Nasz mózg nie ma po prostu w warunkach potopu informacyjnego czasu na segregację wiadomości ani na odpowiednią reakcję.
…Zdaje się, że bez żadnych badań, bez pomocy psychiatrów, bez całego naukowego instrumentarium szefowie wszystkich naszych telewizji i ich programów informacyjnych instynktownie wiedzieli to wszystko od dawna. Dlatego nie zostawiali i nie zostawiają Polaków samych ze strumieniem informacji i niedoskonałym, powolnym mózgiem. Nie pozwalają na lekceważenie i stępienie wrażliwości.
Każda wiadomość jest od razu, jeśli nie expressis verbis, to przynajmniej językowo, opatrzona wykładnią moralną. Polak nie musi sobie przegrzewać mózgu myśleniem, nie musi uruchamiać obszarów pozainstynktownej refleksji, bo wszystko ma wyłożone jak na talerzu.
Nie tylko, co się wydarzyło, ale także dlaczego, po co, co z tego wynika i jak się do tego ustosunkować.

…Wicepremier i sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wyraził przekonanie, że po przyszłorocznych wyborach premier Donald Tusk, zostawszy prezydentem, będzie także nadal przewodniczącym partii.

Donald Tusk istotnie może – jeśli będzie chciał – być równocześnie prezydentem i szefem partii. Taka jest dzisiejsza Polska, co trudno zauważyć w natłoku informacji, a zwłaszcza niełatwo jakoś to sobie uporządkować w zaśmieconej głowie. Chciałbym tylko zwrócić uwagę Grzegorzowi Schetynie, że jeśli Tusk może być prezydentem i szefem partii jednocześnie, to może też zatrzymać urząd premiera, a nawet – jeśliby ojczyzna go wezwała w potrzebie – zająć fotel ministra spraw wewnętrznych. Może też przyjąć tytuł Generalissimusa, na co czekam z niecierpliwością. Moje neurony mózgowe domagają się bowiem nazywania rzeczy po imieniu.
źrodło:http://www.rp.pl/artykul/2,319965_Rybinski__Generalissimus_Donald_Tusk_.html

------------------

Potem był rok 2010. Po dwunastu miesiącach urlop częściowo „odbył się” w tym samym miejscu. Po wspomnianych Niemcach ani śladu, inni ludzie, inne rozmowy, inne skojarzenia. Jedna rzecz wspólna: przerażenie refleksją, jaka rodzi się po zestawieniu kilku faktów, tych leżących na wierzchu. Tak, Rybiński nie żyje, następców najwyraźniej brak. Jest z tym brakiem jak u A.A. Milne’a (Kubuś Puchatek): im bardziej na następcę czekamy tym bardziej go nie ma. Tusk odsunięty od prezydentury nadal udaje, że rządzi jako premier, teraz bez zahamowań, bo po zbrodni z 10 kwietnia banda wzięła wszystko, z prezydentem i szefem parlamentu na czele. I co? Bać się przepowiedni starego Niemca już, teraz-zaraz, czy za chwilę? Znaki na niebie i ziemi, te ostatnie może bardziej, wskazują, że tak, po stokroć tak! Pokazali nam już, że można wygonić na ulicę złodziei, gwałcicieli i alfonsów, można inwigilowac ludzi przy pomocy sprzętu, za który inwigilowani sami zapłacili (komórki!), można też naszczać do przyniesionego przez sąsiadów znicza, można właściwie wszystko – a ludzie jak to ludzie, spokojnie wrócą z urlopów do domów, kupią dzieciom nowe szkolne zeszyty, a telewizja będzie dalej gadała o tolerancji i zrozumieniu. Tym głośniej, im wyższe kroją się nam podwyżki. Wszystkiego, od chleba i benzyny po czynsze i opłaty wszelkiej maści.



W sieci, do której zawsze uciekałem mając dość prasy nachalniejszej od dawnej Trybuny Ludu wolność coraz trudniejsza. Dwa podstawowe powody: obawa przed fizycznym i namacalnym już gnojeniem niektórych nieprawomyślnych blogerów i ta przerażająca poprawność, która dławi ekspresję. Rzecz nie w brzydkich wyrazach, choć jako żywo nie potrafię pojąc dlaczego nie wolno powiedzieć szmacie, że jego (jej?) argumenty są szmatławe… Przypomina mi się fragment opinii Cata Mackiewicza bodaj z 1927 roku o pewnym jego przeciwniku posądzonym o szpiegostwo na rzecz Rosji sowieckiej. Brzmiało to tak, że niby ów przeciwnik Polak z Polaków, za to należy mu się szacunek, ale jako ruskiemu szpiegowi trzeba czym prędzej klientowi wystawić szubienicę i powiesić jak prawo przykazuje. Więc 83 lata temu można było wyrażać swój pogląd wprost i bez ogródek – dzisiaj już nie?



Wątek „Różnimy się” – a podobno nie powinniśmy. Bo to niby wojna polsko – polska. Ależ różnimy się od zawsze, zawsze byliśmy rudzi lub łysi, chudzi i grubi, myślący normalnie albo w chory sposób. Dlaczego miałbym być podobnym do jakiegoś tam Zbigniewa N., specjalisty od napadów na burdele i gwałcenia burdel-mam? Co mam wspólnego z jakimś zaćpanym Tarasem, młodym durnowatym z kucharskiej obsługi ASP? Jaki będzie efekt tej postulowanej unifikacji, tego jednego głosu „narodu” chóralnie popierającego jednego przywódcę z jednej partii, przecież równie demokratycznie sprawującej władzę, jak tamten prawzór?



Powroty po-urlopowe są też trudne z powodu innej perspektywy, którą umysł niejako automatycznie przykłada do rzeczy i spraw przedtem zwykłych, codziennych. Piszę o tym po wielokroć: wyszkoleni agenci usiłują coraz skuteczniej wpływać na nasze postrzeganie. Chcą wkleić się gdzieś pomiędzy dyskutantów, znaleźć swoje stałe miejsce w krzywieniu poglądów, perspektyw, systemów odbioru. Stale, bez przerwy apelują o „normalność” – bez historii, bez pamięci jednostkowej i zbiorowej. A potem bezczelnie sugerują, że podczas otwierania puszki z groszkiem dokopali się… Kaczyńskiego! Leczyć się, świrki, leczyć czym prędzej! Bo historia, którą tak postponujecie już pokazała gdzie wasze miejsce…



Skąd te wszystkie skojarzenia? Proste: właśnie rysuję na mapie trasę tegorocznego urlopu. Gdzie by się nie obejrzeć : dupa zawsze z tyłu. Tyle samo per saldo kosztują okolice Mikołajek, Mrągowa, Giżycka i Węgorzewa. Tu taniej obiady, ale droższy nocleg, ówdzie odwrotnie, biorą za żarcie ile wlezie. Najlepsze atrakcje obiecują miejsca, w których do jeziora dwa kilometry, w promieniu 500 metrów ani jednego drzewa, za to podobno „zwierzęta gospodarskie i domowe”. Krowę to ja już kiedyś widziałem, nie jestem ciekaw. Pan właściciel wystudiowanym głosem najpierw opowiada o atrakcjach, potem pyta kiedy zjadę, na koniec twierdzi, że pierwszy tydzień czerwca to już sezon, więc ceny u niego większe. Bo widzisz pan – mówi – ja muszę zarobić na resztę roku… Wstrząsające! Dramatyczne! Ktoś trzy czwarte roku chce leżeć wentylem do góry, więc w pozostałą część musi się nachapać ile wlezie. A pies z tobą tańcował, hotelarzu od siedmiu boleści!

