Jest to kategoria delikatnie abstrakcyjna, ponieważ polega na tym, że owo myślenie nie jest ograniczane zasadami doraźnie wybranych praw, czy innych kodeksowych bzdur, jakich namnożyło się u nas ostatnio bez liku, więc każdą głupotę da się jakoś uzasadnić. Swoboda jednak nie może być pozbawiona rozsądku – wówczas takie myślenie byłoby nie swobodnym, ale po prostu głupim.
A o czym ja tak naprawdę? Najpierw o politycznych meandrach, które każą coraz większej grupie polskich polityków nawoływać do rychłego wprowadzenia w Polsce waluty euro. Że jest to czynność głupia można się przekonać czytając te same gazety i słuchając tych samych stacji radiowych i telewizyjnych. Wszystkie donoszą otóż, że strefa euro jeśli nie obumiera, to na pewno ma kłopoty większe od innych stref. Czemu więc zatem swobodnie myśląc dochodzę do wniosku, że rząd rżnie głupa i zachowuje się jak banda małolatów, którym tyle rozumowo brakuje do matury, ile mnie do wczesnej młodości? Jak pożenić jedno z drugim nie obrażając rozumu? Po grzmota włazić tam, gdzie bez dania racji biją? Po co ściągać na siebie i bliskich kłopoty?
Kolejny problem wynika z analizy pewnego ogłoszenia, które uparcie od wielu dni przewija się przez wszystkie stacje radiowe. Słuchaczy namawia się otóż do systematycznego jedzenia ryb. Samo w sobie głupie to nie jest, lubię i solę i łososia. Reklama zestawione z unijnym nakazem likwidacji dwóch dużych polskich stoczni każe się jednak zastanowić nad wymową całości. Bo niby jak to: ryby bez statków, które je złowią? A może tylko ryby złowione przez Niemców i Francuzów nadają się do jedzenia, przez co zakład produkujący takie wypasione kajaki, jak trawlery Polakom wcale nie jest niezbędny? Coś tu wyraźnie zgrzyta, stocznie mają zwrócić państwowe dotacje ino migiem, to jest do czerwca przyszłego roku. Pewien publicysta, Stanisław Michalkiewicz rozsądnie przeto wpadł na pomysł, by natychmiast stocznie przemianować na banki – te bowiem chętnie i za pozwoleństwem wielkich unijnych komisarzy dotacje mogą połykać. Nikt nikogo za to nie gani.
W drzwiach mojej klatki schodowej kolejny żywy dyskurs na temat porządków, pardon, burdelu, jakie ekipa remontująca „jedynkę” zarządziła w windzie i jej okolicach. Oczywiście natychmiast znajduje się ten upierdliwy facet, który twierdzi, że żadne prawo nie zostało naruszone, ”jakoś” i „kiedyś” trzeba to robić – więc się robi. To jest trzecia forma prawdy, czyli gówno prawda. Bo istnieje jeszcze coś takiego, jak zasady współżycia społecznego, przyznaję, że kodyfikacja jest tu mętna – ale jest. Nie można zatem najmować ekip remontowych, które kują i wiercą bez zmiłowania co najmniej do dziewiętnastej (ale częściej do dwudziestej), gruz wsypują żywcem na windową podłogę, a o przetarciu ścian z cementowego pyłu nigdy pewnie nie słyszały. I nie ma znaczenia, że przyszły lokator chce mieć marmurowe parapety (jeśli chce) i brylantowy salon, zaś administracja udaje, że nic złego się nie dzieje. Robole psują reszcie lokatorów dni powszednie i niedziele, tych lokatorów jest więcej, niż wielbicieli elektrycznego młota, nikt brudny być nie musi w piętnaście sekund po wyjściu z własnego domu. Więc może już dość tych manewrów?
M.Z.
O ludziach, ludzkich i diabelskich sprawach - i wszystkim o czym chcę coś powiedzieć. M.Z. to Marek Zarębski. Strona zawiera treści ujęte w formę słowa pisanego. Wszelkie zatem pretensje przyjmuję również TYLKO W TEJ FORMIE!
niedziela, 9 listopada 2008
piątek, 7 listopada 2008
Święto czy spór o bal?
11 listopada 1918… Cóż takiego stało się tego właśnie dnia? Wprawni historycznie wiedzą doskonale, że Rada Regencyjna przekazała cała władzę cywilną i wojskową w ręce Józefa Piłsudskiego. No i w Compiegne pod Paryżem, w słynnym potem wagonie kolejowym Niemcy podpisały akt kapitulacji. Dla Polaków wszakże ta data miała już zawsze znaczenie, może niekoniecznie oficjalne przez wszystkie minione lata – ale symboliczne na pewno. Pierwszy dzień prawdziwej wolności… Na Pilsudskiego naciskano podczas tworzenia pierwszego rzadu z lewa i z prawa. Skwitowal to krotko: nie chodzi o lewice czy prawice, mam to w dupie, chodzi o calosc (cytat oryginalny). Na nic zdały się pozniejsze o wiele lat manewry komunistycznych nuworyszy, udających, że w listopadzie to nic, tylko Rewolucja Październikowa, czyli masowa grabież zarządzona w Rosji przez pewnego niemieckiego agenta. Gdzieś w roku 1978 nieco odpuszczono: pamiętam z jakim zdziwieniem przyjąłem dyspozycję mojego ówczesnego szefa, który w gazetce dla dzieciaków, była taka i nazywała się „Świat Młodych”, zarządził zorganizowanie obchodów tego właśnie listopadowego zdarzenia. Się zorganizowało… Partyjni lektorzy – no bo tylko takich wolno nam było zaprosić do tłumaczenia historycznego faktu – nie mogli wyjść ze zdziwienia ile też tamta szkolna młodzież wie o tej dacie i związanych z nią okolicznościach. Niektórych „tłumaczy” za sprawą tej wiedzy wprost wdeptano w glebę. A rzecz nie działa się wcale w żadnych prywatnych, sowicie opłacanych szkołach, takowych w ogóle naonczas nie było – ale gdzieś w widłach Wisły i Sanu, w marnym dość budyneczku opodal dumnie obwieszonego transparentami PGR-u. Dzieciaki wiedziały więcej, niż to kiedykolwiek w komuszych pałach mogło się zmieścić. I potrafiły z tej wiedzy korzystać.
