Odwołałem się w poprzednim felietonie do Tyrmanda – ponieważ uważam go za niezwykle dociekliwego, błyskotliwego i sprawiedliwego obserwatora ludzkich obyczajów i zachowań. Tym bardziej to wszystko, co napisał ciekawe, że większość spostrzeżeń tyrmandowych dotyczących polityki i ludzi wobec polityki pochodzi z „Dziennika 1954”. Swobodnych zapisków faceta tkwiącego w rzeczywistości tegoż roku, od opisu której włos się dzisiaj człowiekowi jeży na głowie. Niektórzy to jeszcze pamiętają, ja szczerze mówiąc jak przez mgłę, co jest o tyle bez znaczenia, iż czas o pięć – sześć lat późniejszy, a dobrze już mi znany w gruncie rzeczy niczym się nie różnił od tego opisywanego w „Dzienniku”. Tkwiliśmy w oparach cholernego komunistycznego absurdu – i tyle. W gruncie rzeczy bez nadziei. I na straży tego stanu, tej beznadziei stali ludzie rozrzuceni po Słusznych Urzędach, od Sb-cji przez milicję po wszystkie możliwe administracje. Czego kopię mamy niestety i dzisiaj…
Tyrmand zapisał taką swoją uwagę: „Gigantyczne zwycięstwo komunistów. Tak przesycili sobą cały tuż-obok-świat, że nawet ja uległem ich gwałtowi; najlepszym tego dowodem ten dziennik, czyli obsesja polemiki. Mnie tu prawie nie ma, jest moje ujadanie przeciw. I to jakieś zaniżone. Prometeusze, Edypy, Konrady i ci rozmaici inni, co pasowali się z Bogiem, losem, przeznaczeniem, a teraz nie przychodzą mi do głowy, jakże wzniesieni i nobilitowani przez swego Przeciwnika. Procesować się z Bogiem, cóż za piękne marzenie! Komunizm to tylko Golem, niebotyczny, to fakt, lecz glina i brud. O tyleż moja walka gorsza, mniejsza, brudniejsza". - Leopold Tyrmand - "Dziennik"
Przyszła wiosna i naprzeciw jednego z garaży ujawniła się kupa śmieci, którą raczyli zostawić po swych ubiegłorocznych wyczynach towarzysze budowlani. Taki swojski, rodzimy burdelik. Nikogo to nie interesuje – a moje pisanie że gdy pobiera się komercyjny czynsz to trzeba działać równie komercyjnie, czyli szybko i porządnie pewnie nie odniesie innego skutku poza wzruszeniem ramionami tego i owego. Znów się facet czepia… A to przecież nie obszar działania dozorców czy administratorów. Sami to sobie ustalili – i już!
No i moje ulubione towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli PO. Prawybory. Tyle o nich powiem, ze Turek Turka w ucho szturka, pewnie wiedzą Państwo jak jest w oryginale. Nic więcej do tego nie dodam, nie warto.
Tia: gigantyczne zwycięstwo komunistów-burdelistów. W końcu po to socjalizm budowali, nie?
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
sobota, 20 marca 2010
czwartek, 4 marca 2010
Wpis bardzo smutny
Pisałem nie tak dawno, że nie jestem traktowany jak obywatel, ale jak ktoś nieskończenie gorszy: płatnik, dłużnik, sublokator, podnajemca albo jakoś tak. Nie będąc obywatelem nie mam co powoływać się na prawa obywatelskie. To rzecz oczywista. Potem ktoś zapytał mnie, czy nie przesadzam. Coś tam tłumaczyłem, coś udowadniałem – ale chyba bez efektu. Dzisiaj rarytas: ogłoszenie w windzie, na drzwiach klatki schodowej i wrzucone do euro-skrzynki pocztowej, bo każdy może sobie tam wrzucić co chce. 11 marca zawita do mojego między innymi lokalu komisja sprawdzająca kanały wentylacyjne. Czy to jest złe? NIE. To jest normalne. Wentylacja ma być drożna. Nienormalne jest to, że komisja wentylacyjna zawita do mnie między 8.00 a 8.40. Jeszcze bardziej nienormalne jest to, co stanowi treść dopisku na samym dole ogłoszenia. Otóż tkwi tam, że rzecz całą uzgodniono z administracją. Nie ze mną, nie z moją sąsiadką z piętra niżej czy sąsiadem znad sufitu – ale właśnie z administracją.