M.Z.

czwartek, 5 maja 2011

Sprzedaję choć cierpię – problem CENY

Dzisiaj w roli głównej tytułowa CENA. Ile jest wart mój samochód? Więcej, niż średnia ogłoszeniowa – czy mniej? Czy jeśli dodam nawigację satelitarną i CB radio to podniosę cenę dwukrotnie? Prać pokrowce, czy raczej je zdejmować? Doinwestowałem auto – czy musi mi się zwrócić?


Czyli: jak kombinować zysk, by nie przekombinować. I czy w ogóle będzie zysk, czy raczej jak najmniejsza strata? Uwagi wynikają z osobistego doświadczenia, powie ktoś, że to incydentalne. Dobra – incydentalne. Ale z ceną jest jak z demokracją: najgorszy z możliwych ustrojów, choć na razie nie wymyślono nic lepszego. Sugeruje przyzwyczaić się. A ja zmieniłem dostatecznie dużo samochodów, by mieć pełne prawo do pokuszenia się o wywiedzenie pewnych prawidłowości.

Definicja podstawowa: dobra cena transakcyjna to kwota, którą daje największy szaleniec, a którą zgadza się przyjąć sprzedawca. Kiedy kto czyta te słowa kiwa ze zrozumieniem głową, tak, mówi, to się zgadza. Po czym na własny sprzęt wywala nie tylko absurdalnie wysoką cenę, ale też w najlepsze upiera się przy niej do końca, czyli do „nie sprzedania”. Wolno mu? Pewnie że wolno. Wolno mu podejmować każdą próbę, by zaczarować rzeczywistość. Czasem to się udaje. W większości wypadków niestety nie. Ale - to ważne: ta uwaga nie dotyczy prawdziwych rodzynków, aut tak oryginalnie zachowanych, że niesposób to opisać w prostym ogłoszeniu. Te samochody mają cenę jaką mają. Nic się na to nie poradzi...

Samochody wbrew powszechnemu mniemaniu są towarem sezonowym. Zimą nie idą kabriolety, przed latem większy popyt panuje na auta typu kombi, wozów trzydrzwiowych nie radzę sprzedawać jako „rodzinnych”, a kombiaków podstawiać znajomym w sezonie ślubów, czyli grudniu i czerwcu. Już same te stwierdzenia zdają się wystarczające do potwierdzenia tezy wstępnej – to towar sezonowy. W inny oczywiście sposób, niż ogórki czy wakacje w Grecji – ale SEZONOWY. Oczywiście istnieją typy i modele, które pójdą zawsze – i podczas zawiei śnieżnej. Każdy może tu wytypować model i markę swoich marzeń. Pogoda i czas roku nie miały by znaczenia, gdyby tylko pieniędzy wam wystarczyło, prawda? Wspaniale – bo wędliny też kupuje się jak rok długi…

Z czego płynie jeden, ale ważny wniosek: KAŻDA POTWORA ZNAJDZIE SWEGO AMATORA. W określonym czasie, niekoniecznie dzisiaj, może za tydzień.

W polskich warunkach na cenę nakłada się też obyczaj, może lepiej tu powiedzieć: stan ducha i wiary w pieczęć. Poważnie – są ludzie, którzy kupią każde zło, byle na umowie widniała pieczęć na przykład komisu samochodowego. Pokazują później nad trupem nowego nabytku jakiś papier i krzyczą: „Ale mam gwarancję, zwrócą mi!” Nie, misiu, historia nie zna przypadku, w którym nietrafiony zakup wraca na komisowy plac, a gotówka w pełnej wysokości do kieszeni nieuważnego nabywcy. Podobnie jest zresztą z salonami dilerskimi, to oczywiście inny temat, osobiście znam ludzi, których takie salony nabrały na SETKI tysięcy złotych. I nic, i już tylko proces sądowy…

W opisie sposobów sprzedawania samochodu już nie chcianego mówiłem o prawidłowościach dotyczących ogłoszeń prasowych czy internetowych. Tu nie chcąc się powtarzać powiem jeszcze tyle, że ze sprzedawanym autem jest jak z zamkiem typu Yale: można doń włożyć tylko jeden klucz. Jako sprzedającym pojazd potrzebny jest nam zatem jeden zdecydowany nabywca. I teraz jadąc dalej: ze zdecydowanym zupełnie inaczej wygląda rozmowa o cenie finalnej, niż z kimś, kto metodą złodziej podwórkowego chce kupić, wszystko jedno co, byle najwyżej za pół ceny. Ile byśmy nie powiedzieli – on pół ceny. Taką ma mentalność, taki charakter, dalsze pertraktacje mijają się z celem.

Wzbogacanie oferty: możliwe, znam ludzi, których w moim byłym pojeździe uwiodło oryginalne radio z wysuwanym ekranem wyświetlacza, innym podobała się nawigacja satelitarna, model podrzędny, ale działający prawidłowo. Brak radia, sygnalizowany na zdjęciach internetowych widokiem wdzięcznej dziury, nie oznacza klęski sprzedażnej, ale też nie zachęca. Natomiast zwracanie uwagi, że oto we właściwym miejscu pojazdu jednak jakieś radio się znajduje nikogo już nie przekonuje – ono tam po prostu winno być i już. Podobnie jak trójkąt, gaśnica i apteczka.

Konkrety: kilka dni temu w ogłoszeniach internetowych ukazał się inserat dotyczący sprzedaży wdzięcznego pojazdu francuskiego, Renault 19, rok 1995, wersja trzydrzwiowa, silnik 1721 ccm, czyli jednostka stara, ale sprawdzona i długowieczna.

Proponowana cena: 2 tysiące złotych. Ponieważ było już niedaleko północy napisałem do właściciela maila. Następnego dnia rano oddzwoniła matka sprzedawcy i w skądinąd sympatycznej rozmowie poinformowała mnie, że ogłoszenie zostało wycofane, syn właśnie jest w warsztacie, gdzie wymieniają rozrząd pojazdu i montują instalację gazową. Ogłoszenie zostanie wznowione, ale już z nową ceną - pewnie jakaś rodzina zechce kupić pojazd, tani na wakacje i do pracy. A jeśli nie – to autko zostanie w domu, ktoś nim będzie jeszcze jeździł.

Podziękowałem miłej rozmówczyni bez zbędnych komentarzy. Za chwilę weszło do sieci nowe ogłoszenie. Z ceną, UWAGA, 4.500 zł!! Tu powiem tyle: zawiedziecie się drodzy państwo srodze! 3-drziowy pojazd nie jest rodzinną limuzyną. Instalacja gazowa nie podnosi automatycznie ceny samochodu o koszt jej zainstalowania. Oczywiście jak wyżej: wolno wam próbowac, nic mnie do tego. Natomiast stopień powodzenia tego ataku cenowego oceniam na ZERO.

PS. Ta sprawa wyszła dzisiaj, przy okazji ogłoszenia, jakie dałem w przedmiocie sprzedaży własnego auta. Poważny klient, miła rozmowa, dobry kontakt, samochód podobał się... Czego zabrakło? Decyzji kupującego. Szybkiej i jednoznacznej. Otrzymałem odpowiedź, że klient musi mieć czas na zastanowienie się czy złożyć mi konkretną ofertę. Ani słowa o wysokości tej oferty. Czy miałem kruszeć jeszcze dzień dłużej? Tymczasem moje auto sprzedawane było z konkretnego powodu: chęci wejścia w posiadanie innego, o konkretnych parametrach, osiągach i cenie. Rozstaliśmy się z niedoszłym kupcem w pełnej zgodzie - ale kilkadziesiąt minut później okazało się, że wóz, który chciałem nabyć właśnie został sprzedany. Pozbycie się mojego, sprawdzonego, objeżdżonego i stuprocentowo sprawnego w tej sytuacji mija się z celem, jest bezsensowne. Wycofałem ofertę, mam takie prawo, nie było żadnych zobowiązań, żadnego zadatku. Wnioski: jeżeli zdarza ci się coś dobrego KUPUJ NATYCHMIAST! Jeżeli przegapisz właściwy moment - okaże się co wyżej opisałem. I żadne wyceny tego nie zmienią. Tak jest z pojazdami, w których nie jest ukryta podstępna mina czy inny wybuchowy materiał. Sorry Winnetou...

