Ostatnie "odspojenia" czyli po prostu zawalenie się tynku na klatkach schodowych usuwane były w coraz szybszym tempie. Niespełna miesiąc temu podobne zdarzenie nie tylko zostało błyskawicznie zakamuflowane wstępnie - po kilku dniach warstwę betonu spod "odspojonego" tynku zamalowano niezwykle szybko i skutecznie. Cieszyć się! - ktoś powie. W normalnej sytuacji sam bym tak powiedział. Ale doświadczenia dziesięciu bez mała lat jakie tu mieszkamy dowodzą, że nie wszystko jest takie proste, jakby się wydawało. Dzisiaj, 23 sierpnia dozorca powycinał zbędne gałęzie po drugiej stronie uliczki Abramowskiego, wokół betonowych płyt tworzących zapasowy parking. W podziemnym garażu pracował do późnych godzin wieczornych. Porządkowane są po poprzednich specjalistach wszystkie klatki schodowe. Tak normalnie, po ludzku, przez szyby widać świat.
Coś się dzieje wokół nas. Czy ktoś wie co?
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Wali się moja panno - na łeb!
W trakcie tego upalnego lata TRZYKROTNIE spadł tynk na klatkach schodowych. Kiedyś o tym pisałem: człowiek przypadkiem przebywający pod ostrzałem dwu- trzy-kilogramowych odłamów tynku spadających z wysokości czterech metrów miałby słabe szanse ujścia ze zdrowiem. Oczywiście nikogo to nie zainteresowało, choć trzeba przyznać, że usuwanie śladów po tego typu zdarzeniach trwa dzisiaj nieporównanie krócej, a zaczyna się też szybciej. Od czasu, w którym opublikowałem pierwszy opis takich zdarzeń (bo było ich niepomiernie więcej!) wzrosły czynsze, zduszono naturalny sprzeciw lokatorów, administracja robi co chce, tyle że po cichu, więc i protestów jakby mniej. Nie załatwiona wszakże jest rzecz podstawowa: prawo własności. Czyli możliwość wykupienia naszych mieszkań.
Kiedyś (w roku2007 lub 2008) otrzymaliśmy od niejakiej Beaty Wrońskiej – Freudenheim odpowiedź na lokatorską wolę dokonania wspomnianych wykupów. W nadesłanym dokumencie znaleźliśmy niesamowicie impulsywne (wbrew pozornie uładzonym słowom) sprzeciwienie się jakiejkolwiek formie własności indywidualnej. Własność zbiorowa, z rozmytą odpowiedzialnością za rzecz czy ideę – o tak, to jest to, co naszej respondentce odpowiada jak najbardziej… Dlaczego? Jakież są powody furii, z która przecież spotykamy się nie pierwszy raz przy jakiejkolwiek próbie wspomnienia o wykupie lokali?
Własność prywatna przez wielu konserwatystów uznawana jest za ostatnie prawo o charakterze metafizycznym. Burzyło to krew zawsze i wszędzie tam, gdzie pojawił się wokół rozmowy o tym dowolnego formatu myślowy socjalista, albo jak kto woli lewak. Lewacy nienawidzą wszelkiej maści konserwatywnych dogmatów – co zresztą w najmniejszym stopniu nie przeszkadza im w taśmowym produkowaniu dogmatów własnych. Tu wszakże chodzi nie o proste odrzucenie pojęcia własności jako czegoś socjalistycznie zakazanego. Chodzi raczej o to, by prawo do zajmowanego lokalu, prawo własności, uczynić dyskusyjnym, zmiennym w czasie, zależnym od uchwały tego czy innego gremium przypadkowych osób. Wszystko ma być niepewne – jesteś grzeczny to zostajesz, rozrabiasz to wyrzucamy cię w majestacie prawa poza nawias, giń pod mostem. Własność jest i zawsze będzie dla lewactwa przeszkodą w manipulowaniu zbiorowościami – ponieważ własność jako dogmat nie podlega dyskusji.
No dobra, powie ktoś, ale własność zbiorowa jest doskonalszą formą posiadania, bardziej sprawiedliwą, bo także kontrolowaną zbiorowo, czyli społecznie. Otóż jest to wymyślona i powszechnie aplikowana za socjalizmu bzdura, niestety podstępnie powtarzana lata całe, a przez to utrwalona w podświadomości obywateli. Mało kto zastanawia się nad tym, że prywatny właściciel w żadnym wypadku nie nakazał by wylewania fundamentów takiego domu jak nasz zimą – wiedząc, że beton nawet jeśli zwiąże się, to również popęka i wpuści do wnętrza budowli wodę podskórną. Zbiorowy inwestor miał to w nosie, odpowiedzialność na tym etapie jest rozmyta jak jesienny krajobraz po pół litrze gorzały na głowę. Udało się, poszła premia za terminowe wykonanie zadania, głupek zaryzykował i kazał w równie niesprzyjających warunkach kłaść ceramikę na ściany. I tu już wyszło mu gorzej, lokatorzy połapali się, błąd trzeba było naprawić. Domyślam się, że nie czynił tego sprawca, ale kolejny niedowarzony geniusz za nie swoje pieniądze. Przy okazji paru przyjaciół królika zarobiło niezłą kasę na nieświadomości lokatorów – ale mniejsza, pewnie już zdążyli to przeputać.
