sobota, 19 stycznia 2008

My tu gadu-gadu, a żyto...

Prowadzimy małe wojenki podjazdowe, oceniamy na skalę lokalną, świat czy choćby dzielnica niespecjalnie zmieni się od wygranej jednej czy drugiej strony - tymczasem na wysokościach prawdziwej władzy trwają realne manewry opisywane przed laty w sensacyjnych powieściach. A pieniądze zarabiane, kradzione i przesyłane po wielokroć przewyższają to, co jest nam znane. Ot, taki na przykład poseł Palikot publicznie przyznał, że przetransferował na Karaiby sporą część swej niejasnej fortuny, w operacji "tak finezyjnej, że żaden poseł by się nie połapał". Wypada tylko domyślać się, że finezja tego miłośnika plastikowych atrap męskich przyrodzeń (publicznie czymś takim wymachiwał!) dopełniła się przy kwocie nieco większej od zwykłej stówy, czy nawet pięciu stów. Reszta świetlanej postaci rodem z PO już na pierwszy rzut oka do tak finezyjnych nie należy. Chciałoby się nawet powiedzieć, że ot, prostak jak drut, do formaliny chama i do muzeum w Sevres pod Paryżem, obok wzorca metra. Albo do gabinetu osobliwości godnych sprawdzenia przez posłankę Piterę Julię - słodkiej tej damie poświęciłem już nieco czasu, tu wszakże muszę odnotować, że przedmiot opisu ogłuchł jakoś ostatnio. No bo zamiast szukać dziury w całym, czyli ile kto wypił oranżad na dyplomatycznym przyjęciu za czasów "bandy PIS-owskiej" czyż nie łatwiej byłoby zaprosić partyjnego kolegę Palikota na szczerą spowiedź? Zwłaszcza po tak publicznym i donośnym wyznaniu?

Głuchota może oczywiście pochodzić ze stresu, jakiego posłanka doznała dowiedziawszy się, że tajne dokumenty świadczące o niecnych uczynkach poprzedniej ekipy rządowej spłonęły w jej ukochanym aucie. Jeden z blogerów Salonu24 urzędników, którzy zostawiają ważne papiery w aucie na niestrzeżonym parkingu nazywa wprost gamoniami. Ja mogę tylko dodać, że nie wiem, jaka jest forma żeńska rzeczownika "gamoń". Jak tam było tak tam było. Felietonista Michalkiewicz twierdzi wszakże, że głuchota posłanki Pitery to prosty wynik kalkulacji. Gdyby jej nie było prawdziwi sponsorzy zwycięstwa partyjnego przypomnieli by opornym boleśnie skąd im nogi wyrastają. Zatem dobry słuch - proszę bardzo, w filharmonii i wobec politycznych wrogów. W domu lepiej uszy zatkać i oczy zasłonić...

Tym bardziej, że grupa szturmowa nadobnej Julii ma inne główne zadanie - mianowicie likwidację CBA i Radia Maryja. To pierwsze nie jest jeszcze ustalone w szczegółach, być może wystarczy poszczuć psami obecnego szefa CBA, po czym obsadzić wakat swoimi ludźmi. Względem tego drugiego szczegóły zaś w ogóle nie są ważne, chodzi tylko i wyłącznie o to, by dołożyć, skopać i pogrzebać. Wszystko jedno jak - byle szybko. Ostatnio bowiem harcownicy TVN-u w osobie Andrzeja Morozowskiego przypomnieli o tym premierowi Donaldowi na łamach pisma zwanego powszechnie "Der Dziennik". Żadne tam wiercenie dziury w ziemi, panie Rydzyk! Żadne wody termalne i płynąca z nich niezależność! Ludziom trzeba wreszcie pokazać kto tu rządzi... No!

A propos rządzenia: nie bardzo jest dobrze rządzić bez pełnej kasy. A tej jak wiadomo nie wystarcza na lekarzy pracujących wedle unijnego już prawa, górników, nauczycieli i paru innych grup zawodowych, co to ujawnią się lada chwila z roszczeniami. Złośliwi żurnaliści wpadli więc na pomysł, by tę brakującą kasę uzbierał... Owsiak Jerzy! W stanie permanentnego grania za pomocą nie swojej orkiestry, najlepiej przez okrągły rok. Pojawiły się jednak głosy, że nawet tej systematycznie ogłupianej młodzieży nie da się już wmówić, że takie czynności to wolontariat, a nie żebractwo w czystej postaci. No i kto by wreszcie miał tyle cierpliwości by słuchać jąkały w styczniu, lipcu, październiku i dłużej jeszcze...

No więc nadchodzą ciekawe czasy! Skoro bowiem duet PP. Mikołajewski - Stach postanowili prześwietlić takiego gołodupca, jak ja względem jedynej rzeczy, jaką posiadam, to jest INTENCJI - to czyż politycy nie powinni trząść portkami bardziej, niż uprzednio?

Marek Zarębski

piątek, 18 stycznia 2008

Nareszcie jestem śmieszny!


Na stronie konkurentów www.abramowskiego9.waw.pl ukazała się ankieta dotycząca mojego blogu. Polecam! Szczerze, bez wykrętów! Jak to bowiem kiedyś powiadano: koń jaki jest każdy widzi, dalsze definicje zbędne. Wszyscy, zwłaszcza ci, których kiedyś dotknąłem, dotykam lub dotknę mogą tam wpisać iksa w dowolną krateczkę, wyrażając w ten sposób opinie o tym, co dzieje się na tej stronie. I o autorze, czyli mnie. Tu dodam: ładnie wymienionym z imienia i nazwiska. Pięknie dzięki! Toż amerykańskie powiedzenie „Źle czy dobrze – byle po nazwisku” funkcjonuje również u nas. Nie pamiętaliście o tym, Drodzy Państwo? Szykujecie mi triumf w jakichś przyszłych wyborach? Przyjaciołom się nie dziwię. Ale oponentom...

