niedziela, 27 marca 2011

Przeglądając…

Przeglądając internetowe strony można nie tylko uzyskać wszystkie niezbędne do życia informacje polityczne, ale też nie zdenerwować się, jak na przykład podczas czytania Wybiórczej, Polityki czy nie daj Boże Wprost. Powiem więcej: niektóre ważne informacje NAJPIERW ukazują się w sieci, dopiero później zajmuje się nimi mainstream. I dobrze, tak ma być, tak być powinno już od dawna, Internet udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że dysponuje piórami zdecydowanie lepszymi od wysoko opłacanych żurnalistów papierowych czy telewizyjnych. Wiem co mówię – po ponad trzydziestu latach obrabiania cudzych tekstów względem ich poprawności merytorycznej i językowej, nie wspominam o błędach ortograficznych, sieć jawi mi się jako cudo, przy którym wielkość koniecznej do włożenia w obróbkę testów pracy spadła by co najmniej o połowę. Gdyby oczywiście ktoś mnie o to poprosił, albo najął do takiego zajęcia…

Sieć ma też inną nad pseudo-zawodowcami przewagę: oglądając rzeczy i zdarzenia bez czujnego oka jakiegoś głęboko partyjnego szefa wpada na wątki, o których może i coś tam zawodowcom się śniło, ale nie mieli odwagi powiedzieć tego wprost. Tak jest na przykład z ostatnią kradzieżą dokonaną w katedrze gnieźnieńskiej.

Powie ktoś „A cóż takiego niezwykłego tam się stało?” Skradziono pierścień kardynała Wyszyńskiego, połamano go na kawałki, przetopiono, a brylanciki ożeniono osobno. Znaczy się: fachowy złodziej, prawda? No więc chyba nie do końca fachowy, bo przecież dał się złapać. A jadąc dalej trzeba też zauważyć, ze prawdziwy fachowiec, taki, jakich opisują kryminały wszystkich zakątków świata, nie łamał by rzeczy cennej w całości, raczej starał dogadać z firmą ubezpieczeniową, właścicielem nominalnym czy wręcz wiernymi, którzy na pewno złożyli by się na odzyskanie tej cennej, historycznej już pamiątki. A tu nic, dewastacja i amatorszczyzna. Gdy złapany dureń pójdzie już siedzieć zapewne opowie kolegom, iż siedzi za niewinność, jak wiadomo najwierniejszy wyborczy elektorat PO (udowodnione statystycznie!) tak właśnie gada. Prawda jest inna – durnota za kratami to właściwy porządek rzeczy.

Pozostaje teraz zapytać tylko kto i w jaki sposób odpowiada za doprowadzenie do sytuacji, w której prosty dureń włazi do miejsca szczególnego, bierze co chce i wychodzi przez nikogo nie zaczepiany. Nie było alarmu? Nie było strażnika skarbów narodowych? Czy zatem uprawnione jest twierdzenie, że durnowaty złodziej przyszedł po cudze do durnowatych zarządców katedry?

A w ogóle gdyby kto chciał poczytać o tym jeszcze co nieco odsyłam do:
http://coryllus.nowyekran.pl/post/8191,kilka-uwag-o-kradziezy-w-gnieznie

M.Z.

sobota, 26 marca 2011

Trudności komunikacyjne

Odczuwam je właściwie od zawsze: jak skomunikować się z ludźmi używając powszechnie w Polsce dostępnego języka polskiego? Teoretycznie jest to, ten akt komunikacyjny, możliwe. W praktyce inaczej – w wielu przypadkach po prostu się nie da! I kiedy mówię coś do kogoś wiem, że ten drugi kompletnie nie rozumie o czym tu gadamy. Ma swoją wizję świata, ja mu w realizacji tej wizji najzwyczajniej przeszkadzam – więc nawet nie stara się pojąć jakie to słowa w jego kierunku płyną. Wyrzuca mnie z bloga, ze swojej strony, rżnie durnia, awanturuje się, zamilcza na śmierć… Wszystko jedno.