Minęło trzydzieści lat. Niektórzy uparcie utrzymują, że odzyskaliśmy prawdziwą wolność. Osobiście w to wątpię – ale pal sześć moje poglądy, których jak diabeł święconej wody boi się spora grupa sąsiadów. Rzecz w tym, iż wielokrotnie więcej stacji telewizyjnych, dostęp do nieznanego kiedyś medium, jakim jest Internet i w ogóle „zadekretowany postęp” doprowadziły do takiego odmóżdżenia, które na hasło „11 listopada” automatycznie wywołuje rezonans: kłótnia o bal u prezydenta! Kłócą się oczywiście ci sami, co zwykle, rację także mają wskazani. O co? A kto by tam sobie głowę zawracał takimi duperelami… Wracajac do Pilsudskiego: czy to nie on wlasnie stwierdzil z pewna ostro podana zaduma, że Polska to wielka rzecz, tylko ludzie kurwy?
Nie ma się co przejmować. Odmóżdżeni jak to odmóżdżeni – udają mądrych i szczęśliwych. Zawiadowcy rozumów mają w odwodzie poważne rozważania na temat opalenizny nowego amerykańskiego prezydenta, rajd bulteriera Pis-u za policyjnym konwojem (a propos: to w końcu w owym konwoju przewożono gangsterów, czy kolegów ministra Ćwiąkalskiego, czyli prawników?) i spór o ciążę pewnej pani wiceminister, tak szkaradnej, że aż dziw bierze, iż… no mniejsza o to. Prawdziwa niepodległość jest ciągle tematem wstydliwym. No bo jakże tu mówić o sznurku w domu wisielca?
M.Z.
Minęło trzydzieści lat. Niektórzy uparcie utrzymują, że odzyskaliśmy prawdziwą wolność. Osobiście w to wątpię – ale pal sześć moje poglądy, których jak diabeł święconej wody boi się spora grupa sąsiadów. Rzecz w tym, iż wielokrotnie więcej stacji telewizyjnych, dostęp do nieznanego kiedyś medium, jakim jest Internet i w ogóle „zadekretowany postęp” doprowadziły do takiego odmóżdżenia, które na hasło „11 listopada” automatycznie wywołuje rezonans: kłótnia o bal u prezydenta! Kłócą się oczywiście ci sami, co zwykle, rację także mają wskazani. O co? A kto by tam sobie głowę zawracał takimi duperelami… Wracajac do Pilsudskiego: czy to nie on wlasnie stwierdzil z pewna ostro podana zaduma, że Polska to wielka rzecz, tylko ludzie kurwy?
Nie ma się co przejmować. Odmóżdżeni jak to odmóżdżeni – udają mądrych i szczęśliwych. Zawiadowcy rozumów mają w odwodzie poważne rozważania na temat opalenizny nowego amerykańskiego prezydenta, rajd bulteriera Pis-u za policyjnym konwojem (a propos: to w końcu w owym konwoju przewożono gangsterów, czy kolegów ministra Ćwiąkalskiego, czyli prawników?) i spór o ciążę pewnej pani wiceminister, tak szkaradnej, że aż dziw bierze, iż… no mniejsza o to. Prawdziwa niepodległość jest ciągle tematem wstydliwym. No bo jakże tu mówić o sznurku w domu wisielca?
M.Z.
niedziela, 19 października 2008
No i kto ma rację?
Ale zanim o tym kto tę rację ma i dlaczego – finał treści poprzedniego felietonu. Otóż większość głosów wnosi, iż jednak przegrał premier. Powiem więcej: głosy te pojawiły się już nawet na sprzyjających mu dawniej forach sieciowych i w zaprzyjaźnionych stacjach TV. Czyżby parasol ochronny zdjęty? Mniejsza o to, mamy problem z wkraczającym powoli także do nas kryzysem finansowym. Czymże więc pozostają te polityczne kukiełki wobec problemów, jakie wyłażą z cienia każdego dnia, czy tknąć się energetyki, czy budownictwa?
A rację mają ci lokatorzy klatki pierwszej, którzy przeróbek budowlanych w lokalu „jeden” mają już powyżej uszu. I nie chodzi nawet o huk elektrycznych młotków – bardziej o brud, jaki pojawił się, gdy dzielni rękodzielnicy poczęli gruz z pierwszego piętra wywozić windą bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności tak w windowej kabinie, jak wszędzie wokół. 18 października na podłodze windy pojawiła się co prawda folia. Ale zaraz potem na tę folię najwyraźniej szuflami poczęto wsypywać pozostałości sufitów i ścian. Brud, kurz i zaraza taka, że trudno wytrzymać. Wszystko zostawiono oczywiście i na niedzielę, częste windy mycie komuś skraca życie… Co za idiota remontuje w ten sposób lokal w zamieszkałym przez ludzi budynku? Nie tak dawno niektórych zapewniano, że tym razem remonty w prywatnych mieszkaniach dokonane zostaną jak najbardziej fachowo, z zachowaniem należytej staranności wobec otoczenia. I „niektórzy” nawet w to uwierzyli. No to teraz mają jak na dłoni co znaczą podobne zapewnienia i co znaczy fachowość wzięta z przetargu, czyli za jak najmniejsze pieniądze. Nic się proszę Państwa nie zmieniło od chwili, kiedy to dzielni budowlańcy dom nasz stawiali pod nadzorem innych dzielnych budowlańców. Ciekawe co się stanie, gdy „fachowcy” wezmą się za naprawianie tynków, które odpadły z sufitu klatki schodowej pierwszej. Tak, tak, znów kilkadziesiąt kilogramów gruzu poleciało w dół, dobrze, że nie trafiło w kogoś, trup na miejscu jak amen w pacierzu.