Trafiłem akurat na dzień, w którym z licznego zapewne grona respondentów ankietowych (pożyjemy – zobaczymy ilu was) pierwszy (pierwsza?) zakreślił opinię „Śmiechu warte”. I stąd tytuł tego wpisu. Oczywiście nie mam pretensji, to wolny kraj, każdemu wolno wyrazić zdanie. Po prostu obserwuję z zaciekawieniem, jak rzecz dalej się rozwinie. Śmiechu wart był ponoć Kaligula, późniejszy rzymski cesarz-ekscentryk. Tak, ten od konia w senacie. Śmieszny miał być plan przekopania Kanału Sueskiego - ale przekopano. Lot człowieka w maszynie cięższej od powietrza i zdobycie Księżyca. I mnóstwo innych, złych i dobrych rzeczy, złych i dobrych ludzi. Śmiechem można więc zabić – ale częściej śmiechem przedwczesnym można wynieść tak wysoko, że hej... Z tym zabijaniem to się tak bardzo nie lękam, cenzura już u nas nie obowiązuje. Na resztę spokojnie czekam. Z pozdrowieniami!

PS. Nie istnieje prawidłowa konstrukcja "Co uważasz o Stowarzyszeniu..." Winno być: "Co sądzisz o Stowarzyszeniu..." . Przepraszam - jestem polonistą, to mi nie dawało spokoju.

Marek Zarębski

czwartek, 17 stycznia 2008

Trwanie w permanencji

Takie sformułowanie jak w tytule zatrąca nieco "masłem maślanym". I dobrze - tak miało być. W wielkiej polityce i małej polityczce prowadzone dialogi przypominają od dwóch miesięcy dialog głuchego ze ślepym. Lub jak kto woli dwóch kompletnych jąkałów. Przy czym każdy uważa, iż działanie podjęte w ramach obowiązującego prawa, nawet bez zrozumienia jego ducha (a może nawet ZWŁASZCZA bez tego zrozumienia!), zabezpiecza go lepiej, niż polisa na życie w dowolnym towarzystwie ubezpieczeniowym. Rządowi zarządcy i zarządcy maści pośledniejszej, ot, choćby z naszego ZGN-u, kwitną w przekonaniu, że gładka i nic nie znacząca mowa, wymigiwanie się od nazywania rzeczy po imieniu, lawirowanie pośród mętnych przepisów zapewnią im jeśli nie długie trwanie, to przynajmniej względne poczucie bezpieczeństwa. Oby do wiosny! Licznik stuka, każdego miesiąca na osobiste konta wspomnianych zarządców wpływają pokaźne lub wręcz BARDZO pokaźne sumy pieniędzy - więc jest pięknie. I oby tak dalej.

Obawiam się, że to mylny błogostan. Na razie do Naczelnego Strażaka Pawlaka przyjechały żony górników. Nawet jeśli same herod-baby, to przecież nie z łomami w ręku i bez połamanych płyt chodnikowych. Spodziewanego dialogu nie było, pierwszy strażacki amant Rzeczypospolitej wymknął się ponoć bocznymi drzwiami, a usłużni dziennikarze natychmiast wyjaśnili, że rozmowy na temat uposażeń mężów-górników winny być prowadzone na innym szczeblu, mianowicie z dyrekcją kopalni. Problem polega wszakże na tym, że to zakład państwowy - zatem organem założycielskim, właścicielem jest Skarb Państwa. I w tym świetle wizyta u Pawlaka była jak najbardziej uzasadniona. W końcu wiejski przystojniak ma ów Skarb reprezentować.

Ci sami dyżurni tłumacze rzeczywistości usilnie kreują też dwie panie minister, zdrowia i oświaty, na jedyne fachowe osoby, niezmiernie zapracowane, ale zorientowane w przedmiocie sporu z lekarzami, pielęgniarkami i nauczycielami. Orientacja orientacją - a rozwiązania jak nie było widać, tak nie widać dalej. Panie minister produkują dokumenty, których nie ma, zwołują narady, które z powodu braku materiałów do rozmowy odbyć się nie mogą, bal trwa w najlepsze. Tam i siam pielęgniarki odchodzą od łóżek pacjentów, medyczni specjaliści usiłują pracować tyle, ile im Unia każe i zezwala, podwładni niejakiego Broniarza, przedstawiciela najbardziej socjalistycznego w treści i formie związku zawodowego nauczycieli grożą palcem i dziennikiem szkolnym. Nikt jakoś nie chce przyjąć do wiadomości, że jakiekolwiek zmiany W RAMACH obowiązującego systemu do niczego nie prowadzą. I żadna wygrana czy przegrana nie załatwia niczego - wadliwy jest system, a nie jego szczegółowe ustalenia.

Nie inaczej na naszym podwórku. Lokatorzy przemawiają do zarządców domu, ci im czasem odpowiadają. A jako rzekł poeta "pospolitość w kącie skrzeczy", pardon, tkwi tam w postaci kłębów psiej sierści, niemytej podłogi i kikutów poręczy w windach. No ale jest nowa firma sprzątająca (tu mnie aż zatkało ze wzruszenia). Uważny dopowie od razu: DWIE firmy sprzątające, nawet nie doszliśmy w czasie do połowy miesiąca, jak pojawiła się druga! Raz po domu miota się dupiasta blondynka, innym razem dwóch chłopów. Raz od rana, innym razem trochę później. Ktoś jednak wygrał przetarg, wypada się domyślać, że jego organizator dumnie teraz wypina pierś: znowu się udało! Co się udało? Ano oczywiście zaspokoić formalne wymogi, tak jasno zakreślone w odpowiednich przepisach. Czy jest czysto? Głupie pytanie. Jest prawidłowo - i to powinno wystarczyć.