No bo przecież kto ma wiedzieć co dla podnajemcy, dłużnika i płatnika ma być dobre, albo nawet jeszcze lepsze? Oczywiście wie to administracja. Wie, że tego akurat dnia mam się zwolnić albo zadeklarować późniejsze przyjście do pracy. Wie, że może zakłócić moje zajęcia, ponieważ nie może zakłócić ich członkom Wysokiej Komisji Wentylacyjnej. W żaden sposób nie mogą mnie oni odwiedzić tak, jak odwiedzali przez wszystkie minione lata - czyli po południu. Nie i już!
Jest mi dzisiaj bardzo smutno. Mówię od lat o głupocie urzędniczej, o samowoli urzędniczej – ale niczego nie zmieniłem, niczego nie osiągnąłem. Jak było tak jest, a nawet pogarsza się, zwłaszcza od chwili, w której w ubiegłym roku zmuszono mnie i moich sąsiadów do wdychania smrodów lakierów i farb podczas naszych urlopów. Widać uznano, że udało się już tak wszystkich przygiąć do ziemi, że poranny termin badania wentylacji jest małym pikusiem, przejdzie bez kłopotów.
Co jutro? Śnieg z balkonu sprzątnąłem, czynsz płacę w terminie, parking sobie odśnieżyłem, malarza podczas urlopu dowartościowałem. Rzucam palenie. Ręce trzymam na kołdrze. Biorę udział we wszystkich głosowaniach. Na drzwiach mogę przybić stosowne Girlandy Wentylacyjne. Co jeszcze wymyślicie, Najjaśniejsi Urzędnicy?
M.Z.
No bo przecież kto ma wiedzieć co dla podnajemcy, dłużnika i płatnika ma być dobre, albo nawet jeszcze lepsze? Oczywiście wie to administracja. Wie, że tego akurat dnia mam się zwolnić albo zadeklarować późniejsze przyjście do pracy. Wie, że może zakłócić moje zajęcia, ponieważ nie może zakłócić ich członkom Wysokiej Komisji Wentylacyjnej. W żaden sposób nie mogą mnie oni odwiedzić tak, jak odwiedzali przez wszystkie minione lata - czyli po południu. Nie i już!
Jest mi dzisiaj bardzo smutno. Mówię od lat o głupocie urzędniczej, o samowoli urzędniczej – ale niczego nie zmieniłem, niczego nie osiągnąłem. Jak było tak jest, a nawet pogarsza się, zwłaszcza od chwili, w której w ubiegłym roku zmuszono mnie i moich sąsiadów do wdychania smrodów lakierów i farb podczas naszych urlopów. Widać uznano, że udało się już tak wszystkich przygiąć do ziemi, że poranny termin badania wentylacji jest małym pikusiem, przejdzie bez kłopotów.
Co jutro? Śnieg z balkonu sprzątnąłem, czynsz płacę w terminie, parking sobie odśnieżyłem, malarza podczas urlopu dowartościowałem. Rzucam palenie. Ręce trzymam na kołdrze. Biorę udział we wszystkich głosowaniach. Na drzwiach mogę przybić stosowne Girlandy Wentylacyjne. Co jeszcze wymyślicie, Najjaśniejsi Urzędnicy?
M.Z.
wtorek, 2 marca 2010
Wieści ze świata młodych, pięknych i bogatych
Postawiłem kiedyś tezę, że miasto, prawny właściciel naszego domu, naszej ulicy, a według własnego mniemania także nas – zrobi wszystko, by normalnych, średniozamożnych lokatorów wyrzucić z tego terenu. Te niebezpieczne miejskie pomrukiwania pojawiły się po raz pierwszy w oficjalnym piśmie pewnej pani z Biura Polityki Lokalowej, zdaniem której czynsz może wynosić w naszych mieszkaniach nawet 54 złote za metr kwadratowy – ponieważ taka jej zdaniem jest średnia na Mokotowie. Wątek był szeroko omawiany na poprzedniej stronie internetowej, na której do chwili buntu wobec jej właściciela pisywałem. Ale i na tej witrynie można znaleźć tego ślady, gdyby oczywiście kto był dostatecznie cierpliwy.