Inwokacja do lokatorów, którzy winą za wszystko obarczyli… ochronę! Panowie: dajcie sobie spokój. To nie ochrona rzecz cała wymyśliła, nie pod jej skrzydłami rzecz owa się toczy. Zgodnie ze standardową umową ochrony (jej wzór omawiałem swojego czasu pisując jeszcze na stronę www.abramowskiego9.waw.pl) ochroniarz NIE MA PRAWA do legitymowania kogokolwiek, nadzorowania czynności remontowych i skutecznego wzywania do uprzątnięcia burdelu, jaki ktoś chce nam zaprowadzić w publicznych ciągach komunikacyjnych.
Do czego zatem służy ochrona? Cóż, nigdy jasno tego nie zwerbalizowano. Ale tak naprawdę nie służy wcale do ochrony Państwa przed zewnętrznym złym światem – bardziej już do ochrony urzędników przed potencjalnymi pretensjami lokatorów wobec tychże urzędników. „Mienie miasta” to nie Państwo. „Mienie miasta” to wszystko, na co macie płacić bez marudzenia – i co raczej z Państwem żadnego związku nie ma. Sądziłem, że jako dorośli ludzie dawno to wiecie. Nie wiecie? No cóż, szkoda…
M.Z.
A rację mają ci lokatorzy klatki pierwszej, którzy przeróbek budowlanych w lokalu „jeden” mają już powyżej uszu. I nie chodzi nawet o huk elektrycznych młotków – bardziej o brud, jaki pojawił się, gdy dzielni rękodzielnicy poczęli gruz z pierwszego piętra wywozić windą bez zachowania jakichkolwiek środków ostrożności tak w windowej kabinie, jak wszędzie wokół. 18 października na podłodze windy pojawiła się co prawda folia. Ale zaraz potem na tę folię najwyraźniej szuflami poczęto wsypywać pozostałości sufitów i ścian. Brud, kurz i zaraza taka, że trudno wytrzymać. Wszystko zostawiono oczywiście i na niedzielę, częste windy mycie komuś skraca życie… Co za idiota remontuje w ten sposób lokal w zamieszkałym przez ludzi budynku? Nie tak dawno niektórych zapewniano, że tym razem remonty w prywatnych mieszkaniach dokonane zostaną jak najbardziej fachowo, z zachowaniem należytej staranności wobec otoczenia. I „niektórzy” nawet w to uwierzyli. No to teraz mają jak na dłoni co znaczą podobne zapewnienia i co znaczy fachowość wzięta z przetargu, czyli za jak najmniejsze pieniądze. Nic się proszę Państwa nie zmieniło od chwili, kiedy to dzielni budowlańcy dom nasz stawiali pod nadzorem innych dzielnych budowlańców. Ciekawe co się stanie, gdy „fachowcy” wezmą się za naprawianie tynków, które odpadły z sufitu klatki schodowej pierwszej. Tak, tak, znów kilkadziesiąt kilogramów gruzu poleciało w dół, dobrze, że nie trafiło w kogoś, trup na miejscu jak amen w pacierzu.
Inwokacja do lokatorów, którzy winą za wszystko obarczyli… ochronę! Panowie: dajcie sobie spokój. To nie ochrona rzecz cała wymyśliła, nie pod jej skrzydłami rzecz owa się toczy. Zgodnie ze standardową umową ochrony (jej wzór omawiałem swojego czasu pisując jeszcze na stronę www.abramowskiego9.waw.pl) ochroniarz NIE MA PRAWA do legitymowania kogokolwiek, nadzorowania czynności remontowych i skutecznego wzywania do uprzątnięcia burdelu, jaki ktoś chce nam zaprowadzić w publicznych ciągach komunikacyjnych.
Do czego zatem służy ochrona? Cóż, nigdy jasno tego nie zwerbalizowano. Ale tak naprawdę nie służy wcale do ochrony Państwa przed zewnętrznym złym światem – bardziej już do ochrony urzędników przed potencjalnymi pretensjami lokatorów wobec tychże urzędników. „Mienie miasta” to nie Państwo. „Mienie miasta” to wszystko, na co macie płacić bez marudzenia – i co raczej z Państwem żadnego związku nie ma. Sądziłem, że jako dorośli ludzie dawno to wiecie. Nie wiecie? No cóż, szkoda…
M.Z.
środa, 15 października 2008
Więcej kultury - do cholery!
Jest w pewnym miejscu, gdzie ostatnio często i długo bywam facet apelujący o kulturę. Samo w sobie nic złego, prawda? Ale gdy w zażartej dyskusji o polityce miast sformułować własne wnioski gość woła „Więcej kultury!” – to zupełnie nie o miłości do kultury to świadczy. Raczej o zidioceniu i braku argumentów.
Dotychczasowi gorliwi czytelnicy michnikowi („Słuszna, bo Wybiórcza”), jak zresztą większość michnikoidów większych i mniejszych wydają się ostatnio tracić grunt pod nogami. Nie wiedzą mianowicie jaka jest ostateczna i nieodwracalna wykładnia ostatnich meandrów związanych z wojną na górze i wycieczką do Brukseli dwóch postaci naczelnych polskiej sceny politycznej. TVN podaje, że Kaczyński jechać nie może, ponieważ właśnie zabrakło identyfikatorów, a bal dawno zamknięty. Chwilę potem okazuje się, że znaczki jednak są, ale z fotelami na sali obrad klapa. Taki raport składa korespondentka zagraniczna. PAP odwołuje: znaleziono dostawne krzesełko. Rządowy samolot wróci więc po Prezydenta. Ale ktoś przestrzega: a co będzie gdy nie wystartuje z powodu grypy pilota, albo awarii silników? Prezydencie – wołają – leć maszyną rejsową, ta się nie spóźni i nikt jej nie odwoła!