Coś już pisałem na ten temat, coś mówiłem o bezsensie podobnych skarg i prorokowałem możliwą odpowiedź. No i się sprawdziło... Co mówię nie żeby wypinać pierś pod order - należy mi się tak samo, jak każdemu odkrywcy, że dwa i dwa jest cztery.

Odnotowuję w piśmie od Głównego Zarządzającego z Irysowej pozytywną zmianę: otóż z treści tegoż dokumentu wynika już, że ochroniarze mają strzec czegoś więcej, niż tylko mitycznego "mienia miasta". Może i mnie? Mojego spokoju? Byłoby miło... Bo sporo osób spośród naszych sąsiadów stale tkwi w permanencji przekonania, iż miasto to GŁÓWNIE my, nie żaden tam beton i cegła. Niestety z kąta złośliwie pytamy: a co z poręczami w windach? Co z odnowieniem klatek schodowych, zwłaszcza zaś zamalowaniem wyczynów tych "tfurców", którzy owe klatki upstrzyli kolorowymi plamami farby skradzionej najwyraźniej w po-rosyjskich koszarach?
Marek Zarębski

sobota, 12 stycznia 2008

Dni cudów w optyce kojarzenia

Ledwie dwóch kolesi, Donald i Radek, podpisało coś, co eufemistycznie zwie się Traktatem Lizbońskim, a co w istocie jest starą konstytucją eurosojuza, tak gremialnie odrzuconą przy pierwszym podejściu, a później przebraną w skórę owieczki - gdy poczęły i w naszym nadwiślańskim kraju dokonywać się cuda. Powie ktoś: i cóż w tym dziwnego, Donald cuda obiecał, Donald słowa dotrzymuje. Otóż nie Donald, ale jego mali i jeszcze mniejsi wyznawcy. A w ogóle cud polega nie na cudownym ukazaniu się jakiegoś świętego konterfekciku na szybie okna ZGM, czy nie daj Boże zmniejszeniu czynszów, szczęśliwości ekonomicznej tubylców lub powrocie irlandzkich emigrantów - ale na prostej zmianie nazewnictwa i pomieszaniu kilku pojęć, ongiś prostych i jednoznacznych. Jest to więc cud dla maluczkich, myślących wolno lub nieco już zdziecinniałych. Ale - opowiem po kolei...

Rzućcie najpierw Państwo okiem na ostatni mój wpis blogowy, traktuje o nowym podejściu do kwestii wykupu mieszkań w domach zbudowanych na zasadzie podobnej do naszego domu. W jakimś sensie to logiczne: właśnie uwłaszczono mnóstwo dawnych spółdzielców, zarządy spółdzielni broniły się jak mogły, nawet czyniąc sztuczny tłok przed swymi biurami. Czy najmując wybitnych jakoby specjalistów, którzy mieli prawnie zagmatwać to, co ustawodawca określił jako proste i nie podlegające idiotycznej interpretacji. Nie pomogło. Mnóstwo prezesów dawnych spółdzielni łka do dzisiaj z żalu, niektórzy będą niestety musieli przejść na tzw. emeryturę resortową, nie jest bowiem tajemnicą, że od agentów służb wojskowych i cywilnych w tym towarzystwie aż się roi. Logicznym jest więc, że następnymi do upominania się o wykup są w kolejce lokatorzy takich domów, jak nasz. Od lat obserwujący, że zarządcy z niczym sobie nie radzą, grają jakąś koszmarną melodię nie wiadomo dla kogo, straszą lokatorów, podrzucają im urzędowe pisma na wycieraczki i naliczają później odsetki karne, których zasadność jest w stanie obalić absolwent przedszkolnego kursu prawa stosowanego. Opisywaliśmy to tyle razy, że nie ma sensu czynić tego dalej, niejeden ZGM ze swą pracowitą działalnością ku chwale socjalistycznej ojczyzny dawno wszedł do Wielkiej Księgi Paździerzastych Rekordzistów - i już.

Gdyby więc nie byli idiotami uznali by, że czas ich wysiłków już się skończył, lepiej od jutra zakładać nowe skwery, kopać doły pod piaskownice i nie zawracać przedsiębiorcom budowlanym dupy fikcją przetargów, które udać się nie mogą, ponieważ na przykład nasz dom to nie skład martwych desek, ale zbiorowisko całkiem żwawych, upierdliwych osobników ze sporym temperamentem i takąż wiedzą prawną. Na czymże tu wspomniana fikcja ma polegać? Ano na tym, że czynności dawniej semantycznie proste, jak naprawa sufitów, podłóg, odpadających ścian i przemakających fundamentów od wczoraj nazywa się, UWAGA! - POPRAWĄ MIKROKLIMATU!