Zbiorowo można głośniej krzyczeć. Zbiorowo da się zepchnąć z drogi duży kamień – choć lepszy jest spychacz. Zbiorowo natomiast nie da się trwale posiadać jednej żony i jednego mieszkania – choć w pewnym sąsiednim państwie próbowano.
M.Z.
Kiedyś (w roku2007 lub 2008) otrzymaliśmy od niejakiej Beaty Wrońskiej – Freudenheim odpowiedź na lokatorską wolę dokonania wspomnianych wykupów. W nadesłanym dokumencie znaleźliśmy niesamowicie impulsywne (wbrew pozornie uładzonym słowom) sprzeciwienie się jakiejkolwiek formie własności indywidualnej. Własność zbiorowa, z rozmytą odpowiedzialnością za rzecz czy ideę – o tak, to jest to, co naszej respondentce odpowiada jak najbardziej… Dlaczego? Jakież są powody furii, z która przecież spotykamy się nie pierwszy raz przy jakiejkolwiek próbie wspomnienia o wykupie lokali?
Własność prywatna przez wielu konserwatystów uznawana jest za ostatnie prawo o charakterze metafizycznym. Burzyło to krew zawsze i wszędzie tam, gdzie pojawił się wokół rozmowy o tym dowolnego formatu myślowy socjalista, albo jak kto woli lewak. Lewacy nienawidzą wszelkiej maści konserwatywnych dogmatów – co zresztą w najmniejszym stopniu nie przeszkadza im w taśmowym produkowaniu dogmatów własnych. Tu wszakże chodzi nie o proste odrzucenie pojęcia własności jako czegoś socjalistycznie zakazanego. Chodzi raczej o to, by prawo do zajmowanego lokalu, prawo własności, uczynić dyskusyjnym, zmiennym w czasie, zależnym od uchwały tego czy innego gremium przypadkowych osób. Wszystko ma być niepewne – jesteś grzeczny to zostajesz, rozrabiasz to wyrzucamy cię w majestacie prawa poza nawias, giń pod mostem. Własność jest i zawsze będzie dla lewactwa przeszkodą w manipulowaniu zbiorowościami – ponieważ własność jako dogmat nie podlega dyskusji.
No dobra, powie ktoś, ale własność zbiorowa jest doskonalszą formą posiadania, bardziej sprawiedliwą, bo także kontrolowaną zbiorowo, czyli społecznie. Otóż jest to wymyślona i powszechnie aplikowana za socjalizmu bzdura, niestety podstępnie powtarzana lata całe, a przez to utrwalona w podświadomości obywateli. Mało kto zastanawia się nad tym, że prywatny właściciel w żadnym wypadku nie nakazał by wylewania fundamentów takiego domu jak nasz zimą – wiedząc, że beton nawet jeśli zwiąże się, to również popęka i wpuści do wnętrza budowli wodę podskórną. Zbiorowy inwestor miał to w nosie, odpowiedzialność na tym etapie jest rozmyta jak jesienny krajobraz po pół litrze gorzały na głowę. Udało się, poszła premia za terminowe wykonanie zadania, głupek zaryzykował i kazał w równie niesprzyjających warunkach kłaść ceramikę na ściany. I tu już wyszło mu gorzej, lokatorzy połapali się, błąd trzeba było naprawić. Domyślam się, że nie czynił tego sprawca, ale kolejny niedowarzony geniusz za nie swoje pieniądze. Przy okazji paru przyjaciół królika zarobiło niezłą kasę na nieświadomości lokatorów – ale mniejsza, pewnie już zdążyli to przeputać.
Zbiorowo można głośniej krzyczeć. Zbiorowo da się zepchnąć z drogi duży kamień – choć lepszy jest spychacz. Zbiorowo natomiast nie da się trwale posiadać jednej żony i jednego mieszkania – choć w pewnym sąsiednim państwie próbowano.
M.Z.
niedziela, 4 lipca 2010
Pożytki ze spacerowania
W poprzednim tekście opisałem rodzaj „kampanii wyborczej”, jaką niektórzy prowadzili metodą nagabywania sąsiadów i sprzedawania im „znakomitego kawału politycznego”. I powiedziałem, że nie bardzo wiem, jak bronić się przed tymi koszarowymi zalotami. A teraz słuchajcie: już WIEM!! Podsłuchałem w Powsinie na spacerze.
Otóż jeden warcabista do drugiego zagaja podobnie: głosuję na Gajowego, ponieważ nie chcę, by pierwsza dama siusiała do kuwety. Na co zaczepiony, nie drgnie mu nawet powieka, odpala: ty to jesteś mądry człowiek! Ty głosujesz na pakiet. Bo wiesz, wybierasz niby jednego, a w pakiecie dostajesz całą bandę. Ten z wąsem, ten rudy od kominów, no i wreszcie ten pedał gdzieś spod Lublina, wiesz, razem ze świńskim łbem i plastikowym siurkiem. Ty możesz mieć rację, ja się jeszcze ze swoim wyborem zastanowię, czemu mam mieć jednego, jak mogę kilku?