Coś sięgnęło bruku. Nie żaden tam ideał, używanie tego kwantyfikatora w odniesieniu do postaci polskiej sceny politycznej dawno straciło jakikolwiek sens. Wkradło się w miejsce tego sensu przedziwne ciemniactwo. I coś mi się zdaje, że wiara Tuska w omnipotentną władzę mediów tym razem zawiodła. Ludzie mają po prostu dość. Media nie są już w stanie czegokolwiek wytłumaczyć tak, by na rzecz miłośników rudego wyszło. Czyżby jego nadzieje na Pałac Namiestnikowski powoli stawały się senną marą? Coś jest na rzeczy – bo gdyby było inaczej czyż na ten temat zabierał by głos TW Must, jak wiadomo specjalista wywiadu gospodarczego, dotychczas posłusznie pozostający w cieniu?
No więc opisany na wstępie miłośnik kultury wołając o jej pojawienie się nadaje prosty sygnał: przestańcie gmatwać i mówcie do nas prostszym językiem! Nadal posłusznie będziemy wykonywali rozkazy – musimy jednak wiedzieć jakie one dokładnie są, w którym kierunku nacierać i jakie wznosić w natarciu okrzyki…
M.Z.
Dotychczasowi gorliwi czytelnicy michnikowi („Słuszna, bo Wybiórcza”), jak zresztą większość michnikoidów większych i mniejszych wydają się ostatnio tracić grunt pod nogami. Nie wiedzą mianowicie jaka jest ostateczna i nieodwracalna wykładnia ostatnich meandrów związanych z wojną na górze i wycieczką do Brukseli dwóch postaci naczelnych polskiej sceny politycznej. TVN podaje, że Kaczyński jechać nie może, ponieważ właśnie zabrakło identyfikatorów, a bal dawno zamknięty. Chwilę potem okazuje się, że znaczki jednak są, ale z fotelami na sali obrad klapa. Taki raport składa korespondentka zagraniczna. PAP odwołuje: znaleziono dostawne krzesełko. Rządowy samolot wróci więc po Prezydenta. Ale ktoś przestrzega: a co będzie gdy nie wystartuje z powodu grypy pilota, albo awarii silników? Prezydencie – wołają – leć maszyną rejsową, ta się nie spóźni i nikt jej nie odwoła!
Coś sięgnęło bruku. Nie żaden tam ideał, używanie tego kwantyfikatora w odniesieniu do postaci polskiej sceny politycznej dawno straciło jakikolwiek sens. Wkradło się w miejsce tego sensu przedziwne ciemniactwo. I coś mi się zdaje, że wiara Tuska w omnipotentną władzę mediów tym razem zawiodła. Ludzie mają po prostu dość. Media nie są już w stanie czegokolwiek wytłumaczyć tak, by na rzecz miłośników rudego wyszło. Czyżby jego nadzieje na Pałac Namiestnikowski powoli stawały się senną marą? Coś jest na rzeczy – bo gdyby było inaczej czyż na ten temat zabierał by głos TW Must, jak wiadomo specjalista wywiadu gospodarczego, dotychczas posłusznie pozostający w cieniu?
No więc opisany na wstępie miłośnik kultury wołając o jej pojawienie się nadaje prosty sygnał: przestańcie gmatwać i mówcie do nas prostszym językiem! Nadal posłusznie będziemy wykonywali rozkazy – musimy jednak wiedzieć jakie one dokładnie są, w którym kierunku nacierać i jakie wznosić w natarciu okrzyki…
M.Z.
niedziela, 12 października 2008
Nareszcie merytoryka!
Tak, tak, proszę Państwa, wreszcie dotarł do mnie głos merytoryczny, a związany z sytuacją na tronie prezydenta naszego miasta. Autor zastrzega jak zwykle poufność jego danych, w związku z czym skupię się na treściach, te mi ujawnić wolno. A w skrócie sprowadzają się one do tego, by miast narzekać na nieudolność Bufetowej zaproponować innego kandydata, znanego warszawiakom, budzącego ich zaufanie, nie pochodzącego z Gorzowa jak nieszczęsny Przystojny Kazimierz i gwarantującego stabilny rozwój całego miasta, nie tylko jego najbogatszych mieszkańców pracujących w TVN-ie. Pyta mnie respondent czy znam takich – bo on zna dwóch. Ja też znam dwóch doskonale nadających się do tej roboty. Myślę, że w sumie z tych czterech dało by się wybrać najlepszego.
Niestety po ustaleniu, że żaden nie jest dostatecznie wysoko w hierarchiach największych partii politycznych – opadły nam skrzydełka.
Bo otóż, proszę drogich Czytelników, obecna ordynacja wyborcza do samorządów jest tak skonstruowana, że żaden głos „ludu” wysłuchany być nie może, koniec, kropka. Kandydaci MUSZĄ pochodzić z którejś z wielkich partii politycznych! Póki zwolennicy ordynacji proporcjonalnej nie ustąpią pola pod naciskiem jakiejś nieznanej dziś, a potężnej siły można sobie w Polsce wybierać w miarę swobodnie wójta gminy tysiącosobowej – ale prezydenta dużego miasta już nie. Siła przebicia partii politycznych startujących w dowolnych wyborach i prywatnej osoby, opłacającej kampanię z własnych pieniędzy da się wyrazić stosunkiem jeden do miliona. Konstytucjonaliści, którzy na początku lat 90-tych skonstruowali i wdrożyli ten system doskonale wiedzieli, co czynią, wdzięczność partii politycznych wobec nich do dzisiaj trwa. A przez cały ten czas zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych uważani są za nieszkodliwych idiotów. Jako tacy opisywani, przemilczani i zbywani co najwyżej wzruszeniem ramion. Można pozwolić im co prawda na czasowe wypowiadanie się, zorganizowanie jakiejś niewielkiej manifestacji – byle szum nie rozszedł się zbyt daleko.
