Z pojęciem „heimat” zetknąłem się dawno, pewnie w połowie lat 70-tych, nadto na Mazurach, które naonczas były jakoś tak „poza”. Poza obszarem oficjalnego zainteresowania, poza znaną z wielkich miast polityką ludnościową z grubsza polegającą na tym, że meldunek w danym miejscu nie był oczywisty, zależał wszak od woli urzędnika. No więc na Mazurach wtedy mieszkali albo rolnicy coś tam grzebiący w ziemi, albo właśnie urzędnicy z rodzinami. I oczywiście paru dyrektorów ogromnych PGR-ów. Latem pomiędzy nimi wszystkimi snuli się turyści. Trochę trzymani za mordę, w każdej chwili ktoś mógł sobie przypomnieć, że to „strefa nadgraniczna” i tu obowiązują w razie czego inne prawa.
Później okazało się, że Mazury to także miejsce zsyłki nieposłusznych socjalistycznych twórców. Tak, tak, zaczęło się przed laty od Gałczyńskiego właśnie. I że to jest też miejsce wypoczynku ich rzekomych prześladowców, każdy, kto był w Krzyżach czy Niedźwiedzim Rogu doskonale wiedział, że oba te światy w niewidoczny sposób przenikają się i nie ma pomiędzy nimi żadnej wojny czy dozgonnej nienawiści. Jeśli zaś któremuś czerwonemu książątku brakowało pomysłu na wybudowanie letniej daczy, bo a to teren nie pasował, a to zbyt daleko od jeziora – to wysiedlano tak zwanego autochtona, w języku partyjnym nazywało się to zgodą na połączenie go z rodziną pod Hamburgiem, czy gdzie tam w Reichu. Autochtoni wcale z tego łączenia nie byli zadowoleni, przynajmniej nie wszyscy, rozmawiając z jednym z nich pod Giżyckiem usłyszałem, że to przecież ich ziemia, ich Heimat. Więc będzie strasznie tęsknił… Wtedy nie bardzo wiedziałem o czym gada. Bo też i zrozumienie całości nie było takie proste. To przyszło z czasem i ze zlepku wielu rozmów. Wynikało z nich to mniej więcej, że kocha się ziemię i miejsce tym mocniej, im trudniej tam się żyje. I że ta miłość to coś zupełnie innego od miłości wobec ojczyzny dużej, czyli Vaterlandu.
Nie chcę w tym miejscu opisywać jak to się dzieje na Dolnym Śląsku, czy pod Szczecinem, powstała na ten temat niejedna książka i nadal jest miejsce na następne – na Mazurach okolica po lecie zamykała się szczelnie. Wytwarzała rodzaje kokonów, w których dało się przeżyć ostrą zimę, nie zginąć z głodu czy wychłodzenia, wewnętrznymi kolejkami wąskotorowymi dojechać gdzie trzeba i doskonale skomunikować się z sąsiednią wsią leśną drogą, po której dzisiaj ślad już nie został. Po wąskich torach też nie – komuś przydała się stal z szyn i podkłady. Zostały nasypy. Obserwuję je czasem i słucham pytań moich dzieci w czyjej głowie narodził się pomysł zbudowania kolejki w szczerym polu, przecież to do nikąd nie prowadzi. Dzisiaj nie. Ale kiedyś…
Ci, których los rzucił w opisywane okolice, którzy tam przyjechali z chęci wejścia w posiadanie większego gospodarstwa, albo pełnili jakieś Ważne Funkcje i którzy wszystkie te zimy i okresy odosobnienia musieli przeżywać co roku – bardzo szybko sens pojęcia Heimat zaadaptowali jako swój lokalny, czasem nowy patriotyzm. Praktycznie wyglądało to tak, że niby nadal byli na przykład Kurpiami – ale już pod Rucianem pytani skąd są odpowiadali, że oczywiście Stąd. Nie że z Mazur. Po prostu Stąd. Zasada Heimatu działała bez pudła. Była zła? Nie sądzę. Bo była tak samo zła, jak złe jest równanie dwa plus dwa to cztery – przecież i niemieckie i polskie jednako.
Tamtą częścią Polski zarządzano żelazną ręką. I-szy sekretarz partyjny w takim województwie suwalskim to był po prostu dzielnicowy książę. Nagradzał i karał, wskazywał, pozwalał lub nie pozwalał, czasem przyjmował delegacje niezadowolonych poddanych – ale wszystko miało się kręcić jak to odgórnie centrala zadekretowała, a on na swój użytek zinterpretował w szklanym budynku dawnej suwalskiej wioski. Tak zwana samorządność polegała na tym, że każdy mógł samorządnie zaakceptować tego lokalno-gminnego władcę, którego Książę wyznaczył w demokratycznych wyborach. I szczerze mówiąc poddani przez lata przyzwyczaili się, że tak jest i pewnie długo będzie. A modły można owszem, wznosić, ale tylko o to, by nowy satrapa był bardziej ludzki od poprzedniego. Dalej nie działa ni modlitwa, ni klątwa.
Pojawiali się też nowi. W dwóch grupach: zaufanych towarzyszy, którzy postanowili tu osiąść na stałe lub zaufanych towarzyszy, którzy mieli tu tylko wpadać na lato. Innych opcji nie było.
W połowie lat 80-tych czerwoni wiedzieli już doskonale, że tyłki palą im się żywym ogniem i że ta ich tysiącletnia rzesza nie potrwa już zbyt długo. Zaczęła się ostra pogoń za miękkim materacem. Na Mazurach, tej krainie Heimatu, było wszystko, co aferzyście niepośledniego gatunku jest potrzebne: doskonały turystyczny teren, mieszana napływowa ludność i pełnia władzy, do której poddani zdawali się od lat przyzwyczajeni. Zaczęły się zrazu nieśmiałe, potem coraz odważniejsze machloje związane z własnością terenów, podjęto pierwsze próby wprowadzenia na ten teren kapitału obcego, maluczkim obiecywano za milczenie złudę jakichś bliżej nieokreślonych miejsc pracy - ni to pokojówka, ni to dama do towarzystwa – słowem rozwinięto radosną twórczość na pełen gwizdek. Mało kto wie, ale przed rokiem 1989 zadbano nawet o takie „rozwojowe” przedsięwzięcia, jak nasycenie „swoimi” niemal każdej gminy. Po co? By później liczyć już tylko głosy, bez patrzenia kto to i czemu pieprzy tak nieskładnie. Dawni gołodupcy stawał się w cudowny sposób nabywcami strategicznych terenów czy miejsc, z dnia na dzień wykładali sumy, o posiadanie których nikt ich przedtem nie podejrzewał. A niesfornym i nieposłusznym ukręcano łebki. Jakieś oskarżonko o kradzież dopiero co legalnie kupionego towaru, jazda po pijanemu po własnym polu własnym wozem konnym, za mały areał zasiewu zadeklarowanego jakoby w gminie, niedopatrzenie wodno-prawne albo weterynaryjne. Byle psa uderzyć, byle posnuł się trochę po sądach, albo zaczął kombinować jak spłacić nałożoną nań administracyjną karę…
A Małe Ojczyzny jako pojęcie oficjalne pojawiły się zaraz po roku 1989 – i nawet ci, którym były znane z dawniejszych czasów nie mogli wyjść ze zdumienia co znaczą i jak na nowo do nich podchodzić. Coś się bowiem odwróciło do góry nogami. Jednego dnia okazało się, że te lokalne heimaty doskonale urządzą wyłącznie specjaliści z Unii Wolności, że kochać małą ojczyznę to i owszem, można, ale pod warunkiem, że w sposób wskazany i dopuszczony. A politykować się po prostu nie godzi, są starsi i mądrzejsi, dupa zawsze z tyłu, a każda chata z kraja. No i spadochroniarze… Poczęli zwyciężać niemal wszędzie, mieli dobra i poważny głos, obejmowali więc eksponowane gminne stanowiska, przemawiali i tworzyli Nowe. Ktoś pokazał mi kiedyś w pewnej gminie za Giżyckiem jak to Nowe wygląda: najgorszego komendanta milicji znałem z lat poprzednich, resztą lumpenproletariatu nigdy nie chciałem zawracać sobie głowy. Mylili się już przy wymawianiu własnego nazwiska. No ale to już była nowa Elita. Jak mocno poczęła się liczyć w kolejnych latach niektórzy boleśnie przekonali się na własnym tyłku. Sam wróciłem do mojego dużego miasta – gdzie oczywiście czekali z rozłożonymi ramionami moi współcześni święci. I wkrótce dowiedziałem się, że ich rządy będą mnie kosztować parę razy tyle co przedtem. No ale jest wolność…
Kiedy dzisiaj ktoś cytuje Herberta wypowiadającego się o Michniku jako intelektualnym oszuście uśmiecham się gdzieś w kąciku ust: tam najpierw była podstaw takich działań. Tam najpierw ktoś obmyślił kompletny plan – a potem odwracając pojęcia wmówił nam, że jesteśmy w raju. A on nie jest diabłem – ponieważ diabły jako takie w ogóle nie istnieją…
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
wtorek, 15 marca 2011
Syf w mieście Warszawa
W portalu Nowy Ekran pod tym tytułem ukazał się spory tekst Coryllusa traktujący o… o czym? O bolączkach miasta stołecznego? Nie, „bolączki” to w tym wypadku eufemizm. Syf dosadnym, ale właściwym słowem. Wyszedłem z Ekranu, nie mam zgody na powielanie tekstu Coryllusa, ograniczę się zatem do pewnych wątków, które znalazły się w dyskusji pod materiałem. To zupełnie inne ujęcie tego, o czym dość sentymentalnie wspominałem w swoich poprzednich tekstach na tym blogu. Inne – ale też właściwe. Coryllus pokusił się o pewien opis, ja zareagowałem nań w komentarzu tak:
Panie i Panowie!