I teraz powinienem pewnie powiedzieć, że ludzie to idioci. Nic takiego jednak z siebie nie wywalę – bo byłaby to kompletna bzdura. Przed wieloma laty, kiedy zacząłem pisać dla dzieci w pewnej dziecięcej gazecie nauczono mnie bowiem, że dla tej grupy wiekowej pisze się tak samo jak dla dorosłych. Tylko lepiej i prościej. Zatem jeśli to ja zaczynam rozmowę, a mój rozmówca nie wie o czym mowa – to jest to tylko i wyłącznie moja wina. Oczywiście do pewnego stopnia. Istnieje naturalna granica tej mojej winy. Oto bowiem spotkałem się ostatnio z sytuacją, w której prosty dość opis zdjęcia dziewczynki i psa nosił ironiczny podpis „Ola i pies, Ola pierwsza z lewej”. A gość powiada, że nie rozumie. I co mam zrobić? Tłumaczyć prościej? Nie da się, nie istnieje nic prostszego. Powiedziałem facetowi, że powinien udać się do punktu skupu płodów rolnych. Do sekcji buraków. I tam oddać się w ręce wagowego, który prawidłowo oszacuje ile też taki burak może być wart. Przy czym jeśli powie, że nic – to nie wolno się dziwić. Bo może i nic – naprawdę…

Tak, już słyszę: przykład jest tendencyjny, bo zawiera w sobie tę wspomnianą ironię. Teraz ja zapytam: czy istnieją dorośli ludzie nie wyposażeni w czujnik ironii? No to współczuję! Doprawdy trudno być durniem…

Niestety jest też drugi biegun niezrozumienia. Badacze, naukowcy, utytułowani opisywacze rzeczywistości na zamówienie, całe stada pseudo-mądrych publicystów, z którymi właściwie nie ma jak porozumiewać się, ponieważ z góry usiłują narzucić rozmowie standardy swoich śmiesznych uczelni i jeszcze żałośniejszych tytułów. Spotkałem się już z takim w zwarciu. Oznajmił mi, że jest profesorem i w związku z tym jeśli nie widzę w jego wypocinach podziękowań dla innych autorów to oznacza, iż tekst jest całkowicie nowy, oryginalny i w ogóle od-autorski. Hola, hola – ja na to – mówię, że cytuje pan sam siebie, tego siebie sprzed kilku tygodni. I że jest to słaby kawałek, nieprawidłowo opisujący rzecz. A on mi: ty chamie, won stąd!

I co rzec? Nie będzie profesor pluł mi w twarz i dzieci mi tumanił? Można. Ale czy utytułowany dureń pojmie ironię w tej postaci?

M.Z.

piątek, 25 marca 2011

Liryka, liryka, tkliwa usług dynamika

W pewnym sensie to ciąg dalszy wczorajszego felietonu o Lidlu i Biedronce. Jako się rzekło – w mojej okolicy takich świątyń nie ma. Trzeba jechać dość daleko. W mojej okolicy są za to sklepiki miejscowe. O przedziwnym nieco asortymencie. Pierwszy ogólnospożywczy. Załoga wymienia się raz na trzy lata, podobno z powodu wysokich czynszów. Myślę, że też z powodu wysokich cen, ludzie jakoś nie chcą płacić, w końcu nawet bogaci nie dlatego są bogaci, że głupi. Drugi sklep sprzedaje cudowności hinduskie. Na bóle brzucha, chudnięcie, a nawet porost biustu. Jest cichutki, prawie nikt doń nie przychodzi, ale za to przyjeżdżają spore samochody dostawcze, więc pewnie interes się kręci. I dobrze, właściciele sympatyczni, niech mają. Trzeci to Tajemnicza Jama. Wchodzą do niej ludzie wyposażeni w podłużne pokrowce, które równie dobrze mogą kryć kije bilardowe, co karabiny maszynowe. Potem niektórzy wychodzą nadmiernie smutni, inni nadmiernie weseli. Ale zezwolenia na alkohol oczywiście nie ma… Nie lubimy tej Jamy z powodu mnogości obcych samochodów, które zajmują nasze miejsca parkingowe przed domem.

