Przyznam szczerze, że słaby ze mnie chrześcijanin: w wyborach, za jedno czy ludzi, czy myśli, nie mam przerw świątecznych. Nie nadstawiam po ciosie drugiego policzka, lecz czym prędzej staram się oddać. Nie kocham bliźnich swoich jednakowo, bo jednych bardzo, innych wcale. I dlatego tym wybranym, oni wiedzą: dobrych Świąt, dobrej nadziei i jej spełnienia, spokoju i harmonii w duchu i na zewnątrz.
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
sobota, 11 kwietnia 2009
wtorek, 7 kwietnia 2009
O powadze i braku powagi
Felietonista, którego wysoko cenię, uważając jego przepowiednie i analizy za niezwykle trafne, Stanisław Michalkiewicz, określa Niemcy mianem państwa poważnego. Państwo poważne to takie, które potrafi sformułować swoje cele, a następnie bronić ich realizacji w zmiennych warunkach politycznych i historycznych. Bez dwóch zdań tak to właśnie z Niemcami jest: kiedy w ubiegłym wieku XX na terenie niemieckiej państwowości czterokrotnie zmienił się ustrój polityczny – cele stworzenia Mitteleuropy pozostały niezmienne. Mitteleuropa to niemiecka strefa wpływów na terenie między innymi naszego państwa. Rzecz w tym, iż dzisiaj nie trzeba jak się okazuje w uzależnianiu Polski od Niemiec używać dywizji pancernych, czy innych form przemocy. Wystarczy konsekwentne polityczne działanie poprzez sprzyjających idei Mitteleuropy polskich polityków. I już taka na przykład nasza gospodarka staje się nie samodzielna – ale w stosunku do niemieckiej „kompatybilna”. To znaczy jest jak za świętej pamięci RWPG: tyle i tyle nam wolno, wszystko pod kontrolą, zaś celem nadrzędnym jest coś, co zdecydowanie leży poza naszymi granicami.
Skupmy się jednak na poważnych działaniach jako takich. Jako metodzie postępowania z - na przykład - niesfornymi lokatorami. Od lat wojując o jakość naszego życia w naszym domu podnosiliśmy kwestię niestarannych, niechlujnie wykonywanych remontów, rozpadających się fundamentów, nie konserwowanych klatek schodowych i tak dalej. W większości wypadków na pisma, których byłem kiedyś jednym z autorów, nie otrzymywaliśmy wiarygodnych odpowiedzi, lecz zbiór wykrętów i magicznych zaklęć. I nastąpiło co nastąpić musiało, osobiście nazywam to zmęczeniem materii: lokatorzy-sąsiedzi coraz mniej interesowali się narastającą lawiną tekstów i bałamutnych odpowiedzi, zmieniali się przedstawiciele lokatorscy, a niektórzy (co twierdzę z całą stanowczością!) zamiast podejmować tematy ważne dla zbiorowości zajęli się psimi kupami. Dzisiaj jest więc tak, że administracja jako swój bezsporny sukces może pokazywać zainstalowanie kilku koszy na psie odchody – ale nie może nikogo przekonać względem tego, czy nowa ekipa remontowa, która ponoć wygrała przetarg na doskonalenie naszych mieszkań jest w czymkolwiek lepsza od poprzednich bałaganiarzy i dyletantów.
Za poważne (i uporczywe!) działania przyjmuję fakt dostarczenia nam ostatnio pism, w których ADM zobowiązuje lokatorów do wyznaczenia terminów, w których mogą być dokonane w naszych lokalach remonty. W ślad za nimi idzie rzecz jasna podwyżka czynszów do stawki bazowej, dzisiaj 9 złotych za metr kwadratowy. Pismo informuje lokatorów, że cokolwiek by nie zdecydowali, to i tak od grudnia tego roku obniżki, wynikające z istniejących, a komisyjnie potwierdzonych usterek zostaną odwołane. Ciekawa teoria… Jakby ktoś dał nam coś, na co w istocie nie zasłużyliśmy – a ponieważ byliśmy niegrzeczni prezent odwołano. Jakby nie waliły nam się sufity, nie ruszały kafelki i podłogi, nie pękały mury w rejonach ościeżnic…
Swojego czasu zbiorowość uchwaliła następującą procedurę postępowania w tej sytuacji: najpierw firma zewnętrzna likwiduje przecieki w fundamentach, naprawia klatki schodowe i usuwa wszelkie usterki w przestrzeni wspólnej. Potem dokonana zostaje ocena wykonania tych prac – i podjęta decyzja o dopuszczeniu wykonawców do lokali prywatnych. O ile pamięć jest zawodna – to przecież te procedury zostały precyzyjnie opisane i wątpiącym pamięć łatwo odświeżyć… Podejrzewam jednak, że stopień zniechęcenia całą trwającą długie lata zabawą jest już tak wielki, że nikomu nie będzie chciało zbierać się w którymś garażu i dyskutować z zamożnymi (a mamy takich) uparciuchami i olewatorami o meritum sprawy. Bo prawda jest taka, że nie przekonano nas argumentami rzetelnej roboty i dbałości o dobro ogólne. Więc załatwiono „edyktem”. Moim zdaniem bezprawnym i prostym do prawnego obalenia. Tylko czy komuś będzie się chciało i czy w ogóle warto?
Skąd we wstępie słowo o POWAŻNYCH DZIAŁANIACH? Otóż otrzymaliśmy swojego czasu pismo z Biura Polityki Lokalowej, w którym „stoi jak wół”, że możemy tylko cieszyć się z obecnej stawki bazowej – ponieważ „władza” jest skłonna tak nam dokręcić śrubę, że będziemy płacić nie 10 zł za metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej, a … 58 złotych? No i czyż nie są to właśnie opisywane działania poważne? Poważnie jesteśmy po prostu ewidentną przeszkodą w realizowaniu jakiegoś celu. JAKIEGO? Co jest tak ważne, że logika odwołana, fakty schowane, a cieknące fundamenty da się naprawić później?