Spacerować, Najmilsi, spacerować! Zawsze coś pożytecznego może ze spaceru wyniknąć…
M.Z.
Otóż jeden warcabista do drugiego zagaja podobnie: głosuję na Gajowego, ponieważ nie chcę, by pierwsza dama siusiała do kuwety. Na co zaczepiony, nie drgnie mu nawet powieka, odpala: ty to jesteś mądry człowiek! Ty głosujesz na pakiet. Bo wiesz, wybierasz niby jednego, a w pakiecie dostajesz całą bandę. Ten z wąsem, ten rudy od kominów, no i wreszcie ten pedał gdzieś spod Lublina, wiesz, razem ze świńskim łbem i plastikowym siurkiem. Ty możesz mieć rację, ja się jeszcze ze swoim wyborem zastanowię, czemu mam mieć jednego, jak mogę kilku?
Spacerować, Najmilsi, spacerować! Zawsze coś pożytecznego może ze spaceru wyniknąć…
M.Z.
czwartek, 1 lipca 2010
Właściwie przeprosiny
Tak, wiem, dawno niczego nie napisałem. Ale nie dlatego, że nic mnie już nie obchodzi. Raczej z tej przyczyny, iż nie mam już zapału, aby kogokolwiek o czymkolwiek przekonywać. Partnerzy moich przypadkowych jak zwykle rozmów (bo też ja tych rozmów nie planuję) są tak kamienni w swoich poglądach, tak zatwardziali i niemożliwie wręcz okopani – że po prostu nie warto. Co mam na przykład powiedzieć facetowi, który nieproszony twierdzi, że dlatego zagłosuje na Komorowskiego, by Pierwsza Dama nie szczała do kuwety? On to proszę państwa uważa za znakomity dowcip. Ja takie „znakomitości” widywałem w szkolnych i koszarowych sraczach. Więc o czym tu gadać? O facecie z wąsem, który przemawia jak Gierek, z tą samą partyjną hucpą i poczuciem wyższości, a nadto w jednym tylko niedługim zdaniu potrafi zawrzeć trzy kłamstwa? Nie, tego nie da się zrobić, znaczy przekonać oszołomów nie da się zrobić. Ludzie nie słuchają, choć potem wydaje im się, że słyszeli i pojęli. I tego rzekomego zrozumienia bronią jak ostatniej półlitrówki na swym przyjęciu. Niczego nie pojmują – ale są przekonani, że zrozumieli już wszystko. Niechaj idą swoją drogą, dzieci z nimi chrzcić nie będę.
Kolejna edycja plotki o tym, że administracja „rozważa” myśl o uczynieniu parkingu przed domem miejscem płatnego postoju. Ale to też nikogo nie interesuje, choć coś jest na rzeczy, skoro urzędniczki już po raz wtóry puszczają taką wieść, by się rozniosła, by ludzie się z nią oswoili. Szczerze mówiąc nie wiem jak do tego podejść. Miejsce, gdzie trzymamy swoje auta nie należy do administracji, jest terenem gminnym. Ale z drugiej strony mało to nam nasza ukochana gmina namajstrowała przez minione lata? Mało idiotyzmów popełniło tak dumnie ochrzczone Miasto? Gdyby to byli normalni ludzie można by do nich zatelefonować i po prostu zapytać. Dziwnie dzisiaj nie mam ochoty na taki telefon.
Cały czas ten sam problem: iluś obywateli tego miasta i państwa pracuje w nim, płaci podatki, rodzi i wychowuje dzieci – ale nie jest u siebie. Ktoś może ich zniechęcić do miejsca zamieszkania, oczywiście z powołaniem się na odpowiedni przepis jakiegoś Ministerstwa Śmiesznych Kroków. Ktoś może im tak zorganizować życie, że rano, a później od piętnastej nie da się z naszych okolic ani wyjechać, ani dotrzeć do domu – bo na martwym jeszcze niedawno Służewcu Przemysłowym nabudowano mnóstwo biur, w nosie mając trasy dojazdowe, parkingi i chodniki. Najważniejszy święty – Zysk. I nikt tym durniom nie powie, że nie będzie wkrótce żadnego zysku, klienci wybiorą inne miejsce odwiedzin… Świątynie wpadną w glebę, zarosną perzem i brudem, zdechną.
No cóż - żyjemy dalej.
M.Z.
Kolejna edycja plotki o tym, że administracja „rozważa” myśl o uczynieniu parkingu przed domem miejscem płatnego postoju. Ale to też nikogo nie interesuje, choć coś jest na rzeczy, skoro urzędniczki już po raz wtóry puszczają taką wieść, by się rozniosła, by ludzie się z nią oswoili. Szczerze mówiąc nie wiem jak do tego podejść. Miejsce, gdzie trzymamy swoje auta nie należy do administracji, jest terenem gminnym. Ale z drugiej strony mało to nam nasza ukochana gmina namajstrowała przez minione lata? Mało idiotyzmów popełniło tak dumnie ochrzczone Miasto? Gdyby to byli normalni ludzie można by do nich zatelefonować i po prostu zapytać. Dziwnie dzisiaj nie mam ochoty na taki telefon.