Co się więc stanie w najbliższej przyszłości? Otóż może przetarg na "poprawę klimatu" wygrać jakiś niezorientowany właściciel firmy budowlanej. Na skutek fałszywych opowieści dzielnych urzędników będzie sądził, że pod wskazanym adresem czeka już na niego brama triumfalna i ludzie w kolejce do oddania kluczy do własnych mieszkań. Wystarczy dalej zapacykować to i owo na olejno, pokropić jakimś zapachowym świństwem, zdobyć podpis naiwnego mieszkańca - i zainkasować gotówkę w kasie ZGN-u. Mikroklimat poprawiony! Rzeczywistość będzie jak wiecie zgoła inna. Nie żaden tam łuk triumfalny, lecz ciepłe "spierdalaj", człek spieszący rano do pracy nie ma czasu na pieszczoty. Nie żadne ułatwienia dla marudnych malarzy i tynkarzy - ale ostra kontrola i uświadomienie naiwnemu, że taki na przykład X ma do wymiany nie pięć i pół kafelka, jak twierdzi jakaś pani inżynier, ale całą ścianę kafelków w kuchni czy łazience. I albo robisz bratku wszystko, albo... było wyżej. Zakładam się, że już tego nie wytrzyma żaden przetargowy zwycięzca. Zwłaszcza że co lepsi polscy kafelkarze wykładają glazurą Irlandię, a czarniawego mieszkańca Kaukazu nikt rozsądny do domu nie wpuści nawet z nakazem prokuratorskim.

Tymczasem lokatorzy uprzedzali: najpierw usunięcie wad podstawowych domu, potem ocena tych prac, później rozważenie dalszych kroków. Administracja wie lepiej, jest w końcu prawdziwie europejska i jak zwykle zaczyna "od dupy strony". Nie od fundamentów, ale od "upimpolenia" lokatorów, zmuszenia ich do czegoś, przed czym jak na razie skutecznie się bronią. Tak to w każdym razie przedstawione jest w opisie przetargu. Chcą dobrze? Być może. Czemu więc dziwnie jestem pewien, że wyjdzie jak zwykle? Nie lepiej ten dom po prostu sprzedać lokatorom i zdjąć sobie z głowy te wszystkie pokraczne wysiłki?

Ale sama POPRAWA KLIMATU podoba mi się. Jako osiągnięcie wybitnego językoznawcy, chyba ze starej dobrej szkoły niejakiego Josifa Wissarionowicza, zwanego Stalinem. Czyż to nie on wymyślił "prawa obywatelskie"?

Marek Zarębski

czwartek, 10 stycznia 2008

A jednak się kręci...

Za informacjami ze strony naszych przyjaciół z Mickiewicza 65 chcę poinformować Państwa, że w materii potencjalnie możliwego wykupu naszych mieszkań dobrze jest przeczytać tekst z "Gazety Prawnej". Link do tego materiału:

http://finanse.wp.pl/kat,69476,wid,9525836,
raportwiadomosc.html?rfbawp=1199278131.492&ticaid=15271

Serdecznie doradzam lekturę. Może z niej wynikać ni mniej ni więcej, że nie jesteśmy wcale tacy bezbronni wobec otrzymywanych pism odmownych, dotyczących wykupu właśnie. A irytacja ich autorów to nic innego, jak reakcja na widok wymykających się spod urzędniczej kontroli wpływów.
Marek Zarębski

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Takie tam impresje...

Nie tak dawno przyznawałem się publicznie do praktyk handlowych odbywanych w pewnym praskim małym sklepiku. I oczywiście nie zamierzam wycofywać tego tekstu, jest prawdziwy. Później kogoś na piśmie ugryzłem w łydkę, może naruszyłem jakieś dobra nieokreślone - w każdym razie starym zwyczajem dostałem na prywatnego maila zgryźliwą epistołkę jak to źle się dzieje, gdy prascy proletariusze biorą się do opiniowania tego czy owego. Fakt - to dramat! Gdyby rzecz całą pozostawić ziomalom z Psichkiszek i Pierdzichowa na pewno byłoby lepiej. Bo nie masz to jak ich właśnie ostrość widzenia problemów i wszelkich innych rzeczy! Cóż, lata całe wmawiano ich rodzicom jaką to są solą ziemi... Ja nigdy takich złudzeń nie miałem. Ale wewnątrz jakoś na logikę typu "Praga - to nie może mieć racji" zgodzić się nie chcę. Dlatego krótki apelik do polemisty: chcesz durniu wojować na tej płaszczyźnie to napisz coś o swoim miejscu urodzenia jak ja to już uczyniłem przed paroma laty o swoim! Poniżej tekst oryginalny, można sprawdzić wydawnictwo, datę itd.

========================================


Praski przestwór

Dzisiaj oglądam go z drugiej strony rzeki - dosłownie i w przenośni. Oto coraz bardziej pod jesień zamglona i oddalająca się Praga, dawna miłość i dawna nienawiść. Czego było więcej? Realnych triumfów, prawdziwych młodzieńczych złudzeń - czy zwykłych rozczarowań, draństwa i zaplutych twarzy?

Tam się urodziłem i spędziłem wiele lat. Wiele razy po niedługich oddaleniach wracając. Jakbym nie mógł uwolnić się od miejsca - a tyle razy jednako chciałem i nie chciałem. Więc magicznego miejsca?

Dzisiaj specjaliści praskich historii wracają do okropnie zamierzchłej historii: osiemdziesiąt, sto lat temu. Pewnie to ważne. Dla mnie ważniejsza jest własna, arbitralna pamięć. Rodzaj niekoniecznie porządnych obrazów, słów, cudzych i własnych gestów - mogły najwidoczniej zaistnieć tylko tam, skoro nigdy się nie powtórzyły. Praski przestwór okazał się po latach niepowtarzalny. Większość z tych, którzy tamte klimaty w jakimś sensie czują przemieszczali się tradycyjnie. Ze starej Pragi na nową, ledwie rzut kamieniem. Było liceum "Rudego Barbosa", licho wie dlaczego ten ponoć brazylijski bohater zastąpił poczciwą panią Rzeszotarską. Pierwsze dżinsy z ciuchów na Lubelskiej, oczywiście za bony. Wagary na tyłach ZOO. Wspinanie się na oczach zdumionych panienek na starą wieżę spadochronową… No - może niektóre nie były zdumione, raczej pukały się w czoło.