No i jest jeszcze kilku fryzjerów, nie wiem z czego żyją, ale jakoś żyją. Punkt szycia sukienek, których też nikt nie kupuje, widać sukience wystarczy jak jest modna. Oj, zapomniał bym o cymesie międzynarodowym: sklepiku, który najpierw sprzedawał przysmaki hinduskie, a teraz służy jako punkt zborny dziwnym ludziom o pochodzeniu hindusko-murzyńsko-wietnamsko-eskimoskim. Oni się tam zbierają niby pokojowo, ale ja wyraźnie czuję, że spiskują w celu założenia Chinatown.

Długo by tak można wymieniać. Ale jaki kolor skóry by nie miał sprzedawca dowolnego sklepiku wyraźnie widać, że żyjemy w Polsce socjalistycznej. Czyli takiej, w której nic, co wygląda na szalet publiczny oczywiście tym szaletem nie jest. Ja tam jestem przyzwyczajony, w końcu nie raz kupowałem dolarowe bony do Pewexu w bramie naprzeciwko, a prawdziwe dolary sprzedawałem na straganie Różyca, teoretycznie handlowano tam biusthalterami. Ale jak się z tym upora coraz wyższa i bardziej cycata miejscowa młodzież płci obojga?

M.Z.

czwartek, 24 marca 2011

Lidl, Biedrona i kajdany

Pewien mój znajomy popełnił był na Nowym Ekranie tekst o tym (także o tym) gdzie sensowniej kupować: w Lidlu czy w Biedronce. I kogo tam można spotkać. To od razu przyznam się, że w Biedronce nie byłem w życiu, po prostu nie wiem gdzie jest. W Lidlu dwa razy, pierwszy i ostatni, mojej żonie poradziła to jej znajoma. Może lubi. Ja nie bardzo. Czułem się jakbym wpadł do magazynu wojskowego, w którym tajemniczy wybuch oderwał jedną ze ścian, a dobrzy ludzie z sąsiedztwa przyszli na chwilę z potężnymi wózkami (koszyków nie ma!), by ulżyć roli taksatorów szkód. Każdy pakował w czeluść wózka ile wlezie – a wlezie sporo. Czy mnie na przykład niezbędne jest dwanaście półtoralitrowych opakowań wody Żywiec? Stanowczo nie! A w każdym razie nie zaraz i naraz. Snułem się więc pomiędzy ściśle ustawionymi ladami, na które ktoś powrzucał towar byle jak i w pędzie. I powiem, że nie chcę więcej brać udziału w spektaklu, który bardziej przypomina rabunek, niż zakupy. Nawet jeśli ten pełen wózek wyjdzie mi dziesięć złotych taniej.

Jeżdżę więc w miejsca, które oczywiście znam, bo jestem zmuszany raz na jakiś czas je znać. Pani Przewodniczka mi każe. Parkuję w dziurach obliczonych w sam raz na Malucha, czyli Fiata 126, ze zgrozą obserwuję, jak wytworne damesy otwierają drzwi swych terenowych potworów na słuch – to jest do pierwszego bum o sąsiada – i obserwuję podejrzanych osobników, którzy zawsze stoją u wejścia i pewnie zastanawiają się do której kieszeni włożyłem kluczyki od samochodu. Wiem, to zbyteczna troska, auto ma lat dokładnie dwadzieścia i powinienem dać sobie spokój. No ale jest ładne, ja je lubię i jakoś tę troskę muszę wyrazić…