Cały czas ten sam problem: iluś obywateli tego miasta i państwa pracuje w nim, płaci podatki, rodzi i wychowuje dzieci – ale nie jest u siebie. Ktoś może ich zniechęcić do miejsca zamieszkania, oczywiście z powołaniem się na odpowiedni przepis jakiegoś Ministerstwa Śmiesznych Kroków. Ktoś może im tak zorganizować życie, że rano, a później od piętnastej nie da się z naszych okolic ani wyjechać, ani dotrzeć do domu – bo na martwym jeszcze niedawno Służewcu Przemysłowym nabudowano mnóstwo biur, w nosie mając trasy dojazdowe, parkingi i chodniki. Najważniejszy święty – Zysk. I nikt tym durniom nie powie, że nie będzie wkrótce żadnego zysku, klienci wybiorą inne miejsce odwiedzin… Świątynie wpadną w glebę, zarosną perzem i brudem, zdechną.
No cóż - żyjemy dalej.
M.Z.
środa, 28 kwietnia 2010
Solidarny i obywatel?
„Solidarni 2010” – oglądali Państwo! A mainstreamową dyskusję po tym wydarzeniu? Czytali Państwo? I co? Zafundowano nam w filmie propagandową agitkę, czy pokazano jak ludzie nie dali się w długim odcinku czasu zwieść propagandowej obróbce?
Tak, gadam o tym bez przerwy, z różnymi ludźmi, reprezentującymi różne zdania. Na temat praprzyczyny filmu, czyli wypadku (wypadku czy zamachu?), jak i samego filmu. Jest oceniany niezwykle dobrze i łapie same najwyższe noty. W wysokonakładowej prasie oficjalnej i polskojęzycznej wręcz przeciwnie. A jednak z pewną satysfakcją zauważam, że zdania moich rozmówców są coraz mniej podzielone. Bo też coraz więcej osób uważa, że coś było w tym Smoleńsku nie tak, dalej zaś, że bzdurne śledztwo w żadnym wypadku nie zmierza do wyjaśnienia co naprawdę stało się 10 kwietnia. Jest i ten jeszcze element, który w tym miejscu muszę wybić na plan pierwszy.
To kilkakrotnie, ale mocno postawione pytanie „Czy my aby na pewno jesteśmy u siebie?” Czy tak zwana „waadza” dba o nasz interes, czy o jakiś kompletnie inny? I co zobaczyli jej przedstawiciele tam, po ruskiej stronie i podczas pogrzebu, że wyglądali jak ktoś dosłownie widzący własną śmierć?
Po ponad 20 latach od okrągłostołowego oszustwa coraz jaśniej widać, że obszary „państwowego” i „naszego” rozjechały się tak kompletnie, że mało kto potrafi to pozbierać do kupy wyobraźnią – a w praktyce to już chyba nikt. Element, o którym pisałem w tym miejscu wielokrotnie: żaden ze mnie obywatel. Podnajemca, płatnik, podatnik, alien i łachmyta – tak. Obywatel NIE. Więc gdzie mam się odwoływać? Do kogo? Istnieje jakieś stowarzyszenie „Kopniętych w D… Przez Los i Ordynację III RP”?
I ludzie coraz częściej zaczynają sobie z tego zdawać sprawę. Jak są manipulowani, okłamywani, odzierani z dumy, poczucia bezpieczeństwa, możliwości planowania dłużej, niż do najbliższej niedzieli. Jak nie pozwala się im zabierać głosu w żadnych sprawach – przecież Pan Urzędnik wie lepiej. I działa w Majestacie Prawa. Dzisiaj takiego, jutro innego, nieważne, paragraf zezwalający na podnoszenie stawek, czynszów, stosowania ekonomicznych klapsów w tyłek zawsze się znajdzie. Dolar w dół – benzyna w górę, choć jeszcze wczoraj podwyżki tłumaczono rozliczeniami dolarowymi. Gaz od ruskich na następne 37 lat, choć podobno pełno go u nas, trzeba tylko głębiej powiercić. Z ropą tak samo: nam się nie opłaca, ale amerykańcom, wykupującym koncesje na kopaliny łupkowe jak najbardziej. Ktoś nas robi w konia, prawda?
No więc trzeba film pokazujący budzenie się obywatelskiego ducha zjechać jak najstaranniej. Starymi, komuchowatymi metodami: jaki ze mnie obywatel, skorom moher, ciemnogród, katol i szkodliwy mistyk…
M.Z.
Tak, gadam o tym bez przerwy, z różnymi ludźmi, reprezentującymi różne zdania. Na temat praprzyczyny filmu, czyli wypadku (wypadku czy zamachu?), jak i samego filmu. Jest oceniany niezwykle dobrze i łapie same najwyższe noty. W wysokonakładowej prasie oficjalnej i polskojęzycznej wręcz przeciwnie. A jednak z pewną satysfakcją zauważam, że zdania moich rozmówców są coraz mniej podzielone. Bo też coraz więcej osób uważa, że coś było w tym Smoleńsku nie tak, dalej zaś, że bzdurne śledztwo w żadnym wypadku nie zmierza do wyjaśnienia co naprawdę stało się 10 kwietnia. Jest i ten jeszcze element, który w tym miejscu muszę wybić na plan pierwszy.