Wszystko co opisujecie to racja. Wynika z prostej konstrukcji, którą od kilku lat stosują tzw. "władze Warszawy". Otóż wszystko co się znajduje na tym terenie, terenie miejskim, nie jest własnością mieszkańców miasta, ale samego Miasta. Ja wiem, ze to brzmi idiotycznie - ale dokładnie tak właśnie jest. Ludzie to tylko przypadkowa zbieranina, której można coś zakazać, nakazać, od której da się wyegzekwować, ściągnąć, zwindykować. A Miasto to Matrix, matka matek, prapoczątek wszystkiego i koniec. Ludzi niesfornych, mało spolegliwych można usunąć. Tak, tak, ja tu wcale nie żartuję, już nieraz słyszałem od urzędowych osób, ze jeśli coś mi nie pasuje z opłatami to mogę się usunąć, jest sporo polskich obywateli, którzy co przeze mnie zasiedlone chętnie wezmą. Spytałem wówczas, czy ów ktoś ma na myśli tych z polskimi paszportami w Hajfie i Jerozolimie, magister Goleń narozdawał przecież tych dokumentów naprawdę sporo. Nie było odpowiedzi, ale czuję przez skórę, że wciągnięto mnie na odpowiednią listę... Antysemitnik, buntowszczyk, padalec, gnida społeczna, w razie potrzeby dyliżans dalekobieżny na Syberię, czyli kibitka i oswajanie białych misiów. Jeśli Miasto chce wszystkie tereny zielone przeznaczyć na rabunkową deweloperkę - to przeznacza i już, należy przez to rozumieć, że i przyjaciele królika mają z tego podstołową korzyść. Nikt nie martwi się takimi drobiazgami, jak ten, że w budynku na pięćdziesiąt rodzin pojawi się co najmniej pięćdziesiąt samochodów, które jakoś do domu muszą wrócić. Którędy? Ulice już zapchane do granic wytrzymałości. A kogo to obchodzi, kierowcy mają wielkie łby niechaj się martwią. A jeśli niczego nie wymyślą - jazda poza miasto, wszak to ponoć tendencja ogólnoświatowa. Czynsze na ulicy Puławskiej należą pewnie do wyższych, niż w Monte Carlo, urzędnik założył ich poziom, wstał rano lewą nogą, podrapał się po kudłatym łbie, założył, zapisał i przedstawił, dostał za to premię i ma w dupie co sądzą o kosmicznie wysokich kwotach czynszów mieszkańcy tego miasta. Nie ma sklepów spożywczych, bo tylko banki stać na horrendalne opłaty? Odpowiedź zawsze skonstruowana jest na tej samej zasadzie, co dictum pewnej francuskiej arystokratki na rok przed ścięciem: nie ma chleba, więc niech jedzą ciasteczka!
Puchowy śniegu tren... Tia, przykrył każde gówno, w sensie dosłownym też. No ale stopniał, taka kolej rzeczy. Teraz trzeba czekać na zieleń, jakieś krzaczory jeszcze zostały, zazieleni się i dla durniów z Ratusza będzie gites.
No to ja dzisiaj jak kiedyś Lepper: BUFETOWA MUSI ODEJŚĆ!! A resztę towarzystwa do urlopowania łatwo wskazać.
I wkrótce dostałem taki respons:
Ja tam jestem za tym, że by warszawiacy jeszcze się pobujali trochę z bufeciarą - w końcu sami ją sobie wybrali. Demokracja to demokracja, nie ma rady :)
A mogli mieć Bieleckiego...
tipsi
Więc reaguję:
Ależ jesteś złośliwy, Tipsi! Chrzanię taką demokrację. W razie czego powiem, że jestem monarchistą... I posłusznie meldowywuję, że nie głosowałem na tą panią. Jakoś nie gustuję w emploi przekupy. A program typu "przetrwać aby trwać" to za uszy i o kant... tej, no wiesz.
A Tipsi jakże celnie odgryza się:
Przykro mi, ale dla marksistów jednostka jest niczym. Nawet, a może zwłaszcza tak dla nich niewygodna, jak Ty i paru innych prawdziwych warszawiaków. Liczy się tłum, zhomogenizowana intelektualnie (o ile można jeszcze użyć wobec niej tego terminu) i społecznie masa. Bądź sobą, kupuj to co wszyscy! W II połowie XX wieku rządy w Europie przechwyciła wreszcie kasta kupczyków. A kupczykom najbardziej zależy, by konsumenci byli przewidywalni i sterowalni - czynią więc co trzeba, by stan taki osiągnąć. W efekcie dostajemy bezpostaciową, ciężkostrawną masę społeczną o precyzyjnie sparametryzowanych potrzebach i oczekiwaniach, przybraną z wierzchu dla niepoznaki jakimiś niedobitkami starych klas, ekscentrycznych jajogłowych itp. Tym tylko różnimy się od społeczeństwa sowieckiego, że jesteśmy nie tyle mięsem armatnim, co mięsem komercjalnym. Komunizm hodował ludzi jak świnie w wielkoprzemysłowej chlewni - na rzeź, a obecny ustrój hoduje ludzi jak krowy - dla udoju.
Ty trwasz w Warszawie, a ja traktuję ją jak obce terytorium - jadę tam wyłącznie wówczas, gdy bezwzględnie muszę. Wiem, że mój obraz jest nieco jednostronny, bo nawet pod rządami bufeciary i jej bandy geszefciarzy miasto to wciąż ma różne oblicza. Ale jak tak dalej pójdzie, dojdzie do jeszcze większej uniformizacji. Nie wiem, jak możesz tam
tipsi
Była kłótnia? Skądże! Raczej ironiczna, ale jakże celna wymiana opinii o tym, co autor pierwotnego wpisu nazwał syfem. Gdzieś w mojej pamięci zostały wspomnienia tych elementów, o których pisałem w poprzednich felietonach. Chowam je – bo właśnie moje i nikt mi tego nie zabierze. Ale też prawdą jest, że za chwilę wyjdę z domu prościuteńko w objęcia tej materii, o której uczestnicy rozmowy pod Coryllusowym wpisem wyrazili się tak barwnie. Zanurzę się w ten syf po uszy. Dbając pilnie by nie urwać zawieszenia auta sto metrów od domu, by nie dać się zabić rozkosznej pani urzędniczce międzynarodowej korporacji walącej ostro terenowym Nissanem dwieście metrów dalej. Ona jest zajęta, właśnie przez komórę ustala obroty Słońca. Jeśli nie wykażę się stosownym refleksem wjedzie mi w kufer bez zmrużenia oka… Więc już tylko czujność, bracie, czujność!
Panie i Panowie!
Wszystko co opisujecie to racja. Wynika z prostej konstrukcji, którą od kilku lat stosują tzw. "władze Warszawy". Otóż wszystko co się znajduje na tym terenie, terenie miejskim, nie jest własnością mieszkańców miasta, ale samego Miasta. Ja wiem, ze to brzmi idiotycznie - ale dokładnie tak właśnie jest. Ludzie to tylko przypadkowa zbieranina, której można coś zakazać, nakazać, od której da się wyegzekwować, ściągnąć, zwindykować. A Miasto to Matrix, matka matek, prapoczątek wszystkiego i koniec. Ludzi niesfornych, mało spolegliwych można usunąć. Tak, tak, ja tu wcale nie żartuję, już nieraz słyszałem od urzędowych osób, ze jeśli coś mi nie pasuje z opłatami to mogę się usunąć, jest sporo polskich obywateli, którzy co przeze mnie zasiedlone chętnie wezmą. Spytałem wówczas, czy ów ktoś ma na myśli tych z polskimi paszportami w Hajfie i Jerozolimie, magister Goleń narozdawał przecież tych dokumentów naprawdę sporo. Nie było odpowiedzi, ale czuję przez skórę, że wciągnięto mnie na odpowiednią listę... Antysemitnik, buntowszczyk, padalec, gnida społeczna, w razie potrzeby dyliżans dalekobieżny na Syberię, czyli kibitka i oswajanie białych misiów. Jeśli Miasto chce wszystkie tereny zielone przeznaczyć na rabunkową deweloperkę - to przeznacza i już, należy przez to rozumieć, że i przyjaciele królika mają z tego podstołową korzyść. Nikt nie martwi się takimi drobiazgami, jak ten, że w budynku na pięćdziesiąt rodzin pojawi się co najmniej pięćdziesiąt samochodów, które jakoś do domu muszą wrócić. Którędy? Ulice już zapchane do granic wytrzymałości. A kogo to obchodzi, kierowcy mają wielkie łby niechaj się martwią. A jeśli niczego nie wymyślą - jazda poza miasto, wszak to ponoć tendencja ogólnoświatowa. Czynsze na ulicy Puławskiej należą pewnie do wyższych, niż w Monte Carlo, urzędnik założył ich poziom, wstał rano lewą nogą, podrapał się po kudłatym łbie, założył, zapisał i przedstawił, dostał za to premię i ma w dupie co sądzą o kosmicznie wysokich kwotach czynszów mieszkańcy tego miasta. Nie ma sklepów spożywczych, bo tylko banki stać na horrendalne opłaty? Odpowiedź zawsze skonstruowana jest na tej samej zasadzie, co dictum pewnej francuskiej arystokratki na rok przed ścięciem: nie ma chleba, więc niech jedzą ciasteczka!
Puchowy śniegu tren... Tia, przykrył każde gówno, w sensie dosłownym też. No ale stopniał, taka kolej rzeczy. Teraz trzeba czekać na zieleń, jakieś krzaczory jeszcze zostały, zazieleni się i dla durniów z Ratusza będzie gites.
No to ja dzisiaj jak kiedyś Lepper: BUFETOWA MUSI ODEJŚĆ!! A resztę towarzystwa do urlopowania łatwo wskazać.
I wkrótce dostałem taki respons:
Ja tam jestem za tym, że by warszawiacy jeszcze się pobujali trochę z bufeciarą - w końcu sami ją sobie wybrali. Demokracja to demokracja, nie ma rady :)
A mogli mieć Bieleckiego...
tipsi
Więc reaguję:
Ależ jesteś złośliwy, Tipsi! Chrzanię taką demokrację. W razie czego powiem, że jestem monarchistą... I posłusznie meldowywuję, że nie głosowałem na tą panią. Jakoś nie gustuję w emploi przekupy. A program typu "przetrwać aby trwać" to za uszy i o kant... tej, no wiesz.
A Tipsi jakże celnie odgryza się:
Przykro mi, ale dla marksistów jednostka jest niczym. Nawet, a może zwłaszcza tak dla nich niewygodna, jak Ty i paru innych prawdziwych warszawiaków. Liczy się tłum, zhomogenizowana intelektualnie (o ile można jeszcze użyć wobec niej tego terminu) i społecznie masa. Bądź sobą, kupuj to co wszyscy! W II połowie XX wieku rządy w Europie przechwyciła wreszcie kasta kupczyków. A kupczykom najbardziej zależy, by konsumenci byli przewidywalni i sterowalni - czynią więc co trzeba, by stan taki osiągnąć. W efekcie dostajemy bezpostaciową, ciężkostrawną masę społeczną o precyzyjnie sparametryzowanych potrzebach i oczekiwaniach, przybraną z wierzchu dla niepoznaki jakimiś niedobitkami starych klas, ekscentrycznych jajogłowych itp. Tym tylko różnimy się od społeczeństwa sowieckiego, że jesteśmy nie tyle mięsem armatnim, co mięsem komercjalnym. Komunizm hodował ludzi jak świnie w wielkoprzemysłowej chlewni - na rzeź, a obecny ustrój hoduje ludzi jak krowy - dla udoju.
