czwartek, 19 czerwca 2008

Co można kochać jak Irlandię?

Przed laty strony umówiły się, że wszystkie rzeczy ważne dla nowej zbiorowości rozstrzygane są jednogłośnie - a niezgoda jednego tylko członka zbiorowości kasuje zamiary reszty. Mówię rzecz jasna o Unii i referendum irlandzkim w sprawie przyjęcia traktatu lizbońskiego, ergo nowej konstytucji super-tworu quasipaństwowego, jaki miał powstać pod światłym zarządem Niemiec i Francji. Irlandzkie "NIE" wywaliło rzecz na aut. Taka była umowa, a umów dotrzymywac należy, Unia zastopowana. Na pewno? He, he, he... Posłuchajcie co trąbią wszystkie polskojęzyczne publikatory (polskich jako takich od dawna już nie ma). Co gada nasz prezydent. Do czego zmierzają politycy mniejsi i więksi. Olać Irlandczyków! Uznać ich za szalonych półgłówków, wyrzucić z Unii, skasować, zakopać i zapomnieć...
Kupilibyście pudełko zapałek od sprzedawcy, który zanim sięgnie na półkę po towar twierdzi, że kosztuje złotówkę - po czym wbija do kasy cenę pięć razy wyższą? Po stokroć nie! Irlandczycy jakimś sposobem geszeft, dokonujący się ponad naszymi głowami odrzucili. Ot, rozsądni ludzie. Jeśli ich ktoś skasuje i zakopie - zostanie wyłącznie z idiotami. Fajna perspektywa, prawda?
M.Z.

sobota, 14 czerwca 2008

Sprostowanie

Powieliłem w ostatnim felietonie zasłyszaną opinię o byłych zawodnikach polskich, grających w piłkę dla zachodnich sąsiadów. Przyznaję: to paskudna opinia. Podczas kolejnych dni zwracano mi parokrotnie uwagę, że też opinia krzywdząca. Ponoć trener reprezentacji w czasach, gdy niejaki Podolski starał się o wejście do drużyny miał mu odpowiedzieć, że jest za słaby, lepszych ma w bród itd. Jeżeli tak było - przykro mi i niniejszym wyrażam żal z powodu zamieszczonych na tej stronie epitetów. Bo oznacza to dalej, że bycie takim reprezentacyjnym trenerem nie oznacza automatycznie jakiejś szczególnej mądrości i szczególnego rozeznania w potencjach zawodników. Mam nadzieję, że sprawca tego zamieszania czuje się co najmniej durniem. Od siebie dodam jednak, iż ludzie osiągają pełnię swych możliwości fizycznych, strategicznych czy intelektualnych niekoniecznie tam, gdzie się urodzili, gdzie mali ciągnęli ich na dno, czy gdzie nie było szansy jakiegokolwiek rozwoju. Korsykanin z urodzenia, o pospolitym dość na tej wyspie imieniu Napoleon, przyniósł w końcu sławę Francji, nie Korsyce. I tak go pamiętają do dzisiaj - jako wielkiego Francuza. Co większości jego rodaków wcale nie przeszkadza twierdzić obecnie, iż kłopotliwą wysepkę mają ochotę oddać w ajencję komukolwiek, kto tylko wyrazi na to ochotę. Z czego dla mnie płynie ten wniosek, iż nawet jeden geniusz nie jest w stanie zmienić opinii na temat stada baranów...

M.Z.