To kilkakrotnie, ale mocno postawione pytanie „Czy my aby na pewno jesteśmy u siebie?” Czy tak zwana „waadza” dba o nasz interes, czy o jakiś kompletnie inny? I co zobaczyli jej przedstawiciele tam, po ruskiej stronie i podczas pogrzebu, że wyglądali jak ktoś dosłownie widzący własną śmierć?
Po ponad 20 latach od okrągłostołowego oszustwa coraz jaśniej widać, że obszary „państwowego” i „naszego” rozjechały się tak kompletnie, że mało kto potrafi to pozbierać do kupy wyobraźnią – a w praktyce to już chyba nikt. Element, o którym pisałem w tym miejscu wielokrotnie: żaden ze mnie obywatel. Podnajemca, płatnik, podatnik, alien i łachmyta – tak. Obywatel NIE. Więc gdzie mam się odwoływać? Do kogo? Istnieje jakieś stowarzyszenie „Kopniętych w D… Przez Los i Ordynację III RP”?
I ludzie coraz częściej zaczynają sobie z tego zdawać sprawę. Jak są manipulowani, okłamywani, odzierani z dumy, poczucia bezpieczeństwa, możliwości planowania dłużej, niż do najbliższej niedzieli. Jak nie pozwala się im zabierać głosu w żadnych sprawach – przecież Pan Urzędnik wie lepiej. I działa w Majestacie Prawa. Dzisiaj takiego, jutro innego, nieważne, paragraf zezwalający na podnoszenie stawek, czynszów, stosowania ekonomicznych klapsów w tyłek zawsze się znajdzie. Dolar w dół – benzyna w górę, choć jeszcze wczoraj podwyżki tłumaczono rozliczeniami dolarowymi. Gaz od ruskich na następne 37 lat, choć podobno pełno go u nas, trzeba tylko głębiej powiercić. Z ropą tak samo: nam się nie opłaca, ale amerykańcom, wykupującym koncesje na kopaliny łupkowe jak najbardziej. Ktoś nas robi w konia, prawda?
No więc trzeba film pokazujący budzenie się obywatelskiego ducha zjechać jak najstaranniej. Starymi, komuchowatymi metodami: jaki ze mnie obywatel, skorom moher, ciemnogród, katol i szkodliwy mistyk…
M.Z.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Co będę dużo gadał...
Są publicyści amatorzy, amatorzy tej najwyższej klasy, co to "zawodowców" powinna nauczyć wreszcie pokory, którzy ostatnie wydarzenia oprawili we właściwe słowa. Takie, że lepiej nie poprawiać, a uczciwość mówi, by nie małpować. Więc zacytuję, tylko fragment, ale najsmaczniejszy. O tym kto i za co odpowiada. I po co to wszystko. Przeczytajcie uważnie.
"...Od kilku już lat, odkąd stało się to możliwe, stowarzyszenia skupiające krewnych pomordowanych w Katyniu zbierają się 10 kwietnia, by oddać hołd pomordowanym. Pomordowanym za to, że nie chcieli wyrzec się wartości. Bo odmowa wyrzeczenia się wartości była właściwą rzeczą, którą należało zrobić.
Bez względu na koszty, choć cena była wysoka.
Z rodzinami katyńskimi 10 kwietnia, pośród mogił pomordowanych, powinny być najwyższe władze państwowe. Bez względu na koszty.
Nie na imieninach u cioci, wśród możnych tego świata, ale właśnie z rodzinami.
Właściwą rzeczą jest by w tym dniu, o tej godzinie, był tam obecny majestat współczesnej Rzeczpospolitej, a cała, zasilana pieniędzmi pracujących armia urzędników wypełniała psi obowiązek zapewnienia właściwej oprawy, bezpieczeństwa i punktualności.
Wyprostowania lotniska (jeśli krzywe), zadbania, by było wyposażone we właściwe urządzenia, właściwą obsługę, ekipy ratunkowe.
Ta dbałość to nie jest tylko właściwa rzecz. To psi obowiązek służb, których w Polsce mnogo.
Jeśli ich tam nie było… Jeśli nie było tam choćby jednego z ludzi, którzy powinni tam być, i jednego urządzenia, które mogłoby pomóc, to odpowiedzialny za ten brak powinien zostać wymazany z rejestru urzędników państwowych dożywotnio, bo swoje niedbalstwo zadedykował TEMU miejscu, TYM rodzinom, i TYM gościom..."
Autor: ROLEX
Link: http://hekatonchejres.salon24.pl/172621,cena-prawdy-cena-pamieci
"...Od kilku już lat, odkąd stało się to możliwe, stowarzyszenia skupiające krewnych pomordowanych w Katyniu zbierają się 10 kwietnia, by oddać hołd pomordowanym. Pomordowanym za to, że nie chcieli wyrzec się wartości. Bo odmowa wyrzeczenia się wartości była właściwą rzeczą, którą należało zrobić.
Bez względu na koszty, choć cena była wysoka.
Z rodzinami katyńskimi 10 kwietnia, pośród mogił pomordowanych, powinny być najwyższe władze państwowe. Bez względu na koszty.
Nie na imieninach u cioci, wśród możnych tego świata, ale właśnie z rodzinami.