Tymczasem jest tak, że niżej podpisany, jak wieść gminna głosi uznany za największego wroga publiczno-administracyjnego, zamierzam wyznaczyć termin, w którym ekipa remontowa zostanie dopuszczona do mojego mieszkania. Ale nie jak kiedyś na zasadzie „piętnaście minut u Zarębskiego, reszta czasu na fuchy u innych lokatorów”, tylko „wchodzicie, uczciwie robicie, wychodzicie”. W określonych godzinach, a nie jak drzewiej bywało do późnego wieczora, perfekcyjnie, ponieważ odbiór nastąpi nie tylko przez zaprzyjaźnionego z ekipą lustratora, ale również przez moich obecnych kolegów-budowlańców. Nie zamierzam również do niczego dopłacać, wszystkie usterki mają być usunięte na koszt zleceniodawców tego zamieszania, pierniczenie o tym, iż „ktoś do mnie dopłaca” jest ewidentną bzdurą. Jak bowiem wiadomo wszyscy ci ignoranci, oszczercy i specjaliści od potwarzy żyją z obywatelskich pieniędzy, czyli także moich. Nawet ta pani, której śni się czynsz przekraczający 50 zł za metr kwadratowy… Nie przypominam sobie natomiast sytuacji, w której ja od nich cokolwiek dostałem, czy choćby na chwilę pożyczyłem.
M.Z.
Skupmy się jednak na poważnych działaniach jako takich. Jako metodzie postępowania z - na przykład - niesfornymi lokatorami. Od lat wojując o jakość naszego życia w naszym domu podnosiliśmy kwestię niestarannych, niechlujnie wykonywanych remontów, rozpadających się fundamentów, nie konserwowanych klatek schodowych i tak dalej. W większości wypadków na pisma, których byłem kiedyś jednym z autorów, nie otrzymywaliśmy wiarygodnych odpowiedzi, lecz zbiór wykrętów i magicznych zaklęć. I nastąpiło co nastąpić musiało, osobiście nazywam to zmęczeniem materii: lokatorzy-sąsiedzi coraz mniej interesowali się narastającą lawiną tekstów i bałamutnych odpowiedzi, zmieniali się przedstawiciele lokatorscy, a niektórzy (co twierdzę z całą stanowczością!) zamiast podejmować tematy ważne dla zbiorowości zajęli się psimi kupami. Dzisiaj jest więc tak, że administracja jako swój bezsporny sukces może pokazywać zainstalowanie kilku koszy na psie odchody – ale nie może nikogo przekonać względem tego, czy nowa ekipa remontowa, która ponoć wygrała przetarg na doskonalenie naszych mieszkań jest w czymkolwiek lepsza od poprzednich bałaganiarzy i dyletantów.
Za poważne (i uporczywe!) działania przyjmuję fakt dostarczenia nam ostatnio pism, w których ADM zobowiązuje lokatorów do wyznaczenia terminów, w których mogą być dokonane w naszych lokalach remonty. W ślad za nimi idzie rzecz jasna podwyżka czynszów do stawki bazowej, dzisiaj 9 złotych za metr kwadratowy. Pismo informuje lokatorów, że cokolwiek by nie zdecydowali, to i tak od grudnia tego roku obniżki, wynikające z istniejących, a komisyjnie potwierdzonych usterek zostaną odwołane. Ciekawa teoria… Jakby ktoś dał nam coś, na co w istocie nie zasłużyliśmy – a ponieważ byliśmy niegrzeczni prezent odwołano. Jakby nie waliły nam się sufity, nie ruszały kafelki i podłogi, nie pękały mury w rejonach ościeżnic…
Swojego czasu zbiorowość uchwaliła następującą procedurę postępowania w tej sytuacji: najpierw firma zewnętrzna likwiduje przecieki w fundamentach, naprawia klatki schodowe i usuwa wszelkie usterki w przestrzeni wspólnej. Potem dokonana zostaje ocena wykonania tych prac – i podjęta decyzja o dopuszczeniu wykonawców do lokali prywatnych. O ile pamięć jest zawodna – to przecież te procedury zostały precyzyjnie opisane i wątpiącym pamięć łatwo odświeżyć… Podejrzewam jednak, że stopień zniechęcenia całą trwającą długie lata zabawą jest już tak wielki, że nikomu nie będzie chciało zbierać się w którymś garażu i dyskutować z zamożnymi (a mamy takich) uparciuchami i olewatorami o meritum sprawy. Bo prawda jest taka, że nie przekonano nas argumentami rzetelnej roboty i dbałości o dobro ogólne. Więc załatwiono „edyktem”. Moim zdaniem bezprawnym i prostym do prawnego obalenia. Tylko czy komuś będzie się chciało i czy w ogóle warto?
Skąd we wstępie słowo o POWAŻNYCH DZIAŁANIACH? Otóż otrzymaliśmy swojego czasu pismo z Biura Polityki Lokalowej, w którym „stoi jak wół”, że możemy tylko cieszyć się z obecnej stawki bazowej – ponieważ „władza” jest skłonna tak nam dokręcić śrubę, że będziemy płacić nie 10 zł za metr kwadratowy powierzchni mieszkalnej, a … 58 złotych? No i czyż nie są to właśnie opisywane działania poważne? Poważnie jesteśmy po prostu ewidentną przeszkodą w realizowaniu jakiegoś celu. JAKIEGO? Co jest tak ważne, że logika odwołana, fakty schowane, a cieknące fundamenty da się naprawić później?
Tymczasem jest tak, że niżej podpisany, jak wieść gminna głosi uznany za największego wroga publiczno-administracyjnego, zamierzam wyznaczyć termin, w którym ekipa remontowa zostanie dopuszczona do mojego mieszkania. Ale nie jak kiedyś na zasadzie „piętnaście minut u Zarębskiego, reszta czasu na fuchy u innych lokatorów”, tylko „wchodzicie, uczciwie robicie, wychodzicie”. W określonych godzinach, a nie jak drzewiej bywało do późnego wieczora, perfekcyjnie, ponieważ odbiór nastąpi nie tylko przez zaprzyjaźnionego z ekipą lustratora, ale również przez moich obecnych kolegów-budowlańców. Nie zamierzam również do niczego dopłacać, wszystkie usterki mają być usunięte na koszt zleceniodawców tego zamieszania, pierniczenie o tym, iż „ktoś do mnie dopłaca” jest ewidentną bzdurą. Jak bowiem wiadomo wszyscy ci ignoranci, oszczercy i specjaliści od potwarzy żyją z obywatelskich pieniędzy, czyli także moich. Nawet ta pani, której śni się czynsz przekraczający 50 zł za metr kwadratowy… Nie przypominam sobie natomiast sytuacji, w której ja od nich cokolwiek dostałem, czy choćby na chwilę pożyczyłem.