Ty trwasz w Warszawie, a ja traktuję ją jak obce terytorium - jadę tam wyłącznie wówczas, gdy bezwzględnie muszę. Wiem, że mój obraz jest nieco jednostronny, bo nawet pod rządami bufeciary i jej bandy geszefciarzy miasto to wciąż ma różne oblicza. Ale jak tak dalej pójdzie, dojdzie do jeszcze większej uniformizacji. Nie wiem, jak możesz tam
tipsi
Była kłótnia? Skądże! Raczej ironiczna, ale jakże celna wymiana opinii o tym, co autor pierwotnego wpisu nazwał syfem. Gdzieś w mojej pamięci zostały wspomnienia tych elementów, o których pisałem w poprzednich felietonach. Chowam je – bo właśnie moje i nikt mi tego nie zabierze. Ale też prawdą jest, że za chwilę wyjdę z domu prościuteńko w objęcia tej materii, o której uczestnicy rozmowy pod Coryllusowym wpisem wyrazili się tak barwnie. Zanurzę się w ten syf po uszy. Dbając pilnie by nie urwać zawieszenia auta sto metrów od domu, by nie dać się zabić rozkosznej pani urzędniczce międzynarodowej korporacji walącej ostro terenowym Nissanem dwieście metrów dalej. Ona jest zajęta, właśnie przez komórę ustala obroty Słońca. Jeśli nie wykażę się stosownym refleksem wjedzie mi w kufer bez zmrużenia oka… Więc już tylko czujność, bracie, czujność!
poniedziałek, 14 marca 2011
Praski przestwór – safari
Ruszył ze swojego kąta powoli i nieufnie. Ogromne kocie oczy zmrużyły się, a gdzieś z wnętrza potwora dobiegł pomruk, ni to grzmot burzowy, ni trzask rozrywanego worka z mąką. Ze szczątków siana rozłożonego na podłodze wyłoniły się kocie łapy – bezgłośne i trzy numery za duże. Uszy do tyłu i skok, a może bardziej: sus trochę nieporadny. Miał mnie! Wpychał ten swój ogromny łebek w szparę niedopiętego paletka i miękkimi poduszeczkami łap usiłował objąć rękaw, którym instynktownie się zasłoniłem. Głos z tyłu: nie broń się, nic ci nie zrobi! No i nie zrobił. A właściwie – tylko zabrał kraciasty szalik. Pamiętam, że był kraciasty i że ten najcudowniejszy z potworów wziął go do pyska uzbrojonego w rząd igiełek i przewrócił się ze szczęścia do góry małym, tłustym brzuszkiem. Więc zgarnąłem wszystko, mój szalik i to mruczące, ciepłe ciałko. Było wspaniale…
Tak, to też Praga, konkretnie ogród zoologiczny na Ratuszowej. Nie wiem czy w ten sposób przysposabiano późniejsze drapieżniki do kontaktu z ludźmi, czy była to tylko jakaś fanaberia – ale przez kilka ładnych lat małe lwy i niedźwiadki wpuszczano do dobrze wyłożonego słomą pomieszczenia. I dzieci, koniecznie dzieci. Lata, w których cienkie paletka, najczęściej przerabiane z części ubrań dla dorosłych, wydziergane własnoręcznie przez babcie i matki czapki, dorosłe szaliki krojone na pół albo i ćwierć – to wszystko. Socjalistyczna bida lat pięćdziesiątych. Ale też i to bogactwo opisanych przygód. Z mojego domu do zoologu był rzut kamieniem, później wędrowałem zoologicznymi alejkami z własnymi dziećmi. Menelstwo piło tanie wina siarkowe po sąsiedzku, obok muszli koncertowej Parku Praskiego. Podział ról i obszarów był jednak taki, że nikt nikomu nie właził w paradę. Te światy były odrębne.
Taki jest mój przyczynek do opisu mojego miasta. Nie ma „swoich” i „napływowych”, są źli i dobrzy. Latem pojedziemy na letnisko. Dworzec Wileński z drewnianymi schodami, minąć peron kolejki wąskotorowej do Radzymina, peron z ogromną lokomotywą i pociąg do Małkini, wysiadka w Urlach. Z tobołami na całe lato. Ale ile potrwa ta podróż? Kto to wie. Może dwie godziny, może do wieczora. Co i tak bez znaczenia: mam przecież komu opowiadać o oswajaniu dzikich kotów. Koledzy już tam pojechali wczoraj.
Tak, to też Praga, konkretnie ogród zoologiczny na Ratuszowej. Nie wiem czy w ten sposób przysposabiano późniejsze drapieżniki do kontaktu z ludźmi, czy była to tylko jakaś fanaberia – ale przez kilka ładnych lat małe lwy i niedźwiadki wpuszczano do dobrze wyłożonego słomą pomieszczenia. I dzieci, koniecznie dzieci. Lata, w których cienkie paletka, najczęściej przerabiane z części ubrań dla dorosłych, wydziergane własnoręcznie przez babcie i matki czapki, dorosłe szaliki krojone na pół albo i ćwierć – to wszystko. Socjalistyczna bida lat pięćdziesiątych. Ale też i to bogactwo opisanych przygód. Z mojego domu do zoologu był rzut kamieniem, później wędrowałem zoologicznymi alejkami z własnymi dziećmi. Menelstwo piło tanie wina siarkowe po sąsiedzku, obok muszli koncertowej Parku Praskiego. Podział ról i obszarów był jednak taki, że nikt nikomu nie właził w paradę. Te światy były odrębne.
Taki jest mój przyczynek do opisu mojego miasta. Nie ma „swoich” i „napływowych”, są źli i dobrzy. Latem pojedziemy na letnisko. Dworzec Wileński z drewnianymi schodami, minąć peron kolejki wąskotorowej do Radzymina, peron z ogromną lokomotywą i pociąg do Małkini, wysiadka w Urlach. Z tobołami na całe lato. Ale ile potrwa ta podróż? Kto to wie. Może dwie godziny, może do wieczora. Co i tak bez znaczenia: mam przecież komu opowiadać o oswajaniu dzikich kotów. Koledzy już tam pojechali wczoraj.
Dlaczego?
Padło kilka pytań „Dlaczego”? Dlaczego po miesiącu z ogonkiem odejście z Ekranu. Proste jak drut: niezgoda z dowództwem tej witryny w materii hierarchii tekstów. Wybrano młodych i niedoświadczonych administratorów, dano im władzę absolutną… i poczęła królować amatorszczyzna. Czy w normalnej witrynie możliwym jest by tekst na „jedynce”, ten główny, z największą ilustracją, zbierał 6-8 komentarzy, a „zapomniany” utwór, zresztą wcale nie Toyaha, 60? Nie, to jest niemożliwe, albo to zostało by natychmiast poprawione. A tu nic. Tu króluje klient o ksywie Fiatowiec, który ma tę cechę, że występuje w trzech co najmniej postaciach, każda równie pretensjonalna i pisząca trzy po trzy za każdym razem w innych obszarach tematycznych. Tu świetnie zakwita niejaki Kejow, powiem wprost, że dla mnie szczyt socjalistycznego oszustwa, które z grubsza polega na tym, iż mówi się samą prawdę, ale tak starannie wypreparowaną z kontekstu i własnej odautorskiej opinii – że właściwie nie wiadomo o co chodzi. Słucham? Klient czyli Czytelnik ma sam się uczyć? No to Panie Kejow cmoknij mnie pan… wiesz pan gdzie. I zaangażuj się pan wyłącznie do czasopisma branżowego, w którym tekścior, iż sztamajza nie ryksztosuje bo tandetnie zablindowana budzi entuzjazm i zrozumienie u wszystkich siedmiu czytelników.
Powie ktoś: wyszło szydło z worka, ujawnił niechęć z powodu deprecjonowania swej własnej słabej twórczości. Bzdura! Celowo i świadomie pisywałem kawałki niszowe, czasem trudne, kiedy indziej napastliwe – i dlatego tych gości, którzy zechcieli wejść i coś powiedzieć ceniłem w trójnasób. I tyle sławy mi wystarczy. Po 32 latach pisywania w różnych gazetach i magazynach dość napatrzyłem się na własne nazwisko po tekstem – by teraz gonić za ułudą. Tej ułudy nie da się bowiem przerobić na pieniądze. A jedyna szansa, z której wielu kolegów skorzystało, zbójecki tygodnik płacący w okolicach stówy za soczysty felieton na aktualne tematy – jest talmudycznym mirażem, tak zresztą jak jego właściciel.
No i wniosek jest taki, że Salon24 dał dupy, Ekran właśnie daje. Pobawią się chłopcy trochę, pobawią, pewne kwoty przejdą do prywatnych kieszeni – tylko przepraszam co mi z tego? Jaki interes ma prywatny „pisarz” w napędzaniu koniunktury kilku cwaniakom z oryginalnym, ale nigdy nie spełnionym pomysłem?
Będę siedział więc tutaj. Jeśli kogokolwiek zainteresuję tym, co mam do powiedzenia – podajcie proszę adres dalej.
M.Z.
Powie ktoś: wyszło szydło z worka, ujawnił niechęć z powodu deprecjonowania swej własnej słabej twórczości. Bzdura! Celowo i świadomie pisywałem kawałki niszowe, czasem trudne, kiedy indziej napastliwe – i dlatego tych gości, którzy zechcieli wejść i coś powiedzieć ceniłem w trójnasób. I tyle sławy mi wystarczy. Po 32 latach pisywania w różnych gazetach i magazynach dość napatrzyłem się na własne nazwisko po tekstem – by teraz gonić za ułudą. Tej ułudy nie da się bowiem przerobić na pieniądze. A jedyna szansa, z której wielu kolegów skorzystało, zbójecki tygodnik płacący w okolicach stówy za soczysty felieton na aktualne tematy – jest talmudycznym mirażem, tak zresztą jak jego właściciel.
No i wniosek jest taki, że Salon24 dał dupy, Ekran właśnie daje. Pobawią się chłopcy trochę, pobawią, pewne kwoty przejdą do prywatnych kieszeni – tylko przepraszam co mi z tego? Jaki interes ma prywatny „pisarz” w napędzaniu koniunktury kilku cwaniakom z oryginalnym, ale nigdy nie spełnionym pomysłem?
Będę siedział więc tutaj. Jeśli kogokolwiek zainteresuję tym, co mam do powiedzenia – podajcie proszę adres dalej.
M.Z.
niedziela, 13 marca 2011
Ruszam znowu
No tak: po wielu sztukach wyczynianych na Salonie24, a potem na Nowym Ekranie stwierdziłem, że nie ma to jak u siebie. Nie ma ani jednego admina głupszego od właściciela! Więc hulaj dusza piekła nie ma? Oj nie, jak najbardziej jest. Ale będę się starał ile wlezie. Dzisiaj zaczynam od włożenia tekstu, który może i zbyt szybko uciekł z Ekranu. Proszę darować: wkurzyłem się za bardzo. Ale oryginał niżej. Tak, wiem, niektórzy już go znają. Ale na jakie przeboje będziecie zdaniem bohaterów "Rejsu" głosować? Na te nieznane? Na pewno nie...