Właściwą rzeczą jest by w tym dniu, o tej godzinie, był tam obecny majestat współczesnej Rzeczpospolitej, a cała, zasilana pieniędzmi pracujących armia urzędników wypełniała psi obowiązek zapewnienia właściwej oprawy, bezpieczeństwa i punktualności.
Wyprostowania lotniska (jeśli krzywe), zadbania, by było wyposażone we właściwe urządzenia, właściwą obsługę, ekipy ratunkowe.
Ta dbałość to nie jest tylko właściwa rzecz. To psi obowiązek służb, których w Polsce mnogo.
Jeśli ich tam nie było… Jeśli nie było tam choćby jednego z ludzi, którzy powinni tam być, i jednego urządzenia, które mogłoby pomóc, to odpowiedzialny za ten brak powinien zostać wymazany z rejestru urzędników państwowych dożywotnio, bo swoje niedbalstwo zadedykował TEMU miejscu, TYM rodzinom, i TYM gościom..."
Autor: ROLEX
Link: http://hekatonchejres.salon24.pl/172621,cena-prawdy-cena-pamieci
czwartek, 15 kwietnia 2010
Chcę BYĆ ODDZIELONY od durniów!
To co się wyprawia od pamiętnej soboty – każdy może sobie obejrzeć i wysłuchać sam. Wprost powiadając: chamstwo nie utrzymało żałoby zbyt długo. I mówię to nie w sensie mniej czy bardziej wytwornego stanu amoku, do jakiego nas namawiano, sam byłem takiemu stanowi przeciwny – ale w sensie frontalnego ataku na zmarłe osoby. Odezwał się osobnik o ksywie „profesor”, czyli niejaki Bartoszewski. Odezwała się ekipa zawodowych fałszerzy myśli i wrażeń, Wajda z żoną. Nie powtarzam głoszonych przez nich banialuk, nie ma sensu, ktoś napisał, że wygłupili się tak bardzo, że już teraz będą musieli tylko z tym umrzeć. Racja, nic w więcej w tym narodzie nie zdziałają, a każde wejście w obszar publiczny tylko pogłębia rozmiar ich moralnego upadku.
Autentycznie rozbawia mnie natomiast inny zabieg socjotechniczny, który wobec zbiorowości jest stosowany z uporem maniaka, choć już widać, że to w żaden sposób publiki "nie rusza". Salon drze mordę, że niewygodne im fakty dzielą Polaków. I że to podobno fatalnie.
Nic bardziej mylnego, drodzy inżynierowie dusz o sowieckiej mentalności. Nic gorzej zdiagnozowanego, specjaliści od odwracania znaczenia słów! Fakty, o których mówicie nie dzielą, lecz ODDZIELAJĄ. Tak jak się ODDZIELA ziarno od plew, śmieci od elementów zagubionych, rzeczy małe i podłe od przedmiotów wartościowych. I to dobrze. Ja, mały nikt, nie mam zamiaru być wrzucanym do jednego worka z „profesorem” Bartoszewskim, zapłakaną „Stokrotką”, czy wspominanym wyżej filmowym idiotą, tak napompowanym miłością własną, że gdy wreszcie zdechnie to smród będzie stąd do Krakowa właśnie – niestety na Wawelu smrodliwego truchła nie pochowają. Otóż ja chcę być od tych śmieci ODDZIELONY!!
Tak, zdecydowanie powinniśmy zostać wreszcie oddzieleni. I każdy wie od kogo. I dlaczego tak, a nie inaczej. "Profesorowie" i marni reżyserzy: zostańcie ze swoimi ulubionymi pedałami, komuszkami i lewakami, wystawcie na dwór wielki kociołek, wskoczcie do środka – a już po chwili każde z was będzie wiedziało co znaczy piekło, jakie chcieliście zmajstrować innym.
M.Z.
Autentycznie rozbawia mnie natomiast inny zabieg socjotechniczny, który wobec zbiorowości jest stosowany z uporem maniaka, choć już widać, że to w żaden sposób publiki "nie rusza". Salon drze mordę, że niewygodne im fakty dzielą Polaków. I że to podobno fatalnie.
Nic bardziej mylnego, drodzy inżynierowie dusz o sowieckiej mentalności. Nic gorzej zdiagnozowanego, specjaliści od odwracania znaczenia słów! Fakty, o których mówicie nie dzielą, lecz ODDZIELAJĄ. Tak jak się ODDZIELA ziarno od plew, śmieci od elementów zagubionych, rzeczy małe i podłe od przedmiotów wartościowych. I to dobrze. Ja, mały nikt, nie mam zamiaru być wrzucanym do jednego worka z „profesorem” Bartoszewskim, zapłakaną „Stokrotką”, czy wspominanym wyżej filmowym idiotą, tak napompowanym miłością własną, że gdy wreszcie zdechnie to smród będzie stąd do Krakowa właśnie – niestety na Wawelu smrodliwego truchła nie pochowają. Otóż ja chcę być od tych śmieci ODDZIELONY!!
Tak, zdecydowanie powinniśmy zostać wreszcie oddzieleni. I każdy wie od kogo. I dlaczego tak, a nie inaczej. "Profesorowie" i marni reżyserzy: zostańcie ze swoimi ulubionymi pedałami, komuszkami i lewakami, wystawcie na dwór wielki kociołek, wskoczcie do środka – a już po chwili każde z was będzie wiedziało co znaczy piekło, jakie chcieliście zmajstrować innym.