niedziela, 8 czerwca 2008

Pełna wariacja

Pierwsza myśl moja była taka, że oto następni podejmują strajk - chodzi oczywiście o te setki flag przytwierdzonych do masztów anten samochodowych. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, w końcu cena paliw i cały spór wokół tej ceny rządowych "urzędolników" pozostają w górnej strefie absurdu, więc strajk jak najbardziej na miejscu. Ale nie: w materii flag chodziło oczywiście o piłkę kopaną. Listy nie dochodzą już od dziesięciu dni, wspomniani "urzędolnicy" równo w dupie mają kłopoty milionów obywateli, kasa złupiona Kowalskiemu przy benzynowej pompie to także kasa zabrana klientom wszystkich sklepów, do których towary docierają raczej samochodami, niż pociągami... Ale przyszedł prikaz duchowego wspierania dzielnych kopaczy, więc "się wspiera". Nieskutecznie jak widać. Nawet ostatni transport "dóbr spożywczych" do jednego z sąsiadów jak widać nie pomógł. Może zbyt wiele płynów i towarzycho się pospało? Znów "z naszymi orłami wygrali volksdojcze" - taką usłyszałem najkrótszą definicję minionego meczu. Coś w tym jest. Przy okazji ktoś bardzo zmyślny załatwił jeszcze jeden problem: od dzisiaj wywieszanie flag będzie kojarzyło się bardziej z wynikiem operacji zaganiania świńskiego pęcherza pomiędzy dwa słupki, niż żądaniami płacowymi czy jakimikolwiek innymi. Swoją drogą wielce durne musi być to państwo, skoro nie potrafi dogadać się z pocztowcami. Czyżby na czele tej publicznej przecież służby postanowiono zainstalować kolejnego, tym razem wierniejszego generała? Na razie kilka moich przesyłek utkwiło na dobre w pocztowych magazynach, zaczną się teraz jak rozumiem zguby i kradzieże. Ludzie kombinują jakby tu uruchomić ponownie gońców pieszych, na pakiet z Poznania czekam już dwanaście dni, więc nawet anemik doszedł by z pewnością.

A przy okazji: jeżeli ktokolwiek myśli, że korzystanie z takiego wynalazku, jak poczta kurierska wyposażona w auta, komórki i komputery załatwia sprawę to jest w głębokim błędzie. Dziesięć dni trwa dostawa kolejnej przesyłki z Białegostoku, firma DPD. Co ciekawsze siedzę ci ja sobie w domu i obserwuję na ekranie, jak leniwy kurier wpisuje w sieci internetowej kolejne bzdury do "specyfikacji transportowej": nie było odbiorcy, nie zastałem, przekazałem do magazynu... A żeby cię szlag trafił, porąbańcu! Za królowej Bony, która jak wiadomo pierwsza puściła w trasę umyślnych dostarczycieli już byś miał łeb zakuty w drewniane dyby, goły zad i sine pręgi na dupie od pęczka trzcinek, którymi szef by cię potraktował...

M.Z.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Znikąd zmiłowania i pomocy znikąd...

2 czerwca 2008, godzina 17.05 - telefon. Ochroniarz wezwany przez kierownictwo firmy "Uniwersum" do pełnienia dyżuru po własnej wielogodzinnej służbie, bez zachowania statutowej przerwy, zadaje pytanie: "Co robić w tej sytuacji?" Jest sam, nie ma zmiennika, za którego jak to już wielokrotnie mówiłem możnowładcy z Irysowej płacą żywą gotówkę "z budżetu miasta". Wpisuje stosowną uwagę do dziennika służby, ja dopisuję swoje, czyli potwierdzam stan faktyczny: na dwuosobowym dyżurze o godz. 17.05 jest JEDNA OSOBA. Przestrzegam przy tym: jeśli upublicznię rzecz całą, winny znajdzie się ino migiem. "Wpisz pan, panie Marek, co mi zaszkodzi..."

Wpuszczam rzecz całą do sieci również z tego powodu, że jest archiwizowana i nikt już nikogo nie przekona, by "zaginęła". Dodatkowo dla niedowiarków z ostatniego zebrania lokatorów: naprawdę istnieją argumenty, by z obecną firmą ochroniarską rozwiązać umowę w trybie natychmiastowym.

PS. Wczoraj mieliśmy zmianę głuchą. Z komórki próbowałem nawiązać łączność z dyżurką. Stojąc obok tejże dyżurki słyszałem, jak dzwoni telefon obok - a klient rzekomo nas ochraniający nie słyszy tego dźwięku. Dla mnie bomba! Dźwięk brzęczyka alarmu pożarowego jest dwukrotnie słabszy. Tak NA UCHO RZECZ JASNA...

Z zuchowymi pozdrowieniami
Marek Zarębski

piątek, 30 maja 2008

Czy mieszkańcy powinni...