A potem awans na drugą stronę rzeki. Studia, dalej garnitury, praca, dzieci. Nudna klasyka.

I nagłe powroty. Na Pragę rzecz jasna. Zdumienie: jakże się to stare mieszkanie skurczyło!

-------------------

Przedtem było ogromne. Po widocznej z balkonu szerokiej ulicy Wileńskiej, pomiędzy tramwajowymi szynami, maszerowała ruska armia. W kierunku "Ruskiego domu" na rogu Targowej. Taki był obyczaj początku lat pięćdziesiątych… Nikt nie pisnął, może prócz dzieci podawanych "wyzwolicielom" do podrzucania w górę. Trafiłem na słabszego wojaka, tylko przycisnął mnie do szerokiej jak lotniskowiec paradnej czapy. Tak przejechałem z dziesięć metrów, ponoć z ponurą miną. Lądowanie na wysokości krawca Łąpiesia. Kilkanaście lat później tylko raz popatrzył wprawnym okiem na chuderlawą postać i zadysponował: przyjdź pojutrze, spodnie będą gotowe. Były. Cóż za cudownie skrojone spodnie! I tanie. Bo targów uczył mistrz Duszyński, sklepik warzywny "po schodkach" na Zaokopowej.

W najstarszej części pamięci najpierw przesuwające się po suficie cienie. Potem drżenie podłogi i senne pomrukiwanie pozostałych, śpiących domowników. Sporo ich, jeden pokój na rodzinę trzypokoleniową. I chwatit, mawiano w kwaterunku. A jednak to tam było poczucie bezpieczeństwa! Zamykam oczy by widzieć dokładniej, zamiast zbliżenia pojawia się pytanie: a co stało się potem, z kolejnymi tam spędzonymi latami? Co z ludźmi? Co z moim sąsiadem z piętra niżej, z parteru, pierwszego piętra? Co z ciepłą latem bramą i wyziębioną zimą klatką schodową?

Moja Wileńska trwała lata całe. Po prostu skała, miłość i zakała. Jak się jej pozbyć, skoro nie dało się tam później mieszkać? Na co ją zamienić? Szybko, zanim przyjdzie Mokotów z całą swoją podrabianą elegancją. I konfliktowym bytem pośród aroganckich młodych komiwojażerów (doradca handlowy), weterynarzy spod Ostrołęki, czy Wyższych Urzędników Ministerstwa Śmiesznych Kroków.

-----------------

Głowa wykonuje dziwaczną pracę: miesza pojęcia i osoby z różnych pięter i epok. Cóż, takie prawo głowy… Oto przywożę na Pragę czarno-biały telewizor, najcenniejszy łup ze znajomego sklepu, tuż po odwołaniu stanu wojennego. Dumny ustawiam go na starym stoliku, coś mruga w poprzek ekranu, ale to bez znaczenia. Jest OK! Jutro, to znaczy jutro za dwa lata, sprzedam go dzień przed Wigilią, to przesądzi o nieco weselszych świętach. Pogapimy się już w kolorowy ekranik, pal sześć, że mniejszy i zamglony. Zimno, cholernie zimno, kto zamknął składzik węglowy na Małej? Potem położę się na stary tapczan, zapalenie korzonków nerwowych, pielęgniarka robi mi zastrzyk. Zaczną się po nim jakieś drgawki, chyba zapomniano sprawdzić, czy nie jestem uczulony na lek. Kto na Pradze choruje na uczulenia? Minie, pewnie że minie, nie mam czasu na pierdoły, jutro wyjeżdżam ze Sławkiem na ryby! Chociaż nie, to niemożliwe, jeszcze nie umarła cicha, pogodna staruszka mieszkająca w jego przyszłym mieszkaniu. Najpiękniejsza śmierć na Zaokopowej: w maju jak marzenie, we śnie, bez udawanej rozpaczy bliźnich. Po prostu ciach - i nie ma. Sławek, kiedy już nastanie, zasadzi przed oknem niewielką choinkę. Jeśli uważniej przyjrzeć się jej gałązkom widać pomiędzy nimi szczura Zbyszka. Takie tam laboratoryjne, a nie śmietnikowe bydlątko… Zbyszek uwielbiał pijać w moim towarzystwie, opowiadałem mu rzeczy, o których chyba przedtem nie słyszał. Stół, jakieś napitki, dobra zakąska. Szczur schodził z szafy i drobnymi ludzkimi łapkami obrabiał kawałek wędliny z półmiska. Nawet nam powieka nie drgnęła - obgadywaliśmy pobyt jego syna w Ameryce. Prażanie właśnie podbijali świat!

Wracam na górę, tylko piętro wyżej, już pora na wystukanie kolejnego absurdalnego tekstu dla mojej gazety. Hasło stale to samo: górą nasi! I odzew znany: bo nasi to ci, co górą. Kuchnia, mechaniczna maszyna do pisania, mnóstwo hałasu aż do świtu. Wiele lat później ostry zarzut: to co, pracowało się w komunistycznej prasie? Słaba obrona: a była naonczas inna? No i przecież ja tylko z konieczności, w gazetce dla dzieci. Nie zrozumieli. Obcy kapitał, oni nie muszą rozumieć.

-------------------

Moje praskie wspomnienia pachną czasem smażonymi żeberkami. Przyrządzaliśmy je z kolejnym sąsiadem w aparacie do smażenia frytek, kiedy jego zadąsana żona wyjechała do belgijskiej siostry. W tej migawce już tam nie mieszkam, wynajmuję pokój jakimś prostakom spod Wałcza, albo Kołobrzegu. Dlatego trzeba dbać, aby z tymi żeberkami w brzuchu przez pomyłkę, czy nawyk nie pójść "do domu na górę". Jeszcze u siebie trafię na obcych.