Praski przestwór
Po prostu muszę to opowiedzieć. Moi koledzy i przyjaciele powołują do życia wspomnienia dla mieszczucha egzotyczne – miasta, których nie znam, szlaki, którymi nigdy nie chadzałem. A co ja? Krowie spod ogona? Ja się urodziłem na Pradze. Cerkiew, pomnik „Śpiących”, monumentalne dla dzieciaka gmaszyska dyrekcji PKP – to są moje pierwsze krajobrazy. Był czas, kiedy uczono mnie jak się tego wstydzić. Bo niby powinienem, przecież każde dziecko wie, że na Pradze to tylko menele i złodziejaszki. Nieprawda. Inny też się tam mógł uchować.
Dzisiaj oglądam Pragę z drugiej strony rzeki - dosłownie i w przenośni. Jest coraz bardziej wbrew latu zamglona i oddalająca się, dawna miłość i dawna nienawiść. Czego było więcej? Realnych triumfów, prawdziwych młodzieńczych złudzeń - czy zwykłych rozczarowań, draństwa i zaplutych twarzy?
Tam się urodziłem i spędziłem wiele lat. Zawsze po niedługich oddaleniach wracając. Jakbym nie mógł uwolnić się od miejsca - a tyle razy jednako chciałem i nie chciałem. Więc magicznego miejsca?
Dzisiaj specjaliści praskich historii wracają do okropnie zamierzchłej historii: osiemdziesiąt, sto lat temu. Pewnie to ważne. Dla mnie ważniejsza jest własna, arbitralna pamięć. Rodzaj niekoniecznie porządnych obrazów, słów, cudzych i własnych gestów - mogły najwidoczniej zaistnieć tylko tam, skoro nigdy się nie powtórzyły. Praski przestwór okazał się po latach niepowtarzalny. Większość z tych, którzy tamte klimaty w jakimś sensie czują przemieszczali się tradycyjnie. Ze starej Pragi na nową, ledwie rzut kamieniem. Było liceum "Rudego Barbosa", licho wie dlaczego ten ponoć brazylijski bohater zastąpił poczciwą panią Rzeszotarską. Pierwsze dżinsy z ciuchów na Lubelskiej, oczywiście za bony. Wagary na tyłach ZOO. Wspinanie się na oczach zdumionych panienek na starą wieżę spadochronową…
A potem awans na drugą stronę rzeki. Studia, garnitury, praca, dzieci. Nudna klasyka.
I nagłe powroty. Zdumienie: jakże się to stare mieszkanie skurczyło!
-------------------
Przedtem było ogromne. Po widocznej z balkonu szerokiej ulicy, pomiędzy tramwajowymi szynami, maszerowała ruska armia. W kierunku "Ruskiego domu" na rogu Targowej. Taki był obyczaj początku lat pięćdziesiątych… Nikt nie pisnął, może prócz dzieci podawanych "wyzwolicielom" do podrzucania w górę. Trafiłem na słabszego wojaka, tylko przycisnął mnie do szerokiej jak lotniskowiec paradnej czapy. Tak przejechałem z dziesięć metrów, ponoć z ponurą miną. Lądowanie na wysokości krawca Łąpiesia. Kilkanaście lat później tylko raz popatrzył wprawnym okiem na chuderlawą postać i zadysponował: przyjdź pojutrze, spodnie będą gotowe. Były. Cóż za cudownie skrojone spodnie! I tanie. Bo targów uczył mistrz Duszyński, sklepik warzywny "po schodkach" na Zaokopowej.
W najstarszej części pamięci najpierw przesuwające się po suficie cienie. Potem drżenie podłogi i senne pomrukiwanie pozostałych, śpiących domowników. Sporo ich, jeden pokój na rodzinę trzypokoleniową. I chwatit, mawiano w kwaterunku. A jednak to tam było poczucie bezpieczeństwa! Zamykam oczy by widzieć dokładniej, zamiast zbliżenia pojawia się pytanie: a co stało się potem, z kolejnymi tam spędzonymi latami? Co z ludźmi? Co z moim sąsiadem z piętra niżej, z parteru, pierwszego piętra? Co z ciepłą latem bramą i wyziębioną zimą klatką schodową?
Moja Wileńska trwała lata całe. Po prostu skała, miłość i zakała. Jak się jej pozbyć, skoro nie dało się tam później mieszkać? Na co ją zamienić? Szybko, zanim przyjdzie Mokotów z całą swoją podrabianą elegancją. I konfliktowym bytem pośród aroganckich młodych komiwojażerów (doradca handlowy), weterynarzy spod Ostrołęki, czy Wyższych Urzędników Ministerstwa Śmiesznych Kroków.
-----------------
Głowa wykonuje dziwaczną pracę: miesza pojęcia i osoby z różnych pięter i epok. Cóż, takie prawo głowy… Oto przywożę na Pragę czarno-biały telewizor, najcenniejszy łup ze znajomego sklepu, tuż po odwołaniu stanu wojennego. Dumny ustawiam go na starym stoliku, coś mruga w poprzek ekranu, ale to bez znaczenia. Jest OK! Jutro, to znaczy jutro za dwa lata, sprzedam go dzień przed Wigilią, to przesądzi o nieco weselszych świętach. Pogapimy się już w kolorowy ekranik, pal sześć, że mniejszy i zamglony. Zimno, cholernie zimno, kto zamknął składzik węglowy na Małej? Potem położę się na stary tapczan, zapalenie korzonków nerwowych, pielęgniarka robi mi zastrzyk. Zaczną się po nim jakieś drgawki, chyba zapomniano sprawdzić, czy nie jestem uczulony na lek. Kto na Pradze choruje na uczulenia? Minie, pewnie że minie, nie mam czasu na pierdoły, jutro wyjeżdżam ze Sławkiem na ryby! Chociaż nie, to niemożliwe, jeszcze nie umarła cicha, pogodna staruszka mieszkająca w jego przyszłym mieszkaniu. Najpiękniejsza śmierć na Zaokopowej: w maju jak marzenie, we śnie, bez udawanej rozpaczy bliźnich. Po prostu ciach - i nie ma. Sławek, kiedy już nastanie, zasadzi przed oknem niewielką choinkę. Jeśli uważniej przyjrzeć się jej gałązkom widać pomiędzy nimi szczura Zbyszka. Takie tam laboratoryjne bydlątko… Zbyszek uwielbiał pijać w moim towarzystwie, opowiadałem mu rzeczy, o których chyba przedtem nie słyszał. Stół, jakieś napitki, dobra zakąska. Szczur schodził z szafy i drobnymi ludzkimi łapkami obrabiał kawałek wędliny z półmiska. Nawet nam powieka nie drgnęła - obgadywaliśmy pobyt jego syna w Ameryce. Prażanie właśnie podbijali świat!
Wracam na górę, tylko piętro wyżej, już pora na wystukanie kolejnego absurdalnego tekstu dla mojej gazety. Hasło stale to samo: górą nasi! I odzew znany: bo nasi to ci, co górą. Kuchnia, mechaniczna maszyna do pisania, mnóstwo hałasu aż do świtu. Wiele lat później ostry zarzut: to co, pracowało się w komunistycznej prasie? Słaba obrona: a była naonczas inna? No i przecież ja tylko z konieczności, w gazetce dla dzieci. Nie zrozumieli. Obcy kapitał, oni nie muszą rozumieć.
-------------------
Moje praskie wspomnienia pachną czasem smażonymi żeberkami. Przyrządzaliśmy je z kolejnym sąsiadem w aparacie do smażenia frytek, kiedy jego zadąsana żona wyjechała do belgijskiej siostry. W tej migawce już tam nie mieszkam, wynajmuję pokój jakimś prostakom spod Wałcza, albo Kołobrzegu. Dlatego trzeba dbać, aby z tymi żeberkami w brzuchu przez pomyłkę, czy nawyk nie pójść "do domu na górę". Jeszcze u siebie trafię na obcych.
Praskie wspomnienia to także zapach kiszonej kapusty i chemikaliów z fabryki na Szwedzkiej. Szedłem romansować - ale zapachy były tak dla okolicy naturalne, że nie przeszkadzały. A w połowie lat pięćdziesiątych struga fabrycznych ścieków płynących wzdłuż ulicy była tęczowa.
Kolory… Kiedy moje sto lat temu, zaraz po ruskich defiladach, zaciskałem mocno powieki - biegały pod nimi wywołane ciśnieniem małe, czerwone punkciki. Poruszały się po zgrabnych okręgach. Potrafiłem przenieść je na sufit pokoju na Wileńskiej. Miałem swoje planetarium. Po latach w trakcie badania wzroku na prawo jazdy pielęgniarka pokazuje mi jakieś światełko w rogu ciemnego pokoju. Jaki to kolor? Nie wiem… I raptem jak objawienie ta wileńska czerwień spod zaciśniętych powiek. Czerwone! Przedłużyli ważność dokumentu.
W materii kolorów zieleń to nie las, ale Park Praski. To kolor świeżo pomalowanej w tym parku ławki. Jaki więc kolor ma moje poczucie bezpieczeństwa wyniesione z tak długiego oglądania ciemnawego pokoju na Wileńskiej? Bo ciemny pokój bez wątpienia był zawsze w jasnym kolorze…
------------------
Ludzie: można wręcz wytarzać się w tej przewspaniałej menażerii! Lub stworzyć z niej dwa pułki wyspecjalizowanego wojska - nie ma armii, która by się im oparła! I nie dlatego, że spora część to adwokaci, aktorzy, malarze i lekarze. Ci akurat nadęli się, pękli i minęli. Ci, o których myślę świsnęli by karabiny wrogom. Albo tanio odkupili na odroczoną spłatę. Albo tak zmajstrowali, żeby strzelały do tyłu.
Odwieczny, urodzony na mojej Pradze dylemat: dlaczego żona alkoholika toleruje chorobę, ale wypomina choremu słabą wolę? Przecież słaba wola to kwintesencja alkoholizmu…
----------------
Miłość i nienawiść: pan ma przecież kompletne życie! To na co pan narzeka?
Jak wszyscy prażanie z Mokotowa, Woli, Wrocławia i spod Paryża: na zbytnią równoległość uczuć. To gorsze, panie doktorze, od czeskiej niesłychanej lekkości bytu.