M.Z.
sobota, 10 kwietnia 2010
Katastrofa
Sobota, 10 kwietnia 2010, godzina 11.35. Pominę zwyczajowe „Cześć ich pamięci”, sieć tonie w mutacjach takich deklaracji i zawołań.
Moim zdaniem stało się coś, z czego nie zdajemy sobie jeszcze sprawy. W warstwie oficjalnej wszyscy apelują o zadumę i milczenie. Tak, śmierć tego wymaga. Ale na zadumie i milczeniu nie buduje się żadnych politycznych gestów i planów. Jedna ze stron politycznego sporu w Polsce poniosła dramatycznie dużą stratę. Jak zachowa się strona druga? Osobiście nie mam złudzeń. To zawodowcy, którzy właśnie zajmują się na szklanym ekraniku puszczaniem zasłony dymnej. Zatem ludzka zaduma i milczenie nie mogą być odrętwieniem.
Najbliższe godziny i dni mogą być również czasem budzenia się. Do rozsądnej analizy, a potem konkretnych i pożytecznych dla Polski działań. Podkreślam: dla Polski, nie tej czy innej partii, cokolwiek by dalej z tego faktu nie wynikało. Jeśli chcemy dyktatury ciemniaków – mamy ją na wyciągnięcie ręki. Jeśli wybierzemy inaczej – czeka nas ogromny wysiłek.
Wybory prezydenckie za maksimum 74 dni. Konkretny ich termin musi być ogłoszony w ciągu najbliższych 14 dni. Tak stanowi Konstytucja. Bardzo mało czasu…
M.Z.
Moim zdaniem stało się coś, z czego nie zdajemy sobie jeszcze sprawy. W warstwie oficjalnej wszyscy apelują o zadumę i milczenie. Tak, śmierć tego wymaga. Ale na zadumie i milczeniu nie buduje się żadnych politycznych gestów i planów. Jedna ze stron politycznego sporu w Polsce poniosła dramatycznie dużą stratę. Jak zachowa się strona druga? Osobiście nie mam złudzeń. To zawodowcy, którzy właśnie zajmują się na szklanym ekraniku puszczaniem zasłony dymnej. Zatem ludzka zaduma i milczenie nie mogą być odrętwieniem.
Najbliższe godziny i dni mogą być również czasem budzenia się. Do rozsądnej analizy, a potem konkretnych i pożytecznych dla Polski działań. Podkreślam: dla Polski, nie tej czy innej partii, cokolwiek by dalej z tego faktu nie wynikało. Jeśli chcemy dyktatury ciemniaków – mamy ją na wyciągnięcie ręki. Jeśli wybierzemy inaczej – czeka nas ogromny wysiłek.
Wybory prezydenckie za maksimum 74 dni. Konkretny ich termin musi być ogłoszony w ciągu najbliższych 14 dni. Tak stanowi Konstytucja. Bardzo mało czasu…
M.Z.
niedziela, 28 marca 2010
Gadki urlopowe
Grecja czy Turcja? Nie, do Hiszpanii za daleko, trzeba coś bliżej wymyślić… I jakie hobby? Deska, czy żagiel na wieloosobowej łódce? Samolot, własny samochód, plecak, albo wytworna waliza na kółkach, bagażnik na dach czy kompletny kamper?
Czasem czuję się mały przy podobnych dylematach. Od czasów, kiedy jako małe dość dziecko widziałem z bliska klasyczny cygański obóz plącze mi się pod czaszką pomysł kupienia własnej przyczepy campingowej. I wyjechania z nią gdzieś, byle gdzie, ale daleko, chodzi o podróż i oddalenie od domu. Wtedy wnętrze przyczepy lepiej ten dom imituje. Wiem, bo już taki pojazd miałem. Wtedy zaciągnąłem to wszystko na Mazury. I myśl została. Mocno niestety nadwątlona ubiegłorocznymi doświadczeniami.
Było tak: najpierw próba obejrzenia czegoś, co znałem sprzed lat, w przewodnikach występuje jako Mazurski Eden albo Galindia. Jezioro Bełdany, południowy brzeg, niedaleko Rucianego. Internetowy ogląd cen pokojów przyprawia o zawrót głowy, przesolili potężnie, ale niech tam. Okazuje się jednak że z campingiem też. Ale że jadę w te okolice – zobaczę na miejscu. Potężne zdziwienie! Za oglądanie, tylko oglądanie, jakiś obdartus przebrany za cepeliowskiego Galinda wyciąga rękę po dychę. Inaczej nie przejadę bramy. A niech cię diabli, zawracam.