M.Z.
sobota, 14 marca 2009
No i jest…
…nieco więcej ciepła i nieśmiałego słońca! Myjemy samochody, otwieramy okna, spotykamy dawno nie spotykanych. Rozmawiamy o kryzysie, co to go niby nie miało być, potem nadszedł, ale więcej informacji o tych, którzy na tym świetnie wychodzą, niż o tych, którzy przeprowadzają się właśnie pod most. Wniosek pierwszy zatem taki, że jesteśmy przemyślnym narodem, cokolwiek by to nie znaczyło – a też i wcale o kryzysie ciepło pisywać nie chcę. Mnie martwi co innego: to mianowicie, że jest bardziej socjalistycznie, niż kiedykolwiek przypuszczałem. Wystarczy uruchomić dowolną stację telewizyjną czy radiową. Jak nie o konieczności wzmożonej kontroli (na drogach, w szkołach, supermarketach, wszędzie), to o dupie Maryni, czyli „jak ta krowa tańczy i śpiewa”. Ostatnie wyjątkowo niebezpieczne - mnóstwo osób uważa, że to zupełnie niezły temat na początek dowolnej rozmowy. Ludzie: zgłupieliście? Naprawdę tak wam do tego socjalizmu pilno?
W podtekstach kolejna rzecz zła: przyzwyczajamy się do coraz większych ograniczeń. Sam łapię się na konstatacjach typu „jak się nie ma co się lubi…” Bylejakość, odmóżdżenie i średniactwo wciąga jak solidne bagno. Aby tylko nie stracić tego, co już się ma… Właśnie mój ulubiony pośród znajomych buntownik oświadczył, że z barykadami to już koniec, ona ma to wszystko w nosie i w razie czego palcem nie kiwnie. I nie idzie na żadne wybory, w końcu i tak wiadomo kto za nasze pieniądze do Brukseli pojedzie. Swołocz to wszystko, mówi, partyjne bubki i słoma w butach… Spojrzałem na ostatnie polityczne rozmowy na małym ekraniku. Cholera – ten facet ma rację! Właśnie kadet-onanista skończył dukanie o niczym z pomocnikiem rzeźnika i uciekinierem z wariatkowa. Wzdęci jakimś nieświeżym obiadem, wdzięczni jak wiejscy amanci, zaangażowani jak podglądacze kopulujących piesków. Oczywiście też ustawiają się w kolejce do kolejnych wyjazdów i apanaży…
Raport z podziemia: cieknąca rura ma być naprawiona dopiero w poniedziałek. Ponoć ktoś powiedział, że od tych smrodów nikt jeszcze nie umarł. I to jest zdrowe podejście do lokatorów i użytkowników podziemnego garażu: zostaną zaszczani na śmierć. No bo chyba nie należy zakładać, że pion, z którego to świństwo leci nie będzie siusiał do poniedziałku?
M.Z.
W podtekstach kolejna rzecz zła: przyzwyczajamy się do coraz większych ograniczeń. Sam łapię się na konstatacjach typu „jak się nie ma co się lubi…” Bylejakość, odmóżdżenie i średniactwo wciąga jak solidne bagno. Aby tylko nie stracić tego, co już się ma… Właśnie mój ulubiony pośród znajomych buntownik oświadczył, że z barykadami to już koniec, ona ma to wszystko w nosie i w razie czego palcem nie kiwnie. I nie idzie na żadne wybory, w końcu i tak wiadomo kto za nasze pieniądze do Brukseli pojedzie. Swołocz to wszystko, mówi, partyjne bubki i słoma w butach… Spojrzałem na ostatnie polityczne rozmowy na małym ekraniku. Cholera – ten facet ma rację! Właśnie kadet-onanista skończył dukanie o niczym z pomocnikiem rzeźnika i uciekinierem z wariatkowa. Wzdęci jakimś nieświeżym obiadem, wdzięczni jak wiejscy amanci, zaangażowani jak podglądacze kopulujących piesków. Oczywiście też ustawiają się w kolejce do kolejnych wyjazdów i apanaży…
Raport z podziemia: cieknąca rura ma być naprawiona dopiero w poniedziałek. Ponoć ktoś powiedział, że od tych smrodów nikt jeszcze nie umarł. I to jest zdrowe podejście do lokatorów i użytkowników podziemnego garażu: zostaną zaszczani na śmierć. No bo chyba nie należy zakładać, że pion, z którego to świństwo leci nie będzie siusiał do poniedziałku?
M.Z.
czwartek, 5 marca 2009
Na Zachodzie bez zmian
Czasem interesuję się również polityką państw ościennych, zwłaszcza gdy ich działania mają wpływ na to, co dzieje się w moim kraju. Nie inaczej jest z Ukrainą, podobno trwającą w coraz to intensywniejszej zapaści gospodarczej. Przez Ukrainę idzie do nas rosyjski gaz. To znaczy – ostatnio nie idzie. Nie byłem tam wieki całe, nie wiem jak jest naprawdę z ukraińską zapaścią – ale pewnie w doniesieniach prasowych i telewizyjnych ziarnko prawdy jest, skoro Ukraińcy wysłali do Paryża na negocjacje pożyczkowe swój najlepszy towar eksportowy, czyli Julię Tymoszenko. Błąd w sztuce! Jak wiadomo Sarkozy lubi kobiety, ale chyba niekoniecznie tak w polityce doświadczone, czytaj leciwe. Czas Julii już minął. Usłyszała - jak donosi prasa - kilka komplementów („Ależ ty się trzymasz”?), ale pożyczki już nie. Przekładam to na polskie realia w ten sposób, że ktoś nam dalsze partie gazu podgwiździ. A że na straży tych problemów stoi wicepremier Pawlak, Naczelny Ochotniczy Strażak, to spodziewać się można raczej ich olania, niż rozwiązania. Cóż, tak to ze strażakami bywa… W najbliższym zatem czasie prognozuję kolejne podwyżki cen gazu. Idzie wiosna i lud (lód?) już słabiej trzeszczy, więc niektórym politykom chodzą po głowie pomysły, że może to dobra pora na dokręcenie współrodakom śruby. Moja rada: posypcie sobie te kapuściane łby azotoxem. Przestanie chodzić…
W naszym mikrośrodowisku bez zmian. Nadęci nadęli się jeszcze bardziej, skryci skryli głębiej, a czarny pies z trzeciej klatki jak kopał doły ku zadowoleniu swego pana tak kopie dalej. Słoneczko jednak wyżej, więc może i optymizmu w ludziach (tudzież zdrowego rozsądku) przybędzie. Oby…
M.Z.