Praskie wspomnienia to także zapach kiszonej kapusty i chemikaliów z fabryki na Szwedzkiej. Szedłem romansować - ale zapachy były tak dla okolicy naturalne, że nie przeszkadzały. Wcześniej jeszcze, w połowie lat pięćdziesiątych struga fabrycznych ścieków płynących wzdłuż ulicy była tęczowa.

Kolory… Kiedy moje sto lat temu, zaraz po ruskich defiladach, zaciskałem mocno powieki - biegały pod nimi wywołane ciśnieniem małe, czerwone punkciki. Poruszały się po zgrabnych okręgach. Potrafiłem przenieść je na sufit pokoju na Wileńskiej. Miałem swoje planetarium. Po latach w trakcie badania wzroku na prawo jazdy pielęgniarka pokazuje mi jakieś światełko w rogu ciemnego pokoju. Jaki to kolor? Nie wiem… I raptem jak objawienie ta wileńska czerwień spod zaciśniętych powiek. Czerwone! Przedłużyli ważność dokumentu.

W materii kolorów zieleń to nie las, ale Park Praski. To kolor świeżo pomalowanej w tym parku ławki. Jaki więc kolor ma moje poczucie bezpieczeństwa wyniesione z tak długiego oglądania ciemnawego pokoju na Wileńskiej? Bo ciemny pokój bez wątpienia był zawsze w jasnym kolorze…

------------------

Ludzie: można wręcz wytarzać się w tej przewspaniałej menażerii! Lub stworzyć z niej dwa pułki wyspecjalizowanego wojska - nie ma armii, która by się im oparła! I nie dlatego, że spora część to adwokaci, aktorzy, malarze i lekarze. Ci akurat nadęli się, pękli i minęli. Ci, o których myślę świsnęli by karabiny wrogom. Albo tanio odkupili na odroczoną spłatę. Albo tak zmajstrowali, żeby strzelały do tyłu.

Odwieczny, urodzony na mojej Pradze dylemat: dlaczego żona alkoholika toleruje chorobę, ale wypomina choremu słabą wolę? Przecież słaba wola to kwintesencja alkoholizmu…

----------------

Miłość i nienawiść: pan, panie Marku, ma przecież kompletne życie! To na co pan narzeka?

Jak wszyscy prażanie z Mokotowa, Woli, Wrocławia i spod Paryża: na zbytnią równoległość uczuć. To gorsze, panie doktorze, od czeskiej niesłychanej lekkości bytu.

Marek Zarębski

niedziela, 6 stycznia 2008

Zimowe kwiatki

Niedawno pisałem o zastrzeżeniach wobec firmy ochroniarskiej, która wygrała przetarg na ochronę naszego budynku. Okazuje się, że "Uniwersum" jest... zakładem pracy chronionej! Nie wdając się w szczegóły - wynika z tego tyle, że ich pracownicy, jeśli tylko są w jakimkolwiek stopniu niepełnosprawni, ergo mają na przykład grupę inwalidzką NIE MOGĄ pełnić 24-godzinnych dyżurów. Prawo w tej materii jest sformułowane jasno. Czas pracy osoby niepełnosprawnej nie może przekraczać 8 godzin na dobę i 40 godzin tygodniowo. NIE MA MOWY O PRACY NOCNEJ!


Od siedmiu dni mamy tymczasem do czynienia z sytuacją, w której JEDEN ochroniarz (powinno być DWÓCH!) pełni dyżur od siódmej rano jednego dnia do siódmej rano dnia następnego. Nie jestem w stanie sprawdzić czy ktoś ma grupę inwalidzką czy jej nie ma. Podejrzewam, że co najmniej dwóch miało. Pierwszy był inwalidą ruchu, drugi z całą pewnością miał przypadłość, którą jako nie-medyk mogę określić mianem astmo-podobnej - zmiana temperatury otoczenia podczas wyjścia na dwór z ciepłego pomieszczenia piwnicznego spowodowała gwałtowny, niepohamowany atak kaszlu.

Pytania: kto wiedział o statusie "Uniwersum" i czy w związku z faktem, iż jest to zakład pracy chronionej zapoznano się z zasadami podziału dyżurów pracowników tej firmy? Kto w samej firmie "Uniwersum" dopuszcza się łamania prawa i co zamierza z tym fantem zrobić?

Na koniec dodaję: jest nam wiadomo, iż zakłady pracy chronionej znajdują się pod szczególną opieką Państwowej Inspekcji Pracy i... Izby Skarbowej. To drugie wynika zapewne z dofinansowań, jakim podlegają miejsca pracy osób niepełnosprawnych. Czy prawdziwym jest twierdzenie, że zacząć "bal" z Izbą Skarbową to znacznie gorzej, niż opluć samochód komendanta miejscowego posterunku?

Ładne zimowe kwiatki, prawda?

Marek Zarębski

sobota, 5 stycznia 2008

Obrazki z wystawy

Kiedy kończą się zapasy lud rusza na łowy. Już nie te świąteczne, pełne ryzykanckich decyzji za pożyczone pieniądze. Teraz idzie chemia, podstawowe kosmetyki typu pasta do zębów i proszki do prania, mąka i cukier, których zapasy nadszarpnęły wyczyny piekarnicze pań domów. Niektórzy przypominają sobie też, że skarpetki dziurawe, a zima z minus dziesięć to pora na długie gacie. No więc wszyscy ci cierpiący na opisane niedostatki ruszają na łowy w nadziei, że teraz czeka ich wyłącznie wyprzedaż i niskie ceny. Niestety. Na tej drodze łez czekają ich tylko wnyki i inne zasadzki.