Na stronie wielbicieli ankiet (www.abramowskiego9) pojawiła się nowa: na temat przyczepy campingowej. Czy mieszkańcy powinni kupić ją dla ochroniarzy? Rozumiem, że to całkiem świeży temat, o ile mnie pamięć nie myli nikt nigdy nie występował z podobną propozycją - stąd ciekaw jestem niezmiernie kto ją wymyślił i po co. Teraz UWAGA: nie wypiłem pięciu piw za dużo i już spieszę wyjaśnić w czym rzecz. Otóż na ostatnim zebraniu lokatorów zaproponowano, by złożyć się na taką przyczepę, zarejestrować ją na lokatorów (lub dla uproszczenia procedur na zaufanego lokatora) i po dogadaniu się z ochroniarzami innej firmy, niż obecna ewentualnie ową przyczepę udostępnić czasowo i pod wieloma warunkami konkretnym osobom.

Czy już widzą Państwo różnicę? Lokatorzy chcą przyczepę kupić SOBIE, nie ochroniarzom. I dopiero po dogadaniu się WYPOŻYCZYĆ ją dobrej zmianie (zmianom) ochroniarzy w celu podniesienia poziomu bezpieczeństwa zewnętrznego naszego domu. Podstawowy warunek owego wypożyczenia zaś jest taki, że przyczepa NIGDY nie staje się częścią mienia ruchomego ochroniarzy, pozostaje w dyspozycji i władztwie lokatorów, konkretnie zaś tych, którzy się na nią złożyli. I tylko tych! W każdej chwili właściciele mają prawo zmienić zdanie, odebrać swoją własność, zabrać ją sobie na wakacje, a nawet podpalić. Podobnie jak dzisiaj mogą to uczynić z kanapami w dyżurce ochroniarskiej i szatni, telewizorem, odkurzaczem mającym służyć do tego, by panowie w granatowych ubrankach mniej łapali kurzu na epolety, ergo mniej śmierdzieli itd. Ponieważ "decydenci" z Irysowej wielokrotnie i za każdym razem równie arogancko wyłożyli nam na piśmie, co możemy zrobić z modyfikacjami umów z firmami ochroniarskimi (nic nie możemy!) - to jedyny sposób, by nie naruszając postanowień tej umowy jednak mieć wpływ na pracę kolejnych ekip, mam nadzieję, że już nie geriatrycznych, pijanych czy niezdolnych do ruchu.

Sposobiąc zatem wspomnianą ankietę jej Autor albo nie zrozumiał co mówiliśmy na ostatnim spotkaniu - albo gra w jakąś grę destabilizacyjną, uziemiającą cudze pomysły. Po co, Drogi Autorze, to czynisz?

Marek Zarębski

czwartek, 22 maja 2008

W mediach nadzieja - ciąg dalszy

Świat i otoczenie wokół nas, zdecydowanie mniej światowe, zmienia się niemal każdego dnia. Stąd zdanie sformułowane przedwczoraj dzisiaj może być uzupełnione nowymi spostrzeżeniami. Właśnie w Salonie24 ukazał się fragment blogu Ludwika Dorna. Autor postuluje powołanie do życia internetowej płaszczyzny konsolidowania się ludzi o mniej więcej podobnych poglądach, porównywalnych poziomach niezadowolenia z tego, co się wokół dzieje i celach, ku którym należy zmierzać. Słowem: rośnie zainteresowanie sieciową wymianą myśli, znacznie bardziej odporną na manipulacje dokonywane przez wielkie tytuły i ekspozytury czegoś, co Michalkiewicz nazywa "razwiedką". Racja. Mam takie samo zdanie. Nie ku zawodowej prasie winniśmy zatem dążyć - ale ku wymianie uwag na tej właśnie platformie (co nie ma nic wspólnego z oszukańczą Platformą Obywatelską!!!). Wracając wszakże do uwagi zamieszczonej na konkurencyjnej stronie: drogi autorze, czemu nie chcesz wziąć udziału w rozmowie na moim blogu? Czemu nie decydujesz się na najłagodniejszy choćby komentarz? Z jakiego powodu usiłujesz ożywić trupa, na którego już nikt właściwie nie patrzy? Czy obawiasz się, że nie puszczę tego, co mógłbyś (jeśli chciałbyś) napisać u mnie? Otóż PUSZCZĘ jak najchętniej. A jeśli nie będę się z czymś zgadzał - odpowiem w ramach parlamentarnej rozmowy, nie kastrując Twojej myśli i tekstu.