Praski przestwór
Po prostu muszę to opowiedzieć. Moi koledzy i przyjaciele powołują do życia wspomnienia dla mieszczucha egzotyczne – miasta, których nie znam, szlaki, którymi nigdy nie chadzałem. A co ja? Krowie spod ogona? Ja się urodziłem na Pradze. Cerkiew, pomnik „Śpiących”, monumentalne dla dzieciaka gmaszyska dyrekcji PKP – to są moje pierwsze krajobrazy. Był czas, kiedy uczono mnie jak się tego wstydzić. Bo niby powinienem, przecież każde dziecko wie, że na Pradze to tylko menele i złodziejaszki. Nieprawda. Inny też się tam mógł uchować.
Dzisiaj oglądam Pragę z drugiej strony rzeki - dosłownie i w przenośni. Jest coraz bardziej wbrew latu zamglona i oddalająca się, dawna miłość i dawna nienawiść. Czego było więcej? Realnych triumfów, prawdziwych młodzieńczych złudzeń - czy zwykłych rozczarowań, draństwa i zaplutych twarzy?
Tam się urodziłem i spędziłem wiele lat. Zawsze po niedługich oddaleniach wracając. Jakbym nie mógł uwolnić się od miejsca - a tyle razy jednako chciałem i nie chciałem. Więc magicznego miejsca?
Dzisiaj specjaliści praskich historii wracają do okropnie zamierzchłej historii: osiemdziesiąt, sto lat temu. Pewnie to ważne. Dla mnie ważniejsza jest własna, arbitralna pamięć. Rodzaj niekoniecznie porządnych obrazów, słów, cudzych i własnych gestów - mogły najwidoczniej zaistnieć tylko tam, skoro nigdy się nie powtórzyły. Praski przestwór okazał się po latach niepowtarzalny. Większość z tych, którzy tamte klimaty w jakimś sensie czują przemieszczali się tradycyjnie. Ze starej Pragi na nową, ledwie rzut kamieniem. Było liceum "Rudego Barbosa", licho wie dlaczego ten ponoć brazylijski bohater zastąpił poczciwą panią Rzeszotarską. Pierwsze dżinsy z ciuchów na Lubelskiej, oczywiście za bony. Wagary na tyłach ZOO. Wspinanie się na oczach zdumionych panienek na starą wieżę spadochronową…
A potem awans na drugą stronę rzeki. Studia, garnitury, praca, dzieci. Nudna klasyka.
I nagłe powroty. Zdumienie: jakże się to stare mieszkanie skurczyło!
-------------------
Przedtem było ogromne. Po widocznej z balkonu szerokiej ulicy, pomiędzy tramwajowymi szynami, maszerowała ruska armia. W kierunku "Ruskiego domu" na rogu Targowej. Taki był obyczaj początku lat pięćdziesiątych… Nikt nie pisnął, może prócz dzieci podawanych "wyzwolicielom" do podrzucania w górę. Trafiłem na słabszego wojaka, tylko przycisnął mnie do szerokiej jak lotniskowiec paradnej czapy. Tak przejechałem z dziesięć metrów, ponoć z ponurą miną. Lądowanie na wysokości krawca Łąpiesia. Kilkanaście lat później tylko raz popatrzył wprawnym okiem na chuderlawą postać i zadysponował: przyjdź pojutrze, spodnie będą gotowe. Były. Cóż za cudownie skrojone spodnie! I tanie. Bo targów uczył mistrz Duszyński, sklepik warzywny "po schodkach" na Zaokopowej.
W najstarszej części pamięci najpierw przesuwające się po suficie cienie. Potem drżenie podłogi i senne pomrukiwanie pozostałych, śpiących domowników. Sporo ich, jeden pokój na rodzinę trzypokoleniową. I chwatit, mawiano w kwaterunku. A jednak to tam było poczucie bezpieczeństwa! Zamykam oczy by widzieć dokładniej, zamiast zbliżenia pojawia się pytanie: a co stało się potem, z kolejnymi tam spędzonymi latami? Co z ludźmi? Co z moim sąsiadem z piętra niżej, z parteru, pierwszego piętra? Co z ciepłą latem bramą i wyziębioną zimą klatką schodową?
Moja Wileńska trwała lata całe. Po prostu skała, miłość i zakała. Jak się jej pozbyć, skoro nie dało się tam później mieszkać? Na co ją zamienić? Szybko, zanim przyjdzie Mokotów z całą swoją podrabianą elegancją. I konfliktowym bytem pośród aroganckich młodych komiwojażerów (doradca handlowy), weterynarzy spod Ostrołęki, czy Wyższych Urzędników Ministerstwa Śmiesznych Kroków.
-----------------
Głowa wykonuje dziwaczną pracę: miesza pojęcia i osoby z różnych pięter i epok. Cóż, takie prawo głowy… Oto przywożę na Pragę czarno-biały telewizor, najcenniejszy łup ze znajomego sklepu, tuż po odwołaniu stanu wojennego. Dumny ustawiam go na starym stoliku, coś mruga w poprzek ekranu, ale to bez znaczenia. Jest OK! Jutro, to znaczy jutro za dwa lata, sprzedam go dzień przed Wigilią, to przesądzi o nieco weselszych świętach. Pogapimy się już w kolorowy ekranik, pal sześć, że mniejszy i zamglony. Zimno, cholernie zimno, kto zamknął składzik węglowy na Małej? Potem położę się na stary tapczan, zapalenie korzonków nerwowych, pielęgniarka robi mi zastrzyk. Zaczną się po nim jakieś drgawki, chyba zapomniano sprawdzić, czy nie jestem uczulony na lek. Kto na Pradze choruje na uczulenia? Minie, pewnie że minie, nie mam czasu na pierdoły, jutro wyjeżdżam ze Sławkiem na ryby! Chociaż nie, to niemożliwe, jeszcze nie umarła cicha, pogodna staruszka mieszkająca w jego przyszłym mieszkaniu. Najpiękniejsza śmierć na Zaokopowej: w maju jak marzenie, we śnie, bez udawanej rozpaczy bliźnich. Po prostu ciach - i nie ma. Sławek, kiedy już nastanie, zasadzi przed oknem niewielką choinkę. Jeśli uważniej przyjrzeć się jej gałązkom widać pomiędzy nimi szczura Zbyszka. Takie tam laboratoryjne bydlątko… Zbyszek uwielbiał pijać w moim towarzystwie, opowiadałem mu rzeczy, o których chyba przedtem nie słyszał. Stół, jakieś napitki, dobra zakąska. Szczur schodził z szafy i drobnymi ludzkimi łapkami obrabiał kawałek wędliny z półmiska. Nawet nam powieka nie drgnęła - obgadywaliśmy pobyt jego syna w Ameryce. Prażanie właśnie podbijali świat!
Wracam na górę, tylko piętro wyżej, już pora na wystukanie kolejnego absurdalnego tekstu dla mojej gazety. Hasło stale to samo: górą nasi! I odzew znany: bo nasi to ci, co górą. Kuchnia, mechaniczna maszyna do pisania, mnóstwo hałasu aż do świtu. Wiele lat później ostry zarzut: to co, pracowało się w komunistycznej prasie? Słaba obrona: a była naonczas inna? No i przecież ja tylko z konieczności, w gazetce dla dzieci. Nie zrozumieli. Obcy kapitał, oni nie muszą rozumieć.
-------------------
Moje praskie wspomnienia pachną czasem smażonymi żeberkami. Przyrządzaliśmy je z kolejnym sąsiadem w aparacie do smażenia frytek, kiedy jego zadąsana żona wyjechała do belgijskiej siostry. W tej migawce już tam nie mieszkam, wynajmuję pokój jakimś prostakom spod Wałcza, albo Kołobrzegu. Dlatego trzeba dbać, aby z tymi żeberkami w brzuchu przez pomyłkę, czy nawyk nie pójść "do domu na górę". Jeszcze u siebie trafię na obcych.
Praskie wspomnienia to także zapach kiszonej kapusty i chemikaliów z fabryki na Szwedzkiej. Szedłem romansować - ale zapachy były tak dla okolicy naturalne, że nie przeszkadzały. A w połowie lat pięćdziesiątych struga fabrycznych ścieków płynących wzdłuż ulicy była tęczowa.
Kolory… Kiedy moje sto lat temu, zaraz po ruskich defiladach, zaciskałem mocno powieki - biegały pod nimi wywołane ciśnieniem małe, czerwone punkciki. Poruszały się po zgrabnych okręgach. Potrafiłem przenieść je na sufit pokoju na Wileńskiej. Miałem swoje planetarium. Po latach w trakcie badania wzroku na prawo jazdy pielęgniarka pokazuje mi jakieś światełko w rogu ciemnego pokoju. Jaki to kolor? Nie wiem… I raptem jak objawienie ta wileńska czerwień spod zaciśniętych powiek. Czerwone! Przedłużyli ważność dokumentu.
W materii kolorów zieleń to nie las, ale Park Praski. To kolor świeżo pomalowanej w tym parku ławki. Jaki więc kolor ma moje poczucie bezpieczeństwa wyniesione z tak długiego oglądania ciemnawego pokoju na Wileńskiej? Bo ciemny pokój bez wątpienia był zawsze w jasnym kolorze…
------------------
Ludzie: można wręcz wytarzać się w tej przewspaniałej menażerii! Lub stworzyć z niej dwa pułki wyspecjalizowanego wojska - nie ma armii, która by się im oparła! I nie dlatego, że spora część to adwokaci, aktorzy, malarze i lekarze. Ci akurat nadęli się, pękli i minęli. Ci, o których myślę świsnęli by karabiny wrogom. Albo tanio odkupili na odroczoną spłatę. Albo tak zmajstrowali, żeby strzelały do tyłu.
Odwieczny, urodzony na mojej Pradze dylemat: dlaczego żona alkoholika toleruje chorobę, ale wypomina choremu słabą wolę? Przecież słaba wola to kwintesencja alkoholizmu…
----------------
Miłość i nienawiść: pan ma przecież kompletne życie! To na co pan narzeka?
Jak wszyscy prażanie z Mokotowa, Woli, Wrocławia i spod Paryża: na zbytnią równoległość uczuć. To gorsze, panie doktorze, od czeskiej niesłychanej lekkości bytu.
sobota, 1 stycznia 2011
Początek - i finał
No cóż, Szanowni: pora powiedzieć sobie prawdę, zwłaszcza pierwszego dnia Nowego Roku. Formuła tego zapisu wyczerpała się. Ani ja dalej pełen zapału w nazywaniu dla odbiorców rzeczy i zjawisk – ani Wy w czytaniu tego. Lub oburzaniu się jak śmiałem. Innymi słowy nie ma o czym mówić. Wiemy o sobie tyle, że można już użyć formuły „wystarczająco dużo”. Do niczego nie przekonałem oponentów. Nikogo nie uczyniłem mądrzejszym czy bardziej spostrzegawczym. Nie zyskałem nowych przyjaciół i nie zdobyłem innych wrogów. Więc to staje się już nudne. Nie lubię nudy.