Minęły lata – i coś się zmieniło. Nie, kochani, nie na lepsze, przeciwnie – na dużo gorsze! Dzielni urzędnicy widząc, że metoda frontalnego ataku może skończyć się dla nich najpierw obśmianiem, a w efekcie i przegraną przed dowolną instancją odwoławczą zmienili zasady wojowania.
Otóż po pierwsze przez lata stopniowo przyzwyczajano nas do odejścia od myśli, iżby ktokolwiek w tym domu był obywatelem, zatem przysługiwały by mu obywatelskie, europejskie prawa. Zostaliśmy co najwyżej najemcami i opornymi płatnikami. Jak pańszczyźniany chłop na pańskim polu winniśmy dopasowywać swe urlopy i czas wolny do wymogów ekip remontowych, godzić się z myślą, że cokolwiek byśmy nie uczynili to i tak zapłacimy więcej, że nie mamy wpływu na dozorców, sąsiadów, burdel na parkingach i lodowe ścieżki w miejsce odśnieżonych chodników. „Władza” wzięła nas za łby, oczywiście dla naszego dobra, wszelki bunt czy niesubordynacja będą karane srodze.
Po drugie rzucono nam na zasadzie ochłapu z pańskiego stołu kilka propozycji – na przykład zajęcia się srającymi psami z domu i okolicy. Pojawiły się żółte kosze, nie wiem po co, bo jakoś nie zauważyłem, by którykolwiek z właścicieli swych czworonożnych przyjaciół zajmował się wrzucaniem ich odchodów do plastikowych pudeł. A niektórzy nawet udoskonalili swe postępowanie wyprowadzając zwierzaki w tak ostatniej chwili, że podest ich piętra na klatce schodowej przypomina chwilami zaszczany basen. No cóż – zwierzątko nie wytrzymało, ale oczywiście to nie moje…
I udoskonaliła się też metoda siania niepokoju wśród gawiedzi. Dzisiaj na przykład poszła plotka, że wkrótce mają być płatne nie tylko garaże wewnętrzne (te są płatne od zawsze), ale też stanowiska na zewnątrz domu. Ktoś przyszedł i taką wieść rozpuścił. Po kilku tygodniach „obada się” co pospólstwo na to. I niechybnie dojdzie do wniosku, że skoro nie protestują to pewnie zniosą i tę „niedogodność”. To wszystko w ramach wyprzedzającego ataku na postulat, który też kiedyś przez lokatorów był stawiany: bezpłatnych miejsc parkingowych wzdłuż ulicy Abramowskiego jest tak ze dwa razy za mało. Zatem postulowaliśmy powiększenie tej wartości.
No ale jak wiadomo każdy właściciel auta to wróg ludu i socjalizmu. We łbie mu się chyba przewróciło, jeśli uważa, że mając samochód winien też mieć opłacone ze swych podatków jakiekolwiek miejsce parkingowe… A poszli w diabły na jakieś przedmieścia! Dobre lokale wynajmie się "pracownikom firm zagranicznych". Nie wierzycie? To przeczytajcie dzisiaj podrzucone do skrzynek pocztowych ulotki.
M.Z.
Minęły lata – i coś się zmieniło. Nie, kochani, nie na lepsze, przeciwnie – na dużo gorsze! Dzielni urzędnicy widząc, że metoda frontalnego ataku może skończyć się dla nich najpierw obśmianiem, a w efekcie i przegraną przed dowolną instancją odwoławczą zmienili zasady wojowania.
Otóż po pierwsze przez lata stopniowo przyzwyczajano nas do odejścia od myśli, iżby ktokolwiek w tym domu był obywatelem, zatem przysługiwały by mu obywatelskie, europejskie prawa. Zostaliśmy co najwyżej najemcami i opornymi płatnikami. Jak pańszczyźniany chłop na pańskim polu winniśmy dopasowywać swe urlopy i czas wolny do wymogów ekip remontowych, godzić się z myślą, że cokolwiek byśmy nie uczynili to i tak zapłacimy więcej, że nie mamy wpływu na dozorców, sąsiadów, burdel na parkingach i lodowe ścieżki w miejsce odśnieżonych chodników. „Władza” wzięła nas za łby, oczywiście dla naszego dobra, wszelki bunt czy niesubordynacja będą karane srodze.