W naszym mikrośrodowisku bez zmian. Nadęci nadęli się jeszcze bardziej, skryci skryli głębiej, a czarny pies z trzeciej klatki jak kopał doły ku zadowoleniu swego pana tak kopie dalej. Słoneczko jednak wyżej, więc może i optymizmu w ludziach (tudzież zdrowego rozsądku) przybędzie. Oby…
M.Z.
niedziela, 22 lutego 2009
Widzisz Ty i nie grzmisz!...
Pisuję w tym miejscu o różnych rzeczach, sprawach i ludziach. Z powodu poczucia bycia wolnym – i z tej przyczyny, że wszystko to zdaje mi się ważne. Członkowie Stowarzyszenia „Po Drugiej Stronie” dawno to zaakceptowali. Co było dla mnie ostatnio ważne – wynika wprost ze spisu treści, każdy może sobie obejrzeć i przeczytać co mu się podoba. A potem oczywiście cieszyć się lub zgrzytać zębami, co woli lub uzna za stosowne… W sprawach domu Abramowskiego 9 najważniejsza ostatnio była zmiana warunków najmu. W dwóch tekstach wyraziłem swoje zdanie na ten temat, paru osobom wręcz i osobiście powiedziałem co mógłbym im w tym przedmiocie zarekomendować (podpisanie nowej umowy) – więc raczej nikt nie powinien myśleć, że utopiony w polityce i filozofii nie zauważam życia wokół. W swoim podpisanym komentarzu moje zdanie potwierdziła P. Anna Stach, formalna przedstawicielka drugiej organizacji lokatorskiej. Albo powiedzmy dyplomatyczniej: okazało się, że oboje mamy na ten temat tę samą opinię, pisemnie zostało to potwierdzone. Cieszę się, ponieważ oznacza to, że wbrew kolportowanym opiniom moich „wielbicieli” te strony nie kipią wcale totalną negacją wszystkiego, ergo wystąpienie na nich nie jest automatycznie tożsame z infamią, opryszczką i innymi plagami.
O psach już pisałem. O „psiej akcji” również. Tu dodam tyle, że psie odchody przeszkadzają mi nie mniej, niż autorom „kampanii”. Niestety sposoby jej prowadzenia uważam za głęboko idiotyczne, a pewne elementy za wręcz nieprawne. Poniżej pokrótce postaram się to wyjaśnić. Otóż w odpowiedzi na pismo drugiej organizacji lokatorskiej znalazły się następujące fragmenty:
• ponieważ warunki Umowy z Firmą Ochroniarską zostały już zatwierdzone i podpisane- DOM „Wierzbno" w najbliższym czasie przekaże Ochronie UNIWERSUM Państwa sugestie w kwestii nadzoru przypadków wyprowadzania psów na pobliskie trawniki.
• zlecono także zakup odrębnych pojemników na psie odchody, oraz przekazano dozorcy Państwa uwagi w tym względzie,
• skwer od strony ulicy Domaniewskiej jest ogrodzony i zamknięty. DOM „Wierzbno" wymienił także zamek od furtki, który powinien uniemożliwić mieszkańcom wstęp na ten teren.
Z poważaniem
Z-ca Kierownika ds Eksploatacji
Anna Hertyk
„Jedźmy” teraz po kolei, najpierw passus o „warunkach umowy z firmą ochroniarską już zatwierdzonych i podpisanych”. Warunki te, proszę Państwa, limitowane są obszarem działki przynależnej do domu Abramowskiego 9. Właściciel terenu może sobie podpisywać umowy z kim chce i jakie chce – pod warunkiem, że ich treść nie dotyczy terenu innego, jak tylko należącego do owego właściciela! Granica naszej działki przebiega mniej więcej na wysokości nosów samochodów parkujących na placyku do tego przeznaczonym, na zewnątrz budynku. Ulica i trawnik po jej drugiej stronie, wzdłuż płotu Instytutu Budownictwa, NIE NALEŻY do naszej działki, żadna umowa dotycząca czegokolwiek, a podpisana przez administratorów nie miała by więc mocy prawnej. W tym miejscu proszę sobie przypomnieć śnieżną zimę sprzed kilku lat – domagaliśmy się wówczas systematycznego odśnieżania parkingu i ulicy. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, że „to nie jest teren administracji i proszę zwracać się do Zarządu Dróg Miejskich”. W świetle prawa można zatem apelować do dowolnej osoby, by dbała o swoje zwierzę – ale zupełnie nie można czynić za to odpowiedzialnymi ochroniarzy. Ci bowiem działają na terenie działki, a nie poza nią. Mogę się jedynie domyślać, że zmiana umowy z nimi podpisanej może dotyczyć różnych spraw – ale tej akurat nie. Przy okazji: podczas tegorocznej śnieżnej zimy dzielni administratorzy ANI RAZU nie zadbali o to, by Zarząd Dróg Miejskich choć raz przysłał przed nasz dom pług śnieżny czy inną maszynę. Czy dzieje się tak dlatego, że najwięksi domowi „reformatorzy” parkują swe pojazdy w garażach wewnętrznych i w nosie mają resztę „pospólstwa”?