M.Z.

środa, 4 maja 2011

Sprzedaję choć cierpię – wersja aut nietypowych

Czy podział świata motoryzacyjnego na auta współczesne i oldtimery opisuje całość tego świata? Otóż nie. Pozostaje niszowa grupa samochodów, które znajdują się dokładnie „w połowie”. To auta nietypowe. Na tyle młode i sprawne, by nie móc przydać im żółtych tablic - i na tyle oryginalne, by nie próbować wyjeżdżać nimi na giełdy samochodowe. Te bowiem zajmują się masówką. Dalej niż masówka wątpliwy wdzięk zawodowych giełdowych handlarzy po prostu nie sięga.

Różnica pomiędzy sektorami samochodów typowych, wszystko jedno czy starych, czy młodych i nietypowych jest niezwykle delikatna, chciałoby się rzec: cienka. Citroen DS to classic car, rok produkcji jest tu bez znaczenia. Citroen SM z silnikiem Maserati to już coś więcej: i classic car i auto nietypowe. Cena rośnie, podobnych samochodów jest po prostu mało. A jeżdżących i sprawnych jeszcze mniej. Wymienione mają (lub mogą mieć!) cechę użytkowości – ale tak naprawdę żadnym z nich nie da się jeździć na co dzień. Poszukajmy auta nietypowego – ale nadającego się do zwykłej eksploatacji.

Wbrew pozorom jest ich bez liku, przy czym jedyne zastrzeżenie dotyczy ich codziennej użytkowości. Albo żadnej czy mocno wątpliwej – to na przykład częste ostatnio przypadki Fordów Fiest z silnikami 1800 ccm – albo pełnej, ten przypadek Nissana omówię osobno, wart jest grzechu. W obu przypadkach im młodszy właściciel tym większym uczuciem darzy obiekt pożądania. Raz słusznie – innym razem kompletnie niesłusznie.

W historii firm motoryzacyjnych w Europie i na kontynencie amerykańskim zdarzały się modele samochodów, które albo dostosowane zostały do miejscowych warunków i upodobań klienteli – albo były rodzajem składanek z pozostałych po wielkoseryjnej produkcji modelach. Tak jest w wypadku wspomnianej Fiesty.
Samochód skonstruowany jeszcze w latach siedemdziesiątych nigdy nie miał służyć ani do dalekich podróży, ani forsownych wyścigów. Karoseria opracowana komputerowo – co było w tamtym czasie istotnym novum – była lekka i w kilku płaszczyznach niezwykle wytrzymała. Na przykład w wypadku kolizji z przodu i z tyłu pojazdu. Strefy zgniotów prawidłowo spełniały swą rolę, auto uderzone w komorę silnika składało się zgodnie z założeniem, pochłaniając energię kolizji i pozostawiając nietkniętą kabinę pasażerską. Jest tu jednak kilka zastrzeżeń: otóż po pierwsze konstrukcja obliczona została na silniki mniej więcej o pojemności do 1400 ccm i mocy nie większej, niż jakieś 80 KM. Z takimi jednostkami napędowymi pracowały układu zawieszenia, hamulce, przeguby napędowe i odpowiednie skrzynie biegów. To wreszcie była w stanie znieść płyta podłogowa. Tymczasem wieczne poszukiwanie nowych klientów, zwłaszcza młodych, doprowadziło do sytuacji, w której te skądinąd sympatyczne skorupki musiały dźwigać silniki o mocach zdecydowanie większych. A motor żywcem wzięty z serii modeli Mondeo o pojemności 1800 ccm był też znakomicie cięższy.

Co dzieje się z takim pojazdem w codziennej eksploatacji? Na początku sprawia swemu właścicielowi mnóstwo radości. Wilk w owczej skórze… Znakomicie przyspiesza, nieźle się prowadzi na większych kołach i oponach o niskim profilu, po prostu kusi do ostrej jazdy. Wkrótce ujawniają się wady takiej mieszanki gatunkowej: szybszej wymiany domagają się elementy układu hamulcowego, nie wytrzymują wahacze i amortyzatory, nawet te rzekomo wzmocnione, zacierają się łożyska kół. A cała karoseria powoli, ale skutecznie mówiąc po ludzku rozłazi się w szwach. W Niemczech czy Holandii, skąd pochodzi większość importowanych pojazdów używanych takie auto po niewielu latach albo idzie na złom, albo z niską ceną trafia w polskie ręce. Tu pozornie dostaje drugą młodość: nowe lampy w miejsce rozbitych, wyklepane błotniki przednie, nową przednią szybę, tradycyjnie spękaną od ruchów karoserii, kubełkowe fotele (jeśli nie było ich w aucie importowanym). Giełda, a ostatnio ogłoszenie klubowe lub internetowe, spora cena transakcyjna, żadnych pertraktacji cenowych (bo „ma buta”) – i złudne nadzieje nowego właściciela.

Opowieść z ostatniej chwili: dwóch młodych ludzi wybrało się tak spreparowaną Fiestą z Warszawy do Kalisza. Wrażenia po powrocie: „mam dość, wytrzęsło nas jak cholera, na tych niskoprofilowych oponach można tylko po autostradzie – no ale może prawie dwieście…” W tej chwili trwa poszukiwanie odpowiednio tanich zamienników sworzni wahaczy przednich. Nie wytrzymały intensywnego używania – i nie ma się co dziwić. Koszty tej podróży zatem parokrotnie przekroczą koszty pokonania tej trasy pojazdem „dorosłym”. Szyba przednia w okolicach przyklejonego do niej lusterka wstecznego właśnie zaczęła pękać.
Nissan Sentra. Lub jak kto woli Sunny B-12 w wersji coupe.
Skomplikujmy sprawę – przydając mu automatyczną skrzynię biegów. Tych egzemplarzy jest w Polsce pewnie kilka, mnie udało się taki kupić w Krakowie. Od byłego pracownika ambasady polskiej w Kanadzie. Silnik o pojemności 1600 ccm, ale mocy zaledwie 75 KM, automat z czterema przełożeniami, wersja kanadyjska, czyli ze znacznie lepiej zabezpieczoną blachą, w niektórych miejscach obustronnie cynkowaną. Wersja ta oznacza również liczniki skalowane w kilometrach – prędkościomierz, przebieg całkowity i dzienny jak w pojazdach europejskich. Podobnie światła: asymetryczne z przodu i z pomarańczowymi kierunkowskazami z tyłu. Mnóstwo pieniędzy zostaje w kieszeni, nie trzeba niczego adaptować ani wymieniać. Wrażenia ze wstępnego oglądu pojazdu i zapoznania się z danymi katalogowymi: powolne wozidełko. Nic bardziej mylnego! Obniżenie mocy silnika spowodowane zostało podniesieniem wartości momentu obrotowego w dolnym zakresie obrotów. Skutek: staruje na automacie spod świateł jak wystrzelony, zgrabnie przerzuca przełożenia w wybranej przez kierowcę strefie obrotów, rwie jak rakieta mniej więcej do 120 km/h. Później spokojnie, cztery przełożenia w wypadku gwałtownego naciśnięcia pedału gazu pozwalają niemal zawsze zredukować bieg, kick-down działa jak marzenie.

Koszty półrocznego użytkowania Sentry: klocki i tarcze hamulcowe, typowe, cena niewielka, bo komplet 250 zł. Bez konieczności ingerencji w hamulce tylne i ręczny. Wymiana oleju w silniku i skrzyni. Najkosztowniejszy okazał się wypadek awarii aparatu zapłonowego. Pozornie wyglądał jak zwykły, choćby znany z rodziny polskich Fiatów. W istocie to precyzyjnie zabudowany czujnik Halla z laserowym czytnikiem położenia wału korbowego. Zegarmistrzowska robota! Zamiennik przyjechał w dwa dni z Holandii, cena 450 zł.