Wiadomości z linii frontu: pismo ustalone ogólnie na ostatnim spotkaniu lokatorów właśnie powstaje. Choć nie ja je pisze podpowiadam autorom co mogę podpowiedzieć. Już po zebraniu pojawiły się głosy, że jeśli coś się uda, to skorzystają na tym również malkontenci, co nie jest sprawiedliwe. Cóż, życie też nie jest sprawiedliwe, a trwa. Nie wiem jak innym, ale mnie dość łatwo jest przeboleć, że z takiej na przykład ochrony zainstalowanej w lokatorskiej przyczepie campingowej korzystać będą również ci sąsiedzi, którzy nie dołożyli się do tego finansowo, kpili z pomysłu, czy wręcz go torpedowali. Trudno. Pociesza mnie to, że wzrośnie poczucie bezpieczeństwa tych znanych z imienia i nazwiska sąsiadów, którzy jakąś tam kwotę pieniędzy jednak wyłożyli. Lubię ich jak lubię siebie - więc reszta niech siedzi cicho w kącie, licho z nimi.


Marek Zarębski

sobota, 17 maja 2008

W mediach nadzieja...

Tekst pod takim tytułem ukazał się na stronie konkurencji www.abramowskiego9. Rozumiem, że jego autor podobnie jak ja ma dość już mętnego tłumaczenia rzeczy oczywistych zarówno przez stronę administracyjną, jak przez wyżej ulokowanych sponsorów i mocodawców tych ludzi. Robienia nam wody z mózgu, pseudo-pańskich zachowań, pogrążania domu w zamęcie, z którego albo już nie można wyjść, albo wkrótce nie będzie można. Wniosek zawarty w tytule (media tylko mogą pomóc...) teoretycznie słuszny. A jednak mam dwa zastrzeżenia. Pierwsze takie, że media należą po części do tej samej bandy politycznej, która oszukała nas podczas podpisywania umowy najmu naszych lokali. Nie ma więc żadnej, ale to żadnej gwarancji, że jeśli w ogóle sprawą się zainteresują, to pociągną ją jak należy, czyli zgodnie z prawdą, a nie kłamliwie. Po drugie przed laty słusznie dokonała się introdukcja strony lokatorów, to w pewnym sensie substytut mediów. Problem polegał wszakże dalej na tym, że w domu Abramowskiego 9 niezwykle mało osób chciało pisać, jeszcze mniej publicznie się wypowiadać z sensem i logiką należytego postępowania. Po pewnym czasie nie było już zbyt wielu nawet takich, którzy chcieli czytać co kto inny napisał. Dzisiejszy głos upatrujący zbawienie i ratunek w mediach jest więc nieco... spóźniony. Mniejsza jednak o wewnętrzne wyrzuty, nie pora teraz na nie, dobrze, że taki głos w ogóle się pojawił. Ciekawi mnie bardzo co na poniedziałkowym zebraniu powiedzą ludzie, ilu ich w ogóle przyjdzie - bo to najprostszy probierz zaangażowania. Obywatelskiego i sąsiedzkiego - jeśli już kogoś boli sformułowanie "społecznego". W tym miejscu dodaję, że nie jestem ani inspiratorem, ani organizatorem spotkania, choć rzecz jasna wybieram się na nie. I nie po to, by podpierać ścianę... Kontynuując myśl: od czasu mojego odejścia z funkcji reprezentanta lokatorów (to była i jest definitywna decyzja!), poźniej przejścia do organizacji, na stronie ktorej pisuję - popełniłem ponad SETKĘ felietonów w gruncie rzeczy traktujących o nas i o tym, co się wokół nas dzieje. Co zrobili formalni reprezentanci? No tak, mieli mało czasu. Ja też mam obecnie bardzo mało czasu. Pani, Pan, wszyscy do cholery mamy mało czasu! Mnie przynajmniej wystarcza go na to, by mieć własne zdanie, artykułować je i bronić w razie potrzeby. Zamykając tę woltę myślową: lokatorom potrzeba przedstawiciela zaangażowanego, aktywnego, czy jak go (ją?) tam jeszcze nazwiemy. Podobno mieszkają tu tacy. Odważą się uaktywnić? Czy znów zostanie po staremu? I będziemy modlić się do świętego patrona żurnalistów, którzy akurat mogą mieć innego pana, więc powiedzą nam "psie głosy nie idą pod dziennikarskie niebiosy..."?