Po drugie rzucono nam na zasadzie ochłapu z pańskiego stołu kilka propozycji – na przykład zajęcia się srającymi psami z domu i okolicy. Pojawiły się żółte kosze, nie wiem po co, bo jakoś nie zauważyłem, by którykolwiek z właścicieli swych czworonożnych przyjaciół zajmował się wrzucaniem ich odchodów do plastikowych pudeł. A niektórzy nawet udoskonalili swe postępowanie wyprowadzając zwierzaki w tak ostatniej chwili, że podest ich piętra na klatce schodowej przypomina chwilami zaszczany basen. No cóż – zwierzątko nie wytrzymało, ale oczywiście to nie moje…
I udoskonaliła się też metoda siania niepokoju wśród gawiedzi. Dzisiaj na przykład poszła plotka, że wkrótce mają być płatne nie tylko garaże wewnętrzne (te są płatne od zawsze), ale też stanowiska na zewnątrz domu. Ktoś przyszedł i taką wieść rozpuścił. Po kilku tygodniach „obada się” co pospólstwo na to. I niechybnie dojdzie do wniosku, że skoro nie protestują to pewnie zniosą i tę „niedogodność”. To wszystko w ramach wyprzedzającego ataku na postulat, który też kiedyś przez lokatorów był stawiany: bezpłatnych miejsc parkingowych wzdłuż ulicy Abramowskiego jest tak ze dwa razy za mało. Zatem postulowaliśmy powiększenie tej wartości.
No ale jak wiadomo każdy właściciel auta to wróg ludu i socjalizmu. We łbie mu się chyba przewróciło, jeśli uważa, że mając samochód winien też mieć opłacone ze swych podatków jakiekolwiek miejsce parkingowe… A poszli w diabły na jakieś przedmieścia! Dobre lokale wynajmie się "pracownikom firm zagranicznych". Nie wierzycie? To przeczytajcie dzisiaj podrzucone do skrzynek pocztowych ulotki.
M.Z.
poniedziałek, 22 lutego 2010
Przepływ informacji
Mówi do mnie jeden taki: ty uważaj, jutro kontrola! Jako zagadnięty drapię się chwilę w łeb, kombinuję co też mi mogą skontrolować, grzechów na sumieniu sporo, nigdy więc nie wiadomo… Czynsz? Zapłacony. Elektryka? No niewielkie opóźnienie. Śnieg z balkonu? Sam się stopił skurczymiś. Może więc coś z żoną? Nie, gdzie tam, żona w porządku, nie bije, grzeczna jakaś taka.
Ten zagadujący dodaje: jak wpadniesz to kolegium i to za całą zimę! Łomatko! Co jest do cholery, za co Wysoki Sądzie? Nagle iluminacja: może ten informator to po prostu podpucha, prowokatorek taki mały, coś usłyszał, tylko „nie rozumi” co? Przetestujemy!
Kontrola kontrolą – odpowiadam dumnie, ale ja teraz nie mogę dalej gadać, mam zaraz pociąg do Kazimierza. Tak mówię. Powoli i po polsku. Pełnym zdaniem. „Jakiego Kazimierza?” Dolnego - wyjaśniam.
Jeśli za dwa dni usłyszę od przypadkowo przechodzącej damy „Nie wiedziałam, że ma pan pociąg do mężczyzn” – będzie znaczyć, że z obiegiem informacji wszystko w porządku. To tylko „przekaźniki” mają nasrane we łbach. Ale czemu tu się dziwić…
M.Z.
Ten zagadujący dodaje: jak wpadniesz to kolegium i to za całą zimę! Łomatko! Co jest do cholery, za co Wysoki Sądzie? Nagle iluminacja: może ten informator to po prostu podpucha, prowokatorek taki mały, coś usłyszał, tylko „nie rozumi” co? Przetestujemy!
Kontrola kontrolą – odpowiadam dumnie, ale ja teraz nie mogę dalej gadać, mam zaraz pociąg do Kazimierza. Tak mówię. Powoli i po polsku. Pełnym zdaniem. „Jakiego Kazimierza?” Dolnego - wyjaśniam.
Jeśli za dwa dni usłyszę od przypadkowo przechodzącej damy „Nie wiedziałam, że ma pan pociąg do mężczyzn” – będzie znaczyć, że z obiegiem informacji wszystko w porządku. To tylko „przekaźniki” mają nasrane we łbach. Ale czemu tu się dziwić…
M.Z.
piątek, 19 lutego 2010
Puchowy śniegu tren?