Fiesta sprzedawana jest już dwa miesiące, właściciel raz kocha ją mniej, raz bardziej, waha się, nie widzi innego zamiennika, inwestuje w detale nie podnoszące wartości użytkowej pojazdu (alufelgi, nowe radio itp.), dobija i tak już zużyte zawieszenie. Na razie nie potrafię mu pomóc – bo też i nie da się nieść pomocy osobie, która jej najwyraźniej nie chce.

Sentra: drugiego dnia po ogłoszeniu jej sprzedaży w typowej internetowej witrynie samochodowej, zimą, zgłosił się właściciel warsztatu samochodowego. Kilka godzin szukał dziury w całym, w końcu przyznał się, że nie ma całej żądanej przeze mnie kwoty. W związku z czym zostawi mi zadatek i zegarek, przyjdzie po auto w ciągu trzech dni. Był z gotówką następnego dnia z samego rana. Jeszcze raz przejechał się, jeszcze raz obejrzał podwozie, podpisał umowę kupna. Do dzisiaj leczę swoje kolejne auta w jego „pracowni”.

M.Z.

wtorek, 3 maja 2011

Poranne zadziwienia - czyli Rudolf był kobietą, a kobiety wolą lalusiów





Odbieram rano pocztę elektroniczną. A że mam skrzynkę na Wirtualnej Polsce – chcąc nie chcąc zakażam oczy paskiem informacji na stronie startowej. WP jest specyficzną płaszczyzna, o tym wie każde dziecko. Jak donosi ostro promowany portal „Facet.pl” Australijki prawie masowo poprawiają sobie chirurgicznie wygląd wagin. Tamże możemy przeczytać co kobiety myślą w czasie seksu i po nim. I jeszcze o tym, że renifer Rudolf był kobietą – a nawet jeśli to nie to na pewno eunuchem. Chodzi o rogi. Prawdziwy reniferzy samiec nie ma ich w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Gdybyście zaś chcieli uciec przed tymi wstrząsającymi inseratami dowiecie się, że kobiety wolą lalusiów, nie macho.

Po co ja o tych wszystkich bzdurach piszę? Otóż po to, by jeszcze raz i jeszcze mocniej dowieść, że manipulanctwo prasowe i radiowo-telewizyjne zaczęło się na dobre w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, rozkwitło w osiemdziesiątych – a później rzecz całą pracowicie udoskonalano. No i mamy co mamy. Czyli totalną sieczkę mózgową na skalę, o jakiej małym i średnim urbankom tamtej epoki nawet się nie śniło.

Prowadziliśmy już rozmowę o tym, w jaki sposób tzw. „władza” usiłowała skanalizować myślenie młodych ludzi na przełomie lat 70- i 80-tych. I że zaczęło się tak naprawdę od wrzucenia do obróbki projektu „Mieć czy być” – który to projekt był w jasny sposób usiłowaniem spetryfikowania możliwych do zaistnienia dążeń młodych ludzi. Od tamtej pory mieli sobie nie zawracać młodych główek „maniem” – wystarczyło, że „byli” w podsuflowany sposób. Ot, chociażby ogłaszaniem swego mieszkania strefą bezatomową, wspominałem o tym w jednym z poprzednich tekstów.

Obszar zainteresowania problemami „muzycznymi” na pełen gwizdek, w usankcjonowany sposób i masowo rzeczywiście zaczął się od Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego w radiowej Trójce. W roku 1983 nie było oczywiście telefonów komórkowych i Internetu, powstawały zatem w Realu całe młodzieżowe grupy głosujące na określone przeboje, wysyłano powielane maszynowo listy poparcia dla określonych pozycji listy, młodzież miała zajęcie… Pamiętam, że kiedyś pojawiła się w Liście postać niejakiej Aliny, dama owa w śmieszny i dość zgrabny sposób sprawozdawała jak to muzyczne trendy ścierają się ze sobą w Holandii. Ponoć wspaniałym, ultra-tolerancyjnym państwie, gdzie główną troską panienek jest to, czy pójdą na koncert rockowy w majteczkach czy bez nich. Jak korespondentka donosiła jedna z jej koleżanek poszła bez tego pasa cnoty – i wróciła „niezmiernie zadowolona”. Wskazówka była więc prosta: myślcie o dupie i seksie, broń Boże nie politykujcie, to może nie być tak przyjemne!

Połowa lat 80-tych to czas, o którym ja osobiście mam zdanie sprecyzowane: czerwoni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ich fikcja w dotychczasowym kształcie nie potrwa już długo i trzeba zrobić coś, by transformację przeżyć w jak najlepszej kondycji. Finansowej – ale przecież nie tylko. Finanse bez dominacji politycznej, choćby i ukrytej, to były zamki na piasku. A przyzwyczajonym do wygody towarzyszom potrzebny był pewniejszy fundament. Po raz kolejny przypomniano sobie tedy o leninowskiej zasadzie organizatorskiej funkcji prasy. Ale też radia i telewizji - oraz raczkującego nieśmiało Internetu. Jak rozwiązano przy okrągłym meblu kwestię zależności politycznych – wiedzą już wszyscy. Manewr udał się, a co ważniejsze szwagier i inni przyjaciele królika pozostali przy kasie. Niedostatki transformacji, te odczuwane przez normalnych ludzi, należało teraz tylko zgrabnie zagadać, najlepiej na śmierć. Kto się prócz jąkał najlepiej do tego nadawał? Oczywiście specjaliści od projektu „Mieć czy być”. Organizacyjna funkcja prasy znowu ruszyła pełną parą. Zwłaszcza że kolorowych magazynów o urodzie Tiny pojawiło się w Polsce mnóstwo, a każdy z nich oferował myślenie jeśli nie koszarowe, to na pewno nie skomplikowane politycznie.

A na to wszystko nałożyła się tytaniczna praca ośrodków zajmujących się zawodowo odwracaniem pojęć i zacieraniem dotychczasowych konotacji. Patriota to idiota, lewak jest cool, pedał ma swoje niezbywalne prawa, historia to flaki z olejem, z komuchem i sowietem trzeba dyskutować – i tak dalej. Skończyło się tym, czym się na razie skończyło: pomnikiem najeźdźcy w Ossowie. Dla niektórych nieco gorzej: zbyt bliskie zainteresowanie afrykańską poezją ludów wyzwolonych, kultywowaną w lewackich kręgach „zaowocowało” zakażeniami AIDS. Dzisiaj już nikt nie chce o tym pamiętać: lewacy poprzebierani w obozowe pasiaki w faszystowski sposób blokują legalne marsze ludzi, których sami uważają za faszystów. Jak do tego doszli? Ano w prosty sposób: chodząc na koncerty bez majteczek i pobierając gwizdki z Czerskiej.

M.Z.

Auta i rozpustne kobiety




Motoryzacja to nie tylko dane o piekielnej mocy, porażającym przyspieszeniu do jakiejś tam prędkości czy oszałamiająco niskim zużyciu paliwa. Te elementy każdy szanujący się producent zamieszcza w każdym reklamowym prospekcie. Prospekty maja kusić i namawiać do grzechu rozrzutności. Pod spodem zawsze ukryta jest jakaś mniej przyjemna tajemnica…

Ludzie kupowali to „coś”, zaczynali jeździć, a po tygodniu przeklinali własną gorącą głowę – samochód nie warczy, a świszcze, doprowadzenie go do stanu gotowości do jazdy trwa dwa – trzy razy dłużej, niż w innych czterokołowcach, a koszty naprawy przekraczają granice dźwięku i rozsądku.