Strona oczywiście będzie sobie dalej wisiała w sieci. Działam już gdzie indziej, z kim innym się spieram lub komu innemu przyznaję rację. Gdyby kiedyś w okolicy pojawił się nowy leniwy lub arogancki dozorca – to wiem jak mu uprzykrzyć życie inną drogą, niż poprzez opisywanie tego w tym miejscu. Jeśli administracja po raz kolejny pomyli się na moją niekorzyść przy rozliczaniu ciepłej czy zimnej wody – skieruję skargę gdzie trzeba, dolegliwie, ale bez uprzedzania faktów na tej stronie. W końcu jak niespodzianki to niespodzianki, prawda?
Zatem na progu epoki, którą zawdzięczamy politycznym wyborom niektórych moich sąsiadów – trzymajcie się cieplutko. Albo macie co chcieliście mieć – albo nie protestowaliście wystarczająco głośno i czynnie. Jak by nie patrzył dzisiaj już tylko smutek zimowych tropików…
Przyjaciół stałych i okazjonalnych życzliwych pozdrawiam jak najserdeczniej. W razie czego bezpośredni adres przecież znacie.
Marek Zarębski
Strona oczywiście będzie sobie dalej wisiała w sieci. Działam już gdzie indziej, z kim innym się spieram lub komu innemu przyznaję rację. Gdyby kiedyś w okolicy pojawił się nowy leniwy lub arogancki dozorca – to wiem jak mu uprzykrzyć życie inną drogą, niż poprzez opisywanie tego w tym miejscu. Jeśli administracja po raz kolejny pomyli się na moją niekorzyść przy rozliczaniu ciepłej czy zimnej wody – skieruję skargę gdzie trzeba, dolegliwie, ale bez uprzedzania faktów na tej stronie. W końcu jak niespodzianki to niespodzianki, prawda?
Zatem na progu epoki, którą zawdzięczamy politycznym wyborom niektórych moich sąsiadów – trzymajcie się cieplutko. Albo macie co chcieliście mieć – albo nie protestowaliście wystarczająco głośno i czynnie. Jak by nie patrzył dzisiaj już tylko smutek zimowych tropików…
Przyjaciół stałych i okazjonalnych życzliwych pozdrawiam jak najserdeczniej. W razie czego bezpośredni adres przecież znacie.
Marek Zarębski
piątek, 29 października 2010
Czy uda nam się?
Pytanie dotyczy kwestii, która nie tak dawno jeszcze spędzała sen z powiek wielu sąsiadom: czy i kiedy uda się wykupić nasze mieszkania? Kandydaci na prezydenta Warszawy widzą to różnie, niektórzy udają, że problemu w ogóle nie ma. Jedynie Czesław Bielecki stawia sprawę jasno. Poniższy tekst przywołuję za Polską Agencją Prasową
"...Szybciej i bardziej prywatnie
Pytany o główne punkty swojego programu (Czesław Bielecki - przyp. aut) powiedział, że jeśli zostanie prezydentem stolicy, przyspieszy podejmowanie decyzji administracyjnych, poprawi funkcjonowanie transportu publicznego, rozwiąże problem korków i zakończy budowę obwodnicy śródmiejskiej "nieruszonej prawie przez tę kadencję". Kandydat na prezydenta zwrócił uwagę, że przy rosnącym zainteresowaniu inwestorów przewlekłość i nieprzewidywalność procedur uderza w rozwój miasta. Jako kolejny punkt swojego programu wymienił uporządkowanie własności w Warszawie. - Bez sprzedania lokali komunalnych, usługowych nie ma co liczyć na to, że ktoś w nie będzie inwestował. To postulat prywatnych przedsiębiorców - zaznaczył. - To jest też różnica między Wrocławiem czy Krakowem a Warszawą. Tam wygląd sklepów, ulic jest zupełnie inny niż tu tylko dlatego, że tam miasto nie jest jednocześnie zarządcą i graczem na rynku. Chcę lokalnie rozwiązać - nie mnożąc krzywd i niesprawiedliwości - ten trudny problem. Utworzymy Warszawski Fundusz Reprywatyzacyjny, nad koncepcją którego pracują już eksperci - powiedział. Dodał, że powinny wreszcie ruszyć prace budowlane, by zagospodarować teren wokół Pałacu Kultury i Nauki. - Po 20 latach wolnej Polski w centrum stolicy mamy dziurę. Nie powstał parking podziemny w tym miejscu, nie rozpoczęła się budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej - wyliczał Bielecki..."
Pozostaje jedynie zapytać kandydata na prezydenta: kto z prawem pierwokupu i jakie będą ulgi statutowo zawarte w dotychczasowej praktyce. Jasno, Panie Kandydacie na Prezydenta! Jasno i wprost!
"...Szybciej i bardziej prywatnie
Pytany o główne punkty swojego programu (Czesław Bielecki - przyp. aut) powiedział, że jeśli zostanie prezydentem stolicy, przyspieszy podejmowanie decyzji administracyjnych, poprawi funkcjonowanie transportu publicznego, rozwiąże problem korków i zakończy budowę obwodnicy śródmiejskiej "nieruszonej prawie przez tę kadencję". Kandydat na prezydenta zwrócił uwagę, że przy rosnącym zainteresowaniu inwestorów przewlekłość i nieprzewidywalność procedur uderza w rozwój miasta. Jako kolejny punkt swojego programu wymienił uporządkowanie własności w Warszawie. - Bez sprzedania lokali komunalnych, usługowych nie ma co liczyć na to, że ktoś w nie będzie inwestował. To postulat prywatnych przedsiębiorców - zaznaczył. - To jest też różnica między Wrocławiem czy Krakowem a Warszawą. Tam wygląd sklepów, ulic jest zupełnie inny niż tu tylko dlatego, że tam miasto nie jest jednocześnie zarządcą i graczem na rynku. Chcę lokalnie rozwiązać - nie mnożąc krzywd i niesprawiedliwości - ten trudny problem. Utworzymy Warszawski Fundusz Reprywatyzacyjny, nad koncepcją którego pracują już eksperci - powiedział. Dodał, że powinny wreszcie ruszyć prace budowlane, by zagospodarować teren wokół Pałacu Kultury i Nauki. - Po 20 latach wolnej Polski w centrum stolicy mamy dziurę. Nie powstał parking podziemny w tym miejscu, nie rozpoczęła się budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej - wyliczał Bielecki..."
Pozostaje jedynie zapytać kandydata na prezydenta: kto z prawem pierwokupu i jakie będą ulgi statutowo zawarte w dotychczasowej praktyce. Jasno, Panie Kandydacie na Prezydenta! Jasno i wprost!
środa, 20 października 2010
Rynek nieruchomości - a jednak coś pękło
Odkąd sprowadziłem się do naszego domu niemal dziesięć lat temu słyszę nieustannie, że dostąpiłem nieba. Powiem szczerze, że na początku i mnie się tak wydawało. Później na ogół człek mądrzeje i zaczyna zauważać mankamenty. Tak, leżały na wierzchu, ale z jakichś nieznanych powodów nie chcieliśmy ich widzieć. A gdy już zobaczyliśmy - było za późno, każdy jakoś tam życie sobie urządził i adres z NOWEGO stał się STAŁYM. Tak czy siak nadal wiele osób utrzymuje, że mamy szczęście. Nie uważam tak. A już na pewno nie uważam, iżby wszystko mogło i miało drożeć. Bo w budownictwie NIE DROŻEJE! ZAWALIŁO SIĘ!! Dzisiaj pozwolę sobie przywołać tekst autora podpisującego się w internetowym Salonie24 jako T-rex. Polecam! I nie zniechęcajcie się wstępna deklaracją, że mówi wyłącznie o własnych wrażeniach. Dalej są konkrety, konkretne sumy.
Ceny nieruchomości zaczynają spadać
Zaczęło się. Ostra jazda w dół. Z górki na pazurki.
Notka ta nie będzie poparta żadnymi weryfikowalnymi analizami ekonomicznymi, lecz jedynie moimi subiektywnymi spostrzeżeniami, więc proszę o to, aby osoby kwestionujące moje obserwacje z perspektywy rzeczoznawców, darowały sobie tanią krytykę.
Notka ta jest subiektywną obserwacją bardzo wyraźnie pojawiającego się trendu, i tak ją należy postrzegać. A niebawem, najwcześniej za pół roku, w branżowych czasopismach poświęconych tematyce nieruchomości pojawią się nieśmiałe aluzje sugerujące zjawisko, które właśnie się rozpoczyna. Następnie, po kolejnych kilku miesiącach, w uznanych periodykach biznesowych pojawią się pierwsze poparte głośnymi nazwiskami analizy potwierdzające zaobserwowaną przeze mnie tendencję. I dopiero gdy przeciętny Kowalski „czarno na białym” zapozna się z tymi analizami, nastąpi WIELKI KRACH.
Jednak dla prawdziwego trendsettera,a przede wszystkim dla osób sprzedających mieszkanie, wtedy już będzie za późno na analizę. Dlatego ogłaszam wszem i wobec: Trend spadkowy właśnie się rozpoczął.
Przypomnijmy fakty:
W latach 2006-2009, po wejściu do UE, mieliśmy do czynienia z niespotykaną w innych krajach Europy progresją cen nieruchomości (wzrost o około 100-130%, w zależności od lokalizacji). Często nie miało to żadnego uzasadnienia w jakości (ceny mieszkań z wielkiej płyty w Warszawie wzrosły z 3 do 7 tys. za m2!!).
Tematyką tą zajmuję się bardzo intensywnie, gdyż problem wzrostu cen w ostatnich latach bardzo mnie zaintrygował, głównie z powodów praktycznych: wymusił on na mnie, osobie programowo niechętnej wszelkim formom kredytowania, pewną „ciasnotę" mieszkaniową i odsunięcia w czasie nabycia za zaoszczędzone środki czegoś większego.
Mało kto uświadamia sobie skalę problemu, ale w latach 2007-2009 (szczyt boomu mieszkaniowego) jako naród zbiednieliśmy o połowę. Dlaczego? Ano dlatego, iż w interesie społeczeństwa leży zwiększanie siły nabywczej rodziny i finansowa dostępność powierzchni mieszkaniowej, natomiast wysokie ceny nieruchomości stanowią skuteczną zaporę ku temu.
Próbowano wprawdzie wmawiać nam, że staliśmy się o połowę bogatsi, co jednak jest blefem, gdyż mieszkanie (dom) to dobro podstawowe, niezbędne do normalnego funkcjonowania rodziny, a o bogactwie stanowi materialna dostępność dóbr podstawowych, a nie to, co możemy uzyskać w razie ich zbycia. Mówiąc prostymi słowy: i tak musimy gdzieś mieszkać, więc bez znaczenia jest, czy domy są dostępne za darmo, czy za milion. I tak ten dom musimy mieć. Natomiast gdyby domy były tanie, to środki zaoszczędzone przeznaczalibyśmy na urlopy, wyjazdy, wygody itp.