Z rzeczami bywa tak, że niekiedy te tkwiące na wierzchu, stale rzucające się w oczy przestają być widoczne. Fizycznie są – ale mentalnie jakoby ich w ogóle nie było. Tak stało się dla mnie z ogłoszeniem o śniegu na balkonach. Wisi na drzwiach wejściowych każdej klatki, w windzie i licho wie gdzie jeszcze. Biel brudną, puchową i wrednie śliską oczywiście ze swojego balkonu zrzuciłem. A jeśli nawet coś tam jeszcze zamrożonego zostało – to na krawędzi, gdzie sąsiadom niżej żadną miara szkodzić nie może. A potem zapomniałem o sprawie.
Skarży się któregoś dnia jeden z ochroniarzy, że całą noc wyła (a może tylko dzwoniła lub brzęczała?) zainstalowana w podziemiach centralka przeciwpożarowa. Serwisanci tego urządzenia jedyne co mieli do powiedzenia w środku nocy to to, by „się nie przejmować”, jest zwarcie, więc wyje bo wyć musi. Skąd niby owo zwarcie? Ano stąd, że do garaży leje się ciurkiem woda z roztapiających się zwałów śnieżnych, zalegających dokładnie tam, gdzie przed laty pękły nasze fundamenty. I ciecz ta wszędobylska opanowała już wszystkie szczeliny, kable i czujniki. Stąd alarm prawie nieustający.
I w tym miejscu nadszedł czas, bym przyznał się do pewnej ociężałości umysłowej. Niemal trzy godziny zajęło mi mimowolne kombinowanie co się w tych dwóch powyższych, a złożonych do kupy opisach nie zgadza, co jest fałszywe. Bo że coś jest – nie miałem wątpliwości.
Otóż fałszywe jest to, iż instytucja tak bardzo dbająca o nasze balkony kompletnie w d… ma śnieg, który roztapiając się na krawędzi podziemnego garażu zalewa go od góry powoli, ale systematycznie. Czyniąc zresztą parking zewnętrzny kompletnie nieużytecznym, a szkody wynikające z późniejszej naprawy fundamentów stukrotnie większymi, niż niedogodność, że od sąsiada z pietra wyżej spadnie mi na balkon coś białego.
Tym razem postanowiłem nie formułować żadnych wniosków. Po co? Znów usłyszę, że się czepiam, a prawo czegoś tam nie przewiduje… Inteligentni będą wiedzieli co z powyższego płynie. A do durniów od dawna nie gadam – choć ci właśnie twierdzą zawsze, że prawo jest po ich stronie.
M.Z.
Skarży się któregoś dnia jeden z ochroniarzy, że całą noc wyła (a może tylko dzwoniła lub brzęczała?) zainstalowana w podziemiach centralka przeciwpożarowa. Serwisanci tego urządzenia jedyne co mieli do powiedzenia w środku nocy to to, by „się nie przejmować”, jest zwarcie, więc wyje bo wyć musi. Skąd niby owo zwarcie? Ano stąd, że do garaży leje się ciurkiem woda z roztapiających się zwałów śnieżnych, zalegających dokładnie tam, gdzie przed laty pękły nasze fundamenty. I ciecz ta wszędobylska opanowała już wszystkie szczeliny, kable i czujniki. Stąd alarm prawie nieustający.
I w tym miejscu nadszedł czas, bym przyznał się do pewnej ociężałości umysłowej. Niemal trzy godziny zajęło mi mimowolne kombinowanie co się w tych dwóch powyższych, a złożonych do kupy opisach nie zgadza, co jest fałszywe. Bo że coś jest – nie miałem wątpliwości.
Otóż fałszywe jest to, iż instytucja tak bardzo dbająca o nasze balkony kompletnie w d… ma śnieg, który roztapiając się na krawędzi podziemnego garażu zalewa go od góry powoli, ale systematycznie. Czyniąc zresztą parking zewnętrzny kompletnie nieużytecznym, a szkody wynikające z późniejszej naprawy fundamentów stukrotnie większymi, niż niedogodność, że od sąsiada z pietra wyżej spadnie mi na balkon coś białego.
Tym razem postanowiłem nie formułować żadnych wniosków. Po co? Znów usłyszę, że się czepiam, a prawo czegoś tam nie przewiduje… Inteligentni będą wiedzieli co z powyższego płynie. A do durniów od dawna nie gadam – choć ci właśnie twierdzą zawsze, że prawo jest po ich stronie.