Supermarket ze swej natury jest doskonałą wystawą typów ludzkich, różnistych „zatroskanych ojców”, co to prócz pampersów przemycają na dnie wózka dwie półlitrówki „w promocji ze szklanką”, czy damulek kupujących sztuczne pelisy przymocowane do sztucznego futerka. W ostatnim przypadku gołe schaby wystające spod przykrótkiej kurteczki okazały się przy panujących minusowych temperaturach nie takim najlepszym pomysłem – i coś z tym wreszcie trzeba zrobić. Popieram: zgrabne tyłeczki zawsze były od jesieni szczelnie zasłonięte, na wierzchu nosiły się wyłącznie odrzuty z eksportu i trzecie gatunki.

Czy ja mam coś przeciwko wódczanym promocjom? Skądże! Sam często wpadam do sklepu i pytam czy dowieźli już tę partię towaru, którą można kupić taniej, bez flaszki, jako że spożyję wszystko na miejscu, pod krakersa. Nie dowieźli. Trudno. Sztuczny kożuszek jeśli grzeje naprawdę jest OK. Zwłaszcza gdy człek zatroskany o dobro narodu pomyśli, że może uratować kilka odmrożonych modnymi wyczynami jajników, ergo w przyszłości przynieść temuż narodowi nowych przywódców rolniczych blokad.

Najciekawsze wszakże jest dla mnie oglądanie rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślał, że w ogóle mogą zaistnieć. Na przykład butów jednorazowych, post-radzieckich czapek uszanek, dziś sprzedawanych jako wynalazek Eskimosów, autoalarmów udających policyjną syrenę (przecież od tego się ucieka, to nie przyciąga niczyjej aktywnej uwagi!!!), czy nakładek na pedały auta marki Cinquecento tak szerokich, że żaden pedał po ich zainstalowaniu nie da się nacisnąć bez naciskania sąsiedniego. Są jeszcze nieśmiertelne fioletowe neonki, również w zapalniczkach i spryskiwaczach szyb, węże na pasy bezpieczeństwa i autonawigacje bez mapy Polski. Nie ma sensu wymieniać dalej. Ludzie to kupują, sam widziałem – co oznacza, iż sprawdza się teoria, że żaden prawdziwy przemysł nie zaspokaja potrzeb ludności, ale je stwarza od podstaw. Z pożytkiem dla kupujących: przecież facet, który nachla się na ulicy promocyjnych wódek z promocyjnymi szklankami może powiedzieć żonie, że specjalnie dla niej stał w długaśnej kolejce tylko po to, by te szklanki, odrzuty z eksportu, kupić i podarować zagniewanej. Ginie starożytna sztuka robienia tak zwanych „łabądków” z kapsli od butelek... I niechaj ginie! Niedługo jakiś mądrala wpadnie na pomysł, by do półlitrówek promocyjnych dodawać smoczki z pozytywkami. To przecież tak uspokaja nie przewinięte niemowlęta...

Gdy już po napatrzeniu się na cuda tego świata wróciłem do domu zadzwonił telefon. I otrzymałem wspaniałą propozycję: otóż jeśli zaraz wpłacę 10 złotych na wskazane konto to za tydzień pojadę na wycieczkę do Częstochowy. Z obiadem! Będę nawet mógł wleźć na kolanach na jakąś górę, pani nie była pewna na jaką, ale to pewnie bez znaczenia. Warunek tylko taki, że przymusowo należy wysłuchać wywodu na temat wełnianej pościeli i garnków z podwójnym dnem. No to jest proszę Państwa czysty zysk! Gdzieś tylko w głowie szumi stare przysłowie wyniesione z łacińskiej klasy, chadzałem do niej od czasu do czasu: „timeo Danaos et dona ferentes”. Obawiam się Greków nawet gdy niosą dary... Bo podstęp jakiś w tej prawie darmowej wycieczce być musi, to pewne.

Marek Zarębski

czwartek, 3 stycznia 2008

Konkurencja nam się obudziła! Witamy!

A konkretnie strona www.abramowskiego9.waw.pl. Ponieważ dzisiaj jestem w nieco wisielczym nastroju zamierzam trochę sobie pożartować - kto nie lubi niechaj przerwie czytanie w tym miejscu, potem reklamacji nie przyjmuję. Będą brzydkie słowa, a może nawet insynuacje. Uprzedzam jednak co bardziej zadziornych, że pozwać autora za felieton - a to JEST FELIETON - jest trudno, zaś udowodnić mu złą wolę jeszcze trudniej.

Otóż wyszły na wspomnianej stronie konkurentów dwie sprawy: bałagan świąteczno-noworoczny i problem ochrony. Dla porządku przypominam, że zajęliśmy się tymi kwestiami w tekstach z 28 grudnia 2007 r. ("Dlaczego byłem upierdliwy - a będę jeszcze bardziej") i 30 grudnia 2007 r. ("Zapomniane prawa"). Konkurencja wysłała swe faksy 2 stycznia tego roku. Szkoda tylko, że do prawdziwych sprawców całego zamieszania - jako do osób, które mogą nam pomóc! Tak, proszę Państwa - autorami najmu dozorcy przez wyspecjalizowaną firmę pośredniczącą oraz jak najtańszych ochroniarzy są urzędnicy z Irysowej właśnie! Teraz wnioski proszę sobie wyciągać samemu... Jak oni na Boga mogą nam pomóc?