I kto już wie co to jest? Nikt? Dobra, podpowiadam dalej: główny anioł resortowy, odpowiadający w niebiesiech za produkcję motoryzacyjną zaraz po wypuszczeniu tego auta w świat uprosił Szefa, by na padole łez pojawiło się nieco więcej rozpustnych kobiet. Da złagodzenia cierpień egzystencjalnych nabywców… Już wiecie? TAK, tak jest: mówię o nabywcach Citroena GS!

Tak naprawdę historia tego samochodu poprzedzona jest narodzinami innego francuskiego cuda techniki, Citroena DS 19.Zwykle używamy pojęć „kabina kosmiczna”, „bolid”, „nieziemski”. Tyle że w 56 roku nikt patrząc na DS-a nie miał pojęcia co to w ogóle może być kabina kosmiczna. A ówczesne bolidy nadal miały wystające błotniki i kanciaste kształty. Tymczasem już pierwszego dnia wystawy złożono zamówienia na półtora tysiąca modelu DS. To był sukces na niewyobrażalną miarę – nowy Citroen w żadnym wypadku nie był tani. A i jeździć nim nie każdy potrafił od razu.

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jaki w 1956 roku panował zamęt na paryskim salonie samochodowym, gdy plandeka poszła w górę i oczom zgromadzonych ukazało się to zjawisko.

Filmy reklamowe pokazywały umieszczony z przodu silnik o dwulitrowej pojemności, koło zapasowe cudem umieszczone w tej samej co motor komorze, jednoramienną kierownicę i kształtny dziób, zwany później zawieszenie składało się z czterech siłowników hydraulicznych, wysokociśnieniowej pompy je zasilającej i sprytnego mechanicznego urządzonka, które regulując ciśnienie w każdym z czterech siłowników utrzymywało karoserię zawsze równolegle do podłoża. Wszystko to napędzał oczywiście klasyczny czterocylindrowiec w dziobie maszyny.
kaczkowatym. Największym wszakże powodem do dumy było coś, co zaprezentowano na Polach Elizejskich w Paryżu: otóż kilkanaście samochodów DS przejechało Pola… na trzech kołach. Umożliwiał to dość prosty patent, jakby żywcem zapożyczony z koparki:

A dlaczego nie każdy potrafił obsługiwać nowy wynalazek? Pierwsze modele nie miały pedałów sprzęgła i hamulca. Miały za to trzybiegową mechaniczną skrzynkę przekładniową. Jak więc to wszystko działało? Ot,
wystarczyło dotknąć umieszczonej przy kierownicy dźwigni zmiany biegów – i działało automatyczne sprzęgło, również sterowane hydrauliką. Pedał sprzęgła był więc zbędny. A pedał hamulca zastąpił niewielki przycisk, który naciskany butem kierowcy otwierał zaworek układu wysokiego ciśnienia, który czynił co doń należy. Dość energicznie – na początku wszyscy pasażerowie niedoświadczonego kierowcy wysiadali przy hamowaniu przez przednią szybę auta. Hamulce były po prostu piekielnie skutecznie.

Citroen DS 19 bardzo szybko stał się ulubionym samochodem elit politycznych ówczesnej Francji, jeździł nim sam generał de Gaulle i to auto kilka razy uratowało mu życie, gdy „wielbiciele” z OAS ostrzelali samochód, mniemając, iż legendy o jego możliwościach są grubo przesadzone. Nie były, kierowca dodał gazu, generał uszedł z życiem i żadne tam przestrzelone opony nie miały znaczenia.

A reszta Francuzów po prostu zazdrościła, nie mając żadnej szansy na kupienie tego drogiego cuda. W czym zakłady Citroena połapały się dość szybko, postanawiając stworzyć coś tańszego, ale zachowującego zalety hydropneumatyki DS-y. Tak powstał pierwszy model GS. Krótszy, bardziej zwarty i ogólnie mniejszy. Do komory silnika włożono czterocylindrowego boksera chłodzonego powietrzem, niewielka pojemność około 1300 ccm. Oczywiście cztery siłowniki hydrauliczne, pompa wysokiego ciśnienia, regulowana wysokość zawieszenia (DS miał to samo). Wstawiono normalną, cztero- lub piecio-stopniową skrzynkę biegów, uczciwy pedał sprzęgła. I ostro pofantazjowano sobie przy krojeniu zestawu zegarów i wskaźników.

W niczym nie przypominały one czegoś, co znamy ze współczesnych aut. Zamiast dźwigienek użyto dwóch walców, które należało odpowiednio obracać i naciskać. A prędkościomierz był małym okienkiem, za którym przesuwały się cyfry. Można też było zeń odczytać drogę hamowania, jaka czekała nas przy określonej prędkości. Przyznaję, że inżynierowie wykonali tu porządną robotę – dwie godziny można opisywać co i jak miało działać. Ale wystarczyło usiąść za kierownica, kciukami objąć jej koło i poszukać wolnymi palcami zestawu „pociągadełek”. Po piętnastu sekundach kierowca wiedział już co do czego służy.

Wady… Tu możliwa jest do napisania cała epopeja. Przede wszystkim silnik chłodzony powietrzem wymagał odpowiedniego jego strumienia. Na zewnętrznej części wału korbowego, tuż za mało ozdobną atrapą zamontowano zatem pokaźnych rozmiarów dmuchawę powietrzną. Przy małych obrotach wyła niemiłosiernie, przy większych gwizdała jak odkurzacz, któremu ktoś zatkał rurę ssącą. Mocy przy tych piekielnych dźwiękach nie było zbyt wiele, dodatkowo przy przyspieszaniu przeszkadzały pokaźne jak na tamte czasy piętnastocalowe koła o zadziwiająco cienkich oponkach (135x15). Po uruchomieniu tej kakofonicznej jednostki napędowej trzeba było odczekać kilka chwil – zanim samochód napompował ciśnienie do układu zawieszenia i hamulcowego. Gasła w zestawie wskaźników czerwona lampka, można było jechać.

GS rdzewiał na potęgę. Hydraulika wysiadała częściej, niż w modelu DS, zawodził wiecznie zachlapany benzyną dziwacznie prosty (prostacki?) gaźnik, jednoramienna kierownica niezbyt starannie wykonana gięła się w rękach. Nadto zawieszenie i tak wyprzedzało całą resztę – jechało się komfortowo, ale poniekąd bez związku z podłożem, kierowca miał małe wyczucie tego co się z pojazdem dzieje, cienkie oponki nie trzymały całości w zakrętach. A wszystkie drzwi podczas pokonywania nieco bardziej wyboistej drogi poruszały się w swych ramach, karoseria nie była wystarczająco sztywna. Co dziwniejsze rdzewiała podstępnie – w czwartek oglądałem podwozie i żaden mechanik nie wykrył w nim nic podejrzanego. W piątek stwierdziłem, że po ruszeniu coś mi spod spodu auta najwyraźniej odpadło. Wysiadam: spory kawał blachy, niby ładnie jeszcze polakierowanej, ale po prostu zmurszałej. Rozglądam się więc wokół – ani jednej rozpustnie wyglądającej kobiety. Sprzedam cię draniu! Musi być jakaś sprawiedliwość!


M.Z.

poniedziałek, 2 maja 2011

Silver Bond




Drugi maja 2011, doniesienie z całego świata w czołówkach o jednym tylko: zabito Bin Ladena. Jakiś specjalny oddział, na terenie Pakistanu, wpadł uzbrojony zapewne po zęby, zabił i jest radość ogólna. Życzenie śmierci spełnione. Uaktywniają się teraz „specjaliści”. Właśnie dowiedziałem się, że główny sprawca ataku na WTC dokonał żywota. Bin Laden pilotował jeden z tych samolotów? Nie. Osobiście celował inną maszyną w Pentagon? Nie. Przebywał choć w tym czasie na terenie USA? Też raczej nie. Może tańczył gdzieś z radości na tle telewizyjnej relacji z upadku dwóch wież? Również nie - jak ktoś to ustalił jedynymi tańczącymi z radości byli dziwni ludzie, jak się potem okazało mieli izraelskie paszporty.