M.Z.
piątek, 12 lutego 2010
Podobno ta piekielna zima ma się wkrótce skończyć. Na razie jednak zwały mokrego świństwa zalegają ulice, naszą skromną uliczkę w szczególności. Wiadomo co prawda, że obywatele zmotoryzowani są zakałą ludzkości i osobistym wrogiem wszelkich służb i urzędów, ale niejako w ich imieniu chciałem powiedzieć, że mamy już dość olewania nas. Na przykład w zakresie dojazdu do domów. Na przykład w zakresie sprzątania tego cholernego śniegu.
No więc dzisiaj wziąłem się za zbożne zajęcie sam. Wyciągnąłem ze śmietnika dwie szufle i dawaj odśnieżać. Ale niedługo to trwało. Nadjechał niebieski pojazd, wysiedli z niego Państwo Dozorcostwo – i łopaty zabrali. Podobno by ich nie połamać. Słusznie: nie mam stosownego certyfikatu. Innych też nie mam, ale ten okazał się najważniejszy. Jeśli kto myśli, że zabrali mi ukochane łopatki by bawić się w odśnieżanie samemu – to jest to jak najbardziej fałszywy wniosek! Zabrali – i „se pojechali”. A co: kto im zabroni?
A propos: mieliście Drodzy Państwo Dozorcostwa tak ponure miny, jakby za chwilę miała paść komenda „Salwą w tego sukinsyna!”. Więc już na koniec dodam, że pewnie orientujecie się, gdzie te miny, to srogie obnoszenie się z pretensjami do świata mam? No pięknie, jak wiecie to już dam spokój. Jeszcze tylko chciałem Wam coś pokazać: o, widzicie? To jest mój bardzo chory palec…
M.Z.
Comments disabled
No więc dzisiaj wziąłem się za zbożne zajęcie sam. Wyciągnąłem ze śmietnika dwie szufle i dawaj odśnieżać. Ale niedługo to trwało. Nadjechał niebieski pojazd, wysiedli z niego Państwo Dozorcostwo – i łopaty zabrali. Podobno by ich nie połamać. Słusznie: nie mam stosownego certyfikatu. Innych też nie mam, ale ten okazał się najważniejszy. Jeśli kto myśli, że zabrali mi ukochane łopatki by bawić się w odśnieżanie samemu – to jest to jak najbardziej fałszywy wniosek! Zabrali – i „se pojechali”. A co: kto im zabroni?
A propos: mieliście Drodzy Państwo Dozorcostwa tak ponure miny, jakby za chwilę miała paść komenda „Salwą w tego sukinsyna!”. Więc już na koniec dodam, że pewnie orientujecie się, gdzie te miny, to srogie obnoszenie się z pretensjami do świata mam? No pięknie, jak wiecie to już dam spokój. Jeszcze tylko chciałem Wam coś pokazać: o, widzicie? To jest mój bardzo chory palec…
M.Z.
Comments disabled
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Zamieszanie z ankietami
Ostatnie rozmowy o historii domu i jego mieszkańców (w zakresie rzecz jasna ich perturbacji z remontami, czynszami i czystością na klatkach – a nie wątkami osobistymi) doprowadziły do momentu, w którym weszła na wokandę sprawa ankiet. Jak wiadomo konkurencyjna strona internetowa z lubością i od dawna oddaje się ankietowaniu bliżej nieznanych osobników, którzy jakoś tak się składa, że zawsze mają do powiedzenia jedno i to samo: jest do bani, ale wcale nie tak beznadziejnie, jak niektórzy opowiadają. Tym razem na osiem bodaj osób dwie twierdzą, że odwiedzili ich prawdziwi fachowcy! No więc zareagowałem jak zawsze – że wcale mnie te ankiety nie interesują i w ogóle to nie moja sprawa. Już choćby z tej przyczyny, iż statystykę uważałem i uważam nadal za najwyższą formę kłamstwa – a ta, która zadośćuczynia poprawności politycznej na skalę administracji, właśnie przywołując jakieś nieznane postaci zadowolone z bałaganu, jaki nam zaprowadzono i tych wszystkich lewusów, którzy u nas działali jest szczególnie irytująca. Uważam, że takie nieco wykrętne moje stanowisko nie jest agresywne. Bo gdyby było musiałbym napisać, że znów ktoś gra w jakieś pliszki albo inne bambuko…
No ale może być też tak, że jednak pośród nas są jakieś bliżej niezidentyfikowane osoby, którym bardzo się to wszystko podobało, a trzask odpadającego sufitu czy parkietu uważają za coś całkowicie normalnego, ba, bez czego żyć się nie da. Tacy, którzy sądzą, że okno wstawione w dziurę o kilkadziesiąt centymetrów większą od bubla, który właśnie „zapiankowano” w otworze ściennym – to jest OK, polska norma. Co z nimi robić? Nic. Z prostymi idiotami nic się nie da uczynić. Ani ich człek do garnka nie włoży, ani do szkół nie pośle… Dlaczego tak ostro i czy nie obawiam się kolejnej obrazy? Ostro z tego powodu, że jeśli ktoś sądzi, że pijanego nieroba, dyletanta czy autora oszczędności na wszystkim, od farb po pędzle i myślenie, można nazwać autorem dobrego remontu – to jest wspomnianym idiotą właśnie. Zatem może obrażać się do woli, już się przyzwyczaiłem.