Mój znajomy pisze, że spotkał w jednym ze sklepów ludzi znanych, poczynił pewne obserwacje i może wywieść określone wnioski. Co też czyni. Ja ludzi znanych nie lubię w miejscach publicznych spotykać, zwłaszcza znienacka, ponieważ mam w sobie taki mechanizm, że kłaniam się znanej twarzy zanim jeszcze ustalę skąd ją znam. I wyszło by głupio. Dalej powiem, że w każdym wielkim sklepie lubię oglądać towary, których właściwie nie powinno się tam kupować: chińskie skutery i japońskie telewizory, też zresztą wyprodukowane w Chinach. Gapię się na nie. Skutery bywają śliczne. Telewizory tanieją szybciej, niż zdążą to ogłaszać w prospektach „nie dla idiotów”. Nie jeżdżę skuterem i nie oglądam telewizji więc mogę te moje marketowe pasje włożyć spokojnie na półkę "satysfakcji intelektualnych". I to są przyjemności, które dobrze wpływają na moją psychikę. Podobnie jak kajdany, pałki składane, gazy bojowe i piękne spodenki w plamy pustynne, które mogę nabyć w sklepiku wielkości budki z gazetami, mieści się ten sklepik u wyjścia z jednego z supermarketów. Uważam, że skoro w tym państwie wolności jest coraz mniej, to przynajmniej te gadżety winni sprzedawać po umiarkowanych cenach. I później nie łapać obywateli tak przystrojonych i uzbrojonych, niech sobie choć z godzinę polatają luzem po polach, wszyscy być może będziemy bardziej szczęśliwi. (W tym miejscu od razu inwokacja do pewnej pani od objawień: jeśli powiesz mi babo bym sobie przed zakupami w głowie poukładał to ci odpalę, że jesteś stara pudernica bez poczucia humoru. No!)

M.Z.

Miejsce na górze

„Miejsce na górze” to tytuł jednego z najgłośniejszych filmów brytyjskich końca lat 50-tych ubiegłego wieku. Oczywiście nakręcono go na podstawie wydanej wcześniej książki o tym samym tytule. Uważa się, że taki był początek kina młodych gniewnych. Film bardzo dosadnie opowiadał o sposobach robienia kariery życiowej i zawodowej, w konwencji, jakiej przedtem nie znano – ale nie w tym rzecz, by teraz o szczegółach opowiadać. „Miejsce na górze” to od tamtej pory symbol bezwzględnego myślenia i działania. Każdy chce mieć swoje miejsce na górze. Ale czy na pewno tak, jak to czynił główny bohater filmowej opowieści z ubiegłego wieku? Jakie tego koszta?

Współczesne polskie stołeczne mieszczuchy najnowszego chowu i importu, pełno rano jedzie takich po pobliskiej ulicy, nawet nie mają świadomości, że uczestniczą w zabawie opisanej przez zbuntowanych Anglików pół wieku temu. Mocna wola utrzymania się na nieźle płatnej posadce za wszelką cenę, może i pięcia się w górę dokąd można, czasem nienajgorsze kwalifikacje w manipulowaniu statystykami i klientelą, dbałość o formę i wydajność – ciężko nawet im zarzucić, że nie podlegają emocjom. Podlegają, jak najbardziej: jak wyprzedzić kolegę, jak sprzedać szefowi najlepszy pomysł bez względu na jego oryginalne autorstwo, jak zadziwić nowym samochodem z górnej półki cenowej, jak najeść się sushi i nie dostać drgawek, jak tolerować, jak darowywać, jak szybko zdejmować majtki lub spodnie i… Emocji do diabła i ciut-ciut. Mnóstwo tego, co muszą i powinni. Pocą się jak myszy każdego dnia, by sprostać choć połowie wyzwań. Ale nic z tego, króliczek stale dwie długości z przodu – już rówieśnicy tworzą nowe, modne gazety wskazują obowiązujące tendencje, więc tylko kasa i kasa… Mówią o ich mozole: wyścig szczurów. Biegają w jakimś labiryncie? Tak, to też. Najważniejsze jednak, że wyżej własnych nerek nie podskoczą. Są kim są, tym zostaną, byle tylko w porę połapali się co jest grane, czterdziestoletnich panien coraz więcej pośród nich i to jest smutne.