Więc o co tu chodzi? O zniszczenie maszyny, którą stworzyli sami poszkodowani? Nawet jeżeli tak – w życiu nie przyznają się do tego. Od kiedy Bin Laden przestał być „naszym sukinsynem” historia jego narodzin, szkolenia i działalności dla Wuja Sama uległa zamazaniu. A może raczej – odwróceniu. On się już taki zły urodził. On od początku gryzł rękę, która go karmiła. No to dzisiaj ma na co zasłużył…

Pakistańczycy, na terenie których dokonano egzekucji nie bardzo wiedzą co powiedzieć. Nie dziwię się. Nie wiedzieli gdzie przebywa arcyterrorysta – źle. Wiedzieli, ale nie powiedzieli – jeszcze gorzej. Wiedzieli i powiedzieli – no to już w ogóle do dupy, Pakistan jest krajem muzułmańskim, do tej pory miał Bin Ladena nie wiadomo gdzie, teraz będzie miał Bin Ladena – Męczennika wszędzie. To raczej kiepsko wróży spokojowi w tym państwie. Groźnym państwie – bo przecież wyposażonym w broń atomową.

Za jakieś dwa lata na ekrany kin wejdzie filmowy przebój podający w fabularnej osnowie wersję egzekucji Bin Ladenowej. Hollywood, więc na pewno producentem zostanie Zuckerman, reżyserem Wolfowitz, główne role zagrają Brat Pit i Siostra Sisters. Koniecznie ta Sisters, inaczej ciężko będzie scenarzyście dowieść, że największe zasługi w łapaniu zbója miał pewien intelektualista – Murzyn, kompletnie nierozpoznawalny na tle takich samych intelektualistów – opozycjonistów pakistańskich. Więc kobitka, zasłonięta tak, że tylko oczy i schaby widać jest tu idealnym wyjściem. Może się jeszcze zakochać w dowódcy oddziału egzekucyjnego, to dobry wątek, uczłowiecza zbója w mundurze. Też podlega uczuciom, choć w osobnej przemowie na koniec filmu koniecznie będzie musiał wygłosić spicz, z którego wyniknie, że jednak ojczyzna ważniejsza od jakichś tam miłostek. Potem może być nawet wspólny pakistańsko – jerozolimski taniec, na tym tle napisy „za udział wzięli”.

A skąd ten Silver Bond? Ot, tak sobie, bo niby czemu nie. A może dlatego, że i Anglicy kapną trochę grosza na wspólną produkcję?

M.Z.

Sprzedaję, choć cierpię – wersja oldtimerowa




W poprzednim odcinku porad uwagi dotyczyły każdego sprzedającego. Każdego sprzedawanego auta.
Oczywiście to auto mógł zapragnąć kupić dowolny klient - stąd również brak identyfikacji nabywcy, na którego czeka sprzedawca.


Generalnie uważam, iż krąg odbiorców w kategorii współczesnych pojazdów praktycznie nie ma wspólnych cech. Kategoria współczesności jest w tym sensie kotłem, do którego wrzucane są różne składniki, stanowiące później podstawę potrawy nazywanej samochodowym prestiżem, potrzebą zaspokojenia własnych potrzeb, próżności czy zwykłej chęci podróżowania. Nie można więc jednoznacznie zdefiniować kim jest wymarzony nabywca naszego nie chcianego już samochodu. Bo raz to ojciec wielodzietnej rodziny, innym razem agresywny młodociany cham, czasem emeryt nie potrafiący już wyremontować swego ukochanego CC 700.

Tymczasem classic-cary, bez względu na markę i model, mają daleko precyzyjniej opisywalny krąg odbiorców. Teoretycznym ich nabywcą jest hobbysta-kolekcjoner, dysponujący wiedzą niezbędną do zidentyfikowania i zaspokojenia własnych potrzeb.

Tyle teorii wstępnej. Do jej pełnego wyjaśnienia niezbędne jest w tym miejscu posłużenie się kilkoma praktycznymi i konkretnymi objaśnieniami.
Otóż idealny nabywca oldimera bez pudła potrafi określić które obiekty techniczne go interesują, a które nie interesują - w ogłoszeniach zatem ceni przekaz precyzyjnie doń zaadresowany. W określonym czasie i miejscu!
I tak chcąc wejść w posiadanie oryginalnego BMW 1602 z końca lat 60-tych (przykład wybrany z autentycznie werbalizowanych potrzeb) nie będzie takiego auta szukał na giełdzie w Słomczynie - ale raczej w prasowych lub internetowych ogłoszeniach o samochodach kolekcjonerskich i zabytkowych. Inseraty prasowe mają długą tradycję, są powszechnie znane, zbędnym jest ich opisywanie. Nową jakość wniosły na rynek oldimerów witryny internetowe, operujące nie tylko szczegółowym opisem, ale również zdjęciem.

W tym miejscu koniecznym jest jednak przestrzeżenie sprzedających - dzisiejszy Internet (rok 2011) jest domeną nowej generacji oszustów: informatycznych młodocianych mędrców lub wydrwigroszy. Obydwie grupy nie mają pojęcia czym jest fakt, prawda, doświadczenie i wiedza. Najczęściej świat zaczął się dla nich w momencie ich urodzenia.
================================

Jak sprzedawać classic-cara? Najkrócej da się to opowiedzieć w postaci anegdoty: jak się kochają jeże? Delikatnie, choć zdecydowanie! Planując działania - i konsekwentnie je realizując.

Sprzedaż zaczyna się oczywiście od wypuszczenia w świat ogłoszenia o chęci sprzedaży. Ogłoszeniem jest tak kartka w szybie auta, ustna informacja puszczona w obieg prywatnymi kanałami, ogłoszenie prasowe lub internetowe. Wszystko, co jest zrozumiałym dla drugiej strony komunikatem.

Istotą ogłoszeniowych inseratów jest użycie odpowiednich słów. To według słów dokonywane jest wyszukiwanie oferty najwłaściwszej!
Które więc słowa są właściwe - a które takimi nie są w żadnym wypadku? Generalnie można przyjąć, że dopuszczalne jest używanie pojęć "oryginalny, unikalny, amatorski, kolekcjonerski, po rekonstrukcji, w restauracji". Niedopuszczalne natomiast: "na chodzie, w ciągłej eksploatacji, od 10 lat nie używany, po zmarłym krewnym".

Wyjaśnienie: w kodzie porozumiewania się stron transakcji samochodowych, kodzie po części narzuconym przez zawodowych handlarzy, pojęcia "unikalny, kolekcjonerski" itd. nie są identyfikowane wprost, jednoznacznie. Niosą za sobą zaciekawiające niedomówienie, niezrozumiałe dla sprzedawców niemieckich Panzerwagenów, jasne dla miłośników Jaguara. Dlatego już samo tak sformułowane ogłoszenie jest labiryntem, łatwym do pokonania dla tych, na których czeka sprzedawca oldtimera, niemożłiwym do przebrnięcia dla profanów.