Słowem: stworzona w owych początkowych latach 90-tych ordynacja zakłada, ze można wybierać tylko tego, który zależny jest od potężniejszej siły, jest dalej łatwo sterowalny zewnętrznie i posłuszny partyjnej dyscyplinie. Przykłady z ostatnich lat dowodzą tego ponad wszelką wątpliwość. Tu oczywiście nie ma co płakać nad losem nieposłusznych: Przystojnemu Kazimierzowi Gorzowskiemu żadna krzywda po wyrwaniu spod pupy premierowskiego stołeczka się nie stała. Zaś przegrana w wyborach warszawskich też politycznie nie dobiła gościa – wałęsa się gdzieś po peryferiach wielkiej polityki ot i tyle. Moim zdaniem i na to nie zasłużył…
Co więc może uczynić człek świadomy tego wszystkiego! Niewiele – ale jednak. Może na przykład głośno mówić, że dwa lata przed wyborami najwyższy czas, by PiS wystawił już pod publiczny osąd swego kandydata. ZAAKCEPTOWANEGO przez przyszłych wyborców – a więc nie specjalistę od „filipinek” Gosiewskiego, mieszkańca miasta, które ma najwspanialszy w świecie peron, ale też miasta, o którym mało kto wie gdzie leży na mapie Polski. Dlaczego PiS – partia, której zwolennikiem nie jestem i której prezydent miasta robił wszystko, by nic nie robić, za sprawą czego takie na przykład lokale komunalne na Marii Kazimiery czekały na lokatorów kilka lat? Ano dlatego, że w obecnym systemie wyborczym nie ma innej alternatywy. W naszym mieście są bowiem tylko DWIE PARTIE LICZĄCE SIĘ W PRZYSZŁYCH WYBORACH. No chyba że ktoś z czytających uwielbia Millera, magistra Golenia, Napierniczaka et consortes… Ale wtedy zalecam leczenie, naprawdę lewactwo jest wstrętne.
W tak często polecanych przeze mnie internetowych dyskusjach na Salonie24 (różnej są one jakości, ale niech tam) najbardziej hałaśliwa jest tymczasem postawa, wmawiana ogółowi właśnie przez lewaków: zrób coś dla swego miasta, ile miastu przysparzasz dochodu, jak duże płacisz miastu podatki. Zupełnie zapominacie, lewaczki, że samorząd terytorialny, nawet w tej kulawej formie z początku lat 90-tych, to organizacja, która ma zadośćuczyniać swym członkom, nie samej sobie. Zatem jeśli w ogóle płacę podatki to mam pełne prawo głośno pytać, cóż takiego mianowicie miasto uczyniło dla mnie.
M.Z.
Niestety po ustaleniu, że żaden nie jest dostatecznie wysoko w hierarchiach największych partii politycznych – opadły nam skrzydełka.
Bo otóż, proszę drogich Czytelników, obecna ordynacja wyborcza do samorządów jest tak skonstruowana, że żaden głos „ludu” wysłuchany być nie może, koniec, kropka. Kandydaci MUSZĄ pochodzić z którejś z wielkich partii politycznych! Póki zwolennicy ordynacji proporcjonalnej nie ustąpią pola pod naciskiem jakiejś nieznanej dziś, a potężnej siły można sobie w Polsce wybierać w miarę swobodnie wójta gminy tysiącosobowej – ale prezydenta dużego miasta już nie. Siła przebicia partii politycznych startujących w dowolnych wyborach i prywatnej osoby, opłacającej kampanię z własnych pieniędzy da się wyrazić stosunkiem jeden do miliona. Konstytucjonaliści, którzy na początku lat 90-tych skonstruowali i wdrożyli ten system doskonale wiedzieli, co czynią, wdzięczność partii politycznych wobec nich do dzisiaj trwa. A przez cały ten czas zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych uważani są za nieszkodliwych idiotów. Jako tacy opisywani, przemilczani i zbywani co najwyżej wzruszeniem ramion. Można pozwolić im co prawda na czasowe wypowiadanie się, zorganizowanie jakiejś niewielkiej manifestacji – byle szum nie rozszedł się zbyt daleko.
Słowem: stworzona w owych początkowych latach 90-tych ordynacja zakłada, ze można wybierać tylko tego, który zależny jest od potężniejszej siły, jest dalej łatwo sterowalny zewnętrznie i posłuszny partyjnej dyscyplinie. Przykłady z ostatnich lat dowodzą tego ponad wszelką wątpliwość. Tu oczywiście nie ma co płakać nad losem nieposłusznych: Przystojnemu Kazimierzowi Gorzowskiemu żadna krzywda po wyrwaniu spod pupy premierowskiego stołeczka się nie stała. Zaś przegrana w wyborach warszawskich też politycznie nie dobiła gościa – wałęsa się gdzieś po peryferiach wielkiej polityki ot i tyle. Moim zdaniem i na to nie zasłużył…
Co więc może uczynić człek świadomy tego wszystkiego! Niewiele – ale jednak. Może na przykład głośno mówić, że dwa lata przed wyborami najwyższy czas, by PiS wystawił już pod publiczny osąd swego kandydata. ZAAKCEPTOWANEGO przez przyszłych wyborców – a więc nie specjalistę od „filipinek” Gosiewskiego, mieszkańca miasta, które ma najwspanialszy w świecie peron, ale też miasta, o którym mało kto wie gdzie leży na mapie Polski. Dlaczego PiS – partia, której zwolennikiem nie jestem i której prezydent miasta robił wszystko, by nic nie robić, za sprawą czego takie na przykład lokale komunalne na Marii Kazimiery czekały na lokatorów kilka lat? Ano dlatego, że w obecnym systemie wyborczym nie ma innej alternatywy. W naszym mieście są bowiem tylko DWIE PARTIE LICZĄCE SIĘ W PRZYSZŁYCH WYBORACH. No chyba że ktoś z czytających uwielbia Millera, magistra Golenia, Napierniczaka et consortes… Ale wtedy zalecam leczenie, naprawdę lewactwo jest wstrętne.
