Konkretnie o rynku motoryzacyjnym. Aż mnie kusi by powiedzieć, że znam te struktury od urodzenia. To nie do końca prawda, podróże na taśmie produkującej na Żeraniu auta Warszawa M-20, podróże kilku-latka, to z wielu powodów żadna znajomość tego obszaru. Przede wszystkim dlatego, że rynku jako takiego w socjalistycznej Polsce po prostu nie było.
Zaczął raczkować wiele lat później, nie chcę tu wchodzić w detale kiedy konkretnie. Powiedzmy dla uproszczenia, że pod koniec lat 60-tych. Powstały pierwsze giełdy samochodowe, mało kto pamięta, że ta najważniejsza znajdowała się pod wiaduktami Mostu Poniatowskiego. Tak czy siak gdy już ktoś posiadał auto i zechciał je sprzedać to w świecie niedoboru tego towaru mógł liczyć na wyjątkowo niezłą marżę, czytaj zarobek. Przewalające się pomiędzy ludźmi miliony, takimi wartościami wtedy operowano, mogły budzić zawrót głowy. Nie bez powodu zwykłym obrazkiem była czerstwa para, w której dama dźwigała solidnie wypchaną torebkę przyciśniętą z pełną mocą do obfitego biustu. Sprzedawcy cmokali – „idzie kasa, idzie kasa, będzie bal…”
Dzisiaj współcześni sprzedawcy nie chcą lub nie potrafią pamiętać, że giełdowa cena wywoławcza była tylko rodzajem zaproszenia do tańca. Statystycznie rzecz ujmując w omawianym przed chwilą okresie jakieś dwa do trzech procent giełdowych transakcji kończyło się w okolicach proponowanej przez sprzedawcę ceny. To bardzo mało. Reszta obejmowała mniejsze i większe zniżki. Stosunkowo słaba pośród zawodowych handlarzy świadomość praw obrotu rzeczami o określonej wartości raczej nie dotykała pojęcia płynności finansowej, strat wynikający z rozwlekłej procedury sprzedaży, blokad związanych z modą czy obecnie narastającym zalewem informacji internetowej. Płynący czas doprowadził NIESTETY do sytuacji, w której współczesnym właścicielom składów używanych aut wydaje się, że to oni - NIE RYNEK - decydują o poziomie cen transakcyjnych. Ile to generuje nieporozumień, a niekiedy wręcz nieszczęść – nie podejmuję się szacować. Na pewno DUŻO.
Czy współczesnego zawodowego handlarza autami używanymi można potraktować jak zwykłego, przed wieloma laty istniejącego wyłącznie na zachodnim rynku KOMIWOJAŻERA? Z jednej strony nie. Tamci komiwojażerowie byli lepiej przygotowani do swojego zawodu, szybciej reagowali na rynkowe zmiany i dbali głównie nie o wielkość uzyskanej marży, ale tempo sprzedaży. I z drugiej strony TAK – i tych i tamtych obowiązuje perfekcyjna wiedza w zakresie oferowanych produktów, zdolność do elastycznego reagowania na takie zjawiska jak podaż i popyt, kultura podejścia do klienta, podstawowe informacje o sztuce przekonywania. Co w polskiej praktyce nawała najpierw, co jest grzechem kardynalnym? Właściwie już tę przypadłość wymieniłem – liczenie na finansowy łut szczęścia, zdolność nieudaczników do przekonywania kogokolwiek o czymkolwiek. Słowem AROGANCJA BIZNESOWA!!! Powstaje bezruch. A to jest sytuacja, której żaden pieniądz pod żadną szerokością geograficzną nie toleruje. Rosną straty. Zrazu słabo uświadamiane. Z upływem czasu coraz dotkliwsze.
Współczuję zainteresowanym? Po stokroć NIE!! Nie stosujecie się Panowie do wymienionych tu zasad – prędzej czy później przegracie. I nie istnieją na świecie ludzie, którzy wam finansowe straty zrekompensują. Będziecie musieli zmienić zawód, podejście do klienta, zasady obrotu własnymi środkami. Co gorsza nie jestem pewien czy określone nawyki wyniesione ze światka auto-moto pozwolą wam na dobre sprzedawanie jabłek czy kartofli... Ja być może żadnego auta już nie sprzedam i nie kupię. Natomiast pomiędzy wami nie ma takiego cwaniaka, który udowodni mi, że za pojazd kupiony za 6 tysięcy mam zapłacić czternaście… Z ukłonami staruszka!
M.Z.