Druga powyżej przywołana grupa pojęć (na chodzie, po zmarłym krewnym itd.) w tymże kodzie porozumiewania się oznacza ni mniej ni więcej tylko ogrom kłopotów technicznych i prawnych, których nabywca może, a nawet powinien się spodziewać. I tak auta nie używane od wielu lat przed pierwszym uruchomieniem wymagają wielu zabiegów nie tyle skomplikowanych, co czasochłonnych. Samochód po zmarłym krewnym to samochód niepewny prawnie, sprzedawany najczęściej przed przeprowadzeniem postępowania spadkowego, ze sfałszowanym podpisem nieboszczyka na umowie. Auto "na chodzie" lub "w ciągłej eksploatacji" postrzegane jest jako te, które jeszcze jeździ, choć nikt nie wie dlaczego - i czy przypadkiem nie powinno się zawiadomić odpowiednich służb zajmujących się ochroną dóbr rannych i niepełnosprawnych.
====================

Nabywca idealny człowiekiem zamożnym bywa rzadko - częściej poziom miłości do samochodów znacznie przekracza stan jego konta. Sprzedawca zabytkowego obiektu chce uzyskać zań maksymalną cenę, zmusza go do tego ambicja, częściej sytuacja osobista - ale pieniądze nie mogą pochodzić od byle kogo. Gra toczy się więc na boisku, którego wszystkie boki stale zmieniają się - zaś same reguły gry zdefiniowano nader ogólnie i nieprecyzyjnie. Jeśli powie ktoś w tym miejscu, że delikatna to zabawa - będzie miał po stokroć rację.

Delikatne gry nie mogą i nie powinny toczyć się w otoczeniu informacyjnej wrzawy. Zabytkowe auto nie powinno być sprzedawane na giełdzie, w nieznanym warsztacie, w obecności przypadkowych gapiów lub nie daj Boże innego poważnego klienta. Rzeczą sprzedawcy jest stworzenie takiej sytuacji, w której wszystkie podawane potencjalnemu nabywcy informacje są tak pewne, że nie wymagają weryfikacji zewnętrznej. Jeżeli wymieniałem silnik, hamulce, elementy blachy - to potwierdzanie tych niezaprzeczalnych faktów przez osoby trzecie jest wręcz nieprzyzwoite. Ergo - podważa to wszystko, co prawdziwego dalej powiem, a czego już nikt nie będzie mógł potwierdzić.
==================

Sprzedawanie dwu- trzyletniego samochodu jest spektaklem teatralnym - warto przećwiczyć graną rolę. Sprzedawanie oldimera to spektakl, który albo zagramy w mistrzowski sposób - albo nie grajmy go w ogóle, poniesiemy straty. Jak nie finansowe, to moralne. Zawodowi handlarze niszczą psychicznie posiadaczy wszystkich w miarę nowych samochodów. Potrafią na nich krzyczeć, obrażają gości często we własnym mieszkaniu, ogłupiają manipulowaniem dokumentami, sztucznym tłokiem, bywa że i wyrafinowaną sztuką perswazji. Łatwiej wówczas uzyskać im pożądaną niską cenę. Zawodowcy zajmujący się oldtimerami wręcz gwałcą moralnie swe ofiary - zasada obcesowego, brutalnego zachowania jest tu nie wypadkiem przy pracy, ale normą. Oporni wobec handlarzy bywają złośliwie opisywani we wspomnianych już witrynach internetowych, odbierają wiele anonimowych telefonów długo po nieudanej transakcji - a zdarza się, że ich samochody po ustaleniu stałego miejsca postoju są rysowane lub w inny sposób niszczone.
================

Dlaczego ochrona posiadanego oldtimera jest tak ważna? Otóż wartościowe egzemplarze takich pojazdów osiągają w Polsce i na Zachodzie ceny niewyobrażalnie wysokie. Zarówno jako kompletne egzemplarze, jak części zamienne! Dla wyspecjalizowanych grup złodziejskich - a istnieją u nas takowe! - kradzież zabytkowego Mercedesa czy BMW może okazać się parokrotnie intratniejsza, niż kradzież VW Golfa najnowszej generacji. Pojazdy te zresztą "wsiąkają" w teren znacznie łatwiej od wielu innych, a ich późniejsza identyfikacja jest trudna czy wręcz niemożliwa. Producenci nie stosowali w latach 50-tych i 60-tych odpowiednich zabezpieczeń, niektórzy nie wybijali numeru karoserii na blachach tejże, a na słabo przynitowanych tabliczkach znamionowych (Citroen w modelach GS, GSX, niektórych CX, Visa). Późniejsze porównywanie np. deklarowanego rocznika produkcji z oznaczeniami na szybach czy pasach bezpieczeństwa nie przynosi rezultatu: różnice w datach zbyt łatwo wytłumaczyć wiekiem i przejściami pojazdu.
================

Kluby posiadaczy - rzecz tyleż cenna, co w wielu polskich przypadkach traktowana nieuczciwie. Właściciele zrzeszonych w takich klubach aut posiadają oczywiście cenną wiedzę na temat dostępu do części zamiennych, dysponują adresami warsztatów, w których można dokonać niezbędnych, a skomplikowanych napraw. Często można jednak po kilku spotkaniach w takich gremiach odnieść wrażenie, że ludzie tam zgromadzeni nie marzą o niczym innym, jak wyłącznie o jak najszybszym sprzedaniu własnych samochodów. Zloty, wspólne wyprawy wakacyjne nieodmiennie kończą się propozycją: a może byś tak odkupił mój samochód? Przecież wiesz, że i tak jest lepszy od twojego…

Interwencje we władzach klubów posiadaczy danej marki: z reguły kierownictwa tych zbiorowości bardziej dbają o niewzruszony wizerunek całości, niż jednostkowy interes nowego członka. Nie są zainteresowani publikowaniem informacji, że oto określony pojazd miał wielokrotnie przebijane numery karoserii, a jego poprzedni właściciel, było nie było "klubowicz", jest zwykłym oszustem czy wręcz złodziejem. Teoria? Przeciwnie! Na własnej skórze przekonałem się o podobnych praktykach kultywowanych w klubie... no mniejsza o to.

Cena - mitem jest wyobrażenie niektórych posiadaczy classic-carów, że za swój obiekt mogą otrzymać dowolnie wysoką cenę. Ilu amatorów może czekać na Jaguara MK II z 1967 roku za 85 tys. zł? Moim zdaniem żaden! Ten sam wóz za 25 – 40 tysięcy mógłby już wzbudzić prawdziwe pożądanie, wymierne propozycjami kupna. Tak jest w 2011 roku. Czy tak będzie zawsze? Oczywiście nie, istnieje nikła szansa, że część bogatych klientów oszaleje.
Cena plus odpowiednio przyjaźnie sprzedawana "legenda" auta: tak, to może być pierwszy stopień do udanej transakcji. Wszystko trwa określoną porcję czasu. Tak ma być.

M.Z.

niedziela, 1 maja 2011

Sprzedaję, choć cierpię

Pisałem ostatnio sporo na temat samochodów. Starych i nowych, zielonych i srebrnych, zawsze używanych. I tak się stało, że wszystkie te teksty opublikowane zostały na wiosnę - czyli w czasie, w którym znaczna część Polaków sprzedaje swoje auta po to, by kupić inne. Lepsze, może droższe, może bardziej niezawodne... Bez znaczenia. Kilku mocno już ze mną zaprzyjaźnionych czytelników pyta jak to zrobić. Najprościej, skutecznie, bez zbędnych konfliktów. Poniższy tekst to krótki poradnik. Będzie też druga jego część, poświęcona autom tak leciwym, że uznanym już za classic cary, czy jak kto woli oldtimery. Zastrzegam jednak: nie adresuję go do tych, którzy uważają się za najlepszych inżynierów, kochanków, kierowców i kupców. Tych wspanialców nie chcę o niczym przekonywać. Po prostu bawcie się sami...
================================




SPRZEDAJĘ, CHOĆ CIERPIĘ

Brzmi jak fragment starej teatralnej sztuki? Zgadza się - taką proponuję przyjąć konwencję podczas sprzedawania naszego już nie chcianego auta. Wiele lat pomagania w podobnych transakcjach doprowadziło mnie do przekonania, że sprzedając cokolwiek, niekoniecznie samochód, UCZESTNICZYMY W SPEKTAKLU TEATRALNYM! Stajemy się postaciami tego spektaklu! Dlatego odrobina sztucznej przesady, uniesienia i emfazy nie są tu elementami śmiesznymi. Przeciwnie – tworzą właściwe tło przedstawienia i przydają mu rumieńców. Uwaga! Dobry dramat to jednak nie blaga, kłamstwo i bzdura.