Zwróćmy teraz uwagę na passus o „skwerze od strony Domaniewskiej”. Został trwale zamknięty, zamki stalowej furty wymienione. Dlaczego? Czy ktoś inny poza OGÓŁEM lokatorów nabył do tego terenu jakieś szczególne prawa? Czy lokatorzy tzw. parteru stali się pewnego dnia ważniejsi od reszty sąsiadów – i wymogli uznanie tego stanu na administratorach? Na podstawie jakiego to przepisu uniemożliwia mi się przechadzki po terenie działki, na której stoi dom, w którym mieszkam? Nieśmiało dodaję, że nie mam psa, a kotów, moich współlokatorów, nie planuję wypasać na tym wewnętrznym skwerku. Oświadczam przeto, że ilekroć będę chciał tam wejść – to wejdę. Mam prawo to uczynić (w czynszu zawarty jest także podatek gruntowy za CAŁOŚĆ terenu, oczywiscie w odpowiedniej proporcji na jeden lokal), a każdy, kto w celu ograniczenia tego prawa wezwie na pomoc na przykład Straż Miejską okaże się prostym idiotą. Którego zresztą natychmiast potem oskarżę formalnie o ograniczanie moich praw lokatorskich i obywatelskich.
Przy okazji: w sieci od pewnego czasu toczy się dość żywa dyskusja o najnowszym pomyśle „polityków” PO. Dotyczy zamiaru sterylizacji zwierząt domowych. Jeśli obywatelu nie urżniesz swemu ulubieńcowi tego czy owego – będziesz potraktowany jako nielicencjonowany hodowca. Co oczywiście skutkuje odpowiednimi podatkami… To dziwne – ale domowa kampania z psami związana jakoś tak zbiegła się w tym domu w czasie z pomysłami wyżej wymienionymi. ADM natychmiast na „postulat lokatorski” zareagował, pisma krążyły jak błyskawice, choć przedtem ten obieg był nieco… ospały. Są ludzie, którzy twierdzą, że nie ma w formalno-prawnym życiu przypadków, a wszystkie rzekome improwizacje zostały starannie zaplanowane. Są też tacy, którzy dzisiaj widzą nonsens i niebezpieczeństwo planistycznego sterylizowania domowych ulubieńców, ponieważ ich zdaniem jutro będzie to dotyczyło… może ludzi? Inaczej myślących, niepokornych, krzywych, kulawych czy garbatych?
M.Z.
O psach już pisałem. O „psiej akcji” również. Tu dodam tyle, że psie odchody przeszkadzają mi nie mniej, niż autorom „kampanii”. Niestety sposoby jej prowadzenia uważam za głęboko idiotyczne, a pewne elementy za wręcz nieprawne. Poniżej pokrótce postaram się to wyjaśnić. Otóż w odpowiedzi na pismo drugiej organizacji lokatorskiej znalazły się następujące fragmenty:
• ponieważ warunki Umowy z Firmą Ochroniarską zostały już zatwierdzone i podpisane- DOM „Wierzbno" w najbliższym czasie przekaże Ochronie UNIWERSUM Państwa sugestie w kwestii nadzoru przypadków wyprowadzania psów na pobliskie trawniki.
• zlecono także zakup odrębnych pojemników na psie odchody, oraz przekazano dozorcy Państwa uwagi w tym względzie,
• skwer od strony ulicy Domaniewskiej jest ogrodzony i zamknięty. DOM „Wierzbno" wymienił także zamek od furtki, który powinien uniemożliwić mieszkańcom wstęp na ten teren.
Z poważaniem
Z-ca Kierownika ds Eksploatacji
Anna Hertyk
„Jedźmy” teraz po kolei, najpierw passus o „warunkach umowy z firmą ochroniarską już zatwierdzonych i podpisanych”. Warunki te, proszę Państwa, limitowane są obszarem działki przynależnej do domu Abramowskiego 9. Właściciel terenu może sobie podpisywać umowy z kim chce i jakie chce – pod warunkiem, że ich treść nie dotyczy terenu innego, jak tylko należącego do owego właściciela! Granica naszej działki przebiega mniej więcej na wysokości nosów samochodów parkujących na placyku do tego przeznaczonym, na zewnątrz budynku. Ulica i trawnik po jej drugiej stronie, wzdłuż płotu Instytutu Budownictwa, NIE NALEŻY do naszej działki, żadna umowa dotycząca czegokolwiek, a podpisana przez administratorów nie miała by więc mocy prawnej. W tym miejscu proszę sobie przypomnieć śnieżną zimę sprzed kilku lat – domagaliśmy się wówczas systematycznego odśnieżania parkingu i ulicy. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, że „to nie jest teren administracji i proszę zwracać się do Zarządu Dróg Miejskich”. W świetle prawa można zatem apelować do dowolnej osoby, by dbała o swoje zwierzę – ale zupełnie nie można czynić za to odpowiedzialnymi ochroniarzy. Ci bowiem działają na terenie działki, a nie poza nią. Mogę się jedynie domyślać, że zmiana umowy z nimi podpisanej może dotyczyć różnych spraw – ale tej akurat nie. Przy okazji: podczas tegorocznej śnieżnej zimy dzielni administratorzy ANI RAZU nie zadbali o to, by Zarząd Dróg Miejskich choć raz przysłał przed nasz dom pług śnieżny czy inną maszynę. Czy dzieje się tak dlatego, że najwięksi domowi „reformatorzy” parkują swe pojazdy w garażach wewnętrznych i w nosie mają resztę „pospólstwa”?
Zwróćmy teraz uwagę na passus o „skwerze od strony Domaniewskiej”. Został trwale zamknięty, zamki stalowej furty wymienione. Dlaczego? Czy ktoś inny poza OGÓŁEM lokatorów nabył do tego terenu jakieś szczególne prawa? Czy lokatorzy tzw. parteru stali się pewnego dnia ważniejsi od reszty sąsiadów – i wymogli uznanie tego stanu na administratorach? Na podstawie jakiego to przepisu uniemożliwia mi się przechadzki po terenie działki, na której stoi dom, w którym mieszkam? Nieśmiało dodaję, że nie mam psa, a kotów, moich współlokatorów, nie planuję wypasać na tym wewnętrznym skwerku. Oświadczam przeto, że ilekroć będę chciał tam wejść – to wejdę. Mam prawo to uczynić (w czynszu zawarty jest także podatek gruntowy za CAŁOŚĆ terenu, oczywiscie w odpowiedniej proporcji na jeden lokal), a każdy, kto w celu ograniczenia tego prawa wezwie na pomoc na przykład Straż Miejską okaże się prostym idiotą. Którego zresztą natychmiast potem oskarżę formalnie o ograniczanie moich praw lokatorskich i obywatelskich.