W tak często polecanych przeze mnie internetowych dyskusjach na Salonie24 (różnej są one jakości, ale niech tam) najbardziej hałaśliwa jest tymczasem postawa, wmawiana ogółowi właśnie przez lewaków: zrób coś dla swego miasta, ile miastu przysparzasz dochodu, jak duże płacisz miastu podatki. Zupełnie zapominacie, lewaczki, że samorząd terytorialny, nawet w tej kulawej formie z początku lat 90-tych, to organizacja, która ma zadośćuczyniać swym członkom, nie samej sobie. Zatem jeśli w ogóle płacę podatki to mam pełne prawo głośno pytać, cóż takiego mianowicie miasto uczyniło dla mnie.
M.Z.
czwartek, 9 października 2008
O czym mówić wolno - a o czym nie wolno
Kiedy napisalem slow kilka o pieniadzach wplaconych przez rajcow PO na rzecz stadionu Legii, jak wiadomo zarzadzanego przez ITI, wlasciciela stacji TVN - doszlo kolejne "powazne" ostrzezenie mailowe od jednego z sasiadow. Oczywiscie mam je w nosie, to parlamentarna wersja. Bardziej chodzi o to, ze nie ja jeden wiem co napisalem, nie mnie jednemu to sie nie podoba. Sladow krytycznych w sieci mozna znalezc co niemiara, dzisiaj przywolam slad najswiezszy, zamieszczony na stronie www.salon24.pl doslownie kilkanascie minut wczesniej.
"...A pół miliarda dla ITI to nie afera? Gdybym ja chciał robic biznes to najpierw miasto zdarłoby ze mnie skórę opłatami za dzierżawę lokalu czy terenu, potem musiałbym zainwestowac w infrastrukture do robienia interesu, zatrudnic pracowników, opłacic wszystkie skladki i dopiero zacząc prace w nadziei, ze za rok czy dwa wyjdę na swoje. A Walter i spółka? Za groszę dzierżawią na 25lat teren, na którym miasto za pół miliarda wybuduje całą infrastrukturę dzieki wynajmowi której ITI bedzie zarabiało kilkanaście milionów rocznie. Do miasta trafią ochłapy a ITI zbije kokosy. Jesli to nie jest korupcja polityczna to co nią jest? TVN pompuje PO beż najmniejszej żenady, jak widac z wzajemnością. Skandal..."
2008-10-09 10:17Clark Nova11146
Raport z Międzystrefy
www.clarknova.salon24.pl
No wiec jak to jest, drogi oponencie: wolno mowic, czy nie wolno? I czemu to wlasnie ty, anonimowy barabancki duren, masz byc straznikiem czegokolwiek?
M.Z.
"...A pół miliarda dla ITI to nie afera? Gdybym ja chciał robic biznes to najpierw miasto zdarłoby ze mnie skórę opłatami za dzierżawę lokalu czy terenu, potem musiałbym zainwestowac w infrastrukture do robienia interesu, zatrudnic pracowników, opłacic wszystkie skladki i dopiero zacząc prace w nadziei, ze za rok czy dwa wyjdę na swoje. A Walter i spółka? Za groszę dzierżawią na 25lat teren, na którym miasto za pół miliarda wybuduje całą infrastrukturę dzieki wynajmowi której ITI bedzie zarabiało kilkanaście milionów rocznie. Do miasta trafią ochłapy a ITI zbije kokosy. Jesli to nie jest korupcja polityczna to co nią jest? TVN pompuje PO beż najmniejszej żenady, jak widac z wzajemnością. Skandal..."
2008-10-09 10:17Clark Nova11146
Raport z Międzystrefy
www.clarknova.salon24.pl
No wiec jak to jest, drogi oponencie: wolno mowic, czy nie wolno? I czemu to wlasnie ty, anonimowy barabancki duren, masz byc straznikiem czegokolwiek?
M.Z.
niedziela, 5 października 2008
Nowinki
W ostatni czwartek Rada Miasta podniosła czynsze minimalne w kamienicach komunalnych Warszawy. Powodów tu nie przytoczę, tradycyjnie dla tej formacji politycznej są pokrętne jak diabli, zatem w propagowaniu bzdur nie zamierzam brać udziału. Widać zdaniem dzielnych rajców miejskich dobrobyt wylewa się już z każdego komunalnego okna, w sam raz, by zagarnąć nadwyżkę przecież już zmarnotrawioną dofinansowaniem słynnego stadionu „Legii”, własności miasta, ale dzierżawionej przez kogo innego. Transmisja podwyżki do naszego domu? Myślę, że długo czekać nie będziemy, prawnicy na miejskim pasku już grzeją zwoje mózgowe, szydło wyjdzie z worka mniej więcej w kwietniu przyszłego roku. Oby nieprzygotowani nie byli mocno zdziwieni…
Oczywiście apologeci PO mają wytłumaczenie sytuacją krajową, europejską, a ostatnio ogólnoświatową. Krach na rynkach finansowych USA dotarł już rzeczywiście na Stary Kontynent. I Kontynent zareagował. Nasze państwo jak wyżej w opisie - dokręcając śrubę obywatelom dla dobra obywateli. Na Wyspach Brytyjskich, na które zdążyło zwiać mnóstwo naszych rodaków także w określony sposób skwitowano amerykańskie kłopoty z dolarem i wirtualnym pieniądzem. Królowa mianowicie obniżyła we wrześniu podatki dla swych poddanych równo o 55 funtów od łebka. Zdaniem rządu Jej Wysokości nie może być tak, by na wykup masy towarowej pozostającej na rynku nie było wystarczającej ilości pieniędzy. Mogły by przecież upaść firmy, iluś obywateli udało by się do ośrodków pomocy społecznej – słowem dokręcanie śruby okazało by się wielokrotnie większym złem, niż nadzwyczajna obniżka podatków.
W tej sytuacji pewna rozmowa, w której zasugerowano mi jakobym był za wszystko odpowiedzialny jako wyborca PO powoduje, że muszę powtórzyć jeszcze raz: i cóż takiego złego w tym, że czasami przedstawiam się jako monarchista?