NIE NA GIEŁDZIE! Dla debiutantów, sprzedających auto po raz pierwszy, to najważniejsza zasada! Giełda pełna jest zawodowych handlarzy, kibiców, pseudo-ekspertów i fałszywych doradców. Nigdy nie będziemy pewni, czy proponowane nam ceny są poważnymi ofertami, czy tylko sondowaniem naszej psychicznej odporności. Zawodowi handlarze wmówią nam, że nawet fabrycznie nowy czołg ma wady blacharskie, kwalifikujące go do natychmiastowego remontu, więc i obniżenia ceny. O tę zresztą cenę będziemy pytani po stokroć, do znudzenia, często w sposób denerwujący lub napastliwy. Nie każdy jest w stanie znieść taką presję…

Względnie najodpowiedniejsze jest OGŁOSZENIE PRASOWE, w ostatnich latach internetowe. Koniecznie ze zdjęciem! Też pojawią się zawodowi kupcy – ale łatwo odróżnimy ich po 3-4 telefonie. Podstawowy walor ogłoszenia to brak skali porównawczej, której podlegało by nasze auto stojąc na giełdzie obok kilku takich samych. Poza tym znajdujemy się podczas transakcji na własnym terytorium. To bardzo istotna przewaga psychologiczna.

LEGENDA - to po prostu opowieść o losach naszego samochodu. "Kochałem go, ale…" Ale chcę mieć auto większe, silniejsze, może też nowsze. Co możemy i chcemy powiedzieć o przedmiocie mijającej miłości? Kiedy i od kogo został kupiony, jak eksploatowany, dlaczego sprzedawany. Nie musimy posuwać się w tłumaczeniach zbyt daleko, wystarczającą motywacją sprzedaży niechaj będzie podana przyczyna. Pieniądze? Nie musimy się tego wstydzić. Pieniądze mogą być nam potrzebne z zupełnie prozaicznych powodów. Reszta to nasza prywatna sprawa, w końcu sprzedajemy obiekt techniczny, nie własny życiorys.
Legenda w części technicznej musi być prawdą, a raczej pozytywną częścią tej prawdy. LEGENDA JEST INTEGRALNĄ CZĘŚCIĄ samochodu, jak silnik, koła i dokumenty. Pomyślmy spokojnie: czy będąc na miejscu uczciwego kupca chcielibyśmy mieć przedmiot, o którym nie mamy pojęcia? Czy uznalibyśmy, że dokonaliśmy właściwego wyboru?
CIERPLIWOŚĆ. Na 10 telefonów będących skutkiem naszego ogłoszenia adres miejsca, gdzie stoi pojazd, statystycznie biorą dwie osoby. Na 5 osób wstępnie umówionych przychodzi jedna. To naturalne, zwykłe proporcje. Proszę jednak pamiętać, że nasz samochód może być sprzedany tylko jednemu klientowi. Dlatego tak naprawdę poszukujemy nie setki ciekawskich, ale jednego zdecydowanego.

OPIS STANU TECHNICZNEGO. Przyszedł, zadaje mniej lub bardziej mądre pytania, ma tajemniczą minę – ale co mu powiedzieć? Przypomnijmy sobie wszystkie zalety naszego auta. Dalekie podróże? Jeśli ich nie było to może podróże krótkie, ale częste? Jak działa skrzynia biegów? Cicho i bezawaryjnie. Jakiego jest typu? Nie wiem, nigdy mnie to nie interesowało, obsługę zlecałem mechanikom. Zużycie oleju silnikowego? Mój specjalista twierdzi, że w normie, nawet nie wożę pojemnika na dolewki. Jakie opony? Dobre i za drogie – ale nie oszczędzałem na bezpieczeństwie...

DEMONSTRACJA. Pewna kategoria klientów oglądanie zaczyna od wymierzenia solidnego kopniaka w oponę, zaraz potem może pojawić się klasyczne giełdowe pytanie: ile tak naprawdę za ten złom? Doradzam natychmiastowe wycofanie się z transakcji! Sprzedaż to prawo i chęć – ale nie obowiązek. Z takim klientem nie będzie korzystnego porozumienia na pewno.
A co jeśli mamy do czynienia z poważną osobą? Pozwólmy jej na solidne obejrzenie pojazdu. Klient ma prawo wiedzieć kiedy ostatnio zmienialiśmy opony, olej w silniku i skrzyni biegów. Gdzie serwisowany był samochód i ile osób go użytkowało.

TEST – JAZDA PRÓBNA. Może dotyczyć łatwości uruchomienia silnika, pracy podzespołów i osprzętu. Stanowczo odradzam jednak wyrażanie zgody na regulacje gaźnika, przestawianie zapłonu i majstrowanie przy osprzęcie elektrycznym. W czasie jazdy próbnej nie godzimy się na szaleńcze wyczyny na osiedlowej uliczce, albo rozpędzanie pojazdu do prędkości maksymalnej. Hasło: jeździliśmy rozsądnie i tylko tak nasze auto może być testowane.

TRANSAKCJA. Dla własnego dobra proponuję przyjąć następującą, stosowaną w handlu zasadę: danego dnia samochód wart jest tyle, ile daje największy szaleniec, a my godzimy się tę kwotę przyjąć. Tabele wycen konkretnego modelu i rocznika służą do erudycyjnych popisów ich autorów. Żaden z nich takiego pojazdu za ustaloną przez siebie cenę nie kupił. Dobre radio z reguły nie podwyższa ceny finalnej, podobnie rzecz ma się z innymi gadżetami. Może jedynie przyspieszyć moment transakcji.
Bardzo dokładnie uzgadniamy losy naszej polisy ubezpieczeniowej. Dobrze byłoby wynegocjować jej natychmiastowy zwrot po odstawieniu auta do punktu jego nowego postoju. Uprzedzamy, że informacja o nowym nabywcy i samej transakcji natychmiast przesłana zostanie do naszego Wydziału Komunikacji i ubezpieczyciela! Do Wydziału Komunikacji możemy przesłać listem poleconym kserokopię umowy sprzedaży. Ubezpieczyciela najlepiej odwiedzić osobiście, nie zapominając o samej polisie - być może należy nam się zwrot określonej sumy pieniędzy!

DOKUMENTY TRANSAKCJI. Po pierwsze klasyczna umowa kupna-sprzedaży, jej wzór dostępny jest niemal w każdym portalu internetowym, czy dobrych gazetach zajmujących się tematyką rynku aut używanych. Po drugie formularz typu PCC, niezbędny kupującemu wobec Urzędu Skarbowego. Wypełniamy starannie i czytelnie, wszystkie rubryki, wszystkie zgodnie z materialną prawdą. Ważna jest tak data, jak prawdziwa suma transakcji. Stanowczo odradzam zaniżanie ceny, nie wstawianie daty, nie wypełnianie rubryki dotyczącej danych klienta. Doradzam dopełnienie umowy o punkty dotyczące ilości kluczy, dodatkowego wyposażenia, losów polisy ubezpieczeniowej.

Uff, sprzedaliśmy! Sięgamy po słuchawkę i dzielimy się radością z paroma zaprzyjaźnionymi osobami. Co najmniej jedna z nich powie: - Coś ty najlepszego uczynił! Na pewno mogłeś dostać kilkaset złotych więcej...
Mogłeś? Nie mogłeś? To w gruncie rzeczy bez znaczenia, żadna hipotetyczna teoria nie da się udowodnić.
Co czynić? NIC! Takie niestety bywają mechanizmy ludzkich zachowań. Czas zrobi swoje. A my mamy zachować spokój.

M.Z.