Więc dalej nie to jest ważne, iż widzimy pewne rzeczy nie tylko ostrzej, ale też wcześniej. Ważne jest to, że konkurenci najwyraźniej nie chcą dostrzec kruchości rozumowania, na jakim oparte zostało angażowanie ochroniarzy przez urzędników Irysowej. A tu jest pies pogrzebany! To wszystko zostało przecież jasno wyłożone we wspominanym już tyle razy piśmie Urszuli Liwińskiej! I z tego "dokumentu" można wyciągnąć jasne wnioski: śmierdzenie ochroniarzy może mieć miejsce, byle by strzegli mienia miasta. Jak mają to czynić? Tajemnica mundialu... My to nie "Miasto", my to tylko posłuszni dostarczyciele forsy wpływającej co miesiąc do odpowiedniej kasy, bez prawa do jakiejkolwiek kontroli, czy wpływu na wydatki. Chcemy czystych i nie śmierdzących facetów? To dopłaćmy, oczywiście do tej samej kasy i na tych samych prawach: płacić TAK, mądrzyć się NIE. Z innych pism, które odbierałem jeszcze jako przedstawiciel lokatorów wynikało, że marnotrawienie publicznych pieniędzy na sprzątanie przez firmy pośredniczące typu "krzak" może się dokonywać, bo przecież wszystko odbywa się w majestacie prawa! Zapytałem kilka dni temu w swoim tekście, czy urzędnika, który toleruje ponad roczne totalne nieporządki na podległym swej opiece terenie, który głuchy jest na liczne skargi i apele formułowane telefonicznie i na piśmie przez różne zespoły ludzkie, który widzi, jak nieuczciwy bałwan zbiera co miesiąc kasę za niewykonane usługi porządkowe MOŻNA NAZWAĆ WSPÓŁSPRAWCĄ PRZESTĘPSTWA. Dzisiaj powiem wprost: można go co najmniej podejrzewać o współsprawstwo!

Draństwo dokonuje się dalej. Czy ktokolwiek z Państwa policzył ochroniarzy pełniących dyżury od 31 grudnia 2007 roku do dnia dzisiejszego? Powinno być ich dwóch na zmianie, za to płacimy (bo "Miasto" to także my, Pani Liwińska!). A ilu jest naprawdę? Nie, nie w dokumentach. W tak zwanym realu, na dyżurach. Otóż Uniwersum stosując klasyczny nieuczciwy dumping wygrało przetarg na ochronę naszego budynku NIE MAJĄC ludzi do wykonywania tej czynności! Jeżeli urzędnik decydujący o przetargu nie zapytał o to (czy mają pełną obsadę) przed ogłoszeniem wyników konkurencji - powinien sobie poszukać innego zajęcia. Jeżeli zapytał, wiedział, ale nie powiedział to znaczy, że istnieje podejrzenie o działania pozaprawne. Jeżeli natomiast uczestnik przetargu, Uniwersum, ukrył przed komisją swoją niemoc - powinno się z nim NATYCHMIAST rozwiązać umowę i zażądać odszkodowania. Jest też najgorsza możliwość: wszyscy o wszystkim wiedzieli. Podjęli jednak tę grę, by wykazać się przed swymi przełożonymi: proszę, osiągnęliśmy prawdziwy sukces, płacimy sto złotych mniej, należy nam się po pięć tysięcy nagrody za gospodarność... Moje wy bohatery - weźmiecie, weźmiecie co wam się należy...

Na razie jest tak, że awaryjnie przeniesiono do ochrony naszego domu trzech facetów z innych placówek, byle przetrwać, byle zatkać dziurę. Nieważne, że nikogo nie znają, że nie mają pojęcia co należy do ich obowiązków i jak wchodzić w interakcję z lokatorami. Byle przetrwać, byle jakoś do przodu, w końcu licznik stuka. Czy płacimy w tym czasie za pełną obsadę? Nie wiem. Mogę się jedynie domyślać, że tak. I jak teraz wygląda śmierdzenie członków poprzedniej ochrony wobec "niepełnego osobowo" śmierdzenia obecnej ekipy? Nie, nie, mili Państwo - nie jestem ich, tych poprzednich, obrońcą. Dość zaleźli mi za skórę swoimi ułomnościami niekiedy wręcz wykluczającymi postrzeganie świata, mądralowaniem się na każdy temat itd. Tylko przypomnijcie sobie teraz kto i kiedy wieszał psy na tych, którzy tu przed laty odśnieżali chodnik i ulicę, warowali w kotłowni by widzieć wejścia do obu garaży i wszystkich klatek schodowych. Kto ich z tej kotłowni wygonił pod jakimś bzdurnym pretekstem kradzieży, której nie było? A ci, którzy to sobie przypomną niech też pomyślą, że co zmiana to gorzej i gorzej. Za rok przyjdzie pewnie nam podawać tlen kolejnej zmianie, może karmić dożylnie słabszych lub czytać bajki na dobranoc najstarszym stulatkom. Tak czy siak NIKT, ale to NIKT nie chciał poważnie o tym rozmawiać na zebraniach ogólnych kiedy jeszcze ja je zwoływałem. Padały za to wzniosłe uwagi, że gdy sprząta firma pośrednicząca, to w razie bałaganu można ją nawet pozwać do sądu. Do pana, który opowiadał takie pierdoły: to czemu jeszcze ich pan nie pozwałeś? Bo prawda jest taka, że Kowalskiemu można dać w mordę, Wiśniewskiego jakoś inaczej sponiewierać, Abackiemu nawrzucać kilo grubych słów - a instytucję można w d... pocałować?

Zatem na koniec tradycyjne pytanie: kto nadal uważa, że w kamienicy wszystko jest OK i zebranie ogółu to tylko niepotrzebny trud?

Marek Zarębski