M.Z.
Oczywiście apologeci PO mają wytłumaczenie sytuacją krajową, europejską, a ostatnio ogólnoświatową. Krach na rynkach finansowych USA dotarł już rzeczywiście na Stary Kontynent. I Kontynent zareagował. Nasze państwo jak wyżej w opisie - dokręcając śrubę obywatelom dla dobra obywateli. Na Wyspach Brytyjskich, na które zdążyło zwiać mnóstwo naszych rodaków także w określony sposób skwitowano amerykańskie kłopoty z dolarem i wirtualnym pieniądzem. Królowa mianowicie obniżyła we wrześniu podatki dla swych poddanych równo o 55 funtów od łebka. Zdaniem rządu Jej Wysokości nie może być tak, by na wykup masy towarowej pozostającej na rynku nie było wystarczającej ilości pieniędzy. Mogły by przecież upaść firmy, iluś obywateli udało by się do ośrodków pomocy społecznej – słowem dokręcanie śruby okazało by się wielokrotnie większym złem, niż nadzwyczajna obniżka podatków.
W tej sytuacji pewna rozmowa, w której zasugerowano mi jakobym był za wszystko odpowiedzialny jako wyborca PO powoduje, że muszę powtórzyć jeszcze raz: i cóż takiego złego w tym, że czasami przedstawiam się jako monarchista?
M.Z.
sobota, 27 września 2008
Sztuka propagandy
W ostatnich dniach na drzwiach klatek schodowych i w gablotach informacyjnych Wielce Szanowna Administracja wywiesiła ozdobne kartki, głoszące Nowinę: otóż ogloszenie sugeruje, jakoby rozpoczęto tak niechcianą przez gremium lokatorskie kampanię remontów w prywatnych mieszkaniach. Identyfikacja lokali (z podaniem ich numerów), podpis, stempel, elegancja-francja. Tyle że kłamliwe „toto” jak wiele innych inseratów z tego samego źródła pochodzących.
Rzecz bowiem polega na czymś tak prostym, jak… dobrowolna zamiana lokali. Wymienione zamieniają się miejscami. I oczywiście żądają doprowadzenia pomieszczen do stanu właściwego. Czyli bez spadających sufitów, odpadających kafli i ruszających się podłóg. Obserwując zakres prac prowadzonych w jednym z tych lokali dochodzę do wniosku, że i dzisiaj prawdziwa okazuje się pewna scena z polskiego filmu, w którym dziennikarz pyta lokatora co wymienił by w swym mieszkaniu. Pada wówczas krótka odpowiedź: MIESZKANIE! W chwili, gdy pisze te słowa skuto właśnie kompletną ceramikę podłogową. WSZĘDZIE!! Zdaniem ekip remontowych nie dało się inaczej – albo wszystko, albo nic. Spokojnie: młoty będą pracować dalej. A gruntowania i malowania ścian to już nie słychać…
Co opisuję ku przestrodze tych, którzy pytali mnie ostatnio co się dzieje, czyżby przeoczyli zebranie ogólne, na którym lokatorzy zmienili swe zdanie na temat kolejnosci robót naprawczych w naszym domu? Nic podobnego proszę Państwa się nie dzieje. Wspominam o calej sprawie tylko dlatego, by wyjasnic dezinformacje (niepelna informacja to wlasnie DEZINFORMACJA), jaka sie w ogloszeniu posluzono. To wiedza zdobyta jak najoficjalniej, winna byc powtorzona dla dobra ogolnego - o ile zgodza sie Panstwo z tym, ze pelna wiedza jest takim wlasnie dobrem ogolnym. Robotnicy na zlecenie urzednikow robią co powinni, choc ci ostatni stwarzaja wrazenie, ze powody zlecenia sa zupelnie inne. Czyżby zatem w ADM-ie pojawili się spece od propagandy? Pewnie tak. Tymczasem jesli komercja, która wymaga tak gruntownego remontu jest komercją, to ja melduję posłusznie, że nieprawdą jest jakobym urodził się w kieleckim, pochodzę z Mozambiku. Ale co tam, nie będę Państwa dalej okłamywał: z Mozambiku i z kieleckiego też nie…
PS. Kartki z ogloszeniem i numerami mieszkan, o ktorych wyzej zniknely z drzwi klatek schodowych. Kto je usunal, po co i kiedy - nie wiem, w gruncie rzeczy nie ma to juz zadnego znaczenia. Co mialem Panstwu do powiedzenia - powiedzialem. Jest moim niezbywalnym prawem rejestrowanie zmian w otoczeniu. Mam rowniez prawo mowic o tym, co oficjalnie wiadomo. Dlatego po raz kolejny nauczycielom-amatorom dziekuje za dobre checi, nie skorzystam z ich porad. I bede zajmowal sie tym, co sam uznam za stosowne, ciekawe i prawdziwe - a nie tym, co oni uwazaja dla mnie za wlasciwe.