Przy okazji: w sieci od pewnego czasu toczy się dość żywa dyskusja o najnowszym pomyśle „polityków” PO. Dotyczy zamiaru sterylizacji zwierząt domowych. Jeśli obywatelu nie urżniesz swemu ulubieńcowi tego czy owego – będziesz potraktowany jako nielicencjonowany hodowca. Co oczywiście skutkuje odpowiednimi podatkami… To dziwne – ale domowa kampania z psami związana jakoś tak zbiegła się w tym domu w czasie z pomysłami wyżej wymienionymi. ADM natychmiast na „postulat lokatorski” zareagował, pisma krążyły jak błyskawice, choć przedtem ten obieg był nieco… ospały. Są ludzie, którzy twierdzą, że nie ma w formalno-prawnym życiu przypadków, a wszystkie rzekome improwizacje zostały starannie zaplanowane. Są też tacy, którzy dzisiaj widzą nonsens i niebezpieczeństwo planistycznego sterylizowania domowych ulubieńców, ponieważ ich zdaniem jutro będzie to dotyczyło… może ludzi? Inaczej myślących, niepokornych, krzywych, kulawych czy garbatych?
M.Z.
piątek, 6 lutego 2009
Festiwal piosenki żołnierskiej
Trwa od przedwczoraj i dotyczy mebla zwanego okrągłym stołem. Oficjele postanowili uroczyście obejść dwudziestą rocznicę tego wydarzenia. Oczywiście przedstawiając je jako triumf… pal sześć czego, chodzi o pojęcie TRIUMF. Były wieczory wspominkowe, wystąpili najwybitniejsi artyści scen polskich z Adamem M. na czele. Oczywiście jak to w świecie bywa pojawiły się głosy niekoniecznie wpisujące się w urzędową euforię. Ba, wspomniano coś o wielkim kancie, którego naród zupełnie jest w całości nieświadomy. Zaprzyjaźniona prasa i równie zaprzyjaźnione stacje telewizyjne natychmiast dały tej niesłusznej teorii należyty odpór. Posłużono się najprostszym zabiegiem: nie wyznających oficjalnej linii wrzucono do wora z napisem „Spiskowcy”. Mając rzec jasna na myśli to, że oponenci reprezentują głęboko niesłuszną linię spiskowej teorii dziejów, zatem nie ma co z nimi poważnie gadać. „Spiskowcy” do wora, wór do jeziora… Uwaga: to już mój dopisek, uczyniony zresztą na podstawie doświadczenia i pamięci o metodach, którymi drzewiej rozprawiano się z niejakim Długim Romkiem Giertychem, jeszcze za czasów gdy był Ministrem Oświaty.
W festiwalu głosów ewidentnie chwalących nieszczęsny mebel, co do którego nie ma już pewności czy był okrągły, czy kanciasty pojawiły się elementy martyrologiczne: krew, która nie została jakoby rozlana (czyżby zamordowani tuż przed ustawieniem tego mebla w Magdalence nie mieli krwi w żyłach?), sowieckie tanki, które nie weszły, choć wejść mogły… I takie tam różne jeszcze wyznania pożytecznych idiotów, dla których to, co być mogło lub nie mogło, a to, co było to jedna magma, w której nie warto się babrać, bo nie daj Boże wyjdzie jeszcze coś niebezpiecznego i stanie się wstyd. W tym więc zakresie festiwal okrągłostołowy jako żywo przypomina stare, dobre festiwale pieśni żołnierskiej, partyzanckiej i miłosnej z Kolobrzegu. Jak wiadomo – a pieśni tam wykonywane tego dowodzą - żołnierz nadchodzący „ze wschodniej strony” pukał kwiatem w okienko, panienka otwierała i było git. Pod warunkiem, że nie miala zegarka... Zas ludowi partyzanci z wyciętych lasów cieszyli się jak dzieci, gajowy był akurat na urlopie i nie musieli się obawiać, że ktoś ich wygoni z tych wykrotów i wądołów…
M.Z.
W festiwalu głosów ewidentnie chwalących nieszczęsny mebel, co do którego nie ma już pewności czy był okrągły, czy kanciasty pojawiły się elementy martyrologiczne: krew, która nie została jakoby rozlana (czyżby zamordowani tuż przed ustawieniem tego mebla w Magdalence nie mieli krwi w żyłach?), sowieckie tanki, które nie weszły, choć wejść mogły… I takie tam różne jeszcze wyznania pożytecznych idiotów, dla których to, co być mogło lub nie mogło, a to, co było to jedna magma, w której nie warto się babrać, bo nie daj Boże wyjdzie jeszcze coś niebezpiecznego i stanie się wstyd. W tym więc zakresie festiwal okrągłostołowy jako żywo przypomina stare, dobre festiwale pieśni żołnierskiej, partyzanckiej i miłosnej z Kolobrzegu. Jak wiadomo – a pieśni tam wykonywane tego dowodzą - żołnierz nadchodzący „ze wschodniej strony” pukał kwiatem w okienko, panienka otwierała i było git. Pod warunkiem, że nie miala zegarka... Zas ludowi partyzanci z wyciętych lasów cieszyli się jak dzieci, gajowy był akurat na urlopie i nie musieli się obawiać, że ktoś ich wygoni z tych wykrotów i wądołów…
M.Z.
wtorek, 3 lutego 2009
INFO – ciąg dalszy poprzedniego wpisu
Wspominane wczoraj pismo dotarło ponownie do podpisu. Na dole dokumentu podkreślony fragment: obowiązują poprzednie zniżki związane z usterkami w lokalu. Nie wdając się w szczegóły – podpisałem. W przekonaniu, że czynię właściwie i że nie kryje się za całością żaden podstęp.