Byłem na jednym z tak modnych ostatnio „spotkań biznesowych”. Na warszawskiej Pradze, ulica Okrzei. Czyli tam, gdzie o zmierzchu jeszcze kilka lat temu nikogo rozsądnego spotkać by się nie dało. Zmieniło się o tyle, że nowy dom, w nim nowa knajpa w zupełnie współczesnym stylu, ultraszybka i takoż uprzejma obsługa. Pewna firma chciała przedstawić się ze swymi sprzedawanymi produktami, nie powiem, zrobili to zgrabnie, a mowa szefa była prawdziwie smaczna. Potem jakieś drinki, coś na gorąco – i gwóźdź programu, czyli występ Czesława Mozila. Tak, to ten od „Czesław śpiewa”, nazwa głupia, bo jednoznacznie kojarząca się z nieszczęsnym Niemenem, też Czesławem (nie cierpiałem jak zarazy!), ale przedstawienie poetycko znakomite jak pierwsza płyta. Powiem nawet że na żywo Mozil lepszy od studyjnego – no ale to już gusta, nie cyzelowana opinia fachowca, nie jestem nim przecież. Twarze młodej publiki w znacznym stopniu zdumione. Sądziłem, że z zachwytu. Ale nie, rozmowy dowiodły, że ci nieszczęśnicy nie pojęli ni w ząb czemu aktor-mężczyzna śpiewa jako kobieta, o co chodzi z tą maszynką do świerkania, z jakiego to niby powodu żabka tonie w betonie, przecież mogła uciec…

Szczury nigdy nie zajmą miejsca na górze. To zakazane dla nich rewiry. A nawet gdyby przypadkiem wpadli w to górne miejsce – nie pojmą gdzie są i dlaczego. Współczesność ich odmóżdża. Tylko jeszcze o tym nie wiedzą…

M.Z.

środa, 23 marca 2011

WSTYD KLARYSSY

Czasem zajmuję się opisywaniem różnych motoryzacyjnych dzilawągów (dzilawąg brzmi ładniej niż dziwoląg...). Mają w sobie wiele uroku, mają ciekawe historie, to nic, że niektóre lekko zmyślone. Może tak i nie było - ale przecież być mogło. Posłuchajcie.

‎

To było na początku lat 70-tych, mówią że w maju, ale miesiąc nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia. Było już na tyle ciepło, że kierowcy poruszający się pomiędzy Saint Tropez a Marsylią otwierali wszystkie szyby swych samochodów i zastanawiali się jak też przyjdzie im wytrzymać konieczne podróże w pełni nadchodzącego właśnie sezonu turystycznego na Lazurowym Wybrzeżu. Droga najbliżej morza nie należała do najszerszych – za to jej pełna zakrętów konfiguracja i widoki ze szczytów wzniesień nagradzały wszelkie niedogodności komunikacyjne. Piekarz Marcel, wiozący swój codzienny ładunek do klasztoru kamedułek w La Seyne sur Mer tego akurat dnia miał nienajlepszy humor. Interes w niewielkim Hyeres kręcił się podle, przyjezdni woleli kupować wszystko w rosnących jak na drożdżach wielkich sklepach, a silnik jego Citroena o kształcie przewróconej budki telefonicznej i mordzie wściekłego mopsa właśnie dożywał swoich dni. A tu masz, diabli nadali jeszcze jakiegoś szaleńca, który prosto z dróżki do klasztoru trąbiąc ile wlezie rwał ostro w dół. Szaleniec? Nie, to przecież auto klasztorne, niebieski niewielki Daf 55, zwykle prowadzony przez siostrę Klaryssę. Co też jej się stało, że tak się spieszy?

Kamedułki tego właśnie Dafa 55 kupiły dla prostoty prowadzenia i niewielkich rozmiarów, ułatwiających poruszanie się po tutejszych drogach. Miał prawdziwy, francuski silnik od Renault, każdy kowal z okolicy potrafił go naprawić w razie potrzeby i kosztował niewiele. A co najważniejsze – nie wymagał myślenia o doborze odpowiedniego biegu. Rano osoba zasiadająca za kierownica przesuwała dźwignię miedzy fotelikami w jedną z trzech pozycji „do przodu – luz – do tyłu” i skupiała się już tylko na utrzymaniu prędkości i kierunku. Na tutejszych krętych, często prowadzących ostro pod górę lub w dół drogach miało to pierwszorzędne znaczenie.

Marcel rozładował kilka koszy pełnych chrupiących cudów – i właśnie chciał zapytać milczącą siostrę co się stało Klaryssie, kiedy wzrok spod kornetu spiorunował go tak, że porzucił myśl o jakimkolwiek dialogu. Surowa tutejsza reguła zakonna najwyżej ceniła niemą kontemplację, a iskry, sypiące się z oczu zakonnicy powstrzymały go przed zbędnym gadulstwem. „Nic to, i tak w miasteczku wszystko okaże się w pełnej krasie, tu tajemnice żyją krótko i kończą marnie…” Siostra podpisała kwit odbioru i fukając gniewnie zniknęła za klasztorną furtą.