Pod Giżyckiem dupa – albo pobyt z żyrantami, z normalnymi pieniędzmi to tu nie ma czego szukać. Prywatne adresy kilkanaście kilometrów dalej wydają się kuszące tylko póki nie zobaczy się ich na własne oczy. W rzeczywistości to kupa bałaganiarskiego nieporządku i mnożące się płatności – a to za kabel, który muszę wynająć, bo taki tu zwyczaj. A to za samochód, dłuższy parę centymetrów od normy wziętej z kapelusza. Osobno korzystanie z toalety, osobno z prysznica, ciepła woda raz dziennie „na wieczór”, grillowanie tylko w wyznaczonym miejscu przy betonowej konstrukcji postawionej tam przez gospodarza. Dwie przyczepy już na miejscu, wyglądają z nich jakieś rozespane postaci, mimo że zbliża się trzecia po południu. Jedna drapie się po szyi z proszalnym wzrokiem. Nowy? To może byśmy tak, znaczy weź coś postaw… Stawiam. Oczy w słup. I dalej jazda.
Wylądowałem w sumie w znakomitym i podobno drogim ośrodku nad jeziorem Gołdapiwo. No tak, żadnej przyczepy z tyłu nie miałem, chciałem tylko zobaczyć jak będzie, gdy marzenia się spełnią i ten cygański wóz wreszcie kupię. Pierwsza obiado-kolacja taka, że mucha nie siada! Wracam do segmentu, siadam na moim indywidualnym krześle przy przydzielonym stole, otwieram dobre piwo i liczę: 125 złotych dziennie za znakomite żarcie, czyste i luksusowe spanie, własny sraczyk, prysznic, telewizor, możliwość bezpłatnego wzięcia sobie roweru wodnego na dowolnie długo. Ile by wyszło w Galindii? Bez jedzenia tyle samo. U prywaciarzy mniej, ale za to jaki piękny burdel.
Już nie kupuję żadnej przyczepy. W nosie mam takie „na ramię broń”! Chrzanię Hiszpanię i Grecję. Wracam tam, gdzie ludzie potrafią zarobić na mnie pieniądze za przyzwoitą usługę. Czemu do cholery inni na to nie wpadają?
M.Z.
Czasem czuję się mały przy podobnych dylematach. Od czasów, kiedy jako małe dość dziecko widziałem z bliska klasyczny cygański obóz plącze mi się pod czaszką pomysł kupienia własnej przyczepy campingowej. I wyjechania z nią gdzieś, byle gdzie, ale daleko, chodzi o podróż i oddalenie od domu. Wtedy wnętrze przyczepy lepiej ten dom imituje. Wiem, bo już taki pojazd miałem. Wtedy zaciągnąłem to wszystko na Mazury. I myśl została. Mocno niestety nadwątlona ubiegłorocznymi doświadczeniami.
Było tak: najpierw próba obejrzenia czegoś, co znałem sprzed lat, w przewodnikach występuje jako Mazurski Eden albo Galindia. Jezioro Bełdany, południowy brzeg, niedaleko Rucianego. Internetowy ogląd cen pokojów przyprawia o zawrót głowy, przesolili potężnie, ale niech tam. Okazuje się jednak że z campingiem też. Ale że jadę w te okolice – zobaczę na miejscu. Potężne zdziwienie! Za oglądanie, tylko oglądanie, jakiś obdartus przebrany za cepeliowskiego Galinda wyciąga rękę po dychę. Inaczej nie przejadę bramy. A niech cię diabli, zawracam.
Pod Giżyckiem dupa – albo pobyt z żyrantami, z normalnymi pieniędzmi to tu nie ma czego szukać. Prywatne adresy kilkanaście kilometrów dalej wydają się kuszące tylko póki nie zobaczy się ich na własne oczy. W rzeczywistości to kupa bałaganiarskiego nieporządku i mnożące się płatności – a to za kabel, który muszę wynająć, bo taki tu zwyczaj. A to za samochód, dłuższy parę centymetrów od normy wziętej z kapelusza. Osobno korzystanie z toalety, osobno z prysznica, ciepła woda raz dziennie „na wieczór”, grillowanie tylko w wyznaczonym miejscu przy betonowej konstrukcji postawionej tam przez gospodarza. Dwie przyczepy już na miejscu, wyglądają z nich jakieś rozespane postaci, mimo że zbliża się trzecia po południu. Jedna drapie się po szyi z proszalnym wzrokiem. Nowy? To może byśmy tak, znaczy weź coś postaw… Stawiam. Oczy w słup. I dalej jazda.
Wylądowałem w sumie w znakomitym i podobno drogim ośrodku nad jeziorem Gołdapiwo. No tak, żadnej przyczepy z tyłu nie miałem, chciałem tylko zobaczyć jak będzie, gdy marzenia się spełnią i ten cygański wóz wreszcie kupię. Pierwsza obiado-kolacja taka, że mucha nie siada! Wracam do segmentu, siadam na moim indywidualnym krześle przy przydzielonym stole, otwieram dobre piwo i liczę: 125 złotych dziennie za znakomite żarcie, czyste i luksusowe spanie, własny sraczyk, prysznic, telewizor, możliwość bezpłatnego wzięcia sobie roweru wodnego na dowolnie długo. Ile by wyszło w Galindii? Bez jedzenia tyle samo. U prywaciarzy mniej, ale za to jaki piękny burdel.
Już nie kupuję żadnej przyczepy. W nosie mam takie „na ramię broń”! Chrzanię Hiszpanię i Grecję. Wracam tam, gdzie ludzie potrafią zarobić na mnie pieniądze za przyzwoitą usługę. Czemu do cholery inni na to nie wpadają?
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)