Od innych centrów informacyjnych żadnego odzewu. Moje zdanie kolportuję wyłącznie na tej stronie – i telefonicznie w kilku rozmowach z zaprzyjaźnionymi lokatorami. Stowarzyszenie „Po Drugiej Stronie” zawiadomione. To wszystko co mogłem dla Państwa zrobić w tym przedmiocie.
M.Z.
Od innych centrów informacyjnych żadnego odzewu. Moje zdanie kolportuję wyłącznie na tej stronie – i telefonicznie w kilku rozmowach z zaprzyjaźnionymi lokatorami. Stowarzyszenie „Po Drugiej Stronie” zawiadomione. To wszystko co mogłem dla Państwa zrobić w tym przedmiocie.
M.Z.
poniedziałek, 2 lutego 2009
Idzie „nowe”
Dzisiaj, 2 lutego 2009 r. w godzinach wieczornych odwiedziła mnie pani z administracji. Chciała wręczyć dokument mówiący o wypowiedzeniu poprzednio sygnowanej umowy najmu i ustaleniu nowej stawki czynszu na poziomie 9 zł za metr kwadratowy. Odmówiłem przyjęcia – mam prawo do rozwagi, a zgodnie z literą prawa dokument ten winien być przesłany do każdego lokatora listem poleconym. Nadto jak większość lokatorów korzystam ze zniżki wynikającej z komisyjnego i wielokrotnego stwierdzenia w moim mieszkaniu licznych usterek. Ponieważ miła skądinąd doręczycielka nie była w stanie wytłumaczyć na gorąco jak te dwie sprawy zostaną połączone (stawka bazowa 9 zł i obniżka z powodu usterek) – czekam na list polecony.
By zaś nie tracić czasu sięgnąłem od razu do podstawy prawnej, na którą powołuje się wspomniane wyżej, a nie odebrane pismo. Okazało się nią
ZARZĄDZENIE NR 2437/2008
PREZYDENTA MIASTA STOŁECZNEGO WARSZAWY
z dnia 23 grudnia 2008 r.
Proponuje Państwu odszukanie tego dokumentu na stronie internetowej. W tym miejscu przywołam fragment, który dotyczy(moim zdaniem) naszego domu. Brzmi on:
... za najem lokali znajdujących się w budynkach wybudowanych po 1995 r. o powierzchni powyżej 80 m2 oddawanych w najem w drodze przetargu ograniczonego do osób, które opróżniły samodzielny lokal wynajmowany z mieszkaniowego zasobu m.st. Warszawy lub przeniosły na rzecz m.st. Warszawy prawo własności lokalu znajdującego się na terenie m.st. Warszawy, /nalicza się – dop. autora/ odpowiednio dla strefy:
1) peryferyjnej – 8,10 zł (słownie złotych: osiem dziesięć groszy),
2) miejskiej – 9,00 zł (słownie złotych: dziewięć),
3) centralnej – 10,00 zł (słownie złotych: dziesięć)…
Nie specjalizuję się w opiniowaniu aktów prawnych, publicystycznie dałem już wyraz swojemu stosunkowi do podobnych działań. O ile jednak rozumiem dokonano w stosunku do lokatorów domu przy Abramowskiego 9 OBNIŻKI STAWKI BAZOWEJ CZYNSZU KOMERCYJNEGO z 10 zł za metr kwadratowy do 9 zł za tenże metr.
Pozostaje pytanie: a co z usterkami i wynikającymi z ich istnienia obniżkami stawek bazowych? Na to jak wiadomo lokatorzy również przechowują stosowne i formalne dokumenty. Czy procedura weryfikacji usterkowej będzie powtórzona? Jak będzie miała się do nowej stawki bazowej?
Zapraszam do wymiany poglądów w tej sprawie formalną reprezentantkę drugiej grupy lokatorskiej. Bo jak mi wiadomo tylko po dzisiejszym wieczorze – inni sąsiedzi też chcą wiedzieć. A ja być może mam rację – a być może nieco się mylę. Tak czy siak warto porozmawiać choćby na płaszczyźnie strony sieciowej.
Marek Zarębski
By zaś nie tracić czasu sięgnąłem od razu do podstawy prawnej, na którą powołuje się wspomniane wyżej, a nie odebrane pismo. Okazało się nią
ZARZĄDZENIE NR 2437/2008
PREZYDENTA MIASTA STOŁECZNEGO WARSZAWY
z dnia 23 grudnia 2008 r.
Proponuje Państwu odszukanie tego dokumentu na stronie internetowej. W tym miejscu przywołam fragment, który dotyczy(moim zdaniem) naszego domu. Brzmi on:
... za najem lokali znajdujących się w budynkach wybudowanych po 1995 r. o powierzchni powyżej 80 m2 oddawanych w najem w drodze przetargu ograniczonego do osób, które opróżniły samodzielny lokal wynajmowany z mieszkaniowego zasobu m.st. Warszawy lub przeniosły na rzecz m.st. Warszawy prawo własności lokalu znajdującego się na terenie m.st. Warszawy, /nalicza się – dop. autora/ odpowiednio dla strefy:
1) peryferyjnej – 8,10 zł (słownie złotych: osiem dziesięć groszy),
2) miejskiej – 9,00 zł (słownie złotych: dziewięć),
3) centralnej – 10,00 zł (słownie złotych: dziesięć)…
Nie specjalizuję się w opiniowaniu aktów prawnych, publicystycznie dałem już wyraz swojemu stosunkowi do podobnych działań. O ile jednak rozumiem dokonano w stosunku do lokatorów domu przy Abramowskiego 9 OBNIŻKI STAWKI BAZOWEJ CZYNSZU KOMERCYJNEGO z 10 zł za metr kwadratowy do 9 zł za tenże metr.
Pozostaje pytanie: a co z usterkami i wynikającymi z ich istnienia obniżkami stawek bazowych? Na to jak wiadomo lokatorzy również przechowują stosowne i formalne dokumenty. Czy procedura weryfikacji usterkowej będzie powtórzona? Jak będzie miała się do nowej stawki bazowej?