M.Z
Rzecz bowiem polega na czymś tak prostym, jak… dobrowolna zamiana lokali. Wymienione zamieniają się miejscami. I oczywiście żądają doprowadzenia pomieszczen do stanu właściwego. Czyli bez spadających sufitów, odpadających kafli i ruszających się podłóg. Obserwując zakres prac prowadzonych w jednym z tych lokali dochodzę do wniosku, że i dzisiaj prawdziwa okazuje się pewna scena z polskiego filmu, w którym dziennikarz pyta lokatora co wymienił by w swym mieszkaniu. Pada wówczas krótka odpowiedź: MIESZKANIE! W chwili, gdy pisze te słowa skuto właśnie kompletną ceramikę podłogową. WSZĘDZIE!! Zdaniem ekip remontowych nie dało się inaczej – albo wszystko, albo nic. Spokojnie: młoty będą pracować dalej. A gruntowania i malowania ścian to już nie słychać…
Co opisuję ku przestrodze tych, którzy pytali mnie ostatnio co się dzieje, czyżby przeoczyli zebranie ogólne, na którym lokatorzy zmienili swe zdanie na temat kolejnosci robót naprawczych w naszym domu? Nic podobnego proszę Państwa się nie dzieje. Wspominam o calej sprawie tylko dlatego, by wyjasnic dezinformacje (niepelna informacja to wlasnie DEZINFORMACJA), jaka sie w ogloszeniu posluzono. To wiedza zdobyta jak najoficjalniej, winna byc powtorzona dla dobra ogolnego - o ile zgodza sie Panstwo z tym, ze pelna wiedza jest takim wlasnie dobrem ogolnym. Robotnicy na zlecenie urzednikow robią co powinni, choc ci ostatni stwarzaja wrazenie, ze powody zlecenia sa zupelnie inne. Czyżby zatem w ADM-ie pojawili się spece od propagandy? Pewnie tak. Tymczasem jesli komercja, która wymaga tak gruntownego remontu jest komercją, to ja melduję posłusznie, że nieprawdą jest jakobym urodził się w kieleckim, pochodzę z Mozambiku. Ale co tam, nie będę Państwa dalej okłamywał: z Mozambiku i z kieleckiego też nie…
PS. Kartki z ogloszeniem i numerami mieszkan, o ktorych wyzej zniknely z drzwi klatek schodowych. Kto je usunal, po co i kiedy - nie wiem, w gruncie rzeczy nie ma to juz zadnego znaczenia. Co mialem Panstwu do powiedzenia - powiedzialem. Jest moim niezbywalnym prawem rejestrowanie zmian w otoczeniu. Mam rowniez prawo mowic o tym, co oficjalnie wiadomo. Dlatego po raz kolejny nauczycielom-amatorom dziekuje za dobre checi, nie skorzystam z ich porad. I bede zajmowal sie tym, co sam uznam za stosowne, ciekawe i prawdziwe - a nie tym, co oni uwazaja dla mnie za wlasciwe.
M.Z
sobota, 20 września 2008
Ogłoszenia drobne
Opowiadałem kiedyś Wiernym Czytelnikom, że specyfiką tego blogu jest fakt, iż mało kto i rzadko kiedy chce wpisywać się ze swym komentarzem pod kolejnym tekstem – sporo osób natomiast stosuje metodę korespondencji na prywatnego maila, co to kiedyś był publiczny, ale już nie jest.
Właściwie to nawet nie mam im tego za złe, chcą pisać niech piszą. Ostatnio otrzymałem jednak stanowcze wezwanie, brzmiące w skrócie tak: „Czemu draniu nie piszesz jaśniej? Kogo znowu atakujesz?” Rozumiem, że głos to osoby, która albo czegoś nie doczytała, albo nie zrozumiała. Więc spieszę z wyjaśnieniem.
Otóż w komunikacji międzyludzkiej jest tak, że przed zrozumieniem musi nastąpić połączenie. Czyli komunikat winien być nadany na fali, do której dostrojony jest odbiorca, fali, którą może odebrać. Potem ów odbiorca komunikat analizuje, połyka albo nie połyka, odpowiada, nie zgadza się albo chwali.
Teoretyczne założenie, iż gdy jeden mówi po polsku i poprawnie to drugi powinien to pojąć jest oczywiście stanem idealnym i pożądanym. Ale co tu gadać: coraz rzadziej też spotykanym. Bo po polsku napisałem słów kilka o wolnych dniach w Polsce, o sposobach spędzania wolnego czasu tu i tam. Ani to manifest zainteresowań, ani propozycja dla obcych. Takie tam sobie felietonowe omawianie małej sprawki, z nieśmiałym wskazaniem, że gdzie indziej rozrywki organizują sprawniej, niż u nas.
Jaśniej się nie da. Skończyłem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem skończyć. Podteksty proszę sobie odtwarzać samemu. Interpretacje też. Nadal nie cenię PO. Nie ufam politykom i politykierom. I ciągle facetowi z walizką, który w centrum miasta nagabuje mnie jak dostać się do Filharmonii odpowiadam: ćwicząc, bratku, ćwicząc!
Z jesienno-nostalgicznym pozdrowieniem
M.Z.
Właściwie to nawet nie mam im tego za złe, chcą pisać niech piszą. Ostatnio otrzymałem jednak stanowcze wezwanie, brzmiące w skrócie tak: „Czemu draniu nie piszesz jaśniej? Kogo znowu atakujesz?” Rozumiem, że głos to osoby, która albo czegoś nie doczytała, albo nie zrozumiała. Więc spieszę z wyjaśnieniem.
Otóż w komunikacji międzyludzkiej jest tak, że przed zrozumieniem musi nastąpić połączenie. Czyli komunikat winien być nadany na fali, do której dostrojony jest odbiorca, fali, którą może odebrać. Potem ów odbiorca komunikat analizuje, połyka albo nie połyka, odpowiada, nie zgadza się albo chwali.
Teoretyczne założenie, iż gdy jeden mówi po polsku i poprawnie to drugi powinien to pojąć jest oczywiście stanem idealnym i pożądanym. Ale co tu gadać: coraz rzadziej też spotykanym. Bo po polsku napisałem słów kilka o wolnych dniach w Polsce, o sposobach spędzania wolnego czasu tu i tam. Ani to manifest zainteresowań, ani propozycja dla obcych. Takie tam sobie felietonowe omawianie małej sprawki, z nieśmiałym wskazaniem, że gdzie indziej rozrywki organizują sprawniej, niż u nas.
Jaśniej się nie da. Skończyłem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem skończyć. Podteksty proszę sobie odtwarzać samemu. Interpretacje też. Nadal nie cenię PO. Nie ufam politykom i politykierom. I ciągle facetowi z walizką, który w centrum miasta nagabuje mnie jak dostać się do Filharmonii odpowiadam: ćwicząc, bratku, ćwicząc!
Z jesienno-nostalgicznym pozdrowieniem
M.Z.
Subskrybuj:
Posty (Atom)