Sygnalizowałem zagadnienie już rok temu:
http://t-rex.salon24.pl/110757,senyszyn-w-hidefinition-czyli-zbiednielismy-o-polowe
W ostatnim czasie poszukuję dość intensywnie domu w okolicach podmiejskich (ceny domów na terenie dużych miast są kosmiczne, a ich standard w większości przypadków pozostawia bardzo wiele do życzenia, nowych domów z cegły nikt przecież nie sprzedaje) lub mieszkania nieco większego od tego, w którym obecnie zamieszkuję.
Przeprowadziłem więc w ostatnim półroczu w Warszawie i okolicach wiele rozmów z pośrednikami i bezpośrednio z właścicielami nieruchomości. Podobne rozmowy przeprowadzałem także przed 7 laty, gdy kupowałem moje pierwsze własne M3. Ponieważ jestem osobą dość aktywną zawodowo i nie mam zbyt wiele czasu na osobiste wyszukiwanie ofert, zagryzam mocno dolną wargę i korzystam z usług pośredników.
Siedem lat temu czułem się, jakbym był pariasem.
Mało który ze sprzedających był skłonny do jakiejkolwiek poważniejszej negocjacji cenowej, a niemal nikt z pośredników nie schodził z zwyczajowej prowizji 2,9%. Tylko dzięki mojemu zdecydowaniu udało mi się przeforsować nieco niższą prowizję, 2,6%. Jednak z uwagi na moją nadmierną skłonność do negocjacji dwa lub trzy mieszkania po prostu mi uciekły - inni kupujący byli szybsi, chętniej wyskakiwali z gotówki, więc po prostu musiałem obejść się smaczkiem. Gdy to zrozumiałem, przy następnej okazji sam szybko dobiłem transakcji i kupiłem pierwsze w miarę udane lokum. Dzięki temu udało mi się załapać na własne mieszkanie przed wzrostem cen nieruchomości, bo gdybym miał teraz zaczynać, musiałbym mieszkać z dziećmi chyba w kawalerce.
Obecnie rozmowę zaczynam od negocjowania prowizji. Mówię na wstępie, że maksymalna prowizja dla agenta, którą jestem w stanie uiścić, to 1,5%, i większość agencji to akceptuje. Dopiero po podpisaniu świstka, w którym czarno na biało stoi, ile mam zapłacić pośrednikom, idę oglądać lokal.
I co napotykam???
Właścicieli, którzy dopytują się agentów, dlaczego w tym tygodniu mieszkanie oglądał tylko jeden klient, a w poprzednim tylko dwóch? Agentów, którzy nie wiedzą, co na to odpowiedzieć. Widzę niemal nachalne pytania sprzedających, czy będę zainteresowany, czy też nie. Zachowują się, jakby mieli towar, który muszą koniecznie sprzedać, a na który nie ma chętnego.
W rozmowie ze mną sami właściciele (co 7 lat temu absolutnie ani raz się nie zdarzyło!!!) już na wstępie sugerują swoją skłonność do negocjacji. Pośrednicy kilka razy na boku zasugerowali mi, że dane mieszkanie sprzeda się i o 20% taniej, bo klient jest zdesperowany.
Oglądam mieszkania, które nie sprzedają się przez kilka miesięcy, a których cena została obniżona po raz trzeci. I choć na razie zmiany cen ofertowych są raczej kosmetyczne (obniżanie ceny ofertowej o 1-2%), to stanowią dowód na to, iż rynek znajduje się w fazie stagnacji.
Każdy zna zasadę, iż ceny transakcyjne są z reguły o 10% niższe, niż ofertowe. Przedwczoraj jeden z pośredników wyznał mi, przy okazji oglądania pewnego dość atrakcyjnego lokum, iż klient musi sprzedać to mieszkanie w tym miesiącu, bo go umowa przedwstępna ciśnie, więc mogę ostro negocjować. Sugestia agenta: „Niech pan zaproponuje cenę niższą o 30%”. Nie wiem, jak to ma się z lojalnością agenta, ale to nie moja rzecz.
Gdy odpowiedziałem, że i tak nie będę zainteresowany tym lokum (zbyt mały balkon), agent ten zaczął żalić mi się, że coraz bardziej zaczyna mieć dość swojej pracy, bo zdecydowana większość „oglądających” w ogóle nie rozpoczyna negocjacji. Oznacza to, iż oferta rynkowa jest po prostu bardzo mało atrakcyjna. O ile w roku 2000-2006 pośrednicy zatrudniali kogokolwiek, kto latałby po osiedlach i pokazywałby klientom mieszkania, o tyle obecnie agencje nieruchomości pozwalniały zdecydowaną większość pracowników, a wizyty w lokalach stają się o wiele rzadsze, niż dawniej. Często pośrednik z uprawnieniami osobiście pokazuje mieszkanie klientowi, bo nie stać go na szeregowych pracowników. I tylko dziwi mnie, jak radzą sobie niektóre duże agencje, których wystrój lokali przypomina pałace, a nie zwykłe lokale usługowe.
Bo faktu, że prywatny lekarz-specjalista niekiedy przyjmuje w naprawdę skromnie wyposażonym gabinecie, a agenci nieruchomości - w pałacach, jakoś trudno mi pojąć.
Drugą stroną medalu jest stagnacja na rynku pracy. Osoby zwalniane z pracy nie wchodzą zbyt łatwo na rynek, a jeżeli już, to ich zarobki raczej spadają. Oznacza to trudności ze spłatą kredytu. Coraz częściej małżeństwa decydują się na sprzedaż mieszkania nabytego za wyśrubowany do granic możliwości kredyt lub jego zamianę na nieco mniejsze, by nie pracować tylko dla banku, ale by mieć choć trochę pieniądza dla siebie.
Ale wróćmy do nieruchomości.
Na rynku mieszkaniowym po prostu czuć NIEPOKÓJ. Mieszkania NIE SPRZEDAJĄ SIĘ całymi miesiącami.
Oczywiście krach następuje zawsze z pewnym opóźnieniem, gdyż przez pewien czas banki tolerują nieterminowość spłat rat, a często całe rodziny pomagają młodym utrzymać się na granicy finansowej wypłacalności. Również agencje są zainteresowane utrzymaniem wysokich cen, gdyż oznacza to dla nich wysokie prowizje.
(Nawiasem radzę każdemu podjęcie próby bezpośredniego nabycia mieszkania, gdyż przy cenie 750.000 za lokum prowizja z VAT wynosiłaby około 27.000 zł, a zgodnie z zasadami przyzwoitości nie powinna być wyższa, niż dwumiesięczna płaca. Oznacza to, iż prowizje agencji są drastycznie (nawet dziesięciokrotnie!) zawyżone, a często agenci obsługują jednocześnie obie strony transakcji, co jest kuriozum na skalę światową).
Jednak ani sprzedający, ani agencje, ani nawet teściowie wspierający niekiedy w trudnościach ze spłatą rat nie są w stanie powstrzymać tego, co nieuniknione, czyli TĄPNIĘCIA CEN.
Kwestią sporną jest jedynie, kiedy to nastąp i jaki będzie zasięg korekty. Niewykluczone, że przy wzroście o 120% korekta wyniesie nawet 60% (po odliczeniu inflacji będzie to nominalnie zapewne jakieś 50%).
Okres szczytowy na rynku nieruchomości w Finlandii przypadł na rok 1989 (wzrost wyniósł 109%). Po 6 latach ceny spadły o 48%, więc korekta była naprawdę odczuwalna. W Holandii, po kilkuletniej hossie, która wywindowała ceny na niebotyczne poziomy 98%, nastąpił spadek o 50%, lecz trzeba na to było czekać aż siedem lat. We Włoszech wzrost był nieco niższy, wyniósł 84%, ale na 30%-korektę wystarczyło poczekać 4 lata.
Nie mam ani kompetencji, ani narzędzi, by prognozować moment pierwszego poważniejszego tąpnięcia. Jednak trzeba być naprawdę ślepym, by tych oczywistych symptomów przegrzania rynku nie dostrzegać.
PS. Francuski inwestor Bouygues Immobilier, który w podwarszawskim Józefosławiu wybudował przepiękne osiedle francuskich domków jednorodzinnych, świadomy tego ryzyka, w ciągu 2 lat obniżył swoje ceny z 1.000.000 PLN do 850.000 PLN za najprostszy domek jednorodzinny w zabudowie szeregowej, a domki te nadal są dostępne.
Natomiast inny zachodni deweloper z Józefosławia, z pierwotnej ceny 960.000 PLN zszedł podobno „w czeski sposób" do ceny 690.000 PLN. O czymś to chyba świadczy.
Ceny nieruchomości zaczynają spadać
Zaczęło się. Ostra jazda w dół. Z górki na pazurki.
Notka ta nie będzie poparta żadnymi weryfikowalnymi analizami ekonomicznymi, lecz jedynie moimi subiektywnymi spostrzeżeniami, więc proszę o to, aby osoby kwestionujące moje obserwacje z perspektywy rzeczoznawców, darowały sobie tanią krytykę.
Notka ta jest subiektywną obserwacją bardzo wyraźnie pojawiającego się trendu, i tak ją należy postrzegać. A niebawem, najwcześniej za pół roku, w branżowych czasopismach poświęconych tematyce nieruchomości pojawią się nieśmiałe aluzje sugerujące zjawisko, które właśnie się rozpoczyna. Następnie, po kolejnych kilku miesiącach, w uznanych periodykach biznesowych pojawią się pierwsze poparte głośnymi nazwiskami analizy potwierdzające zaobserwowaną przeze mnie tendencję. I dopiero gdy przeciętny Kowalski „czarno na białym” zapozna się z tymi analizami, nastąpi WIELKI KRACH.
Jednak dla prawdziwego trendsettera,a przede wszystkim dla osób sprzedających mieszkanie, wtedy już będzie za późno na analizę. Dlatego ogłaszam wszem i wobec: Trend spadkowy właśnie się rozpoczął.
Przypomnijmy fakty:
W latach 2006-2009, po wejściu do UE, mieliśmy do czynienia z niespotykaną w innych krajach Europy progresją cen nieruchomości (wzrost o około 100-130%, w zależności od lokalizacji). Często nie miało to żadnego uzasadnienia w jakości (ceny mieszkań z wielkiej płyty w Warszawie wzrosły z 3 do 7 tys. za m2!!).