Rybacy pływający w akwenie pomiędzy Hyeres a Bormes-les-Mimosas twierdzili później, że niebieski Daf 55 stał w okolicach plaży dobrych kilka godzin, na pewno na początku siedziała w nim zakonnica, ale później obok auta kręciła się już nieznana płomiennoruda, zgrabna dziewczyna w wyciągniętej bawełnianej koszulce i krótkich szortach. Chyba pływała jakiś czas, potem samochodzik odjechał. Czy to była Klaryssa nikt na pokładzie tych łódek nie wiedział, za daleko, kołysze ostro, a poza tym nikt Klarysy inaczej, jak w habicie nie widział. Nie było punktu odniesienia.

Za to właściciel małego hoteliku nieopodal Cuers miał dla swych sąsiadów prawdziwą bombę już następnego dnia. Tak, zameldowała się u niego absolutnie zgrabna, ruda i zielonooka pannica, no, może trochę więcej jak pannica, która prosiła o odwiezienie Dafa do klasztoru i oferowała za to nawet sporą sumkę. Odwiózł – i wtedy siostra przełożona powiedziała, by zabierał sobie to narzędzie szatana i oddał temu lub tej, którzy mu odwiezienia autka zlecili. „Słuchajcie – trąbił w swym hotelowym barku – ona uciekła, już nie ma Klaryssy, a tego samochodu niechaj nikt nie tyka, jest przeklęty!”

Nikt nie wie jak dawna Klaryssa miała na imię, czemu postanowiła opuścić klasztor i gdzie się udała. Po kilku miesiącach okazało się, że jeden z miejscowych mechaników zamawiał w Eindhoven w Holandii zestaw pasów gumowych do przekładni Dafa. I że pasy te przyszły zadziwiająco szybko, a właścicielka była bardzo zadowolona ze sprawności naprawionego pojazdu, jechała „gdzieś daleko”, choć skromny bagaż wskazywał raczej, że jest miejscowa.

Dafy, ten „wstyd Klaryssy”, wytwórnia w Eindhoven produkowała jeszcze kilka lat, potem już pod nazwą Volvo – albowiem Szwedzi przejęli fabrykę tego roku, w którym Klaryssa opuściła klasztor. Ostatnia bezstopniowa przekładnia typu Variomatic zamontowana została do samochodu w roku 1991. Związki z częścią silnikową zakładów Renault przetrwały znacznie dłużej. Żaden z pojazdów wytwarzanych w Holandii po 1975 roku nie cieszył się jednak taką sympatią, jak Daf z bezstopniową automatyczną skrzynią biegów na gumowych paskach. Nikt dzisiaj nie potrafi dowieść na ile prawdziwa jest historia z Klaryssą. Ważne, że w świadomości fanów marki Daf 55 i 66 to „Samochód zakonnicy”.

‎

wtorek, 22 marca 2011

Z krainy łagodności

Prawdę mówiąc osłabłem w woli pisania. Jeszcze kilka dni temu pewne teksty w Nowym Ekranie albo innych politycznie nastrojonych witrynach wzbudzały moje emocje – a dzisiaj nic. Kompletnie nic. Otwieram rano stronę, patrzę na te wszystkie wpisy, oczywiście pełne zapału i żywego ognia i nie chce mi się większości z nich nawet doczytać do końca. Bo tak: o Libii nie mam bladego pojęcia, nie liczę oczywiście tej propagandy, którą częstują mnie w telewizorze. Nie wiem kto tam się naparza z tym całym Muchomorem Kadafim, skąd mają te wszystkie karabiny i wyrzutnie rakiet, czemu raptem ten mały francuski żydek udający prezydenta słodkiej ojczyzny Beaudelaira stał się tak okrutnie w Europie ważny i jaki ma związek libijska ropa z drożeniem paliw w Polsce, skoro jedziemy jak wiadomo na ruskiej ropie. Potem trafiam na dywagacje dotyczące spotkania blogerów zarządzonego przez Łażącego Łazarza. Niektórzy twierdzą, że nie powinno się odbyć z powodu postu. Tyle że przecież nikt nikogo nie zaprasza do burdelu, ale do knajpy, gdzie postni pątnicy mogą wypić niesłodzoną kawę i iść wcześniej spać, solennie obiecując, iż będą trzymać ręce na kołdrze. Żarliwy katolicyzm jednak w tym kraju nie wybuchł na nowo z taką siłą, by w tym czasie zawieszać wszelkie towarzyskie koneksje i spotkania… Ale może się mylę, czegoś nie widzę i dlatego jestem ciemny jak tabaka w rogu.