Marek Zarębski

czwartek, 8 maja 2008

Z kim mamy do czynienia

Dzisiaj około 14 do jednego z mieszkań w środkowej klatce usiłowano włamać się, podejmując nieudaną na szczęście próbę sforsowania drzwi do lokalu. Nikt niczego nie słyszał, niczego nie wiedział, prawdę mówiąc ginęliśmy zdaje się w jazgocie elektrycznych czy spalinowych kos, którymi usuwano trawę z lichych rabatek na froncie domu i z podwórka wewnętrznego. Ochrona twierdzi, że dokonała obchodu, reszta zgromadzonych twierdzi, że nie dokonała. Czy możemy dalej rozmawiać ze sobą? Czy możemy spotykać się , by ustalić jakieś rozsądne zasady współżycia? Co zrobić z ochroną, która z roku na rok jest coraz gorsza? Jak przekonać zarządców domu, że tak naprawdę najważniejszym i najcenniejszym dobrem Miasta jesteśmy my, a nie jakieś wyimaginowane bzdety, których nikt nam nawet wskazać nie potrafi? To najkrótsze komentarze z podklatkowych rozmów. A jednak wyszła podczas tych skrótowych wymian myśli rzecz jeszcze jedna, bodaj ważniejsza. Proszę uważnie przeczytać tekst notatki prasowej, jaka trzy dni temu ukazała się na łamach jednego z warszawskich dzienników. Doskonale ilustruje odpowiedź na możliwe do zadania pytanie z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Nie zwracajcie Mili Państwo uwagi na to, że w treści wymieniona jest Praga. Na Abramowskiego przeprowadzaliśmy się z różnych dzielnic - ale wszyscy dzisiaj jedziemy na tym samym wózku. Mamy do czynienia z tymi samymi oszustami - że użyję języka notatki prasowej...

Ratusz oszukał lokatorów
Mieszkańcy kamienic czynszowych z warszawskiej Pragi oddali miastu swoje mieszkania komunalne i spółdzielcze, gdyż obiecano im, że będą mogli zamieniać mieszkania czynszowe na inne. Ale nie mogą, gdyż urzędnicy zmienili odpowiedni regulamin. O sprawie pisze "Życie Warszawy". Gazeta wyjaśnia, że pomysł pojawił się za kadencji prezydenta Marcina Święcickiego. Osoby, których nie było stać na zakup mieszkania, ale miały pieniądze na płacenie komercyjnego czynszu, mogły zamieszkać w nowych, ponad 80-metrowych lokalach zbudowanych przez miasto. Po oddaniu miastu lokali, które dotychczas zajmowały, przystępowały do przetargu. Ich mieszkania były przekazywane osobom z komunalnej kolejki, za czynsz w wysokości około 2,5 złotego za metr kwadratowy. W czynszówkach był on trzy albo czterokrotnie wyższy. Ich lokatorom obiecano, że będą mogli zamieniać swoje mieszkania na mniejsze lub większe. Tymczasem teraz urzędnicy Biura Polityki Lokalowej mówią, że nie ma możliwości zamiany lokalu. Tłumaczą, że taka procedura wiązała się z wywieszaniem ogłoszeń i angażowaniem urzędników co generowało koszty. Dlatego zapadła decyzja o zmianie regulaminu. Jedynym sposobem zmiany sytuacji jest ustalenie nowych zasad najmu przez Radę Warszawy, ale - jak pisze "Życie Warszawy" - w tej kadencji samorządu Rada nie przewiduje zmiany przepisów.