Tematyką tą zajmuję się bardzo intensywnie, gdyż problem wzrostu cen w ostatnich latach bardzo mnie zaintrygował, głównie z powodów praktycznych: wymusił on na mnie, osobie programowo niechętnej wszelkim formom kredytowania, pewną „ciasnotę" mieszkaniową i odsunięcia w czasie nabycia za zaoszczędzone środki czegoś większego.
Mało kto uświadamia sobie skalę problemu, ale w latach 2007-2009 (szczyt boomu mieszkaniowego) jako naród zbiednieliśmy o połowę. Dlaczego? Ano dlatego, iż w interesie społeczeństwa leży zwiększanie siły nabywczej rodziny i finansowa dostępność powierzchni mieszkaniowej, natomiast wysokie ceny nieruchomości stanowią skuteczną zaporę ku temu.
Próbowano wprawdzie wmawiać nam, że staliśmy się o połowę bogatsi, co jednak jest blefem, gdyż mieszkanie (dom) to dobro podstawowe, niezbędne do normalnego funkcjonowania rodziny, a o bogactwie stanowi materialna dostępność dóbr podstawowych, a nie to, co możemy uzyskać w razie ich zbycia. Mówiąc prostymi słowy: i tak musimy gdzieś mieszkać, więc bez znaczenia jest, czy domy są dostępne za darmo, czy za milion. I tak ten dom musimy mieć. Natomiast gdyby domy były tanie, to środki zaoszczędzone przeznaczalibyśmy na urlopy, wyjazdy, wygody itp.
Sygnalizowałem zagadnienie już rok temu:
http://t-rex.salon24.pl/110757,senyszyn-w-hidefinition-czyli-zbiednielismy-o-polowe
W ostatnim czasie poszukuję dość intensywnie domu w okolicach podmiejskich (ceny domów na terenie dużych miast są kosmiczne, a ich standard w większości przypadków pozostawia bardzo wiele do życzenia, nowych domów z cegły nikt przecież nie sprzedaje) lub mieszkania nieco większego od tego, w którym obecnie zamieszkuję.
Przeprowadziłem więc w ostatnim półroczu w Warszawie i okolicach wiele rozmów z pośrednikami i bezpośrednio z właścicielami nieruchomości. Podobne rozmowy przeprowadzałem także przed 7 laty, gdy kupowałem moje pierwsze własne M3. Ponieważ jestem osobą dość aktywną zawodowo i nie mam zbyt wiele czasu na osobiste wyszukiwanie ofert, zagryzam mocno dolną wargę i korzystam z usług pośredników.
Siedem lat temu czułem się, jakbym był pariasem.
Mało który ze sprzedających był skłonny do jakiejkolwiek poważniejszej negocjacji cenowej, a niemal nikt z pośredników nie schodził z zwyczajowej prowizji 2,9%. Tylko dzięki mojemu zdecydowaniu udało mi się przeforsować nieco niższą prowizję, 2,6%. Jednak z uwagi na moją nadmierną skłonność do negocjacji dwa lub trzy mieszkania po prostu mi uciekły - inni kupujący byli szybsi, chętniej wyskakiwali z gotówki, więc po prostu musiałem obejść się smaczkiem. Gdy to zrozumiałem, przy następnej okazji sam szybko dobiłem transakcji i kupiłem pierwsze w miarę udane lokum. Dzięki temu udało mi się załapać na własne mieszkanie przed wzrostem cen nieruchomości, bo gdybym miał teraz zaczynać, musiałbym mieszkać z dziećmi chyba w kawalerce.
Obecnie rozmowę zaczynam od negocjowania prowizji. Mówię na wstępie, że maksymalna prowizja dla agenta, którą jestem w stanie uiścić, to 1,5%, i większość agencji to akceptuje. Dopiero po podpisaniu świstka, w którym czarno na biało stoi, ile mam zapłacić pośrednikom, idę oglądać lokal.
I co napotykam???
Właścicieli, którzy dopytują się agentów, dlaczego w tym tygodniu mieszkanie oglądał tylko jeden klient, a w poprzednim tylko dwóch? Agentów, którzy nie wiedzą, co na to odpowiedzieć. Widzę niemal nachalne pytania sprzedających, czy będę zainteresowany, czy też nie. Zachowują się, jakby mieli towar, który muszą koniecznie sprzedać, a na który nie ma chętnego.
W rozmowie ze mną sami właściciele (co 7 lat temu absolutnie ani raz się nie zdarzyło!!!) już na wstępie sugerują swoją skłonność do negocjacji. Pośrednicy kilka razy na boku zasugerowali mi, że dane mieszkanie sprzeda się i o 20% taniej, bo klient jest zdesperowany.
Oglądam mieszkania, które nie sprzedają się przez kilka miesięcy, a których cena została obniżona po raz trzeci. I choć na razie zmiany cen ofertowych są raczej kosmetyczne (obniżanie ceny ofertowej o 1-2%), to stanowią dowód na to, iż rynek znajduje się w fazie stagnacji.
Każdy zna zasadę, iż ceny transakcyjne są z reguły o 10% niższe, niż ofertowe. Przedwczoraj jeden z pośredników wyznał mi, przy okazji oglądania pewnego dość atrakcyjnego lokum, iż klient musi sprzedać to mieszkanie w tym miesiącu, bo go umowa przedwstępna ciśnie, więc mogę ostro negocjować. Sugestia agenta: „Niech pan zaproponuje cenę niższą o 30%”. Nie wiem, jak to ma się z lojalnością agenta, ale to nie moja rzecz.
Gdy odpowiedziałem, że i tak nie będę zainteresowany tym lokum (zbyt mały balkon), agent ten zaczął żalić mi się, że coraz bardziej zaczyna mieć dość swojej pracy, bo zdecydowana większość „oglądających” w ogóle nie rozpoczyna negocjacji. Oznacza to, iż oferta rynkowa jest po prostu bardzo mało atrakcyjna. O ile w roku 2000-2006 pośrednicy zatrudniali kogokolwiek, kto latałby po osiedlach i pokazywałby klientom mieszkania, o tyle obecnie agencje nieruchomości pozwalniały zdecydowaną większość pracowników, a wizyty w lokalach stają się o wiele rzadsze, niż dawniej. Często pośrednik z uprawnieniami osobiście pokazuje mieszkanie klientowi, bo nie stać go na szeregowych pracowników. I tylko dziwi mnie, jak radzą sobie niektóre duże agencje, których wystrój lokali przypomina pałace, a nie zwykłe lokale usługowe.
Bo faktu, że prywatny lekarz-specjalista niekiedy przyjmuje w naprawdę skromnie wyposażonym gabinecie, a agenci nieruchomości - w pałacach, jakoś trudno mi pojąć.
Drugą stroną medalu jest stagnacja na rynku pracy. Osoby zwalniane z pracy nie wchodzą zbyt łatwo na rynek, a jeżeli już, to ich zarobki raczej spadają. Oznacza to trudności ze spłatą kredytu. Coraz częściej małżeństwa decydują się na sprzedaż mieszkania nabytego za wyśrubowany do granic możliwości kredyt lub jego zamianę na nieco mniejsze, by nie pracować tylko dla banku, ale by mieć choć trochę pieniądza dla siebie.
Ale wróćmy do nieruchomości.
Na rynku mieszkaniowym po prostu czuć NIEPOKÓJ. Mieszkania NIE SPRZEDAJĄ SIĘ całymi miesiącami.
Oczywiście krach następuje zawsze z pewnym opóźnieniem, gdyż przez pewien czas banki tolerują nieterminowość spłat rat, a często całe rodziny pomagają młodym utrzymać się na granicy finansowej wypłacalności. Również agencje są zainteresowane utrzymaniem wysokich cen, gdyż oznacza to dla nich wysokie prowizje.
(Nawiasem radzę każdemu podjęcie próby bezpośredniego nabycia mieszkania, gdyż przy cenie 750.000 za lokum prowizja z VAT wynosiłaby około 27.000 zł, a zgodnie z zasadami przyzwoitości nie powinna być wyższa, niż dwumiesięczna płaca. Oznacza to, iż prowizje agencji są drastycznie (nawet dziesięciokrotnie!) zawyżone, a często agenci obsługują jednocześnie obie strony transakcji, co jest kuriozum na skalę światową).
Jednak ani sprzedający, ani agencje, ani nawet teściowie wspierający niekiedy w trudnościach ze spłatą rat nie są w stanie powstrzymać tego, co nieuniknione, czyli TĄPNIĘCIA CEN.
Kwestią sporną jest jedynie, kiedy to nastąp i jaki będzie zasięg korekty. Niewykluczone, że przy wzroście o 120% korekta wyniesie nawet 60% (po odliczeniu inflacji będzie to nominalnie zapewne jakieś 50%).
Okres szczytowy na rynku nieruchomości w Finlandii przypadł na rok 1989 (wzrost wyniósł 109%). Po 6 latach ceny spadły o 48%, więc korekta była naprawdę odczuwalna. W Holandii, po kilkuletniej hossie, która wywindowała ceny na niebotyczne poziomy 98%, nastąpił spadek o 50%, lecz trzeba na to było czekać aż siedem lat. We Włoszech wzrost był nieco niższy, wyniósł 84%, ale na 30%-korektę wystarczyło poczekać 4 lata.
Nie mam ani kompetencji, ani narzędzi, by prognozować moment pierwszego poważniejszego tąpnięcia. Jednak trzeba być naprawdę ślepym, by tych oczywistych symptomów przegrzania rynku nie dostrzegać.
PS. Francuski inwestor Bouygues Immobilier, który w podwarszawskim Józefosławiu wybudował przepiękne osiedle francuskich domków jednorodzinnych, świadomy tego ryzyka, w ciągu 2 lat obniżył swoje ceny z 1.000.000 PLN do 850.000 PLN za najprostszy domek jednorodzinny w zabudowie szeregowej, a domki te nadal są dostępne.
Natomiast inny zachodni deweloper z Józefosławia, z pierwotnej ceny 960.000 PLN zszedł podobno „w czeski sposób" do ceny 690.000 PLN. O czymś to chyba świadczy.
czwartek, 7 października 2010
"Anonimowemu"
Do jednego z wpisów, chodzi o ostatni, o zerowym ładunku emocjonalnym (bo pisuję i inne) otrzymałem komentarz. Mało parlamentarny - ale mniejsza, zdążyłem przywyknąć i do takich popisów chamstwa. Cham genetyczny tak ma, że kiedy już niczego nie potrafi wygenerować w ułomnej mózgownicy po prostu klnie. Nie inaczej tym razem. Cóż zrobić? Macham "Anonimowemu" ciepło łapą. Tyle możesz bratku, nie wysilaj się bardziej. A co do autorstwa maila: zależność jest tu tak oczywista, że wprost razi w oczy. Zatem: wcale nie jesteś tak anonimowy, jak chciałbyś, "Anonimowy".
Subskrybuj:
Posty (Atom)