Zarząd Dróg Miejskich twierdzi, że w sprawie odśnieżania tej naszej nieszczęsnej uliczki zgłaszaniem potrzeby podobnych działań wcale nie powinni zajmować się lokatorzy zasypani po uszy – ale administracja właśnie. Tymczasem niczego takiego nie odnotowano, a pług, który kilka dni temu jeden jedyny raz przejechał środkiem śnieżnego tunelu to sprawa jakiejś interwencji osobistej, nie urzędowej. Co odnotowuję, wcale nie z powodu chęci wszczynania kolejnej kampanii sporów –tyle słyszałem na własne ucha dwa.
M.Z.
No ale może być też tak, że jednak pośród nas są jakieś bliżej niezidentyfikowane osoby, którym bardzo się to wszystko podobało, a trzask odpadającego sufitu czy parkietu uważają za coś całkowicie normalnego, ba, bez czego żyć się nie da. Tacy, którzy sądzą, że okno wstawione w dziurę o kilkadziesiąt centymetrów większą od bubla, który właśnie „zapiankowano” w otworze ściennym – to jest OK, polska norma. Co z nimi robić? Nic. Z prostymi idiotami nic się nie da uczynić. Ani ich człek do garnka nie włoży, ani do szkół nie pośle… Dlaczego tak ostro i czy nie obawiam się kolejnej obrazy? Ostro z tego powodu, że jeśli ktoś sądzi, że pijanego nieroba, dyletanta czy autora oszczędności na wszystkim, od farb po pędzle i myślenie, można nazwać autorem dobrego remontu – to jest wspomnianym idiotą właśnie. Zatem może obrażać się do woli, już się przyzwyczaiłem.
Zarząd Dróg Miejskich twierdzi, że w sprawie odśnieżania tej naszej nieszczęsnej uliczki zgłaszaniem potrzeby podobnych działań wcale nie powinni zajmować się lokatorzy zasypani po uszy – ale administracja właśnie. Tymczasem niczego takiego nie odnotowano, a pług, który kilka dni temu jeden jedyny raz przejechał środkiem śnieżnego tunelu to sprawa jakiejś interwencji osobistej, nie urzędowej. Co odnotowuję, wcale nie z powodu chęci wszczynania kolejnej kampanii sporów –tyle słyszałem na własne ucha dwa.
M.Z.
niedziela, 17 stycznia 2010
No i dostałem lekko po uszach…
Za ostatni tekst. Jako za twór agresywny i niesprawiedliwy. Nie, nie mam pretensji, spokojnie przekazał mi uwagi ktoś, kogo lubię i cenię – więc właściwie nic strasznego się nie stało. A jednak potem, już po powrocie do domu usiadłem gdzieś w kącie i zacząłem zastanawiać się: czy ja naprawdę mam jakieś wyjątkowe obowiązki wobec zbiorowości? Czy stale i „nawciąż” powinienem analizować historię tego domu, spisywać ją i przedstawiać na każde życzenie? Gromadzić wypadające mi już z półki akta, urzędowe odpowiedzi, często wypożyczane przez przypadkowe osoby po to, by części nigdy nie zwrócić? Ganiać jak przed laty po urzędach, wysyłać dziesiątki listów poleconych – a potem wysłuchiwać absurdalnych uwag, że coś tam można by innymi słowy, albo łagodniej? I że trzeba wpaść jeszcze tu i tam, inni nie mają czasu, pracują i pracują, gotują obiady i piorą koszule, zarządzają i desygnują…
Odpowiedź jest prosta: NIE. Skoro pewnego dnia pojawił się pomysł, że jest słuchacz, że jest komu opowiedzieć całość zdarzeń, z jakimi się potykaliśmy przez minione lata – to niechaj pomysłodawca miast rzucać pomysł w przestrzeń zajmie się nim sam, osobiście, wszystko jedno czy mniej, czy bardziej udatnie. Dobra, gotów jestem zrobić stylistyczną korektę takiego wypracowania, może przypomnę ten czy tamten fakt. Ale to wszystko na co dzisiaj mam ochotę.