"Życie Warszawy", 5 maja 2008 r./IAR/kl/MagM

sobota, 26 kwietnia 2008

O fundamentach

Będzie zarówno o fundamentach naszego domu, jak fundamentach mojego o nim myślenia. Te pierwsze zgodnie z ekspertyzą techniczną, wykonana zresztą nie na żądanie lokatorów, ale na żądanie administracji - fundamenty domu mają szczeliny, przez które przenika do wnętrza budynku wilgoć ze wszystkimi tego skutkami. Wykonawstwo niechlujne i wbrew zasadom sztuki budowlanej. Te drugie bazują na logicznym wiązaniu skutków z przyczynami - coś na kształt rozumowania, że skoro z dziury automatu wyskoczył batonik, to przedtem ktoś niechybnie musiał do innego otworu wsunąć monetę.

Z ostatnich rozmów z lokatorami wynika, że w mieszkaniach pionów narożnych w klatce pierwszej i trzeciej pojawia się grzyb. Uparcie klasyfikowany przez kolejne komisje nie jako grzyb, ale jako proste zawilgocenie. Zostawmy na razie ten spór, najwidoczniej w ADM-ie siedzą sami wybitni mykolodzy (grzyboznawcy), oczywiście specjalizujący się w rozpoznawaniu nie tego co jest, ale tego, czego nie ma. Jak to możliwe, by w mieszkaniu pełnym ludzi, ogrzewanym prawidłowo i eksploatowanym zgodnie z przeznaczeniem (czyli poza łazienką nikt w pokojach prysznica nie używa) pojawiał się grzyb czy zawilgocenie? Otóż generalnie nie jest to możliwe, gdyby nie wspomniane szczeliny w fundamentach. Publikowaliśmy już serię zdjęć z pomieszczeń znajdujących się na poziomie minus jeden, obok stanowisk garażowych, które tak hojną ręką rozdane zostały obcym. I nic, żadnej reakcji. Trudno się dziwić - w innych sytuacjach jeśli niemądremu pokażemy dowodnie, że jest niemądry najczęściej milknie. ADM dostał również serię fotek dokumentujących do czego zaniechanie odwodnienia i zaizolowania fundamentów może prowadzić. W jednym z lokali pierwszego piętra grzybek wyrósł już na suficie, ściany mu najwyraźniej nie wystarczały. Świństwo, które pojawiło się również na ścianach klatek schodowych, przy wejściach na poziomie zero, uznane zostało przez nasłanego "fachowca" także za zawilgocenie, po czym przez ekipy mistrzów pędzla zamalowane w postaci barwnych plam, które znają Państwo z codziennych wizyt we własnych domach. Gadzina wyszła znów spod tej niby "pozłoty"... No cóż, niezbadane są drogi wilgoci. Tu niestety nie można zastosować tłumaczenia, które poddane zostało innej lokatorce: tego mianowicie, że w onym mieszkaniu pierze się zbyt wiele prześcieradeł i gaci, suszących się następnie po pokojach. Nawet gdyby tak było u pani obdarowanej tym prostym wytłumaczeniem - to historia nie notuje zdarzenia, podczas którego uparci z Abramowskiego 9 suszyli by gacie na klatkach schodowych. Sugeruję nieśmiało by zatem pokrętni "tłumacze" rzeczywistości przygotowali inne wersje serwowanych nam banialuk. Poprzednie wytarły się w praniu - po czym obaliły ze wstydu. Same!

Znowu pojawiła się tajemnicza postać - weszła do kotłowni, a w kilka godzin później w naszych kranach zabrakło ciepłej wody. Kolejny geniusz hydrauliczny na dyżurze? Może tak. Oczywiście jest sobota i do poniedziałku nie ma co liczyć na naprawę. Dobra, niżej podpisany ogoli się w zimnej. A jak wygląda sytuacja z małymi dziećmi, których ci u nas dostatek?
================================================

CUD WCIELONY!!! Sobota, 26 kwietnia, ok. 22.00 - w kranach pojawiła się ciepła woda, kaloryfery ożyły. Kto wykonał właściwy telefon?

Marek Zarębski