Drugi wątek, który liznąłem jedynie, a już przestał mi się podobać to wizyta Kaczyńskiego w sklepie. Nie wiem dlaczego, ale natychmiast przypomniały mi się gierkowskie manewry, nazywały się bodaj „z gospodarską wizytą”. I tam ostrzyżony na jeża gensek (kto nie strzyże się na jeża temu partia nie dowierza!) udawał, że zna się na wyrobie twarożków, filtrów powietrza do traktorów, kineskopów i licho wie czego jeszcze. Zupełnie jak Kaczyński, który „zna się na zakupach”. Nadto obu panów niezwykle jakoby poruszały okrutnie wysokie ceny wszystkich wymienionych rzeczy. I oczywiście ich zbyt mała produkcja. Jeżeli szef PiS-u zamierza dalej wyprawiać takie numery to pocznę rozumieć czemu jego ostatni przekaz skierowany jest głównie do ludzi młodych. Czyli tych, którzy Gierka i jego manewrów nie pamiętają. Oczywiście w tym świetle tacy jak ja, w moim wieku stają się zarzewiem wątpliwości. I do podobnych dywersantów niczego się już nie adresuje, w ogóle się do nich nie przemawia, po co, wyzdychają z bezrobocia i będzie gites tenteges.

I jest jeszcze wątek rozmowy dwóch „tuzów” ekonomicznych, czyli Balcerowicza i Rostowskiego. Podejrzałem jedynie fragmenty ich sporu, żałosne było to bardzo, niemal spaliłem się ze wstydu. Zwłaszcza gdy wyłoniły się z pamięci słynne wołania „Balcerowicz musi odejść”, przecież artykułowane nie przez kogo innego, jak „mistrza” Leppera. Okazuje się, że miał więcej racji, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. I że ta racja jest jak Lenin – wiecznie żywa.

W ten sposób niezawodna okazała się tylko jedna Ekranowa blogerka. Jak zwykle poinformowała zgromadzonych kto, kiedy i komu się ukazał oraz co powiedział. Gdyby nie bardzo trzeźwe jej wypowiedzi dotyczące marności naszego doczesnego świata – pewnie znowu bym się wkurzył i ruszył do ataku. Ale dzisiaj jest jak we wstępie – osłabłem i po prostu mi się nie chce.

M.Z.

niedziela, 20 marca 2011

Znowu na marginesie

A może powinienem rzecz całą zatytułować „Pora umierać”? Nie wiem. Po kolei jednak: chodzi o ostatnie, tak chwalone przemówienie Jarosława Kaczyńskiego. Nie no, dobra, były i pewne zastrzeżenia – ale dotyczyły spraw, na które wzruszam ramionami i tyle. Mnie bardziej chodzi o odbiorców, adresatów tego przekazu. Po raz kolejny to nie ja! Po raz kolejny to ludzie młodzi. Młodość – piękna rzecz, prawda? Zwłaszcza gdy minęła bezpowrotnie… Rozumiem, że specjaliści od propagandy podpowiedzieli Wielkiemu, iż bardziej kalkuluje się uwodzić młodych, niż starych, rysować przed młodymi jakieś iluzje czy zwidy nadziei. Pewnie tak. Ale nawet jeśli to prawda: to czym różni się adresowanie przekazu przez Jarosława od przekazu Donalda? Niczym. Z tym, że na pewno tych drugich oszukano. Więc od razu pojawia się pytanie: czy dadzą się zagłaskiwać jeszcze raz?