W to miejsce wejdą inni, mniej odpowiedzialni, pokrętni, z niejasnym intencjami? A niech sobie wchodzą. Przecież już tak było nie raz – i jakoś to przeżyliśmy.
Więc proszę o odrobinę wyrozumiałości…
M.Z.
Odpowiedź jest prosta: NIE. Skoro pewnego dnia pojawił się pomysł, że jest słuchacz, że jest komu opowiedzieć całość zdarzeń, z jakimi się potykaliśmy przez minione lata – to niechaj pomysłodawca miast rzucać pomysł w przestrzeń zajmie się nim sam, osobiście, wszystko jedno czy mniej, czy bardziej udatnie. Dobra, gotów jestem zrobić stylistyczną korektę takiego wypracowania, może przypomnę ten czy tamten fakt. Ale to wszystko na co dzisiaj mam ochotę.
W to miejsce wejdą inni, mniej odpowiedzialni, pokrętni, z niejasnym intencjami? A niech sobie wchodzą. Przecież już tak było nie raz – i jakoś to przeżyliśmy.
Więc proszę o odrobinę wyrozumiałości…
M.Z.
piątek, 15 stycznia 2010
Usprawiedliwienie
Poproszono mnie o napisanie krótkiej historii naszego domu. Takiej esencjonalnej, co to nada się do TV jako podstawa do ichniego myślenia o możliwym programie – i takiej prawdziwej, która odda wszystko, co nam się zdarzyło przez minione dziesięć lat.
I siedziałem nad tym kilka godzin. I nic nie wyszło. Za dużo we mnie złości. Za mało czegoś, co parodystycznie zwą obiektywnością. Nie jestem obiektywny i nawet nie mam ochoty być obiektywny. Chcę świat postrzegać subiektywnie – ponieważ tylko to mi się sprawdziło. Co miałem do napisania już napisałem, kto chce przeczyta, kto nie chce… nie będę za niego odrabiał szkoły podstawowej. Z tego domu do tego miejsca, w którym właśnie jesteśmy wyszło już ponad dwieście tekstów. Są na tej stronie wszystkie, w całości. Właściwie dlaczego miałbym z nich dla kogoś czynić skrót?
Zatem sorry Winnetou: idę napić się czegoś dobrego i z lekka poniewierającego. Śpię po tym znacznie lepiej i nie śnią mi się administratorzy – odrzuty z eksportu, leniwi i chamscy dozorcy tudzież wszelkie inne świństwa epoki.
M.Z.
I siedziałem nad tym kilka godzin. I nic nie wyszło. Za dużo we mnie złości. Za mało czegoś, co parodystycznie zwą obiektywnością. Nie jestem obiektywny i nawet nie mam ochoty być obiektywny. Chcę świat postrzegać subiektywnie – ponieważ tylko to mi się sprawdziło. Co miałem do napisania już napisałem, kto chce przeczyta, kto nie chce… nie będę za niego odrabiał szkoły podstawowej. Z tego domu do tego miejsca, w którym właśnie jesteśmy wyszło już ponad dwieście tekstów. Są na tej stronie wszystkie, w całości. Właściwie dlaczego miałbym z nich dla kogoś czynić skrót?
Zatem sorry Winnetou: idę napić się czegoś dobrego i z lekka poniewierającego. Śpię po tym znacznie lepiej i nie śnią mi się administratorzy – odrzuty z eksportu, leniwi i chamscy dozorcy tudzież wszelkie inne świństwa epoki.
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)