Zapraszam do wymiany poglądów w tej sprawie formalną reprezentantkę drugiej grupy lokatorskiej. Bo jak mi wiadomo tylko po dzisiejszym wieczorze – inni sąsiedzi też chcą wiedzieć. A ja być może mam rację – a być może nieco się mylę. Tak czy siak warto porozmawiać choćby na płaszczyźnie strony sieciowej.
Marek Zarębski
czwartek, 29 stycznia 2009
Konsystencje
Albo po ludzku: skupienia, gęstości. Mogą dotyczyć dżemu wiśniowego, miodu czy zupy. Ale mogę też dotyczyć poczucie własnej integralności u tego lub owego osobnika. Ostatnio mam pewne kłopoty z tym właśnie problemem. Jak polemizować z kimś, kto WIE – i to WIE tak mocno, że żaden argument doń nie dociera, a wszystkie odbierane są nie jako głosy dyskusyjne, ale jako atak personalny?
Ukazał się ostatnio tomik wierszy Wisławy Szymborskiej. Tak, noblistki i byłej stalinistki, wszystko się zgadza. Moim zdaniem, nie będę go tu przesadnie forsował, jest to tomik co najwyżej marnowaty i w zestawieniu z innymi poetami noblista nie wspięła się na Mount Everest, raczej doszła do połowy wspinaczkowej trasy na Rysy. No cóż, wolno jej, osobiście nie spodziewałem się niczego lepszego, zatem i rozczarowanie żadne. W tym wieku dojście do połowy trasy na Rysy to i tak wyczyn nie lada…
W sieci zażarta polemika. Herbert kontra Szymborska. Tak, ten niedoceniany, ale piekielnie spójny poeta, którego właściwie zaszczuto na śmierć, nie drukując, poniżając i po wielokroć zdradzając. Skąd ktoś wyciągnął tak donośny (jak Herbert) dzwon zygmuntowski – dalibóg nie wiem. Ale uczyniwszy to broni swej opinii jak nie przymierzając birbant ostatniego pół litra na przyjęciu. On wie, on ma prawo, on pędzi innych gdzie wiatr poniesie, on sobie nie da niczego powiedzieć – bo jest przecież tak „głęboko konsystentnie integralny” jak nie przymierzając skała albo diament jaki. Cholera! Takiemu dyskutantowi ma się ochotę dać w pysk czymś ciężkim. Naruszyć tę jego piekielną konsystencję i zrobić z niej dżem agrestowy. Słabo konsystentny…
Ale nie – wszak to rozmowa literacka, tu takie argumenty ponoć nie uchodzą… Na pewno?
Tak, już się gdzieś z tym spotkałem, z ludźmi z tym samym poczuciem tak wielkiej własnej godności, że jej imienia nie godzi się wymieniać, przecież nie wzywa się bogów swych nadaremno. „Bogów swych”? No tak, niemal tak wysoko się umieścili, takimi bożkami mianowali. Dociekliwi znajdą rzecz całą w ubiegłorocznych zapiskach – a jeśli nie znajdą to też żadna strata. Nasycenie tkanki własnej dumy okazało się tak wielkie, że przekształciło osobnika w kamień. Tkwi gdzieś pomiędzy piętrami – albo i na piętrze – nikt sobie tym gitary nie zawraca. Kto dzisiaj słucha śpiewu kamieni? Kogo obchodzą ich bóle i choroby? Na przykład takie, że na kamienie milowe czy przydrożne wybrano kogo innego, miękkiego i łatwo sterowalnego…
M.Z.
Ukazał się ostatnio tomik wierszy Wisławy Szymborskiej. Tak, noblistki i byłej stalinistki, wszystko się zgadza. Moim zdaniem, nie będę go tu przesadnie forsował, jest to tomik co najwyżej marnowaty i w zestawieniu z innymi poetami noblista nie wspięła się na Mount Everest, raczej doszła do połowy wspinaczkowej trasy na Rysy. No cóż, wolno jej, osobiście nie spodziewałem się niczego lepszego, zatem i rozczarowanie żadne. W tym wieku dojście do połowy trasy na Rysy to i tak wyczyn nie lada…
W sieci zażarta polemika. Herbert kontra Szymborska. Tak, ten niedoceniany, ale piekielnie spójny poeta, którego właściwie zaszczuto na śmierć, nie drukując, poniżając i po wielokroć zdradzając. Skąd ktoś wyciągnął tak donośny (jak Herbert) dzwon zygmuntowski – dalibóg nie wiem. Ale uczyniwszy to broni swej opinii jak nie przymierzając birbant ostatniego pół litra na przyjęciu. On wie, on ma prawo, on pędzi innych gdzie wiatr poniesie, on sobie nie da niczego powiedzieć – bo jest przecież tak „głęboko konsystentnie integralny” jak nie przymierzając skała albo diament jaki. Cholera! Takiemu dyskutantowi ma się ochotę dać w pysk czymś ciężkim. Naruszyć tę jego piekielną konsystencję i zrobić z niej dżem agrestowy. Słabo konsystentny…
Ale nie – wszak to rozmowa literacka, tu takie argumenty ponoć nie uchodzą… Na pewno?
Tak, już się gdzieś z tym spotkałem, z ludźmi z tym samym poczuciem tak wielkiej własnej godności, że jej imienia nie godzi się wymieniać, przecież nie wzywa się bogów swych nadaremno. „Bogów swych”? No tak, niemal tak wysoko się umieścili, takimi bożkami mianowali. Dociekliwi znajdą rzecz całą w ubiegłorocznych zapiskach – a jeśli nie znajdą to też żadna strata. Nasycenie tkanki własnej dumy okazało się tak wielkie, że przekształciło osobnika w kamień. Tkwi gdzieś pomiędzy piętrami – albo i na piętrze – nikt sobie tym gitary nie zawraca. Kto dzisiaj słucha śpiewu kamieni? Kogo obchodzą ich bóle i choroby? Na przykład takie, że na kamienie milowe czy przydrożne wybrano kogo innego, miękkiego i łatwo sterowalnego…
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)