W polityce coraz częściej naturalne opozycje mądry – głupi, skuteczny – niezdarny, znający przedmiot – durnowaty w przedmiocie zastępuje się czymś, co poznałem przed laty jako syndrom taksówkarza. Za socjalizmu taksówek jak wiadomo było mało. Kupa ludzi na postoju, podjeżdża pusta gablota, wychyla się z niej jakiś łeb kudłaty, a jego właściciel krzyczy do stojących: tylko na Wolę! I oczywiście ani jednego chętnego. Nikt nie chce tej Woli. Nie inaczej dzisiaj z politykami: tylko do młodych! A młodzi mają przekaz w dupie, właśnie poszli na dyskotekę, albo uwodzą sąsiadkę, albo ćpają coś w podziemiach, albo piją wódkę z kolegami. W każdym razie w tej kolejce ich nie ma. No więc syndrom taksówkarza, panie Jarosławie… Tylko ja zostałem na posterunku, a lat mam jak widać zbyt wiele.

Krótko: doradzam zmienić doradców. Nie pierwszy raz to mówię – ale będę nadal mówił. Nadzieję, która Kaczyńskiego może ponieść do zwycięstwa należy DAĆ WSZYSTKIM. Starszym też. W końcu jak rozumiem, to nie obietnica gwałtu, podczas którego babcie też chcą się wpisać na listę. To raczej iluzja, szkic, rysunek normalnego życia. Czyżby obietnice dlatego dotyczyły młodych, że nawet niespełnione za dziesięć lat ulegną przedawnieniu i zapomnieniu?

piątek, 18 marca 2011

Kurduple! Bagnet na broń!

Mój kolega Coryllus napisał na Nowym Ekranie notkę o złej akcji promującej wstępowanie do polskiego wojska. Zainteresowanych odsyłam pod adres
http://coryllus.nowyekran.pl/post/7083,czy-armia-umie-sie-promowac
I w gruncie rzeczy wyraża tam autor niezadowolenie z faktu, iż polska kampania reklamowa w stosunku do takiej na przykład brytyjskiej okazała się jednym wielkim niewypałem. Jeżeli nawet kogoś przyciągnęła – to raczej niewyrośniętych kurdupli z kompleksami damsko-męskimi i niskim poziomem inteligencji. Zapewne ma rację, tak jest, jak opisuje. Tyle ze przyczyn nie należy moim zdaniem szukać w słabej jakości pracy agencji reklamowej. Zrobili czego od nich oczekiwano i co zaakceptowano. Kto akceptował? Wojsko. A pewnie nie tyle ono samo, co „wyspecjalizowani” towarzysze ze służb. Tak im gra w głowie, tak widzą swoją firmę i takich chcą mieć nowych podwładnych. Więc wyszło w świat co wyszło. Armii nie mamy, ale za to koledzy królika zarobili na pośrednictwie i naradach akceptujących. Po tośmy socjalizm budowali, nie?

Zatem ja też jestem zdania, iż wszechwładza służb okazuje się szkodliwa, w efekcie również dla nich samych. No bo co to za radocha dowodzić mało inteligentnymi kurduplami bojącymi się kobiet i ze skłonnością do kłopotów alkoholowych? Jeśli do tego dodamy kilku kompletnych dyletantów w dowództwach, nie kryję, że za takiego uważam na przykład ministra od spraw wojskowych, to rozkład sił obronnych mojego państwa jest całkowity i zdaje się na razie nieodwracalny. Prawdopodobnie w najbliższym czasie doczekamy się z tej przyczyny jakiegoś filmowego serialu o tym, jak to agent wojskowy Carramba za pomocą krótkiego skórzanego pasa bojowego rozwalił osobiście dwie dywizje Talibów afgańskich. Przez co zaoszczędziliśmy co najmniej dwie stówy na paliwie do tych ośmiu posiadanych helikopterów, które jako jedyny majątek latający wywiezione zostały właśnie do Afganistanu – nie będą musiały startować nadaremno. Skąd pomysł filmu lub serialu? Ano stąd, że jeśli czegoś wojsko nie może to inspiruje batalistyczny obraz o tym, co by było gdyby było… Pięknie by było!

M.Z.